Monday, January 23rd 2006


Gra?yna – Adam Mickiewicz
posted @ 11:07 am in [ Dramat - Lektury i literatura szkolna ]

Gra?yna

Coraz to ciemniej; wiatr pó?nocny ch?odzi,
Na dole tuman, a miesi?c wysoko
Po?ród kr???cej czarnych chmur powodzi,
We mgle nie ca?e pokazywa? oko;
I ?wiat by? nakszta?t gmachu sklepionego,
A niebo nakszta?t sklepu ruchomego,
Ksi??yc, jak okno, któr?dy dzie? schodzi.

Zamek na barkach nowogródzkiej góry
Od miesi?cznego bra? poz?ot? blasku;
Po wa?ach z darni i po sinym piasku
Olbrzymim s?upem ?ama? si? cie? bury,
Spadaj?c na fos?, gdzie w?ród wiecznych cie?ni
Dysza?a woda spod zielonych ple?ni.

Miasto ju? spa?, w zamku ognie zgas?y,
Tylko po wa?ach i po basztach stra?e
Powtarzanymi p?osz? senno?? has?y;
Wtem si? co? zdala na polu uka?e:
Jakowi? ludzie bieg? tu po b?oniach,
A ga??? cieniu za ka?dym si? czerni,
A bieg? pr?dko – musz? by? na koniach,
A ?wiec? mocno – musz? by? pancerni.

Zar?a?y konie, zagrzmia?a podkowa.
Trzej to rycerze jad? wzd?u? parowa;
Zjechali, staj? – a pierwszy z rycerzy
Krzyknie i w tr?bk? mosi??n? uderzy;
Uderzy? potem raz drugi i trzeci -
Stra?nik mu baszty rogiem odpowiada -
Brz?k?y wrzeci?dze, pochodnia za?wieci
I most zwodzony z ?oskotem opada.

Na t?tent koni zbiegli si? stra?nicy,
Chc?c bli?ej pozna? i m??e i stroje.
Pierwszy m?? jecha? w zupe?nej zbroicy,
Jak? zwyk? Niemiec przywdziewa? na boje;
I krzy? mia? czarny na bia?ej kapicy,
I krzy? na piersiach u z?otej p?tlicy,
Tr?bk? na plecach, kopij? u toku,
Ró?aniec w pasie i szabl? u boku.

Poznali m??a Litwini z tych znaków,
Wi?c cicho jeden do drugiego szepce:
“To jaki? urwisz od psiarni Krzy?aków,
Tuczny, bo prusk? krew codziennie ch?epce.
O, gdyby nie by? nikt tu wi?cej z warty,
Zarazby w bagnie sk?pa? si? ten plucha,
A? pod most pi??ci? zgi??bym ?eb zadarty!” -
Tak oni mówi?; on niby nie s?ucha,
Lecz musia? s?ysze?, bo si? bardzo zdumia?,
A chocia? Niemiec, g?os ludzki rozumia?.

“Ksi??? jest w zamku?” – “Jest, lecz o tej
porze
Bardzo?cie wasze poselstwo spó?nili;
Dzi? nie mo?ecie stawi? si? we dworze,
Chyba na jutro”. – “Jutro? Ani chwili!
Zaraz, natychmiast, cho? w spó?nion? por?,
Litaworowi o pos?ach donie?cie;
Niebezpiecze?stwo na m? g?ow? bior?,
A wy dla znaku pier?cie? tylko we?cie!
Nie trzeba wi?cej: skoro ujrzy god?o,
Pozna, kto jestem i co nas przywiod?o”.

Cicho?? doko?a, zamek we ?nie le?y.
Co za dziw? Pó?noc, jesieni? noc d?uga;
Zacó? dotychczas w Litawora wie?y
Lampa, jak gwiazdka, mi?dzy krat? mruga?
Wszak dzi? powróci?, je?dzi? w kraj daleki,
Snu potrzebuj? troskliwe powieki.

On przecie nie ?pi. – Pos?ano na zwiady:
Nie ?pi – lecz ?aden z pa?acowej stra?y,
Ani z dworzanów, ani z panów rady,
Do progu jego zbli?y? si? nie wa?y.
Daremnie pose? i grozi i prosi:
Gro?ba i pro?ba na nic si? nie przyda.
Kazano wreszcie obudzi? Rymwida:
On wol? pa?sk? nosi i odnosi,
On g?ow? w radzie, praw? r?k? w boju,
Jego nazywa ksi??? drugim sob?,
W obozie, w zamku jemu ka?d? dob?
Wst?p do pa?skiego otwarty pokoju.

W pokoju ciemno i tylko od sto?a
Kaganiec ?wiat?em konaj?cym p?on??.
Litwaor chodzi? po gmachu doko?a,
A potem stan?? i w my?lach uton??.
S?ucha, co Rymwid o Niemcach powiada,
Ale mu na to nic nie odpowiada.
To si? rumieni, to wzdycha, to blednie,
Wydaj?c twarz? troski niepowszednie.
Poszed? ku lampie, ?eby j? poprawi?,
Wrzakomo poprawia, a do g??bi ci?nie;
Wcisn?? nareszcie i ca?kiem zad?awi? -
Nie wiem, przypadkiem, czyli te? umy?lnie.

Sna?, ?e poskromi? nie móg? wn?trznej wrzawy
I w pogodniejsze wystroi? si? lice,
A jednak nie chcia?, by s?uga z postawy
Zgadn?? pa?skiego serca tajemnice.
Znowu komnat? obchodzi doko?a,
Lecz, kiedy okna kratowane mija?,
Widna przy blasku miesi?cznego ko?a,
Co si? przez szyby i kraty przebija?,
Widna pos?pno?? zmarszczonego czo?a,
Przyci?te usta, oczu b?yskawica
I surowego zagorza?o?? lica.

Potem w róg gmachu zwraca si? z po?piechem,
Ka?e podwoje zamkn?? Rymwidowi -
Siad? i z k?amliw? spokojno?ci? mówi,
Szyderskim mow? zaprawuj?c ?miechem;

“Wszak mi sam z Wilna przywioz?e?, Rymwidzie,
?e Wito?d, pan nasz mo?ny i ?askawy,
Mia? mi? podwy?szy? ksi???ciem na Lidzie
I spad?e dla mnie po ?onie dzier?awy,
Jak swoj? w?asno?? lub zdobycze cudze.
Litaworowi podarowa? s?udze?”
- “To prawda, ksi???” – “My wi?c po te dary,
Jako przysta?o, wyst?pimy godnie!
Ka? wynie?? na dwór ksi???ce sztandary,
Zapali? w zamku ognie i pochodnie!
Gdzie s? tr?bacze? Niechaj o pó?nocy
Zjad? na miasto i, stan?wszy w rynku,
Na cztery wiatry tr?bi? bez spoczynku,
Póki si? wszystko rycerstwo rozbudzi!
Niech ka?dy piersi zbroj? ubezpiecza,
Nasadzi groty i poci?gnie miecza!
Zgotowa? ?ywno?? dla koni i ludzi!
Ka?demu z m??ów zgotuje niewiasta,
Ile zje?? mo?na od ranku do zmroku.
Czyj ko? na paszy, sprowadzi? do miasta,
Nakarmi? i wzi?? na drog? obroku,
A skoro s?o?ce z szczorsowskiej granicy
Pierwszym promieniem grób Mendoga dra?nie,
Wszyscy staniecie na Lidzkiej ulicy!
Czeka? mi? rze?wo, zbrojno i zapa?nie!”

