Królowa ?niegu
Ba?? w siedmiu opowiadaniach
Opowiadanie pierwsze
W którym jest mowa o lustrze i okruchach
Pos?uchajcie! Zaczynamy. Kiedy bajka si? sko?czy, b?dziemy wiedzieli wi?cej, ni? wiemy teraz, bo to by? z?y czarownik! Jeden z najgorszych, sam diabe?. Pewnego dnia wpad? w ?wietny humor, zrobi? bowiem lustro, które posiada?o t? w?a?ciwo??, ?e wszystko dobre i ?adne, co si? w nim odbija?o, rozp?ywa?o si? na nic, a to, co nie mia?o ?adnej warto?ci i by?o brzydkie, wyst?powa?o wyra?nie i stawa?o si? jeszcze brzydsze. Najpi?kniejsze krajobrazy wygl?da?y w tym lustrze jak gotowany szpinak, najlepsi ludzie byli szkaradni albo stali na g?owach bez tu?owia. Twarze w tym lustrze by?y tak wykrzywione, ?e nie mo?na ich by?o rozpozna?; ten, kto mia? piegi, móg? by? pewien, ?e pokryj? mu ca?y nos i policzki.
Diabe? za? uwa?a?, ?e to by?o ogromnie zabawne. Skoro tylko przez g?ow? cz?owieka przelecia?a jaka? zacna, dobra my?l, ju? twarz w lustrze wykrzywia?a si?, a diabe?-czarownik ?mia? si? ze swego sprytnego wynalazku. Wszyscy, którzy chodzili do szko?y diab?a, gdy? za?o?y? czarci? szko??, opowiadali na prawo i lewo, ?e sta? si? cud; uwa?ali, ?e dopiero teraz b?dzie mo?na dowiedzie? si?, jak naprawd? wygl?da ?wiat i ludzie. Biegali wsz?dzie z lustrem i w ko?cu nie by?o ani jednego cz?owieka, ani jednego kraju, który by nie zosta? w nim opacznie odbity. Przysz?o im do g?owy, by polecie? do nieba i zabawi? si? kosztem anio?ów i Pana Boga. Im wy?ej lecieli z lustrem, tym bardziej wszystko si? wykrzywia?o, zaledwie mogli je utrzyma?, lecieli wy?ej i wy?ej, coraz bli?ej anio?ów i Boga; wtedy lustro zadr?a?o tak strasznie, ?e wypad?o im z r?k na ziemi?, gdzie rozprys?o si? na tysi?ce milionów, bilionów i jeszcze wi?cej okruchów. Teraz dopiero wyrz?dzili o wiele wi?ksz? krzywd? ni? przedtem, gdy? niektóre kawa?ki by?y mniejsze od ziarnka piasku i pofrun??y daleko w ?wiat; gdy wpad?y komu? do oka, tkwi?y w nim, i wtedy cz?owiek ten widzia? wszystko na odwrót albo spostrzega? tylko to, co by?o w danym przedmiocie z?e, gdy? ka?dy od?amek lustra mia? t? w?a?ciwo?? co ca?e lustro; byli ludzie, którym taki od?amek wpad? do serca, i wtedy dzia?o si? co? okropnego: serce stawa?o si? jak kawa?ek lodu. Niektóre kawa?ki szk?a by?y takie du?e, ?e zrobiono z nich szyby okienne, ale nie warto by?o patrze? przez nie na przyjació?; inne kawa?ki dosta?y si? do okularów i ?le si? dzia?o, kiedy ludzie nak?adali te okulary, aby dobrze widzie? i dobrze s?dzi?; a Z?y ?mia? si?, a? mu si? brzuch trz?s?, i to go przyjemnie ?askota?o.
A w powietrzu unosi?y si? wci?? male?kie okruchy lustra. I s?uchajcie, co si? sta?o!
