KATARYNKA
![]()
Na ulicy Miodowej co dzie? oko?o po?udnia mo?na by?o spotka? jegomo?cia w pewnym wieku, który chodzi? z placu Krasi?skich ku ulicy Senatorskiej. Latem nosi? on wykwintne, ciemnogranatowe palto, popielate spodnie od pierwszorz?dnego krawca, buty po?yskuj?ce jak zwierciad?a - i - nieco wyszarzany cylinder.
Jegomo?? mia? twarz rumian?, szpakowate faworyty i siwe, ?agodne oczy. Chodzi? pochylony, trzymaj?c r?ce w kieszeniach W dzie? pogodny nosi? pod pach? lask?, w pochmurny - d?wiga? jedwabny parasol angielski.
By? zawsze g??boko zamy?lony i posuwa? si? z wolna Oko?o Kapucynów dotyka? pobo?nie r?k? kapelusza i przechodzi? na drug? stron? ulicy, a?eby zobaczy? u Pika jak stoi barometr i termometr, potem znowu zawraca? na prawy chodnik, zatrzymywa? si? przed wystaw? Mieczkowskiego, ogl?da? fotografie Modrzejewskiej - i szed? dalej.
W drodze ust?powa? ka?demu, a potr?cony u?miecha? si? ?yczliwie.
Je?eli kiedy spostrzega? ?adn? kobiet?, zak?ada? binokle, aby przypatrze? si? jej. Ale ?e robi? to flegmatycznie, wi?c zwykle spotyka? go zawód.
Ten jegomo?? by? to - pan Tomasz.
Pan Tomasz trzydzie?ci lat chodzi? ulic? Miodow? i nieraz my?la?, ?e si? na niej wiele rzeczy zmieni?o. To? samo ulica Miodowa pomy?le? by mog?a o nim.
Gdy by? leszcze obro?c?, biega? tak pr?dko, ?e nie uciek?aby przed nim ?adna szwaczka wracaj?ca z magazynu do domu By? weso?y, rozmowny, trzyma? si? prosto, mia? czupryn? i nosi? w?sy zakr?cone ostro do góry Ju? wówczas sztuki pi?kne robi?y na nim wra?enie, ale czasu im nie po?wi?ca?, bo szala? - za kobietami. Co prawda, mia? do nich szcz??cie i nieustannie by? swatany. Ale có? z tego, kiedy pan Tomasz nie móg? nigdy znale?? ani jednej chwili na o?wiadczyny b?d?c zaj?ty je?eli nie praktyk?, to - schadzkami. Od Frani szed? do s?du, z s?du bieg? do Zosi, któr? nad wieczorem opuszcza?, a?eby z Józi? i Filk? zje?? kolacj?.
Gdy zosta? mecenasem, czo?o, skutkiem nat??onej pracy umys?owej, uros?o mu a? do ciemienia, a na w?sach pokaza?o si? kilka srebrnych w?osów. Pan Tomasz pozby? si? ju? wówczas m?odzie?czej gor?czki, mia? maj?tek i ustalon? opini? znawcy sztuk pi?knych. A ?e kobiety wci?? kocha?, wi?c pocz?? my?le? o ma??e?stwie. Naj?? nawet mieszkanie z sze?ciu pokojów z?o?one, urz?dzi? w nim na w?asny koszt posadzki, sprawi? obicia, pi?kne meble - i szuka? ?ony.
Ale cz?owiekowi dojrza?emu trudno zrobi? wybór. Ta by?a za m?oda, a tamt? uwielbia? ju? zbyt d?ugo. Trzecia mia?a wdzi?ki i wiek w?a?ciwy, ale nieodpowiedni temperament, a czwarta posiada?a wdzi?ki, wiek i temperament nale?yty, ale nie czekaj?c na o?wiadczyny mecenasa wysz?a za doktora.
Pan Tomasz jednak nie martwi? si?, poniewa? panien me brak?o. Ekwipowa? si? powoli, coraz usilniej dbaj?c o to, a?eby ka?dy szczegó? jego mieszkania posiada? warto?? artystyczn?. Zmienia? meble, przestawia? zwierciad?a, kupowa? obrazy.
