WST?P DO BAJEK
By? m?ody, który ?ycie wstrzemi??liwie p?dzi?;
By? stary, który nigdy nie ?aja?, nie zrz?dzi?;
By? bogacz, który zbiorów potrzebnym udziela?;
By? autor, co si? z cudzej s?awy rozwesela?;
By? celnik, który nie krad?; szewc, który nie pija?;
?o?nierz, co si? nie chwali?; ?otr, co nie rozbija?;
By? minister rzetelny, o sobie nie my?la?;
By? na koniec poeta, co nigdy nie zmy?la?.
- A có? to jest za bajka? Wszystko to by? mo?e!
- Prawda, jednak?e ja to mi?dzy bajki w?o??.
PTASZKI W KLATCE
“Czego? p?aczesz? – staremu mówi? czy?yk m?ody -
Masz teraz lepsze w klatce ni? w polu wygody”.
“Ty? w niej zrodzon – rzek? stary – przeto ci wybacz?;
Jam by? wolny, dzi? w klatce – i dlatego p?acz?”.
SZCZUR I KOT
“Mnie to kadz?” – rzek? hardzie do swego rodze?stwa
Siedz?c szczur na o?tarzu podczas nabo?e?stwa.
Wtem, gdy si? dymem kadzid? zbytecznych zakrztusi? -
wpad? kot z boku na niego, porwa? i udusi?.
DEWOTKA
Dewotce s?u?ebnica w czymsi? przewini?a
W?a?nie natenczas, kiedy pacierze ko?czy?a.
Obróciwszy si? przeto z gniewem do dziewczyny,
Mówi?c w?a?nie te s?owa: “…i odpu?? nam winy,
Jako my odpuszczamy”, bi?a bez lito?ci.
Uchowaj, Panie Bo?e, takiej pobo?no?ci!
FILOZOF
Zaufany filozof w zdaniach przedsi?wzi?tych
Nie wierzy? w Pana Boga, ?mia? si? z wszystkich ?wi?tych.
Przysz?a s?abo??, a? m?drzec, co firmament mierzy?,
Nie tylko w Pana Boga – i w upiry wierzy?.
GROCH PRZY DRODZE
Oszukany gospodarz turbowa? si? srodze:
Zjedli mu przechodz?cy groch zesz?y przy drodze.
Chc?c wetowa? i pewnym cieszy? si? profitem,
Drugiego roku wszystek groch posia? za ?ytem.
Przysz?o zbiera?; gdy mniema? mie? korzy?? obfit?,
Znalaz? i groch zjedzony, i st?oczone ?yto.
Niech si? miary trzymaj? i starzy, i m?odzi:
I ostro?no?? zbyteczna cz?stokro? zaszkodzi.
JAGNI? I WILCY
Zaw?dy znajdzie przyczyn?, kto zdobyczy pragnie.
Dwóch wilków jedno w lesie nadybali jagni?;
Ju? go mieli rozerwa?; rzek?o: “Jakim prawem?”
“Smaczny?, s?aby i w lesie!” – Zjedli niezabawem.
MALARZE
Dwaj portretów malarze s?yn?li przed laty:
Piotr dobry, a ubogi, Jan z?y, a bogaty.
Piotr malowa? wybornie, a g?ód go uciska?,
Jan ma?o i ?le robi?, wi?cej jednak zyska?.
Dlaczego? los tak ró?ny mieli ci malarze?
Piotr malowa? podobne, Jan pi?kniejsze twarze.
PASTERZ I OWCE,
Owca na wilka
P?aka?a dni kilka:
M?ode jagni?
Zagryz? w bagnie.
I pasterz, co go hodowa?,
?a?owa?;
Zgo?a p?akali oboje
Jak swoje.
Widz?c to koza rzek?a do drugiej:
“Patrz, co to cz?owiek czyni us?ugi!
Zasila w ?yciu, ?a?uje w zgubie;
Jak?e go lubi?!”
“Siebie on lubi – rzek?a jej druga -
Chytra to czu?o??, chytra us?uga.
Nie p?acze jagni?!
On mi?sa pragnie!”
KRUK I LIS
z Ezopa
Bywa cz?sto zwiedzionym,
Kto lubi by? chwalonym.
Kruk mia? w pysku ser ogromny;
Lis, niby skromny,
Przyszed? do niego i rzek?: “Mi?y bracie,
Nie mog? si? nacieszy?, kiedy patrz? na ci?!
Có? to za oczy!
Ich blask a? mroczy!
Czy? mo?na dosta?
Takow? posta??
A pióra jakie!
Szklni?ce, jednakie.
A je?li nie jestem w b??dzie,
Pewnie i g?os ?liczny b?dzie”.
