czwartek, styczeń 19th 2006


Czarne Kwiaty - Cyprian Kamil Norwid
posted @ 11:02 pm in [ Proza - Opowiadania ]

CZARNE KWIATY

linia_1

…Mo?na by ciekawe w tym wzgl?dzie rzeczy tu zapisa?, ale zaraz wstr?t cofa pióro i przychodzi na my?l zapytanie: “czy warto!…” Przy poj?ciach albowiem wspó?czesnych o czytelnictwie i o twórczo?ci pi?miennej zatracone jest prawie uczucie, kiedy pisarz stara si? unikn?? stylu przez uszanowanie dla rzeczy opisywanej a z siebie samej zupe?nej i zajmuj?cej, kiedy za?, przeciwnie, nie dopracowawszy formy, styl zaniedbuje… Kiedy chodzi po ziemi, okazuj?c, jak nisko zst?pi? potrafi?? - kiedy za? równie? nisko st?pa, przeto i? wznie?? si? wy?ej nie móg?? Te rozró?nia? odcienia, tak dla pewnych osób jednoznacz?ce, rzadki bardzo czytelnik dzi? potrafi, i dlatego niebezpiecznie jest w jak?kolwiek now? drog? na cal jeden post?pi?, i dlatego najbezpieczniej jest w kó?ko jedne i te? same motywa i formy proporcjonowa? tylko, nic nie wznowiwszy ani dodawszy, ani na uic si? nie odwa?ywszy.

S? wszelako w ksi?dze ?ywota i wiedzy ust?py takie, dla których formu? stylu nie ma, i to w?a?nie sztuka jest niema?a odda? je i zbli?y? takimi, jakimi s?. Maj?? one pozosta? zamkni?tymi osobistymi nabytkami przez obaw? rubasznego krytyka, przywyk?ego do dwóch tylko formu? na wszelki p?ód wyci?tych, jako obowi?zuj?ce malarzy pokojowych wyci?te patrony…

Pierwsz? z tych formu? jest jaki? ksi??kowy klasycyzm, o którym Grek Peryklejski ani Rzymianin za Caesara czasów bynajmniej nie wiedzia?; drug? - pewne formu?y czasowe dziennikarskie, to jest proste techniczne wypadki z rozwini?cia druku samego powsta?e. Jedna z tych ram wszystko obj?? jest w stanie mniej ??czno?ci? pomi?dzy ksi??k? a ?ywotem, druga - wszystko mniej istot? ?róde?, z których ono wszystko p?ynie.

St?d to: niezawodnie snadniej dzi? upowszechni si? udany pami?tnik ?redniowieczny, ni? fakt spó?czesny, sumienie obowi?zuj?cy, nale?ny mu wp?yw wywrze i nale?n? zachowa powag?. Jako? - czytelnicy podobni s? w tym do osoby oddalonej od przyjaciela swego, a maj?cej wizerunek jego na pami?tk?, która, gdy on przyjaciel z drogi wraca: “Nie przeszkadzaj?e mi”, rzecze jemu, “bowiem oto godzina jest, w której na portret patrze? zwyk?am, listy w?a?nie ?e pisa? maj?c”.

…To - pami?tam, jednego razu w Rzymie z katakomb powraca?em, gdzie cz?sto patrze? lubi?em na pozosta?e freski pierwo-chrze?cija?skie - rzecz, o której tu napoczyna? nie chc?, bo to by?aby historia bardzo d?uga, o ka?dym znaku i o ka?dej linii w tych rysunkach u?ywanej - ale tyle tylko oto wspomn?, i? to ogromne podziemne miasto z napisami i rysunkami swymi okaza?o mi, jako przez ca?e akta dramatu tego seraficznie-krwawego nie by?a prawie jedna kropelka krwi wylana bez uszanowania jej i omodlenia braterskiego wspó?wyznawców. Te szk?a, dzi? b??kitno-krzemiennej barwy, które jako ampu?ki rozbite (albo i ca?e) w katakombowych sarkofagach, do pó?ek biblioteki podobnych, tu i owdzie le??, b?ogie robi? wra?enie, ?wiadcz?c, jako zbierano rozpry?ni?t? po ?cianach katowni i schodach gmachów publicznych krew m?cze?sk?. Tak j? szafowano szeroko i wspaniale, jako owczarni krew bogaty pan szafowa? mo?e - a tak sk?pi jej byli!!