Nareszcie porz?dki jego sta?y si? s?awne. Sam me wiedz?c kiedy, stworzy? u siebie galeri? sztuk pi?knych, któr? coraz liczniej odwiedzali ciekawi. ?e za? by? go?cinny, przyj?cia robi? ?wietne i utrzymywa? stosunki z muzykami, wi?c nieznacznie zorganizowa?y si? u mego wieczory koncertowe, które nawet damy zaszczyca?y swoj? obecno?ci?.
Pan Tomasz by? wszystkim rad, a widz?c w zwierciad?ach, ?e czo?o przeros?o mu ju? ciemi?, i si?ga w ty? do bia?ego jak ?nieg ko?nierzyka, coraz cz??ciej przypomina? sobie, ?e b?d? co b?d? trzeba si? o?eni?. Tym bardziej, ?e dla kobiet wci?? czu? ?yczliwo??.
Raz, kiedy przyjmowa? liczniejsze ni? zwykle towarzystwo, jedna z m?odych pan rozejrzawszv si? po salonach zawo?a?a:
- Co za obrazy! A jakie g?adkie posadzki! ?ona pana mecenasa b?dzie bardzo szcz??liwa.
- Je?eli do szcz??cia wystarcz? jej g?adkie posadzki - odezwa? si? na to pó?g?osem serdeczny przyjaciel mecenasa. W salonie zrobi?o si? bardzo weso?o. Pan Tomasz tak?e u?miechn?? si?, ale od tej pory, gdy mu kto wspomnia? o ma??e?stwie, macha? niedbale r?k?, mówi?c:
- Iii!…
W tych czasach ogoli? w?sy i zapu?ci? faworyty. O kobietach wyra?a? si? zawsze z szacunkiem, a dla ich wad okazywa? du?? wyrozumia?o??.
Nie spodziewaj?c si? niczego od ?wiata, bo ju? i praktyk? porzuci?, mecenas ca?e spokojne uczucie swoje skierowa? do sztuki. Pi?kny obraz, dobry koncert, nowe przedstawienie teatralne by?y jakby wiorstowymi s?upami na drodze jego ?ycia. Nie zapala? si? on, nie unosi?, ale - smakowa?.
Na koncertach wybiera? miejsca odleg?e od estrady, a?eby s?ucha? muzyki me s?ysz?c ha?asów i nie widz?c artystów. Gdy szed? do teatru, obeznawa? si? wprzódy z utworem dramatycznym, a?eby bez gor?czkowej ciekawo?ci ?ledzi? gr? aktorów. Obrazy ogl?da? wówczas, gdy by?o najmniej widzów, i sp?dza? w galerii ca?e godziny.
Je?eli podoba?o mu si? co?, mówi?:
- Wiecie, pa?stwo, ?e to jest wcale ?adne. Nale?a? do tych niewielu, którzy najpierwej poznaj? si? na talencie. Ale utworów miernych nigdy nie pot?pia?.
- Czekajcie, mo?e si? jeszcze wyrobi! - mówi?, gdy inni ganili artyst?.
I tak zawsze by? pob?a?liwy dla niedoskona?o?ci ludzkiej, a o wyst?pkach nie rozmawia?.
Na nieszcz??cie, ?aden ?miertelnik nie jest wolny od jakiego? dziwactwa, a pan Tomasz mia? tak?e swoje. Oto - nienawidzi? kataryniarzy i katarynek.
Gdy mecenas us?ysza? na ulicy katarynk?, przy?piesza? kroku i na par? godzin traci? humor. On, cz?owiek spokojny - zapala? si?, jak by? cichy - krzycza?, a jak by? ?agodny - wpada? w gniew na pierwszy odg?os katarynkowych d?wi?ków.
Z tej swojej s?abo?ci nie robi? przed nikim tajemnicy, nawet t?omaczy? si?.
- Muzyka - mówi? wzburzony - stanowi najsubtelniejsze cia?o ducha, w katarynce za? duch ten przeradza si? w funkcj? machiny i narz?dzie rozboju. Bo kataryniarze s? po prostu rabusie!
Zreszt? - dodawa? - katarynka rozdra?nia mnie, a ja mam tylko jedno ?ycie, którego mi nie wypada trwoni? na s?uchanie obrzydliwej muzyki.
Kto? z?o?liwy, wiedz?c o wstr?cie mecenasa do graj?cych machin, wymy?li? niesmaczny za? - i… wys?a? mu pod okna dwu kataryniarzy. Pan Tomasz zachorowa? z gniewu, a nast?pnie odkrywszy sprawc? wyzwa? go na pojedynek.