Opowiadanie drugie
Ch?opczyk i dziewczynka
Po?ród wielkiego miasta, gdzie jest tyle domów i tyle ludzi, ?e nie ma do?? miejsca, aby ka?dy mia? swój ma?y ogródek, i dlatego wi?kszo?ci ludzi musi wystarczy? doniczka z kwiatami, mieszka?o dwoje biednych dzieci, które mia?y jednak ogród troch? wi?kszy ni? doniczka. Nie byli bratem i siostr?, ale kochali si? jak rodze?stwo. Ich rodzice mieszkali w dwóch domach, przedzielonych w?sk? uliczk?, w dwóch izdebkach na poddaszu; dachy domów styka?y si? prawie ze sob?; tu? obok rynny w ka?dym domu widnia?o ma?e okienko, wystarczy?o tylko przeskoczy? przez rynn? i ju? mo?na by?o przej?? z jednego okna do drugiego.
Rodzice mieli przed oknem drewnian? skrzynk?, w której sadzili po?yteczne warzywa i ma?e ró?ane krzewy. Raz wpad?o rodzicom na my?l, ?eby postawi? skrzynki w poprzek rynny, tak ?e si?ga?y prawie od jednego okna do drugiego i wygl?da?y jak dwie grz?dki. P?dy grochu zwiesza?y si? ze skrzynek, a ró?ane krzewy wypuszcza?y d?ugie ga??zki, wi?y si? dooko?a okien i pochyla?y ku sobie; wygl?da?o to prawie jak brama triumfalna, pe?na zieleni i kwiatów. Poniewa? skrzynki by?y bardzo wysoko, a nie wolno tam by?o si? wdrapywa? dzieciom, pozwolono im cz?sto wychodzi? do siebie i siedzie? na ma?ych sto?eczkach pod ró?ami; bawi?y si? tam ?wietnie.
W zimie ko?czy?a si? ta przyjemno??, okna by?y cz?sto zupe?nie zamarzni?te; ale wtedy dzieci ogrzewa?y przy piecu miedziaki i przyk?ada?y je do zamarzni?tych szyb, tak ?e robi?a si? ?wietna dziurka do patrzenia, taka okr?g?a, okr?g?a; przez t? dziurk? patrza?o kochane, mi?e oko, przy ka?dym oknie jedno; byli to ch?opczyk i dziewczynka. Ch?opczyk nazywa? si? Kay, a dziewczynka Gerda. W lecie wystarczy? jeden krok, i ju? byli razem, ale w zimie musieli wchodzi? na tyle schodów i schodzi? z tylu schodów, a na dworze pada? ?nieg.
– To roje bia?ych pszczó?! – powiedzia?a stara babka.
– Czy maj? tak?e królow?? – spyta? ch?opczyk, bo wiedzia?, ?e prawdziwe pszczo?y maj? królow?.
– Naturalnie, ?e maj?! – powiedzia?a babka. – Fruwa tam, gdzie si? najg??ciej roj?.
Jest wi?ksza od innych i nigdy nie odpoczywa na ziemi, odlatuje z powrotem w czarne chmury. Czasami w zimowe noce przelatuje przez ulice miasta i zagl?da do wszystkich okien, a wtedy okna te zamarzaj? tak dziwnie, jak gdyby si? pokrywa?y kwiatami.
– Tak, to?my widzieli! – wo?a?y dzieci i teraz uwierzy?y, ?e to by?a prawda.
– Czy Królowa ?niegu mo?e tutaj przyj??? – spyta?a ma?a dziewczynka.
– Niech tylko spróbuje! – powiedzia? ch?opiec. – Wtedy posadz? j? na gor?cym piecu i roztopi si?.
Ale babka pog?adzi?a go po g?owie i zacz??a opowiada? inne bajki.
