środa, styczeń 18th 2006


Fraszki - Jan Kochanowski
posted @ 1:16 am in [ Lektury i literatura szkolna - Dla dzieci - Fraszki ]

KSI?GI PIERWSZE
Nie dbaj? moje papiery
O przewa?ne bohatery;
Nic u nich Mars, chocia srogi,
I Achilles pr?dkonogi;
Ale ?miechy, ale ?arty
Zwyk?y zbiera? moje karty.
Pie?ni, ta?ce i biesiady
Schadzaj? si? do nich rady.
Statek tych czasów nie p?aci,
Prac? cz?owiek pró?no traci.
Przy fraszkach mi w?dy nalej?,
A to wniwecz, co si? ?miej?.

O ?YWOCIE LUDZKIM

Fraszki to wszytko, cokolwiek my?lemy,
Fraszki to wszytko, cokolwiek czyniemy;
Nie masz na ?wiecie ?adnej pewnej rzeczy,
Pró?no tu cz?owiek ma co mie? na pieczy.
Zacno??, uroda, moc, pieni?dze, s?awa,
Wszystko to minie jako polna trawa;
Na?miawszy si? nam i naszym porz?dkom,
Wemkna nas w mieszek, jako czyni? ??tkom.

RAKI

Folgujmy paniom nie sobie, ma rada;
Mi?ujmy wiernie nie jest w nich przysada.
Godno?ci trzeba nie za nic tu cnota,
Mi?o?ci pragn? nie pragn? tu z?ota.
Mi?uj? z serca nie patrzaj? zdrady,
Pilnuj? prawdy nie k?amaj? rady.
Wiar? uprzejm? nie dar sobie wa??,
W miar? nie nazbyt ci?gn?? rzemie? ka??.
Wiecznie wam s?u?? na chwil?,
Bezpiecznie wierzcie nierad ja omyl?.

NA BARBAR?

Jako? mi ju? skaczesz s?abo,
Folguj sobie, mi?a Barbaro, prosz? ci?.
Czart rozskaka? tego swata,
Nie dba nic, cho? kto ma lada co przed sob?.
Okazuje swoje sztuki,
Albo? nie wie, ?e masz w Nuremberku towar?
Ale ty w?dy nie b?d? g?upia,
Nieznajomym nie daj dudkowa? przed sob?.
Nie zwierzaj si? leda komu,
Nie puszczaj mnichów do dobrego mieszkania.
I kap?anów si? wystrzegaj,
Raczej sama zaw?dy letanije ?piewaj!
A chcesz li mi? s?ucha? dalej,
Moja Barbaro, nie szacuj dobrych ludzi!
Zaw?dy raczej szukaj zgody,
Niech za ci? skacze, kto m?otem dobrze robi.
Mo?esz odpru? i te wzorki,
Czy?cie tak nam a z paciorkowym biczykiem.
A nie dufaj w ?adne czary,
I pod pierzem szpetny staro?wietski bieret.
Wiedz?e, co masz czyni? z sob?,
Bo lisi ogon za towar nie uchodzi.
A ?otrowie, co to widz?,
W oczy pi?knie, w k?cie szykuj? swe draby.
Domy?laj?e si? ostatka,
Wszake? ju? swym dziatkom marcypan rozda?a.

NA ?WI?TEGO OJCA

?wi?tym ci? zwa? nie mog?, ojcem si? nie wstydz?,
Kiedy, wielki kap?anie, syny twoje widz?.

O DOKTORZE HISZPANIE

“Nasz dobry doktor spa? si? od nas bierze,
Ani chce z nami doczeka? wieczerze.”
“Dajcie mu pokój! najdziem go w po?cieli,
A sami przedsi? bywajmy weseli!”
“Ju? po wieczerzy, pód?my do Hiszpana!”
“Ba, wier?, pód?my, ale nie bez dzbana.”
“Puszczaj, doktorze, towarzyszu mi?y!”
Doktor nie pu?ci?, ale drzwi pu?ci?y.
“Jedna nie wadzi, daj ci Bo?e zdrowie!”
“By jeno jedna” - doktor na to powie.
Od jednej przesz?o a? wi?c do dziewi?ci,
A doktorowi mózg si? we ?bie m?ci.
“Trudny - powiada - mój rz?d z tymi pany:
Szed?em spa? trze?wio, a wstan? pijany.”