A? s?d honorowy trzeba by?o zwo?ywa? dla zapobie?enia rozlewowi krwi o rzecz tak ma?? na pozór.
Dom, w którym mecenas mieszka?, przechodzi? kilka razy z r?k do r?k. Rozumie si?, ?e ka?dy nowy w?a?ciciel uwa?a? za obowi?zek podwy?sza? wszystkim komorne, a najpierwej panu Tomaszowi. Mecenas z rezygnacj? p?aci? podwy?k?, ale pod tym warunkiem wyra?nie zapisanym w umowie, ?e katarynki grywa? w domu nie b?d?.
Niezale?nie od kontraktowych zastrze?e? pan Tomasz wzywa? do siebie ka?dego nowego stró?a i przeprowadza? z nim tak? mniej wi?cej rozmow?:
- S?uchaj no, kochanku… A jak ci na imi??…
- Kazimierz, prosz? pana.
- S?uchaj?e, Kazimierzu! Ile razy wróc? do domu pó?no, a ty otworzysz mi bram?, dostaniesz dwadzie?cia groszy. Rozumiesz?…
- Rozumiem, wielmo?ny panie.
- A oprócz tego b?dziesz bra? ode mnie dziesi?? z?otych na miesi?c, ale wiesz za co?…
- Nie mog? wiedzie?, ja?nie panie - odpowiedzia? wzruszony stró?.
- Za to, a?eby? na podwórze nigdy nie wpuszcza? katarynek. Rozumiesz?…
- Rozumiem, ja?nie wielmo?ny panie.
Lokal mecenasa sk?ada? si? z dwu cz??ci. Cztery wi?ksze pokoje mia?y okna od ulicy, dwa mniejsze - od podwórza. Paradna po?owa mieszkania przeznaczona by?a dla go?ci. W niej odbywa?y si? rauty, przyjmowani byli interesanci i stawali krewni albo znajomi mecenasa ze wsi. Sam pan Tomasz ukazywa? si? tu rzadko i tylko dla sprawdzenia, czy wywoskowano posadzki, czy starto kurz i nie uszkodzono mebli.
Ca?e za? dnie, o ile nie przep?dza? ich za domem, przesiadywa? w gabinecie od podwórza. Tam czytywa? ksi??ki, pisywa? listy albo przegl?da? dokumenta znajomych, którzy prosili go o rad?. A gdy nie chcia? forsowa? wzroku, siada? na fotelu naprzeciw okna i zapaliwszy cygaro zatapia? si? w rozmy?laniach. Wiedzia? on, ?e my?lenie jest wa?n? funkcj? ?yciow?, której nie powinien lekcewa?y? cz?owiek dbaj?cy o zdrowie.
Z drugiej strony podwórza, wprost okien pana Tomasza, znajdowa? si? lokal, wynajmowany osobom mniej zamo?nym. D?ugi czas mieszka? tu stary urz?dnik s?dowy, który spad?szy z etatu przeniós? si? na Prag?. Po nim naj?? pokoiki krawiec; lecz ?e ten lubi? niekiedy upija? si? i ha?asowa?, wi?c wymówiono mu mieszkanie. Pó?niej sprowadzi?a si? tu jaka? emerytka, wiecznie k?óc?ca si? ze swoj? s?ug?.
Ale od ?w. Jana staruszk?, ju? bardzo zgrzybia?? i wcale zasobn?, pomimo jej k?ótliwego usposobienia wzi?li na wie? krewni, a do lokalu sprowadzi?y si? dwie panie z ma??, mo?e o?mioletni? dziewczynk?.
Kobiety utrzymywa?y si? z pracy. Jedna szy?a, druga wyrabia?a po?czochy i kaftaniki na maszynie. M?odsz? z nich i przystojniejsz? dziewczynka nazywa?a mam?, a starszej mówi?a: pani.
I u mecenasa, i u nowych lokatorów okna przez ca?y dzie? by?y otwarte. Kiedy wi?c pan Tomasz usiad? na swoim fotelu, doskonale móg? widzie?, co si? dzieje u jego s?siadek.
By?y tam sprz?ty ubogie. Na sto?kach i krzes?ach, na kanapie i na komodzie le?a?y tkaniny przeznaczone do szycia i k??bki bawe?ny na po?czochy.