Wi?c kruk w kantaty; skoro pysk rozdziawi?,
Ser wypad?, lis go porwa? i kruka zostawi?.
Ignacy Krasicki – SATYRY
DO KRÓLA
Im wy?ej, tym widoczniej. Chwale lub naganie
Podpadaj? królowie, najja?niejszy panie!
Satyra prawd? mówi, wzgl?dów si? wyrzeka:
Wielbi urz?d, czci króla, lecz s?dzi cz?owieka.
Gdy wi?c gani? zdro?no?ci i zdania mniej baczne.
Pozwolisz, mo?ci królu, ?e od ciebie zaczn?.
Jeste? królem, a czemu nie królewskim synem?
To niedobrze; krew pa?ska jest zaszczyt przed gminem.
Kto si? w zamku urodzi?, niech ten w zamku siedzi;
Z tego? powodu nasi szcz??liwi s?siedzi.
Bo natura na rz?dczych pokoleniach zna si?,
Inszym powietrzem ?ywi, insz? straw? pasie.
St?d rozum bez nauki, st?d bieg?o?? bez pracy;
M?drzy, rz?dni, wspaniali, mocarze, junacy -
Wszystko im ?atwo idzie, a chocia?by który
Odstrychn?? si? na moment od swojej natury,
Znowu si? do niej wróci, a dobrym koniecznie
By? musi i szacownym. w potomno?ci wiecznie.
Bo od czego? poeci? Skarb królestwa drogi,
Rodzaj mo?ny w aplauzy, w s?owa nieubogi,
Rodzaj, co umie znale??, czego i nie by?o,
A co jest, a niedobrze, ?eby si? przy?mi?o,
I w to oni potrafi?, st?d te? jak na smyczy
Szed? chwalca za chwalonym, zysk nios?c w zdobyczy,
A cho? który fa?sz postrzeg?, kompana nie zdradzi?;
Ten gardzi?, ale p?aci?, ów ?mia? si?, lecz kadzi?.
Ty? królem, czemu nie ja? Mówi?c mi?dzy nami,
Ja si? nie b?d? chwali?, ale przymiotami
Niez?ymi si? zaszczycam. Jestem Polak rodem,
A do tego i szlachcic, a cho?bym i miodem
Szynkowa?, tak jak niegdy? ów bartnik w Kruszwicy
Czemu? bym nie móg? osie?? na twojej stolicy?
Jeste? królem – a by?e? przedtem mo?ci panem;
To grzech nieodpuszczony. Ka?dy, który stanem
Przedtem si? z tob? równa?, a teraz czci? musi,
Nim powie “najja?niejszy”, pierwej si? zakrztusi;
I cho? si? przyzwyczai?, przecie? go to ?echce:
Usty ci? czci, a sercem szanowa? ci? nie chce.
I ma s?uszne przyczyny. Wszak w Lacedemonie
Zaw?dy siedzia? Tesalczyk na Likurga tronie,
Greki archontów swoich od Rzymianów brali,
Rzymianie dyktatorów od Greków przyzwali;
Zgo?a, byle by? nie swój, cho?by i pob??dzi?,
Zaw?dy to lepiej by?o. kiedy cudzy rz?dzi?.
Czy?, co mo?esz i dzie?mi s?siadów zadziwiaj,
Szczep nauki, wzno? handel i kraj uszcz??liwiaj -
Cho? wiedz?, chocia? czuj?, ?e? jest tronu godny,
Nie masz chrztu, co by zmaza? twój grzech pierworodny.
Sk?d powsta? na Micha?a ów spisek zdradziecki?
St?d tylko, ?e król Micha? zwa? si? Wiszniowiecki.
Do Jana, ?e Sobieski, naród nie przywyka,
Król Stanis?aw d?ug p?aci za pana stolnika.
Czujesz to – i ja czuj?; wi?c si? ju? nie troszcz?,
Pozwalam ci by? królem, tronu nie zazdroszcz?.
?le to wi?c, ?e? jest Polak, ?le, ?e? nie przychodzie?;
To gorsza (lubo?, prawda, poprawiasz si? co dzie?) -
Przecie? musz? wymówi?, wybacz, ?e nie pieszcz? -
Powiem wi?c bez ogródki: oto m?ody? jeszcze.
Pi?knie? to. gdy na tronie s?dziwo?? si? mie?ci;
Ty? na? wst?pi? maj?cy lat tylko trzydzie?ci,
Bez siwizny, bez zmarszczków; zaka? to nie lada.
Wszak siwizna zwyczajnie talenta posiada,
Wszak w zmarszczkach rozum mieszka, a gdzie broda siwa,
Tam wszelka doskona?o?? zwyczajnie przebywa.
