Friday, January 20th 2006


Gloria Victis – Eliza Orzeszkowa
posted @ 1:13 pm in [ Lektury i literatura szkolna - Opowiadania ]

Gloria Victis

Lecia? wiatr ?wiatem, ciekawy, niespokojny, s?ucha? gwarze?, opowiada? wód, zbó?, kwiatów polnych, drzew przydro?nych i – szumia?. Szumia? o wszystkim, co widzia?, co s?ysza? na szerokim, wielkim, na przedziwnym ?wiecie, i lecia?, a? przylecia? do krainy w wody, trawy i drzewa bogatej, która nazywa si? Polesie litewskie.
Hej, przestworza wolne, przestworza roz?o?yste wiatrowi pr?dkiemu, na równinach, co skraje niebios doko?a podpieraj?, bez przeszkód, bez zas?on. Nie uderzy si? tu wiatr pr?dki o ?adn? gór? ani o ?aden pagórek, nie powstrzyma lotu jego ?adne wysokie miasto i chyba tylko las przed nim stanie z obliczem ciemnym i nad ??kami bezkresnymi, nad rozlanymi po nich wodami zaszepcze s?owo: tajemnica!
Ale dla wiatru las tajemnic nie ma. S? to dwaj przyjaciele. Przenika wiatr le?ne g?stwiny od skraju do skraju i one mu wszystko, co widzia?y, s?ysza?y, opowiadaj?. Przenikaj? si? wzajemnie i w noce gwie?dziste, w d?onie od ?niegu bia?e, w wieczory jesienne od chmur pos?pne, od deszczu szemrz?ce wiod? ze sob? d?ugie przyjació? rozmowy.
Lecia? tedy wiatr nad Polesiem, gdy letnie s?o?ce mia?o si? ku zachodowi i w blasku jego smó?ki na ??kach sta?y zarumienione jak zorze, a wody obleka?y si? w barwy t?czowe. Na wodach w szyby wieloramienne, w strugi leniwe rozlanych, ja?nia?y fiolek, purpura i z?oto, a nad nimi w powietrzu rozpo?ciera?a si? cisza b??kitna, g??boka.
Wiatr ciszy nie m?ci?, albowiem nie by? z wiatrów takich, co grzmi? i hucz?, wstrz?saj? i obalaj?, ale z takich, co kochaj? ?wiat. Lata? po ?wiecie, a?eby zbiera? jego prawdy i ba?nie, minione dzieje, wyronione j?ki, echa staczanych walk, a?eby zbiera? py?ki jego nadziei, ?u?le jego ?alów, tony jego pie?ni i nie?? je w przestrze?, w dal, w czas, w pami?ci, w serca…
Przelecia? wiatr pr?dki nad lakami rozleg?ymi, ?agodn? pieszczot? muskaj?c w locie rumiane smó?ki i czerwone szczawie, ?agodn? swawol? w drobne fale marszcz?c t?czowe wód powierzchnie, a? rozwin??a si? przed nim wst?ga wody wcale ni? tamte innej, cicho stoj?cej w korycie r?koma ludzkimi wy??obionym.
Wiedzia? wiatr, co to za woda i jak si? nazywa. Przed po?ow? stulecia tu by? i wiedzia?, ?e jest to Kana? Królewski. Hej, hej, ten pasek wody bladob??kitnej, sennej, jaka? mu to przeszkoda!
Zanim motyl zdo?a? wzbi? si? z przybrze?nej trawy na szczyt situ, u którego zwin?? do snu poz?acane skrzyd?a, wiatr przelecia? nad Królewskim Kana?em i oko w oko spotka? si? z roztoczonym jak wzrokiem si?gn??, wysokopiennym, cienistym, przezroczystym lasem. Odk?d tu by?, pó? stulecia up?yn??o, jednak pozna? przyjaciela.
- Jak si? masz? – zadmucha? weso?o.
Las w odpowied? zaszumia?:
- Witaj, mi?y latawcze!
I wlecia? wiatr do lasu uradowany, zwinny, przelatywa? w?ród ?wierków, brzóz, olch, d?bów, ramionami owijaj?c pnie starych przyjació? i skrzyd?ami na ich konarach sk?adaj?c poca?unki przywitalne.
- Jak si? macie? – szemra? i szepta?. – Co?cie przez czas ten widzia?y, s?ysza?y? Co si? tu u was, doko?a was, dzia?o, stawa?o?
A stare ?wierki, d?by, brzozy roz?o?yste, ramionami powiewaj?c, odpowiada?y:
- Dzia?y si? tu i stawa?y rzeczy dziwne, rzeczy g?o?ne, dzwoni?ce, p?acz?ce, rozlegaj?ce si? krzykami, j?kami…
- Co, co, co si? dzia?o? Jakie, jakie, jakie rzeczy? – z szybko?ci? niezmiern? szumia?, pyta? wiatr, gdy? po to tylko istnia?, aby dzieje ziemskie zbiera? i po ziemi je roznosi? albo nawet niekiedy pod samo niebo wznosi? i niebu pokazywa?.

Po lesie b??ka?y si? ?wiat?a zachodz?cego s?o?ca, w szerokie, z?ote pasy ubieraj?c pnie drzew starych, na mchach i paprociach migocz?c mnóstwem iskier, w rozkwit?ych ró?ach dzikich zapalaj?c rubinowe serca.
Ró? dzikich, traw, paproci pe?n? by?a polana bardzo rozleg?a, wynios?ymi drzewami zewsz?d otoczona, na któr? wiatr wlecia? i wnet po niej uwija? si? pocz??, z szybko?ci? nadzwyczajn?, wznosz?c si? i opadaj?c, biadaj?c, szukaj?c, na ró?ne tony szumi?c:
- Co si? tu dzia?o? Co si? tu, na tej polanie dzia?o? Co? osobliwego, co? niecodziennego dzia? si? tu musia?o: Czuj? krew! O! d?ugo, przed?ugo ziemia wydaje z siebie wo? krwi swych dzieci, ludzi! S?ysz? j?ki! O, d?ugo, przed?ugo powietrze trzyma pod obliczem nieba j?ki dzieci jego, ludzi! Tu by? bój jaki? i tu by?y zgony! Tu by?y rany, t?tenty koni, krzyki. Mówcie, drzewa kochane, opowiadajcie, mówcie!
Drzewa milcza?y, tylko po ich ga??ziach przebieg? dreszcz lekki, krótki, jakby z zimna nag?ego powsta?y, co dziwnym by?o w ten ciep?y dzie? letni.
A w?a?nie w tej chwili wiatr z gwa?towno?ci? u niego niezwyk??, z szumem nami?tnym zapytywa? pocz??:
- A to? co? A to co jest takiego? Tego natura nie uczyni?a! To uczyni?y r?ce ludzkie! Tu nigdzie natura pagórków nie usypywa?a! Ten usypany jest przez ludzi! Kto? po co? dlaczego? A ten?e krzy?yk na pagórku, w?ród liliowych dzwonków, Bo?e, jak ma?y, prosty, biedny! – co znaczy? Mówcie, drzewa, o mówcie, b?agam!
Wtedy d?b, wynios?y i silny, któremu k?pa zwisaj?cych w dó? ga??zi czyni?a brod? d?ug?, brzoza wysmuk?a i ca?a w d?ugich, ku ziemi opadaj?cych warkoczach, ?wierk wyprostowany, w he?mie z iglic? strzelist? na szczycie, odpowiedzieli chórem przyciszonym szumów:
- To jest mogi?a!
- Taka wielka, taka wielka, taka wielka mogi?a! – zadziwi? si? wiatr.
Brzoza westchn??a:
- A krzy?yk tak ma?y!
A d?b zagada?:
- ?pi w niej wiele serc m??nych, spalonych na o?tarzu…
- Wiele serc, a krzy?yk jeden – zadziwi? si? znowu wiatr.
A brzoza znowu westchn??a:
- I taki ma?y, biedny!
Wyprostowany ?wierk potrz?sn?? he?mem zdobnym w strzelist? iglic? i przemówi?:
- Jam najwy?szy w tym lesie, najdalej widz?, wiem: s? na ziemi bohaterzy wie?czeni i niewie?czeni, maj?cy pomniki i ich nie maj?cy.
Nabo?nie wiatr wyszepta? pytanie:
- Jest?e to mogi?a bohaterów?
- Bezimiennych – odpowiedzia? ?wierk.
A dzwonki liliowe, g?sto doko?a krzy?yka rosn?ce, cicho zadzwoni?y:
- Pomar?ych m?odo, m?odo…
- I w m?kach – szepta?a ró?a u szczytu pagórka rosn?ca, przy czym od rubinowego serca swego oderwa?a p?atek jeden i na pagórek go rzuci?a.
Upad? p?atek, do motyla podobny, na trawy wysokie, a ró?a westchn??a:
- Ja jedna kwiaty na t? mogi?? rzucam. Co lato, od pó?stulecia prawie, rzucam na ni? wonne p?atki moje, Ja jedna!
Tu znowu odezwa?y si? dzwonki liliowe:
- A my dzwonimy pacierz ?a?obny. Co lato, od pó?stulecia prawie, wydzwaniamy nad t? mogi?? pacierz ?a?obny… my jedne!
Wtedy wiatr pr?dki po?o?y? si? na pagórku mogilnym, znieruchomia?. Ludzie widzie? by go nie mogli, lecz drzewa, trawy, kwiaty widzia?y.
Cia?o jego przezroczyste, powiewne, z kryszta?u i szronu utkane wyd?u?y?o si? na pagórku w skr?tach w??owych i tysi?cem z?otych odbi? za?wieci?y w nim blaski zachodz?cego s?o?ca. ?wieci?y i migota?y b?yszcz?ce odbicia te w skrzyd?ach jego ogromnych, które jak fale p?ynnego kryszta?u opad?y na trawy polany, we w?osach jego, które jak paj?cza tka? ze szronu rozpostar?y si? nad polan?, w ramionach jego, które jak kryszta?owe kolumny wznosi?y si? ku drzewom, gdy w powietrzu p?yn??o szemranie b?agalne, ciche.
- Mówcie, o, starzy wiatru pr?dkiego przyjaciele! Wy, co przez wieki mieszkacie w ?wi?tyni dumania i czo?ami niebotycznymi podpieracie stropy samotni niesko?czonych, zamy?leni ?wiadkowie dziejów ziemi, tysi?custni a milcz?cy stró?e mogli le?nych, bezimiennych, zapomnianych, nieuczczonych, wy?piewajcie mi o tej mogile strof? ?ycia i strof? ?mierci, abym móg? unie?? j? pod niebo i pokaza? niebu, a potem nie?? nad ziemi? w przestrze?, w dal, w czas, w pami?cie, w serca…
Ostatni r?bek tarczy s?onecznej za skraj ziemi zasun?? si? i znikn??. Natomiast zorza wieczorna w purpurze i p?omieniach podnios?a si? za lasem i las nape?ni?a ?wiat?ami po?ogi. W powietrzu, pomi?dzy li??mi drzew, na krzakach i trawach rozsypa?y si? okruchy ?wietlnej ?uny niebieskiej, maj?ce czerwono?? i ognisto?? p?on?cych kropel krwi.
Stary, pot??ny d?b, pa?aj?cymi kroplami krwi na ga??zistej brodzie ?wiec?c, rozwar? szerokie ramiona, powia? nimi w powietrzu i tak szumie? zacz??:

*

- Przyszli tu w kilkuset ludzi i roz?o?yli si? obozem gwarnym, t?umnym, pstrym od odzie?y rozmaitej, pob?yskuj?cym or??em rozmaitym.
Jedn? tylko cz??? odzie?y mieli jednostajn?: czapki czworok?tne barwy amarantusów albo polnych chabrów i jedn? cech? wspóln? wszystkim:, m?odo??. Samo lato ?ycia, lato gor?ce, kwitn?ce patrza?o z ich twarzy, jeszcze znojem trudów i walk nie dotkni?tych, ja?nia?o w oczach po brzegi pe?nych zapa?u i nadziei. Roz?o?yli si? obozem, zbudowali ze splecionych ga??zi namiotów kilka: dla wodza, dla co lepszych koni, dla przysz?ych rannych; u rozpalonego ogniska zgotowali sobie posi?ek wieczorny i gdy roboty by?y ju? sko?czone, a na niebo nad lasem wzesz?y gwiazdy, wzbili ku niebu i ku gwiazdom chór silnych g?osów ?piewaj?cych hymn skargi, ufno?ci i pro?by. Hymnu tego my, drzewa, s?ucha?y?my zdumione, wtóruj?c mu szeptem ciekawo?ci pe?nym: “Co to b?dzie, co to b?dzie?”
Wodzem ich by? cz?owiek ?wi?tego imienia, które brzmia?o: Romuald Traugutt. Pytasz, dlaczego ?wi?tym jest to imi?? Albowiem wed?ug przykazania Pana opu?ci? on ?on? i dzieci, dostatki i spokój, wszystko, co pie?ci, wszystko, co raduje i jest ?ycia pon?t?, czarem, skarbem, szcz??ciem, a wzi?wszy na ramiona krzy? narodu swego poszed? za id?cym ziemi? t? s?upem ognistym i w nim zgorza?. Nie tutaj zgorza?. Nie w tej mogile ?pi. K?dy? daleko. Ale wówczas na czele hufca tego na t? polan? przyszed? i patrza?y?my na niego my, drzewa.
Po razy wiele w czasach dalekich spod g?azu niewoli, który t? ziemi? t?oczy?, wzbija? si? by? s?up ognisty ku obiecanej krainie wolno?ci wiod?cy i gromady ludzi za nim sz?y. Wzbi? si? i teraz, gromady ludzi za nim posz?y, ta by?a jedn? z nich, a on jej przywodzi?. Widzia?y?my jego czarnow?os? g?ow? z oczyma my?liciela i u?miechem dziecka. Oczy mia? m?dre, smutne – podobno bratem bli?niaczym m?dro?ci bywa u ludzi smutek – a u?miech ?wie?y, per?owy, z kropl? s?odyczy dzieci?cej albo niewie?ciej. Przez czo?o ?niade palec tragicznych przeznacze? wcze?nie przeci?gn?? mu zmarszczk? surow?, niekiedy a? gro?n?.
I g?os jego s?ysza?y?my z brzmieniem jak stal dzwoni?cym, rozkazuj?cym, niekiedy a? gro?nym. Tak grzmie? musia? w w?wozie termopilskim g?os Leonidasa.
Sk?d wiemy o Leonidasie? Pra-pra-ojcom naszym opowiada?y o nim pra-pra-ojce wiatrów pr?dkich i nikt nie zgadnie, k?dy, jak, kiedy o rzeczach wielkich i o rzeczach wiecznych rozpowiadaj? wiatry drzewom, drzewa chmurom, chmury gwiazdom, gwiazdy duchom, a ba?nie i pie?ni, wie?ci i powie?ci p?yn? jak ?wiat szeroko i jak wieczno?? d?ugo…
Czy Leonidas wiedzia?, ?e gdy w?wóz termopilski trupami hufca swojego zasypia, stopa niewoli ziemi greckiej nie dosi??e! Je?eli wiedzia?, b?ogo mu by?o u?cie?a? t? krwaw? zapor? i jako piecz?? sk?ada? na niej siebie!
Ten nie wiedzia?. W or??nych sprawach ludzkich bieg?ym by?, bieg?o?? ta w dalekowidztwo wzrok mu zaostrza?a, spostrzega? wy?aniaj?c? si? zza dnia ofiar i boju potworn? czarn? noc. Jednak szed? i prowadzi?, bo tak? by?a moc s?upa ognistego, który wówczas nad ziemi? wzbi? si?, tak? t?sknota za obiecan? krain? wolno?ci i takim by? krzy? narodu jego, ci??ki, niezno?ny…
Ale nie o nim teraz opowiada? b?d?. O nim potem, d?ugo. D?ug? by? winna powie?? o m??u wielkim, który po sobie zostawi? imi? g?o?ne.
Teraz o jednym z bezimiennych, z najmniejszych, z najm?odszych, o tym, nad którego g?ow? niemal ch?opi?c? r?ka niewie?cia ten ma?y krzy?yk zasadzi?a.
Pi?kny maj by? na ?wiecie, kiedy tu przyszli. Konwalie kwit?y obficie jak nigdy, niedaleko st?d nad b??kitn? strug? w kalinowych krzakach ?piewa? s?owik. Zielono by?o na tej polanie od m?odych traw i paproci, kwiecisto od konwalij i ró? dzikich, wonno, z?oto i ciep?o od wiosny. Gdy oni przyszli, uczyni?o si? na niej szumnie, dumnie i weso?o. Tak, tak, weso?o.
Nie niewolnicy to byli na arkanie przemocy do boju ci?gni?ci, lecz dobrowolni ofiarnicy wysokich o?tarzy. Ze ?wiat?em idei w g?owach, z ogniem mi?o?ci, w sercach, g?owy i serca nie?li wysoko. Byli silni, ?mieli, gwarni i czy uwierzysz, wietrze pr?dki? – byli szcz??liwi. Zapewne uwierzysz, bo wiedzie? o tym musisz, ?e na. Gwie?dzie, która nazywa si? Ziemi?, dusze ludzkie i szcz??cia ludzkie istniej? w mnóstwie odmian i ?e jak motyl na kwiat wybrany dusza ludzka zlatuje zazwyczaj na t? odmian? szcz??cia, która najwi?cej do niej samej jest podobn?. Ich dusz? przyci?gn??o ku sobie to szcz??cie, co rozkwita na wysokich górach i ma kielich purpurowy, a koron? uplecion? z cierni. Nie tylko przyszli, lecz tak?e i przyjechali. Grzmia?a ziemia od biegu osiod?anych koni i powietrze iskrzy?o si? od b?ysków obna?onych szabel, ilekro? stalowy g?os wodza zawo?a?:
- Jazda!
Na czele jazdy wybór wodza postawi? m?odzie?ca o postawie wynios?ej i czarnym, iskrz?cym si? oku. M?ody Herkules z kszta?tów, Scypio rzymski z rysów. Rodzinny dom jego sta? niezbyt st?d daleko od podstaw do szczytu opleciony bluszczem, otoczony g?stwin? drzew odwiecznych, roz?ogiem pól ?yznych. Spod zielonych bluszczów wyszed?, tutaj przyby? i z pos?usze?stwem dziecka, z po?piechem kochanka bieg? na swym strojnym, ognistym arabie, ilekro? rozleg? si? g?os wodza wo?aj?cy:
- Jagmin!
Wtedy czapka kwadratowa krwawi?a si? mu nad czarnymi jak noc w?osami, d?o? le?a?a na g?owni szabli, a za silnymi ramiony lecia? poszum niewidzialnych skrzyde?… owych dawnych.
Ale ten mój, ten mój ma?y… (ma?ym Tar?owskim nazywano go w obozie) ani tak silny by?, ani tak urodziwy, ani nawet tak bogaty, aby na drogocennym, strojnie przybranym biegunie tu przyby?. Dlatego w?a?nie ulubie?cem moim sta? si?, ?e by? w?t?y, drobny, na twarzy ró?owy i bia?y, a oczy mia? jak u dziewczyny, ?agodne, nie?mia?e, czyste i tak b??kitne, jak te niezapominajki, które tu czasem u stóp moich rosn?. Przebrana dziewczyna czy ledwie doros?e ch?opie! Wcale te? niedawno min??o mu lat dwadzie?cia. Jednak mo?e i dlatego jeszcze ulubie?cem moim rych?o sta? si?, ?e we mnie ciekawo?? obudza?.
Dziwne w wieku tak m?odym przepastne zadumy osiad?y mu niekiedy w oczach dziewiczych, ?agodnych, o po twarzy ró?owej i bia?ej przep?ywa?y takie ?uny gor?ce, jakby tam w nim, we wn?trzu tej jego w?t?ej, ch?opi?cej postaci co? p?on??o, gorza?o.
I przedtem zreszt?, zanim tu przyby?, ju? go lubi?em. Mówi?y o nim pomi?dzy sob? te trawy rozczochrane, które wiecznie pochylaj? si? ku sobie i o czym? mówi? jedne drugim musz?. Mówi?y o nim rzeczy mile, ?adne. W ciche wieczory szeptów ich s?ucha?em.
Urodzi? si? nie w tych stronach, k?dy? daleko, a w te strony przywia? go ów pr?d górny, który wówczas ?wiatem p?yn?? i ludzi wysokich rzuca? w ramiona i pod stopy maluczkich. On, ten ma?y, wysokim by? wiedz? i my?l?. Szybko podbija? musia? ich krain?, skoro tak wcze?nie sta? si? jednym z jej mieszka?ców. By? m?odym uczonym, takim, co si? u ludzi nazywa naturalist?. Móg?by by? na szerokim ?wiecie wst?powa? na drogi wysokie. Wst?pi? na niziutk?. Przyby? w te strony, aby sw? my?l i wiedz? rozdawa? maluczkim. Dlaczego w te strony w?a?nie? Nie wiem. Ale to rzecz pomniejsza. Przeznaczenie welonem tajemnicy os?oni?te trzyma w d?oni ko?czan z tysi?cem trafów, którymi uderza w ludzi i rzuca nimi jak pi?kami po ?wiecie przestrzeni i po ?wiecie zdarze?.
Przyjecha? by? do pobliskiego st?d miasteczka i uwi? tam sobie gniazdo niedu?e, codziennie nape?niaj?ce si? szczebiotaniem piskl?t ludzkich. Nie przyjecha? sam jeden. Przywióz? ze sob? dziewczyn?, siostr? m?odsz?, w sposób bajeczny, prawie a? zabawny do niego podobn?. Ta sama drobno?? wzrostów, w?t?o?? kszta?tów, te same rysy cery i na rysach rozlane wyrazy. I kochali? si?, kochali! Podobno odumarli im wszyscy bliscy i byli na ?wiecie tylko we dwoje. Samotno?? serc sierocych i wspólno?? zagrody rodzinnej, k?dy? daleko starymi lipami ocienionej, skrzepia?y w?ze? u kolebek zadzierzgni?ty. Skrzepia?a go jeszcze zapewne jednostajno?? tych gwiazd, które rz?dz? ludzkimi ukochaniami, ch?ciami, pracami. Pracowali razem. Brat uczy? siostr?, siostra pomaga?a bratu i zawsze byli razem, we dwoje: w szkole, w domu, na ulicach miasteczka, na drogach polnych i le?nych. A? zabawnie by?o patrze? na t? park? ludzi m?odziute?k?, ma??, jasnow?os?, ró?owotwarz?, wiecznie ze sob? sprz?gni?t? i wiecznie z b?yskami w b??kitnych oczach i weso?ymi u?miechami na rumianych ustach. Ona go nazywa?a Marysi?, a on j? Anielk?.
Dobrze im by?o ze sob? i ka?dy z ?atwo?ci? móg? zgadn??, ?e dobrze im by?o na ?wiecie.
Wkrótce jednak przyszed? czas, ?e na ulicach miasteczka, na polnych i le?nych drogach pocz?li ukazywa? si? nie we dwoje ju?, ale we troje. Towarzyszem ich cz?sto bywa? zacz?? ów m?odzieniec spod zielonych bluszczów, z postaw? wynios??, siln? i ze ?niadym profilem Rzymianina, który to potem na tej polanie mia? dowodzi? jazd?. Ten zewn?trznie wcale do nich podobnym nie by?; owszem, jakby innej rasy by?, czerwie?szej krwi, spod zamaszystszego, pot??niejszego m?ota natury. Pomimo to zawi?zywa?o si? pomi?dzy tym trojgiem co? coraz serdecznie j szego: przyja??? mi?o??? jedna i druga razem? – a? dnia pewnego za spraw? nowego towarzysza dziewczyna zap?aka?a krótko, lecz rozpacznie.
By?o to tak. W lesie tym, co tu? za miasteczkiem, siedzia?a z bratem na obalonej k?odzie i oboje z g?owami ku sobie pochylonymi przygl?dali si? jakiej? pierzastej trawie, po której pe?za? drobny jaki? owadek, gdy tamten spiesznie nadszed? i przed nimi stan??. Szuka? ich i znalaz?. Od do?? ju? dawna wiedzia?, gdzie, kiedy naj?atwiej znale?? ich mo?e. Zmieniony by?, jaki? nie taki jak co dzie?. Oczy mu gorza?y, spod czarnego w?sa usta zdawa?y si? krwi? tryska?, burza uczu? wstrz?sa?a ?niadym czo?em. Stan?? przed nimi, bez s?owa powitania odkry? g?ow? i r?k? po kruczych w?osach powiód?, a r?ka ta, du?a, silna, bia?a, herbowym sygnetem na palcu b?yszcz?ca, troch? dr?a?a. Zrozumieli i – zawi?za?a si? szybka rozmowa.
- Ju? dzie? oznaczony?
- Oznaczony.
-Kiedy?
- Za dni dziesi??.
- Gdzie?
- W Dziatkowiczach.
- Dok?d?
- Za Kana? Królewski, do lasów horeckich.
Tu g?os dziewczyny zawo?a?:
- Ju?!
A on brata jej zapyta?:
- Postanowienia nie zmieni?e??
- Chyba by dusza moja zmieni?a si? na inn?!
- Wi?c razem?
- Razem.
- Za dni dziesi?? do mnie i ze mn? tam, gdzie b?d? wszyscy…
Zamilkli, bo rozmow? przerwa? im p?acz niewie?ci. Z twarz? ukryt? w drobnych d?oniach Anielka ?ka?a i by?o to ?kanie rozpaczne.