Z rana kobiety same zamiata?y mieszkanie, a oko?o po?udnia najemnica przynosi?a im niezbyt obfity obiad. Zreszt? ka?da z nich prawie nie odst?powa?a od swojej turkocz?cej maszyny.
Dziewczynka zwykle siedzia?a przy oknie. By?o to dziecko z ciemnymi w?osami i ?adn? twarzyczk?, ale blade i jakie? nieruchawe. Czasami dziewczynka za pomoc? dwu drutów wi?za?a pasek z bawe?nianych nici. Niekiedy bawi?a si? lalk?, któr? ubiera?a i rozbiera?a powoli, jakby z trudno?ci?. Czasami nie robi?a nic, tylko siedz?c w oknie przys?uchiwa?a si? czemu?.
Pan Tomasz nie widzia? nigdy, a?eby dzieci? to ?piewa?o lub biega?o po pokoju, nie widzia? nawet u?miechu na bledziutkich ustach i nieruchomej twarzy.
“Dziwne dziecko!” - mówi? do siebie mecenas i pocz?? przypatrywa? si? jej uwa?niej.
Spostrzeg? raz (by?o to w niedziel?), ?e matka dala jej ma?y bukiecik. Dziewczynka o?ywi?a si? nieco. Rozk?ada?a i uk?ada?a kwiaty, ca?owa?a je. W ko?cu zwi?za?a na powrót w bukiecik, w?o?y?a go w szklank? wody i usiad?szy w swoim oknie rzek?a:
- Prawda, mamo, ?e tu jest smutno…
Mecenas zgorszy? si?. Jak mog?o by? smutno w domu, w którym on od tylu lat mia? dobry humor!
Jednego dnia mecenas znalaz? si? w swoim gabinecie oko?o czwartej. W tej godzinie s?o?ce sta?o naprzeciw mieszkania jego s?siadek, a ?wieci?o i dogrzewa?o bardzo mocno. Pan Tomasz spojrza? na drug? stron? podwórza i wida? zobaczy? co? niezwyk?ego, gdy? z po?piechem za?o?y? na nos binokle.
Oto, co spostrzeg?:
Mizerna dziewczynka opar?szy g?ow? na r?ku po?o?y?a si? prawie na wznak w swoim oknie - i - szeroko otwartymi oczyma patrzy?a prosto w s?o?ce. Na jej twarzyczce, zwykle tak nieruchomej, gra?y teraz jakie? uczucia: niby rado??, a niby ?al…
- Ona nie widzi! - szepn?? mecenas opuszczaj?c binokle. W tej chwili do?wiadczy? k?ucia w oczach na sam? my?l, ?e kto? mo?e wpatrywa? si? w s?o?ce, które zia?o ?ywym ogniem.
Istotnie, dziewczynka by?a niewidom? od dwu lat. W szóstym roku ?ycia zachorowa?a na jak?? gor?czk?; przez kilka tygodni by?a nieprzytomna, a nast?pnie tak opad?a z sil, ?e le?a?a jak martwa, nie poruszaj?c si? i nic nie mówi?c.
Pojono j? winem i bulionami, wi?c stopniowo przychodzi?a do siebie. Ale pierwszego dnia, kiedy j? posadzono na poduszce, zapyta?a matki:
- Mamo, czy to jest noc?…
- Nie, moje dziecko… A dlaczego ty tak mówisz? Ale dziewczynka nie odpowiedzia?a: spa? si? jej chcia?o. Tylko nazajutrz, gdy w po?udnie przyszed? lekarz, spyta?a znowu:
- Czy to jeszcze jest noc?…
Wtedy zrozumiano, ?e dziewczynka nie widzi. Lekarz zbada? jej oczy i zaopiniowa?, ?e trzeba czeka?.
Ale chora im bardziej odzyskiwa?a si?y, tym mocniej niepokoi?a si? swoim kalectwem…
- Mamo, dlaczego ja mamy nie widz??…
- Bo tobie oczki zas?oni?o. Ale to przejdzie.
- Kiedy przejdzie?…
- Nied?ugo. . - Mo?e jutro, prosz? mamy?
- Za kilka dni, moja dziecino.
- A jak przejdzie, to niech mi mama zaraz powie. Bo mi jest bardzo smutno!…
Mija?y dnie i tygodnie w ci?g?ym oczekiwaniu. Dziewczynka pocz??a ju? wstawa? z ?ó?eczka. Nauczy?a si? chodzi? po pokoju omackiem; sama ubiera?a si? i rozbiera?a powoli i ostro?nie. ‘ Ale wzrok nie wraca?.