Tak mówi? ksi???. Wprawdzie jego mowa
Zaleca zwyk?e do drogi przybory -
Lecz zaco nagle i niezwyk?ej pory?
Dlaczego posta? by?a tak surowa?
A kiedy mówi?, cho? gwa?towne s?owa
Bieg?, ?e jedno drugiego nie ?cignie,
Zda si?, jakby wysz?a ich po?owa,
A reszta w piersiach przyt?umiona stygnie.
Ta posta? co? mi niedobrego wró?y
I g?os ten my?li spokojnej nie s?u?y.

Umilk? Litawor; zda?o si?, ?e czeka,
A? Rymwid z wzi?tym odejdzie rozkazem -
I Rymwid milczy, a odej?cia zwleka,
Bo to, co s?ysza? i co widzia? razem,
Kiedy stosuje i wa?y w rozmowie,
Z lekkich s?ów ci??k? rzecz odgadn?? umie.

Ale có? pocznie? Zna, ?e ksi??? m?ody,
Namowom cudzym ma?o daje ucha
I, nie lubi?cy w d?ugie brn?? wywody,
Zamiary knuje w swojej g??bi ducha,
A skoro uknu?, nie dba na przeszkody
I hamowany, tym sro?ej wybucha.
Lecz Rymwid, jako wierna panu rada
I zacny rycerz w litewskim narodzie,
Zapewne ha?bie niemi?ej podpada,
Gdzieby powszechnej nie zbie?a? szkodzie.
Milcze?, czy radzi?? Na dwoje my?l dzieli,
Waha si?, wko?cu na drugie o?mieli.

“Panie, gdziekolwiek ch?ci twoje godz?,
Nigdy? na ludziach i koniach nie zb?dzie:
Wska? tylko drog?, my za twoj? wodz?,
Nie patrz?c, k?dy, gotowi i?? wsz?dzie,
Pospólstwo, ?lepe twoich r?k narz?dzie,
I m??ów, którzy na co? wi?cej zdatni.

Bo i twój ojciec, cho? lubi? sam z siebie
Wyci?ga? skrycie przysz?ych dzie? osnowy,
Jednak, nim gminne miecze ku potrzebie,
Wprzódy ku radzie m?dre wzywa? g?owy,
K?dy ja nieraz z wolnym zdaniem siada?,
A com umy?li?, ?mia?o wypowiada?.
Wi?c i dzi? wybacz, je?li w szczerym g?osie
Zeznam, co serce ustom przekaza?o.
D?ugo ja ?y?em i na siwym w?osie
D?wigam i czasów i czynów niema?o;
Przed si? dzi? widz?, oby nie ze szkod?,
Rzecz, dla nas starych niezwyk?? i m?od?.
Je?eli prawda, ?e na Lidzkie pa?stwo
Ci?gniesz, do twojej nale??ce w?a?ci -
Ten pochód skory, co? nakszta?t napa?ci,
Zrazi i nowe i dawne podda?stwo.
Ci, jak zwyci?zcy, czekaj? zdobyczy,
Tamci kajdanów, jak lud niewolniczy.

Zaraz po kraju wie?? ziarna rozsypie,
Ucho je gminne chwyta i przesadza -
Sk?d w ko?cu gorzki owoc si? wyradza,
Co truje zgod? i co s?aw? szczypie;
Okrzykn? zaraz, ?e? chciwy ?upie?y,
Wdar? si? na pa?stwo, które? nie nale?y.

Inaczej cale po dawnym zwyczaju
Litewskie niegdy? st?pa?y ksi???ta,
Nios?c stolic? do w?asnego kraju:
Tych ksi???t dobrze wiek mój zapami?ta -
I, je?li zechcesz i?? po starym trybie,
Spuszczaj si? na mnie, w niczym nie uchybi?.

Naprzód rycerstwo obe?lemy wsz?dy,
I tych, co w mie?cie zostali si? bliscy,
I co na wiejskie powrócili grz?dy,
Maj? na zamek zgromadzi? si? wszyscy;
Wi?c krewne pany, wi?c starsze urz?dy,
Ku bezpiecze?stwu, a wi?kszej ozdobie,
Z sowitym pocztem niech stan? przy tobie.
Co nim dokonasz, ja mog? tymczasem
Wyruszy? jutro lub pojutrze z rana
Ze s?u?b?, z ?wi?t? osob? kap?ana,
Tudzie? z potrzebnym do uczty zapasem,
Aby si? wszystko z?atwi?o na przodzie,
A na zwierzynie nie brak?o i miodzie.

Nie tylko bowiem sam naród prostaczy,
Lecz i starszyzna za ?akoci? goni,
A widz?c zrazu pa?skiej hojno?? d?oni,
Dobrze st?d sobie na przysz?o?? t?umaczy.
Tak zaw?dy by?o w Litwie i na ?mudzi;
Je?li nie wierzysz, pytaj starych ludzi!”

Sko?czy?, podchodzi ku oknom i doda:
“Wietrzno, niepewna na jutro pogoda…
Jakiego? widz? rumaka przy wie?y,
A tu? i rycerz oparty na ??ku…
Drudzy dwaj chodz?, konie wodz?c w r?ku…
Pos?y niemieckie – pozna?em z odzie?y;
Czy ich zawo?a?, czyli niech na dole
Przez usta s?ugi odbior? tw? wol??”

To mówi?c, okno przymkni?te zaszczepi?,
Niby niechc?cy, i patrzy? i gada?,
Ale umy?lnie pytanie uczepi?,
By co? o pos?ach niemieckich wybada?.

Na to mu pr?dko Litawor odpowie:
“Je?eli kiedy wychodz? po rad?
Do cudzych, w?asnej nie ufaj?c g?owie -
Zaw?dy twe zdanie na pocz?tku k?ad?,
Bo? zewsz?d godzien mojej czci i wiary,,
Jak w polu m?ody, tak na radzie stary.

Wi?c, cho? nie lubi?, by dzie? przysz?ych
ko?ce
Lada czyjemu widne by?y oku -
Zamiar, wyl?g?y w my?lenia pomroku,
?le jest przed czasem wykaza? na s?o?ce;
Niechaj rzecz ca?a, dokonania bliska,
Jak piorun: wprzódy zabija ni? b?yska.
Przto? ja krótko pytania odbywam:
“Kiedy? – “Dzi?, jutro”… – “Gdzie?” – “Na ?mud?,
do Rusi”…
“To by? nie mo?e!” – “B?dzie i by? musi…
Lecz dzisiaj tobie g??b serca rozkrywam.

Dlatego kaza? do konia i zbroi,
Dlatego nagle i or??nie godz?,
Bo wiem Wito?da, ?e z wojskami stoi,
Gotowy wstr?ty czyni? mi po drodze;
A mo?e na to chcia? do Lidy zwabi?,
By zwabionego pojma? albo zabi?.

