Friday, January 20th 2006


Pierwszy krok w chmurach – Marek H?asko
posted @ 1:18 pm in [ Lektury i literatura szkolna - Opowiadania ]

Pierwszy krok w chmurach

W sobot? centrum miasto wygl?da tak samo jak w ka?dy inny dzie? tygodnia. Jest tylko wi?cej pijanych; w knajpach i barach, autobusach i bramach – wsz?dzie unosi si? zapach przetrawionego alkoholu. W sobot? miasto traci swoj? pracowit? twarz – w sobot? miasto ma pijan? mord?. Natomiast w centrum miasta, w sobot?
nie ma ludzi, którzy lubi? obserwowa? ?ycie: sta? w bramach, w?óczy? si? po ulicach, siedzie? na ?awce w parku godzinami i tylko po to, aby za lat dwadzie?cia móc sobie przypomnie?, ?e tego to a tego dnia widzia?o si? mniej lub bardziej dziwny traf ?yciowy.
Tak jak wys?a?cy chadzaj? jeszcze podczas okupacji w czerwonych czapkach, tak jak handluj?cy suchym piaskiem, jak podwórzowi ?piewacy o przepitych tenorach – centrum miasta wymarli obecnie obiektywni obserwatorzy ?ycia.
Obserwatorów mo?na spotka? jedynie na przedmie?ciu. ?ycie przedmie?cia zawsze by?o i jest bardziej zag?szczone; na przedmie?ciu w ka?d? sobot?, kiedy jest pogoda, ludzie wynosz? krzes?a przed domy; odwracaj? si? ty?em i usiad?szy okrakiem, obserwuj? ?ycie. Upór obserwatorów nosi czasem znamiona generalnego ob??du: czasem siedz? w ten sposób przez ca?e ?ycie i nie widz? nic oprócz twarzy obserwatora z przeciwka. Potem umieraj? z g??bokim ?alem do ?wiata, z rzekonaniem o jego szarzy?nie i nudzie, gdy? rzadko kiedy przyjdzie im namy?l, ?e mo?na podnie?? si? i pój?? na s?siedni? ulic?. Obserwatorzy ?ycia na staro?? staj? si? niespokojni. Miotaj? si?, patrz? na zegarki; jest to jeden ze ?miesznych nawyków starych ludzi – pragn? ratowa? czas. W pewnym okresie chciwo?? ?ycia i wra?e? staje si? u nich silniejsza ni? u dwudziestolatków. Du?o gadaj?, du?o my?l?: uczucia ich s? dzikie i t?pe zarazem. Potem gasn? szybko i spokojnie. Umieraj?c wmawiaj? wszystkim, ?e ?yli szeroko. Impotenci chwal? si? sukcesami u kobiet, tchórze – bohaterstwem, kretyni – m?dro?ci? ?ycia.

Pan Gienek – z zawodu malarz pokojowy – od czterdziestu lat mieszka? na Marymoncie i od tylu? lat obserwowa? ?ycie swej dzielnicy. Owej soboty pan Gienek tak?e siedzia? przed swoim domem w ogródku i bezmy?lnie patrzy? w ulic?. Od czasu do czasu spluwa? i oblizywa? spieczone wargi; wygasaj?cy dzie? by? upalny i dr?cz?cy. Pan Gienek by? rozdra?niony: nie zdarzy?o si? nic ciekawego w dniu dzisiejszym, nikt nie z?ama? r?ki, nikt nikogo nie pobi? i pana Gienka ssa?o uczucie pustki i nudy – kopn?? psa, który nawin?? mu si? po nog? i ponuro ziewaj?c patrzy? na ulic?. By?a pusta, przeje?d?aj?ce z rzadka samochody podnosi?y tumany rozparzonego piasku. Kiedy straci? ju? ca?a nadziej? na ujrzenie kawa?ka ?ycia, uczu?, ?e kto? tr?ca go w rami?. Podniós? oczy i zobaczy? swego s?siada, Maliszewskiego.
- Chod? pan – powiedzia? Maliszewski.
- Gdzie?
- Niedaleko
- Po co?