Jednego razu. mówi?a:
- Prawda, mamo, ?e ja mam niebiesk? sukienk??…
- Nie, dziecko, masz popielat?.
- Mama j? widzi?
- Widz?, moje kochanie.
- Tak jak i w dzie??
- Tak.
- Ja tak?e b?d? widzia?a wszystko za kilka dni?… Nie, mo?e za miesi?c…
Ale poniewa? matka nie odpowiedzia?a jej nic, wi?c mówi?a dalej:
- Prawda, mamo, ?e na dworze ci?gle jest dzie??… A w ogrodzie s? drzewa, tak jak dawniej?… Czy do nas przychodzi ten bia?y kotek z czarnymi ?apami?… Prawda, mamo, ?e ja widzia?am siebie w lustrze?… Nie ma tu lustra?…
Matka podaje jej lusterko.
- Trzeba patrze? tutaj, o tu, gdzie jest g?adkie - mówi?a dziewczynka przyk?adaj?c lustro do twarzy. - Nic nie widz?! -rzek?a. - Czy i mama nie widzi mnie w lusterku?
- Widz? ci?, moja ptaszyno.
- Jakim sposobem?… - zawo?a?a dziewczynka ?a?o?nie. -Przecie je?eli ja nie widz? siebie, to ju? w lustrze nie powinno by? nic…
A tamta, co jest w lustrze, czy ona mnie widzi, czy nie widzi?…
Ale matka rozp?aka?a si? i wybieg?a z pokoju.
Najmilszym zaj?ciem kaleki by?o dotyka? r?koma drobnych przedmiotów i poznawa? je.
Jednego dnia przynios?a jej matka lalk? porcelanow?, ?adnie ubran?, za rubla. Dziewczynka nie wypuszcza?a jej z r?k, dotyka?a jej noska, ust, oczu, pie?ci?a si? ni?.
Posz?a spa? bardzo pó?no wci?? my?l?c o swej lalce, któr? u?o?y?a w pude?ku wys?anym wat?.
W nocy zbudzi? matk? szmer i szept. Zerwa?a si? z po?cieli, zapali?a ?wiec? i zobaczy?a w k?ciku swoj? córk? ju? ubran? i bawi?c? si? lalk?.
- Co ty robisz, dziecino? - zawo?a?a. - Dlaczego nie ?pisz?
- Bo ju? przecie jest dzie?, prosz? mamy - odpar?a kaleka.
Dla niej dzie? i noc zla?y si? w jedno i trwa?y zawsze…
Stopniowo pami?? wzrokowych wra?e? pocz??a zaciera? si? w dziewczynce. Czerwona wi?nia sta?a si? dla niej wi?ni? g?adk?, okr?g?? i mi?kk?, b?yszcz?cy pieni?dz by? twardym i d?wi?cznym kr??kiem, na którym znajdowa?y si? jakie? znaki w p?askorze?bie. Wiedzia?a, ?e pokój jest wi?kszy od niej, dom wi?kszy od pokoju, ulica od domu. Ale wszystko to jako? - skróci?o si? w jej wyobra?ni.
Uwaga jej skierowa?a si? na zmys? dotyku, powonienia i s?uchu. Jej twarz i r?ce nabra?y takiej wra?liwo?ci, ?e zbli?ywszy si? do ?ciany czu?a o kilka cali lekki ch?ód. Zjawiska odleg?e oddzia?ywa?y na ni? tylko przez s?uch. Przys?uchiwa?a si? wi?c po ca?ych dniach.
Poznawa?a posuwisty chód stró?a, który mówi? piskliwym g?osem i zamiata? podwórko. Wiedzia?a, kiedy jedzie z drzewem ch?opski wózek drabiniasty, kiedy - doro?ka, a kiedy - kary wywo??ce ?miecie.
Najmniejszy szelest, zapach, ozi?bienie si? albo rozgrzanie powietrza nie usz?o jej uwagi. Z niepoj?t? bystro?ci? pochwytywa?a drobne te zjawiska i wysnuwa?a z nich wnioski.
Raz matka zawo?a?a s?u??cej.
- Nie ma Janowej - rzek?a kaleka siedz?c jak zwykle w k?ciku. - Posz?a po wod?.
