Wednesday, January 18th 2006


Pch?a Szachrajka – Jan Brzechwa
posted @ 4:38 pm in [ Bajki ]

Pch?a Szachrajka

Chcecie bajki? Oto bajka:
By?a sobie Pch?a Szachrajka.
Nies?ychana rzecz po prostu,
By kto? tak marnego wzrostu
I n?dznego pchlego rodu
Móg? wyczynia? bez powodu
Takie psoty i ga?ga?stwa,
Jak pch?a owa, prosz? pa?stwa.

Mia?a domek na przedmie?ciu
Po ojczymie czy po te?ciu,
Dom z?o?ony z trzech pi?terek
I pokojów ca?y szereg.
Wi?c salonik i sypialni?,
I jadalni?, naturalnie,
Gabinecik i korytarz,
O cokolwiek si? zapytasz,
Wszystko mia?a, a? jej go?ci
Zalewa?a ?ó?? z zazdro?ci.

Mia?a bryczk?, dwa kucyki,
Dojn? krow? z Ameryki,
Psa kud?acza, owc?, kur?
Oraz koty szarobure,
Dwa uczone karaluchy
W kuchni pas?y sobie brzuchy,
Konik polny Pchle Szachrajce
Co dzie? gra? na ba?a?ajce,
Jednym s?owem mia?a ?ycie
U?o?one znakomicie.

Pch?a Szachrajka rzek?a: “Lubi?
Czasen w pche?ki zagra? w klubie!”
Wi?c ubrana jak z igie?ki
Pojecha?a zagra? w pche?ki.
Jedzie sobie Pch?a Szachrajka
Kolorowa jak mozaika,
Jedzie pe?na animuszu,
W ?akieciku z lila pluszu,
Z ?ó?tym piórkiem w kapeluszu,
W modrych butach at?asowych,
W r?kawiczkach purpurowych.

W klubie bywa tyle osób,
?e przecisn?? si? nie sposób.
Pch?a krzykn??a: “Dajcie drog?!
Jestem ma?a, przej?? nie mog?!”
T?um rozst?pi? si?, a ona
Przesz?a ?rodkiem niewzruszona.
Ju? do sto?u mknie czym pr?dzej
I wyjmuje stos pieni?dzy.
“Postawi?abym trzy grosze
Na zielone…”
“Bardzo prosz?.”
Pche?ki skacz? jak szalone,
Tu niebieskie, tam czerwone,
Tu wygrana, tam przegrana…
“Na zielone, prosz? pana!”

Pch?a Szachrajka by?a ma?a,
Mi?dzy pche?ki si? wmiesza?a
I po stole sama skacze.
“Co to znaczy? – my?l? gracze -
W któr?kolwiek spojrze? stron?
Wygrywaj? wci?? zielone.”
Nim si? gracze po?apali,
Pch?a Szachrajka wysz?a z sali
I z wygran? sw? do domu
Pojecha?a po kryjomu.

Pomy?la?a: “Po tej próbie
Nie poka?? si? ju? w klubie.”
Taki da?a wi?c telegram:
W PCHE?KI Z WAMI
WI?CEJ NIE GRAM

Pchle zachcia?o si? brewerii,
Posz?a wi?c do mena?erii.
W?a?nie s?o? po drodze drepta?,
Pch?y o ma?o nie rozdepta?.
Patrzy: Có? to za ?dziebe?ko?
“Co tu robisz, pani Pche?ko?”

Pch?a stukn??a parasolk?:
“Jestem pch??, lecz przy tym Polk?!
??dam wi?kszej galanterii,
Panie s?oniu z mena?erii!”

S?o? pokr?ci? grzecznie tr?b?
I powiada: “Jestem Jombo,
Przyjecha?em tu z Colombo.”

Rzecze na to Pch?a do s?onia:
“A ja jestem rodem z B?onia,
Tam plantacj? mam wzorow?,
Sadz? na niej ko?? s?oniow?.
Obok domu dla kaprysu
Trzymam stale sto tygrysów,
Sto kangurów, sto lampartów,
Ze mn?, panie, nie ma ?artów!”

S?o? pokr?ci? tr?b? grzecznie:
“Rzeczywi?cie niebezpiecznie.”
Potem upad? na kolana
I powiedzia?: “Ukochana,
Takiej w?a?nie pragnie ?ony
Jombo, s?uga uni?ony.”

Pch?a usiad?a mu na karku,
Przejecha?a si? po parku,
Wreszcie rzek?a: “Drogi Jombo,
Imponujesz mi sw? tr?b?,
Ale tylko tr?b?. Zaczem
Mo?esz zosta? mym tr?baczem.”