Nie by?e?, prawda, winien temu, ?e? niestary;
M?odo??, czerstwo?? i rze?ko?? pi?kne? to przywary,
Przecie? s? przywarami. Ale? si? poprawi?:
Ju? ci? tron z naszej ?aski siwizny nabawi?.
Poczekaj tylko, je?li zstarze? ci si? damy,
Jak ci? tylko w zgrzybia?ym wieku ogl?damy,
B?dziem krzycze? na starych, dlatego ?e? stary.
To ju? trzy, com ci w oczy wyrzuci? przywary.
A czwarta jaka b?dzie, mi?o?ciwy panie?
O sposobie rz?dzenia niedobre masz zdanie.
Król nie cz?owiek. To prawda, a ty nie wiesz o tym;
Wszystko ci si? co? marzy o tym wieku z?otym.
Nie wierz bajkom! B?d? takim, jacy byli drudzy.
Po co tobie przyjació?? Niech ci? wielbi? s?udzy.
Chcesz, aby ci? kochali? Niech si? raczej boj?.
Có?e? zyska? dobroci?, ?agodno?ci? twoj??
Zdzieraj, a b?dziesz mo?nym, gn?b. a b?dziesz wielkim;
Tak si? ws?awisz, a przeciw nawa?no?ciom wszelkim
Trwale si? ubezpieczysz. Nie chcesz? Tym ci gorzej;
Przypada? b?d? na ci? niefortuny sporzej.
Zniesiesz m??nie – cierp?e z tym my?lenia sposobem;
Wol? ja by? Krezusem ani?eli Jobem.
?wiadczysz, a na z?e id? dobrodziejstwa twoje.
Czemu? ?wiadczysz, z dobroci gdy masz niepokoje?
Bolejesz na niewdzi?czno?? – albo? ci rzecz tajna,
?e to w p?acy za ?aski moneta zwyczajna?
Po co nie bra? szalunku starostw, gdy dawano?
Po tym ci tylko w Polszcze króle poznawano,
A zagrzane wspania?? mi?o?ci? ojczyzny,
Kocha?y patryjoty dawce królewszczyzny.
Ksi?gi lubisz i w ludziach kochasz si? uczonych,
I to ?le. Porzu? m?drków zaba?amuconych.
?aden si? naród ksi?g? w moc nie przysposobi?:
M?dry przedysputowa?. ale g?upi pobi?.
Ten. co niegdy? potrafi? floty du?skie chwyta? -
Król Wizimierz – nie umia? pisa? ani czyta?.
Waszej królewskiej mo?ci nie przepr?, jak widz?;
W tym si? popraw przynajmniej, o co ja si? wstydz?.
Dobro? serca monarchom wcale nie przystoi,
To mi to król, co go si? ka?dy cz?owiek boi,
To mi król. co jak wspoj?rzy, do serca przeniknie.
Kiedy lud do dobroci rz?dz?cych przywyknie,
Bryka, mo?ciwy królu, wzgl?d wspacznie obróci:
Z?y, gdy kontent, powolny, kiedy si? zasmuci.
Nie moje to jest zdanie, lecz przez rozum bystry
Dawno tak os?dzi?y przezorne ministry.
Wiedz? oni (a czego? ministry nie wiedz??),
Przy styrze ustawicznie, gdy pracuj?, siedz?,
Dociekli, na czym sekret zawis? panuj?cych.
Z tych wi?c powodów umys? wskro? przenikaj?cych,
Nie trzeba, mo?ci królu, mie? ?agodne serce:
Zwyci?? si?, zga? ten ogie? i zat?um w iskierce!
?e? dobry, gorszysz wszystkich, jak o tobie s?ysz?,
I ja si? z ciebie gorsz?, i satyry pisz?.
B?d? z?ym, a zaraz k?ad?c twe cnoty na szal?,
Za to, ?e? si? poprawi?, i j? ci? pochwal?.
PIJA?STWO
“Sk?d idziesz?” “Ledwo chodz?”. “S?aby??” “I jak jeszcze.
Wszak wiesz, ?e si? ja nigdy zbytecznie nie pieszcz?,
Ale mi zbyt dokucza ból g?owy okrutny”.
“Pewnie? wczoraj by? wesó?, d?atego? dzi? smutny.
Przejdzie ból, powiedz?e mi, prosz?, jak to by?o?
Po smacznym, mówi?, k?sku i wod? pi? mi?o”.
“Oj, nie mi?o, mój bracie! bogdaj z tym przys?owiem
Przepad?, co go wymy?li?; jak by?o, opowiem.
Upi?em si? onegdaj dla imienin ?ony;
Nie ?al mi tego by?o. Dzie? ten obchodzony
Musia? by? uroczy?cie. Dobrego s?siada
Nie?le czasem podpoi?; jejmo?? by?a rada,
Wina mieli?my dosy?, a ?e dobre by?o,
Cieszyli?my si? pi?knie i nie?le si? pi?o.
