Friday, January 20th 2006


Szelmostwa lisa Witalisa – Jan Brzechwa
posted @ 1:38 pm in [ Bajki -Dla dzieci ]

SZELMOSTWA LISA WITALISA

I

Znano ró?ne w ?wiecie lisy:
By? wi?c lis Ancymon ?ysy;

Pospolity lisek rudy,
Pe?en sprytu i ob?udy;
Lis niebieski – wielka sknera;
Zezowaty lis – przechera;

Czarny lisek ogoniasty;
Lis Patrycy Jedenasty;
Srebrny lis niezwykle szczwany;
Lis Mikita spod Oszmiany;

Lis Telesfor farbowany,
Niebezpieczny i zawzi?ty;

Lis Wincenty, lis Walenty,

Lecz nie by?o w ?wiecie lisa
Ponad lisa Witalisa.

Mia? Witalis taki ogon,
?e nie by?o wprost nikogo,
Kto nie stan??by zdumiony:
Taki ogon nad ogony!
I falisty, i puszysty,

I niezwykle zamaszysty,
I ruchliwy na kszta?t kity -
Niezrównany, znakomity!

Gdy Witalis kroczy? drog?,
Wpierw widziano jego ogon,
Co jak ruda chmura zwisa,
A dopiero potem – lisa.

Gdy si? lis pogr??y? we ?nie,
Dziesi?? ptaków jednocze?nie
W tym ogonie wi?o gniazda,
Nios?o jajka, potem – jazda!
Lis si? budzi? niespodzianie
I – jad? ptaszki na ?niadanie.

Gdy Witalis przed wieczorem
Kucn?? sobie nad jeziorem
I potrz?sn?? swym ogonem,
Wszystkie rybki, zachwycone,
Wyp?ywa?y bardzo pr?dko
Za ogonem jak za w?dk?:
Lis je w sosie wy?mienitym
Jad? na obiad z apetytem.

By? Witalis ma?ci rudej,
Niezbyt gruby, niezbyt chudy,
Mia? na prawym oku bielmo
I by? szelm?. Strasznym szelm?!

Mia? rozumu za dziesi?ciu,
Tote? w ka?dym przedsi?wzi?ciu
Wprawia? w podziw swoim sprytem,
Wyrobieniem znkomitym,
Orientacj? doskona??
I dowcipem, jakich ma?o!
A mia? w sobie tyle dumy,
Jakby wszystkie zjad? rozumy.

II

Jest na wschodzie miasto ?om?a.
Gdy na wschód si? dalej zd??a,
Las wyrasta na bezkresie,
Ciemny w?wóz jest w tym lesie,
W tym w?wozie lis mia? jam?,
A w tej jamie – dziwy same.

Wi?c lusterko posrebrzane,
Które z tego by?o znane,
?e gdy czyha? kto? na lisa,
Powstawa?a na nim rysa.

Prócz lusterka mia? pude?ko,
Dok?d zajrze? móg? przez szkie?ko,
By ustali? w sposób ?atwy,
Gdzie zimuj? kuropatwy
Lub na skraju jakiej ??czki
Zabawiaj? si? zaj?czki.

Mia? prócz tego srebrn? mis?
Z ozdobami i napisem:
“Misa lisa Witalisa.”
Zawsze pe?na by?a misa
I nic z niej nie ubywa?o,
Cho? Witalis jad? niema?o.

Mia? ponadto z?oty grzebie?,
Bowiem bardzo dba? o siebie,
I grzebieniem tym starannie
Czesa? ogon nieustannie:
Rozczesywa? raz i wtóry
Z góry na dó? i do góry,
I raz jeszcze, i na nowo
Rozczesywa? – daj? s?owo!
By? Witalis rodem z Polski,
Lecz kapelusz mia? tyrolski,
W którym by?o mu do twarzy,
Cho? wygl?da? nieco starzej.

III

Raz pos?ysza?, ?e nied?wiedzie
S? w tym roku w wielkiej biedzie,
Wi?c nie trac?c chwili czasu,
?wawo uda? si? do lasu.

Przyszed? grzeczny, mi?y, g?adki:
- Có?, robaczki? Có?, nied?wiadki?
Krucho z wami? Chodz? gadki,
?e bezmi?sne ju? obiadki
Je?? musicie! Zió?ka, kwiatki,
Trawki, listki i sa?atki!
Chodz? gadki, ?e za miedz?
Dwa zaj?czki ma?e siedz?,

Które was za chwil? zjedz?!
Wstyd mi za was! Gdy posucha,
Nied?wied? tylko w ?apy dmucha.
Gdzie popatrze? – chuderlaki!
Przykry mi jest widok taki!
Fe! Doprawdy, nie wypada,
Lepiej, gdy potrzebna rada,
Przyj?? po rad? do s?siada.