Wiedzia?a, ?e to si? stanie, lecz kiedy, ju?, ju? stawa? si? mia?o, tak p?aka? pocz??a, ?e a? ca?e w?t?e jej cia?o w tym p?akaniu kurczy?o si? i dr?a?o, a? jasne w?osy rozsypywa?y si? po ramionach i na szar? sukienk? przez palce przecieka?y strumienie ?ez. Ale nied?ugo, nied?ugo. Mocowa?a si? z ?kaniami, ze ?zami – i usta?y. Wsta?a i ramionami otoczy?a szyj? brata. Przycisn??a si? do piersi jego mocno, mocno i odrywaj?c si? od niej powtórzy?a kilka razy:
- Id?, Marysiu, id?!
Twarz jej, od ?ez mokra, stan??a w u?miechu takim, co to bólem usta kurczy, i rumie?ce z niej znikn??y. Ale posta? drobn? z ca?ej si?y wyprostowywa?a i w oczach brata topi?c swe biedne, m??nie ze ?zami walcz?ce oczy powtarza?a:
- Id?, Marysiu, id?! Trzeba!
W wieczór dnia tego w ma?ym ogródku, gdzie ros?o kilka jab?oni i troch? bzów kwit?o, dwa g?osy z cicha z sob? rozmawia?y. G?os dziewcz?cy prosi?:
- On silny duchem, ale cia?em s?aby, w ?wiczenia m?skie niewprawny… Od dzieci?stwa ksi??ka, nauka, górne my?li i zamiary… Odwa?ny, lecz si?a sk?d? Kocha, jak kocha, ja jedna tylko wiem, ale czy zdo?a? Nie tu urodzony, nikogo tam swego mie? nie b?dzie. Pan nigdy niczego si? nie l?ka?, to pozna? ?atwo. Wi?c pan nie wie, co to trwoga taka… jak szyba lodu na sercu, jak nó? w sercu… O, panie… b?d?cie wy tam cz?sto razem…
On przyrzeka?:
- Tam, gdzie nikogo swego mie? nie b?dzie, ja b?d? mu swoim. Przyjacielem mu b?d?, bratem, w potrzebie obro?c?. I jak razem odchodzimy, tak razem tam b?dziemy pier? z piersi?, dusza z dusz?… I razem powrócimy… albo…
Z szerokiej piersi nami?tne westchnienie wzbi?o si? pomi?dzy wonie bzów i bzy tylko widzia?y, jak nad dwojgiem r?k dziewcz?cych drobnych, dr??cych nisko pochyli?a si? m?ska twarz z rzymskim profilem i jak usta m?skie purpurowe, gor?ce lgn??y si? do nich poca?unkami d?ugimi… Pierwsze to by?y poca?unki na r?kach tych przez te usta sk?adane. Czy i ostatnie tak?e? Potem oczy ich zaton??y jedne w drugich i przy ?wietle gwiazd wiele sobie powiedzia?y. Mo?e usta powiedzie? pragn??y wi?cej jeszcze, lecz w tej godzinie wyrocznej… nie mog?y. Czy kiedykolwiek powiedz?? Przeznaczenie stoi za lud?mi, welonem tajemnicy zas?oni?te, i w d?oni trzyma ko?czan z tysi?cem zdarze?…
Lecz daj mi spocz?? chwil?, wietrze pr?dki! S? ludzie i losy, o których bez spoczynku d?ugo mówi? nie mog?, takie nawet jak ja d?by silne. Dreszcze po konarach mi biegn? i na li?cie wyst?puj? krople ch?odne.

