Thursday, January 19th 2006


Kamizelka – Boles?aw Prus
posted @ 11:57 pm in [ Lektury i literatura szkolna - Nowele ]

KAMIZELKA

linia_3


Niektórzy ludzie maj? poci?g do zbierania osobliwo?ci kosztowniejszych lub mniej kosztownych, na jakie kogo sta?. Ja tak?e posiadam zbiorek, lecz skromny, jak zwykle w pocz?tkach.

Jest tam mój dramat, który pisa?em jeszcze w gimnazjum na lekcjach j?zyka ?aci?skiego… Jest kilka zasuszonych kwiatów, które trzeba b?dzie zast?pi? nowymi, jest…

Zdaje si?, ?e nie ma nic wi?cej oprócz pewnej bardzo starej i zniszczonej kamizelki.

Oto ona. Przód sp?owia?y, a ty? przetarty. Du?o plam, brak guzików, na brzegu dziurka, wypalona zapewne papierosem. Ale najciekawsze w niej s? ?ci?gacze. Ten, na którym znajduje si? sprz?czka, jest skrócony i przyszyty do kamizelki wcale nie po krawiecku, a ten drugi, prawie na ca?ej d?ugo?ci, jest pok?uty z?bami sprz?czki.

Patrz?c na to od razu domy?lasz si?, ?e w?a?ciciel odzienia j zapewne co dzie? chudn?? i wreszcie dosi?gn?!, tego stopnia, na którym kamizelka przestaje by? niezb?dn?, ale natomiast okazuje si? bardzo potrzebnym zapi?ty pod szyj? frak z magazynu pogrzebowego.

Wyznaj?, ?e dzi? ch?tnie odst?pi?bym komu ten szmat sukna, który mi robi troch? k?opotu. Szaf na zbiory jeszcze nie mam, a nie chcia?bym znowu trzyma? chorej kamizelczyny mi?dzy w?asnymi rzeczami. By? jednak czas, ?em j? kupi? za cen? znakomicie wy?sz? od warto?ci, a da?bym nawet i dro?ej, gdyby umiano si? targowa?. Cz?owiek miewa w ?yciu takie chwile, ?e lubi otacza? si? przedmiotami, które przypominaj? smutek.

Smutek ten nie gnie?dzi? si? mnie, ale w mieszkaniu bliskich s?siadów. Z okna mog?em co dzie? spogl?da? do wn?trza ich pokoiku.

Jeszcze w kwietniu by?o ich troje: pan, pani i ma?a s?u??ca, która sypia?a, o ile wiem, na kuferku za szaf?. Szafa by?a ciemnowi?niowa. W lipcu, je?eli mnie pami?? nie zwodzi, zosta?o ich tylko dwoje: pani i pan, bo s?u??ca przenios?a si? do takich pa?stwa, którzy p?acili jej trzy ruble na rok i co dzie? gotowali obiady.

W pa?dzierniku zosta?a ju? tylko – pani, sama jedna. To jest niezupe?nie sama, poniewa? w pokoju znajdowa?o si? jeszcze du?o sprz?tów: dwa ?ó?ka, stó?, szafa… Ale na pocz?tku listopada sprzedano z licytacji niepotrzebne rzeczy, a przy pani ze wszystkich pami?tek po m??u zosta?a tylko kamizelka, któr? obecnie posiadam.

Lecz w ko?cu listopada pewnego dnia pani zawo?a?a do pustego mieszkania handlarza starzyzny i sprzeda?a mu swój parasol za dwa z?ote i kamizelk? po m??u za czterdzie?ci groszy. Potem zamkn??a mieszkanie na klucz, powoli przesz?a na dziedziniec, w bramie odda?a klucz stró?owi, chwil? popatrzy?a w swoje niegdy? okno, na które pada?y drobne p?atki ?niegu, i – znik?a za bram?.

Na dziedzi?cu zosta? handlarz starzyzny. Podniós? do góry wielki ko?nierz kapoty, pod pach? wetkn?? dopiero co kupiony parasol i owin?wszy w kamizelk? r?ce czerwone z zimna, mrucza?:

- Handel, panowie… handel!… Zawo?a?em go.

- Pan dobrodziej ma co do sprzedania? – zapyta? wchodz?c.

- Nie, chc? od ciebie co? kupi?.

- Pewnie wielmo?ny pan chce parasol?… – odpar? ?ydek. Rzuci? na ziemi? kamizelk?, otrz?sn?? ?nieg z ko?nierza i z wielk? usilno?ci? pocz?? otwiera? parasol.

