Prze?licznie by?o na wsi. Lato gor?ce, pogodne, ?ó?te zbo?e na polach, owies jeszcze zielony, na ??kach stogi pachn?cego siana. Bociany przechadza?y si? powoli na wysokich, czerwonych nogach, klekoc?c po egipsku, bo takim j?zykiem nauczy?y si? mówi? od matek. Doko?a wielkie lasy, cieniste, szumi?ce, a w nich g??bokie i ciche jeziora. Prze?licznie, cudownie by?o na wsi.
Jasne s?o?ce o?wietla?o stary dwór na pochy?o?ci wzgórza, otoczony murem i szerok? wst?g? wolno p?yn?cej wody. Z muru zwiesza?y si? pn?ce ro?liny, a li?cie ?opianu schyla?y si? a? do wody. I by?o pod nimi cicho i ciemno jak w cienistym lesie.
Pod jednym z takich li?ci m?oda kaczka us?a?a sobie gniazdo i siedzia?a na jajach. Nudzi?o si? jej bardzo, bo ?adna z s?siadek nie mia?a ch?ci w tak pi?kn? pogod? rozmawia? z ni? o tym, co s?ycha? na ?wiecie. Ka?da wola?a p?ywa? po przejrzystej wodzie, pluska? si? i schn?? na ciep?ym s?oneczku, a ona tylko jedna jak przykuta siedzi w cieniu na gnie?dzie.
Sko?czy?o si? wreszcie jej udr?czenie, jajka zacz??y p?ka? i co chwila wysuwa?a si? z innej skorupki g?ówka piskl?cia, oznajmiaj?c cienkim g?osikiem, ?e ?yje.
— Pip, pip! — wo?a?y wszystkie.
— Kwa, kwa! — odpowiada?a im powa?nie matka, a male?stwa zacz??y na?ladowa? jej g?os opowiadaj?c sobie, co widz? doko?a, i rozgl?daj?c si? na wszystkie strony.
Matka pozwala?a mówi? i patrze?, ile im si? podoba, bo kolor zielony jest bardzo zdrowy dla oczu.
— Ach, jaki ten ?wiat du?y! — wo?a?y kacz?ta dobywaj?c si? z cienkiej skorupy i prostuj?c z przyjemno?ci? nó?ki i skrzyde?ka.
— Nie my?lcie, ?e z tego gniazda wida? ca?y ?wiat — rzek?a matka. — Ho, ho! Ci?gnie si? on ogromnie daleko, jeszcze za tym ogrodem, za ??k? proboszcza, het, het! Ale nigdy tam nie by?am.
Czy?cie ju? wszystkie wysz?y ze skorupek? — doda?a wstaj?c. — Jeszcze nie! Najwi?ksze ani my?li p?kn??. Ciekawam bardzo, jak d?ugo b?d? tu na nim pokutowa?a. Przyznam si?, ?e mam ju? tego zupe?nie dosy?.
I usiad?a z gniewem na upartym jajku.
— A có? tam s?ycha? u was, kochana s?siadko? — spyta?a stara kaczka, która wybra?a si? wreszcie w odwiedziny do m?odej matki.
— Z jednym jajkiem mam k?opot: ani my?li p?kn??. A taka jestem zm?czona! A inne dzieci ?licznie si? wyklu?y, zdrowe, ?wawe, ?ó?ciutkie, a? przyjemnie patrze?. ?adniejszych kacz?t w ?yciu nie widzia?am.
— Poka? mi to jajko, które nie chce p?kn?? — rzek?a s?siadka. — Ho, ho! Takie du?e. To indycze jajko. Znam si? na tym, bo mi si? niegdy? zdarzy?o wysiedzie? takie. Nie ma z tego pociechy; wody si? obawia, p?ywa? nie umie. Nam?czy?am si? i na-martwi?am nad nim. Wszystko na pró?no; niczego nauczy? go nie mo?na. Poka? no jeszcze to jajko. Tak, tak, to indycze. Zostaw je i zajmij si? lepiej swoimi. Czas pu?ci? dzieciaki na wod?.