Ale ja z mistrzem Pruskiego Zakonu
Tajemne zaraz zwi?za?em przymierze,
Aby mi swoje da? w pomoc rycerze,
Za co w nagrod? ust?pi? cz??? plonu.
Je?li, jak s?ysz?, przybyli pos?owie,
Zna?, ?em na jego nie zwiedziony s?owie.

Wprzód wi?c, nim zajd? siedmiorakie gwiazdy,
Ruszymy przyda? ku litewskiej sile
Niemców pancernej trzy tysi?ce jazdy
I pieszych knechtów we dwójnasób tyle.
B?d?c u mistrza, sam sobie wybra?em,
Jakie ma przys?a? rumaki i ch?opy,
Od wszystkich naszych ogromniejsze cia?em,
?elazem kute od g?owy do stopy;
Wiesz, jako dzielnie brzeszczotami siek?,
I dzid? sro?si od naszych daleko.

Knecht zasi? ka?dy ma ?elazn? ?mij?,
Któr? o?owiem i sadz? utuczy,
Potem, ku wrogom nawracaj?c szyj?,
Podra?ni iskr?: wnet paszcza zahuczy
Ogniem i gromem, zrani lub zabije,
Kogo jej strzelca trafny wzrok poruczy.
Od takiej broni niegdy? obalony
Pradziad Gedymin na sza?cach Wielony.

Wszystko gotowe; tajemnymi drogi
Jutro, gdy Wito?d w zaufaniu zbytnim
Na Lidzie s?abe zostawi? za?ogi,
Wpadniem, podpalim, zabierzem i wytniem”.

Rymwid, niezwyk?? ra?ony nowin?,
Sta? pe?en dziwu, nieprzytomny sobie
Przegl?da burz?, my?li o sposobie,
Sk?ócone my?li jedne w drugich gin?.
Ale rzecz nag?a, pró?no zwleka? zdanie.
Z gniewem i ?alem zawo?a: “O panie!
Bogdajbym nigdy nie do?y? tej pory!
Brat przeciw bratu ma podnosi? d?onie!
Wczoraj wyszczerbi? na Niemców topory -
Dzi? ma je ostrzy? ku Niemców obronie?
Z?a jest niezgoda – ale gorsz? zgod?
Chcesz nas pojedna?; raczej ogie? z wod?!

Zdarza si? wprawdzie, ?e s?siad s?siada,
Z którym nieprzyja?? toczy? od lat wielu,
U?ciska wreszcie, gniewne serce sk?ada,
Jeden drugiego zowi?c: “przyjacielu” -
?e bardziej jeszcze, ni?li z?e s?siady,
Gniewne na siebie Litwiny i Lachy
Cz?sto u wspólnej pijaj? biesiady,
Snu u?ywaj? pod jednymi dachy
I miecze ??cz? ku wspólnej potrzebie -
A jeszcze bardziej nad litewskie m??e
I nad Polaki zawzi?tsi na siebie
Od wieków s? ludzie i w??e -
A przecie?, je?li do domowych progów
W?? zaproszony go?ciem od cz?owieka,
Je?li dla chwa?y nie?miertelnych bogów
Litwin mu chleba nie sk?pi i mleka -
Wtenczas gad swojski pe?znie w jego r?ce
Spo?em wieczerza, z jednych kubków pij?
I nieraz senne piersi niemowl?ce
Mosi??nym wiankiem bez szkody obwija.

Lecz krzy?ackiego gadu nie ug?aszcze
Nikt ni go?cin?, ni pro?b?, ni dary!
Ma?o? Prusaki i Mazowsza cary
Ziem, ludzi, z?ota wepchn?li mu w paszcze?
On wiecznie g?odny! Cho? po?ar? tak wiele,
Na reszt? nasz? rozdziera gardziele.

Spólna moc tylko zdo?a nas ocali?.
Darmo hordami ci?gniemy co roku
Burzy? ich twierdze i mie?ciny pali?!
Przebrzyd?y Zakon podobny do smoku:
Jeden ?eb utniesz, drugi ro?nie skoro
I ten uci?ty ro?nie w dziesi?cioro!
Wszystkie utnijmy! Napró?no si? trudzi,
Kto naszych szczerze chce godzi? z Krzy?aki,
Bo czy to z kniaziów, czyli z prostych ludzi,
Na Litwie ca?ej nie znajdzie si? taki,
Coby ich nie zna? chytro?ci i dumy,
Nie stroni? od nich, jak od krymskiej d?umy,
Coby nie wola? stokro? od ich broni
Raczej ?mier? w polu, ni?li pomoc zyska?,
Raczej ?elazo rozpalone w d?oni,
Ni?li krzy?ack? prawic? u?ciska?!

Lecz Wito?d grozi? – Czy? bez obcych mieczy
Ju? nie zdo?amy rozeprze? si? w polu?
Albo czy do tych kresów zasz?y rzeczy,
I? domowego naszych zwad k?kolu
Nie zdo?a wyrwa? d?o? bratniej przyja?ni,
Or?? dla cudzej zachowuj?c ka?ni?

Sk?d?e masz pewno??, ?e s?uszna twa skarga.
?e Wito?d znowu, stawi?c si? upornie,
Zdrady napina i umowy targa?
Pos?uchaj, szlij mnie do niego powtórnie,
Wznowim umow?…” – “Do?? tego, Rymwidzie!
Znane mi dobrze Wito?da umowy.
Wczoraj mu taki wiatr zawia? do g?owy,
Dzisiaj na? znowu co innego przyjdzie.
Wczora ufa?em ksi???cemu s?owu,
?e sobie Lid? w dziedzictwo zabior? -
Dzi? Wito?d uknu? co? ró?nego znowu:
Na gwa?t swobodn? wy?ledziwszy por?,
Gdy si? do domów rozjechali moi,
A on u Wilna obozami stoi,
Dzi? oznajmuje, jakoby Lidzianie
Za swego pana s?ucha? mi? nie chcieli -
Wi?c Wito?d Lid? dla siebie wydzieli,
Mnie za? w nagrod?, inny kraj dostanie!…
Pewnie Ru? go??, lub bagna Warega,
Bo tam wskazana jest siedziba nasza,
Tam Wito?d braci i krewnych wyp?asza,
A ?wi?t? Litw? sam jeden zalega!
Patrz, jak uradzi? – a wie, na co radzi?,
Bo w jedno bije, chocia? ró?n? drog?:
Chcia?by si? jeden nad wszystkich posadzi?
I sobie równych cisn?? pod sw? nog?.