Pch?a Szachrajka po obiedzie
Do cukierni bryczk? jedzie.
Ju? z daleka wida? z bryczki
Purpurowe r?kawiczki.
Pch?y ciastkami zwykle gardz?,
Nasza za? lubi?a bardzo
Tartoletki, papatacze,
Ptysie, bezy i s?kacze,
Rurki z kremem, tort z wi?niami
I babeczki z malinami.

Wchodzi ?mia?o do cukierni,
W pas k?aniaj? si? od?wierni,
Ju? kelnerzy przyskakuj?,
Grzecznie w r?czk? j? ca?uj?.
“Dzisiaj rurki z kremem zjem,
Bo ogromnie lubi? krem.
Prosz? poda? ze trzydzie?ci,
Stolik wi?cej nie pomie?ci.”
Przy stoliku pch?a zasiad?a,
Jedn? rurk? z kremem zjad?a,
Zostawi?a pe?n? tac?.
“Za t? jedn? rurk? p?ac?!”
Wsta?a, wysz?a, od niechcenia
Powiedzi?a “do widzenia”
I mign??y tylko z bryczki
Purpurowe r?kawiczki.
Bardzo dziwi? si? kelnerzy:
“Jak rozumie? to nale?y!
O trzydzie?ci rurek prosi?,
A po jednej mie? ju? dosy??”
Nagle patrz?: Co to? Czemu
W rurkach wcale nie ma kremu?
Wszystkie puste? Co za kwestia?
Zjad?a ca?y krem ta bestia!
Tak si? przej?? tym cukiernik,
?e przypali? ca?y piernik
I zawo?a?: “Prosz? mi tu
Kupi? jutro flaszk? flitu.
Gdy znów przyjdzie Pch?a przekl?ta,
Rurki z kremem popami?ta!”

Raz, którego? dnia, przy ?wi?cie
Urz?dzi?a Pch?a przyj?cie.
Go?ci przysz?o co niemiara:
Chrab?szcz, komar, mucha stara,
Przydrepta?y dwa paj?ki,
?my, szerszenie i biedronki,
Jedna osa, cztery pszczo?y,
Motyl, trzmiel i b?k weso?y,
Mole, mrówki oraz wa?ki,
I zacz??y si? igraszki.
Dwa uczone karaluchy
Roznosi?y placek kruchy,
Pestek, maku, cukru garstki,
A w szklaneczkach jak naparstki
Sok z czere?ni, oran?ad?
I mro?on? czekolad?.
W pewnej chwili Pch?a powiada:
“Jestem go?ciom bardzo rada
I z najwi?ksz? przyjemno?ci?
Co? za?piewam mi?ym go?ciom.
Dajmy na to… ari? z “Toski”,
Lecz po w?osku, bo znam w?oski.”
Zawo?ali go?cie: “Brawo!
Niech za?piewa, bo ma prawo!”

Wszyscy zatem je?? przestali,
Pch?a stan??a w ko?cu sali
I z usteczek jej male?kich
Pop?yn??y cudne d?wi?ki.
Pch?a ?piewa?a niemal bosko,
Komar bzykn?? czule: “Tosko!”
“Toska” drobne swoje r?czki
Zacisn??a jak dwa p?czki,
W r?czki smutnie twarz wtuli?a
I tak ?piew swój zako?czy?a.
“Co za g?os! – krzykn?li go?cie -
Niech za?piewa jeszcze, pro?cie!”
Pch?a zgodzi?a si? z ?atwo?ci?
Z za?piewa? mia?a go?ciom
Ari? “Halki”, a tymczasem
Za?piewa?a takim basem,
?e a? go?cie, co siedzieli
Spadli z krzese? i z foteli.
?uk podskoczy?, zatka? uszy…
“Przecie? ona nas og?uszy!
Bujda!” – krzykn?? prosto z mostu.
Rzecz wyda?a si?. Po prostu
Nie ?piewa?a Pch?a Szachrajka,
Tylko skrzynka-samograjka,
A karaluch w niej ukryty
Jak na z?o?? pomyli? p?yty.

?uk powiedzia? tylko: “?uka
Pch?a Szachrajka nie oszuka.”
I zapali? dumnie fajk?
Opuszczaj?c Pch?? Szachrajk?.