- A fajn mebel!… – mówi?. – Na taki ?nieg to tylko taki parasol… Ja wiem, ?e wielmo?ny pan mo?e mie? ca?kiem jedwabny parasol, nawet ze dwa. Ale to dobre tylko na lato!…

- Co chcesz za kamizelk?? – spyta?em.

- Jake kamyzelkie?… – odpar? zdziwiony, my?l?c zapewne o swojej w?asnej.

Ale wnet opami?ta? si? i szybko podniós? le??c? na ziemi.

- Za te kamyzelkie?… Pan dobrodziej pyta si? o te kamyzelkie?…

A potem, jakby zbudzi?o si? w nim podejrzenie, spyta?:

- Co wielmo?nego pana po take kamyzelkie?!…

- Ile chcesz za ni??

?ydowi b?ysn??y ?ó?te bia?ka, a koniec wyci?gni?tego nosa poczerwienia? jeszcze bardziej.

- Da wielmo?ny pan… rubelka! – odpar? roztaczaj?c mi przed oczyma towar w taki sposób, a?eby okaza? wszystkie jego zalety.

- Dam ci pó? rubla.

- Pó? rubla?… taky ubjór?… To nie mo?e by?! – mówi? handlarz.

- Ani grosza wi?cej.

- Niech wielmo?ny pan ?artuje zdrów!… – rzek? klepi?c mnie po ramieniu. – Pan sam wi, co taka rzecz jest warta. To przecie nie jest ubjór na ma?e dziecko, to jest na doros?e osoby…

- No, je?eli nie mo?esz odda? za pó? rubla, to ju? id?. Ja wi?cej nie dam.

- Ino niech si? pan nie gniewa! – przerwa? mi?kn?c. – Na moje sumienie, za pó? rubelka nie mog?, ale – ja zdaj? si? na pa?ski rozum… Niech pan sam powie: co to jest wart, a ja si? zgodz?!… ‘Ja wol? do?o?y?, byle to si? sta?o, co pan chce.

- Kamizelka jest warta pi??dziesi?t groszy, a ja d daj? pól rubla.

- Pó? rubla?… Niech b?dzie ju? pó? rubla!… – westchn?? wpychaj?c mi kamizelk? w r?ce. – Niech b?dzie moja strata, byle ja z g?by nie robi?… ten wjatr!…

I wskaza? r?k? na okno, za którym k??bi? si? tuman ?niegu. Gdym si?gn?? po pieni?dze, handlarz, widocznie co? przypomniawszy sobie, wyrwa? mi jeszcze raz kamizelk? i pocz?? szybko rewidowa? jej kieszonki.

- Czegó? ty tam szukasz?

- Mo?em co zostawi? w kieszeni, nie pami?tam! – odpar? najnaturalniejszym tonem, a zwracaj?c mi nabytek doda?:

- Niech ja?nie pan do?o?y cho? dziesi?tk?!…

- No, bywaj zdrów! – rzek?em otwieraj?c drzwi.

- Upadam do nóg!… Mam jeszcze w domu bardzo porz?dne futro…

I jeszcze zza progu, wytkn?wszy g?ow?, zapyta?:

- A mo?e wielmo?ny pan ka?e przynie?? serki owczych?…

‘W par? minut znowu wo?a? na podwórzu: “Handel! handel!…” – a gdym stan?? w oknie, uk?oni? mi si? z przyjacielskim u?miechem.

?nieg zacz?? tak mocno pada?, ?e prawie zmierzch?o si?. Po?o?y?em kamizelk? na stole i pocz??em marzy? to o pani, która wysz?a za bram? nie wiadomo dok?d, to o mieszkaniu, stoj?cym pustk? obok mego, to znowu o w?a?cicielu kamizelki, nad którym coraz g?stsza warstwa ?niegu narasta…

Jeszcze trzy miesi?ce temu s?ysza?em, jak w pogodny dzie? wrze?niowy rozmawiali ze sob?. W maju pani raz nawet – nuci?a jak?? piosenk?, on ?mia? si? czytaj?c “Kuriera ?wi?tecznego”. A dzi?…

Do naszej kamienicy sprowadzili si? na pocz?tku kwietnia. Wstawali do?? rano, pili herbat? z blaszanego samowaru i razem wychodzili do miasta. Ona na lekcje, on do biura.