Zawstydzi?y si? nied?wiedzie:
- ?le si? nam ostatnio wiedzie,
Porad?, porad? nam, s?siedzie,
Powiedz, lisie Witalisie,
Jakie jest twe widzimisi??
Lis przyczesa? sobie ogon
I powiedzia? z min? srog?:
- Chod?cie ze mn?! Znam zagrod?,
W której s? prosi?ta m?ode.

Jest was pi?ciu i dla pi?ciu
B?dzie dzisiaj po prosi?ciu!

Ucieszy?y si? nied?wiedzie:
- Prowad?, prowad? nas, s?siedzie!

Poszli razem le?n? drog?.
Sam Witalis, pr???c ogon,
Uroczy?cie szed? na przedzie.
A za lisem w ?lad – nied?wiedzie:
Cztery stare, jeden m?ody.
Poszli noc? do zagrody,
Lis obejrza? parkan, chatk?
I poci?gn?? za ko?atk?.
- Któ? to straszy dzieci noc??
Kto przychodzi tu i po co?

- To Witalis – lis odrzecze. -
Prosz?, otwórz mi, cz?owiecze,
Z chlewu zabra? chc? prosiaki,
Bo mam dzi? apetyt taki.

Po tych s?owach lis da? nurka,
A tymczasem od podwórka
Psów zjawi?a si? gromada.
Ka?dy szczeka i ujada,
Ka?dy gro?nie z?by szczerzy,
Ka?dy gryzie, gdzie nale?y,
A? nied?wiedzie, pe?ne trwogi,
Powiedzia?y sobie: – W nogi!
Ratuj, lisie Witalisie!
Ale psom a? w ?lepiach skrzy si?
I popad?y w ferwor taki,
?e fruwa?y tylko k?aki.

Lis tymczasem, sun?c boczkiem,
Wbieg? przez furtk? drobnym kroczkiem,
Po szelmowsku mrugn?? oczkiem,
Wszed? ostro?nie od kurnika,
Porwa? kaczk?, g??, indyka,
Trzy kurczaki i perliczk?,
Zwi?za? wszystko to rzemyczkiem
I, nie trac?c chwili czasu,
Pobieg? z ?upem swym do lasu.

A nied?wiedzie, nieszcz??liwe,
Pogryzione, na wpó? ?ywe,
Kulej?ce, g?odne, chore,
Odszuka?y lisi? nor?.

- Przydybali?my ci?, rybko!
Dosy? ?artów! Wy?a? szybko,
Wy?a?, lisie Witalisie!

Lis Witalis ju? – po rysie
Na lusterku – pozna? snadnie,
?e na? gniew nied?wiedzi spadnie.
Widz?c, ?e mu co? zagra?a,
Lis ukaza? si? w banda?ach,
W plastrach, szmatach i ga?ganach:
- Spójrzcie, ca?y jestem w ranach!
Ogon strasznie mam zwichni?ty,
Pok?sane wszystkie pi?ty:
Nara?a?em w?asne ?ycie,
By was broni? nale?ycie.
Wojna by?a nie na ?arty,
Psy walczy?y jak lamparty,
W sposób gro?ny i za?arty.
Lecz wyjawi? mog? skromnie,
?e daleko im jest do mnie:
Gdym wyskoczy? zza cha?upy,
Pad?y pierwsze cztery trupy,
Jeden pies ju? po minucie
W przera?eniu wielkim uciek?,
Drugi chcia? go wzi?? w obron?,
Wi?c zabi?em go ogonem.
Cztery dalsze, poranione,
Po?o?y?y si? pod p?otem
I skona?y wkrótce potem,
A jedynie niedobitki
Was napad?y w sposób brzydki.
Có?, dostali?cie po skórze.
A dlaczego? Bo?cie tchórze!
Zawstyczy?o to nied?wiedzi,
Brak im by?oodpowiedzi,
Wi?c nie ?al?c si? nikomu
Posz?y g?odne spa? do domu.
- ?egnal, lisie Witalisie!

Spa? lisowi ani ?ni si?!
Do swej jamy szybko wróci?,
Zdj?? banda?e, plastry zrzuci?,
Zerkn?? w lustro z min? b?og?
I przyczesa? sobie ogon.