Pchle samotno?? nie s?u?y?a,
Lecz ?e by?a bardzo mi?a,
Mia?a siedem kole?anek,
Czaruj?cych warszawianek,
M?odych, ?licznych jak poranek.
Wszystkie pe?ne elegancji,
W sukieneczkach prosto z Francji,
Uczesane w modne loczki
I w po?czoszkach jak ob?oczki.
Pch?a wraz z nimi w karnawale
Obje?d?a?a wszystkie bale,
Plotkowa?a z nimi stale,
Co dzie? ka?d? kole?ank?
Odwiedza?a, fili?ank?
Czarnej kawy wypija?a
I na inne plotkowa?a.
A ?e mia?a powodzenie,
Powodzenia jej szalenie
Zazdro?ci?y kole?anki,
Wi?c si? wci?? s?ysza?o wzmianki:
“Pch?a to dziwna jest osoba!
Có? si? w takiej Pchle podoba?
Czy ta wiecznie skromna minka,
Czy b??kitna pelerynka,
Purpurowe r?kawiczki,
Czy te nó?ki jak patyczki?
Albo mo?e u?miech s?odki,
Albo psoty, albo plotki?…”
Tak mówi?y kole?anki,
Eleganckie warszawianki.
Pch?a w okropn? w?ciek?o?? wpad?a,
Czerwieni?a si? i blad?a,
I tupa?a nó?k? ma??,
?e a? w domu wszystko dr?a?o.
“Niegodziwe zazdro?nice!
Niech no tylko je przychwyc?,
A ju? b?d? trzy kwarta?y
Pch?? Szachrajk? pami?ta?y!”

Rozmy?la?a ca?y ranek
I do siedmiu kole?anek
Rozes?a?a siedem kartek
Pisz?c krótko: “Prosz? w czwartek
Do mnie, droga kole?anko,
Przyj?? na kaw? ze ?mietank?.”

Rozes?a?a siedem kartek
I na go?ci czeka w czwartek.
Patrzy, jad? przez ulice
Kole?anki – zazdro?nice.
Jad?, jad? kole?anki,
Elegantki z morskiej pianki.

Pch?a wybieg?a a? na ganek
Na spotkanie kole?anek.
“Witam, ciesz? si? ogromnie,
?e?cie dzisiaj przysz?y do mnie!”
I wprowadza je po schodkach,
I zaprasza je do ?rodka.
Elegantki wchodz? godnie,
Ka?da jest ubrana modnie,
Ka?da w nowym, pi?knym stroju
Najlepszego w mie?cie kroju.
“Gdzie jest lustro?”
“W przedpokoju.”
Biegnie pierwsza do zwierciad?a,
Popatrzy?a i poblad?a.
“Co to znaczy? Oczy krowie,
Krowie rogi mam na g?owie,
I w dodatku krowi? posta?!
Apopleksji mo?na dosta?!”
Biegnie druga do zwierciad?a
I jak sta?a, tak usiad?a.
“Ja tak samo, daj? s?owo,
Jestem krow?, zwyk?? krow?!”
Inne, widz?c swe odbicie,
Wpad?y w rozpacz: “Czy widzicie?”
I wo?a?y zap?akane:
“To s? rzeczy nies?ychane!
Elegantk? zmieni? w krow?!
To jest Pch?y ga?ga?stwo nowe!
Niech si? na nas nie porywa
Pch?a Szachrajka niegodziwa,
Zna? nie chcemy kole?anki,
Co obra?a warszawianki!”

I bez s?owa po?egnania
Wysz?y wszystkie z jej mieszkania.

?adna dobrze nie wiedzia?a
Jak przemiana ta powsta?a.
Ale my te sprawki znamy:
Pch?a wyj??a lustro z ramy,
A wstawi?a arkusz miki,
Dojn? krow? z Ameryki
Postawi?a z drugiej strony.
Ka?dy by? wi?c prze?wiaczony
Patrz?c w mik? nale?ycie,
?e to jego jest odbicie.

Przez ulic? jedzie bryczka,
Pch?a w niej siedzi jak ksi??niczka.
Na ramionach pelerynka,
Spod kapturka s?odka minka,
Parasolka ma?a w d?oni
Przed s?onecznym skwarem chroni.
Pch?a do sklepu wchodzi godnie.
“Chcia?abym si? ubra? modnie.
Czy dostan? na sukienki
Jaki? jedwab bardzo cienki?”
Skoczy? kupiec i na ladzie
Najpi?kniejsze wzory k?adzie.
“Wybór nader mam bogaty,
Oto modny jedwab w kwiaty
?ó?te, bia?e, morelowe,
Modre, lila, purpurowe,
Rezedowe i zielone,
Srebrne, z?ote i czerwone.”
Pch?a Szachrajka przez dzie? ca?y
Ogl?da?a materia?y,
Ogl?da?a, wybiera?a…
Wybór du?y, a pch?a ma?a!
Rzek?a wrezcie: “Wielka szkoda,
Nie dogadza mi ta moda,
Mo?e z czasem, do jesieni
W?ród deseni co? si? zmieni.”
Cho? nic w sklepie nie kupi?a,
Ale by?a bardzo mi?a,
Wi?c j? kupiec wyprowadzi?
I do bryczki grzecznie wsadzi?.
Gdy uprz?ta? materia?y,
Nagle r?ce mu zadr?a?y,
Patrzy – znik?y wszystkie kwiatki,
A pozosta? jedwab g?adki.
“Ta szachrajka, ta pch?a ma?a,
Wszystkie kwiatki mi zabra?a,
Tak? w smole warto upiec!” -
Zrozpaczony j?kn?? kupiec.
A ulic? jedzie bryczka,
Pch?a w niej siedzi jak ksi??niczka.
Staje wreszcie ko?o domu
I nie mówi?c nic nikomu
W ulubionym swym ogródku
Sadzi kwiatki po cichutku:
?ó?te, bia?e, morelowe,
Modre, lila, purpurowe,
Rezedowe i zielone,
Srebrne, z?ote i czerwone.
Pomalutku sadzi kwiatki
Cyklameny, ró?e, bratki,
Malwy, niezapominajki…
?licznie jest u Pch?y Szachrajki!