Trwa?a uczta do ?witu. W po?udnie si? budz?,
Ci??y g?owa jak o?ów, krztusz? si? i nudz?;
Jejmo?? radzi herbat?, lecz to trunek mdl?cy.
Jako? ko?o apteczki przeszed?em niechc?cy,
Hany?ek mnie zalecia?, troch? nie zawadzi.
Napi?em si? wi?c troch?, aczej to poradzi:
Nudno przecie. Ja znowu, ju? mi ra?niej by?o,
Wtem dwóch z uczty wczorajszej kompanów przyby?o.
Jak?e nie pocz?stowa?, gdy kto w dom przychodzi?
Jak cz?stowa?, a nie pi?? i to si? nie godzi;
Wi?c ja znowu do wódki, wypi?em niechc?cy:
Omne trinum perfectum, cho? trunek gor?cy,
Dobry jest na ?o??dek. Jako? w punkcie zdrowy,
Usta?y i nudno?ci, usta? i ból g?owy.
Zdrów i wesó? wychodz? z moimi kompany,
Wtem obiad zastali?my ju? przygotowany.
Siadamy. Chwali trze?wo?? pan J?drzej, my za nim,
Bogdaj to wstrzemi??liwo??, pijatyk? ganim,
A tymczasem butelka nietykana stoi.
Pan Wojciech, co si? bardzo niestrawno?ci boi,
Po szynce, co?my jedli, troch? wina radzi:
Kieliszek jeden, drugi zdrowiu nie zawadzi,
A zw?aszcza kiedy wino wytrawione, czyste.
Przystajem na takowe prawdy oczywiste.
Id? zatem dyskursa tonem statystycznym:
O mi?o?ci ojczyzny, o dobru publicznym,
O wspania?ych projektach, m??nym animuszu;
Kopiem góry dla srebra i z?ota w Olkuszu,
Odbieramy Inflanty i pa?stwa multa?skie,
Liczemy owe sumy neapolita?skie,
Reformujemy pa?stwo, wojny nowe zwodzim,
Tych bijem wst?pnym bojem, z tamtymi si? godzim,
A butelka nieznacznie jako? si? wysusza.
Przysz?a druga; a gdy nas ?arliwo?? porusza,
Pe?ni pociech, ?e wszyscy przeciwnicy legli,
Trzeciej, czwartej i pi?tej ani?my postrzegli.
Posz?a szósta i siódma, za nimi dziesi?ta,
Naówczas, gdy nas mi?o?? ojczyzny zaprz?ta,
Pan J?drzej, przypomniawszy ?órawi?skie kl?ski,
Nu? w p?acz nad królem Janem: ?Król Jan by? zwyci?ski!?
Krzyczy Wojciech: ?Nieprawda!? A pan J?drzej p?acze.
Ja gdy ich chc? pogodzi? i rzeczy t?umacz?,
Pan Wojciech mi przymówi?: ?S?yszysz wa??? – mi rzecze.
Jak to wa??! Naucz? ci? rozumu, cz?owiecze.
On do mnie, ja do niego, rwiemy si? zajadli,
Trzyma J?drzej, na wrzaski s?u??cy przypadli,
Nie wiem, jak tam sko?czyli zwad? nasz? wielk?,
Ale to wiem i czuj?, ?em wzi?? w ?eb butelk?.
Bogdaj w piek?o przepad?o obrzyd?e pija?stwo!
Có? w nim? Tylko niezdrowie, zwady, grubija?stwo.
Oto profit: nudno?ci i guzy, i plastry”.
“Dobrze mówisz, pod?ej to zabawa ha?astry,
Brzydzi si? nim cz?ek prawy, jako rzecz? sprosn?:
Z niego zwady, obmowy nieprzystojne rosn?,
Pami?? si? przez nie traci, rozumu u?ycie,
Zdrowie si? nadwer??a i ukraca ?ycie.
Patrz na cz?eka, którego uj??a moc trunku,
Cz?owiekiem jest z pozoru, lecz w zwierz?t gatunku
Godzien si? mie?ci?, kiedy rozs?dek zaleje
I w kontr naturze posta? bydl?c? przywdzieje.
Je?li niebios zdarzenie wino ludziom da?o
Na to, aby u?yciem swoim orze?wia?o,
U?ycie darów bo?ych powinno by? w mierze.
Zawstydza pijanice nierozumne zwierz?,
Pot?piaj? bydl?ta niewstrzymalo?? nasz?,
Trunkiem wed?ug potrzeby gdy pragnienie gasz?,
Nie bior? nad potrzeb?; cz?ek, co nimi gardzi,
Gorzej od nich gdy dzia?a, podlejszy tym bardziej.