…To oko?o tego czasu spotka?em by? zst?puj?cego ze Schodów Hiszpa?skich, pochylonego jako starca i kijem pomagaj?cego chodowi swemu Stefana Witwickiego: ?liczna, m?odo?ci jakiej? wiecznej pe?na twarz jego i w?osy, jak z hebanu mistrzowsko wyrzezane ornamentacje, w grubych partiach na ramiona sp?ywaj?ce, szczególniej wygl?da?y przy tym sposobie wleczenia si? o kiju, bardzo zgrzybia?ym starcom jedynie w?a?ciwym. Nied?ugo potem odwiedzi?em go by? w mieszkaniu jego, ale ju? to zasz?o przed ?mierci? jego na jaki tydzie?. Le?a? ubrany jak zwykle na kanapie, m?czy?o go mówienie, spogl?da? tym samym wzrokiem, niezwyk?? zawsze jasno?? i zarazem kropl? ?zy maj?cym w sobie - tudzie? podnosi? si? niekiedy, podaj?c r?k? komu, aby go przeprowadzi? po pokoju. Tak to spojrzawszy ku mnie, wchodz?cemu do?, przywita? mi?, a wyci?gn?wszy r?k? posun?? mi po ziemi le??c? przy kanapie pomara?cz?, któr? (?e zwyczaj mia? mnie i Gabrielowi Ro?nieckiemu [Mowa jest o Gabrielu Ró?nieckim, muzyku.], jak mu si? co w pracach naszych podoba?o, przynosi? cygara i fraszki jakie) uprzejmie przyj??em i podnios?em. Gabriel w?a?nie ?e by? tam, bo on do ostatniej chwili ca?e noce przy ?.p. Stefanie, ju? zupe?nie zdefigurowanym osp?, siadywa?, us?ugi wszelkie mu oddaj?c. Otó? Stefan Witwicki da? zrozumie? Gabrielowi, ?e chce z kanapy wsta?, a ten mu r?k? poda? i zacz?li wko?o pokoju powoli obchodzi?… Tak to wlok?c si?, po pierwszy raz Witwicki wpad? w lekki, bardzo b?ogi, ale widzialny ob??d - i zacz?? tu i owdzie wskazywa? r?k? i zatrzymywa? si?: -

…A to (mówi?) co to za kwiat jest?… ten kwiat, prosz? ci? (a nie by?o kwiatów w mieszkaniu), jak to si? nazywa ten kwiat u nas?… to tego pe?no jest w Polsce… i te kwiaty… i tamte tak?e kwiaty… to jako? u nas zwyczajnie nazywaj?…

Potem - ju? odwiedza?em Witwickiego, kiedy le?a? zdefigurowany panuj?c? podbwezas osp? i ju? nic nie móg? mówi?. Niewiele przed ?mierci? Witwickiego umar? jenera? Klicki, ca?e dnie i noce otaczany nieledwie zbiorem wszystkich Polek i Polaków podówczas tam bawi?cych, co wspomnienie zostawia równo szacowne i rzadkie.

Ile razy przypominam sobie ostatnie rozmowy z osobami, co ju? w niewidzialny ?wiat odesz?y, zmar?szy tu, tyle razy nie wiem, jak pomin?? to, co ze zbioru razem wspomnie? tych samo czasem zdaje si? okre?la?, i dlatego w?a?nie w daguerotyp raczej pióro zamieniam, aby wierno?ci nie uchybi? - inaczej przysz?oby mi bowiem zacytowa? s?owa jedyne Voltaire’a, jakie kiedykolwiek na my?l mi przychodz? lub przychodzi?y z autora tego, a te s?:

Je tremble!… car ce que je vais dire

Ressemble a un systeme.

(Voltaire)

Mo?e te? to najfilozoficzniejszy filozofa tego apoftegmat.

To - pó?niej - pó?niej - w Pary?u Fryderyk Chopin mieszka? przy ulicy Chaillot, co, od Pól Elizejskich w gór? id?c, w lewym rz?dzie domów, na pierwszym pi?trze, mieszkania ma z oknami na ogrody i Panteonu kupol?, i ca?y Pary?… jedyny punkt, z którego napotykaj? si? widoki cokolwiek zbli?one do tych, które w Rzymie napotykasz. Takie te? i Chopin mia? mieszkanie z widokiem takim, którego to mieszkania g?ówn? cz??ci? by? salon wielki o dwóch oknach, gdzie nie?miertelny fortepian jego sta?, a fortepian bynajmniej wykwintny - do szafy lub komody podobny, ?wietnie ozdobiony jak fortepiany modne - ale owszem trójk?tny, d?ugi, na nogach trzech, jakiego, zdaje mi si?, ju? ma?o kto w ozdobnym u?ywa mieszkaniu. W tym salonie jada? te? Chopin o godzinie pi?tej, a potem zst?powa?, jak móg?, po schodach i do Bulo?skiego Lasku je?dzi?, sk?d wróciwszy, wnoszono go po schodach, i? w gór? sam i?? nie móg?.