By? to drobny urz?dniczek, który na naczelników wydzia?owych patrzy? z takim podziwem jak podró?nik na Tatry. Za to musia? du?o pracowa?, po ca?ych dniach. Widywa?em nawet go i o pó?nocy, przy lampie, zgi?tego nad stolikiem.

?ona zwykle siedzia?a przy nim i szy?a. Niekiedy spojrzawszy na niego przerywa?a swoj? robot? i mówi?a tonem upominaj?cym:

- No, ju? do?? b?dzie, po?ó? si? spa?.

- A ty kiedy pójdziesz spa??…

- Ja… jeszcze tylko doko?cz? par? ?ciegów…

- No… to i ja napisz? par? wierszy… Znowu oboje pochylali g?owy i robili swoje. I znowu po niejakim czasie pani mówi?a:

- K?ad? si?!… k?ad? si?!…

Niekiedy na jej s?owa odpowiada? mój zegar wybijaj?c pierwsz?.

Byli to ludzie m?odzi, ani ?adni, ani brzydcy, w ogóle spokojni. O ile pami?tam, pani by?a znacznie szczuplejsza od m??a, który mia? budow? wcale t?g?. Powiedzia?bym, ?e nawet za t?g? na tak ma?ego urz?dnika.

Co niedziel?, oko?o po?udnia, wychodzili na spacer trzymaj?c si? pod r?ce i wracali do domu pó?no wieczór. Obiad zapewne jedli w mie?cie. Raz spotka?em ich przy bramie oddzielaj?cej Ogród Botaniczny od ?azienek. Kupili sobie dwa kufle doskona?ej wody i dwa du?e pierniki, maj?c przy tym spokojne fizjognomi? mieszczan, którzy zwykli jada? przy herbacie gor?c? szynk? z chrzanem.

W ogóle biednym ludziom niewiele potrzeba do utrzymania duchowej równowagi. Troch? ?ywno?ci, du?o roboty i du?o zdrowia. Reszta sama si? jako? znajduje.

Moim s?siadom, o ile si? zdaje, nie brak?o ?ywno?ci, a przynajmniej roboty. Ale zdrowie nie zawsze dopisywa?o.

Jako? w lipcu pan zazi?bi? si?, zreszt? nie bardzo. Dziwnym jednak zbiegiem okoliczno?ci dosta? jednocze?nie tak silnego krwotoku, ?e a? straci? przytomno??.

By?o to ju? w nocy. ?ona, utuliwszy go na ?ó?ku, sprowadzi?a do pokoju stró?ow?, a sama pobieg?a po doktora. Dowiadywa?a si? o pi?ciu, ale znalaz?a ledwie jednego, i to wypadkiem, na ulicy.

Doktor, spojrzawszy na ni? przy blasku migotliwej latami, uzna? za stosowne j? przede wszystkim uspokoi?. A poniewa? chwilami zatacza?a si?, zapewne ze zm?czenia, a doro?ki na ulicy nie by?o, wi?c poda? jej r?k? i id?c t?omaczy?, ?e krwotok jeszcze niczego nie dowodzi.

- Krwotok mo?e by? z krtani, z ?o??dka, z nosa, z p?uc rzadko kiedy. Zreszt?, je?eli cz?owiek zawsze by? zdrów, nigdy nie kaszla?…

- O, tylko czasami! – szepn??a pani zatrzymuj?c si? dla nabrania tchu.

- Czasami? to jeszcze nic. Mo?e mie? lekki katar oskrzeli.

- Tak… to katar! – powtórzy?a pani ju? g?o?no.

- Zapalenia p?uc nie mia? nigdy?…

- Owszem!… – odpar?a pani, znowu staj?c. Troch? si? nogi pod ni? chwia?y.

- Tak, ale zapewne ju? dawno?… – pochwyci? lekarz.

- O, bardzo… bardzo dawno!… – potwierdzi?a z po?piechem. – Jeszcze tamtej zimy.

- Pó?tora roku temu.

- Nie… Ale jeszcze przed Nowym Rokiem… O, ju? dawno!

- A!… Jaka to ciemna ulica, a w dodatku niebo troch? zas?oni?te… – mówi? lekarz.

Weszli do domu. Pani z trwog? zapyta?a stró?a: co s?ycha?? -i dowiedzia?a si?, ?e nic. W mieszkaniu stró?owa tak?e powiedzia?a jej, ?e nic nie s?ycha?, a chory drzema?.

Lekarz ostro?nie obudzi? go, wybada? i tak?e powiedzia?, ?e to nic.