Wieczorem, kiedy ma?y Kay k?ad? si? ju? spa?, wdrapa? si? na krzes?o przy oknie i spojrza? przez ma?? dziurk?; w?a?nie spad?o par? p?atków ?niegu i jeden z nich, najwi?kszy, zawis? na brzegu skrzynki z kwiatami; rós? coraz bardziej i bardziej i w ko?cu przemieni? si? w kobiet? ubran? w najdelikatniejsz? bia?? gaz?, utkan? jakby z miliona gwia?dzistych p?atków. By?a pi?kna i zgrabna, ale ca?a z lodu, z ol?niewaj?cego, b?yszcz?cego lodu, a jednak ?y?a: oczy patrza?y jak dwie jasne gwiazdy, ale nie by?o w nich spokoju ani wytchnienia. Sk?oni?a si? do okna i skin??a r?k?. Ch?opczyk przestraszy? si? i zeskoczy? z krzes?a; a wtedy zdawa?o mu si?, ?e wielki ptak przelecia? obok okna.
Nast?pnego dnia by? silny mróz, a potem zrobi?a si? odwil?, a potem przysz?a wiosna, s?o?ce ?wieci?o, ukaza?a si? ziele?, jaskó?ki budowa?y gniazda, otworzono okna i dzieci siedzia?y znowu w swoim ogródku przy rynnie, wysoko ponad wszystkimi pi?trami.
Tego lata ró?e kwit?y niezwykle obficie; dziewczynka nauczy?a si? psalmu, w którym by?a mowa tak?e i o ró?ach, i wtedy pomy?la?a o swoich w?asnych kwiatkach; za?piewa?a ten psalm ch?opczykowi, a on nuci? razem z ni?:
Ró?a przekwit?a i mienie,
Pójd?, pok?o?my si? dziecinie.
Dzieci trzyma?y si? za r?ce, ca?owa?y ró?e, patrza?y w jasne s?o?ce i mówi?y do s?o?ca jak do Dzieci?tka Jezus. Có? to by?y za cudne, letnie dni, jak?e przyjemnie by?o siedzie? pomi?dzy ?wie?ymi krzewami ró?, które, zdawa?o si?, nigdy nie przestan? kwitn??!
Kay i Gerda siedzieli i ogl?dali ksi??k? z obrazkami, w której by?y malowane zwierz?ta i ptaki. Wtem, gdy zegar na wielkiej wie?y ko?cielnej wybi? w?a?nie pi?t?, Kay zawo?a?:
– Co? mnie uk?u?o w serce! O, a teraz co? mi wpad?o do oka! Dziewczynka obj??a go za szyj?, ch?opczyk mruga? oczami: nie, nic nie by?o wida?!
– Pewnie ju? wylecia?o! – powiedzia?, ale nie wylecia?o. By? to w?a?nie jeden z tych od?amków szk?a, na które rozpad?o si? lustro, czarodziejskie lustro, wiemy przecie?, to wstr?tne lustro, które wszystko, co wielkie i ?adne, odbija?o jako ma?e i brzydkie, podczas gdy to, co by?o brzydkie i z?e, wyst?powa?o wyra?nie i ka?d? wad? mo?na by?o od razu zauwa?y?. Biedny Kay! Do jego serca wpad? tak?e taki od?amek. Za chwil? to serce przemieni si? w grudk? lodu. Teraz ju? przesta?o bole?, ale od?amek tkwi? jeszcze w sercu.
– Dlaczego p?aczesz? – spyta?. – Tak brzydko wygl?dasz! Nic mi przecie? nie jest! Fe! – zawo?a? nagle. – T? ró?? toczy robak! A patrz, tamta jest zupe?nie krzywa. W?a?ciwie te ró?e s? brzydkie. Tak samo jak te skrzynie, w których stoj?! – Kopn?? nog? skrzyni? i zerwa? obie ró?e.
– Kay, co ty robisz? – zawo?a?a dziewczynka, a on, widz?c jej przera?enie, zerwa? jeszcze jedn? ró?? i pobieg? do swego okna zostawiaj?c ma??, milutk? Gerd? sam?.