*

Ch?odna rosa na las spada?a i bujne jej krople g?sto usia?y ga??zist? brod? silnego d?bu. Toczy?y si? te? one z wolna po d?ugich warkoczach brzozy, rozpylonym srebrem ?wieci?y na trawach, krzakach, liliowych dzwonkach, na p?atkach ró? dzikich, których serca, niedawno rubinowe, przygasa?y, ciemnia?y.
Przygas?o, ciemnia?o równie? nad lasem niebo, z przezroczyst? zas?on? drzew ja?niej?c ju? nie krwawym p?omieniem, lecz bladym z?otem zorzy. Od tego bladoz?otego jeziora na niebie zawieszonego sz?y lasem ?wiat?a sm?tne, blade, przedwst?pne go?ce nocy, i rozp?ywa?a si? od nich po lesie melancholia, zadumana, t?skna…
Ale noc nie nadchodzi?a jeszcze i na niebie nie by?o gwiazd, tylko gdzieniegdzie p?yn??y po nim od zorzy ob?oki przezroczyste, do piór z?otawych albo do bladych rumie?ców podobne.
Pod z?otawym piórem niebieskim w mdlej?cych blaskach dziennych wyprostowany ?wierk zachwia? szczytem ciemnym, ramiona jego zadr?a?y i wkrótce rozwar?y si? szeroko, a nad polan? pop?yn?? szum g??boki i dumny najwy?szego z le?nych drzew.
- Jam najwy?szy w tym lesie, najdalej wzrokiem si?gam i widz? najwi?cej.
Widywa?em walki, które staczali oni w oddaleniu to wi?kszym, to mniejszym, niekiedy tak wielkim, ?e ich odg?osy dochodzi?y tu jak g?uche turkoty, tocz?ce si? za skrajem firmamentu lub jak wzd?te poszumy lasów, gdy targa nimi przelatuj?cy Wicher – Gwa?t.
Wtedy tu, na tej polanie, panowa?y cisze letnie, gor?ce i wonne, motyle wiesza?y si? na kwiatach, a na mchach i trawach igra?y w promieniach s?onecznych skrzydlate owadki.
S?owik te? w kalinach ?piewa? zaczyna? i drobne ptactwo, przez gwar odegnane, przywabione przez cisz?, pomi?dzy ga??zie nasze powraca?o.
A tam, we w?ciek?o?ciach zwierz?cych, w podrzutach ?miertelnych k??bi?y si? cia?a ludzkie i we wrzawie bojowej, w stuku gromów, w ulewie ogromnych b?yskawic krew z nich ciek?a na trawy, mchy, kwiaty i wsi?ka?a w dr??c? od huku i ha?asu ziemi?…
Ale ja tobie, wietrze pr?dki, rzeczy tych, niegdy? widzianych, s?yszanych nie opowiem. Gamami szumów swoich cz?sto opowiadam ziemi o jej smutkach, zagadkach, p?onnych nadziejach i pewnych mogi?ach albo w wichrzyste noce o rzeczach g??bokich i wiecznych rozmawiam z chmurami.
Lecz zwyk?ych walk krwawych opiewa? nie umiem. Nie do tegom stworzony, ja, mieszkaniec pokojów le?nych, daj?cy gniazdom ptasim przytu?ek bezpieczny i cienie koj?ce roztaczaj?cy nad wszystkim, co od skwarów usycha i mdleje.
Tylkom dr?a? od rado?ci i szumem swym ?piewa? niebu dzi?kczynne: hosanna! ilekro? tu powracali ?ywi i zwyci?scy.
Zwyci?skimi powracali nieraz i cho? im na uznojonych czo?ach rozlewa?a si? duma triumfu, w szeregi karne wyci?gali si? na g?os wodza, w milczeniu oczekuj?c s?ów jego rozkazów.
On serca ich w r?ku swym trzyma? i umia? podbija? je w gór?. Odkrywa? przed szeregami czarnow?os? g?ow? i za to, ?e by?y pos?uszne jak dzieci a jak lwy odwa?ne, ?e sile przemagaj?cej rozproszy? si? nie da?y, ?e wstydem nie splami?y krzy?a, który przyj??y na swe ramiona – dzi?kowa?. Ale i wtedy jeszcze, gdy dzi?kowa?, g?os jego rozlega? si? jak bojowe d?wi?ki i nie by?o w nim s?odyczy ani pieszczoty, hart tylko by? i wola ?elazna, trzymaj?ca mocno wodze ich woli. Im za? od tych dzi?kczynie? stalowych i krótkich na twarze, znojem oblane, prochem opalone, kurzaw? okryte, spada? blask wniebobior?cej rado?ci.
A potem by?y tu opowiadania, rozmowy gwarne, ogniska, buchaj?ce wonnym dymem ja?owców, weso?e r?enie koni, b?ogie spoczynki na mchach i trawach, szepty modlitw w ?wietle gwiazd i brzmienia przyciszonych hymnów chóralnych, z p?omienn? pokera wzbijaj?ce si? ku Temu, który jest nad gwiazdami. Raz gdy wrócili tak, nie rozproszeni, nie os?abli, lecz owszem, w odwadze i wytrwaniu umocnieni, a na gios wodza: “W szeregi formuj si?!” stan?li przed nim murem zwartym, on jednego z nich przez chwil? wzrokiem szuka? i znalaz?szy skinieniem ku sobie przywo?a?.
I któ? wtedy, jak my?lisz, wietrze pr?dki, przed nim stan??? Oto ten ma?y Tar?owski w tej chwili, o! wcale, wcale do bia?ej i ró?owej dziewczyny niepodobny. Plamy krwi mia? na odzie?y i r?kach, a po?ród twarzy, przez dymy i kurzaw? uczernionej, oczy b?yska?y mu niespokojnie, bole?nie, prawie ponuro. Stan?? w zwyczajnej sobie postawie, nieco nie?mia?ej, i czeka?.
Wódz w milczeniu patrza? na t? posta? w?t??, ?ladami walki ci??kiej okryt?, na te r?ce drobne, a zakrwawione i co? z czu?o?ci ojcowskich albo z braterskich rozrzewnie? przep?ywa?o mu po surowym czole. Potem wskazuj?c go wyci?gni?tym w milczeniu szeregom rzek?:
- ?ycie mi dzi? uratowa?. Cudem odwagi je uratowa?; cud, ?e nie zgin?? sam. Dziw, ?e w tym dziecku mieszka taki lew! Nie za to wdzi?cznym mu, ?e ?yj?, lecz za to, ?e was jeszcze jako klamra sprz?gam i ?e jeszcze razem z wami s?u?? nie ?adnemu panu ziemskiemu, ale Um?czonej, ?e jeszcze s?u??. Uczcijcie w nim dzielnego rycerza Um?czonej! Ja mu dzi?kuj?.
Tu ramieniem szyj? tego ma?ego otoczy? i co? z anielskich tkliwo?ci czy rado?ci wykwita? pocz??o mu na usta, a? rozkwit?o w u?miech serdeczny, per?owy, ?wie?y i bardzo dziwny pod czo?em tragicznym.
By?o? tam, by?o potem doko?a tego ma?ego powinszowa?, uniesie?, u?cisków, zapyta?, opowiada?. Kto widzia?, opowiada?; kto nie widzia?, zapytywa?. Zdaje si?, ?e tam za olchami na r?ce go porwali i wysoko na r?kach podnie?li, ?e dowódca jazdy, w herkulesowym u?cisku go trzymaj?c, d?ugo mu co? o siostrze, o pannie Anieli szepta?!… Jak?e! Uratowa? klamr? t? drogocenn?, która ich sprz?ga?a, wiedz?, która ich wiod?a, wol?, która ich wol? trzyma? umia?a w okowach wytrwania i rozp?omienia? ogniem nadziei – cho?by przeciwko samej nadziei! Powszechn? tu by?a wieczoru tego jaka? dziwna, dobra, braterska rado??.
I na nim jednym tylko, który rado?ci tej by? przyczyn?, wcale jej zna? nie by?o. Wygl?da? tak, jakby podziela? j? chcia?, a nie móg?. Na pytania ledwie s?owem krótkim odpowiada? lub nie odpowiada? nic; u?ciski odwzajemnia?, lecz by? ?ród nich jakby we ?nie, jakby w zamy?leniu roztargnionym.
Omy? z siebie w strudze b??kitnej kurzaw?, krew, dym prochowy i mia? twarz znowu bia?? i ró?ow?, nawet nie ogorza??, bo jak u niektórych niewiast bywa, nie ima?y si? jej bia?o?ci spieki s?oneczne. Lecz my?la? o czym? ci?gle, niespokojnie, prawie pos?pnie, jakby dusza jego ko?ysa?a si? nad przepa?ci? pe?n? w?tpie?, zapyta?, zagadek.
Tak, gdy gwiazdy wzesz?y, po?o?y? si? pod t? brzoz? i gdy wszyscy ju? spali, nie spa?.
?adne z nas, drzew, tego niepokoju i smutku jego zrazu nie zrozumia?o. Jam pierwszy zrozumia?. Nie do tego by? stworzony. Jak ja, który z niebem cz?sto o rzeczach wielkich i wiecznych rozmawiam, nie stworzonym do opiewania krwawych bojów ludzkich, tak on, w geniuszu natury i górnych my?lach ludzkich rozkochany, do bojów tych stworzony nie by?. Do czego innego by? stworzony.