- Ja zaraz mówi?em, ?e to nic! – odezwa? si? chory.

- O, nic!… – powtórzy?a pani ?ciskaj?c jego spotnia?e r?ce. -Wiem przecie, ?e krwotok mo?e by? z ?o??dka albo z nosa. U ciebie pewnie z nosa… Ty? taki t?gi, potrzebujesz ruchu, a ci?gle siedzisz… Prawda, panie doktorze, ?e on potrzebuje ruchu?…

- Tak! tak!… Ruch jest w ogóle potrzebny, ale ma??onek pani musi par? dni pole?y?. Czy mo?e wyjecha? na wie??

- Nie mo?e… – szepn??a pani ze smutkiem.

- No – to nic! Wi?c zostanie w Warszawie. Ja b?d? go odwiedza?, a tymczasem – niech sobie pole?y i odpocznie. Gdyby si? za? krwotok powtórzy?… – doda? lekarz.

- To co, panie? – spyta?a ?ona bledn?c jak wosk.

- No, to nic. M?? pani wypocznie, tam si? zasklepi…

- Tam… w nosie? – mówi?a pani sk?adaj?c przed doktorem r?ce.

- Tak… w nosie! Rozumie si?. Niech pani uspokoi si?, a reszt? zda? na Boga. Dobranoc.

S?owa doktora tak uspokoi?y pani?, ?e po trwodze, jak? przechodzi?a od kilku godzin, zrobi?o si? jej prawie weso?o.

- No, i có? to tak wielkiego! – rzek?a, troch? ?miej?c si?, a troch? pop?akuj?c.

Ukl?k?a przy ?ó?ku chorego i zacz??a ca?owa? go po r?kach.

- Có? tak wielkiego! – powtórzy? pan cicho i u?miechn?? si?. -Ile to krwi na wojnie z cz?owieka up?ywa, a jednak jest potem zdrów!…

- Ju? tylko nic nie mów – prosi?a go pani.

Na dworze zacz??o ?wita?. W lecie, jak wiadomo, noce s? bardzo krótkie.

Choroba przeci?gn??a si? znacznie d?u?ej, ni? my?lano. M?? nie chodzi? ju? do biura, co mu tym mniej robi?o k?opotu, ?e jako urz?dnik najemny, nie potrzebowa? bra? urlopu, a móg? wróci?, kiedy by mu si? podoba?o i – o ile znalaz?by miejsce. Poniewa? gdy siedzia? w mieszkaniu, by? zdrowszy, wi?c pani wystara?a si? jeszcze o kilka lekcy j na tydzie? i za ich pomoc? op?dza?a domowe potrzeby.

Wychodzi?a zwykle do miasta o ósmej rano. Oko?o pierwszej wraca?a na par? godzin do domu, a?eby ugotowa? m??owi obiad na maszynce, a potem znowu wybiega?a na jaki? czas.

Za to ju? wieczory sp?dzali razem. Pani za?, aby nie pró?nowa?, bra?a troch? wi?cej do szycia.

Jako? w ko?cu sierpnia spotka?a si? pani z doktorem na ulicy. D?ugo chodzili razem. W ko?cu pani schwyci?a doktora za r?k? i rzek?a b?agalnym tonem:

- Ale swoj? drog? niech pan do nas przychodzi. Mo?e te? Bóg da!… On tak si? uspakaja po ka?dej pa?skiej wizycie…

Doktor obieca?, a pani wróci?a do domu jakby sp?akana. Pan te?, skutkiem przymusowego siedzenia, zrobi? si? jaki? dra?liwy i zw?tpia?y. Zacz?? wymawia? ?onie, ?e jest zanadto o niego troskliwa, ?e on mimo to umrze, a w ko?cu zapyta?:

- Czy nie powiedzia? ci doktor, ?e ja nie prze?yj? kilku miesi?cy?

Pani zdr?twia?a.

- Co ty mówisz? – rzek?a. – Sk?d ci takie my?li?… Chory wpad? w gniew.

- Oo, chod??e tu do mnie, o tu!… – mówi? gwa?townie, chwytaj?c j? za r?ce. – Patrz mi prosto w oczy i odpowiadaj: nie mówi? ci doktor?

I utopi? w niej rozgor?czkowane spojrzenie. Zdawa?o si?, ?e pod tym wzrokiem mur wyszepta?by tajemnic?, gdyby j? posiada?.