Pch?a, podobnie jak kobiety,
Rzadko zajrzy do gazety,
Ale czasem od niechcenia
Czyta drobne og?oszenia.

Raz wi?c, nudz?c si? szalenie,
Przeczyta?a og?oszenie,
?e niejaka panna Kika
Na ulicy Kopernika
Pragnie uczy? si? j?zyka
Angielskiego.
Pch?a szcz??liwa
Ju? co? knuje, ju? si? zrywa
I po chwili w kapeluszu,
W ?akieciku z lila pluszu,
W modrych butach at?asowych,
W r?kawiczkach purpurowych
Jedzie wprost na Kopernika,
Tam, gdzie mieszka panna Kika.
“Có?, angielski rzecz niewielka!
A wygl?dam jak Angielka,
Jest mi nudno! Mam ochot?
Pannie Kice zrobi? psot?!

Przyjecha?a, do drzwi dzwoni,
Og?oszenie trzyma w d?oni.
“Panna Kika? W?a?nie do niej…
Z og?oszenia… Ch?? mam wielk?
Zosta? jej nauczycielk?.”
Panna Kika by?a mi?a,
Szybko spraw? za?atwi?a
Mówi?c: “Ciesz? si? ogromnie,
?e dzi? pani przysz?a do mnie.
W Ameryce mam krewnego
I dlatego angielskiego
Chc? si? uczy? na wypadek,
Gdy dostan? po nim spadek.
Mam tu zeszyt i o?ówek
Do pisania obcych s?ówek.
Dzi? jest pi?tek… Od soboty
Mog? wzi?? si? do roboty.”

Pch?a s?uchaj?c, kilka razy
Powtarza?a dwa wyrazy
Po angielksu. Jeden zna?a
Z lat, gdy by?a jeszcze ma?a
I lubi?a zbiera? znaczki,
Drugi za? – z unrowskiej paczki.

Tak zacz??a si? nauka.
Panna Kika s?ówka duka,
Pchle z wysi?ku puchnie g?ówka,
Wci?? dyktuje nowe s?ówka:
“Tirli – wojsko, pirli – woda
Tirlipirli – wojewoda.
Fiki – pole, miki – taczka,
Fikimiki – polewaczka.
Limpa – noga, pimpa – droga,
Pimpalimpa – hulajnoga…”
Pisze s?ówka w swym zeszycie,
Wci?? je sobie przepowiada.
Pch?a nie szcz?dzi pochwa?, rada,
?e post?py s? w nauce.
“Chyba kurs dla pani skróc?,
Pani pilno?? jest wzorowa,
A ten akcent, ta wymowa,
Niech si? król angielski schowa!

Jeszcze tydzie? lekcje trwa?y,
Da?y wynik doskona?y.
Panna Kika, wniebowzi?ta,
Wszystkie s?ówka ju? pami?ta
I z zeszytu p?ynnie czyta,
Jak Angielka rodowita.
Pch?a, ?egnaj?c uczennic?,
Powiedzia?a pannie Kice:
“Jestem dumna z panny Kiki,
Pimpalimpa, fikimiki!”

Panna Kika do kawiarni,
Gdzie najludniej i najgwarniej,
Wchodzi, niby dla och?ody
Ka?e poda? sobie lody.
Przyjació?ki siedz? w kó?ko,
A ju? Kika przyjació?kom
Sw? wy?szo?ci? dogry?? rada,
Po angielsku odpowiada
S?ówka, które jej do g?owy
Pch?a wbija?a nieustannie,
By dogodzi? pró?nej pannie.

Naraz dziwna rzecz si? sta?a,
Rzecz po prostu niebywa?a.
Oto wszystkie pch?y w lokalu,
Skacz?c zwinnie cal po calu,
Przeskakuj?c przez stoliki,
W?a?nie stolik panny Kiki
Otoczy?y i obleg?y.