Tak jada?em z nim i wyje?d?a?em po wielekro?, i raz do Bohdana Zaleskiego, który w Passy mieszka? wtedy, po drodze wst?pili?my, nie wchodz?c do? na gór? do mieszkania, bo nie by?o komu Chopina wnie??, ale pozostaj?c w ogródku przed domem, gdzie male?ki jeszcze wówczas poety synek na trawniku si? bawi?… Od zdarzenia tego ubieg?o wiele czasu, a ja nie zachodzi?em do Chopina, wiedz?c tylko zawsze, jak si? ma i ?e siostra jego z Polski przyby?a. Nareszcie zaszed?em razu jednego i odwiedzi? go chcia?em - s?u??ca Francuzka powiada mi: ?e ?pi; uciszy?em kroku, karteczk? zostawi?em i wyszed?em.

Ledwo par? zst?pi?em schodów, s?u??ca powraca za mn?, mówi?c: i? Chopin, dowiedziawszy si?, kto by?, prosi mi? - ?e jednym s?owem nie spa?, ale przyjmowa? nie chce. Wszed?em wi?c do pokoju obok salonu b?d?cego, gdzie sypia? Chopin, bardzo wdzi?czny, i? widzie? mi? chcia?, i zasta?em go ubranego, ale do pó? le??cego w ?ó?ku, z nabrzmia?ymi nogami, co, ?e w po?czochy i trzewiki ubrane by?y, od razu pozna? mo?na by?o. Siostra artysty siedzia?a przy nim, dziwnie z profilu do? podobna… On, w cieniu g??bokiego ?ó?ka z firankami, na poduszkach oparty i okr?cony szalem, pi?kny by? bardzo, tak jak zawsze, w najpowszedniejszego ?ycia poruszeniach maj?c co? sko?czonego, co? monumentalnie zarysowanego… co?, co albo arystokracja ate?ska za religi? sobie uwa?a? mog?a by?a w najpi?kniejszej epoce cywilizacji greckiej - albo to, co genialny artysta dramatyczny wygrywa np. na klasycznych tragediach francuskich, które lubo nic s? do staro?ytnego ?wiata przez ich teoretyczn? og?ad? niepodobne, geniusz wszelako takiej np. Racheli umie je unaturalni?, uprawdopodobni? i rzeczywi?cie uklasyczni?… Tak? to naturalnie apoteotyczn? sko?czono?? gestów mia? Chopin, jakkolwiek i kiedykolwiek go zasta?em…

Owó? - przerywanym g?osem, dla kaszlu i dawienia, wyrzuca? mi pocz??, ?e tak dawno go nie widzia?em - potem ?artowa? co? i prze?ladowa? mi? chcia? najniewinniej o mistyczne kierunki, co, ?e mu przyjemno?? robi?o, dozwala?em - potem z siostr? jego mówi?em - potem by?y przerwy kaszlu, potem moment nadszed?, ?e nale?a?o go spokojnym zostawi?, wi?c ?egna?em go, a on, ?cisn?wszy mi? za r?k?, odrzuci? sobie w?osy z czo?a i rzek?: “…Wynosz? si?!…”- i pocz?? kas?a?, co ja, jako mówi?, us?yszawszy, a wiedz?c, i? nerwom jego dobrze si? robi?o silnie co? czasem przecz?c, u?y?em onego sztucznego tonu i ca?uj?c go w rami? rzek?em, jak si? mówi do osoby silnej i m?stwo maj?cej: “…Wynosisz si? tak co rok… a przecie?, chwa?a Bogu, ogl?damy ci? przy ?yciu.” A Chopin na to, ko?cz?c przerwane mu kaszlem s?owa, rzek?: “Mówi? ci, ?e wynosz? si? z mieszkania tego na plac Vendôme…” To by?a moja ostatnia z nim rozmowa, wkrótce bowiem przeniós? si? na plac Vendôme i tam umar?, ale ju? go wi?cej po onej wizycie na ulicy Chaillot nie widzia?em… *