Na twarzy kobiety ukaza? si? dziwny spokój. U?miecha?a si? ?agodnie, wytrzymuj?c to dzikie spojrzenie. Tylko jej oczy jakby szk?em zasz?y.

- Doktor mówi? – odparta – ?e to nic, tylko ?e musisz troch? wypocz??…

M?? nagle pu?ci? j?, zacz?? dr?e? i ?mia? si?, a potem machaj?c r?k? rzek?:

- No widzisz, jakim j a nerwowy!… Koniecznie ubrda?o mi si?, ?e doktor zw?tpi? o mnie… Ale… przekona?a? mnie… Ju? jestem spokojny!…

I coraz weselej ?mia? si? ze swoich przywidze?.

Zreszt? taki atak podejrzliwo?ci nigdy si? ju? nie powtórzy?. ?agodny spokój ?ony by? przecie najlepsz? dla chorego wskazówk?, ?e stan jego nie jest z?ym.

Bo i z jakiej racji mia? by? z?y?

By? wprawdzie kaszel, ale – to z kataru oskrzeli. Czasami, skutkiem d?ugiego siedzenia, pokazywa?a si? krew – z nosa. No, miewa? te? jakby gor?czk?, ale w?a?ciwie nie by?a to gor?czka, tylko – taki stan nerwowy.

W ogóle czu? si? coraz zdrowszym. Mia? nieprzepart? ch?? do jakich? dalekich wycieczek, lecz – troch? si? mu brak?o. Przyszed? nawet czas, ?e w dzie? nie chcia? le?y? w ?ó?ku, tylko siedzia? na krze?le ubrany, gotowy do wyj?cia, byle go opu?ci?o to chwilowe os?abienie.

Niepokoi? go tylko jeden szczegó?.

Pewnego dnia k?ad?c kamizelk? uczu?, ?e jest jako? bardzo lu?na.

- Czybym a? tak schud??… – szepn??.

- No, naturalnie, ?e musia?e? troch? zmizernie? – odpar?a ?ona. – Ale przecie? nie mo?na przesadza?…

M?? bacznie spojrza? na ni?. Nie oderwa?a nawet oczu od roboty. Nie, ten spokój nie móg? by? udany!… ?ona wie od doktora, ?e on nie jest tak znowu bardzo chory, wi?c nie ma powodu martwi? si?.

W pocz?tkach wrze?nia nerwowe stany, podobne do gor?czki, wyst?powa?y coraz silniej, prawie po ca?ych dniach.

- To g?upstwo! – mówi? chory. – Na przej?ciu od lata do jesieni najzdrowszemu cz?owiekowi trafia si? jakie? rozdra?nienie, ka?dy jest nieswój… To mnie tylko dziwi: dlaczego moja kamizelka le?y na mnie coraz lu?niej?… Strasznie musia?em schudn??, i naturalnie dopóty nie mog? by? zdrowym, dopóki mi cia?a nie przyb?dzie, to darmo!…

?ona bacznie przys?uchiwa?a si? temu i musia?a przyzna?, ?e m?? ma s?uszno??.

Chory co dzie? wstawa? z ?ó?ka i ubiera? si?, pomimo ?e bez pomocy ?ony nie móg? wci?gn?? na siebie ?adnej sztuki ubrania. Tyle przynajmniej wymog?a na nim, ?e na wierzch nie k?ad? surduta, tylko paltot.

- Dziwi? si? tu – mówi? nieraz, patrz?c w lustro – dziwi? si? tu, ?e ja nie mam sil. Ale? jak wygl?dam!…

- No, twarz zawsze ?atwo si? zmienia – wtr?ci?a ?ona.

- Prawda, tylko ?e ja i w sobie chudn?…

- Czy ci si? nie zdaje? – spyta?a pani z akcentem wielkiej w?tpliwo?ci. Zamy?li? si?.

- Ha! mo?e i masz racj?… Bo nawet… od kilku dni uwa?am, ?e… co?… moja kamizelka…

- Daj?e pokój! – przerwa?a pani – przecie? nie uty?e?…

- Kto wie? Bo, o ile uwa?am po kamizelce, to…

- W takim razie powinny by ci wraca? si?y.

- Oho! chcia?aby? tak zaraz… Pierwej musz? przecie? cho? cokolwiek nabra? cia?a. Nawet powiem ci, ?e cho? i odzyskam cia?o, to i wtedy jeszcze nie zaraz nabior? si?…

A co ty tam robisz za szaf??… – spyta? nagle.