Przebóg! Czy? nie do??, ?e Wito?da buta
Na koniu wiecznie trzyma ca?? Litw??
Pier? nasza wiecznie do zbroi przykuta,
Szyszaki ju? nam przyros?y do czo?a!
Z ?upów po ?upy i z bitwy na bitw?,
|wiat, jako wielki, zbiegli?my doko?a:
To na krzy?actwo – to znowu przez Tatry
Na Polski pi?kne zbudowane sio?a -
Stamt?d, po stepach ?egluj?cy z wiatry,
Goni?c b??dnego obozy Mongo?a.
A co?my skarbu z zamków wy?amali
I co ?ywego szablica nie dotni?,
G?ód nie dogryzie, ogie? nie dopali -
Jemu znosimy, sp?dzamy ochotnie.
Na trudach naszych w pot?g? urasta:
Od Fi?skich zatok po Chazarów morze
Wszystkie pod siebie zagarn?? ju? miasta…
Sam w jakim mie?cie, w jakim siedzi dworze!
Widzia?em pysznych Krzy?aków warownie,
Na które Prusak nie spojrzy bez strachu,
A przecie? mniejsze od Wito?da gmachu,
Co jest na Wilnie lub Trockim jeziorze!
Widzia?em pi?kn? dolin? przy Kownie,
K?dy rusa?ek d?o? wiosn? i latem
|ciele muraw?, kra?nym dzierzga kwiatem:
Jest to dolina, najpi?kniejsza w ?wiecie…
Lecz – któ?by wierzy?? – u syna Kiejstuta
W pa?acu ?wie?sza murawa i kwiecie:
Takim po ?cianach rozwis?e bistory
Z li?ciem ze srebra i kwieciem ze z?ota…
Nad dzie?o bogi?, nad smug ró?nowzory
Cudniejsza branek lechickich robota.
W kratach u niego szklane okienice,
Przywo?ne k?dy? a? od ziemi ko?ca,
B?yszcz?, jak polskich rycerzy zbroice,
Albo, jak Niemen, przed oczyma s?o?ca
Spod ?niegu zimne gdy ods?oni lice.

A ja com zyska? za rany i znoje?
Com zyska?, ?e od male?kiego wieku,
Z pieluchów zaraz przwiniony w zbroje,
Ksi??e, jak Tatar, ?y? o ko?skim mleku?
Ca?y dzie? konno, w wieczór ko?ska grzywa
Poduszk? moj? – przy niej noc wystoj? -
A rankiem znowu tr?ba na ko? wzywa;
?e wtenczas, kiedy moi rówie?nicy,
Je?d??c na kijach, szablami z ?uczywa
Bezpiecznie sobie grali po ulicy,
By siw? matk? lub dziecinn? siostr?
Zabawi? wojny k?amanej obrazem -
Wtenczas z Tatary jam goni? na ostre,
Lub wr?cz z Polaki ?cina? si? ?elazem!

Przecie? me pa?stwa od Erdwi??a czasu
I pi?dzi? szerzej ziemi nie zaleg?y.
Patrz na te mury z d?bowego lasu
I na ten pa?ac mój z czerwonej ceg?y -
Pójd? przez komnaty, pradziadów siedliska:
Gdzie szklane kuple? Gdzie kruszczowe ?upy?
Miasto blach z?otych – mokry kamie? b?yska,
Miasto kobierców – ?niade mchu skorupy!
Có?em chcia? wynie?? z ognia i kurzawy?
Pa?stwa, czy skarby? Nie – nic, kromia s?awy!

Ale i s?aw? wszystkim ponad g?ow?
Wito?d podlecia?, Wito?d wszystkich gasi.
Jego, jakoby drugiego Mindow?,
Na ucztach wielbi? wajdeloci nasi -
Jego na strunach i na wieszczym rymie
Do potomnego wysy?aj? blasku;
Nasze ?ród gminu kto wypatrzy imi??
Kto podj?? raczy z niepami?ci piasku?

Przecie? nie zajrzym. Niech walczy, nich
gromi,
Niechaj si? w imi? i skarby bogaci -
Tylko niech z?ba chciwego poskromi
Od swych ojczyców, od ziemi swej braci!
Czy? dawno w ?rodku pokoju i zgody
Gwa?tem litewska wstrz??niona stolica?
Czy? dawno Wito?d kniaziów wielkich grody
Naszed? i z tronu zmiót? Olgierdowica
I sam ow?adn??? A tak lubi w?ada?,
By jego pose?, jak Krywejty goniec,
Ksi???t podwy?sza?, albo zmusza? spada?!
O, czas, ?e temu po?o?ymy koniec, Czas, ?e po sobie
je?dzi? nie dozwolim!
Póki m?odego w piersiach ?ywi? ducha,
Póki ?elazo r?ki zdrowej s?ucha,
Dopóki ko? mój ze skrzyd?em sokolim,
Com z ?upów krymskich jednego wzi?? sobie,
Jakiemu równy dany tobie drugi,
A jeszcze dziesi?? r?e przy moim ??obie,
Którymi wierne poobdzielam s?ugi -
Dopóki ko? mój… póki szabla moja!…”
Tu mu gniew s?owa i tchnienie zat?oczy?.
Umilk?, lecz chrz?stem ozwa?a si? zbroja;
Zna?, ?e si? wzdrygn?? i z miejsca wyskoczy?.
Jaki? to p?omie? nad g?ow? mu b?ysn???
Jak oderwana gwiazda przez niebiosa
Spada, z d?ugiego ?ary trz?s?c w?osa,
Tak on brzeszczotem ko?o stropu cisn??
I siek? w pod?og?, od t?giego razu
Rz?siste iskry sypn??y si? z g?azu.

Znowu ich g?uche obesz?o milczenie,
Znowu rzek? ksi???: “Dosy? pró?nej mowy,
Oto noc prawie dochodzi po?owy,
Wkrótce us?yszym drugich kurów pianie…
Wiesz, com rozkaza?. B?d?cie w pogotowiu!
Ja legn?; mo?e duch troskliwy spocznie
I cia?o troch? pokrzepi? na zdrowiu,
Bom trzy dni nie spa?. Teraz jeszcze mrocznie,
Lecz dzi? zape?nia ksi??yc rogi nowiu -
|wiat b?dzie widny. Ruszymy niezw?ocznie,
Synom Kiejstuta w Lidzie zostawimy
Godne dziedzictwo – popio?y i dymy!”

To powiedziawszy, usiad? i w d?o? klasn??;
Skoczyli s?udzy – kaza? zwleka? szaty
I leg?, nie na to mo?e, aby zasn??;
Lecz, aby Rymwid mia? si? precz z komnaty.
I on, gdy widzi, i?by nic nie sprawi? -
Ani co mówi?, ani d?u?ej bawi?:
Poszed? – a jako zna? powinno?? s?ugi,
Wytr?bi? ukaz, rycerstwo zgromadzi?,
Potem do zamku wróci? si? raz drugi.
Pocó?? Czy, ?eby znowu z panem radzi??
Nie. W inn? stron?, wiód? on kroki swoje:
Na lewe skrzyd?o zamkowej budowy,
Gdzie ku stolicy spada? most zwodowy,
Szed? kru?gankami przed ksi??nej podwoje.

By?a naonczas ksi???ciu zam??n?
Córa na Lidzie mo?nego dziedzica,
Z cór nadnieme?skich pierwsza krasawica,
Zwana “Gra?yn?”, czyli “pi?kn? ksi??n?”;
A chocia? wiekiem od m?odej jutrzenki
Pod lat niewie?cich schodzi?a po?udnie,
Oboje: dziewki i matrony wdzi?ki
Na jednym licu zespoli?a cudnie.
Powag? zdziwi a ?wie?o?ci? zn?ca -
Zda si?, ?e lato ogl?dasz przy wio?nie,
?e kwiat m?odego nie straci? rumie?ca,
A razem owoc wnet pe?ni doro?nie.
Nie tylko licem nikt jej nie móg? sprosta?:
Ona si? jedna w dworze ca?ym szczyci,
?e bohatersk? Litawora posta?
Wzrostem wysmuk?ej dorówna kibici.
Ksi???ca para, kiedy j? okoli
S?u?ebne grono – jak w poziomym lesie
S?siednia para dorodnych topoli -
Nad wszystkich g?ow? wystrzelon? niesie.