*

- Zna?am go z bliska, zna?am dobrze jego my?li i mi?o?ci – zaszepta?a brzoza, której g?ste listowie, w sp?ywaj?ce ku ziemi warkocze zaplecione, srebrzy?o si? jeszcze gdzieniegdzie od wieczornej rosy, a suknia z bia?ej rosy prze?wieca?a zza d?ugich warkoczy.
Zna?am go z bliska, zna?am dobrze jego my?li i mi?o?ci, bo doko?a mnie, z ziemi od pobliskiego strumienia wilgotnej wyrasta t?um ogromny ro?linek przerozmaitych, przyziemnych, drobnych, w?ród których krz?ta si?, pe?za, biega, podlatuje drugi t?um równie? malutkich, przyziemnych, przerozmaitych owadków, robaczków, a on, ten ma?y, z drobiazgiem tym przebywa? lubi? dziwnie i wówczas tylko na ró?owej twarzy jego ja?nia?o szcz??cie spokojne, b?ogie, gdy z nim przebywa?. On doprawdy drobiazg ten kocha? i kszta?tów jego, ?ycia jego ciekaw by? nami?tnie.
S?usznie powiedzia? ?wierk wysoki, ?e by? on rozkochany w geniuszu natury, ale ja tylko wiem, bom temu przygl?da?a si? nieraz, jakie on z tym geniuszem rozmowy d?ugie, ciekawe prowadzi?. I mi?osne równie?, bo tak ju? jest pomi?dzy lud?mi, ?e ciekawe i d?ugie rozmowy prowadzi? oni zwykli tylko z przedmiotami swojego kochania. Przedmiotem kochania jego by?a natura, lecz powsta?o przeciw niej kochanie drugie, tym p?omienniejsze, ?e bolesne, i tu go przywiod?o. O tamtej kochance zupe?nie zapomnie? nie zdo?a? i przed obliczem ?mierci, która co dzie? spotka? go mog?a, stoj?c, wzrokiem i dusz? wpatrywa? si? jeszcze w jej oblicze. W przerwach s?u?by obozowej, w godzinach odpoczynku to bywa?o.
Inni, odpoczynkowi po ci??kich trudach radzi, zbieraj? si? w gromadki, gwarz?, wspominaj? i nieraz ?miech weso?y wzbija si? od nich nad tym polem bliskiej ?mierci, a on jak zwykle ch?tnie milcz?cy, cichy, chodzi w pobli?u moim pod tymi olchami cienistymi, po tym gaju kalinowym, nad strumieniem i co chwil? na ziemi? pochylony czego? mi?dzy zió?kami czy owadkami upatruje, szuka, a znalaz?szy w palcach albo w d?oni podnosi i przygl?da si?, wzrok i pami?? w tym zatapiaj?c – szcz??liwy!
Raz trzej, czterej towarzysze jego przyszli tam i zapytali, czego szuka tak pilnie i czemu tak bacznie si? przypatruje? Trzyma? wtedy w palcach jakie? piórko zielone, w dziwnie subtelny sposób wykrojone i wyr?bkowane, wi?c swoim cichym, ?agodnym g?osem mówi? im zacz?? o tym, jaka to jest ro?lina rzadka, jak on pragn?? znale?? j? kiedykolwiek, nie zasuszon? w zielniku, lecz ?yw?, jaki kraj oddalony, zamorski Jest jej krajem rodzinnym, jak przez l?dy i oceany wiatr nasiona jej tu przyniós? i jaki to cud natury te w?drówki na skrzyd?ach wiatru, od bieguna do bieguna ziemi, nasionek tak drobnych jak py?ki. Innego dnia to samo powtórzy?o si? z powodu owadka z?otawego, który trwo?nie uwija? si? mu po d?oni, a innego jeszcze z powodu wspania?ej korony nenufaru, która u brzegu strumienia rozkwit?a, a któr? on zerwa? i w r?ku trzyma?, twarz pochylon? w upajaj?cej woni jej zatapiaj?c.
Towarzysze w ?cis?? gromadk? wokó? niego skupieni patrzali, s?uchali, wszyscy go wzrostem, szeroko?ci? ramion, m?skimi zabarwieniami twarzy przewy?szaj?c. Czapki ich czworok?tne wygl?da?y na tle zielonym jak ogromne chabry i amarantusy, na odzie?y mieli twarde, szerokie pasy i u pasów ?elazem pob?yskuj?c? bro?. I dziwnie by?o patrze?, jak te twarze ogorza?e, pi?tnem zm?cze? i niepokojów trawi?cych naznaczone, pochyla?y si? ciekawie nad drobnym piórkiem ro?linki, albo z?otawym cia?kiem owada i jak na te skazane g?owy ukojenie i odpoczynek sp?ywa?y z cichych s?ów ma?ego towarzysza, z zielonych tkanek ro?liny, ze z?otawych skrzyde?ek owada, ze ?nie?nych p?atków wonnej lilii wodnej.
Oto do czego by? stworzony. I jeszcze do tych my?li, które przyjacielowi opowiada? wtedy, gdy wszyscy spali, a on, nie ?pi?c, u stóp moich na g?stych trawach le?a?.
Tamten nie spa? tak?e. Sen z oczu sp?dza?a mu my?l o tej zagadce ogromnej, w któr? ziemia ta i najlepsi jej synowie uplatali si? jak w krwaw? paj?czyn? i mo?e jeszcze o pozosta?ej daleko, t?skni?cej pewno, p?acz?cej ma?ej Anielce. Przyszed? do brata Anielki i d?ugo obaj le?eli u stóp moich, twarzami ku sobie obróceni, w milczeniu nocy rozmawiaj?c tak cicho, jak cicho p?acz? moje warkocze, gdy z lekkim szemraniem sp?ywaj? z nich na traw? majowe deszcze nocne.
Cicho by?o. Na jednym z kra?ców obozu ko? czasem zar?a?, na innym z piersi u?pionego cz?owieka wyrwa? si? okrzyk g?uchy albo wion??y ci??kie westchnienie. Kto? w ostatniej bitwie raniony j?cza? pod d?bem w uplecionym z ga??zi namiocie, zza drzew otaczaj?cych polan?, na przestrzeniach md?o o?wietlanych przez gwiazdy wida? by?o czarne pos?gi uzbrojonych i nieruchomo stoj?cych stra?y.
Oni dwaj na siebie wzajem albo na gwiazdy patrz?c rozmawiali o tych czasach dalekich, w przysz?o?ci dalekich, które b?d? albo nie b?d?, które je?eli b?d?, wodami ukojenia i oczyszczenia obmyj? ?wiat, w których podobno miecze maj? by? przekute na p?ugi, a jagni?ta sen spokojny znajdowa? u boku lwów…
O przysz?o?ci ?wiata, po wiekach walk, zbrodni i m?k rozkwit?ej w raj niewinno?ci, pogody i zgody, mówili z t?sknot?, z zachwyceniem, upragnieniem.
Szeptem cichym marzyli o tym celu przedalekim, ku któremu rzek? wrz?c? i wieczn? p?yn? marzenia ludzkich g?ów i serc najwy?szych, a nie wiedz?c nigdy, czy kiedykolwiek rzeka do celu swojego dop?ynie. Ach, ból i rozpacz tych marze? bez ziszczenia, upragnie? bez nasycenia, zagadek bez rozwi?zania! Ach, niezg??biony tego wszystkiego smutek!
- Bo chocia? przedmiot walki najdro?szy jest i ?wi?ty, przelana w niej krew ludzka trucizn? w ?y?y sp?ywa i rany zadane ranami k?ad? si? na tych, co je zadaj?. Gniew, ból, ?mier? to s?py pas?ce si? na trupach rado?ci, s?odyczy i nadziei ludzkich. Z?y ród przeciw sobie samemu szpony ich wystawiaj?cy! N?dzny ród, krótko ?yj?cy, którego synowie nawzajem sobie skracaj? ?ycie! Nieszcz?sny ród, zewsz?d w ciele swym L w duchu swym zagro?ony, którego synowie nawzajem cia?om i duchom swoim gro??! O! kiedy? b?dzie inaczej? Czy kiedykolwiek b?dzie inaczej? Dlaczego? nie urodzi?em si? w tej porze pó?niej, gdy ?wiat b?dzie innym, albo w tak wczesnej, aby oczy moje nie potrafi?y otworzy? si? na to, ?e móg?by by? innym, gdyby, gdyby ludzie byli inni! Po krótkim milczeniu ze smutnym u?miechem mówi? pocz?? wiersz staro?ytnego poety:
- Ba?? niesie, ?e Prometeusz do pierwiastku gliny, b?d?cej podstaw? istoty cz?owieczej, wla? po kropli ka?dego z pierwiastków zwierz?cych, samo serce cz?owiecze zaprawiaj?c chciwo?ci? wilcz? i w?ciek?o?ci? lwi?. To jest przyczyn? tych pomst i gniewów, które w ludzi uderzaj? zgonami strasznymi, i to jest przyczyn?, ?e wal? si? w gruzy gmachy wspania?e, ?e lemiesze wojsk wrogich rozorywuj? wa?y podbitych grodów.
- Horacjusz? – zapyta? towarzysz mówi?cego i w tej?e chwili z porywczym gestem silnego ramienia znad trawy si? podniós?.
- Podbitych grodów! – powtórzy?, chwil? milcza?, a? zawo?a?:
- Teraz inaczej by? nie mo?e!… Podbitych grodów. Teraz walka to powinno??!…
G?os cichy, ale stanowczo brzmi?cy, nami?tnemu wykrzykowi temu odpowiedzia?:
- Teraz inaczej by? nie mo?e. Dopóki gwa?t, dopóty ?wi?ty przeciwko gwa?towi gniew! Dopóki krzywda, dopóty walka! Przez krew i ?mier?, przez ruiny i mogi?y, z nadziej? czy przeciw nadziei walka z piek?em ziemi w imi? nieba, które na ziemi? zst?pi..
- Mo?e zst?pi…
- Kiedy?…
- Gdy nas ju? na ziemi nie b?dzie.
Tak oni czasem w zmrokach nocnych rozmawiali z sob?, gdy obóz spa? i doko?a obozu na przestrzeniach md?o przez gwiazdy o?wietlonych wida? by?o czarne pos?gi uzbrojonych stra?y. A? przyszed? dzie?…