Mniejsza guzy i plastry, to zap?ata zbrodni,
Wi?kszej kary, obelgi takowi s? godni,
Co w dzikim za?lepieniu wyst?pni i zdro?ni,
Rozum, który cz?owieka od bydl?cia ro?ni,
?mi? za lada przyczyn? przyt?pia? lub traci?.
Jaki? zysk tak? szkod? potrafi zap?aci??
Jaka korzy?? tak wielk? utrat? nadgrodzi?
Z?a to rado??, mój bracie, po której ?al chodzi.
Ci, co si? na takowe nie udaj? zbytki,
Patrz, jakie swej trze?wo?ci odnosz? po?ytki:
Zdrowie czerstwe, my?l u nich weso?a i wolna,
Moc i ra?no?? niezwyk?a i do pracy zdolna,
Maj?tno?? w dobrym stanie, gospodarstwo rz?dne,
Dostatek na wydatki potrzebnie rozs?dne:
Te s? wstrzemi??liwo?ci zaszczyty, pobudki,
Te s?”. “B?d? zdrów!” “Gdzie? idziesz?” “Napij? si? wódki”.
?WIAT ZEPSUTY
Wolno szale? m?odzie?y, wolno starym zwodzi?,
Wolno si? na czas ?eni?, wolno i rozwodzi?.
Godzi si? kra?? ojczyzn? ?atw? i powoln?,
A mnie sarka? na takie bezprawia nie wolno?
Niech si? miota z?o?? na ci? i chytro?? bezczelna -
Ty mów prawd?, mów ?mia?o, satyro rzetelna.
Gdzie?e? cnoto? gdzie? prawdo? gdzie?cie si? podzia?y?
Tu?cie niegdy? najmilsze przytulenie mia?y.
Czci?y was dobre nasze ojcy i pradziady,
A synowie, co w bite st?pa? mieli ?lady,
Szydz?c z ?wi?tej pod?ciwych swych przodków prostoty,
Za blask czczego pozoru zamienili cnoty.
S?ów a? nadto, a same matactwa i ?garstwa;
Wstr?t usta?, a jawnego spro?no?? niedowiarstwa
?mie si? targa? na ?wi?te wiary tajemnice;
Jad si? szerzy, a ?ród?o bior?c od stolice
Grozi dalsz? zaraz?. Pe?no ksi?g bezbo?nych,
Pe?no mistrzów zuchwa?ych, pe?no uczniów zdro?nych;
A je?li gdzie si? cnota i pobo?no?? mie?ci,
Wy?miewa j? zuchwa?o?? nawet w p?ci niewie?ciej.
Wsz?dzie nierz?d, rozpusta, wyst?pki szkaradne.
Gdzie?e?cie, o matrony, ?wi?te i przyk?adne?
Gdzie?e?cie, ludzie prawi, przystojna m?odzie?y?
O?lep t?uszcza bezbo?na w otch?a? zbytków bie?y.
Co zysk pod?y skojarzy?, to p?ocho?? rozprz??e;
Wzgardzi?y jarzmem cnoty i ?ony, i m??e.
Zapami?ta?e dzieci rodziców si? wstydz?,
Wadz? si? przyjaciele, bracia nienawidz?,
Rw? krewni ?up sierocy, ?zy wdów pij? zdrajce,
Oczyszcza wzgl?d nieprawy jawne winowajce.
Zdobycz wieków, zysk cnoty posiadaj? zdzierce,
Zwierzchno?? bez powa?enia, prawo w poniewierce.
Zysk serca opanowa?, a co niegdy? tajna,
Teraz z?o?? na widoku, a cnota przedajna.
Duchy przodków, nadgrody cnót co u?ywacie,
Na wasze gniazdo okiem je?eli rzucacie.
Je?li odg?os dzie? naszych was kiedy doleci,
Czy? mo?ecie z nas pozna?, ?e?my wasze dzieci?
Jeste?my, ale z gruntu ska?eni, wyrodni,
Jeste?my, ale? tego nazwiska niegodni.
To, co oni honorem, pod?ciwo?ci? zwali,
My prostot? ochrzcili; wi?c co szacowali,
Ty tym gardziem, a grzeczno?? przenosz?c nad cnot?,
Dzieci z?e, psujem ojców pod?ciwych robot?.
Dobra by?a uprawa, lecz z?e ziarno pad?o,
St?d ci teraz Feniksem prawie zgodne stad?o.
Zysk ma??e?stwa kojarzy, ?artem jest przysi?ga,
Lubie?no?? wspaja w?z?y, niestatek rozprz?ga.
M?odzie? pró?na nauki, a rozpusty chciwa,
Skora do rozwi?z?o?ci, do cnoty leniwa.
Zapami?ta?e starcy, zha?bione przymioty.