Przyjació?ki si? rozbieg?y,
A pch?y grzecznie wko?o siad?y
I ze smakiem lody zjad?y.
Przera?ona panna Kika
Od stolika szybko zmyka,
Ju?-ju? dopa?? ma doro?ki,
A pch?y skacz? na po?czoszki,
Na spódniczk?, na trzewiki
I w r?kawy panny Kiki.
Tu si? ca?a rzecz wyda?a:
Pch?a Szachrajka nie umia?a
Po angielsku, bo i sk?d?e?
Chc?c post?pi? jednak m?drze,
Nauczy?a pann? Kik?
W?ada? ?wietnie pchlim j?zykiem
I dlatego pch?y na pewno
Wzi??y j? za swoj? krewn?.

Pch?a Szachrajka po tej psocie
Zamieszka?a na Ochocie
I przez dwa miesi?ce prawie
Nie zjawi?a si? w Warszawie.

By? karnawa?. W karnawale
Wszyscy bardzo lubi? bale.
Pch?a wi?c my?li: “Doskonale!
Bal wyprawi?, lecz nie u mnie.
Trzeba przecie? ?y? rozumnie.”
Rozpisa?a zaproszenia,
?e bal b?dzie u Szerszenia
I ?e w?a?nie on zaprasza
Na sobot?. Dobra nasza!
Szersze?, nic nie wiedz?c o tym,
K?ad? si? w?a?nie spa? w sobot?,
A tu nagle mu przed ganek
Wje?d?a szereg aut i sanek.
Szersze? pe?en jest zdziwienia,
Patrzy: Co to? Zaproszenia?
“Podpis mój jest sfa?szowany,
Kto? zupe?nie mi nie znany
Sobie bal wyprawi? u mnie!”
A tu go?cie jad? t?umnie,
Panie w pi?knych toaletach,
W autach, sankach i karetach.
Jak karnawa?, to karnawa?!
“Kto? mi zrobi? brzydki kawa?!” -
My?li Szersze?, ale go?ci
Wita grzecznie – z konieczno?ci.
Pch?a, wytworna w ka?dym calu,
Ch?tnie wodzi rej na balu.
Ma na sobie sukni? now?,
Plisowan?, kolorow?,
Ma jedwabne pantofelki,
W lewej r?ce wachlarz wielki,
I unosz?c si? na palcach
Wiede?skiego ta?czy walca.

Ka?dy pan jej czar ocenia,
Ka?dy pyta si? Szerszenia:
“Kto ta dama, ta nieznana,
Kto ta pi?kno??, prosz? pana?”
Szersze? mówi? nie chce wcale,
Odpowiada co? niedbale,
Zielenieje wprost ze z?o?ci:
Nie ma czym nakarmi? go?ci.
“Nic ju? dzisiaj nie dostan?.
Dam im placki kartoflane!”
Pch?a tymczasem od kwadransa
Ta?czy z wdzi?kiem kontredansa,
G?ówk? schyla i co chwila
Do tancerza si? przymila,
I taneczne stawia kroczki
Leciusie?kie jak ob?oczki.
Muzyka?ci gra? przestali,
Szersze? kr?ci si? po sali,
Chcia?by wykry? winowajc?
I ukradkiem Pchle Szachrajce
Jednym okiem si? przygl?da.
Towarzystko walca ??da!
Pch?a ju? ta?czy? nie ma ch?ci
I odmownie g?ówk? kr?ci.
“Lepiej b?dzie zej?? mu z oczu!”
Chwil? sta?a na uboczu
I jak sta?a, tak wypad?a,
Do swej bryczki szybko wsiad?a,
A nim jeszcze kwadrans min??,
Ju? le?a?a pod pierzyn?.

Pchle zachcia?o si? podró?y,
Bo domowe ?ycie nu?y.
Wymuskana, pi?kna, ho?a,
Stoi Pch?a na brzegu morza,
A? tu okr?t si? nadarzy.
Pch?a wi?c prosi marynarzy:
“Mo?e z sob? mnie we?miecie,
Podró?owa? chc? po ?wiecie.”
Przybi? okr?t do przystani.
“Z wielk? ch?ci?, prosz? pani!”
Siedzi Pch?a ju? na pok?adzie,
To pasjansa sobie k?adzie,
To na s?o?cu si? opala,
To przygl?da si?, jak fala
Obok fali si? przewala.
Up?un??y dwa tygodnie -
Tak przyjemnie i pogodnie!
Pi?tnastego dnia ?ród fali
L?d ukaza? si? w oddali.

Pch?a powiada: “Kapitanie,
Niechaj okr?t tutaj stanie,
Zat?skni?am ju? za l?dem,
Wi?c na l?dzie tym wysi?d?.”
?ód? kapitan spu?ci? ka?e,
Pch?? ?egnaj? marynarze,
?ód? do brzegu zwinnie d??y,
Bia?a mewa nad ni? kr??y.