…Przed ?mierci? jeszcze Chopina zaszed?em by? raz na ulic? Ponthieu przy Elizejskich Polach, do domu, którego od?wierny z uprzejmo?ci? odpowiada?, ile razy kto zachodz?c pyta? go, jak si? Monsieur Jules ma?… Tam na najwy?szym pi?trze pokoik by?, ile mo?na najskromniej umeblowany, a okna jego dawa?y na przestrze?, jak? si? z wysoko?ci zawsze widuje, tym jednym tylko upi?kszon?, i? czerwone s?o?ca zachody w szyby bi?y ?unami swymi. Kilka doniczek z kwiatami na ganku przed oknami tymi sta?o, a o?mielone przez mieszka?ca wróble zlatywa?y tam i szczebiota?y. Obok drugi male?ki by? pokoik - to sypialnia.

By?o to wi?c jako? oko?o pi?tej godziny po po?udniu, kiedy przedostatni raz by?em tam u Juliusza S?owackiego, który w?a?nie ko?czy? obiad swój, z zupy i pieczonej kury sk?adaj?cy si?. Siedzia? przeto S?owacki przy stoliku okr?g?ym na ?rodku pokoju, ubrany w d?ugie podszarzane paletot i w amarantow? sp?owia?? konfederatk?, akcentem wygody na g?ow? zarzucon?. I mówili?my tak o Rzymie, sk?d w?a?nie ?e niezbyt dawno przyby?em do Pary?a - o niektórych znajomych i przyjacio?ach - o bracie mym Ludwiku, którego ?.p. Juliusz rzewnie kocha? - o Nieboskiej komedii, któr? wysoko bardzo ceni? - o Przed?wicie, który mia? za pi?kne dzieci?stwo… Tak?e o sztuce, ?e wpad?a w mechanizm - tak?e o Chopinie (który ?y? jeszcze), a o którym Juliusz pokas?uj?c rzek? mi: “Par? miesi?cy temu spotka?em jeszcze tego morybunda…” - sam wszelako pierwej od Fryderyka Chopina odszed? ze ?wiata widzialnego, umar?szy.

Do pokoiku tego, który, jak Juliusz mawia?: “zupe?nie by?by dla szcz??cia cz?owieka wystarczaj?cym, gdyby nie to, ?e w jednej stronie jego k?ty nie s? zupe?nie proste, ?le b?d?c skwadratowanym” - do tego, mówi?, pokoiku innego dnia wieczorem wszed?em by?, a Juliusz sta? przy kominie, fajk? na cybuchu d?ugim pal?c, jak to u?ywa si? w Polsce na wsi; na kanapie siedzia? malarz Francuz (którego Juliusz potem egzekutorem testamentu swego zrobi?), ale ten nie mówi? i milcza? milczeniem ma?o naturalnym, i siedzia?. Nad kominkiem wisia? br?zowy medal Juliusza przedstawiaj?cy, który jest jedn? z najpi?kniejszych w tym rodzaju robót Oleszczy?skiego.

O Francji, o rewolucji, o rzymskich wypadkach mówili?my; on - naturalnym, ale kolorowanym s?owem, i niespodziewanymi obrotami mowy, i niekiedy akcentem zrezygnowanego ?ywota, g??bi? apostrof filozoficznych w Marii Malczewskiego napotykanych przypominaj?cym. Co wszelako nie zawsze z wielkimi jego, czarnymi, ognia pe?nymi oczyma, i z orientaln? skroni?, i z otworami energicznymi nosa orlego sprzymierza?o si?… Pod koniec rozmowy mówi? mi: “Piersi, piersi nadwer??one mam, ka?? mi ju? tylko cukierki je??, co chwilowo ?agodzi kaszel, ?o??dkowi za to o tyle? szkodz?c. Przyjd? jeszcze w przysz?ym, w zaprzysz?ym tygodniu, potem… czuj?, ?e niezad?ugo i odej?? z tego ?wiata przyjdzie mi” Wyra?nie mi to mówi?, bawi?c si? cybuchem fajki swojej, tam i owdzie powoli poruszanym jak wahad?o zegaru ?ciennego. - W nast?puj?cym tygodniu po?pieszy?em znowu zaj?? do S?owackiego, ale spotka?em kogo? (mo?na by rzec : z uczniów jego), który ode? powraca?, a by?o ju? ciemno - i ten powiedzia? mi: “Jutro lepiej zajd? do Juliusza, bo dzi? w?a?nie dlatego wyszed?em od niego, i? nieswój jest…” - “Jak?e si? zna ?” - pyta?em. - “Nie wiem - odpowiedzia? mi - ale tyle ci tylko powiem, i?, wedle s?ów Juliusza, bardzo w?tpi o zdrowiu swym i zawzywa? ju? dzisiaj pomocy i opieki ?. Micha?a Archanio?a, tusz?c, ?e mu to si? na jaki? czas u?yczy” Te s?owa us?yszawszy (lubo bez dwuznacznego zadziwienia, bo wiedzia?em, ?e S?owacki bardzo religijny by?), na inny dzie? odwiedziny moje od?o?y?em.