- Chcesz pan co? zobaczy?? – powiedzia? Maliszewski.
By? to niski cz?owiek dobrodusznej twarzy i chytrych oczkach. Ruchy jego – mimo pozornej oci??a?o?ci – by?y szybkie i zwinne jak ruchy m?odego kota.
- Co jest? – zapyta? pan Gienek; ziewn?? by? zm?czony upa?em.
- Ch?opak? – powiedzia? Maliszewski
- I co z tego?
- Satyra – powiedzia? Maliszewski – On jest z dziewczyn?. Ju? pan rozumiesz?
- Jasne – rzek? pan Gienek. Podniós? si?; w serce jego wst?pi?a nadzieja.
Zapyta? z o?ywieniem: – ?adna?
- I ?adna i m?oda – rzek? Maliszewski. – Mówi? panu, dobra robota tam chodzi. – Nagle zniecierpliwi? si?: – Idziesz pan czy nie? – zapyta?.
- Nic z tego nie b?dzie – powiedzia? pan Gienek – Zanim my tam dojdziemy ,to oni sko?cz?. Mówi? panu, ?e nic z tego nie b?dzie.
- Oni nie maj? po pi??dziesi?tce tak jak pan – powiedzia? Maliszewski. – Mog? bardzo d?ugo bawi? si? w ten sposób. Ja jak by?em m?ody, tote? mog?em si? w ten sposób bawi? godzinami. Naprawd? tak by?o. Wst?pimy po mojego szwagra i podskoczymy tam, chce pan? On ju? wróci? z roboty i ch?tnie pójdzie z nami. O, patrz pan, ju? idzie!
Rzeczywi?cie, ulic? szed? m?ody, t?gi m??czyzna. R?kawy koszuli mia?
podwini?te, w z?bach trzyma? trawk?. Oczy jego by?y senne i drwi?ce, powieki – ci??kie.
- Heniek – zawo?a? Maliszewski – pozwól tu na chwilk?!
Heniek zbli?y? si? i opar? o p?ot. Czo?o jego by?o mokre od potu.
- Cze?? powiedzia?. – Co u pana, panie Gienku?
- Heniek – powiedzia? Maliszewski – chod? z nami.
- Gor?co – powiedzia? Heniek; obliza? wargi i westchn??: – Nie ma czym
oddycha?. W taki upa? nawet ?wi?temu by nie stan??. Gdzie chcecie skoczy??
- By?em na dzia?ce – rzek? Maliszewski. – Widzia?em ch?opaka z dziewczyn?.
- Szmata? – zapyta? Heniek. Wyplu? trawk?, potem zerwa? now? i przygryz? j? mocnymi z?bami.
- Sk?d – powiedzia? Maliszewski. – Mówi? ci: m?oda i ?adna.
- Mo?emy podskoczy? – powiedzia? Heniek. – Ty mnie znasz: ja lubi?
popatrzy? na ?ycie. Je?li dziewczyna b?dzie brzydka – zwróci? si? do Maliszewskiego – to ty co? dzisiaj postawisz.
Ruszyli i szli szybko w?ród dzia?kowych ogródków. Ludzie przychodzili tu po pracy, aby dogl?da? swych kartofli, pomidorów i marchwi. Teraz jednak by?o pusto: parny, dr?twy dzie? zm?czy? wszystkich – ludzie siedzieli w domu.
- Duszno – powiedzia? Heniek. – Ja nic nie mog? robi? w taki dzie?.
G?owa mnie boli ca?y czas.
- Tamtym te? chyba gor?co – powiedzia? pan Gienek.
- My?l? – rzek? Maliszewski. – My ich och?odzimy. Tak, Heniek?
- W zesz?ym roku – powiedzia? Heniek – tutaj te? przychodzi? taki jeden go?? z dziewczyn?. Ca?e lato tu przychodzili.
- I co?
- Nic. Pewnie nie mieli mieszkania.
- Pobrali si?? – zapyta? z wysi?kiem Gienek; marzy? o szklance zimnego,
gorzkawego piwa.
- Nie wiem. Mo?e i tak, ?e si? pobrali. Te? by?a ?adna dziewczyna.