?mieje si? zbrodnia syta z pogn?bionej cnoty.
Wstyd usta?, wstyd ostatnia niecnoty zapora;
Z?o??, zara?na w swym ?ródle, a w skutkach zbyt spora
Przeistoczy?a dawny grunt ustaw pod?ciwych;
Chlubi si? jawna kradzie? z korzy?ci zel?ywych.
Nie masz jarzma, a je?li jest taki, co d?wiga,
Nie w?o?y?a go cnota – fa?sz, pod?o??, intryga.
P?odzie, szacownych ojców nosz?cy nazwiska!
Zewsz?d ci? zas?u?ona dolegliwo?? ?ciska:
Same? sprawc? twych losów. Zdro?ne obyczaje,
Krn?brno??, nierz?d, rozpusta, zbytki gubi? kraje.
Pró?no si? stan mnieman? pot?g? nasro?y?,
Który na gruncie cnoty rz?dów nie za?o?y?.
Pró?no sobie podchlebia. Ten, co niegdy? s?yn??,
Rzym cnotliwy zwyci??a?, Rzym wyst?pny zgin??.
Nie Goty i Alany do szcz?tu go znios?y:
Zbrodnie, kl?sk poprzedniki i upadków pos?y,
Te go w jarzmo wprawi?y. Skoro w cnocie stygn??,
Upad? – i ju? si? wi?cej odt?d nie pod?wign??.
By? czas, kiedy b??d ?lepy nierz?dem si? chlubi?:
Ten nas nierz?d, o bracia, pokona? i zgubi?,
Ten nas cudzym w ?up odda?, z nas si? z?e zacz??o:
Dzie? jeden nieszcz??liwy zniszczy? wieków dzie?o.
Padnie s?aby i l??e – wzmo?e si? wspania?y.
Rozpacz – podzia? nikczemnych! Wzmagaj? si? wa?y,
Grozi burza, grzmi niebo; okr?t nie zatonie,
Majtki, zgodne z ?eglarzem, gdy stan? w obronie;
A cho? bezpieczniej okr?t opu?ci? i p?yn??,
Pod?ciwiej by? w okr?cie, ocali? lub zgin??.
?ONA MODNA
“A poniewa? dosta?e?, co? tak drogo ceni?,
Winszuj?, panie Pietrze, ?e? si? ju? o?eni?”.
- “Bóg zap?a?”. – “Có? to znaczy? Ozi?ble dzi?kujesz,
Albo? to szcz??cia swego jeszcze nie pojmujesz?
Czyli? si? ju? sprzykrzy?y ma??e?skie ogniwa?”
- “Nie ze wszystkim; lubo? to zazwyczaj tak bywa,
Pierwsze czasy cukrowe”. – “To? pewnie w goryczy?”
- “Jeszcze?!” – “Bracie, trzymaj wi?c, co? dosta? w zdobyczy!
Trzymaj skromnie, cierpliwie, a milcz tak jak drudzy,
Co to swoich ma??onek uni?eni s?udzy,
Z tytu?u ichmo?ciowie, dla oka dobrani,
A jejmo?? tylko w domu rz?dczyna i pani,
Pewnie mo?e i twoja?” – “Ma talenta ?liczne:
Wzi??em po niej w posagu cztery wsie dziedziczne,
Pi?kna, grzeczna, rozumna”. – “Tym lepiej”. – “Tym gorzej.
Wszystko to na z?e wysz?o i zgubi mnie sporzej;
Pi?kno??, talent wielkie s? zaszczyty niewie?cie,
Có? po tym, kiedy by?a wychowana w mie?cie”.
- “Albo? to miasto psuje?” – “A któ? w?tpi? mo?e?
Bogdaj to ?onka ze wsi!” – “A z miasta?” – “Bro? Bo?e!
?lem tuszy?, skorom moj? pierwszy raz obaczy?,
Ale, ?em to, co postrzeg?, na dobre t?umaczy?,
Wdawszy si? ju?, a nie chc?c dla damy ohydy,
Wiejski Tyrsys, wzdycha?em do mojej Filidy.
Dziwne by?y jej gesta i misterne wdzi?ki,
A nim przysz?o do szlubu i dania mi r?ki,
Szli?my drog? romansów, a czym si? u?miecha?,
Czym si? skar?y?, czy milcza?, czy mówi?, czy wzdycha?,
Wiedzia?em, ?em niedobrze udawa? aktora,
Modna Filis gardzi?a sercem domatora.
I ja by?bym ni? wzgardzi?; ale punkt honoru,
A czego mi najbardziej ?al, pon?ta zbioru,
Owe wioski, co z mymi granicz?, dziedziczne,
Te mnie zwiod?y, wprawi?y w te okowy ?liczne.