*

…Szept brzozy zni?a? si?, taja?, umilk?; przemówi? w zamian brodaty, silny d?b:
- A? nadszed? straszny dzie?. Stra? daleka przynios?a oznajmienie…
Bo okrom bliskiej, wokó? obozu rozstawionej, mieli oni stra? swoj? dalek?, która tu przynosi?a oznajmienia, ostrze?enia, wie?ci. Przynios?a je ona tak, jak królewicz bajeczny d??y? do zamku zaczarowanej królewny: przez zaro?le cierniste, wrzaw? upiorów nape?nione, przez moczary bagniste, naje?one paszcz?kami smoków. Czasem stra?nik gin?? w u?cisku upiora lub w paszcz?ce smoka, czasem dociera? celu. Z daleka ju? s?ycha? by?o t?tent biegn?cego przez las konia.
- Has?o?
- Z nadziej? czy przeciw nadziei!
Wpad? na polan? m?ody je?dziec na koniu zdyszanym, z twarz? oblan? potem. Po?udnie skwarem piek?o. Kilka g?osów przyja?nie zawo?a?o:
- Kalis! Pan Kalikst! Jak si? masz?
Ale on na powitania czasu nie mia?. Z konia zeskoczy?.
- Gdzie naczelnik? Prowad?cie! Pr?dzej!
Polan? szed? spiesznie, przybysza nie widz?c, m?odzieniec wysmuk?y, w szafirowej czapce na z?otych w?osach. Adiutant wodza. Kto? do niego zawo?a?:
- Radowicki! Od poczty obywatelskiej… wys?aniec! Do naczelnika prowad?!
Adiutant i pose? obywatelskiej poczty d?onie sobie u?cisn?li. Koledzy szkolni, s?siedzi. Razem weszli do namiotu wodza. Obóz zaleg?a cisza. Tak? cisz? martw? na powierzchni, a dr??c? w g??biach, dyszy natura w przedchwili burzy piorunowej i wichrzystej.
Wkrótce do namiotu wodza weszli wezwani dowódca jazdy i paru towarzyszy innych, kunsztu or??nego mniej lub wi?cej ?wiadomych. Narada.
Oczekiwanie trwa?o d?ugo, a? Romuald Traugutt przed namiot swój wyszed? i otrzymane wie?ci og?osi?.
Bi?y z nich pioruny bliskiego boju i wicher ?mier? wia?.
Wojsko ogromne nadci?ga, ju? opasuj? las, oddzia?y Jego piesze i konne ju? jak rzeki szumne lasem p?yn?. Przez las drzew przedzieraj? si? lasy luf, pik, bagnetów. Za godzin?, za dwie tu b?d?. Pose? wie?? przywióz? drog? d?ug? i trudn?, lecz przywióz? j? jeszcze w por?. Sto strzelb na jedn? strzelb?. Sto pik na jedn? szabl?. Jak w ba?niach. Lecz bywa to prawd?. Czy zl?kn? si? tej prawdy? Kim?e s?? Nie niewolnikami s? przez gwa?t i przemoc ci?gni?tymi na pola krwawe, ale dobrowolnymi ofiarnikami wysokich o?tarzy.
Wi?c nie opu?ci ich duch ofiary i duch m?stwa! I duch tej mi?o?ci, która ich tu przywiod?a. Ci, co zgin?, b?d? siewcami, którzy samych siebie rzuc? w ziemi?, jako ziarno przysz?ych plonów. Bo nic nie ginie. Z dzi? zwyci??onych dla jutrzejszych zwyci?zców powstaj? or??e i tarcze. Lecz oni z siebie dob?d? wszystkie si?y, wszystkie swe si?y m?stwa, karno?ci, wytrwania, aby zwyci??y?. Bojowy okrzyk ich: W imi? Boga i ojczyzny! Z tym okrzykiem na ?mier? czy na zwyci?stwo do boju!
Tak mówi?. S?owa jego rozlega?y si? od brzega do brzega obozu, d?wi?czne, krótkie, coraz g?o?niejsze, gor?tsze i jak iskry sypa?y si? na g?owy t?umu, a? jak ?an kwiatów na ??ce zako?ysa? si? t?um ten i wyrzuci? z setek piersi wzd?tych grzmotowy okrzyk zapa?u.
Potem zakot?owa?o tu, zawrza?o. Siod?anie koni, przyodziewanie zbroi, wo?anie komend, formowanie si? szeregów, g?o?ne rozkazy, ciche zlecenia. Kipia? ruch, dzwoni?y g?osy, t?tnia?y ko?skie kopyta, bro? b?yska?a w powietrzu pe?nym s?onecznego z?ota i upa?u.
Pose? poczty obywatelskiej mia? odje?d?a?, znowu drog? d?ug? i nudn? powraca? tam, sk?d przyby?. Wprzódy jednak zatrzyma? konia przed jednym ze sformowanych ju? oddzia?ów pieszych i ?o?nierzowi spomi?dzy wszystkich najmniejszemu wzrostem poda? przedmiot tak drobny, ?e zaledwie dostrzec si? daj?cy, mówi?c:
- Od siostry!
By? to skrawek papieru niezmiernie drobno zapisany i zwini?ty w sposób taki, aby go w potrzebie z ?atwo?ci? po?kn?? by?o mo?na. Takie wówczas listy pisano ze ?wiata do obozów.
Dowódca jazdy na pi?knym swym arabie obok szeregów bieg?, zobaczy?, ku Tar?owskiemu g?ow? skin??.
- Od panny Anieli?
Zamienili si? spojrzeniami, na twarzach ich b?ysn?? u?miech. By? to kwiat r?k? dziewczyny z daleka rzucony na te otwarte mogi?y. Co pisa?a? Nie dowiedzia? si? o tym w tej chwili jej brat, bo rozleg?a si? g?o?na komenda, wi?c skrawek papieru spiesznie u piersi skry?. Czy dowie si? kiedykolwiek?
Potem wyci?gali st?d w porz?dku, w milczeniu, a? na opustosza?ej polanie pozosta?y tylko trawy zdeptane, kwiaty konaj?ce i namioty puste. Namiot dla rannych, u stóp moich stoj?cy, w tej godzinie ich odej?cia pustym by? tak jak i inne. Nape?ni? si? mia? wkrótce.
Nie odeszli daleko. Plan bitwy by? podobno kunsztowny, bieg?y. Obrona i zarazem napa??. Zasadzka ukryta w nieprzeniknionej dla oka g?stwinie, a na lu?niejszych przestrzeniach, za ka?dym drzewem przyczajone oko lufy i na ka?dym pólku mchowym czy paprociowym, w ka?dej cienistej alkowie z ga??zi dobyte z pochew szable.
Dziwnie to wszystko wygl?da?o, mówi? ci, wietrze pr?dki, ?e dziwnie to wygl?da?o w?ród uc?tkowanej kwiatami zielono?ci le?nej i w?ród majowych p?dów sosen, które w milczeniu upalnej pogody swe jasne, wieloramienne ?wieczniki podnosi?y nad twarzami ciemnymi, skamienia?ymi, w milcz?cym oczekiwaniu.
Chodzi?y tam po tych twarzach poruszenia i b?yski rozmaite: niecierpliwo?ci, zapa?u, wyt??onego nas?uchiwania, str?canych przez wol? na dno duszy bólów i trwóg. W powietrzu wolnym od szczebiotania ptaków, które zl?knione odlecia?y, czu? by?o oddechy kilkuset piersi ludzkich, nami?tne, niespokojne.
A? z g??bi lasu przyp?ywa? pocz?? szum coraz wzrastaj?cy… wzmaga? si?, przybli?a?, coraz ogromniejszy… Jakby powietrzem nadlatywa?o, jakby do?em lasu nadchodzi?o co? straszliwego…
- Baczno??! Gotowa? bro?!
Rozkazowi temu, który rozleg? si? tu? prawie za mn?, odpowiedzia? z oddali g?os inny, tak samo rozkazuj?cy, krótki.
I by?o ju? wida?…
Szara masa ogromna, posuwaj?ca si? naprzód z trudem i powoli w?ród g?stych drzew, po ziemi naje?onej sztywnymi pr?tami latoro?li, zas?anej sieciami podst?pnych wiklin. Trudno jej by?o i??. W szumie jej kroków trzaska?y ?amane, stuka?y r?bane ga??zie.
Ale ju? wyra?nie by?o wida?… I wtedy… Zastuka?y, zastuka?y za drzewami, po zaro?lach, g?ste, pojedyncze, szybko, szybko po sobie nast?puj?ce wystrza?y i rój b?yskawic krótkich, ognistych, rozsypa? si? w?ród drzew i zaro?li.
Wnet od strony nadchodz?cych buchn?? i potoczy? si? ogromny, d?ugi grzmot i zarazem sun?? stamt?d pocz??y g?ste k??by dymu. Rotowy ogie? karabinów, zbity w sobie, ci??ki, odpowiedzia? posiekanemu ogniowi strzelb, na znacznej przestrzeni rozsypanych.
By?a to rozmowa dwu ró?nych ze sob? grzmotów, dr?a?y od niej ze zgrozy najsilniejsze drzewa lasu.
Czy d?ugo trwa?a?
D?ugo. Godziny up?ywa?y.
W dymach, które stawa?y si? morzem napowietrznym, k??bi?cym si? i ciemnym, szara masa, wyd?u?ona w kszta?t kolumn, to roztaczana w kszta?t pó?obr?czy, przybli?a?a si? znowu i znowu cofa?a. Niewygodnie jej by?o, ciasno i w?ród zas?on le?nych, ogniem ziej?cych, trwo?nie… Ale ros?a wci??, ros?a, g?stnia?a, na odleg?o?ciach coraz wi?kszych, dalszych. Tysi?ce coraz nowe, konne, piesze. Jak rzeki wezbrane, o wodach nieprzebranych. Ale te? tysi?c zapór, przeszkód w tym ?wiecie le?nym, nape?nionym tworami niepos?usznymi, maj?cymi we w?asnym swym królestwie swoj? wol? i swoj? moc. Tysi?ce te? tych stuków szybkich zza drzew i spomi?dzy zaro?li, które razem z rojami ognistych b?yskawic rzuca?y roje pocisków celnych.
Ilekro? rozdziera?o si? na chwil? napowietrzne morze dymu, wida? by?o bli?ej i dalej, z jednej strony i z drugiej, postacie ludzkie rozci?gni?te na mchach i wiklinach, jak czarne, le??ce cienie.