Potem przyniós? chrustu wi?zk?,
?eby upiec sobie g?sk?.
G?ska taka by?a w?ciek?a,
?e na ogniu raka spiek?a,
Lecz z natury by?a mi?a,
Wi?c si? pi?knie zrumieni?a
I Witalis porcj? t?ust?
Zjad? z jab?kami i kapust?.

IV

W czas zimoej ch?odnej pory
Wyszed? lis ze swojej nory:
- Do mnie, wszystkie g?odomory,
Do mnie, z lasów, z kniei, z chaszczy!
Mam ja co? dla ka?dej paszczy!
Kto nie dojad?, ten si? naje!
Znam zwierz?ce obyczaje,
Znam zwierz?ce apetyty
I mam pomys? znakomity,
?eby ka?dy z was by? syty.

Zewsz?d zbieg?y si? zwierz?ta,
Bo dla zwierz?t to przyn?ta,
Pok?d iskra ?ycia tli si?.
- Gadaj, lisie Witalisie,
Przybywamy ca?? zgraj?,
Bo nam kiszki marsza graj?.
Opowiadaj, lisie, ?ci?le
O niezwyk?ym swym pomy?le!

Lis tych s?ów uwa?nie s?ucha?,
Po czym rzek? zdejmuj?c z ucha
Swój kapelusz zawadiacki:
- Umiem piec ze ?niegu placki.
Mam do tego obok, w lasku,
Piec w?asnego wynalazku.
Kto dostarczy kup? ?niegu
I dorzuci mi do tego
Po?e? sad?a lub s?oniny,
Ten w niespe?na pó? godziny
Prosto z pieca na ?niadanie
Placków t?ustych nies?ychanie
Pe?ny taki wór dostanie.

Mówi?c to potrz?sn?? worem,
?e a? z wora nad otworem
Buchn??, mile ?echc?c w chrapach,
Pieczonego ciasta zapach.
Za? Witalis prawi? dalej:

- Mnie bynajmniej si? nie pali,
Takie placki stale jadam,
Ale sobie trud ten zadam,
By wy?ywi? was do wiosny,
Bo wasz wygl?d jest ?a?osny.

Co za placki! Szkoda gada?!
Móg?bym tydzie? opowiada?
O ich cudnym aromacie,
O ich smaku! Otó? macie.

Z tymi s?owy wyj?? z wora
Placków tuzin czy póltora
I sam zjad? je z apetytem,
Pomlaskuj?c sobie przy tym.

Po szelmowskim tym popisie
Pad?y g?osy: – Witalisie,
Co si? zjad?o, to przepad?o,
Dostarczymy ?nieg i sad?o,
Uczta b?dzie wy?mienita,
Chcemy naje?? si? do syta,
Chcemy placki mie? – i kwira!

Lis przyczesa? sobie ogon:
- Placki jutro by? ju? mog?.

Wi?c nazajutrz bardzo wcze?nie,
Gdy las ton?? jeszcze we ?nie,
T?umy zwierz?t sz?y w szeregu,
Wlok?c ca?e góry sniegu,
A do tego jeszcze sad?o -
Tyle, ile go przypad?o.

Lis ju? sta? przed swoj? nor?.
Spojrza?: owszem, sad?a sporo!
Pe?en werwy i ochoty
Wzi?? si? zaraz do roboty,
Zdj?? kapelusz, duchem skoczy?,
Z pi??set snie?nych kul utoczy?,
Ka?d? sp?aszczy? szybkim ruchem,
Tak jak robi si? z racuchem,
Schwyci? sad?o i rzetelnie
Wysmarowa? nim patelni?;

I cho? jest to rzecz kobieca,
Placki wk?ada? j?l do pieca.

Z pieca wnet buchn??? para,
A Witalis ju? si? stara,
Ju? dorzuca nowe placki,
Taki z niego kucharz chwacki.

Przygl?daj? si? zwierz?ta,
Pilnie chodz? mu po pi?tach,
Wprost doczeka? si? nie mog?!
A Witalis pr??y ogon,
Zda si?, w?cha cudny zapach,
A? zwierz?tom kr?ci w chrapach,
A? zwierz?tom skr?ca kiszki.
A Witalis zbiera szyszki
I do ognia je dorzuca,
Kr??y, krz?ta si?, przykuca.
- Sad?a jeszcze! Sad?a! Pr?dzej!
No, bo placki wam uw?dz?!