Twarz? podobna i równa z postawy,
Sercem te? ca?ym wydawa?a m??a.
Ig??, wrzeciono, niewie?cie zabawy
Gardz?c, twardego ima?a or??a;
Cz?sto, my?liwa, na ?mudzkim rumaku,
W szorstkim, ze skóry nied?wiedziej kirysie,
Spi?wszy na czole bia?e szpony rysie,
Po?ród strzelczego hasa?a orszaku;
Z pociech? m??a nieraz w tym ubiorze,
Wracaj?c z pola, oczy myli gminne,
Nieraz od s?u?by zwiedzionej na dworze
Odbiera ho?dy, ksi???ciu powinne.

Tak zjednoczona zabaw? i trudem,
Os?oda smutku, spólniczka wesela,
Nie tylko ?o?e i serce podziela,
Lecz my?li jego i w?adz? nad ludem.
Wojny i s?dy i tajne uk?ady
Cz?stokro? od jej zale?a?y rady -
Acz innym rzecz ta nie by?a ?wiadoma,
Bo ksi??na, wy?sza nad ?on prostych rz?dy,
Które, zbyt rade, ?e panuj? doma,
Chcia?yby z tym si? popisowa? wsz?dy, -
Owszem, cudzemu pilnie kry?a oku,
Z jak? pot?g? w sercu m??a w?adnie;
Nawet baczniejsi i bli?si jej boku
Na pr?dko mogli zbada? i nie snadnie.

Mimo to Rymwid m?dry odgadywa?,
Gdzie mu jedyne pozosta?o wsparcie;
Szed? wi?c i ksi??nej wynurzy? otwarcie
Wszystko, co widzia? i co przewidywa?,
Jaka st?d dawnym zwyczajom obraza,
Ksi???ciu ha?ba, narodowi skaza.

Mocno Gra?yn? wie?? nowa uderzy,
Lecz, pani? swojej b?d?c postaci,
Udaje wrzekomo, i? temu nie wierzy,
Pokoju w g?osie i w twarzy nie traci.
“Nie wiem ja – rzek?a – czyli nad rycerzy
Wi?cej u pana s?owo niewiast p?aci:
To wiem, ?e sobie sam radzi roztropnie;
Wiem jeszcze lepiej; co uradzi, dopnie.
Wreszcie, je?eli nag?a gniewu flaga
Doczesn? burz? w sercu jego wzbudzi,
Je?li niekiedy, lotem m?odych ludzi,
Ch?? sw? nad s?uszno?? lub nad mo?no?? wzmaga:
Zostawmy, niech czas i cicha uwaga
Rozja?ni my?li, zapa?y przystudzi,
Pierzchliwe s?owa niepami?? pogrzebie -
Tymczasem drugich nie twó?my i siebie!”

- “Wybaczaj, ksi??no! O, nie s? to s?owa,
Co z ust w gor?cej pryskaj? godzinie,
Których, zagas?ych, pami?? nie dochowa;
Nie jest to zamiar, który w pl?taninie
Ch?ci niewczesnych rodzi my?l ja?owa,
Który, jako dym, zamroczy i zginie.
Ten dym strasznego zwiastunem wybuchu!

Nie dzisiaj jestem przy pa?skiej osobie:
Od lat dwunastu zna? mi? wiernym s?ug?;
Przecie? na pami?? nie przywiod? sobie,
By ze mn? mówi? tak szczerze, tak d?ugo.
Odk?ada? pró?no; co rozkaza?, zrobi?.
Bo ju? rozkaza?, bym przed gwiazd? drug?
Zgromadzi? wojska nad grób Peresieka;
Noc b?dzie widna, droga niedaleka”.

- “Co s?ysz?! Jutro? Biada mojej g?owie!
Nie chc?, a?eby po Litwie gadano,
?e brat na bratnie nast?powa? zdrowie,
Wzi?? gard?o, lub da? za Gra?yny wiano!
Pójd? i w pierwszej z ksi???ciem rozmowie…
Owszem, dzi? id?, chocia? ju? nierano…
Wprzód, ni?li nocn? ?wit op?dzi ros?,
Tusz?, i? dobr? odpowied? przynios?”.

?egnaj? siebie po tym rozhoworze,
A w jedno miejsce d??yli oboje:
Ksi??na, i chwili nie bawi?c w komorze,
Spieszy w gmach pa?ski przez tajne pokoje -
Rymwid, nie bawi?c i chwili na dworze,
Spieszy kru?gankiem i – w pa?skie podwoje
?e nie ?mia? wst?pi? – na progu usiada,
Szczelin? patrzy i ucha dok?ada.

Nied?ugo czeka?. Klamka zaszele?ci,
Z ubocznych progów mignie posta? w bieli.
“Kto?” – wo?a ksi???, zerwa? si? z po?cieli -
“Kto?” – “Ja” – odpowie znany g?os niewie?ci.
Potem co? d?u?ej rozmawia? zacz?li,
A chocia? Rymwid domy?la? si? tre?ci,
G?osu nie z?owi?, bo, w echo wpl?tany,
Po?kn??o miejsce, lub odbi?y ?ciany.

Rozmowa coraz ?wawsza i zmieszana,
Coraz zwolnia?a, coraz trudniej s?ycha?,
Cz??ciej g?os pani, bardzo rzadko pana;
Milcza?, niekiedy zdawa? si? u?miecha?.
Nakniec ksi??na pad?a na kolana -
Wsta?, nie wiadomo: podnie??, czy odpycha? -
Kilka s?ów potem wymówi? gor?cej,
A potem milcza? i nie mówi? wi?cej.
I by?o cicho. Znowu posta? w bieli
Przemknie si? ku drzwiom, klamk? zaszele?ci;
Czy uprosi?a, czy si? nie o?mieli
Prosi? do d?u?ej – ju? w swój gmach niewie?ci
Odesz?a ksi??na. Ksi??? do po?cieli
Wróci?, leg?. Cicho – i wida? z tej cisze,
?e go sen twardy wpr?dce uko?ysze.

Rymwid daremnie jeszcze chwil? bada? -
Odszed? nareszcie i w lewym balkonie
Giermka obaczy, który z Niemcy gada?.
S?ucha ciekawie, lubo ku tej stronie
Nie sz?a rozmowa i wiatr j? okrada?;
Wtem giermek r?k? ukaza? ku bronie…
Coby oznacza?, Rymwid ?acno zgada?.
Strasznie to pych? Krzy?aków ubod?o:
Zbieg?, chwyci? konia, poskoczy? na siod?o,
“Przysi?gam – wrzeszcz?c – gdybym nie by? pos?em,
Przysi?gam na ten krzy?, komtura znami?,
I? za obelg?, któr? dzi? ponios?em,
Pr?dkoby zemst? znalaz?o to rami?!
Mi?dzy monarchy na poselstwach wzros?em -
Ni przy cesarskiej, ni papieskiej bramie
Nie spotka?o mi?, co u twego panka:
Pod go?ym niebem doczeka? si? ranka,
I?? precz, za czyim – za giermka rozkazem!
Ale ostrzegam, ?e nas nie u?owi
Poga?ski wykr?t i nie minie p?azem!
Wo?a? nas wrzakomo przeciw Wito?dowi,
A potem wspólnym otoczy? ?elazem!
No, obaczymy, czy Wito?d odbije
Ten miecz, zanadto waszej bliski szyje!