— Nie — odpar?a kaczka. — Posiedz? jeszcze; tak d?ugo siedzia?am, wytrwam par? dni d?u?ej.
— Jak chcesz, moja kochana!
I kaczka siedzia?a cierpliwie, a? p?k?o i wielkie jajo.
— Pip, pip! — odezwa?o si? piskl? i pr?dko zacz??o wydostawa? si? ze skorupki. By?o bardzo du?e i brzydkie. Kaczka patrzy?a na nie z ciekawo?ci? i uwag?.
— Ogromne piskl? — rzek?a wreszcie — i niepodobne do ?adnego z moich. Czy?by to rzeczywi?cie by?o indycze jajko? No, przekonamy si? o tym: musi i?? do wody, cho?bym je mia?a wci?gn?? za ?eb w?asnym dziobem.
Nazajutrz by?a prze?liczna pogoda. G?adka powierzchnia wody b?yszcza?a jak lustro i prawie ?e zaprasza?a do p?ywania. Kaczka z ca?? rodzin? wybra?a si? do k?pieli i na dalsz? wycieczk?. Plusk!… i skoczy?a w wod?.
— Kwa, kwa! — zawo?a?a i dzieci zacz??y skaka? za ni? jedno po drugim. Na chwil? kry?y si? w wodzie z ?ebkami, lecz zaraz wyp?ywa?y, porusza?y zgrabnie i szybko nó?kami i radzi?y sobie tak dobrze, ?e przyjemnie by?o patrze?.
Brzydkie kacz?tko p?ywa?o razem z innymi.
„To nie indycze — rzek?a do siebie kaczka. — Umie p?ywa?, i jak jeszcze! Mo?e najlepiej ze wszystkich. Jak prosto si? trzyma, a jak doskonale przebiera nogami. To moje w?asne dziecko. Nie jest ono nawet takie brzydkie, je?li si? dobrze przypatrzy?, tylko za du?e troch?, no, bardzo du?e”.
— Kwa, kwa! — odezwa?a si? znowu g?o?no. — Za mn?, dzieci! Musz? was wprowadzi? w ?wiat, przedstawi? na kaczym dworze, tylko trzymajcie si? blisko mnie, ?eby was kto nie zadepta?; a najbardziej strze?cie si? kota.
Przep?yn?wszy kawa?ek drogi, kaczki wysz?y znów na l?d i dosta?y si? na kacze podwórko. Ha?as tu by? nies?ychany, gdy? dwie rodziny k?óci?y si? zapami?tale o g?ówk? w?gorza, któr? tymczasem w zamieszaniu kot rozbójnik pochwyci?.
— Tak to bywa na ?wiecie — rzek?a kaczka i obtar?a dziób o piasek, bo sama mia?a apetyt na g?ówk?.
— A teraz naprzód! Równo porusza? nogami, a tej starszej kaczce uk?o?cie si? grzecznie, tak, g?ow?, to bardzo znakomita osoba, jest Hiszpank? i dlatego taka t?usta. Widzicie na jej nodze ten czerwony znaczek? To najwi?ksze odznaczenie, jakie kaczk? spotka? mo?e u ludzi: oznacza ono, ?e nie wolno jej wyrz?dzi? ?adnej krzywdy, wi?c j? wszyscy szanuj?. No, dalej, nogi rozstawia? szeroko, nie do ?rodka, kaczka dobrze wychowana powinna umie? chodzi?. Patrzcie zreszt? na mnie. A teraz uk?o?cie si? i powiedzcie: kwa! kwa!
Kacz?tka wype?nia?y rozkaz matki. Inne kaczki otoczy?y je doko?a i przypatrywa?y si? nowym przybyszom.
— Jeszcze nas wida? ma?o! — rzek?a wreszcie jedna. — Nied?ugo miejsca zabraknie. Ach, pfe! A có? to znowu? Patrzcie tylko, patrzcie, jak to kacz? wygl?da! Nie mog? znie?? widoku takiego brzydactwa.