- A sk?d wiesz o tym? - zapyta?a zdziwiona matka.
- Sk?d?… Przecie? wiem, ?e bra?a konewk? z kuchni, potem posz?a na drugie podwórze i napompowa?a wody. A teraz rozmawia ze stró?em.
Istotnie zza parkanu dolatywa? szmer rozmowy dwu osób, ale tak niewyra?ny, ?e tylko z wysi?kiem mo?na go by?o us?ysze?.
Lecz nawet rozszerzona sfera zmys?ów ni?szych nie mog?a kalece zast?pi? wzroku. Dziewczynka uczu?a brak wra?e? i zacz??a t?skni?.
Pozwolono jej chodzi? po ca?ym domu i to j? nieco uspakaja?o.
Wydepta?a ka?dy kamie? na podwórzu, dotkn??a ka?dej rynny i beczki. Ale najwi?ksz? przyjemno?? robi?y jej - podró?e do dwu ca?kiem odmiennych ?wiatów: do piwnicy i na strych.
W piwnicy powietrze by?o ch?odne, ?ciany wilgotne.
Przyg?uszony turkot uliczny dolatywa? z góry; inne odg?osy nikn??y. To by?a noc dla ociemnia?ej.
Na strychu za?, szczególniej w okienku, dzia?o si? ca?kiem inaczej. Tam ha?asu by?o wi?cej ni? w pokoju. Kaleka s?ysza?a turkot wozów z kilku ulic; tu skupia?y si? krzyki z ca?ego domu. Twarz jej owiewa? ciep?y wiatr. S?ysza?a ?wiergot ptaków, szczekanie psów i szelest drzew w s?siednim ogrodzie. Tu by? dla niej dzie?…
Nie do?? na tym. Na strychu cz??ciej ni? w pokoju ?wieci?o s?o?ce, a gdy dziewczynka skierowa?a na nie przygas?e oczy, zdawa?o jej si?, ?e co? widzi. W wyobra?ni budzi?y si? cienie kszta?tów i barw, ale takie niewyra?ne i pierzchliwe, ?e nic przypomnie? sobie nie mog?a…
W tej w?a?nie epoce matka po??czy?a si? ze swoj? przyjació?k? ? przenios?a si? do domu, w którym mieszka? pan Tomasz. Obie kobiety cieszy?y si? z nowego lokalu, ale dla niewidomej zmiana miejsca by?a prawdziwym nieszcz??ciem. Dziewczynka musia?a siedzie? w pokoju. Na strych i do piwnicy nie wolno by?o chodzi?. Nie s?ysza?a ptaków ani drzew, a na podwórzu panowa?a straszna cisza. Nigdy tu nie wst?powali handlarze starzyzny ani druciarze, ani ?mieciarki. Nie puszczano bab ?piewaj?cych pie?ni pobo?ne ani dziada, który gra? na klarnecie, ani kataryniarzy.
Jedyn? jej przyjemno?ci? by?o wpatrywanie si? w s?o?ce, które przecie nie zawsze jednakowo ?wieci?o i bardzo pr?dko kry?o si? za domami.
Dziewczynka znowu pocz??a t?skni?. Zmizernia?a w ci?gu kilku dni, a na jej twarzy ukaza? si? wyraz zniech?cenia i martwo?ci, który tak dziwi? pana Tomasza.
Nie mog?c widzie?, kaleka chcia?a przynajmniej s?ucha? wci?? najrozmaitszych odg?osów. A w domu by?o cicho…
- Biedne dziecko! - szepta? nieraz pan Tomasz przypatruj?c si? smutnemu male?stwu.
“Gdybym móg? dla niej co zrobi??” - my?la? widz?c, ?e dziecko jest coraz mizerniejsze i co dzie? niknie.
Zdarzy?o si? w tych czasach, ?e jeden z przyjació? mecenasa mia? proces i jak zwykle odda? mu do przejrzenia papiery z pro?b? o rad?. Wprawdzie pan Tomasz nie stawa? ju? w s?dach, ale jako do?wiadczony praktyk umia? wskaza? najw?a?ciwszy kierunek akcji i wybranemu przez siebie adwokatowi udziela? po?ytecznych obja?nie?.
Sprawa obecna by?a zawik?ana. Pan Tomasz im wi?cej wczytywa? si? w papiery, tym bardziej zapala? si?. W emerycie ockn?? si? adwokat. Nie wychodzi? ju? z mieszkania, nie sprawdza?, czy starto kurz w salonach, tylko zamkni?ty w swoim gabinecie, czyta? dokumenta i notowa?.