NA ?LAS?

Sta? ku s?o?cu, a rozdziew g?b?, panie ?lasa,
A ju? nie b?dziem szuka? inszego kompasa;
Bo ten nos, co? to g?by ju? ledwe nie minie,
Na z?bach nam oka?e, o której godzinie.

O ?YWOCIE LUDZKIM

Wieczna My?li, która? jest dalej ni? od wieka,
Jesli ci? te? to rusza, co czasem cz?owieka,
Wierz?, ?e tam na niebie masz mi?sopust prawy
Patrz?c na rozmaite ?wiata tego sprawy.
Bo leda co wyrzucisz, to my, jako dzieci,
W taki treter, ?e z sob? wyniesiem i ?mieci.
Wi?c temu r?kaw urw?, a ten czapk? straci;
Drugi tej krotochwile i w?osy przyp?aci.
Na koniec niefortuna albo ?mier? przypadnie,
To drugi, cho?by nierad, czacz porzuci snadnie.
Panie, godno li, niech t? rozkosz z Tob? czuj?:
Niech drudzy za ?by chodz?, a ja si? dziwuj?.

KSI?GI WTÓRE

NA LIP?

Go?ciu, si?d? pod mym li?ciem, a odpoczni sobie!
Nie dójdzie ci? tu s?o?ce, przyrzekam ja tobie,
Cho? si? nawysszej wzbije, a proste promienie
?ci?gn? pod swoje drzewa rozstrzelane cienie.
Tu zaw?dy ch?odne wiatry z pola zawiewaj?,
Tu s?owicy, tu szpacy wdzi?cznie narzekaj?.
Z mego wonnego kwiatu pracowite pszczo?y
Bior? miód, który potym szlachci pa?skie sto?y.
A ja swym cichym szeptem sprawi? umiem snadnie,
?e cz?owiekowi ?acno s?odki sen przypadnie.
Jab?ek wprawdzie nie rodz?, lecz mi? pan tak k?adzie
Jako szczep nap?odniejszy w hesperyskim sadzie.

DO PETRY?A

Dawno? nie stoi owa rzecz, Petry?o,
A przedsi?? igra? z niewiastami mi?o.
Wyjad?e? wszytki recepty z apteki
Dla tej oci?tnej i niesta?ej deki.
Wielka cz??? ludzi nie b?dzie wierzy?a,
?e co nie stoj?c - przedsi? stoi si?a.

DO DZIEWKI

Daj, czego? nie ub?dzie, by? nawi?cej da?a;
Daj, czego pró?no dawa? potym b?dziesz chcia?a,
Kiedy? zmarski twarz zorz?, a g?adkie ?wierciad?o
Oka?e to na oko, ?e ci? si?a spad?o.
Ju? tam s?u?y? nie b?d? te pieszczone s?owa:
“Stachniczku, duszo moja!” - rychlej: “B?d? mi zdrowa,
Maryja, ?aski pe?na!” - a w r?ku pacierze,
Na jakie przy ko?ciele baba pieni?dz bierze.
Teraz mo?esz lelij? pi?kny w?os otoczy?,
Teraz mo?esz za?piewa?, mo?esz w ta?cu skoczy?;
Po chwili przydzie druga, któr? przejdziesz laty,
I rzecze?: “We?m ty k?dziel; przystojniej mnie z swaty.”

