czwartek, styczeń 19th 2006


Sachem - Henryk Sienkiewicz
posted @ 12:40 am in [ Lektury i literatura szkolna - Nowele ]

SACHEM

W mie?cie Antylopie, po?o?onym nad rzek? tego? nazwiska, w stanie Teksas, spieszy? kto ?yw na przedstawienie cyrkowe. Zaj?cie mieszka?ców by?o tym wi?ksze, ?e od czasu za?o?enia miasta pierwszy raz zjecha? do niego cyrk tancerek, minstreli i linochodów. Miasto by?o niedawne. Pi?tna?cie lat temu nie tylko nie sta? tu ani jeden dom, ale w ca?ej bli?szej okolicy nie by?o bia?ych. Natomiast w wid?ach rzeki, na tym samym miejscu, na którym stoi Antylopa, wznosi?a si? osada indyjska zwana Chiavatta. By?a to stolica Czarnych W??ów, którzy w swoim czasie dali si? tak we znaki granicznym osadom niemieckim, Berlinowi, Grundenau i Harmonii, ?e osadnicy d?u?ej nie mogli wytrzyma?. Indianie bronili wprawdzie tylko swego “terytorium”, które rz?d stanowy Teksasu przyzna? im na wieczne czasy najuroczystszymi traktatami; ale có? to mog?o obchodzi? kolonistów z Berlina, Grundenau i Harmonii? Pewnym jest, ?e odbierali oni Czarnym W??om ziemi?, wod? i powietrze, ale natomiast wnosili cywilizacj?; czerwonoskórzy za? okazywali im wdzi?czno?? na swój sposób, to jest zdzieraj?c im skalpy z g?ów. Taki stan rzeczy nie móg? trwa?. Osadnicy wi?c z Berlina, Grundenau i Harmonii zebrali si? pewnej nocy ksi??ycowej w liczbie czterechset i wezwawszy na pomoc Meksykanów z La Ora, napadli na u?pion? Chiavatt?. Tryumf dobrej sprawy by? zupe?ny. Chiavatta zosta?a spalon?, a mieszka?cy bez ró?nicy wieku i p?ci w pie? wyci?ci. Ocala?y tylko ma?e oddzia?ki wojowników, które w tym. czasie wysz?y na ?owy. Z samego miasta nie ocali? si? nikt, g?ównie dlatego ?e miasto le?a?o’ w wid?ach rzeki, która, jak zwykle na wiosn?, rozlawszy otoczy?a osad? nieprzebyt? toni? wód. Ale to? samo widlaste po?o?enie, które zgubi?o Indian, podoba?o si? Niemcom. Z wide? ?le ucieka?, ale dobrze si? w nich broni?. Dzi?ki tej my?li zaraz z Berlina, Grundenau i Harmonii rozpocz??a si? emigracja do wide?, w których te? w mgnieniu oka, na miejscu dzikiej Chiavatty, powsta?a ucywilizowana Antylopa. W pi?? lat liczy?a ona dwa tysi?ce mieszka?ców.

Szóstego roku znaleziono z drugiej strony wide? kopalni? ?ywego srebra, którego eksploatacja podwoi?a liczb? mieszka?ców. W siódmym roku, z mocy prawa lynch powieszono na placu miejskim dziewi?tnastu ostatnich wojowników z pokolenia Czarnych W??ów, schwytanych w pobliskim Lesie Umar?ych - i odt?d nic nie sta?o na zawadzie rozwojowi Antylopy. W mie?cie wychodzi?y dwa “Tagblatty” i jedna “Montagsrevue”. Kolej ?elazna ??czy?a je z Rio del Norte i San Antonio; na Opuncia-Gasse wznosi?y si? trzy szko?y, z tych jedna wy?sza. Na placu, na którym powieszono ostatnich Czarnych W??ów, zbudowano zak?ad filantropijny; pastorowie w ko?cio?ach uczyli co niedziela mi?o?ci bli?niego, poszanowania cudzej w?asno?ci i innych cnót, potrzebnych ucywilizowanemu spo?ecze?stwu; pewien przejezdny prelegent mia? nawet raz na Kapitolu odczyt O prawach narodów.