Powiedz ksi???ciu, je?li nie dowierza,
Sam niechaj spyta, powtórzy? gotowym,
Cho? razy dziesi?? tym?e samym s?owem,
Teraz i zawsze – bo ze s?ów rycerza
Nic nie wyrzuci?, jak ze s?ów pacierza!
A, com rzek? usty, prawic? dowiod?.
Jama, któr??cie pod nami kopali,
Na wasz? w?asn? wykopana szkod?,
Dzi? jeszcze, jeszcze tej nocy si? zwali,
Tak, jakem Ditrich Halstark von Kniprode,
Komtur Zakonu! – Za mn? knechty, dalej!”

Zaczeka? jednak. Lecz po krótkiej zw?oce,
Gdy nic nie s?ysza?, bram? w pole goni;
Kiedy niekiedy zbroja zamigoce,
Kiedy niekiedy s?ycha? r?enie koni;
Coraz znikaj? w dali i w pomroce,
Las ich nakoniec i góra zas?oni.

“Jed?cie szcz??liwie! Bodaj wasza noga
Nigdy w litewskiej nie posta?a ziemi!” -
Rzek? Rymwid, patrz?c z u?miechem za niemi. -
“Dzi?ki o ksi??no! Jaka zmiana b?oga,
Jak niespodziana! Prosz? teraz, kto tu
Pochlebi sobie, ?e zna serce cudze?
Ów g?os gniewliwy, owa posta? sroga -
S?owa wiernemu nie da? wyrzec s?udze!
Ptaszego, zda si?, chcia? po?yczy? lotu,
By spa?? co pr?dzej na Wito?da g?ow? -
Wtem or??, zmusza do powrotu!…
Nie dziw zapomnia? starzec siwobrody,
?e ksi??na pi?kna a Litawor m?ody!”

Tak mówi?c z sob?, wzniós? do góry oczy -
Mo?e si? lampka za krat? uka?e…
Napró?no patrzy?: ciemno?? okna mroczy -
Wraca wi?c znowu i na ganek kroczy,
Azali ksi??? wo?a? nie rozka?e.
Napró?no czeka?, zapytywa? stra?e;
Zbli?a si? ku drzwiom: w pokoju noc cicha,
A ksi??? dot?d snem twardym oddycha.

“Cuda prawdziwe! Nie odgadn? cale,
Jakim dzi? wszystko idzie u nas torem:
Niedawno wo?a? w najwi?kszym zapale,
Rozkaza? wojsko zgromadzi? wieczorem,
A sam ?pi dot?d? Mia? wyci?gn?? rano,
Stoj? rycerze od Niemców wezwani -
A Niemcom z niczym odjecha? kazano?
Któ? zaniós? rozkaz? Oto giermek pani!…

Ile z wczorajszej wró?y?am rozmowy…
Wprawdzie ?adnegom nie s?ysza? wyrazu,
Lecz d?ugie pro?by, g?os pana surowy…
Mia?aby? ksi??na pomimo rozkazu
Wa?y? si? sama a? na krok takowy,
Ufna pot?dze niewie?cich pie?cide??…
L?kam si? bardzo, aby tego razu
Zbytniej ?mia?o?ci nie pu?ci?a skrzyde?…
Prawda, i? nieraz poczyna?a ?miele -
Lecz to by?oby wi?cej, ni? za wiele!”

Dalsze rozmowy przerwa? mu pos?aniec,
Którym wszed? cicho i z daleka mruga -
Wi?c oba ?piesz? w zamku lewy kraniec;
Stamt?d kru?gankiem zbieg?a ksi??nej s?uga,
Wprowadza i drzwi za sob? zamyka.

“Radco s?dziwy, niedobrze si? dzieje,
Ale rozpaczy odda? si? nie godzi;
Je?li nas dzisiaj zawiod?y nadzieje,
Szcz??liwsze jutro mo?e wynagrodzi.
B?d?my cierpliwi; nie robi? ha?asu
Mi?dzy ?o?nierstwem i dworsk? gawiedzi?!
Pos?y odprawim do innego czasu,
A?eby ksi??? nag?? odpowiedzi?
Nie przyrzek? Niemcom, póki zemst? p?onie,
Coby rad cofn??, gdy z gniewu och?onie.

Ty si? nie l?kaj! Jakkolwiek wypadnie,
Zamiarom pana nic si? nie uszkodzi.
I potem wojsko mo?e zwo?a? snadnie,
Je?eli czas mu serca nie och?odzi.
Dzisiaj mia? jecha?, ale, wyznam szczerze,
Ja tak kwapionej wyprawie nie wierz?.
Ledwie w domowe powrócony progi,
Wczora zaledwie z piersi z?o?y? zbroje,
Z dalekiej jeszcze nie wytchn?wszy drogi,
Mia??eby znowu dzi? rusza? na boje?”

- “Co s?ysz?, ksi??no? Ty mówisz o zw?okach?
Jak ci?, niestety, rachuba omyli!
Ju? jest za pó?no, ju? po tylu krokach
Nie b?dzie czeka? godziny, pó? chwili!
Wreszcie obaczym…Lecz wprzód chcia?bym wiedzie?,
Jak przyj?? ksi??? wczorajsz? namow??” -
Gra?yna w?a?nie mia?a odpowiedzie?,
Gdy ich zdarzenie pomiesza?o nowe.

T?tent jezdnego s?ycha? na dziedzi?cu,
Zdyszany giermek dopada komnaty,
Przynosi wie?ci od litewskiej czaty,
Która, po lidzkim biegaj?c go?ci?cu,
Teraz od Niemca dosta?a j?zyka,
?e wódz krzy?aków jazd? z lasu ruszy?,
A za ni? knechtów i obóz pomyka -
I ?e przed ?witem, jak czatownik tuszy?
I jak niemieckie wyznawa?y bra?ce,
Chce miasto ubiec i szturmowa? sza?ce.

Niechaj wi?c Rymwid wraz do pana skoczy,
By go przebudzi? i pr?dko rozsadzi?,
Czyli na polu Niemcom zajrze? w oczy.
Czatownik radzi, aby?my si? skradali
Do nich z ubocza, bo s? niedaleko;
Wprzód, nim si? knechty z dzia?ami przewlek?,
Aby?my z nag?a na lud jezdny padli;
Tak zap?dzonym na chrapy i rowy,
?acno rajtarom i bratom ?by zmieciem.
Potem fussknechtów wzi?wszy pod podkowy,
Do szcz?tu plemi? jaszczurze wygnieciem. -

Mocno Rymwida dziwi ta nowina,
Daleko mocniej dziwi si? Gra?yna.