Ten inny dzie? w nast?pnym tygodniu wypad?, ale ju? to o rannej godzinie by?o i by?o to tak, ?e wszed?szy pierwszy widzia?em cia?o zimne Juliusza, bo w nocy poprzedniej, Sakramentami opatrzony (list od matki swej, nadesz?y w?a?nie w chwili skonania, odczytawszy), zasn?? ?mierci? i w niewidzialny ?wiat odszed?. Ma?o pi?kniejszych twarzy umar?ego widzi si?, jako by?a twarz S?owackiego, rysuj?ca si? bia?ym swym profilem na sp?owia?ym dywanie ciemnym, co? z historii polskiej przedstawiaj?cym, który ?o?e od ?ciany dzieli?. Ptaszki zlatywa?y na niepiel?gnowane doniczki z kwiatami - krz?tano si? oko?o pogrzebu, a pogrzeb ten, jaki by?, to ró?ni ró?nie opisali. Ja - na pogrzebie tym ?e?skich istot widzia?em dwie - jedna z tych rzewnymi ?zami zalana by?a, co mi wspomnieniem zosta?o bardzo pocieszaj?cym na wiele dni potem, kiedy liczne podówczas spo?ecze?stwo polskie w Pary?u bawi?ce si? odwiedza?em by? - bo wiele by?o (jak zawsze ?wietnych i niepospolitych) Polek podówczas w Pary?u… Mam rysunek Juliusza, który on w Egipcie rysowa? z natury, bo pejza?e zw?aszcza rysowa? wcale dobrze, ale przeci??em pami?tk? t? na dwie cz??ci i jedn? do albumu osoby z kraju przyby?ej ofiarowa?em, drug? zostawuj?c sobie - aby sprawdzi?y si? s?owa w Beniowskim napisane, i? “praw? r?kawiczk? tw? zawiesz? w muzeum jakim, a o stracon? lew? b?d? skargi!…” - ironia bowiem taka nadobnie-bez-zjadliwa jako ironia Juliusza po?miertnym bynajmniej wspomnieniom nie zawadza. Owszem, brzmi ona podobnie tym s?owom, które Filip Macedo?ski przy budzeniu si? powtarza? sobie kaza?: “Królu! s?o?ce ju? wschodzi, pomnij przez ca?y dzie?, ?e ?miertelnikiem jeste?.” *

To za? - przypomina mi zupe?nie odr?bn? rzecz, o osobie bynajmniej s?awnej, bynajmniej zas?u?onej talentem, prac? lub cierpieniem - o osobie, której nazwiska nawet nie wiem, a narodowo?? w?tpliwie wiem… Do??cz? tu wi?c wspomnienie osoby ?miertelnej, nie znanej mi, niemniej ?ci?le wierne, z natury wzi?te - czyni? to za? tym swobodniej, i? na wst?pie zastrzeg?em, co o krytyce, krytykach i stylu ksi??kowym trzymam i tusz? w tre?ci, jako niniejsza, w której za ca?y interes w?a?nie uwa?am ?cis?? tylko wiarogodno?? sprawozdania. Otó? - by?o to w par? lat po ?mierci powy?ej zapisanej - nie by?em w Pary?u - nie by?em we Francji ani w Londynie, ani w Anglii, ani w Europie, ani w Ameryce… by?em, na kotwicy, na pierwszym wst?pnym pasie Oceanu Atlantyckiego, pomi?dzy wyspami kredowatej bia?o?ci, po?amanymi w ?ciany prostopad?e.