Przed oczami Pch?y Szachrajki
Staje nagle zamek z bajki,
Dooko?a gro?ne wie?e,
Ka?da wie?a zamku strze?e,
W wie?ach stra?e i rycerze.
Zobaczyli Pch?? z daleka…
Kto to taki? Stra? nie zwleka,
Szybko wsiada na rumaki,
?eby sprawdzi?, kto to taki.
Ju? do zamku Pch?? prowadz?,
Niech t?umaczy si? przed w?adz?.
Wchodzi Pch?a do wielkiej sali,
Gdzie rycerze si? zebrali.
Serce omal jej nie p?knie.
Patrzy wokó?: “Jak tu pi?knie!”
Schody z saskiej porcelany,
Barwne ?ciany i dywany,
Pod sufitem s?o?ce p?onie,
A w koronie na swym tronie,
W d?ugim p?aszczu z gronostajów
Siedzi m?ody król Bajbaju,
Dumny w?adca tego kraju.

Pch?a wi?c dworski uk?on sk?ada
I do króla tak powiada:
“Jam ksi??niczka Bia?oliczka
W purpurowych r?kawiczkach.
Jestem córk? króla z bajki,
W?adcy wyspy Patatajki,
Pa?ac mam z czytego z?ota,
W porcie stoi moja flota,
Sto okr?tów na kotwicy
Strze?e portu i stolicy.
Z puchowego wsta?am ?o?a
I tak p?yn?c poprzez morza
Szukam m??a w obcym kraju.”

Rzecze na to król Bajbaju:
“Co dzi? mamy? Kwiecie??
W maju
Pojm? dam? t? za ?on?.”
Król powiedzia? – za?atwione!
I do Pch?y podchodzi dwornie,
Przed ni? sk?ania si? pokornie.
Ju? rycerze dla parady
Wyci?gn?li swoje szpady,
Ju? podbieg?y dworskie s?u?ki
Uca?owa? jej paluszki
I w niespe?na pó? godziny
Obwieszczono zar?czyny.
Naraz wbiega Kanclerz Pa?stwa.
“Prosz? pa?stwa, prosz? pa?stwa!
Najja?niejszy Panie! Pono
Pch?a ma zosta? twoj? ?on??
Wszak to wcale nie ksi??niczka,
Lecz od g?owy do trzewiczka
Pch?a zwyczajna, Mo?ci Królu!”
Zaroi?o si? jak w ulu,
Biegn? panie i dworzanie
Poruszeni nies?ychanie,
Stra? zamkowa i rycerze,
Kasztelanki, masztalerze…
Ministrowie patrz? z trwog?
I zrozumie? nic nie mog?.
Król wzi?? szk?o powi?kszaj?ce:
“Pch?a! To jasne jest jak s?o?ce!
Prosz? poda? mi nahajk?,
Bym ukara? Pch?? Szachrajk?!”

Pch?a, rzecz prosta, nie czeka?a,
Parasolk? sw? z?apa?a,
Zbieg?a na dó? jednym susem
I uciek?a szybkim k?usem.

Król by? bardzo rozgniewany,
Zbieg? po schodach z porcelany,
“?apcie! – wo?a? – ?apcie, gapie!”
Ale takiej nikt nie z?apie!

Po miesi?cu Pch?a z wyprawy
Powróci?a do Warszawy.

Na Wielkanoc Pch?a Szachrajka
Malowa?a sama jajka,
Ubija?a bia?? pian?
Na mazurki lukrowane,
Nak?ada?a s?odk? mas?
I orzeszki na okras?.
Uciera?a przez dzie? ca?y
Mak, wanili? i migda?y,
Wreszcie rzek?a: “Czas ju?, aby
S?u?ba piec zacz??a baby!”
Przyskoczy?y dwie kucharki
Wzi??y m?ki cztery miarki,
Sypi? cukier tarty mia?ko,
Kr?c? ?ó?tka, bij? bia?ko…
“Gdzie podzia?y si? rodzynki?
Nie ma nawet odrobinki!”

Przeszuka?y dwie kucharki
Wszystkie w domu zakamarki.
Nie ma nigdzie. Pch?a w rozpaczy!
“Gdzie rodzynki? Co to znaczy?”
Polecia?a na kominki
Do s?siadek po rodzynki.

U s?siadek nie dosta?a,
Ma?e r?czki za?ama?a.
“Bez rodzynków nie ma ciasta!
Trudno, musz? i?? do miasta.”
Py? strzepn??a z pelerynki
I pobieg?a po rodzynki.