- Blondynka? – zapyta? znów Gienek; nic a nic go to nie obchodzi?o.
W dalszym ci?gu czu? dr?cz?c? pustk? i niesmak.
- Brunetka – rzek? Heniek. Pami?tam jak dzi?. Ten facet by? blondyn. Nie
mog?em zrozumie?, dlaczego taka ?adna dziewczyna chodzi z takim ?achudr?.
- Nie wiem – mrukn?? pan Gienek. Splun?? g?st? ?lin?. By? z?y na He?ka:
przypomnia? mu, ?e on sam ma brzydk? i do?? g?upi? ?on?. Powiedzia?: – pewnie jaka? szmata.
- Mo?e?… Teraz cicho – rzek? Maliszewski. Poszed? przodem, oni szli za nim wolno, staraj?c si? nie robi? ha?asu. By?o ju? szarawo: s?o?ce uciek?o, na trawie k?ad?y si? b??kitnawe cienie. Maliszewski w pewnym momencie odwróci? g?ow? i zawo?a? cicho – Chod?cie!
Podeszli na palcach kilka kroków i zobaczyli ch?opaka z dziewczyn?. Le?eli obok siebie. Dziewczyna opar?a swoj? g?ow? o rami? ch?opaka i przytuli?a si? do niego ca?ym cia?em. Le?eli zm?czeni mi?o?ci? i upa?em, byli m?odzi i ?adni oboje – jedno ciemne, drugie jasne. Sukienka dziewczyny by?a uniesiona; mia?a d?ugie, mocne br?zowe nogi.
- ?adna – rzek? Heniek. – Bardzo ?adna.
- Mówi?em – powiedzia? szeptem Maliszewski.
Stali w milczeniu: pan Gienek znów obliza? wargi i pomy?la? o swojej ?onie z dreszczem nag?ego wstr?tu. Maliszewski u?miechn?? si? g?upkowato. Heniek jeszcze bardziej opu?ci? ci??kie powieki i post?powa? z nogi na nog?. Nagle zapyta? z rozdra?nieniem:
- Robimy co??
- Ty – powiedzia? Maliszewski – Zrób im co? takiego, ?eby si? nie pozbierali ze ?miechu do ko?ca ?ycia. Ty to mo?esz zrobi?, Heniek
- Heniu? – powiedzia? pan Gienek – najlepiej ich nastraszy?. – Przytakn??
palcami i powtórzy?: – Ona jest strasznie ?adna. Ju? dawno nie widzia?em takiej lalki. Jeszcze dziecko. Nie powinni tego robi?. – Nagle zniecierpliwi? si? i rzek? do He?ka:
- Zrób im pan co, bo jak nie, to ja im bomb? zasun?.
- Czekaj pan – powiedzia? Heniek. – To ju? lepiej ja.
Patrzy? przez chwil? na br?zowe uda dziewczyny i na twarzy jego malowa?a si? m?ka. Potem wyszed? zza drzewa i stan?? przed m?odymi. Zmru?ywszy oczy, rzek?:
- W tat? i mam? si? bawicie? Smacznego!
Maliszewski i pan Gienek wybuchn?li ?miechem. Ch?opak zerwa? si? na nogi i wyj?ka?:
- Czego pan chce?
- Niczego – powiedzia? bardzo wolno Heniek. Stan?? przed ch?opakiem i ko?ysa? si? na nogach. Gryz? w dalszym ci?gu trawk? i spluwa? zielonkaw? ?lin?. Potem powiedzia?:
- Uwa?aj, jak jedziesz kochany. To ci przyszed?em powiedzie?. Zawsze
uwa?aj, jak jedziesz.
Maliszewski wyszed? zza drzewa i stan?? obok He?ka.
- ?adna dziewczyna – powiedzia? patrz?c na ni? burymi oczkami – Ja bym sam chcia? tak? pozna?. Mo?e si? zapoznamy, prosz? pani?.
- Idiota – powiedzia?a dziewczyna. Stan??a za ch?opakiem; by?a czerwona i zdenerwowana; pan Gienek patrzy?, jak dr?? jej szczup?e plecy i raz jeszcze pomy?la? ze wstr?tem o swojej brzydkiej, grubej i nieforemnej ?onie.