Kiedy potem przysz?a do niego z ksi??k? z obrazkami, powiedzia?, ?e to dobre dla niemowl?t; a kiedy babka opowiada?a bajki, mia? im zawsze co? do zarzucenia albo stawa? za babk?, k?ad? okulary i przedrze?nia? j?; a udawa?o mu si? to tak dobrze, ?e ludzie ?miali si? z tego. Wkrótce nauczy? si? na?ladowa? mow? i chód wszystkich ludzi na ca?ej ulicy. Potrafi? pokazywa? wszystko, co w nich by?o niezwyk?ego i brzydkiego, a ludzie mówili: „Ten ch?opiec jest bardzo zdolny!” Ale sprawi?o to szk?o, które mu wpad?o do oka, szk?o tkwi?ce w jego sercu, i dlatego dokucza? nawet ma?ej Gerdzie, która by?a do niego przywi?zana ca?? dusz?.
Jego zabawy zmieni?y si? teraz ca?kowicie; sta?y si? takie m?dre. Pewnego zimowego dnia, kiedy prószy? ?nieg, przyniós? sobie wielkie powi?kszaj?ce szk?o, rozpostar? po?ow? swego granatowego p?aszczyka i zgarn?? na ni? p?atki ?niegu.
– Spójrz no w szk?o, Gerda! – powiedzia?. Ka?dy p?atek ?niegu powi?ksza? si? w szkle i wygl?da? jak pi?kny kwiat lub sze?ciok?tna gwiazda; by? to wspania?y widok.
– Widzisz, jakie to artystyczne! – mówi? Kay – to o wiele ciekawsze od prawdziwych kwiatów! Te kwiaty nie maj? ?adnych wad, s? doskona?e, o ile tylko si? nie roztopi?.
Po chwili zjawi? si? z wielkimi r?kawicami i ma?ymi saneczkami na plecach; krzykn?? Gerdzie w samo ucho:
– Id? na wielki plac, gdzie inni ch?opcy si? bawi? – i poszed?.
Na placu naj?mielsi ch?opcy przywi?zywali cz?sto swoje saneczki do ch?opskiego wozu i jechali w ten sposób spory kawa? drogi. By?o to bardzo weso?e. Kiedy si? w najlepsze bawili, nadjecha?y jakie? wielkie sanie; by?y pomalowane ca?e na bia?o, a w ?rodku siedzia? kto? otulony w bia?e futro i w bia?ej, futrzanej czapce; sanie objecha?y plac dwa razy dooko?a. Kay przywi?za? do nich szybko swoje saneczki i jecha? za du?ymi saniami; jechali coraz pr?dzej i pr?dzej, prosto przed siebie w najbli?sz? ulic?; osoba, która siedzia?a w saniach, odwróci?a si?, kiwn??a przyja?nie do Kaya g?ow?, zupe?nie tak, jakby si? znali od dawna; za ka?dym razem, kiedy Kay chcia? odwi?za? swoje saneczki, osoba znowu do niego kiwa?a i Kay zostawa?; wyjechali za bram? miasta, wtedy ?nieg zacz?? tak sypa?, ?e ch?opiec, jad?c dalej, nie widzia? nawet r?ki, któr? trzyma? przed oczami; pu?ci? pr?dko sznur od saneczek, by si? uwolni? od wielkich sa?, ale to nie pomog?o, jego ma?e saneczki przywi?zane by?y mocno i jak wiatr p?dzi?y naprzód. Wtedy zacz?? g?o?no wo?a?, ale nikt go nie s?ysza?, ?nieg pada?, saneczki mkn??y szybko; od czasu do czasu podskakiwa?y, tak jakby jecha?y przez rowy i p?oty. Kay by? bardzo przestraszony, chcia? zmówi? Ojcze nasz, ale móg? sobie przypomnie? tylko tabliczk? mno?enia.
P?atki ?niegu stawa?y si? coraz wi?ksze i wi?ksze i w ko?cu wygl?da?y jak du?e bia?e kury; nagle odskoczy?y na bok, wielkie sanie zatrzyma?y si? i osoba, która w nich jecha?a, wyprostowa?a si?, jej futro i czapka by?y ca?e ze ?niegu a ona sama by?a dam? smuk?? i wysok?, ja?niej?c? biel? – Królowa ?niegu!
