Pierwszy krok w chmurach
W sobot? centrum miasto wygl?da tak samo jak w ka?dy inny dzie? tygodnia. Jest tylko wi?cej pijanych; w knajpach i barach, autobusach i bramach - wsz?dzie unosi si? zapach przetrawionego alkoholu. W sobot? miasto traci swoj? pracowit? twarz - w sobot? miasto ma pijan? mord?. Natomiast w centrum miasta, w sobot?
nie ma ludzi, którzy lubi? obserwowa? ?ycie: sta? w bramach, w?óczy? si? po ulicach, siedzie? na ?awce w parku godzinami i tylko po to, aby za lat dwadzie?cia móc sobie przypomnie?, ?e tego to a tego dnia widzia?o si? mniej lub bardziej dziwny traf ?yciowy.
Tak jak wys?a?cy chadzaj? jeszcze podczas okupacji w czerwonych czapkach, tak jak handluj?cy suchym piaskiem, jak podwórzowi ?piewacy o przepitych tenorach - centrum miasta wymarli obecnie obiektywni obserwatorzy ?ycia.
Obserwatorów mo?na spotka? jedynie na przedmie?ciu. ?ycie przedmie?cia zawsze by?o i jest bardziej zag?szczone; na przedmie?ciu w ka?d? sobot?, kiedy jest pogoda, ludzie wynosz? krzes?a przed domy; odwracaj? si? ty?em i usiad?szy okrakiem, obserwuj? ?ycie. Upór obserwatorów nosi czasem znamiona generalnego ob??du: czasem siedz? w ten sposób przez ca?e ?ycie i nie widz? nic oprócz twarzy obserwatora z przeciwka. Potem umieraj? z g??bokim ?alem do ?wiata, z rzekonaniem o jego szarzy?nie i nudzie, gdy? rzadko kiedy przyjdzie im namy?l, ?e mo?na podnie?? si? i pój?? na s?siedni? ulic?. Obserwatorzy ?ycia na staro?? staj? si? niespokojni. Miotaj? si?, patrz? na zegarki; jest to jeden ze ?miesznych nawyków starych ludzi - pragn? ratowa? czas. W pewnym okresie chciwo?? ?ycia i wra?e? staje si? u nich silniejsza ni? u dwudziestolatków. Du?o gadaj?, du?o my?l?: uczucia ich s? dzikie i t?pe zarazem. Potem gasn? szybko i spokojnie. Umieraj?c wmawiaj? wszystkim, ?e ?yli szeroko. Impotenci chwal? si? sukcesami u kobiet, tchórze - bohaterstwem, kretyni - m?dro?ci? ?ycia.
Pan Gienek - z zawodu malarz pokojowy - od czterdziestu lat mieszka? na Marymoncie i od tylu? lat obserwowa? ?ycie swej dzielnicy. Owej soboty pan Gienek tak?e siedzia? przed swoim domem w ogródku i bezmy?lnie patrzy? w ulic?. Od czasu do czasu spluwa? i oblizywa? spieczone wargi; wygasaj?cy dzie? by? upalny i dr?cz?cy. Pan Gienek by? rozdra?niony: nie zdarzy?o si? nic ciekawego w dniu dzisiejszym, nikt nie z?ama? r?ki, nikt nikogo nie pobi? i pana Gienka ssa?o uczucie pustki i nudy - kopn?? psa, który nawin?? mu si? po nog? i ponuro ziewaj?c patrzy? na ulic?. By?a pusta, przeje?d?aj?ce z rzadka samochody podnosi?y tumany rozparzonego piasku. Kiedy straci? ju? ca?a nadziej? na ujrzenie kawa?ka ?ycia, uczu?, ?e kto? tr?ca go w rami?. Podniós? oczy i zobaczy? swego s?siada, Maliszewskiego.
- Chod? pan - powiedzia? Maliszewski.
- Gdzie?
- Niedaleko
- Po co?
- Chcesz pan co? zobaczy?? - powiedzia? Maliszewski.