- Ty, ty, szmata – powiedzia? Maliszewski; oczy nabieg?y mu krwi? ze
w?ciek?o?ci. Rzek? szybko, jakby si? dusz?c: – Ty jeste? zwyczajna kurwa, rozumiesz? Ja mam córk? starsz? od ciebie , ty kurewko.
- Niech pan st?d odejdzie – powiedzia? ch?opak, b?agalnie patrz?c im w oczy. – Ja pana prosz?, niech pan stad odejdzie. My?my panu niczego nie zrobili. Ja pana strasznie prosz?.
- Kogo ty prosisz, Janek? – powiedzia?a dziewczyna. – Tego starego durnia?
- Zamknij swojej pani mord? – powiedzia? Heniek – bo inaczej ja jej zamkn?. I sam te? nie pajacuj. Mowie ci, zamknij jej mord?.
- Sam masz mord? – powiedzia?a dziewczyna. Patrzy?a na niego z pogard?. By?a nieprzytomna ze zdenerwowania, lecz usi?owa?a si? roze?mia? szyderczo – Bydlak – powiedzia?a i wybuchn??a p?aczem.
- Ej, ty – powiedzia? Heniek i szarpn?? j? za r?k?. – Komu ty wymy?lasz?
Przychodzisz si? tutaj puszcza? i jeszcze co? mówisz?
Ch?opak szarpn?? si?; uderzy? He?ka w twarz – raz i drugi. Sta?o si? to tak szybko, ?e Heniek zd??y? tylko zamruga? oczami. Lecz w nast?pnej chwili z?apa? ch?opaka za w?osy i trzasn?? twarz? w swoje kolano. Potem uderzy? go pi??ci? w usta i rzuci? na ziemi?.
- Dosy?, prosz? klienta? – zapyta?. – Jak nie dosy?, to ja mog? klienta obs?u?y? dodatkowo. Taryfa ulgowa; tu jest bardzo mi?y cmentarz. – I wybuchn?? stekiem najplugawszych obelg. Zamkn?? oczy, lecz ci?gle widzia? br?zowe, d?ugie nogi dziewczyny.
- Chod?, Janek – powiedzia?a dziewczyna. Otar?a ch?opakowi twarz z krwi. Rzek?a do nich:
- Policzymy si? jeszcze. – I kiedy odeszli ju? par? kroków, krzykn??a
histerycznie:
- Jeste?cie stare szmaty nie m??czy?ni!
Wracali do domu. Znów szli w?ród ogródków dzia?kowych.
- Parno – powiedzia? Heniek. – Prawdopodobnie, ?e b?dzie pada?. – Westchn?? i rzek?: – To by?a ?adna dziewczyna. Dlaczego jej powiedzia?e?, ?e jest kurw??
Przecie? jej nie znasz. Sk?d mog?e? wiedzie??
- Ja przecie? nie powiedzia?em, ?e ona jest taka – rzek? Maliszewski. – To ty powiedzia?e?.
- Ja?
- Ty.
- Nie wyg?upiaj si?. Ja jej wcale nie zna?em.
- Ja j? zna?em – powiedzia? Maliszewski. – Ja ju? ich tutaj widzia?em nie
pierwszy raz. Oni si? bardzo kochaj?.
- Co b?dzie dalej? – zapyta? pan Gienek.
- Nie wiem, co b?dzie dalej. Ale wiem, ?e oni z sob? chodz?. I wiem ,?e oni dzisiaj pierwszy raz z sob?.
- Sk?d? – zapyta? leniwie pan Gienek.
- S?ysza?em, jak j? prosi?. I on si? ba?, i ona si? ba?a. S?ysza?em, jak si?
namawiali. Bali si? dziecka, tak mówili. Ale chyba bardziej siebie.
- Tak zawsze bywa ten pierwszy raz – powiedzia? Heniek. – Ja si? te? ba?em.
- Ka?dy si? ba? tego pierwszego razu – powiedzia? Maliszewski. – Ale po co ty go zaprawi?e??