Podbieg?a do brzydkiego kacz?cia i ze z?o?ci? uszczypn??a je z ca?ej si?y w szyj?.
— Daj mu spokój! — zawo?a?a gniewnie matka. — Przecie? nikomu nic z?ego nie robi.
— Ale jest takie wielkie i takie dziwaczne, ?e nie mo?na na nie patrze?. Po co takie stworzenie mi?dzy nami ? Ka?dy ma prawo da? mu pozna?, co o nim my?li.
— ?adne masz dzieci — rzek?a starsza kaczka z czerwonym strz?pkiem na nodze. — Mo?na ci powinszowa?. Tylko to du?e jako? ci si? nie uda?o. Czy nie mo?na by go troch? przerobi??
— Zdaje si?, ?e nie mo?na, prosz? ja?nie pani! — odrzek?a kaczka skromnie. — Nie jest ono ?adne, ale pos?uszne, dobre i doskonale p?ywa. Mam nadziej?, ?e wyro?nie z tej brzydoty i b?dzie z czasem mniejsze. Za d?ugo siedzia?o w jajku i dlatego j takie niezgrabne.
Dziobn??a je po szyi, wyprostowa?a piórka, przyg?adzi?a. Niewiele to jednak pomog?o.
— To kaczor — rzek?a wreszcie — wi?c da sobie rad?, zw?aszcza ?e b?dzie silny. — Inne dzieci bardzo ?adne, bardzo ?adne. No, mo?ecie ju? i??. B?d?cie tu jak u siebie, moje ma?e. A je?li wam si? zdarzy znale?? g?ówk? w?gorza, mo?ecie mi j? przynie??.
I kacz?ta by?y jak u siebie w domu.
Tylko jedno brzydkie kacz? popychano, szczypano, odp?dzano, a zn?ca?y si? nad nim nie tylko kaczki, ale nawet i kury. „Za du?e jest” — powtarzali wszyscy bez wyj?tku, a stary indyk, który przyszed? na ?wiat z ostrogami i wyobra?a? sobie, ?e jest królem, nastroszy? wszystkie pióra niby ?agle, poczerwienia? na szyi i g?owie a? po oczy i patrzy? na nie z gro?nym oburzeniem. Biedne kacz?tko samo nie wiedzia?o, czy ma przed nim ucieka?, czy zosta? na miejscu. By?o mu bardzo smutno, ?e jest takie brzydkie, lecz có? na to poradzi?
Tak up?yn?? pierwszy dzie?, a nast?pne by?y jeszcze gorsze. Brzydkie kacz?tko zewsz?d odp?dzano, nawet w?asne rodze?stwo stroni?o od niego i ?yczy?o mu nieraz, ?eby je kot porwa?. Matka zacz??a wstydzi? si? go tak?e. „Id??e sobie ode mnie — powtarza?a coraz cz??ciej. — Czego si? przy mnie pl?czesz?”
Kaczki je bi?y, kury dzioba?y, nawet dziewczyna, która ptactwu dawa?a je??, odtr?ca?a je nog?.
Uciek?o wreszcie i przedosta?o si? przez p?ot na drug? stron?, w krzaki. Gdy upad?o na ziemi?, przestraszone ptaki frun??y i uciek?y.
„To dlatego, ?e jestem takie brzydkie” — pomy?la?o kacz?tko i zamkn??o oczy, aby nic nie widzie? przez jedn? chwil?. Lecz skoro odpocz??o, zerwa?o si? znowu i bieg?o dalej, dalej, a? do wielkiego b?ota, gdzie mieszka?y dzikie kaczki. Tutaj przep?dzi?o noc.
Nazajutrz dzikie kaczki zacz??y mu si? przypatrywa?.
— Co? ty za jedno? — pyta?y zdziwione. A kacz?tko k?ania?o si? na wszystkie strony, jak umia?o i mog?o.
— Jeste? potwornie brzydkie — rzek?y dzikie kaczki — ale có? nam do tego? Byleby? nie zechcia?o ?eni? si? w naszej rodzinie, nic nam do twej urody.