Nie dosta?a ich w kawiarni,
Nie dosta?a w owocarni
Ani w sklepach kolonialnych.
“To dopiero pech fatalny,
Przecie? baby musz? upiec!”
“Có? poradz?? – odrzek? kupiec -
Nie dosta?em dzi? rodzynków,
Bo rodzynków brak na rynku.”

Ka?da inna kaza?aby
Bez rodzynków upiec baby,
Ale Pch?a – to rzecz nienowa -
By?a bardzo pomys?owa.
Patrzy, widzi sklep z nutami.
Wesz?a. “Pan ?askawie da mi
Utwór ?atwy i zabawny,
I mo?liwie lekkostrawny.
W ?wi?ta go?ci si? spodziewam,
Wi?c im zagram i za?piewam.”

Rzek? sprzedawca: “Pi?kna pani,
Co? ?adnego znajd? dla niej.
Mo?e walca? Marsza mo?e?
Marsze w du?ym mam wyborze,
Dajmy na to, z bardziej znanych
Marsz ?o?nierzy o?owianych.”
Pch?a odrzek?a: “Lubi? marsze,
Byle tylko nie najstarsze,
Niech pan przegra na pianinie…
Owszem… Pan mi to zawinie…”

I po chwili by?a w domu.
W domu z marsza po kryjomu
Scyzorykiem w trzy minuty
Wyd?uba?a wszystkie nuty,
Bo, jak wiecie, ka?da nutka
Jest czarniutka, okr?glutka,
Kropka w kropk? jak jagódka.

Do miseczki je wsypa?a
I do kuchni polecia?a.
Tam figlarne stroj?c minki
Rzek?a: “Oto s? rodzynki!
B?d? baby bardzo smaczne,
Zaraz sama piec je zaczn?.”

I do nocy, tak jak rzek?a,
Wielkanocne baby piek?a,
A kucharki w czo?a pocie
Przygl?da?y si? robocie.

W pierwsze ?wi?to przyszli go?cie.
“Przyszli go?cie? Pro?cie, pro?cie!”
Wszyscy Pch?? powita? radzi,
Pch?a do sto?u ich prowadzi,
Do kieliszków wino leje.
“Winko smaczne, mam nadziej?,
Ale ciasto, powiem ?mia?o,
Wyj?tkowo si? uda?e.
Zw?aszcza baby z rodzynkami.
Baby, mówi?c mi?dzy nami,
S? po prostu znakomite!
Jedzcie, prosz?, z apetytem.”

No i có?? Po d?ugim po?cie
Wszystkie baby zjedli go?cie
Do ostatniej okruszynki.
A ?e zjedli te? “rodzynki”,
Wi?c im potem tydzie? ca?y
Kiszki g?o?no marsza gra?y.
To by? w?a?nie dobrze znany
Marsz ?o?nierzy o?owianych.

Pch?a Szachrajka my?li sobie:
“Tu nic wi?cej nie przeskrobi?,
Tutaj ka?dy mnie obmawia,
Trudno. Jad? do Wroc?awia.”

Pomy?la?a i po cichu
Zdj??a kufry swe ze strychu,
Spakowa?a wszystkie stroje,
Ulubione szmatki swoje,
R?kawiczki purpurowe
I trzewiczki at?asowe.

A nazajutrz bardzo wcze?nie,
Gdy dom ton?? jeszcze we ?nie,
Po cichutku si? ubra?a
I na dworzec pojecha?a.

W poczekalni pierwszej klasy
Pch?a wyj??a swe zapasy,
Zjad?a bu?ki ze dwa deka
I popi?a szklank? mleka,
W k?t wtuli?a si? i czeka.
Poczeka?a do obiadu,
A poci?gu ani ?ladu.

T?um tymczasem ci?gle wzrasta,
Nowi ludzie ci?gn? z miasta
Z walizkami, z tobo?kami,
Z dzie?mi, z psami, z kanarkami…
Och, jak t?oczno! Uf, jak ciasno!
Trudno znale?? nog? w?asn?,
A tu nowa fala pcha si?
W poczekalni i przy kasie,
I w koleji si? ustawia -
Wszyscy jad? do Wroc?awia!

Nawet Pch?a, cho? taka ma?a
Tak niewiele miejsca mia?a,
?e na jednej nó?ce sta?a.

Gdy ju? czas by? na kolacj?,
Poci?g wtoczy? si? na stacj?.
T?um si? rzuci? jak szalony,
Biegli ludzie przez perony
Z walizkami, z tobo?kami,
Z dzie?mi, z psami, z kanarkami…

Do wagonów si? t?oczyli
Krzycz?c, sapi?c i po chwili
Pe?ny by? ju? ka?dy przedzia?,
Jeden cz?ek na drugim siedzia?.
Kto chcia? jecha?, cho? by? w strachu,
Sta? na stopniu lub na dachu,
Albo pchaj?c si? niezgorzej
Szuka? miejsca na buforze.