“Giermku – zawo?a – k?dy? s? pos?owie?”
Umilkn?? giermek, a niepewne lice
I pytaj?ce topi?c w niej ?renice:
“Co s?ysz?, ksi??no? – zdumiony odpowie -
Albo? o w?asnym zapomnia?a? s?owie?
Niedawno, kiedy pia?y drugie kury,
Sama? mi rozkaz ksi???cy przynios?a,
A?ebym biega? co pr?dzej do pos?a
I wyprawi? go przed ?witem za mury!”

“Tak” – rzecz ksi??na, twarz odwraca zblad??,
Lecz pomieszanie, widne w jej osobie,
Do ust wyrazy nieporz?dne k?ad?o -
“Tak, prawd? mówisz, przypominam sobie…
Jak?e to wszystko z g?owy mi wypad?o!
Biegn? – nie, stójmy – albo, wiem, co zrobi?…”
Stan??a, milczy, przymkniona powieka,
Czo?o pochy?e, w którym si? przebija
Jaka? my?l, jeszcze ciemna i daleka,
W niepewnych rysach oka?e si?, mija
I znowu wschodzi, ca?? twarz obleka…
Dojrzewa zamiar, staje si? wyrokiem…
Ju? umy?li?a, post?pi?a krokiem.

“Tak jest, raz jeszcze id? budzi? m??a…
Wojsko niech zaraz w drog? si? wybiera!
Ty, giermku, rozka? osiod?a? hestera
I wynie?? reszt? pa?skiego or??a!
Wszystko to ma by? natychmiast gotowe!
Przykazuj? wam imieniem ksi???cia,
Odpowied?, starcze, wk?adam na tw? g?ow?.
Jaki cel, k?dy mierz? przedsi?wzi?cia,
Nie gada?, ani pyta? do poranku!
Id?cie i pana czekajcie na ganku!”

Wybieg?a, drzwiczki za sob? zatrzas?a.
Wybiega Rymwid, a my?li po drodze:
“Gdzie id?? po co? Wszak wojska i wodze
Ju? zgromadzone, ju? wydane has?a!”
Odetchn?? tedy, zwolni? nieco kroku,
Stan?? z nagi?tym ku ziemi obliczem
I, my?l?c d?ugo, nie my?la? o niczem,
Bo w mnogich zdarze? i wnioskach nat?oku
My?li samopas pl?cz? si? bezw?adnie,
Ani ich rozum znu?ony ow?adnie.

“Pró?no tu czekam. Ju? bliski poranek -
Wkrótce si? ca?a zagadka rozwi??e.
Musze z nim mówi?, ?pi, czy nie ?pi ksi???”.
Wi?c st?pa? prosto na pa?acu ganek.
A wtem si? z lekka rozwar?y podwoje -
Litawor wyszed? sam jeden do sieni.
Szat? mia?, w jak? stroi si? na boje,
Ca?? od sutej b?yszcz?c? czerwieni;
G?ow? pod he?mem, piersi miasto zbroje
Pancerz obwija? z ?elaznych pier?cieni,
W lewicy tarcz? mniejszego ob??ku,
A pas od miecza na prawym niós? r?ku.

Gniewem lub trosk? zda? si? ko?atany,
Nierównym st?pa? i niepewnym krokiem;
Gdy si? zbli?y?y rycerze i pany,
Uczci? ?askawym nie raczy? ich okiem.
Dr??cy z r?k giermka wzi?? ?uk i ko?czany,
Miecz nawet zwiesi? ponad prawy bokiem,
A chocia? wszyscy omy?k? widzieli.
Przestrzega? pana nikt si? nie o?mieli.

Ju? zst?pi? z ganku, ju? chor?giew z?ota,
Wzniesiona, pocznie na dzie? krwawy ?wita? -
Ju? dosiad? konia, ju? przyboczna rota
Mia?a go wrzaskiem i tr?bami wita? -
Lecz da? znak r?k?, aby zamkn?? wrota,
Jecha? w milczeniu i o nic nie pyta?,
A pacholiki i nadworne s?ugi
A? za most wywiód? na dziedziniec drugi.

St?d nie go?ci?cem pu?cili rumaki,
Ale, na pewno skr?caj?c si? do?em,
Przepadli mi?dzy kurhany i krzaki,
Znowu ku drodze nawracaj?c ko?em.
W?wóz ciemnymi wiedzie ich zatoki,
|cienione coraz rozsuwaj? boki.

Jest od przykopów miejskich tak daleka,
Jako niemieckiej broni grzmot doniesie,
Ma?a, zaledwie znana komu rzeka,
W?skim korytem b??dz?ca po lesie;
Ku drodze jednak coraz szerzej ?cieka,
Gubi?c si? w wielkim jeziora okresie;
Puszcza okrywa z boków jej zwierciad?a,
A z przodu góra wynios?a usiad?a.

Tam, gdy litewskie wymkn??y si? roty,
Ujrz? ?ród góry przy blasku ksi??yca
Zbroje, chor?gwie, szyszaki i groty.
B?syn??o, zagrzmi na has?o rusznica;
Sypi? si? m??e, ?ciskaj? si? roty,
Murem krzy?acka stan??a konnica.

Tak w noc miesi?czn? wygl?daj? ?wietnie
Na czole Ponar zasadzone bory,
Gdy z nich oskubie wicher szaty letnie,
A rosa, jasne wieszaj?c bisiory,
Nagle si? mrozem w szron per?owy zetnie;
B??dnym przechodniom zdaj? si? u wnij?cia
Lasy ze srebra, a z kryszta?u li?cia.

Ten widok gniewny w ksi???ciu poduszcza.
Skoczy? z wynios?ym nad g?ow? ?elazem -
Wali si? zbrojna w ?lady jego t?uszcza,
Ale si? wodze dziwi?, ?e tym razem
Wojsko bez sprawy ladajako puszcza,
Ani ich zwyk?ym ostrze?e rozkazem,
K?dy sam my?li na czele ugodzi?,
A jakie skrzyd?a odda im przywodzi?.

Wi?c Rymwid, pa?sk? zast?puj?c wol?,
Obiega hufy, szykuje ?ród drogi,
Wkl?s?e ku górze ?ciskaj?c pó?kole,
Pancernych w ?rodek, ?uczników na rogi:
Tak zawsze Litwa zwyk?a stawi? pole.
Warkn??y struny, ?wisn??a strza? chmura…
“Jezus! Marya! Naprzód! Hop hop, ura!”

Dopiero?, drzewca u?o?ywszy w toku,
Zerw? si? bli?ej – pier? na pier? uderzy…
Zacó? wydar?a potomnemu oku
Noc i zwyci?stwa i kl?ski rycerzy?
Swoi i cudzy zmieszani w nat?oku -
Zewsz?d szcz?k razów, wrzask, chrz?sty pancerzy, -
Pryskaj? bronie, lec? he?my, g?owy -
Co miecz oszcz?dza, druzgoc? podkowy.

Ksi???, jak skoczy?, tak goni na czele,
Ani si? jeden mi?dzy t?umem boi;
Znaj? czerwony p?aszcz nieprzyjaciele,
Poznali god?a na he?mie i zbroi:
Cofa si?, walcz?c, nie?mia?a gromada -
Zwyci?zca p?dzi i na karki wsiada.