Niedziela by?a: s?o?ce na niebiosach bez chmur, ni?ej ciemnoatramentowosafirowe ogromne fale, ale cisza taka, ?e ?agiel ?aden nie drgn??, sznur ?aden niedbale spuszczony nie poruszy? si?… Nie widzia?em jeszcze wszystkich osób ekwipa? sk?adaj?cych, a wszystkie dla s?o?ca pi?knego na pok?ad wychodzi?y w?a?nie; siedzia?em na ?awce pod masztem wielkim, przy mnie nowy znajomy, ?wiat?y m?odzieniec jaki?, z rodu Izraelita, z którym cz?sto mawia?em. P?yn?? nie mo?na by?o dla zupe?nego braku wiatru i, kiedy si? dalej pop?ynie, zgadn?? nie mo?na by?o… Kiedy tak siedzia?em, niesko?czon? przestrze? fal przed oczyma maj?c, przewia?a przed nami suknia kobieca, a obok mnie siedz?cy wspó?podró?nik rzecze mi po francusku: “…Patrz pan, który jeste? artyst?, jaka pi?kna kobieta w?a?nie przesz?a, biednemu pieskowi w t? wielk? podró? zabranemu mleka na talerzu wynosz?c w dzie?, w który wszyscy cieszyli si? pogod? i niedziel?, a to szczeni? biedne ani wiedzia?o, gdzie i na jak d?ugo zaniepodzia?o si?.” ?e nie spojrza?em, jak mi towarzysz radzi?, odpowiedzia?em mu wi?c, jak to si? mówi, kiedy o czym innym w?a?nie my?lisz: “W?a?nie ?e dlatego teraz nie pójd? jej oczyma szuka?, kobiety bowiem najpi?kniejsze s? wtedy, kiedy nie s?ysz? ani widz?, ani zgaduj?, ?e si? spogl?da na nie - b?d? wi?c uwa?a? j? innym razem - innego razu zobacz? j?…” - co powtórzy?em jeszcze z przyciskiem, aby odmieni? tok rozmowy. Ale ?e to by?a dziwnie pi?kna osoba (podobno Irlandka), to przecie? i tak, kiedy przesun??a si?, spostrzec mo?na by?o, bo? ze stereoskopów ju? wyra?nie dzi? wiemy, ile to cz?owiek obejmuje wzrokiem mimowolnie, cho?by i nie patrzy? si? wprost na przedmiot. S?o?ce potem zasz?o, wiatru nie by?o - i ksi??yc wzeszed?, i podnios?em si?, i zasn??em w kajucie ciasnej, dusznej… i stra? tylko po pomo?cie okr?tu trzymasztowego przechadza?a si?… Krzyk jaki? rozleg? si? w nocy - jacy? ludzie przybiegli z latarkami - wielki Murzyn, s?u??cy g?ówny okr?towy, tu i tam przewin?? si? po schodach, doktora szukaj?c… O ?wicie ruch by? jaki? niezwyk?y na okr?cie - wsta?em i wyszed?em na pok?ad. Ta osoba m?oda i pi?kna, któr? obieca?em by? innym razem uwa?a? i widzie?, nagle umar?a w mocy. Zwyczaj jest, ?e w takim razie przeznaczonym na to czarnosafirowym ?aglem, w wielkie bia?e gwiazdy obrzuconym, przykrywaj? to miejsce, gdzie zw?oki le??: taka plama czerni?a na ?rodku pok?adu o wschodzie s?o?ca… Tu przychodzi mi na my?l, czy poezj? t?, co prawdy rylcem ?cis?ej sama si? w ?ywotach zapisuje, warto jest dla cynicznego czytelnictwa dzisiejszego piórem z niepami?ci wywodzi? i okre?la?… Romans jaki, fantastycznie sk?amany po za?yciu indyjskiego haczysz, przyjemniejsze i po??da?sze wra?enie zrobi!!

…Pó?niej - pó?niej - kiedy do Europy powróci?em, Adam Mickiewicz mieszka? w okolicach placu Bastylii, w gmachu Biblioteki Arsena?u, gdzie i bibliotekarzem by?. Miejsce to przepowiedziany przez niego cz?owiek: z dynastii Wielkiego Napoleona (dzisiejszy Imperator francuski), ofiarowa? ?wi?tej i wiekopomnej pami?ci Adamowi Mickiewiczowi - miejsce szczup?e, ma?o nawet jako fundusz dla familii licznej poety przynosz?ce - a ofiarowane mu, zdaje si?, dobrze ju? potem, kiedy w dziennikach czyta?o si?, i? profesor Kolegium Francuskiego Adam Mickiewicz i ma?oliczni inni odmówili przysi?gi na wierno?? Imperatorowi francuskiemu. Oko?o to pó?niejszych jeszcze tego panowania miesi?cy Bibliotekarz do Imperatora napisa? te? Horacjusza j?zykiem Od?, niesko?czenie z formy przystaj?c? do urz?du i miejsca powierzonego mu. Wi?c to - krótko przed misj? na Wschód, na jak? z bibliotekarstwa uda? si? by? pan Adam, zaszed?em do?, do gmachu Biblioteki Arsena?u, gmachu ciemnego, z korytarzami i kamiennymi wschodami - by?o to w niedziel?, bo pami?tam, ?e ze mszy szed?em i ksi??k? z sob? mia?em. A szed?em go przywita? wi?cej ni? kiedykolwiek serdecznie, bo bli?ej… bli?ej za? z powodu, i? dochodzi?o mi? by?o, ?e wspomina? mi?, kiedy w Ameryce zostawa?em - a kiedy tam odp?yn??em, powiedzia? tylko komu? : “…To on tak jakby na Pere Lachaise pojecha?!…” - co, ?e zrozumia?em, by?o mi przyjemnie, i? kto? mi? wspomina? w Europie, i dlatego te? przyjemnie szed?em przywita? go. Weso?o spojrza? na mnie i u?cisn??, i rozmawia?em z nim do zachodu s?o?ca, bo pami?tam, ?e czerwono zrobi?o si? w oknie, kiedy my?li?em odej??. Pokoik to by? ma?y z piecykiem dobrze zapalonym, gdzie od razu do razu pan Adam poprawia? nieco w?gle kijem.