Rozumie si?, ?e biedne piskl? nie my?la?o o ma??e?stwie. Chodzi?o mu tylko o to, aby si? mog?o przespa? w g?stej trzcinie i napi? wody z b?ota.
Tego mu nie broni?y dzikie kaczki. Przebywa?o dni par? w tym cichym ukryciu.
Razu pewnego z s?siedniego stawu przylecia?y dwa g?siory jeszcze bardzo m?ode, gdy? niedawno wyklu?y si? z jajek, ale w?a?nie dlatego do?? zarozumia?e. Popatrzy?y na kacz?tko ciekawie, a jeden odezwa? si?:
— Jeste? taki brzydki, kochany kolego, ?e nie potrzebujemy obawia? si? o ciebie, wi?c je?li zechcesz, mo?esz lecie? z nami na nasze b?ota. Tam dopiero ?ycie! Nie brak i m?odych, ?licznych, bia?ych g?sek. A wszystkie weso?e, rozmowne, jak pi?knie ?piewa? umiej?! Mój drogi, zakochasz si? z pewno?ci? i cho? jeste? taki brzydki, kto wie, czy si? której nie spodobasz.
— A ja my?l?… — zacz?? drugi.
Wtem — pif, paf! i obaj dorodni m?odzie?cy padli nie?ywi w b?oto, które si? zaczerwieni?o od krwi rozlanej.
— Pif, paf! — rozleg?o si? znowu. — Pif, paf! — i ca?e stado dzikich g?si unios?o si? w powietrzu ponad trzcin?. Ale teraz dopiero zacz??a si? strzelanina. By?o to wielkie polowanie: strzelcy otoczyli b?oto, niektórzy nawet siedzieli na drzewach rosn?cych na wybrze?u. Smugi dymu rozci?ga?y si? nad wod? i zas?ania?y wszystko. Plusk, plusk, i psy my?liwskie zacz??y przebiega? w?ród trzciny, chwytaj?c nieszcz??liwych zbiegów. Okropny dzie?!
Biedne kacz?tko odwróci?o g?ow?, aby z wielkiego strachu schowa? j? pod skrzyd?o, ale w tej chwili ujrza?o przed sob? paszcz? z wisz?cym j?zykiem i z?e oczy, niby dwa ognie. Pies rzuci? si? na kacz?tko, z?by mu b?ysn??y, wtem — plusk, plusk: poszed? sobie w inn? stron?.
— O, dzi?ki Bogu, ?e jestem takie brzydkie! — zawo?a?o kacz?tko. — Pies mnie nawet tkn?? nie chcia?.
I zamkn?wszy oczy, le?a?o cichutko, przytulone do trzciny, po?ród huku wystrza?ów, dusz?cego dymu i ?wiszcz?cego ?rutu, który ?mier? roznosi?.
Pó?no uciszy?o si? na krwawym stawie, lecz wystraszone kacz?tko jeszcze przez kilka godzin nie ?mia?o ruszy? si? z miejsca. Na koniec cisza je uspokoi?a, podnios?o g?ow?, otworzy?o oczy, a nie widz?c nikogo, zacz??o ucieka?, ile mu si? starczy?o, dalej, dalej, dalej!
W drodze zaskoczy?a je okropna burza. Pioruny bi?y, deszcz la? strumieniami, a wicher miota? biednym piskl?ciem jak listkiem. Nigdy w ?yciu nic podobnego nie widzia?o i zdawa?o mu si?, ?e to koniec ?wiata.
Co pocz??? Gdzie si? schroni??
Wieczór ju? zapad?. Brzydkie kacz?tko upada?o ze znu?enia, kiedy ujrza?o wreszcie ma?? chatk?. By?a ona tak stara, pochylona, i? dlatego tylko sta?a, ?e nie wiedzia?a, w któr? stron? si? przewróci?. Kacz?tko przytuli?o si? do ?ciany chatki, ale wiatr uderza? z tak? gwa?towno?ci?, i? wydawa?o si?, ?e lada chwila je zabije.