Bogatsi mieszka?cy przeb?kiwali o potrzebie za?o?enia uniwersytetu, do czego i rz?d stanowy musia?by si? przyczyni?. Mieszka?com dobrze si? dzia?o. Handel ?ywym srebrem, pomara?czami, j?czmieniem i winem przynosi? im znakomite zyski. Byli uczciwi, rz?dni, pracowici, systematyczni, otyli. Kto by w pó?niejszych czasach odwiedzi? ju? kilkunastotysi?czn? Antylop?, ten by w bogatych kupcach miejscowych nie pozna? tych niemi?osiernych wojowników, którzy pi?tna?cie lat temu spalili Chiavatt?. Dzie? schodzi? im po sklepach, warsztatach, biurach; wieczory sp?dzali w piwiarni “Pod Z?otym S?o?cem” przy ulicy Grzechotników. S?uchaj?c tych g?osów troch? powolnych i gard?owych, tych: Mahlzeit! Mahlzeit!, tych flegmatycznych: Nun ja wissen Sie, Herr Muller, is des aber moglich?, tych d?wi?ków kufli, szumu piwa, tych plusków przelanej piany na pod?og?, widz?c ten spokój, powolno??, patrz?c na te filisterskie, zalane t?uszczem twarze, na te rybie oczy, mo?n? by mniema?, i? si? jest w jakiej piwiarni w Berlinie lub Monachium, nie za? na zgliszczach Chiavatty. Ale w mie?cie wszystko ju? by?o ganz gemutlich i o zgliszczach nikt nie my?la?. Tego wieczora ludno?? spieszy?a oto do cyrku, raz dlatego, ?e po twardej pracy rozrywka jest rzecz? równie godziw? jak przyjemn?, po wtóre, ?e mieszka?cy dumni byli z jego przyjazdu. Wiadomo, ?e cyrki nie zje?d?aj? do lada mie?ciny, przybycie wi?c trupy Hon. M. Deana stwierdza?o poniek?d wielko?? i znaczenie Antylopy. By?a jednak i trzecia, a mo?e najwa?niejsza przyczyna ogólnej ciekawo?ci.

Oto Nr 2 programu mówi?, co nast?puje: “Spacer na drucie zawieszonym na pi?tna?cie stóp nad ziemi? (z towarzyszeniem muzyki) wykona s?ynny gimnastyk Czerwony S?p, sachem (wódz) Czarnych W??ów, ostatni potomek królów pokolenia i ostatni z pokolenia: l) Spacer. 2) Skoki Antylopy. 3) Taniec i pie?? ?mierci.” Je?eli gdzie, to w Antylopie ten sachem móg? obudza? najwy?sze zaj?cie. Hon. M. Dean opowiada? “Pod Z?otym S?o?cem”, i? przed pi?tnastu laty, w przeje?dzie do Santa Fe, znalaz? na Planos de Tornado umieraj?cego starego Indianina z dziesi?cioletnim ch?opakiem. Stary umar? istotnie z ran i wycie?czenia, przed ?mierci? jednak opowiedzia?, i? m?ody ch?opiec by? synom zabitego “sachema” Czarnych W??ów i nast?pc? jego godno?ci.

Trupa przygarn??a sierot?, który z czasem sta? si? pierwszym jej akrobat?. Zreszt? Hon. M. Dean dopiero “Pod Z?otym S?o?cem” dowiedzia? si?, ?e Antylopa by?a niegdy? Chiavatt? - i ?e s?ynny linochód b?dzie si? popisywa? na grobach ojców. Wiadomo?? ta wprowadzi?a dyrektora w doskona?y humor, móg? bowiem teraz na pewno liczy? na great attraction, byle umia? tylko dobrze efekt wyzyska?. Rozumie si?, ?e filistry z Antylopy cisn?li si? do cyrku, aby importowanym z Niemiec ?onom i synom, którzy ani razu w ?yciu nie widzieli Indianina, pokaza? ostatniego z Czarnych W??ów i powiedzie?: “Patrzcie, oto takich w pie? wyr?n?li?my przed laty pi?tnastu.” Ach, Herr Jeh! - Mi?o jest us?ysze? taki wykrzyk podziwu zarówno z ust Amalchen, jak i ma?ego Fryca. W ca?ym te? mie?cie powtarzano bez ustanku: Sachem, sachem!