Ubrany by? pan Adam w futerko wytarte, szaraczkowym suknem powleczone, które sk?d w Pary?u mo?na by?o dosta?, tej barwy, kroju i pod?y?o?ci?… pytanie ciekawe - bowiem: by?a to, zdaje si?, kapota, jak? zagonowa szlachta zim? nosi w prowincjach dobrze od Warszawy oddalonych. W pokoiku wisia?a pi?kna rycina przedstawiaj?ca ?. Micha?a Archanio?a pod?ug orygina?u, który jest u Kapucynów w Rzymie - czy te? pod?ug tego obrazu Rafaela, który w Luwrze jest, tego dobrze nie pami?tam. Tak?e Ostrobramska Matka Naj?wi?tsza i Dominikina oryginalny rysunek, komuni? ?. Hieronima przedstawiaj?cy - jeszcze tak?e rycinka ma?a z Napoleona I-go przed generalstwem jego portretowana, a pod ni? daguerotyp m??czyzny s?dziwego, prosto stoj?cego, w surducie zapi?tym, jak chodz? francuskie inwalidy, a by? to czas w?a?nie pierwszych wojennych kroków ostatniej wojny… Na biurku za?, od czasu niedawnego dopiero widzialne u pana Adama, dwa nied?wiedzie pasuj?ce si? - odlew z gipsu. To by?o jeszcze przed ?mierci? ma??onki Adama Mickiewicza, po której to ?mierci i pogrzebie na jakie dwa tygodnie zaszed?em znów do pana Adama o godzinie mo?e dziesi?tej rano i zasta?em go w progu drzwi, wychodz?cego w?a?nie, tak ?e drzwi kiedy otworzy?em, wpad?em na? - wróci? wi?c na jakie pó?tory godziny jeszcze, przez które z nim mówi?em, a potem razem te? wyszli?my, bo mia? by? gdzie? i?? jeszcze one pó?tory godziny pierwej. Mówi? mi o ?mierci ?ony, szczegó?owo, bardzo pogodnie, ma?e zboczenie robi?c: ?e nie?wiadomo?? prawdy tylko daje przera?enie zgonu i rzeczy ?mierci dotycz?cych… a? kiedy przy jednej z ulic ja mia?em inaczej obróci? drog?, a on gdzie indziej i??, ?cisn?? mi? za r?k? i mocnym g?osem rzek? mi: “No… adieu!” ?e nigdy ani po francusku, ani tym tonem nie ?egna? mi? by?, a tyle? razy rozchodzili?my si?, przeszed?em potem nieledwie na drugi koniec miasta i, na schody do siebie wst?puj?c, s?ysza?em jeszcze to s?owo: “…Adieu!”