– Zrobili?my ?adny kawa? drogi – powiedzia?a – ale po co marzn??? Otul si? moim nied?wiedzim futrem. – Posadzi?a go obok siebie w saniach i otuli?a go futrem; by?o mu tak, jakby pogr??y? si? w ?nie?nej zaspie.
– Czy zimno ci jeszcze? – spyta?a i poca?owa?a go w czo?o. Poca?unek by? zimniejszy od lodu, dotar? prosto do serca, które ju? i tak na pó? zlodowacia?o; by?o mu tak, jak gdyby mia? umrze?; ale tylko przez chwil?, potem zrobi?o mu si? dobrze; nie czu? ju? zimna.
– Moje saneczki! Nie zapomnij o moich saneczkach! – o tym pomy?la? przede wszystkim; saneczki przywi?zano do jednej z bia?ych kur, która pofrun??a nios?c je na grzbiecie. Królowa ?niegu poca?owa?a Kaya jeszcze raz, i wtedy zapomnia? o ma?ej Gerdzie, o babce i o wszystkich w domu.
– Teraz ju? ci? wi?cej nie poca?uj?! – powiedzia?a – bo zaca?owa?abym ci? na ?mier?!
Kay spojrza? na ni?; by?a bardzo ?adna; nie móg? sobie wyobrazi? m?drzejszej i pi?kniejszej twarzy; teraz nie wydawa?a mu si? ju? z lodu jak przedtem, kiedy j? widzia? za oknem, gdy kiwa?a do niego; w jego oczach by?a doskona?o?ci?, nie ba? si? wcale, opowiedzia? jej, ?e potrafi rachowa? z pami?ci i nawet z u?amkami, ?e wie, ile kwadratowych mil liczy kraj i ile ma kraj mieszka?ców; a ona u?miecha?a si? bez przerwy; wtedy pomy?la? sobie, ?e wie jeszcze za ma?o, i spojrza? w wielk?, wielk? przestrze?, a ona lecia?a z nim wysoko ponad czarnymi chmurami, wicher szumia? i wy?, tak jakby ?piewa? stare pie?ni. Lecieli ponad lasem i jeziorami, nad morzem i l?dem; daleko pod nimi gwizda? zimny wiatr, wy?y wilki, ?nieg iskrzy? si?, wy?ej lecia?y czarne, kracz?ce wrony, a nad wszystkim wysoko w górze ksi??yc ?wieci? jasno i Kay patrzy? na? przez ca?? d?ug? zimow? noc; w dzie? za? spa? u stóp Królowej ?niegu.
Opowiadanie trzecie
Kwietny ogród kobiety, która umia?a czarowa?
Ale co si? dzia?o z ma?? Gerd?, gdy Kay nie wraca?? Co si? z nim sta?o? Nikt nie wiedzia?. Nikt nie umia? tego wyja?ni?. Ch?opcy opowiedzieli tylko, ?e widzieli jak przywi?za? swoje saneczki do du?ych, wspania?ych sa?, które pojecha?y ulic? i wyjecha?y za bram? miasta. Nikt nie wiedzia?, gdzie Kay si? podzia?. Pop?yn??o wiele ?ez, ma?a Gerda p?aka?a gor?co i d?ugo. Potem powiedziano, ?e umar?, ?e uton?? w rzece, która przep?ywa?a tu? obok miasta; o, có? to by?y za d?ugie, ciemne zimowe dni. A? wreszcie przysz?a wiosna i ciep?e promienie s?o?ca.
– Kay umar? i nie ma go! – powiedzia?a ma?a Gerda.
– Nie wierz? temu – odrzek? s?oneczny promie?.
– Umar? i nie ma go – powiedzia?a Gerda do jaskó?ek.
– Nie wierzymy temu – odrzek?y ptaki. I w ko?cu ma?a Gerda sama przesta?a w to wierzy?.
– W?o?? moje nowe, czerwone buciki – powiedzia?a jednego ranka. – Kay nie widzia? ich jeszcze; pójd? do rzeki i spytam o niego.