Dzieci od rana zagl?da?y przez szpary w deskach, z twarzami rozciekawionymi i przera?onymi zarazem, starsi za? ch?opcy, o?ywieni ju? bardziej wojowniczym duchem, wracaj?c ze szko?y maszerowali gro?nie, sami nie wiedz?c, dlaczego to robi?. Godzina ósma wieczór. Noc cudna, pogodna, gwia?dzista. Powiew zza miasta przynosi zapachy gajów pomara?czowych, które w mie?cie mieszaj? si? z zapachem s?odu. W cyrku bije ?una ?wiat?a. Ogromne smolne pochodnie, zatkni?te przed g?ówn? bram?, pal? si? i kopc?. Powiew chwieje pióropuszami dymu i jaskrawego p?omienia, który o?wieca ciemne kontury budowli. Jest to ?wie?o wzniesiona szopa drewniana, okr?g?a, ze ?piczastym dachem i z gwia?dzist? ameryka?sk? chor?gwi? na szczycie. Przed bram? t?umy, które nie mog?y si? dosta? lub nie mia?y za co kupi? biletów, przypatruj? si? wozom trupy, a g?ównie p?óciennej zas?onie wielkich drzwi wchodowych, na których wymalowana jest bitwa bia?ych z czerwonoskórymi. W chwilach, w których zas?ona si? uchyla, wida? o?wiecone wn?trze bufetu z setkami kufli szklanych na stole. Ale oto ?ci?gaj? zas?on? na dobre, i t?um wchodzi. Puste przej?cia mi?dzy ?awkami poczynaj? t?tni? krokami ludzkimi, i wkrótce ciemna, ruchliwa masa pokrywa wszystkie przej?cia od góry do do?u. W cyrku widno jak w dzie?, bo chocia? nie zdo?ano przeprowadzi? do niego rur gazowych, to natomiast olbrzymi ?yrandol, z?o?ony z pi??dziesi?ciu lamp naftowych, oblewa aren? i widzów potokami ?wiat?a. W tych blaskach wida? opas?e, przechylone w ty? dla folgi podbródkom g?owy piwoszów, m?ode twarze kobiece i ?liczne, zdziwione buzie dziecinne, których oczy niemal nie wychodz? na wierzch z ciekawo?ci. Zreszt? wszyscy widzowie maj? miny ciekawe, zadowolone i g?upie, jak zwykle publiczno?? cyrkowa. W?ród szmeru rozmów, przerywanych okrzykami: Frisch Wasser! frisch Bier! - wszyscy z niecierpliwo?ci? oczekuj? zacz?cia. Na koniec dzwonek si? odzywa, ukazuje si? sze?ciu masztalerzy w palonych butach i staje w dwóch szeregach przy wej?ciu z areny do stajen. Przez te szeregi wpada rozhukany ko? bez uzdy i siod?a, a na nim jakby ob?ok mu?linu, wst??ek i tiulu. Jest to tancerka Lina. Rozpoczynaj? si? harce przy odg?osie muzyki. Lina jest tak pi?kna, ?e m?oda Mathilde, córka piwowara z Opuncia-Gasse, zaniepokojona jej widokiem, pochyla si? do ucha m?odego grocernika Flossa z tej?e ulicy i pyta z cicha: czy j? kocha jeszcze? Tymczasem ko? galopuje i oddycha jak lokomotywa, bicze klaskaj?, b?azny, których kilku wpad?o za tancerk?, wrzeszcz? i bij? si? po twarzach, tancerka miga jak b?yskawica; brawa si? sypi?. Co za przepyszne Przedstawienie! Ale Nr l mija pr?dko. Nadchodzi Nr 2.

Wyraz: sachem! sachem! przebiega z ust do ust mi?dzy widzami. Na b?aznów, bij?cych si? ci?gle po twarzach, nikt ju? nie zwa?a. W?ród ich ma?pich ruchów masztalerze wnosz? wysokie na kilkana?cie stóp drewniane koz?y i stawiaj? po dwóch stronach areny. Muzyka przestaje gra? Yankee Doodle, a gra pos?pn? ari? Komandora z Don Juana, zaci?gaj? drut mi?dzy koz?ami. Nagle snop czerwonego bengalskiego ?wiat?a pada od strony wej?cia i oblewa krwawym blaskiem ca?? aren?. W tym to blasku uka?e si? straszliwy sachem, ostatni z Czarnych W??ów. Ale có? to?… Wchodzi nie sachem, jeno sam dyrektor trupy, Hon. M. Dean. K?ania si? publiczno?ci i zabiera g?os. Ma on zaszczyt prosi? “?askawych i szanownych gentlemanów oraz pi?kne i niemniej szanowne ladies o nadzwyczaj spokojne zachowywanie si?, niedawanie brawa i zupe?n? cisz?, albowiem wódz jest nadzwyczaj rozdra?niony i dzikszy ni? zwykle”. S?owa te sprawiaj? niema?e wra?enie - i dziwna rzecz, ci sami honoratiores Antylopy, którzy przed pi?tnastu laty wyci?li Chiavatt?, doznaj? teraz jakiego? nader niemi?ego uczucia. Przed chwil?, gdy pi?kna Lina wykonywa?a swe skoki na koniu, cieszyli si?, ?e siedz? tak blisko, tu? ko?o parapetu, sk?d tak dobrze mo?na wszystko widzie?, a teraz spogl?daj? z pewnym ut?sknieniem na górne sfery cyrkowe i wbrew prawom fizyki znajduj?, ?e im ni?ej, tym duszniej.