Wieczorem stary lokaj mecenasa przyszed? z codziennym raportem. Doniós?, ?e pani doktorowa wyjecha?a z dzie?mi na letnie mieszkanie, ?e zepsu? si? wodoci?g, ?e od?wierny, Kazimierz, zrobi? awantur? ze stójkowym i poszed? na tydzie? - do kozy. Zapyta? w ko?cu: czy pan mecenas nie zechce widzie? si? z nowo przyj?tym stró?em?…
Ale mecenas, pochylony nad papierami, pali? cygaro, puszcza? kó?ka dymu, a na wiernego s?ug? nawet nie spojrza?.
Na drugi dzie? pan Tomasz jeszcze siedzia? nad aktami; oko?o drugiej zjad? obiad i znowu siedzia?. Jego rumiana twarz i szpakowate faworyty na szafirowym tle pokojowego obicia przypomina?y “studia z natury”. Matka ociemnia?ej dziewczynki i jej wspólniczka robi?ca po?czochy na maszynie podziwia?y mecenasa i mówi?y, ?e wygl?da na czerstwego wdowca, który ma zwyczaj od rana do wieczora drzema? nad biurkiem.
Tymczasem -mecenas, cho? przymyka? oczy, nie drzema? wcale, tylko rozmy?la? nad spraw?.
Obywatel X w roku 1872 zapisa? swemu siostrze?cowi folwark, a w roku 1875 - synowcowi kamienic?. Synowiec twierdzi?, ?e obywatel X by? wariatem w roku 1872, a siostrzeniec dowodzi?, ?e X oszala? dopiero w roku 1875. Za? m?? rodzonej siostry nieboszczyka sk?ada? nie ulegaj?ce w?tpliwo?ci ?wiadectwa, ?e X i w roku 1872, i w 1875 dzia?a? jak ob??kany, a ca?y swój maj?tek jeszcze w roku 1869, czyli w epoce zupe?nej ?wiadomo?ci, zapisa? siostrze.
Pana Tomasza proszono o zbadanie, kiedy naprawd? X by? wariatem, a nast?pnie o pogodzenie trzech powa?nionych stron, z których ?adna nie chcia?a s?ucha? o ust?pstwach.
Gdy tak mecenas nurza? si? w powik?anych kombinacjach, zdarzy? si? dziwny, trudny do poj?cia wypadek.
Na podwórzu, pod samym oknem pana Tomasza odezwa?a si? -katarynka!…
Gdyby zmar?y X wsta? z grobu, odzyska? przytomno?? i wszed? do gabinetu, aby pomóc mecenasowi w rozwi?zywaniu trudnych zagadnie?, z pewno?ci? pan Tomasz nie dozna?by takiego uczucia jak teraz, gdy us?ysza? katarynk?!…
I ?eby to przynajmniej by?a katarynka w?oska, z przyjemnymi tonami fletowymi, dobrze zbudowana, graj?ca ?adne kawa?ki! Gdzie tam! jakby na wi?ksz? szykan? katarynka by?a popsuta, gra?a fa?szywie ordynaryjne walce i polki, a tak g?o?no, ?e szyby dr?a?y. Na domiar z?ego, tr?ba, od czasu do czasu odzywaj?ca si? w niej, rycza?a jak w?ciek?e zwierz?.
Wra?enie by?o pot??ne. Mecenas os?upia?. Nie wiedzia?, co my?le? i co pocz??. Chwilami gotów by? przypu?ci?, ?e przy odczytywaniu po?miertnych rozporz?dze? chorego na umy?le obywatela X jemu samemu pomiesza?o si? w g?owie i ?e uleg? halucynacjom.
Ale nie, to nie by?y halucynacje. To by?a rzeczywista katarynka, z popsutymi piszcza?kami i bardzo g?o?n? tr?b?!
W sercu mecenasa, tego wyrozumia?ego, tego ?agodnego cz?owieka, zbudzi?y si? dzikie instynkta. Uczu? ?al do natury, ?e go nie stworzy?a królem dahomejskim, który ma prawo zabija? swoich poddanych, i pomy?la?, z jak? rozkosz? po?o?y?by w tej chwili kataryniarza trupem!