Po up?ywie pól godziny,
Niewyra?ne stroj?c miny,
Z pieca wyj?? lis patelni?
I do zwierz?t rzek? bezczelnie:
- A to dziwna jest przygoda!
prosz?, spójrzcie, sama woda!
Z takim ?niegiem trudu szkoda:
Rozpuszczony, mokry, sypki -
Mog?yby w nim p?ywa? rybki!
A mówi?em, ?e to nie to!
?nieg powinien by? jak beton -
Zamarzni?ty i w kawa?kach.
Taki w?a?nie jest w Suwa?kach,
W Augustowie, w Ostro??ce…
A to co! Umywam r?ce!
Posz?o ca?e wasze sad?o,
Tyle pracy mej przepad?o!
Nie nabior? si? powtórnie,
Mam was dosy?, bo?cie durnie!

Zawstydzi?y si? zwierz?ta.
Racja! Nikt z nich nie pami?ta?,
?e przed samym ?witem jeszcze
Pada? ?nieg zmieszany z deszczem.
A ?nieg z deszczem jest wodnisty -
Fakt dla wszystkich oczywisty.

Na nic ca?e przedsi?wzi?cie!

Lis wykr?ci? si? na pi?cie,
Spu?ci? ogon na znak smutku
I do nory powolutku
Poszed?, by si? zamkn?? w norze,
Bo by? w bardzo z?ym humorze.

Lecz gdy ju? odeszli go?cie,
Wtedy z pieca jak najpro?ciej
Wyj?? sad?o, w?o?y? w garnki,
Garnki schowa? do spi?arki,
Po czym, dumny z tego zysku,
Krzykn??: – Brawo, Witalisku!

V

Jak co rok w Zielone ?wi?ta
Zgromadzi?y si? zwierz?ta
Dla obioru prezydenta.

Jest to taka wa?na sprawa,
?e zwierz?ce wszystkie prawa
Dzie? ten czyni? dniem przymierza:
Zwierz na zwierza nie uderza,
G?? jest pewna swego pierza,
Pies nie czai si? na je?a,
Owca mo?e wyj?? ze stada -
Nikt nikogo nie napada.
Kot nie drapie, wilk nie zjada,
Nawet zaj?c, cho? ma pierta,
Z odleg?o?ci kilometra
Obserwuje te wybory,
Nawet mysz wychodzi z nory,
Nawet tchórz ze strachu chory
Na wybory ?pieszy ?wawo,
Bo mu wolno. Bo ma prawo.

Lis Witalis, wielki szelma,
?ypie bia?kiem swego bielma,
Pr??y ogon znakomity,
Zwisaj?cy na kszta?t kity,
I w tyrolskim kapeluszu
Kr??y pe?en animuszu.

Tu do wilka si? przymili
I co? szepnie, tam po chwili
Do nied?wiedzia chy?kiem sunie,
Jakie? s?ówko rzuci kunie,
Chytrze mrugnie do jelenia,
Je?a mu?nie od niechcenia,
Mysz ogonem po?askocze,
Mimochodem, Bóg wie o czym,
Porozmawia chwilk? z rysiem.
- ?wietnie, lisie Witalisie!

Wszyscy my?l?: “A to szelma!
Jaki? w tym, widocznie, cel ma”

Ju? najstarszy wilk bu?aw?
Machn?? w lewo, machn?? w prawo;
Takie jest zwierz?ce prawo.

Ju? wybory rozpocz?ta -
Któ? zostanie prezydentem?

Lis spryciarzem by? bezsprzecznie,
Wi?c o g?os poprosi? grzecznie,
Wszed? na pie? i w s?owach kilku
Tak powiedzia?:
- Zacny wilku,
I wy, wszyscy tu zebrani,
Tak przeze mnie szanowani,
Albo mówi?c wprost – zwierz?ta!
Macie wybra? prezydenta.
Czy? jest kto?, kto nie pami?ta
Zas?ug lisa Witalisa?
W pi?ciu tomach ich nie spisa?!
Otó? ja przed wielu laty,
Gdym by? m?ody i bogaty,
W ci?gu jednej tylko wiosny
Zasadzi?em tutaj sosny,
Buki, d?by – niemal wszystko,
By zwierz?tom da? schronisko!
Dla was szereg lat z zapa?em
Drób w kurnikach hodowa?em,
Dla was w chlewach tucz? wieprze,
By?cie mieli ?ycie lepsze.
Jestem waszym dobrodziejem,
A sam nie ?pi?, a sam nie jem,
Tylko my?l? dniem i noc?,
Jak zwierz?tom przyj?? z pomoc?…

Mrukn?? nied?wied? do s?siada:
- Co tu gada? – dobrze gada!
Szepn?? borsuk: – Jaka swada,
Jaka dykcja i wymowa,
To przynajmniej t?ga g?owa!