Ale ten sachem czy?by jeszcze pami?ta?? Przecie? wychowa? si? od m?odych lat w trupie Hon. M. Deana, z?o?onej przewa?nie z Niemców. Czy?by jeszcze nie zapomnia?? Wydawa?o si? to nieprawdopodobnym. Otoczenie i pi?tna?cie lat zawodu cyrkowego, pokazywania sztuk, zbierania oklasków musia?y wywrze? swój wp?yw.

Chiavatta, Chiavatta! A to? oni, Niemcy, tak?e s? nie na swojej ziemi, daleko od ojczyzny, i nie my?l? o niej wi?cej ni? na to business pozwala. Przede” wszystkim trzeba je?? i pi?. O tej prawdzie musi pami?ta? tak dobrze ka?dy filister, jak i ostatni z Czarnych W??ów.

Rozmy?lania te przerywa nagle jaki? dziki ?wist w stajniach - i na arenie ukazuje si? oczekiwany niespokojnie sachem. S?ycha? krótki pomruk ci?by: “To on! to on!” - i potem cisza. Syczy tylko bengalski ogie?, który przy wej?ciu pal? ci?gle. Wszystkie spojrzenia kieruj? si? na posta? wodza, który oto ma wyst?pi? w cyrku na grobach ojców. Indianin zas?uguje rzeczywi?cie, by na? patrzono. Wydaje si? dumny jak król. P?aszcz z bia?ych gronostajów - oznaka wodza - pokrywa jego wynios?? posta? i tak dzik?, ?e przypomina ?le oswojonego jaguara. Twarz ma jakby wykut? z miedzi, podobn? do g?owy or?a, a w tej twarzy ?wiec? zimnym blaskiem oczy prawdziwie indyjskie, spokojne, niby oboj?tne - a z?owrogie. Wodzi on nimi po zgromadzeniu, jakby chcia? sobie upatrzy? ofiar?. Bo zreszt? uzbrojony jest od stóp do g?ów. Na g?owie jego chwiej? si? pióra, za pasem ma topór i nó? do skalpowania, w r?ku tylko zamiast ?uku trzyma d?ugi dr?g, który s?u?y do chwytania równowagi podczas chodzenia po drucie. Zatrzymawszy si? na ?rodku sceny, nagle wydaje okrzyk wojenny. Herr Gott! to okrzyk Czarnych W??ów. Ci, którzy wycinali Chiavatt?, pami?taj? dobrze to straszne wycie - i co dziwniejsza, ci, którzy przed pi?tnastu laty nie ul?kli si? tysi?ca tak wyj?cych wojowników, poc? si? teraz przed jednym. Ale oto dyrektor zbli?a si? do wodza i mówi do niego, jakby chcia? go u?agodzi? i uspokoi?. Dziki zwierz uczu? munsztuk - namowa skutkuje, bo po chwili sachem ko?ysze si? ju? na drucie. Zapatrzony w ?yrandol naftowy, post?puje naprzód. Drut ugina si? silnie; chwilami nie wida? go wcale, a wtedy Indianin zdaje si? wisie? w powietrzu. Idzie jakby pod gór?; jeszcze post?puje naprzód, cofa si? i znów idzie chwytaj?c równowag?. Wyci?gni?te jego r?ce, pokryte p?aszczem, wygl?daj? jak olbrzymie skrzyd?a. Chwieje si?!… pada! - nie! Krótkie, urwane brawo zrywa si? jak wicher i milknie. Twarz wodza staje si? coraz gro?niejsza. W jego wzroku utkwionym w lampy naftowe b?yszczy jakie? straszne ?wiat?o. W cyrku niepokój, ale ciszy nikt nie przerywa. Tymczasem sachem zbli?a si? do drugiego ko?ca drutu - staje - i niespodzianie z ust jego wyrywa si? pie?? wojenna.