Przypadek zrz?dzi?, ?e nie mog?em widzie? odt?d pana Adama, ani po?egna? go, kiedy na Wschód wyje?d?a? - s?owem, ?e to ostatnie by?o one dziwnie mi podówczas brzmi?ce po?egnanie… Co aby ja?niejszym by?o, doda? trzeba, ?e nieboszczyk pan Adam mia? to do siebie, i? nie tylko, co mawia?, ale i: jak mawia?, zatrzymywa?o si? w pami?ci.
. . Przy ulicy Tour des Dames na wzgórzu jest dom, do którego dopiero wszed?szy, rozk?ad schodów i fragmenta z gliny polewanej czternastowieczne, florenckie, okazuj?, i? powa?nego artysty to mieszkanie… Tam gdy niedawno wszed?em by? - a potem na najwy?sze pi?tro do atelier p. Delaroche’a, wielki artysta raczy? mi pokaza? ostatni obraz swój, w?a?nie ?e sko?czony. By?a to rzecz wielko?ci du?ego pó?-arkusza, malowana na drzewie. W zau?ku jerozolimskim dawa?o si? wi?cej czu?, ni? widzie? przez podobn? do okna szczelin?, i? cz?owiek, którego zwano Mistrzem, Rabbim, Mesjaszem, królem i prorokiem, i uzdrawiaj?cym pewnym lekarzem, a który by? Chrystus, syn Boga ?ywego, w?a?nie ?e jest wzi?ty przez stra?e i prowadzony od urz?du do urz?du, a mo?e w?a?nie na Gór? Trupich G?ów. Piotr ?wi?ty, najbli?ej okna owego stoj?c, porywa si? jak cz?owiek szabli szukaj?cy, a Jan ?wi?ty, na piersiach k?ad?c mu r?ce swe, uspokaja ksi?cia aposto?a i sam za?, przeze? czuwaj?c, w okno patrzy.

Ta grupa jest przy ?cianie okna - po niej ust?p, jak w Stabat Mater ust?py strof - dalej kl?czy Matka Naj?wi?tsza, jak si? kl?czy przed o?tarzem w ko?ciele, kiedy jest wystawienie Naj?wi?tszego Sakramentu - za ni? ust?p znowu - i grupa ?wi?tych niewiast w katakumbowej jakiej? architektury cieniach… Oto obraz ca?y z m?ki Pa?skiej, w którym osoby Zbawiciela widocznej nie ma, ale jest ona tylko w gamie-wyrazów-twarzy osób, m?k? Pa?sk? widz?cych, wyra?ona. Wielce uradowany, i? jest przecie na ?wiecie artysta… patrzy?em na ten male?ki obrazek, a ?e ?. p. Delaroche (tak jak, bywa?o kiedy?, Ary-Scheffer) raczy? mi pozwala?, abym, ogl?daj?c utwory jego, mówi? wszystko, co mi si? zdaje, ja za?, na tym ju? stopniu stoj?cym artystom, nie mniemam, aby inaczej si? mówi?o, d?ugo wi?c my?lenie moje okre?la?em w s?owach ?ci?le wiernych. I sko?czy?em na tym - ?e s?dz?, i? obraz taki nast?pstwa swoje mie? powinien i ?e sam jeden oderwanie wzi?ty niepe?n? jest rzecz? - na co mi p. Delaroche odpowie: “Trzy w?a?nie takie robi? chc?, aby to sformowa?o trylogi?…” Potem pokaza? mi jeszcze portret Thiersa, wyborny pod wszelkim wzgl?dem, i - znów do ma?ego obrazka powróciwszy - rzek? mi tonem ?egnalnym (bo w?a?nie kto? nadchodzi? jeszcze): “Tak, trzy dopiero obrazy tego rodzaju razem wzi?te oka?? ca?o??…” - i par? kroków ku drzwiom ze mn? robi?c, po dwakro? doda?: “Skoro tylko dwa inne obrazki zrobi?… poka?? je panu - poka?? je”, co zwyk? by? okre?la? dobitnie, bo nie eksponowa? publicznie dzie? swoich ani nie ka?demu je pokazywa?, zw?aszcza od niejakiego czasu… Odt?d nie widzia?em ju? pana Delaroche’a, w którego ?mierci ostatni promyczek Leonarda da Vinci mrokiem si? okry?… Dowiadywa?em si?, czy dwa inne obrazki zacz?te by?y przed ?mierci? wielkiego artysty, ale nie… mo?e w szkicach…

* Rzeczy tu opisane Czarnymi Kwiatami zw?: wierne s? jak podpisy ?wiadków, którzy, pisa? nie umiej?c, znakami krzy?a niekszta?tnie nakre?lonego podpisuj? si?; kiedy? i… w literaturze, któr? mo?e zobacz? innym razem… pisma takie nie b?d? dziwnie wygl?da?y dla szukaj?cych powiastek czytelników. - S? bowiem powie?ci i romanse, i dramy, i tragedie w ?wiecie niepisanym i nieliterackim, o których si? naszym literatom ani ?ni?o, ale - te okre?la? - czy warto?… ju??… 1856 r.

linia_1


Leave a Reply