A poniewa? u ludzi tego temperamentu, co pan Tomasz, bardzo ?atwo w gniewnym uniesieniu przechodzi si? od zuchwa?ych projektów do najstraszniejszych czynów, wi?c mecenas skoczy? jak tygrys do okna i postanowi? - zwymy?la? kataryniarza najgorszymi wyrazami.
Ju? wychyli? si? i otworzy? usta, aby krzykn??: “Ty… pró?niaku jaki?!…” - gdy wtem us?ysza? dzieci?cy g?os.
Spojrza? naprzeciwko.
Ma?a niewidoma dziewczynka ta?czy?a po pokoju klaszcz?c w r?ce. Blada jej twarz zarumieni?a si?, usta ?mia?y si?, a pomimo to z zastyg?ych oczu p?yn??y ?zy jak grad.
Ona, biedactwo, w tym domu spokojnym dawno ju? nie do?wiadczy?a tylu wra?e?! Jak pi?knym zjawiskiem wydawa?y si? jej fa?szywe tony katarynki! Jak wspania?ym by? ryk tr?by, która mecenasa ma?o nie przyprawi?a o apopleksj?.
Na dobitk?, kataryniarz widz?c uciech? dziecka zacz?? przytupywa? wielkim obcasem w bruk i od czasu do czasu pogwizdywa? niby lokomotywa przed spotkaniem si? poci?gów.
Bo?e! jak on ?licznie gwizda?…
Do gabinetu mecenasa wpad? wierny lokaj ci?gn?c za sob? stró?a i wo?aj?c:
- Ja mówi?em temu ga?ganowi, ja?nie panie, ?eby natychmiast wygna? kataryniarza! Mówi?em, ?e od ja?nie pana dostanie pensj?, ?e my mamy kontrakt… Ale ten cham! Tydzie? temu przyjecha? ze wsi i nie zna naszych obyczajów. No, teraz pos?uchaj - krzycza? lokaj targaj?c za rami? oszo?omionego stró?a - pos?uchaj, co ci sam ja?nie pan mecenas powie!
Kataryniarz gra? ju? trzeci? sztuczk? tak fa?szywie i wrzaskliwie jak dwie pierwsze.
Niewidoma dziewczynka by?a upojona.
Mecenas odwróci? si? do stró?a i rzek? ze zwyk?? sobie flegm?, cho? by? troch? blady:
- S?uchaj no, kochanku… A jak ci na imi??…
- Pawe?, ja?nie panie.
- Otó?, mój Pawle, b?d? ci p?aci? dziesi?? z?otych na miesi?c, ale wiesz za co?…
- Za to, a?eby? na podwórze nigdy nie puszcza? katarynek! -wtr?ci? spiesznie lokaj.
- Nie - rzek? pan Tomasz. - Za to, a?eby? przez jaki? czas co dzie? puszcza? katarynki. Rozumiesz?
- Co pan mówi?… - zawo?a? s?u??cy, którego nagle rozzuchwali? ten niepoj?ty rozkaz.
- A?eby, dopóki si? z nim nie rozmówi?, puszcza? co dzie? katarynki na podwórze - powtórzy? mecenas wsadzaj?c r?ce w kieszenie.
- Nie rozumiem pana!… - odezwa? si? s?u??cy z oznakami obra?aj?cego zdziwienia.
- G?upi?, mój kochany! - rzek? mu dobrotliwie pan Tomasz.
No, id?cie do roboty - doda?.
Lokaj i stró? wyszli, a mecenas spostrzeg?, ?e jego wierny s?uga co? towarzyszowi swemu szepcze do ucha i pokazuje palcem na czo?o…
Pan Tomasz u?miechn?? si? i jakby dla stwierdzenia ponurych domys?ów famulusa wyrzuci? katarynce dziesi?tk?.
Nast?pnie wzi?? kalendarz, wyszuka? w nim list? lekarzy i zapisa? na kartce adresy kilku okulistów. A ?e kataryniarz odwróci? si? teraz do jego okna i za jego dziesi?tk? pocz?? przytupywa? i wygwizdywa? jeszcze g?o?niej, co ju? okrutnie dra?ni?o mecenasa, wi?c zabrawszy kartk? z adresami doktorów wyszed? mrucz?c:
- Biedne dziecko!… Powinienem by? zaj?? si? nim od dawna...
![]()
kwiecień 24th, 2006 at 9:12 pm
very good!!