DO SNU

?nie, który uczysz umiera? cz?owieka
I ukazujesz smak przysz?ego wieka,
Uspi na chwil? to ?miertelne cia?o,
A dusza sobie niech pobuja ma?o!
Chce li, gdzie jasny dzie? wychodzi z morza,
Chce li, gdzie wieczór ga?nie pozna zorza
Albo gdzie ?niegi panuj? i lody,
Albo gdzie wysch?y przed gor?cem wody.
Wolno jej w niebie gwiazdom si? dziwowa?
I spornym biegom z bliska przypatrowa?,
A jako ko?a w spo?ecznym mijaniu
Czyni? d?wi?k barzo wdzi?czny ku s?uchaniu.
Niech si? nacieszy nieboga do woli,
A cia?o, które odpoczynek woli,
Niechaj tym czasem tesknice nie czuje,
A co to nie ?y?, w czas si? przypatruje.

O PROPORCYJEJ

Atoli patrz?c na swe jajca silne,
My?li?em rzeczy moim zdaniem pilne:
Jesli mi? chce mie? szcz??cie w tym nierz?dzie,
Niech mi da wedle proporcyjej m?dzie.

KSI?GI TRZECIE

DO GÓR I LASÓW

Wysokie góry i odziane lasy!
Jako rad na was patrz?, a swe czasy
M?odsze wspominam, które tu zosta?y,
Kiedy na statek cz?owiek ma?o dba?y.
Gdziem potym nie by?? Czegom nie skosztowa??
Ja?em przez morze g??bokie ?eglowa?,
Ja?em Francuzy, ja Niemce, ja W?ochy,
Ja?em nawiedzi? Sybilline lochy.
Dzi? ?ak spokojny, jutro przypasany
Do miecza rycerz; dzi? miedzy dworzany
W pa?skim pa?acu, jutro zasi? cichy
Ksi?dz w kapitule, tylko ?e nie z mnichy
W szarej kapicy a z dwojakim p?atem;
I to czemu nic, jesli?e opatem?
Taki by? Proteus, mieni?c si? to w smoka,
To w deszcz, to w ogie?, to w barw? ob?oka.
Dalej co b?dzie? Srebrne w g?owie nici,
A ja z tym trzymam, kto co w czas uchwyci.

DO FRASZEK

Fraszki nieprzep?acone, wdzi?czne fraszki moje,
W które ja wszytki k?ad? tajemnice swoje,
B?d? ?askawie Fortuna ze mn? post?puje,
B?d? inaczej, czego sna? wi?cej si? najduje.
Obra?liby si? kiedy kto tak pracowity,
?eby z was chcia? wyczerpa? umys? mój zakryty:
Powiedzcie mu, niech pró?no nie frasuje g?owy,
Bo si? w dziwny Labirynt i b??d wda takowy,
Sk?d ?adna Aryjadna, ?adne k??bki tylne
Wywie?? go móc nie b?d?, tak tam ?cie?ki mylne.
Na koniec i sam cie?la, który to mistrowa?,
Aby tu rogatego ch?opobyka chowa?,
Nie zaw?dy do wrót trafi, a? pióra szychtuje
Do ramienia, to? ledwe wierzchem wylatuje.

NA DOM W CZARNOLESIE

Panie, to moja praca, a zdarzenie Twoje;
Raczy? b?ogos?awie?stwo da? do ko?ca swoje!
Inszy niechaj pa?ace marmórowe maj?
I szczerym z?otog?owem ?ciany obijaj?,
Ja, Panie, niechaj mieszkam w tym gnia?dzie ojczystym,
A Ty mi? zdrowiem opatrz i sumieniem czystym,
Po?ywieniem u?ciwym, ludzk? ?yczliwo?ci?,
Obyczajmi zno?nymi, nieprzykr? staro?ci?.

NA ZDROWIE

?lachetne zdrowie,
Nikt si? nie dowie,
Jako smakujesz,
A? si? zepsujesz.
Tam cz?owiek prawie
Widzi na jawie
I sam to powie,
?e nic nad zdrowie
Ani lepszego,
Ani dro?szego;
Bo dobre mienie,
Per?y, kamienie,
Tak?e wiek m?ody
I dar urody,
Mie?cia wysokie,
W?adze szerokie,
Dobre s?, ale -
Gdy zdrowie w cale.
Gdzie nie masz si?y,
I ?wiat niemi?y.
Klinocie drogi,
Mój dom ubogi
Oddany tobie
Ulubuj sobie!


Leave a Reply