By? bardzo wczesny ranek; poca?owa?a star? babk?, która jeszcze spa?a, w?o?y?a czerwone buciki i posz?a zupe?nie sama za bram? miasta, a? na brzeg rzeki.
– Czy to prawda, ?e zabra?a? mi mojego ma?ego towarzysza zabaw? Podaruj? ci moje czerwone trzewiki, o ile mi go oddasz!
I wydawa?o jej si?, ?e fale patrzy?y na ni? tak dziwnie, wtedy zdj??a swoje czerwone trzewiki, to, co mia?a najmilszego, i rzuci?a je do rzeki; ale upad?y tu? obok brzegu i fale zanios?y je z powrotem na l?d tak, jak gdyby rzeka nie mog?c zwróci? Gerdzie Kaya nie chcia?a jej zabra? tego, co najbardziej lubi?a; dziewczynce zdawa?o si?, ?e za blisko brzegu rzuci?a trzewiki, wi?c wesz?a do ?ódki, która sta?a w sitowiu, posz?a na najdalszy jej koniec i wrzuci?a raz jeszcze trzewiki do wody, ale ?ódka nie by?a mocno przywi?zana i na skutek ruchów dziewczynki zako?ysa?a si? i odbi?a od brzegu. Gerda spostrzeg?a to i chcia?a szybko wysi???, ale nie zd??y?a, ?ódka oddali?a si? od brzegu i pop?yn??a szybko naprzód.
Wtedy ma?a Gerda przestraszy?a si? bardzo i zacz??a p?aka?, ale nikt jej nie s?ysza? prócz wróbli, a te nie mog?y jej zanie?? na l?d, lecia?y tylko wzd?u? brzegu i ?wierka?y tak, jakby j? chcia?y pocieszy?: „Oto jeste?my my.” ?ódka gna?a z pr?dem; ma?a Gerda siedzia?a zupe?nie spokojnie w po?czoszkach, czerwone trzewiki p?yn??y za ni?, ale nie mog?y dogoni? ?ódki, któr? pr?d szybko unosi?.
Na obu brzegach by?o ?licznie, ros?y tam pi?kne kwiaty, stare drzewa i ci?gn??y si? zbocza, na których pas?y si? owce i krowy, ale nigdzie nie by?o wida? cz?owieka.
„Mo?e rzeka zaniesie mnie do ma?ego Kaya” – my?la?a Gerda i ta my?l j? pocieszy?a, wyprostowa?a si? i przez d?ugie godziny patrza?a na zielony brzeg; potem przyp?yn??a do du?ego wi?niowego sadu, w?ród którego wida? by?o ma?y domek z dziwnymi, czerwonymi i niebieskimi oknami i s?omianym dachem; przed domkiem sta?o dwóch drewnianych ?o?nierzy, prezentuj?cych bro? przed ka?dym, kto przep?ywa? obok.
Gerda zawo?a?a do nich; my?la?a, ?e s? ?ywi, ale oni rozumie si?, nic nie odpowiedzieli; podp?yn??a do nich zupe?nie blisko, pr?d rzeki zaniós? ?ódk? do samego brzegu.
Gerda krzykn??a jeszcze g?o?niej, wtedy z domku wysz?a stara, stara kobieta, opieraj?ca si? na zakrzywionym kosturze; mia?a du?y kapelusz, pomalowany w najpi?kniejsze kwiaty.
– Biedna dziecino! – powiedzia?a staruszka. – Jak?e si? dosta?a? na t? du??, bystr? rzek?, w tak daleki ?wiat? – I potem staruszka wesz?a a? do wody, zaczepi?a kostur o ?ódk?, przyci?gn??a j? na brzeg i wynios?a z niej ma?? Gerd?.
A Gerda by?a zadowolona, ?e jest znowu na l?dzie, tylko ?e ba?a si? trochej tej obcej, starej kobiety.
– Chod?, opowiedz mi, kim jeste? i jak si? tu dosta?a?! – powiedzia?a kobieta.