Szczególna rzecz! Wódz ?piewa po niemiecku. Ale ?atwo to zrozumie?. Pewno zapomnia? j?zyka Czarnych W??ów. Zreszt? nikt na to nie zwa?a. Wszyscy s?uchaj? pie?ni, która wzmaga si? i pot??nieje. Jest to pó? ?piew, pó? jakie? wo?anie niezmiernie ?a?obne, dzikie i chrapliwe, pe?ne drapie?nych akcentów.

S?ycha? s?owa nast?puj?ce: “Po wielkich deszczach, co rok pi?ciuset wojowników wychodzi?o z Chiavatty na ?cie?ki wojny lub na wielkie ?owy wiosenne. Gdy wracali z wojny, zdobi?y ich skalpy; gdy wracali z ?owów, przywozili mi?so i skóry bawole, a ?ony wita?y ich z rado?ci? i ta?czy?y na cze?? Wielkiego Ducha.

Chiavatta by?a szcz??liwa! Niewiasty pracowa?y w wigwamach, dzieci wyrasta?y na pi?kne dziewcz?ta i dzielnych wojowników. Wojownicy umierali na polu s?awy i szli polowa? z duchami ojców do Srebrnych Gór. Topory ich nie broczy?y si? nigdy w krwi niewiast i dzieci, bo wojownicy Chiavatty byli szlachetnymi m??ami. Chiavatta by?a pot??n?. A? przysz?y blade twarze zza mórz dalekich i wrzuci?y ogie? do Chiavatty. Bladzi wojownicy nie pokonali Czarnych W??ów w boju, ale zakradli si? noc? jak szakale i no?e ich zbroczy?y si? w piersiach u?pionych m??ów, niewiast i dzieci.

I oto nie ma Chiavatty, bo na ich miejsce biali wznie?li swoje kamienne wigwamy. Wymordowane pokolenie i zniszczona Chiavatta wo?aj? o zemst?.”

G?os wodza sta? si? chrapliwy. Teraz, ko?ysz?c si? na

tym drucie, wydawa? si? jak jaki? czerwony archanio? zemsty, unosz?cy si? nad g?owami ci?by ludzkiej. Sam dyrektor widocznie by? zaniepokojony. W cyrku zrobi?a si? ?miertelna cisza. Wódz wy? dalej:

“Z ca?ego pokolenia zosta?o jedno dziecko. By?o ono ma?e i s?abe, ale przysi?g?o duchowi ziemi, ?e si? zem?ci. ?e ujrzy trupy bia?ych m??ów, niewiast, dzieci - po?og?, krew….” Ostatnie s?owa zmieni?y si? w ryk w?ciek?o?ci. Po cyrku pocz??y si? zrywa? szmery podobne do nag?ych powiewów wichru. Tysi?ce pyta? bez odpowiedzi cisn??o si? do g?ów. Co zrobi ten w?ciek?y tygrys? co zapowiada? jak dokona zemsty? - on? - sam jeden? - zosta? czy ucieka?? czy si? broni? - i jak? - Was ist das? was ist das? - rozleg?y si? wystraszone g?osy kobiece.

Nagle nieludzkie wycie wyrwa?o si? z piersi wodza, zako?ysa? si? silniej, wskoczy? na drewniany kozie?, stoj?cy pod ?yrandolem, i wzniós? dr?g. Straszna my?l przelecia?a jak b?yskawica przez g?owy: rozbije ?wiecznik i zaleje cyrk potokami p?on?cej nafty. Z piersi widzów wyrwa? si? jeden okrzyk. Ale có? to? Z areny wo?aj?: stój! stój…. Wodza nie ma! zeskoczy?, znik? w wyj?ciu. Nie spali? cyrku? Gdzie? si? podzia?? Oto wychodzi, wychodzi znowu, zziajany, zm?czony, straszny. W r?ku niesie blaszan? misk? i wyci?gaj?c j? ku widzom, mówi b?agalnym g?osem: Was gefallig fur den letzten der Schwarzen Schlangen!… Kamie? spada z piersi widzów. Wi?c to wszystko by?o w programie, wi?c to by?a sztuka dyrektora? efekt? Sypi? si? pó?dolary i dolary. Jak?e odmówi? ostatniemu z Czarnych W??ów - w Antylopie, na zgliszczach Chiavatty! Ludzie maj? serce.

Po przedstawieniu sachem pi? piwo i jad? knedle “Pod Z?otym S?o?cem”. Otoczenie wp?yw widocznie wywar?o. Zyska? wielk? popularno?? w Antylopie, zw?aszcza u kobiet. Robiono nawet plotki…


Leave a Reply