Lecz który? z bogów si?? w nim os?abi??
Có? st?d, ?e zbieg?ych natarczywie goni?
Có? st?d, ?e bije? – Nikogo nie zabi?!
Bezw?adna szabla po pancerzach dzwoni,
Albo si? zwija, odbita ?elazem,
Albo uchybia, albo idzie p?azem.

Czuj?c Krzy?acy tak s?abe natarcie,
Odzyszcz? serce; z okropnym ha?asem
Nawróc? czo?a, potkn? si? za?arcie
I g?stych w?óczni otocz? go lasem;
Czy przel?kniony, czy spl?tany w t?umie,
Bra? ich na szable i tarcze nie umie.

Trudno mu by?o ca?? unie?? szyj?:
Krzy?actwo zewsz?d kole, strzela, siecze;
Wtem huf litewski nawa?? rozbije,
Bior?c go mi?dzy puklerze i miecze:
Ten s?abe razy swoimi poprawia,
A ten od cudzych razów go zastawia.

Ju? noc pierzcha?a, ju? ró?ane w?osy
Zorza na wschodnim roztacza ob?oki -
Bitwa wre dot?d, ?lepe lec? ciosy,
Ni w ty?, ni naprzód nie ruszono kroku,
A bóg zwyci?stwa, przysz?e wa??c losy,
Równy krwi ci??ar st?d i zow?d bierze,
I szala dot?d w równej stoi mierze.

Tak ojciec Niemen, mnogich piastun ?odzi,
Gdy Rumszyskiego napotka olbrzyma,
Wko?o go mokrym ramieniem obchodzi,
Dnem podkopuje, pier? gór? wydyma;
Ten, natarczywej bior?c si? powodzi,
Na twardych barkach gwa?t jej dot?d trzyma,
Ani si? ruszy ska?a, w piasek wryta,
Ani jej rzeka ust?pi koryta.

Krzy?actwo, d?ugiej niecierpliwe bitwy,
Na wierzchu góry stoj?cy odwodem, Ostatni hufiec
p?dz? w ?rodek Litwy:
Komtur ich wiedzie, sam uderza przodem,
A zmordowanych d?ugimi gonitwy
Gdy napar? ?wie?ym i dzielnym narodem,
?ami? si? szyki, krzy?actwo zwyci??a.
Wtem z góry zagrzmia? straszliwy g?os m??a…

Ku niemu wszystkich podnosz? si? oczy:
Stoi na koniu, a, jako rozwiod?a
Szeroko cienie stercz?cych warkoczy
Na ?nie?nej górze wybuja?a jod?a,
Tak go szeroki p?aszcz doko?a mroczy -
Czarny p?aszcz, czarny ko? i he?m i god?a.
Trzykro? zawo?a?, zlecia? nakszta?t gromu,
Nie wiedzie?, za kim, albo przeciw komu.

Dobiega Niemców mi?dzy t?umem tonie.
Bitwy nie ujrzysz, ale zgie?k i j?ki
Daj? odgadn?? w jakiej walka stronie
I jak straszliwy piorun jego r?ki:
Tam szyszak zniknie, ówdzie sztandar padnie…
T?oczy si? hufiec, miesza si? bezw?adnie.

Jako, le?nicy gdy sosny lub d?by
Siek? wzd?u? puszczy, s?ycha? ?oskot w dali,
J?cz? topory, chroboc? pi? z?by,
Kiedy niekiedy wierzcho?ek si? zwali,
Nakoniec, mi?dzy wyci?tymi zr?by,
Ujrzysz i m??ów i b?yskanie stali -
Takie wysiek?szy ?rodkiem Niemców ?omy,
Dar? si? ku Litwie rycerz nieznajomy.

|pieszaj, rycerzu, o?ywi? duch m?ski,
Krzepi? s?abn?cych! Spieszaj, jeszcze pora!
Litwini bliscy ostatecznej kl?ski:
Dzid i puklerzów warowna zapora
Ju? roz?amana, sam komtur zwyci?ski
Po ca?ym polu szuka Litawora:
On si? nie kryje – oba konie bod?,
Wkrótce ?miertelny pojedynek zwiod?.

Litawor szabl? wynosi do ci?cia,
Komtur da? ognia z piorunowej broni…
Zadr?? Litwini, pojrz? na ksi???cia -
Niestety, szabla wypad?a mu z d?oni,
Cugle z s?abego wyciek?y uj?cia;
Ju? pod szyszakiem nie dotrzyma skroni,
Sp?ywaj?c z siod?a, ju? si? bokiem chyli,
Kiedy mu swoi na pomoc skoczyli.

J?kn?? m?? czarny, a – jak czarna chmura,
Rykn?wszy, b?y?nie piorunowym gradem -
Z tak? szybko?ci? leci na komtura.
Zaledwie pierwszym zwarli si? napadem,
Pojrze? – ali?ci komtur ju? pod koniem,
A rycerz bie?y i tratuje po nim!

Gdzie obskoczy?y ksi???cia dworzany,
Przybiega, chwyta, rwie pancerza w?z?y,
Ostro?nie zdziera blach zafarbowany,
Wy?ledza postrza?, g??boko ugrz?z?y.
Wtem krew na nowo wytrysn??a z rany -
Ból zemdlonego do zmys?ów przywo?a;
Otwiera oczy, spoziera doko?a
I znowu wciska na oczy przy?bic?;
Z gniewem ?o?nierze i s?ugi odpycha,
A Rymwidowi ?ciskaj?c prawic?:
“Ju? jest po wszystkim, starcze – mówi z cicha -
precz mi od piersi, szanuj tajemnic?!
Ratunek pró?ny, wkrótce umrze? musz?…
Wie?cie do zamku, tam wyzion? dusz?!”
Rymwid szerokie oczy w nim utopi? -
Ledwie ?mie wierzy?, od zmys?ów odchodzi,
Upuszcza r?k?, któr? ?zami kropi?,
Dreszcz ko?ci wstrz?sa, pot mu czo?o ch?odzi.
Teraz poznaje g?os, nieznany wczora -
Niestety, nie by? to g?os Litawora!

Tymczasem rycerz upuszczone wodze
Starcowi wr?czy?, sam do pana skoczy? -
Rumaki ka?e nawróci? ku drodze,
Chwiej?cego si? ramieniem otoczy?,
Sk?ada na piersiach, krew d?oni? zaciska -
Da? znak, samotrze? p?dz? z bojowiska.

I zbli?aj? si? pod okopy grodu.
Zaszli im drog? ciekawi mieszka?ce;
Ci, bod?c konie, przez t?umy narodu
W milczeniu ?piesz? na zamkowe sza?ce,
A skoro wpadli, uchylono zwodu.
Rycerz stra?nikom przykazuje srogo,
Ni tam, ni za si? nie puszcza? nikogo.
Wnet z reszt? hufców ci?gn? bojo


Leave a Reply

*
To prove you're a person (not a spam script), type the security word shown in the picture. Click on the picture to hear an audio file of the word.
Click to hear an audio file of the anti-spam word