A tymczasem lis po chwili
Ci?gn?? dalej: – Moi mili,
Nie namawiam, ale radz?:
Je?li dzi? otrzymam w?adz?,
Daj? s?owo, ?e zasadz?
W ci?gu pi?ciu dni na piasku
Drzewa mego wynalazku.
Ju? nie szyszki, nie ?o?edzie,
Ale rosn?? na nich b?dzie
Schab w?dzony i pieczony,
Boczki, szynki, salcesony,
Mortadela i serdelki,
Mi?s przeró?nych wybór wielki,
Nawet prosi? w galarecie,
Je?li tylko zapragniecie.

Wszystkim oczy a? zab?us?y:
- Lis niezgorsze ma pomys?y,
Niech zostanie prezydentem!
- Czy przyj?te? – Tak! Przyj?te!
Nied?wied? obj?? go za szyj?
I zawo?a?: – Niech nam ?yje!
- ?yj nam, lisie Witalisie! -
Powtórzy?y za nim rysie,
Kuny, tchórze i jelenie
Oraz ca?e zgromadzenie.

Po wyborach zgodnie z prawem
Lis od wilka wzi?? bu?aw?
I do domu cztery koz?y
Z wielk? pomp? go zawioz?y.

Kiedy jecha? le?n? drog?,
Wpierw widziano jego ogon,
Co jak ruda chmura zwisa,
A dopiero potem – lisa.

Ju? nazajutrz na polanie
Zacz?? lis urz?dowanie.
Kaza? poda? sobie kor?,
Wzi?? do gar?ci pióro spore
I ustaw? za ustaw?
J?? wydawa? z wielk? wpraw?:

- Zarz?dzamy, by zwierz?ta
Do u?ytku prezydenta
Oddawa?y, prócz okupu,
Czwart? cz??? swojego ?upu.

?eby ka?dy ptak od maja
A? do maja wszystkie jaja
Niós? dla lisa Witalisa,
Który ?ó?tka z nich wysysa.
?eby kury i kurcz?ta
Same sz?y do prezydenta
I prosi?y, by na ro?nie
Raczy? upiec je ostro?nie.
Nie pami?tam ju?, niestety,
Jakie prawa i dekrety
Wyda? jeszcze lis ponadto,
Lecz zwierz?cy ca?y ?wiat to,
Pe?en l?ku i poddania,
Wykonywa? bez szemrania.

*

Up?ywa?y dni, tygodnie…
Lis Witalis ?y? wygodnie,
?upi? wszystkich, jak si? da?o,
I korzy?ci mia? niema?o.

Przed siedzib? jego zawsze
Dwa nied?wiedzie co naj?wawsze
Sta?y sprawnie i wzorowo
Pe?ni?c wart? honorow?.

Sta?y te? jelenie cztery,
By go wozi? na spacery.

A wiewiórki przez dzie? ca?y
Przy ogonie si? krz?ta?y
I chucha?y, i dmucha?y,
I bez przerwy go czesa?y.

Niky spokoju nie mia? w lesie:
Ten us?u?y, tamten poda,
Ten przyniesie, ten odniesie,
Nawet borsuk – wojewoda,
Cho? to bardzo dumna sztuka,
By? u lisa za hajduka,
Wi?c z?o?ci?o to borsuka.

Jad? Witalis za dwudziestu
I zwierz?ta bez protestu
Napycha?y mu spi?arni?,
Chocia? same jad?y marnie.

Nigdy nie chcia? z nikim gada?
Ani nawet odpowiada?
Na pytania, na podania
I nie dawa? pos?uchania.
Siedzia? dumny niczym basze,
Jad? i mówi?: – Sprawa wasza
Dobrze dba? o mój ?o??dek.
Taki musi by? porz?dek!
Jam prezydent, czyli w?adza,
A jak komu nie dogadza,
Niech zabiera si? i zmiata,
Je?li nie chce w?cha? bata!

Gdy ju? wreszcie lisi nierz?d
Kl?sk? spad? na ?ycie zwierz?t,
Wilk cichaczem, bez ha?asu,
Zwo?a? wielki wiec do lasu
I gdy wszyscy si? zebrali,
Rzek?: – Nie mo?e by? tak dalej!