Po obu stronach pada?y trupy. Lecz nie wszyscy upadaj?cy byli trupami. Upad? st?d niedaleko i rozci?gn?? si? na paprociach ma?y Tar?owski. Ale ?y?… Od pocz?tku bitwy, za rosochat? olch? na jedno kolano kl?cz?c, nabija? strzelb?, celowa? i strzela?, bez ustanku, zapami?tale, szybko, z wpraw?, któr? obdarzy?y go ?wiczenia obozowe. Jakby nigdy pragnieniem by? nie bieg? ku rajskiej erze wiecznego pokoju ?wiata, jakby nigdy razem z poet? nie wyrzeka? na wlan? w serce cz?owiecze kropl? w?ciek?o?ci lwiej… Co? lwiego czy tygrysiego b?yszcza?o mu w oczach o rozpalonym b??kicie, pod czo?em ?ci?gni?tym w jedn? zmarszczk? uwagi wyt??onej i zaci?to?ci srogiej: w lini? srog? jak krwawa uraza zaciska?y mu si? usta albo rozwarte, dysz?ce, w pier? w?t?? ch?on??y w??e dymu ziej?ce prochow? woni?.
Wtem nadlecia?o co? maj?cego w szarym dymie podobie?stwo do wyd?u?onego cia?a czarnej pszczo?y i w rami? go ugodzi?o. Rami? to zwis?o u boku, strzelba ? r?ki wypad?a, chcia? porwa? si? z kl?czek, zachwia? si? i na wysokie paprocie upad?. Ale ?y? i po d?ugiej chwili dwie pary silnych ramion zdj??y go z okrwawionych paproci i wnios?y do tego namiotu u stóp moich stoj?cego, który ju? nie by? pustym.
Pod dachem wysokim, z zielonych ga??zi uplecionym, na mchowych i paprociowych po?cielach le?a?o ju? kilkunastu ludzi, w których trzewia lub cz?onki ??d?a swe pogr??y?y czarne pszczo?y. Nad nimi, od jednego do drugiego przechodz?c, przykl?kali dwaj ludzie z twarzami zatroskanymi, z czo?ami oblanymi potem, z r?koma czynnymi. Lekarze obozowi.
Ale wówczas doko?a polany tej stawa?o si? ju? bardzo gor?co. Z coraz cz?stszymi, z coraz d?u?szymi, g?stszymi grzmotami karabinowego ognia szara masa zbli?y?a si? ju? na odleg?o??, z której mo?na by?o rozpoznawa? wzrokiem pojedyncze postacie, twarze, ubrania, bronie. Z ?elaznym prawem liczby zaokr?gla?a si? ona w obr?cz i opasywa?a polan? coraz zupe?niej, coraz bli?ej. Ludzie z tej i z tamtej strony pocz?li spotyka? si? oko w oko i zwiera? si? pier? z piersi?.
W stukach i grzmotach obustronnych ogni dym g?stnia?, nape?niony ognistymi b?yskawicami, krzykami, Przekle?stwami i wybijaj?cymi si? nad wszystko g?osami komend krótkich, zdyszanych, coraz ?pieszniejszych, zapalczywszych, ?miertelniejszych. Duszno?? i ciemno?? od dymu wzrasta?y; la?y si? w nich strumienie potu, ciek?y strugi krwi. Coraz cia?niej stawa?o si? tam, wrzaskliwiej, krwawiej, w?cieklej, przekl?ciej. Piek?o, piek?o, mówi? ci, wietrze pr?dki, szala?o w tym naszym cichym, wonnym, kwiecistym, niewinnym raju le?nym. Piek?o ludzkie.
I zdawa? si? mog?o, ?e nad to, co si? ju? dzia?o, nic na ziemi straszniejszego dzia? si? nie mo?e. A jednak…
Kiedy na ludzi spogl?dasz, wietrze pr?dki, nie mów nigdy: “Tu kres ich tragedii!” Bo nikt w?ród wszech?wiata odgadn?? ani obliczy? nie zdo?a tego szczytu najwy?szego, na który wzbija? si? mog? ich tragedie, ich zbrodnie i ich niedorównany we wszech?wiecie ból i oto…
Zza g?stwiny olch i osin, zza tej, co to, widzisz, naprzeciw mnie, spo?ród krzaczastych zaro?li wyrasta, wysun?? si? oddzia? wojska konnego, lasem pik d?ugich nad g?owami naje?ony, nad ko?skimi grzbietami pochylony i krzyk wydaj?c przera?liwy pocz?? przez pust? polan? ku temu namiotowi p?dzi?. Zoczy? namiot ten ludzi pe?en i p?dzi? ku niemu pocz??, ku namiotowi, w którym si? i broni pozbawieni le?eli ludzie ranni, a nad nimi z r?koma czynnymi kl?czeli lekarze.
P?dzi? oddzia? zbrojny w piki, na koniach chy?ych pochylony, z krzykami przera?liwymi, z twarzami opalonymi w ogniu bitwy i szala?a mu w ?y?ach w?ciek?o?? lwia…
Lecz za mn? tu? rozleg? si? g?os stalowy, wrzask boju przewy?szaj?cy:
- Jazda! na obron? rannych.
W mgnieniu oka z dowódc? swym na czele wlecieli na polan?. Czarni od dymów piekielnych, na zziajanych koniach wypadli zza drzew zaro?li, naprzeciw tamtym, z podniesionymi szablami w r?kach…
S?o?ce mia?o si? ku zachodowi i zza dymu ?wieci?o tarcz? z roz?arzonej miedzi. Na ten poczet lec?cy, na jego spalone twarze i obna?one szable pad? rdzawoczerwony blask, bezpromienny, ponury. W tym blasku dopadli namiotu, ju? przez tamtych okr??onego, z w?t?? ?cian? ga??zi ju? rozwalon?. Straszliwy panowa? tam t?ok i rozlega?y si? nieludzkie wycia i ryki. Ca?? si?? rozp?du koni w t?ok ten uderzyli, z r?k sypi?c b?yskawice szabel i pistoletowe strza?y. Dowódca czarnow?osy, do Archanio?a z mieczem p?omiennym podobny, pierwszy szerokiego otworu doskoczy? i jakby nogi konia jego ziemia do siebie przyku?a – stan??.
O, Jezu! Nie by?o ju? w namiocie rannych ani lekarzy. By?y tylko trupy w krwi brocz?ce i jeszcze otrzymuj?ce nowe rany, umilk?e albo w strasznym konaniu charcz?ce. A w po?rodku tego pola mordów dokonanych dokonywa? si? ju? ostatni. Na ostrzach kilku pik osadzony i wysoko wzniesiony w powietrze ma?y Tar?owski twarz bia?? jak chusta wystawia? na rdzawoczerwony blask s?o?ca. M?cze?ska twarz ta, o umieraj?cych oczach, z czerwonym sznurkiem krwi od z?otych w?osów do ust, konwulsj? wstrz?snych, pozna?a jednak przyjaciela, r?ka szybkim ruchem rzuci?a ku niemu jaki? przedmiot czerwony i g?os mdlej?cy zawo?a?:
- Jagmin! siostrze!
Ostatni dar, ostatnia my?l, ostatnie s?owo! Jak ptak czerwony chusta krwi? ociekaj?ca zlecia?a na szerok? pier? dowódcy jazdy, lecz w tej?e chwili upad? pod nim ko? jego, kul? ugodzony i on sam w?ród t?oku, dymu, wrzasku, stuku wystrza?ów, ulewy ognistych b?yskawic – znikn??!…
…Przesta? szumie? d?b brodaty i cisza nocna zaleg?a polan?. Bo noc ju? nadesz?a, mroczna, ale nie ciemna: przezroczysta, gwia?dzista, majowa.
Na pagórku mogilnym, na wysokich trawach wiatr le?a?, tak lekki, ?e nie ugina?y si? pod nim ku ziemi wysokie trawy. Ogromne skrzyd?a jego ?a?o?nie zwin??y mu si? z boków i smutnie rozsypa?y si? po ziemi w?osy ze srebrzystych szronów paj?czo uprz?dzione. W wyd?u?onych skr?tach jego kryszta?owego cia?a blado ?wieci?y odbicia gwiazd i z odbi? tych jedno tylko wzrasta?o w blask i wielko??, a? wzros?o w p?omyk gorej?cy, od którego taja? pocz?? kryszta? jego piersi. Taja? od gorej?cego p?omyka kryszta? piersi wiatru pr?dkiego i ?cieka? na wysokie trawy z szemraniem tak cichym, z jakim p?acz? warkocze brzozy, gdy z nich na ziemi? sp?ywaj? majowe deszcze nocne. Tak na bezimiennej, zapomnianej, nieznanej mogile le?nej p?aka? wiatr.
I cicho znad traw zaszele?ci?:
A ten krzy?yk?
Ciche nad sam? ziemi? odpowiedzia?o mu dzwonienie:
- My, ma?e dzwonki liliowe, my, ma?e dzwonki, lito?nie?my ch?odzi?y jej rozpalone czo?o i pi?y lej?ce si? z oczu jej ?zy.
Po latach, po wielu, o sm?tnej jesieni przysz?a tu ciemna, drobna i u stóp pagórka twarz? pad?a na pod?o?e zio?a.
Biedn? twarz?! Bo nie by?a ju? bia?? ani ró?ow?; bia?o?? jej i ró?owo?? wypi?o z niej ?ycie. Biedne ?ycie! Bo nie wiemy, co tam na ?wiecie czyni?a, a w oczach sta?a odbita samotno?? t?skni?ca, gorzka.
Biedne r?ce, niegdy? ca?owane tak mi?o?nie! Biedne oczy, niegdy? tak podobne do b??kitnych, dziewiczych, czystych oczu brata.
On nieprzespanie spa? na dnie pagórka tego, z ostatnim jej pozdrowieniem, szczypteczk? prochu na piersi w proch rozsypanej.
I tamten…
Le?a?a na pagórku do zió? z?ó?k?ych tul?c twarz uwi?d?? i na ich kobiercu rozci?gaj?c sukni? sw? ciemn?, biedn?…
My?my wtedy nie mia?y kwiatów, jak?e? w jesieni! wi?c tylko li?ciem ch?odnym obj??y?my twarz jej od p?aczu gor?c? i ?zy pi?y?my, co d?ugo p?yn??y z oczu.
D?ugo. Niepr?dko z ziemi wsta?a i ten krzy?yk ma?y, który przynios?a z sob?, w?ród ?odyg naszych utkwi?a. Potem drobna jej posta? odesz?a w zmierzch wieczorny, w?ród ?ó?tych drzew znikn??a i nie wróci?a ju? wi?cej nigdy…