By? to niski cz?owiek dobrodusznej twarzy i chytrych oczkach. Ruchy jego - mimo pozornej oci??a?o?ci - by?y szybkie i zwinne jak ruchy m?odego kota.
- Co jest? - zapyta? pan Gienek; ziewn?? by? zm?czony upa?em.
- Ch?opak? - powiedzia? Maliszewski
- I co z tego?
- Satyra - powiedzia? Maliszewski - On jest z dziewczyn?. Ju? pan rozumiesz?
- Jasne - rzek? pan Gienek. Podniós? si?; w serce jego wst?pi?a nadzieja.
Zapyta? z o?ywieniem: - ?adna?
- I ?adna i m?oda - rzek? Maliszewski. - Mówi? panu, dobra robota tam chodzi. - Nagle zniecierpliwi? si?: - Idziesz pan czy nie? - zapyta?.
- Nic z tego nie b?dzie - powiedzia? pan Gienek - Zanim my tam dojdziemy ,to oni sko?cz?. Mówi? panu, ?e nic z tego nie b?dzie.
- Oni nie maj? po pi??dziesi?tce tak jak pan - powiedzia? Maliszewski. - Mog? bardzo d?ugo bawi? si? w ten sposób. Ja jak by?em m?ody, tote? mog?em si? w ten sposób bawi? godzinami. Naprawd? tak by?o. Wst?pimy po mojego szwagra i podskoczymy tam, chce pan? On ju? wróci? z roboty i ch?tnie pójdzie z nami. O, patrz pan, ju? idzie!
Rzeczywi?cie, ulic? szed? m?ody, t?gi m??czyzna. R?kawy koszuli mia?
podwini?te, w z?bach trzyma? trawk?. Oczy jego by?y senne i drwi?ce, powieki - ci??kie.
- Heniek - zawo?a? Maliszewski - pozwól tu na chwilk?!
Heniek zbli?y? si? i opar? o p?ot. Czo?o jego by?o mokre od potu.
- Cze?? powiedzia?. - Co u pana, panie Gienku?
- Heniek - powiedzia? Maliszewski - chod? z nami.
- Gor?co - powiedzia? Heniek; obliza? wargi i westchn??: - Nie ma czym
oddycha?. W taki upa? nawet ?wi?temu by nie stan??. Gdzie chcecie skoczy??
- By?em na dzia?ce - rzek? Maliszewski. - Widzia?em ch?opaka z dziewczyn?.
- Szmata? - zapyta? Heniek. Wyplu? trawk?, potem zerwa? now? i przygryz? j? mocnymi z?bami.
- Sk?d - powiedzia? Maliszewski. - Mówi? ci: m?oda i ?adna.
- Mo?emy podskoczy? - powiedzia? Heniek. - Ty mnie znasz: ja lubi?
popatrzy? na ?ycie. Je?li dziewczyna b?dzie brzydka - zwróci? si? do Maliszewskiego - to ty co? dzisiaj postawisz.
Ruszyli i szli szybko w?ród dzia?kowych ogródków. Ludzie przychodzili tu po pracy, aby dogl?da? swych kartofli, pomidorów i marchwi. Teraz jednak by?o pusto: parny, dr?twy dzie? zm?czy? wszystkich - ludzie siedzieli w domu.
- Duszno - powiedzia? Heniek. - Ja nic nie mog? robi? w taki dzie?.
G?owa mnie boli ca?y czas.
- Tamtym te? chyba gor?co - powiedzia? pan Gienek.
- My?l? - rzek? Maliszewski. - My ich och?odzimy. Tak, Heniek?
- W zesz?ym roku - powiedzia? Heniek - tutaj te? przychodzi? taki jeden go?? z dziewczyn?. Ca?e lato tu przychodzili.
- I co?
- Nic. Pewnie nie mieli mieszkania.
- Pobrali si?? - zapyta? z wysi?kiem Gienek; marzy? o szklance zimnego,
gorzkawego piwa.
- Nie wiem. Mo?e i tak, ?e si? pobrali. Te? by?a ?adna dziewczyna.