Wi?c ma tu zgin???
Wtem spostrzeg?o, ?e drzwi chaty ledwo wisia?y na zawiasach, skutkiem czego pod spodem utworzy?a si? szpara, przez któr? mo?na by?o wsun?? si? do ?rodka. Uczyni?o to spiesznie, cho? z niema?ym trudem.
W chatce mieszka?a stara kobiecina z kotem i kur?. Kot umia? mrucze?, wygina? grzbiet w pa??k, a nawet sypa? iskry trzaskaj?ce, lecz na to trzeba by?o pod w?os go pog?aska?. Staruszka go kocha?a i nazywa?a wnukiem. Kocha?a te? kur?, bo znosi?a jajka, a ?e mia?a nogi nadzwyczaj krótkie, staruszka przezywa?a j? swoj? córk? Krótkonó?k?.
Z rana zauwa?ono zaraz obecno?? kacz?tka i kura zagdaka?a, a kot zacz?? mrucze?.
— Co to jest? — rzek?a stara patrz?c na nowego go?cia.
Wzrok mia?a bardzo s?aby, wi?c wyda?o jej si?, ?e to jest du?a kaczka, która si? przyb??ka?a podczas burzy.
— A to szcz??liwie! — rzek?a. — B?dziemy mieli teraz i kacze jaja. ?eby to tylko nie by? kaczor. Ha, trzeba si? przekona?, poczekajmy.
Min??y trzy tygodnie, a kaczych jaj nie ma. Staruszka ju? przesta?a si? ich spodziewa?. Kot by? w tej chatce panem, kura pani? i oni tu rz?dzili. My i ?wiat” — mówili, co mia?o oznacza?, ?e si? uwa?aj? za co? lepszego od ca?ego ?wiata. Kacz?tko by?o innego zdania, lecz kura si? rozgniewa?a.
— Umiesz znosi? jajka? — rzek?a.
— Nie.
— No, to si? nie odzywaj, z ?aski swojej.
— Umiesz mrucze?, grzbiet wygina?, iskry sypa?? — zapyta? kot z kolei.
— Nie.
— No, to sied? cicho, kiedy mówi? rozumniejsi od ciebie.
I kacz?tko usiad?o w k?cie, smutne i zawstydzone.
Wtem przez otwarte drzwi wpad?a smuga ?wiat?a, wiatr przyniós? zapach wody, trzciny, tataraku i kacz?tko opanowa?a taka ch?? p?ywania, ?e zwierzy?o si? z tym kurze.
— A to co? — rzek?a kura. — Nic nie robisz i dlatego ci takie g?upstwa przychodz? do g?owy. Zno? jajka albo mrucz sobie, a zaraz wywietrzej? ci fantazje.
— Kiedy to tak przyjemnie — zapewnia?o kacz?tko — zanurzy? si?, wyp?ywa?, pluska? w czystej wodzie, a potem skry? si? g??boko i widzie?, jak woda zamyka si? nad g?ow?.
— O tak, to wielka rozkosz! — za?mia?a si? kura. — Co za niem?dre pomys?y? Zapytaj kota — przecie? m?drzejszego stworzenia nie ma na ?wiecie — zapytaj, czy lubi p?ywa? albo zanurza? si? w wodzie. O sobie ju? nie mówi?, ale mo?esz spyta? naszej pani. ?yje tak d?ugo na ?wiecie i jest bardzo rozumna. Nie znam rozumniejszej od niej. Wi?c zapytaj, czy to przyjemnie zanurzy? si? z g?ow? w wodzie i czy ma ochot? p?ywa?.
— Nie rozumiecie mnie — rzek?o kacz?tko.