- Sam chcia?e?.
- Nie wiedzia?em, ?e to tak wyjdzie. On do niej tak dziwnie mówi?…
- Jak?
- Nie pami?tam.
- Chmurzy si? i powiedzia? pan Gienek.
- On w?a?nie cos mówi? o chmurach – powiedzia? Maliszewski. – Jaki? wiersz. Mówi? wam, oni si? kochaj?.
- Ju? teraz nie b?d? si? kocha? – powiedzia? Gienek. – B?d? siebie mieli dosy? na zawsze. Po takim czy?? nie b?d? mogli patrze? na siebie. Niepotrzebnie to wszystko wysz?o.
- Ja ju? wiem – powiedzia? Maliszewski – Przypomnia?o mi si?. On tak jej mówi?, ?e jak on j? tego, to b?dzie ich pierwszy krok w chmury. On tak jej mówi?, tylko, ?e do wiersza. A ona tylko: “Boj? si?. Boj? si?.” i p?aka?a.
- Mo?e si? ba? bólu?
- Nie my?l? – rzek? Maliszewski – Nie my?l?, ?eby si? ba?a bólu. To przychodzi potem. ?ycie, inni ludzie, plotka. Ale ten pierwszy raz, to naprawd? jest w chmurach. Zakochani niczego nie widz?.
- My te?? – zapyta? Heniek.
- Oni teraz ju? nie b?d? si? kocha? – powiedzia? pan Gienek. – Ja sam wiem, ?e jakby mnie co? takiego spotka?o, to bym ju? potem nie kocha? dziewczyny. Zmarkotnia? nagle: znów ssa?a go pustka Wyszli z ogródków i znów szli ulic?.
- Nie – powiedzia? Heniek. – Oni ju? teraz nie b?d? si? kocha?. Mnie te?
spotka?o kiedy? co? takiego. I nie kocha?em ju? potem tej dziewczyny.
- Ka?dego z nas spotka?o kiedy? co? takiego – powiedzia? Maliszewski. – Ale po co ty mu da?e? w jap??
- On mnie pierwszy uderzy? – rzek? Heniek. – Zajdziemy na to piwo?
- Mo?emy zaj??. Ta dziewczyna to ju? chyba nie przyjdzie.
- Chyba nie – powiedzia? pan Gienek. – I za co pan j? tak nazwa?e??
- Moj? dziewczyn? te? tak kto? kiedy? nazwa? – powiedzia? Maliszewski. – Jak Boga kocham, do dzi? nie wiem za co.
- I nie kocha?e? si? pan ju? potem?
- Nie – powiedzia? Maliszewski. Milcza?, potem rzek? z nag?? z?o?ci?: – Dajcie mi spokój, do cholery! Nie wierz? w ?adna mi?o??. Kobiecie swojej te? nie wierz?. Nikomu nie wierz?.
- G?upia sprawa – powiedzia? Heniek. Spojrza? w niebo i powiedzia?: Chmurzy si?. To jak on tam mówi??
- Zdaje si?, ?e krok w deszcz czy co? takiego – powiedzia? zm?czonym g?osem Maliszewski. – Chod?cie na to piwo… Albo o deszczu, albo o burzy… Nie pami?tam. Nie chc? niczego pami?ta?. Gdybym nie pami?ta?, nie by?oby tej ca?ej awantury.
- B?dzie jutro deszcz – powiedzia? Heniek.
- Zawsze w niedziel? pada deszcz – powiedzia? pan Gienek. Skrzywi? si?: raz jeszcze pomy?la? o swojej ohydnej ?onie, o ch?opaku, o dniu jutrzejszym, o ?licznej dziewczynie, o jej d?ugich, brunatnych nogach, o jej piersiach, o jej czerwonych, ?wie?ych ustach, o jej opalonym, silnym karku, o jej zielonych, przera?onych oczach i powtórzy? be?kotem, gdy? musia? co? powiedzie?: W niedziele zawsze pada deszcz…


Leave a Reply

*
To prove you're a person (not a spam script), type the security word shown in the picture. Click on the picture to hear an audio file of the word.
Click to hear an audio file of the anti-spam word