Pch?a Szachrajka by?a ma?a,
Mi?dzy ludzi si? wmiesza?a,
Przepycha?a si? wytrwale,
A? znalaz?a si? w przedziale,
Na kuferku w k?cie siad?a
I kanapk? z serem zjad?a.

Popychano j? bez przerwy,
A ?e Pch?a ma s?abe nerwy,
Wi?c zgnieciona i ?ci?ni?ta
Ociera?a z ?ez ocz?ta.

Wreszcie przyszed? maszynista,
Pu?ci? par? i za?wista?,
Z kolegami porozmawia?,
Po czym ruszy? do Wroc?awia.

Jedzie poci?g, jedzie, jedzie,
Ludzie t?ocz? si? jak ?ledzie,
Z parowozu para bucha,
A doko?a ciemno?? g?ucha.

Cho? jest duszno i gor?co,
?pi? podró?ni na stoj?co,
Chrapi?, sapi? jak naj?ci,
Tylko Pch?? ta jazda sm?ci,
Tylko Pch?a jest nie w humorze,
Bo bez ja?ka spa? nie mo?e.

Poci?g stan??. Co to? Kalisz!
A Pch?a my?li ju?: “Azali?
Mam si? gnie?? w?ród tylu osób?
Wiem, co zrobi?! Mam ju? sposób!”
I cho? du?a nie uros?a,
Naraz wielki krzyk podnios?a
Na?laduj?c konduktora:
“Wro-c?aw! Wro-c?aw! Komu pora,
Prosz? pa?stwa, kto wysiada,
Niech wysiada i nie gada!
Mamy postój bardzo krótki,
Postój krótki – trzy minutki!”

Ludzie ze snu przebudzeni
Wyskakuj? jak szaleni,
Skacz? drzwiami i oknami
Z dzie?mi, z psami, z kanarkami…
A po chwili poci?g ruszy?.

Pch?a si? cieszy z ca?ej duszy.
Sama jedna pozosta?a.
Przedzia? du?y, a Pch?a ma?a,
Wi?c wygodnie si? rozsiad?a
I babeczk? z kremem zjad?a.
Wkrótce z dumn? min? pawia
Zajecha?a do Wroc?awia.

D?ugi czas si? udawa?o
Pchle z jej psot wychodzi? ca?o,
A? tu przysz?a klapa wreszcie -
Przy?apano Pch?? na mie?cie
I zamkni?to j? w areszcie.

Pop?yn??y do wi?zienia
Doniesienia, za?alenia,
Pozwy, skargi, dokumenty…
S?dzia bardzo by? przej?ty,
Wkrótce jednak straci? zapa?
I za g?ow? a? si? z?apa?.
“Samych pozwów tutaj mamy
Trzy lub cztery kilogramy!
?adn? wzi??em sobie prac?!
Na niej ca?e zdrowie strac?,
Osiwiej?, wy?ysiej?,
Niech si? lepiej, co chce dzieje!”

Poszed? s?dzia do aresztu
I dozorcy pyta: “Gdzie? tu
Pch?a Szachrajka?” “Otó? ona.”
Pch?a wychodzi wystraszona
I u?miecha si? nie?mia?o,
I wyci?ga r?czk? ma??.

S?dzia chrz?kn?? i powiada:
“?al mi pani… Trudna rada…
Je?li pani da mi s?owo,
?e uczciwie i wzorowo
Odt?d ?y? jest pani zdolna,
Wtenczas b?dzie pani wolna.”

Pch?a odrzek?a zawstydzona:
“O, pan s?dzia si? przekona!
Poprzysi?g?am w?a?nie sobie,
?e nic z?ego ju? nie zrobi?
I ?e odt?d b?d? ?ycie
P?dzi? bardzo przyzwoicie.”

Wype?niaj?c przyrzeczenie
Pch?a zmieni?a si? szalenie.
By?a odt?d tak uczciwa,
Jak to tylko w bajkach bywa,
A? j? ka?dy chwali? wsz?dzie:
“Z takiej Pch?y pociecha b?dzie!”

?lub jej odby? si? w adwencie
I zapewni? mog? ?wi?cie,
?e na jej weselu by?em
I szklankami wino pi?em.

Mia?a dzieci pi?? tysi?cy
Albo mo?e jeszcze wi?cej.

Ma?o dzi? jest takich domków,
Gdzie nie by?oby potomków
Owej s?ynnej Pch?y Szachrajki,
Ale… to ju? koniec bajki.


Leave a Reply

*
To prove you're a person (not a spam script), type the security word shown in the picture. Click on the picture to hear an audio file of the word.
Click to hear an audio file of the anti-spam word