— My ciebie nie rozumiemy? Doprawdy? Wi?c któ? ci? mo?e rozumie?? Czy sobie nie wyobra?asz czasem, ty g?uptasie, ?e jeste? m?drzejszy od kota albo ód naszej pani? O sobie ju? nie mówi?. Nie b?d? tak zarozumia?y, moje dziecko, dzi?kuj Bogu za te dobrodziejstwa, które ci tu wy?wiadczono. Mieszkasz w ciep?ej izbie i masz towarzystwo, w którym móg?by? skorzysta? bardzo wiele. Ale na to trzeba s?ucha? i rozwa?a?, a nie baja? bez sensu. Powiem ci otwarcie, ?e niezbyt przyjemnie ?y? z tob? pod jednym dachem. Mo?esz mi wierzy?. Zreszt? mówi? ci o tym przez ?yczliwo??. Przyjaciel ma obowi?zek mówi? prawd? w oczy, chocia?by by?a przykra. Radz? ci te? szczerze: naucz si? znosi? jajka albo mrucze?, albo sypa? iskry. Inaczej nic z ciebie nie b?dzie.
— Chyba pójd? sobie w ?wiat — rzek?o kacz?tko.
— Otwarta droga, nikt ci? nie zatrzymuje!
I posz?o sobie kacz?tko. P?ywa?o po wodzie, pluska?o, zanurza?o si? g??boko, ale zawsze by?o samo — inne p?ywaj?ce ptaki unika?y go z powodu brzydoty.
Tymczasem nast?pi?a jesie?. Li?cie na drzewach po?ó?k?y, ?ciemnia?y i pocz??y opada?; wiatr kr?ci? nimi w powietrzu i niós? gdzie? daleko, aby znowu porzuci?. Powietrze stawa?o si? ch?odne, wilgotne, ci??kie, chmury przesuwa?y si? nisko po niebie nios?c deszcze i ?niegi, zas?aniaj?c s?o?ce. Wrony kraka?y z zimna. Dreszcz przebiega na sam? my?l o takiej pogodzie!
I brzydkiemu kacz?tku by?o coraz gorzej. Ch?odno, g?odno i nikogo, kto by polubi? je szczerze. Bo takie brzydkie! A nie tylko brzydkie, lecz takie du?e i takie odmienne od wszystkich ptaków. Do nikogo, do nikogo niepodobne.
A ka?dy szuka podobnych do siebie.
Razu jednego p?ywa?o po wodzie. S?o?ce chyli?o si? ku zachodowi, niebo by?o czerwone niby w ogniu. Wtem spoza lasu podnios?o si? stado wielkich, wspania?ych ptaków. Podobnie pi?knych kacz?tko nie widzia?o dot?d: lecia?y niby chmurki ?nie?nobia?e, spokojnie, wdzi?cznie i majestatycznie. By?y to odlatuj?ce ?ab?dzie. Nagle wyda?y ton d?ugi, przeci?g?y, taki dziwny! Porusza?y spokojnie silnymi skrzyd?ami i wznios?y si? wysoko a? pod chmury, i p?yn??y tak dalej, dalej w niesko?czono??…
?ab?dzie opuszcza?y ch?odny kraj przed zim? i spieszy?y za s?o?cem, tam gdzie ono ?wieci jasno i ciep?o, gdzie b??kitne wody nie zamarzaj? nigdy. Kacz?tko patrzy?o za nimi z zachwytem, z uczuciem nieopisanej t?sknoty, a gdy znik?y, wyda?o okrzyk silny i przenikliwy, a? samo si? przestraszy?o swego g?osu.
I zacz??o si? kr?ci? w kó?ko, jak szalone, wyci?gaj?c szyj? i podnosz?c krótkie, niezgrabne skrzyd?a. O, co za m?ka! Nigdy nie zapomni tych wspania?ych ptaków — a nigdy ich wi?cej nie ujrzy! Znikn??y, znikn??y!