Przysz?o do intercyzy. Punkt pierwszy: ?e w mie?cie
Jejmo?? przy doskona?ej francuskiej niewie?cie,
Co lepiej (bo Francuzka) potrafi ratowa?,
B?dzie mieszka?, ilekro? trafi si? chorowa?.
Punkt drugi: chocia? zdrowa, czas na wsi przesiedzi,
Co zima jednak miasto sto?eczne odwiedzi.
Punkt trzeci: b?dzie mia?a swój ekwipa? w?asny.
Punkt czwarty: dom si? najmie wygodny, nieciasny,
To jest apartamenta paradne dla go?ci,
Jeden z ty?u dla m??a, z przodu dla jejmo?ci.
Punkt pi?ty: a bro? Bo?e! – Zl?k?em si?. A czego?
“Trafia si? – rzekli krewni – ?e z zdania wspólnego
Albo si? w?ze? przerwie, albo si? roz??czy!”
“Jaki w?ze??” “Ma??e?ski”. Rzek?em: “Ten ?mier? ko?czy”.
Roz?mieli si? z wie?niackiej przytomni prostoty.
A tak p?ac?c wolno?ci? niewczesne zaloty,
Po zwyczajnych obrz?dkach rzecz poprzedzaj?cych
Jestem wpisany w bractwo braci ?a?uj?cych.
Wyje?d?amy do domu. Jejmo?? w z?ych humorach:
Czym pojedziem?” “Karet?”. “A nie na resorach ?”
Dali? ja po resory. Szcz??ciem kasztelanie,
Co karet? angielsk? sprowadzi? z zagranic,
Zgra? si? co do szel?ga. Kupi?em. Czas siada?.
Jejmo?? s?aba. Wi?c podró? musiemy odk?ada?.
Zdrowsza jejmo??, zaje?d?a angielska kareta.
Siada jejmo??, a przy niej suczka faworyta.
K?ad? skrzynki, skrzyneczki, woreczki i paczki,
Te od wódek pachn?cych, tamte od tabaczki,
Nios? pud?o kornetów, jaki? kosz na fanty;
W jednej klatce kanarek, co ?piewa kuranty,
W drugiej sroka, dla ptaków jedzenie w garnuszku,
Dalej kotka z koci?ty i mysz na ?a?cuszku.
Chc? siada?, nie masz miejsca; ?eby nie zwlec drogi,
Wzi??em klatk? pod pach?, a suczk? na nogi.
Wyje?d?amy szcz??liwie, jejmo?? siedzi smutna,
Ja milcz?, sroka tylko wrzeszczy rezolutna.
Przerwa?a jejmo?? my?li: “Masz wa?pan kucharza ?”
“Mam, moje serce”. “A pfe, koncept z kalendarza,
Moje serce! Prosz? si? tych prostactw oduczy?!”
Zamilk?em. Trudno mówi?, a dopiero? mruczy?.
Wi?c milcz?. Jejmo?? znowu o kucharza pyta.
“Mam, mo?cia dobrodziejko”. “Masz wa?pan stangryta?”
“Wszak nas wiezie”. “To furman. Trzeba od parady
Mie? inszego. Kucharza dla jakiej s?siady
Mo?esz wa?pan ust?pi?”. “Dobry”. “Sk?d?” “Poddany”.
“To musi by? zapewne nieoszacowany -
Musi dobrze przypieka? reczuszki, ?azanki,
Do gustu pani wojskiej, panny podstolanki.
Ust?p go wa?pan. Przyjm? pana Matyjasza,
Mo?e go i ksi?dz pleban u?y? do kiermasza.
A pasztetnik?” “Umia? ci i pasztety robi?”.
“Wierz mi wa?pan, je?eli mamy si? sposobi?
Do uczciwego ?ycia, we??e ludzi zgodnych,
Kucharzy cudzoziemców, pasztetników modnych,
Trzeba i cukiernika. Serwis zwier?ciadlany
Masz wa?pan i figurki pi?kne z porcelany ?”
“Nie mam”. “Jak to by? mo?e? Ale ju? rozumiem
I lubo jeszcze trybu wiejskiego nie umiem,
Domy?lam si?. Na wety zastawiaj? pó?ki,
Tam w pi?knych piramidach krajanki, gomó?ki,
Tatarskie ziele w cukrze, imbier chi?ski w miodzie,
Za? ku wi?kszej pociesze razem i wygodzie
W ?adunkach bibu?owych kmin kandyzowany,
A na wierzchu toru?ski piernik poz?acany.
Szkoda mówi?, to pi?knie, wybornie i grzecznie,
Ale wybacz mi wa?pan, ?e si? stawi? sprzecznie.
Jam niegodna tych parad, takiej wspania?o?ci”.
Zmilcza?em, wolno by?o ?artowa? jejmo?ci.