I Gerda opowiedzia?a jej wszystko; a staruszka kr?ci?a g?ow? i mówi?a: „Hm! Hm!” A kiedy Gerda sko?czy?a opowiada? i spyta?a j?, czy nie widzia?a ma?ego Kaya, kobieta odpar?a, ?e nie przechodzi? jeszcze t?dy, ale ?e na pewno przyjdzie. Gerda nie powinna si? smuci?, tylko skosztowa? jej wisienek i obejrze? jej kwiaty, s? pi?kniejsze od wszystkich ksi??ek z obrazkami, ka?dy z nich potrafi opowiedzie? bajk?. Wzi??a Gerd? za r?k? i posz?y do ma?ego domku, a staruszka zamkn??a drzwi.
Okna by?y wysoko, w górze, a szyby mia?y czerwone, niebieskie i ?ó?te; ?wiat?o dzienne prze?wieca?o przez te szyby tak cudnie i mieni?o si? wszystkimi barwami, a na stole sta?y najpi?kniejsze wi?nie i Gerda jad?a tyle, ile chcia?a, bo jej by?o wolno. Podczas gdy jad?a, staruszka czesa?a jej w?osy z?otym grzebieniem i w?osy kr?ci?y si? w pier?cienie, otaczaj?c z?ot? aureol? ma??, mi?? twarzyczk?, okr?g?? i ?wie?? jak ró?a.
– Ju? od dawna t?skni?am do takiej uroczej, ma?ej dziewczynki! – powiedzia?a staruszka. – Zobaczysz, jak nam b?dzie dobrze razem!
– I podczas gdy czesa?a w?osy ma?ej Gerdy, dziewczynka zapomina?a coraz bardziej o swoim przybranym braciszku; bo staruszka umia?a czarowa?, ale nie by?a z?? czarownic?, czarowa?a tylko troszeczk?, dla w?asnej przyjemno?ci; i tak bardzo chcia?a zatrzyma? ma?? Gerd?. Dlatego posz?a do ogrodu i dotkn??a kijem wszystkich ró?anych krzewów; nawet tych, które najpi?kniej kwit?y, a one zapad?y si? g??boko w czarn? ziemi? i nikt nie móg? si? domy?li?, ?e tu ros?y. Staruszka ba?a si?, ?e kiedy Gerda zobaczy ró?e, pomy?li o swoich ró?ach, a wtedy przypomni sobie ma?ego Kaya i ucieknie od niej.
Potem zaprowadzi?a Gerd? do ogrodu. Jak?e? tam pachnia?o i jak tam by?o pi?knie! Wszystkie kwiaty, jakie tylko rosn? o ka?dej porze roku, rozkwita?y tu wspaniale; ?adna ksi??ka z obrazkami nie mog?a by? barwniejsza i pi?kniejsza. Gerda skaka?a z rado?ci i bawi?a si?, dopóki s?o?ce nie zasz?o pomi?dzy wysokimi wi?niami, potem u?o?y?a si? w ?licznym ?ó?ku z czerwonymi, jedwabnymi poduszkami, haftowanymi w fio?ki, zasn??a i ?ni?a jak królowa w dniu wesela.
Nast?pnego dnia mog?a znowu bawi? si? kwiatami w ciep?ych promieniach s?o?ca; tak przesz?o wiele dni. Gerda zna?a ka?dy kwiat, ale chocia? tyle ich by?o, jednak wydawa?o jej si?, ?e jednego brak, nie wiedzia?a tylko jakiego. Pewnego dnia siedzia?a i ogl?da?a kapelusz staruszki z wymalowanymi kwiatami. Najpi?kniejszym z nich by?a ró?a. Staruszka zapomnia?a usun?? j? z kapelusza, podczas gdy inne ?ywe ró?e zagrzeba?a w ziemi. Tak zwykle bywa, gdy si? jest roztargnionym.
– Co? – zawo?a?a Gerda – czy? tu nie ma wcale ró??