Z rozpaczy zanurzy?o si? do samego dna, a kiedy wyp?yn??o znowu na powierzchni?, nie wiedzia?o, co si? z nim dzieje. Ptaki, królewskie ptaki, pi?kne ptaki! Nie wiedzia?o, jak si? nazywaj? ani dok?d lec?, a jednak pragn??o z??czy? si? z nimi i lecie? razem, daleko i wysoko!…
By?o to ?mieszne i g?upie pragnienie, bo jakim prawem ono, takie brzydkie, które si? cieszy? powinno, gdy kaczki chc? z nim przestawa?…
Ale tamte ptaki!…
Nadesz?a zima surowa i mro?na. Zamarz?y wody. Na ma?ym kawa?ku, który zosta? wolny, musia?o kacz?tko p?ywa? bezustannie, aby nie pozwoli? mu zamarzn??. Mimo to przestrze? wolna zmniejsza?a si? po ka?dej nocy. Bo co dzie? by?o zimniej, mróz si? wzmaga?, lód trzaska? doko?a na male?kim otworze, który pozosta? jeszcze. Kacz?tko bez odpoczynku porusza? musia?o nó?kami, ?eby nie przymarzn??. Lecz i to nie pomog?o; zm?czone usta?o, a wówczas lód uwi?zi? je jak w kleszczach.
Zobaczy? to nazajutrz z rana jaki? wie?niak, rozbi? lód butem o drewnianej podeszwie, a ptaka zabra? do chaty.
Kacz?tko w cieple przysz?o do siebie i dzieci zaraz chcia?y si? z nim bawi?; ale ono my?la?o, ?e mu chc? zrobi? co z?ego, i zacz??o ucieka?; przewróci?o garnek z mlekiem i rozla?o je na pod?og?. Gospodyni z rozpaczy r?ce za?ama?a, chcia?a z?apa? szkodnika, aby go ukara?. Przestraszone kacz?tko wpad?o w kube? z wod?, a potem w naczynie z m?k?, wytar?o si? o sadze w okopconym piecu. Gospodyni krzycza?a i goni?a za nim, dzieci ze ?miechem przewraca?y si? jedno przez drugie, kacz?tko skaka?o po pó?kach, po garnkach, podfruwa?o a? do pu?apu, wreszcie przez otwarte drzwi wypad?o do sieni, a stamt?d na dwór.
Mo?na sobie wyobrazi?, jak wygl?da?o. Um?czone, mokre, powalane sadzami, o nastroszonych piórach, a przy tym upadaj?ce ze znu?enia. Lecz nie my?la?o o tym; ostatnim wysi?kiem dosta?o si? pomi?dzy krzaki, rosn?ce niedaleko, i jak nie?ywe upad?o na ?nieg.
Za smutno by?oby opisywa? wam to wszystko, co nieszcz??liwe kacz?tko wycierpia?o podczas mro?nej i d?ugiej zimy. G?ód, ch?ód, ani ciep?ego schronienia, ani ?ywno?ci, ani przyjaciela…
Le?a?o po?ród trzciny, kiedy s?o?ce zacz??o ja?niej i cieplej przy?wieca?.
Zanuci?y skowronki, powraca?a wiosna.
I kacz?tko od?y?o; z ka?dym dniem powraca?y mu stracone si?y, a? rozpostar?o skrzyd?a jakie? wielkie, jakby nie swoje, zaszumia?o nimi i polecia?o wysoko, daleko, prowadzone jak?? t?sknot? nieznan? do ?wiata, do wszystkiego, co na nim jest pi?kne.
I nie spocz??o a? na wielkim stawie, w du?ym ogrodzie, gdzie ptaki ?piewa?y weso?o, drzewa ja?nia?y ?wie?? zielono?ci?, bia?a czeremcha rozlewa?a zapach i zwiesza?a tak nisko swe cienkie ga??zki, i? zanurza?y si? w wodzie przejrzystej.
?licznie tu by?o. Ka?da trawyka, kwiatek, ka?dy listek na drzewie zdawa? si? ?piewa? rado?nie: „Wiosna powraca. Wiosna! Wiosna! Wiosna!”
Wtem spoza g?stych krzaków naprzeciwko wyp?yn??y trzy wielkie, wspania?e ?ab?dzie. Rozpostar?y bia?e skrzyd?a niby ?agle i p?yn??y lekko po b??kitnej wodzie, z szyj? wygi?t? wdzi?cznie i wzniesion? g?ow?, spokojne, dumne i majestatyczne.