Wje?d?amy ju? we wrota, spoj?rza?a z karety:
“A pfe, mospanie, parkan, czemu nie sztakiety?”
Wysiad?a, a z ni? suczka i kotka, i myszka;
Odepchn??a starego szafarza Franciszka,
?zy mu w oczach stan??y, jam westchn??. W drzwi wchodzi.
“To nasz ksi?dz pleban!” “K?aniam”. Zmarszczy? si? dobrodziej.
“Gdzie sala?” “Tu jadamy”. “Kto widzia? tak jada?!
Ma?a izba, czterdziestu nie mo?e tu siada?”.
A? si? wezdrgn?? Franciszek, skoro to wyrzek?a,
A klucznica natychmiast ze strachu uciek?a.
Jam zosta?. Idziem dalej. “To pokój sypialny”.
“A pokój do bawienia?” “Tam, gdzie i jadalny”.
“To by? nigdy nie mo?e! A gabinet ?” “Dalej.
Ten b?dzie dla wa?pani, a tu b?dziem spali”.
“Spali? Prosz?, mospanie, do swoich pokojów.
Ja musz? mie? osobne od spania, od strojów,
Od ksi??ek, od muzyki, od zabaw prywatnych,
Dla panien pokojowych, dla s?u?ebnic p?atnych.
A ogród?” “S? kwatery z bukszpanu, ligustru”.
“Wyrzuci?! Nie potrzeba przydatniego lustru,
To niemczyzna. Niech b?d? z cyprysów gaiki,
Mrucz?ce po kamyczkach gdzieniegdzie strumyki,
Tu kiosk, a tu meczecik, holenderskie wanny,
Tu domek pustelnika, tam ko?ció? Dyjanny.
Wszystko jak od niechcenia, jakby od igraszki,
Belwederek male?ki, klateczki na ptaszki,
A tu s?owik mi?o?nie szczebiocze do ucha,
Synogarlica j?czy, a go??bek grucha,
A ja sobie rozmy?lam pomi?dzy cyprysy
Nad nieszcz??ciem Pameli albo Heloisy…”
Uciek?em, jak si? jejmo?? rozpocz??a z?yma?,
Ju? te? wi?cej nie mog?em tych bajek wytrzyma?,
Uciek?em. Jejmo?? w rz?dy. Pe?no w domu wrzawy,
Trzy sztafety w tygodniu posz?o do Warszawy,
W dwa tygodnie ju? domu i pozna? nie mo?na,
Jejmo?? w planty obfita, a w dzie?ach przemo?na,
Z sto?owej izby balki wyrzuciwszy stare,
Da?a sufit, a na nim Wenery ofiar?.
Ju? alkowa z?ocona w sypialnym pokoju,
Gipsem wymarmurzony gabinet od stroju.
Posz?y s?ojki z apteczki, posz?y konfitury,
A nowym dzie?em kunsztu i architektury
Z pó?ek szafy mahoni, w nich ksi??ek bez liku,
A wszystko po francusku: globus na stoliku,
Buduar szklni si? z?otem, pe?no porcelany,
Stoliki marmurowe, zwier?ciadlane ?ciany.
Zgo?a przeszed? mój domek warszawskie pa?ace,
A ja w k?cie nieborak, jak p?ac?, tak p?ac?.
To mniejsza, lecz gdy hurmem zjechali si? go?cie,
Wykwintne kawalery i modne imo?cie,
Bal, maszki, tr?by, kot?y, gromadna muzyka,
Pan szambelan za zdrowie jejmo?ci wykrzyka,
Pan adiutant wypija moje stare wino,
A jejmo?? w k?cie szepcz?c z pani? staro?cin?,
Kiedy ja si? uwijam jako jaki s?uga,
Coraz na mnie pogl?da, ?mieje si? i mruga.
Po wieczerzy fejerwerk. Go?cie patrz? z sali;
Wpad? szmermel mi?dzy gumna, stodo?a si? pali.
Ja wybiegam, ja gasz?, ratuj? i p?acz?,
A tu brzmi? coraz g?o?niej na wiwat tr?bacze.
Powracam zmordowany od pogorzeliska,
Nowe ?arty, przymówki, nowe po?miewiska.
Siedz? go?cie, a coraz wi?cej ich przybywa,
Przek?adam zbytni ekspens, jejmo?? zapalczywa
Z swoimi czterma wsiami odzywa si? dwornie.
“I osiem nie wystarczy” – przek?adam pokornie.
“To si? wró?my do miasta”. Zezwoli?em, jedziem;
Ju? tu od kilku niedziel zbytkujem i siedziem.
Ju?… ale dobrze mi tak, cho? frasunek bodzie,
Có? mam czyni?? Pró?ny ?al, jak mówi?, po szkodzie”.