- Blondynka? - zapyta? znów Gienek; nic a nic go to nie obchodzi?o.
W dalszym ci?gu czu? dr?cz?c? pustk? i niesmak.
- Brunetka - rzek? Heniek. Pami?tam jak dzi?. Ten facet by? blondyn. Nie
mog?em zrozumie?, dlaczego taka ?adna dziewczyna chodzi z takim ?achudr?.
- Nie wiem - mrukn?? pan Gienek. Splun?? g?st? ?lin?. By? z?y na He?ka:
przypomnia? mu, ?e on sam ma brzydk? i do?? g?upi? ?on?. Powiedzia?: - pewnie jaka? szmata.
- Mo?e?… Teraz cicho - rzek? Maliszewski. Poszed? przodem, oni szli za nim wolno, staraj?c si? nie robi? ha?asu. By?o ju? szarawo: s?o?ce uciek?o, na trawie k?ad?y si? b??kitnawe cienie. Maliszewski w pewnym momencie odwróci? g?ow? i zawo?a? cicho - Chod?cie!
Podeszli na palcach kilka kroków i zobaczyli ch?opaka z dziewczyn?. Le?eli obok siebie. Dziewczyna opar?a swoj? g?ow? o rami? ch?opaka i przytuli?a si? do niego ca?ym cia?em. Le?eli zm?czeni mi?o?ci? i upa?em, byli m?odzi i ?adni oboje - jedno ciemne, drugie jasne. Sukienka dziewczyny by?a uniesiona; mia?a d?ugie, mocne br?zowe nogi.
- ?adna - rzek? Heniek. - Bardzo ?adna.
- Mówi?em - powiedzia? szeptem Maliszewski.
Stali w milczeniu: pan Gienek znów obliza? wargi i pomy?la? o swojej ?onie z dreszczem nag?ego wstr?tu. Maliszewski u?miechn?? si? g?upkowato. Heniek jeszcze bardziej opu?ci? ci??kie powieki i post?powa? z nogi na nog?. Nagle zapyta? z rozdra?nieniem:
- Robimy co??
- Ty - powiedzia? Maliszewski - Zrób im co? takiego, ?eby si? nie pozbierali ze ?miechu do ko?ca ?ycia. Ty to mo?esz zrobi?, Heniek
- Heniu? - powiedzia? pan Gienek - najlepiej ich nastraszy?. - Przytakn??
palcami i powtórzy?: - Ona jest strasznie ?adna. Ju? dawno nie widzia?em takiej lalki. Jeszcze dziecko. Nie powinni tego robi?. - Nagle zniecierpliwi? si? i rzek? do He?ka:
- Zrób im pan co, bo jak nie, to ja im bomb? zasun?.
- Czekaj pan - powiedzia? Heniek. - To ju? lepiej ja.
Patrzy? przez chwil? na br?zowe uda dziewczyny i na twarzy jego malowa?a si? m?ka. Potem wyszed? zza drzewa i stan?? przed m?odymi. Zmru?ywszy oczy, rzek?:
- W tat? i mam? si? bawicie? Smacznego!
Maliszewski i pan Gienek wybuchn?li ?miechem. Ch?opak zerwa? si? na nogi i wyj?ka?:
- Czego pan chce?
- Niczego - powiedzia? bardzo wolno Heniek. Stan?? przed ch?opakiem i ko?ysa? si? na nogach. Gryz? w dalszym ci?gu trawk? i spluwa? zielonkaw? ?lin?. Potem powiedzia?:
- Uwa?aj, jak jedziesz kochany. To ci przyszed?em powiedzie?. Zawsze
uwa?aj, jak jedziesz.
Maliszewski wyszed? zza drzewa i stan?? obok He?ka.
- ?adna dziewczyna - powiedzia? patrz?c na ni? burymi oczkami - Ja bym sam chcia? tak? pozna?. Mo?e si? zapoznamy, prosz? pani?.
- Idiota - powiedzia?a dziewczyna. Stan??a za ch?opakiem; by?a czerwona i zdenerwowana; pan Gienek patrzy?, jak dr?? jej szczup?e plecy i raz jeszcze pomy?la? ze wstr?tem o swojej brzydkiej, grubej i nieforemnej ?onie.