VI

Czeka wszystkich nas zag?ada
I jest na to jedna rada:
Z?apmy lisa lub zastrzelmy -
Do?? ju? rz?dów tego szelmy,
Tego lisa Witalisa,
Który soki z nas wysysa!

Pad?y s?owa: – Racja! Brawo!
- Lis Witalis gwa?ci prawo!
- Zniszczy? wszystkich nas ze szcz?tem!
- Precz! Precz z takim prezydentem!
I uchwali? wiec zwierz?cy,
?e nie ?cierpi tego wi?cej,
?e lis broi? co niemiara,
Wi?c go musi spotka? kara.

Lis tymczasem do lusterka
Niespokojnym okiem zerka;
Nagle widzi – co to? Rysa!
Strach oblecia? Witalisa.
A tu rysa ro?nie, ro?nie,
Za?amuje si? uko?nie
I lusterko ca?e ?amie.
A Witalis siedz?c w jamie
Zimny pot ociera z czo?a.
- Sprawa jednak nieweso?a!

machn?? raz czy dwa ogonem,
Po czym smutnie rzek?: – Sko?czone!
Co u?y?em, to u?y?em,
Dobrze jad?em, dobrze pi?em,
Za to teraz czas mi w drog?.
Trudno. Zosta? tu nie mog?!

Zapakowa? par? waliz.
I chcia? umkn?? lis Witalis.

Zatrzyma?y go nied?wiedzie:
- Po co ?pieszy? si?, s?siedzie?
Nie tak pr?dko, jeszcze chwilka,
Wst?pi? musisz wpierw do wilka,
Wilk ma spraw do ciebie kilka.

- Wilk zaprasza? Rzecz ciekawa!

- Wilk ci? wzywa w imi? prawa!

- Ani my?l?. Nie chce mi si?!
- Mamy rozkaz Witalisie,
Lepiej si? nie stawiaj hardo,
Bo dostaniesz halabard?.

Tu lisowi ?cierp?a skóra.
Widz?c, ?e ju? nic nie wskóra,
Ci??ko westchn??, spu?ci? ogon
I potulnie ruszy? drog?.

Wilk na? czeka? w cieniu buka:
Z prawej strony mia? borsuka,
Z lewej dzika. Nieco dalej
Delegaci zwierz?t stali.

Lis zatrzyma? si? w pó? drogi,
Ale wilk, ogromnie srogi,
Rykn??: – Bli?ej! Ruszaj mi si?!
Kara ci? nie minie, lisie!
Bra? go!

Wzi??y go dwa rysie,
Ten za nogi, ów za g?ow?;
Wilk zawo?a? wi?c: – Gotowe!
Wtedy wysz?y dwie ?asiczki;
Mia?a ka?da z nich no?yczki.
Pochwyci?y ogon lisa,
Co jak ruda chmura zwisa?,
I do pracu si? zabra?y:
Ci??y, strzyg?y, przystrzyga?y,
Odrzuca?y rude p?ki,
Podcina?y puszek mi?kki
Szybko, zwinnie, lecz ostro?nie.
A lis wi? si? jak na ro?nie,
J?cza?, szlocha?, zrozpaczony:
- Taki ogon nad ogony
Ostrzyc… zniszczy?! O zbrodniarze!
Jak?e? teraz si? poka???
Jak poka?? si? z ogonem
Tak nikczemnie ostrzy?onym?!

Rzeczywi?cie. Ogon lisa
Zwisa? jak pa?eczka ?ysa,
A wiart rudy puch rozwiewa?
I unosi? ponad drzewa.

Wypu?ci?y lisa rysie,
A wilk rykn??: – Wyno? mi si?,
Zmiataj, lisie Witalisie!

Lis ucieka?, gdzie pieprz ro?nie.
Raz zatrzyma? si? przy so?nie
I us?ysza? zawstydzony,
Jak si? z niego ?mia?y wrony,
Kuny, sus?y, nawet je?e -
Ka?dy ptak i ka?de zwierz?:

- Taki ogon zamiast tyczki
Móg?by by? dla ogrodniczki!
- To? to s?k, nie ?aden ogon!

- ?mieszny widok, swoj? drog?!

- To ci ogon nad ogony!…

Lis Witalis, o?mieszony,
Wyszydzony, uciek? z lasu
I ju? nikt od tego czasu
Nie ogl?da? Witalisa -
Nawet ja, com go opisa?.


Leave a Reply

*
To prove you're a person (not a spam script), type the security word shown in the picture. Click on the picture to hear an audio file of the word.
Click to hear an audio file of the anti-spam word