- Nic. Szukam w kufrze r?cznika, a nie wiem… czy jest czysty. •’

- Nie wysilaj?e si? tak, bo a? ci si? g?os zmienia… To przecie? ci??ki kufer…

Istotnie, kufer musia? by? ci??ki, bo pani a? porobi?y si? wypieki na twarzy. Ale by?a spokojna.

Odt?d chory coraz pilniejsz? zwraca? uwag? na swoj? kamizelk?. Co par? za? dni wo?a? do siebie ?on? i mówi?:

- No… patrzaj?e. Sama si? przekonaj: wczoraj mog?em tu jeszcze w?o?y? palec, o – tu… A dzi? ju? nie mog?. Ja istotnie zaczynam nabiera? cia?a!…

Ale pewnego dnia rado?? chorego nie mia?a granic. Kiedy ?ona wróci?a z lekcy j, powita? j? z b?yszcz?cymi oczyma i rzek? bardzo wzruszony:

- Pos?uchaj mnie, powiem ci jeden sekret… Ja z t? kamizelk?, widzisz, troch? szachrowa?em. A?eby ciebie uspokoi?, co dzie? sam ?ci?ga?em pasek, i dlatego – kamizelka by?a ciasna… tym sposobem doci?gn??em wczoraj pasek do ko?ca. Ju? martwi?em si? my?l?c, ?e si? wyda sekret, gdy wtem dzi?… Wiesz, co d powiem?… Ja dzi?, daj? ci naj?wi?tsze s?owo, zamiast ?ci?ga? pasek, musia?em go troch? rozlu?ni?!… By?o mi formalnie ciasno, cho? jeszcze wczoraj by?o cokolwiek lu?niej…

No, teraz i ja wierz?, ?e b?d? zdrów… Ja sam!… Niech doktor my?li, co chce…

D?uga mowa tak go wysili?a, ?e musia? przej?? na ?ó?ko. Tam jednak, jako cz?owiek, który bez ?ci?gania pasków zaczyna nabiera? cia?a, nie po?o?y? si?, ale jak w fotelu opar? si? w obj?ciach ?ony.

- No, no!… – szepta? – kto by si? spodziewa??… Przez dwa tygodnie oszukiwa?em moj? ?on?, ?e kamizelka jest ciasna, a ona dzi? naprawd? sama ciasna!…

- No… no!…

I przesiedzieli tul?c si? jedno do drugiego ca?y wieczór.

Chory by? wzruszony jak nigdy.

- Mój Bo?e! – szepta? ca?uj?c ?on? po r?kach – a ja my?la?em, ?e ju? tak b?d? chudn?? do… ko?ca. Od dwu miesi?cy dzi? dopiero, pierwszy raz, uwierzy?em w to, ?e mog? by? zdrów.

Bo to przy chorym wszyscy k?ami?, a ?ona najwi?cej. Ale kamizelka – ta ju? nie sk?amie!…

- – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – -

Dzi? patrz?c na star? kamizelk? widz?, ?e nad jej ?ci?gaczami pracowa?y dwie osoby. Pan – co dzie? posuwa? sprz?czk?, a?eby uspokoi? ?on?, a pani co dzie? – skraca?a pasek, aby m??owi doda? otuchy.

“Czy znowu zejd? si? kiedy oboje, a?eby powiedzie? sobie ca?y sekret o kamizelce?…” – my?la?em patrz?c na niebo.

Nieba prawie ju? nie by?o nad ziemi?. Pada? tylko ?nieg taki g?sty i zimny, ?e nawet w grobach marz?y ludzkie popio?y.

Któ? jednak powie, ?e za tymi chmurami nie ma s?o?ca?…

Potem ?miech zamieni? si? w weso?? rozmow?, potem wielokrotnie powtórzono stówko: “dobranoc!” – i nareszcie wszystko umilk?o. Zbudzony ptak mocniej obj?? palcami ga??zk? i znowu zasn??. I ?ni?o mu si? w g?ówce schowanej pod skrzyd?o, ?e jest, jak niegdy?, ma?ym ptaszkiem i ?e ?pi w gnie?dzie, otulony gor?c? piersi? matki.

linia_3


One Response to “Kamizelka – Boles?aw Prus”

  1. norah18 Says:

    Lubi? t? nowel?. Fajna jest i ma pi?kne przes?anie. Pozdrawiam

Leave a Reply

*
To prove you're a person (not a spam script), type the security word shown in the picture. Click on the picture to hear an audio file of the word.
Click to hear an audio file of the anti-spam word