- Ty, ty, szmata - powiedzia? Maliszewski; oczy nabieg?y mu krwi? ze
w?ciek?o?ci. Rzek? szybko, jakby si? dusz?c: - Ty jeste? zwyczajna kurwa, rozumiesz? Ja mam córk? starsz? od ciebie , ty kurewko.
- Niech pan st?d odejdzie - powiedzia? ch?opak, b?agalnie patrz?c im w oczy. - Ja pana prosz?, niech pan stad odejdzie. My?my panu niczego nie zrobili. Ja pana strasznie prosz?.
- Kogo ty prosisz, Janek? - powiedzia?a dziewczyna. - Tego starego durnia?
- Zamknij swojej pani mord? - powiedzia? Heniek - bo inaczej ja jej zamkn?. I sam te? nie pajacuj. Mowie ci, zamknij jej mord?.
- Sam masz mord? - powiedzia?a dziewczyna. Patrzy?a na niego z pogard?. By?a nieprzytomna ze zdenerwowania, lecz usi?owa?a si? roze?mia? szyderczo - Bydlak - powiedzia?a i wybuchn??a p?aczem.
- Ej, ty - powiedzia? Heniek i szarpn?? j? za r?k?. - Komu ty wymy?lasz?
Przychodzisz si? tutaj puszcza? i jeszcze co? mówisz?
Ch?opak szarpn?? si?; uderzy? He?ka w twarz - raz i drugi. Sta?o si? to tak szybko, ?e Heniek zd??y? tylko zamruga? oczami. Lecz w nast?pnej chwili z?apa? ch?opaka za w?osy i trzasn?? twarz? w swoje kolano. Potem uderzy? go pi??ci? w usta i rzuci? na ziemi?.
- Dosy?, prosz? klienta? - zapyta?. - Jak nie dosy?, to ja mog? klienta obs?u?y? dodatkowo. Taryfa ulgowa; tu jest bardzo mi?y cmentarz. - I wybuchn?? stekiem najplugawszych obelg. Zamkn?? oczy, lecz ci?gle widzia? br?zowe, d?ugie nogi dziewczyny.
- Chod?, Janek - powiedzia?a dziewczyna. Otar?a ch?opakowi twarz z krwi. Rzek?a do nich:
- Policzymy si? jeszcze. - I kiedy odeszli ju? par? kroków, krzykn??a
histerycznie:
- Jeste?cie stare szmaty nie m??czy?ni!
Wracali do domu. Znów szli w?ród ogródków dzia?kowych.
- Parno - powiedzia? Heniek. - Prawdopodobnie, ?e b?dzie pada?. - Westchn?? i rzek?: - To by?a ?adna dziewczyna. Dlaczego jej powiedzia?e?, ?e jest kurw??
Przecie? jej nie znasz. Sk?d mog?e? wiedzie??
- Ja przecie? nie powiedzia?em, ?e ona jest taka - rzek? Maliszewski. - To ty powiedzia?e?.
- Ja?
- Ty.
- Nie wyg?upiaj si?. Ja jej wcale nie zna?em.
- Ja j? zna?em - powiedzia? Maliszewski. - Ja ju? ich tutaj widzia?em nie
pierwszy raz. Oni si? bardzo kochaj?.
- Co b?dzie dalej? - zapyta? pan Gienek.
- Nie wiem, co b?dzie dalej. Ale wiem, ?e oni z sob? chodz?. I wiem ,?e oni dzisiaj pierwszy raz z sob?.
- Sk?d? - zapyta? leniwie pan Gienek.
- S?ysza?em, jak j? prosi?. I on si? ba?, i ona si? ba?a. S?ysza?em, jak si?
namawiali. Bali si? dziecka, tak mówili. Ale chyba bardziej siebie.
- Tak zawsze bywa ten pierwszy raz - powiedzia? Heniek. - Ja si? te? ba?em.