Na ten widok dziwny smutek i t?sknota ogarn??y biedne kacz?tko. Oto królewskie ptaki, które raz widzia?o i ukocha?o tak od razu, tak mocno.
„Pop?yn? do nich — pomy?la?o nagle. — Niech mnie zabij? za moje zuchwalstwo, za to, ?e ?miem zbli?y? si? do nich… Niech mnie zabij?. Wszystko mi jedno. Lepiej by? zabitym przez te cudne ptaki, które kocha? musz?, ni? szarpanym przez kaczki, dziobanym przez kury, potr?canym i odpychanym przez wszystkie zwierz?ta i ludzi. O lepiej, lepiej umrze?!”
I pop?yn??o naprzeciw ?ab?dziom, które, ujrzawszy przybysza, zaszumia?y skrzyd?ami i skierowa?y si? prosto ku niemu.
— Zabijcie mnie! — zawo?a?o brzydkie kacz?tko i pochyli?o g?ow? oczekuj?c ?mierci.
Ale có? to? Có? widzi w zwierciadlanej fali? Wszak?e to jego obraz! Jego w?asny! Jego!
To ju? nie brudnoszare, brzydkie i niezgrabne kacz?tko, to ?ab?d? bia?y! Kacz?tko sta?o si? ?ab?dziem!
Chocia? si? urodzi?o pomi?dzy kaczkami, lecz z ?ab?dziego jaja, wi?c i ono tak?e ?ab?dziem si? sta?o.
W tej jednej chwili zapomnia?o nagle o n?dzy, o cierpieniach;, czu?o si? tylko niezmiernie szcz??liwe i po raz pierwszy rado?nie wita?o pi?kny ?wiat, ?ycie i braci-?ab?dzi, które p?ywa?y woko?o, ogl?daj?c towarzysza i pieszczotliwie g?aszcz?c go dziobami.
Kilkoro dzieci wbieg?o do ogrodu i zacz??o z brzegu rzuca? do wody bu?ki i smaczne ziarenka. Wtem jeden ch?opczyk zawo?a? :
— Nowy ?ab?d? nam przyby?! Nowy ?ab?d?!
Inne dzieci zacz??y klaska? w r?ce i skaka?, powtarzaj?c:
— ?ab?d? nam przyby?! ?ab?d?! Jaki ?liczny! Najpi?kniejszy! Najpi?kniejszy!
I rzuca?y do wody ciastka i bu?k?, sprowadzi?y rodziców i wszyscy przyznali, ?e nowy ?ab?d? by? najpi?kniejszy ze wszystkich.
Stare ?ab?dzie pok?oni?y mu si? z dobroci? i uznaniem.
Wtedy zawstydzony i wzruszony, ukry? g?ow? pod skrzyd?em nie wiedz?c, co pocz??. Czu? si? tak bardzo, tak bardzo szcz??liwy ! My?la? o tym, jak niedawno i jak d?ugo cierpia? z powodu swojej brzydoty, jak nie mia? nikogo, kto by chcia? by? jego bratem, przyjacielem, a teraz — bratem jest królewskich ptaków, jak one pi?kny, mo?e najpi?kniejszy! ?wiat ca?y zdaje si? ?piewa? pochwa?y jego pi?kno?ci, czeremcha przesy?a mu s?odki zapach, s?o?ce — promienie z?ote, woda go pie?ci dotkni?ciem i przyja?nie odbija jego obraz.
O, jak wspania?e jest ?ycie!
Rozpostar? skrzyd?a, które zaszumia?y g?o?no, podniós? do góry szyj? wdzi?cznym ruchem i z g??bi serca zawo?a? rado?nie:
— Nie marzy?em o takim szcz??ciu! Nie marzy?em!
piątek, styczeń 27th 2006
Brzydkie Kacz?tko - Hans Christian Andersen
posted @ 5:19 pm in [ Dla dzieci - Baśnie ]