*

…Teraz zaszumia? pot??ny, brodaty d?b:
- I p?yn??y lata za latami…
O ka?dej wio?nie ptaki przylatywa?y tu gromadnie, wiewiórki po ?wierkach ta?czy?y i w trawach biega?y, pe?za?y, podlatywa?y drobne owadki, robaczki. Ró?e dzikie odkwita?y i zawiesza?y si? u koron ich motyle. S?o?ce k?ad?o na trawy szerokie p?achty z?ote. Od zórz wieczornych ?eglowa?y niebem rumie?ce ob?oków. W zmrokach nocnych ?wieci?y wysokie gwiazdy lub ci??kie, ciemne ca?uny nisko rozwiesza?y chmury. P?yn??y dnie za dniami, noce za nocami…
W g??bokie jesienie hucza?y tu wichry, szumia?y ulewy, szemra?y deszcze niesko?czone, a w ?nie?yste, szkliste zimy my, drzewa, wznosi?y?my nad tym wzgórzem grobowce ze szk?a szronów i z marmuru ?niegów, zimne, bia?e, koronkami obwieszone, brylantami osypane. Czasem na te grobowce zlatywa?y stada wron lub kawek, krakaniem grobowym powietrze nape?niaj?c, albo w królewskiej postawie zatrzyma? si? w?ród nich jele? wspania?y, przebieg?o stado kóz p?ochliwych, drobny zaj?c przemkn?? znacz?c na ?niegu zygzaki ciemnych ?ladów. P?yn??y wiosny za wiosnami, zimy za zimami…
I dwie rzeczy by?y niezmienne. Zawsze sta?a tu wysoka od ziemi do nieba samotno?? z obliczem niemym. I ci?gle p?yn?? t?dy nie?miertelny strumie? czasu, niestrudzenie szemrz?c: Vae victis! Vae victis! vae victis!

*

…Wiatr pr?dki ju? nie p?aka?. Kryszta?owe cia?o jego wstawa? pocz??o nad wzgórzem mogilnymi coraz wy?sze, silniejsze, pot??niejsze, ros?o.
Wstawa? i na kszta?t powiewnej kolumny wzrasta? do wierzcho?ków drzew, wysoko nad ich wierzcho?ki, jeszcze wy?ej, ca?y w gniewnym szumie podnosz?cych si? znad ziemi skrzyde?, w zawierusze w?osów roztaczaj?cych si? naokó? olbrzymi? sieci? paj?cz?, ?wiec?ca szklistym szronem. A?, niebotyczny, wzd?ty, niezliczonymi odbiciami gwiazd roziskrzony, roztoczy? skrzyd?a latawca-olbrzyma, na las ca?y rzucaj?c okrzyk:
- Gloria victis!
I zerwa? si? z mogi?y, wzlecia? nad las, szlakiem powietrznym dotar? ciemnego nieba i do gwiazd mrugaj?cych, do srebrzystych dróg mlecznych zawo?a?:
- Gloria victis!
A potem znowu ku ziemi sp?yn?? i, niespokojny, gniewnym, czy ?wi?tym sza?em zdj?ty, szumi?cym szlakiem ciemno?ci przerzynaj?c, nad polami, nad wodami, nad lasami, nad miastami i wioskami, na ca?? kul? powietrzn?, która obejmuje ziemi?, i na ca?e sklepienie niebieskie wo?a?:
- Gloria victis!
Zdumiewa?y si? wo?ania tego s?uchaj?c pola, wody, lasy, wsie i miasta, zdumiewa?a si? kula ziemska i kula powietrzna, w zdumieniu zapytuj?c, kto nad ?wiatem g?osi t? ogromn?, nies?ychan?, t? fantastyczn?, niespodziewan? nowin?? Czy ba?? dosta?a skrzyde? i nocami pocz??a ?wiatu przedziwne rzeczy opowiada?? Czy tak wo?aj? duchy str?cone z planet innych? Czy senne rojenia? Zjawy bezcielesne? Z?udy? I zali? przemienienie ?wiata g?os ten zwiastuje lub jego sko?czenie?
A wiatr pr?dki od nieznanej, bezimiennej, wielkiej mogi?y le?nej lecia? i lecia?, nios?c i nios?c w przestrze?, w czas, w pami?cie, w serca, w przysz?o?? ?wiata triumfem dalekiej przysz?o?ci rozbrzmiewaj?cy, okrzyk:
- Gloria victis!


Leave a Reply

*
To prove you're a person (not a spam script), type the security word shown in the picture. Click on the picture to hear an audio file of the word.
Click to hear an audio file of the anti-spam word