- Ka?dy si? ba? tego pierwszego razu - powiedzia? Maliszewski. - Ale po co ty go zaprawi?e??
- Sam chcia?e?.
- Nie wiedzia?em, ?e to tak wyjdzie. On do niej tak dziwnie mówi?…
- Jak?
- Nie pami?tam.
- Chmurzy si? i powiedzia? pan Gienek.
- On w?a?nie cos mówi? o chmurach - powiedzia? Maliszewski. - Jaki? wiersz. Mówi? wam, oni si? kochaj?.
- Ju? teraz nie b?d? si? kocha? - powiedzia? Gienek. - B?d? siebie mieli dosy? na zawsze. Po takim czy?? nie b?d? mogli patrze? na siebie. Niepotrzebnie to wszystko wysz?o.
- Ja ju? wiem - powiedzia? Maliszewski - Przypomnia?o mi si?. On tak jej mówi?, ?e jak on j? tego, to b?dzie ich pierwszy krok w chmury. On tak jej mówi?, tylko, ?e do wiersza. A ona tylko: “Boj? si?. Boj? si?.” i p?aka?a.
- Mo?e si? ba? bólu?
- Nie my?l? - rzek? Maliszewski - Nie my?l?, ?eby si? ba?a bólu. To przychodzi potem. ?ycie, inni ludzie, plotka. Ale ten pierwszy raz, to naprawd? jest w chmurach. Zakochani niczego nie widz?.
- My te?? - zapyta? Heniek.
- Oni teraz ju? nie b?d? si? kocha? - powiedzia? pan Gienek. - Ja sam wiem, ?e jakby mnie co? takiego spotka?o, to bym ju? potem nie kocha? dziewczyny. Zmarkotnia? nagle: znów ssa?a go pustka Wyszli z ogródków i znów szli ulic?.
- Nie - powiedzia? Heniek. - Oni ju? teraz nie b?d? si? kocha?. Mnie te?
spotka?o kiedy? co? takiego. I nie kocha?em ju? potem tej dziewczyny.
- Ka?dego z nas spotka?o kiedy? co? takiego - powiedzia? Maliszewski. - Ale po co ty mu da?e? w jap??
- On mnie pierwszy uderzy? - rzek? Heniek. - Zajdziemy na to piwo?
- Mo?emy zaj??. Ta dziewczyna to ju? chyba nie przyjdzie.
- Chyba nie - powiedzia? pan Gienek. - I za co pan j? tak nazwa?e??
- Moj? dziewczyn? te? tak kto? kiedy? nazwa? - powiedzia? Maliszewski. - Jak Boga kocham, do dzi? nie wiem za co.
- I nie kocha?e? si? pan ju? potem?
- Nie - powiedzia? Maliszewski. Milcza?, potem rzek? z nag?? z?o?ci?: - Dajcie mi spokój, do cholery! Nie wierz? w ?adna mi?o??. Kobiecie swojej te? nie wierz?. Nikomu nie wierz?.
- G?upia sprawa - powiedzia? Heniek. Spojrza? w niebo i powiedzia?: Chmurzy si?. To jak on tam mówi??
- Zdaje si?, ?e krok w deszcz czy co? takiego - powiedzia? zm?czonym g?osem Maliszewski. - Chod?cie na to piwo… Albo o deszczu, albo o burzy… Nie pami?tam. Nie chc? niczego pami?ta?. Gdybym nie pami?ta?, nie by?oby tej ca?ej awantury.
- B?dzie jutro deszcz - powiedzia? Heniek.
- Zawsze w niedziel? pada deszcz - powiedzia? pan Gienek. Skrzywi? si?: raz jeszcze pomy?la? o swojej ohydnej ?onie, o ch?opaku, o dniu jutrzejszym, o ?licznej dziewczynie, o jej d?ugich, brunatnych nogach, o jej piersiach, o jej czerwonych, ?wie?ych ustach, o jej opalonym, silnym karku, o jej zielonych, przera?onych oczach i powtórzy? be?kotem, gdy? musia? co? powiedzie?: W niedziele zawsze pada deszcz…