I skoczy?a pomi?dzy grz?dki; szuka?a, szuka?a, ale ró?y nie znalaz?a, wi?c usiad?a i rozp?aka?a si?; jej gor?ce ?zy upad?y w?a?nie na to miejsce, gdzie zakopane by?o ró?ane drzewko, i kiedy ?zy zrosi?y ziemi?, drzewko wystrzeli?o kwitn?ce tak samo jak wówczas, gdy zapad?o si? w ziemi?; Gerda obj??a je, ca?owa?a ró?e i potem przypomnia?a sobie pi?kne ró?e w domu, a wraz z nimi i ma?ego Kaya.
– Ach, jak?e? si? tu zasiedzia?am! – powiedzia?a dziewczynka. – Chcia?am przecie? szuka? Kaya. Czy nie wiecie, gdzie on jest? – spyta?a ró?. – Czy my?licie, ?e umar? i ?e go ju? nie ma?
– Nie umar?! – odpowiedzia?y ró?e. – By?y?my przecie? w ziemi, tam s? wszyscy umarli, ale Kaya nie by?o!
– Dzi?kuj? wam bardzo! – powiedzia?a ma?a Gerda i posz?a do innych kwiatów, zajrza?a w ich kielichy i spyta?a: – Czy nie wiecie, gdzie jest ma?y Kay?
Ale kwiaty sta?y sobie w s?o?cu i ka?dy z nich ?ni? swoj? ba?? lub histori?, ma?a Gerda wys?ucha?a ich du?o, ale w ?adnej z nich nie by?o mowy o Kayu.
Co opowiedzia?a p?omienna lilia?
– Czy s?yszysz b?ben: bum, bum! Tylko dwa tony, zawsze bum, bum! S?uchaj ?a?obnej pie?ni kobiety, s?uchaj wo?ania kap?ana. ?ona Hindusa stoi w d?ugiej czerwonej szacie na stosie, p?omienie obejmuj? j? i jej umar?ego m??a; ale ?ona Hindusa my?li o ?ywym tu w orszaku, o nim, którego oczy gor?cej pal? ni? p?omie?, o tym, którego ?ar oczu bardziej dosi?ga jej serca ni? p?omienie, co wkrótce spal? jej cia?o na popió?. Czy? p?omie? serca mo?e umrze? w p?omieniach na stosie?
– Nie rozumiem tego wcale! – powiedzia?a ma?a Gerda.
– To moja ba??! – odrzek?a p?omienna lilia. Co opowiedzia? powój?
– Nad w?sk?, górsk? ?cie?k? wznosi si? stary zamek. G?sty bluszcz obrasta czerwone mury, li?? przy li?ciu oplata balkon; stoi tam ?liczna dziewczyna, wychyla si? poza sztachety i patrzy na drog?. Ró?a, zwieszaj?ca si? z ga??zi, nie jest od niej ?wie?sza. Kwiat jab?oni, strz??ni?ty przez wiatr z drzewa, nie jest tak lekki jak ona; jak?e szumi jej wspania?a, jedwabna szata! Czy? on nie przyjdzie?
– Czy my?lisz o Kayu? – spyta?a ma?a Gerda.
– Opowiadam tylko moj? ba??, mój sen! – odrzek? powój. Co opowiedzia? ma?y pierwiosnek?
– Pomi?dzy drzewami wisi na sznurach d?uga deska; to hu?tawka; dwie ?liczne, ma?e dziewczynki, w sukniach bia?ych jak ?nieg i d?ugich, powiewaj?cych, zielonych wst??kach przy kapeluszach, siedz? i bujaj? si?; brat jest starszy od nich, stoi wyprostowany na hu?tawce, rami? owin?? sobie sznurem, aby si? utrzyma?, bo w jednej r?ce trzyma ma?? miseczk?, a w drugiej bia?? rurk? i puszcza ba?ki mydlane, hu?tawka si? buja, ba?ki mydlane lec?, ostatnia o cudnych t?czowych barwach wisi jeszcze na rurce i ko?ysze si? na wietrze; hu?tawka buja si?; ma?y czarny piesek, lekki jak mydlana ba?ka, podnosi si? na tylne ?apki i chce wej?? na hu?tawk?; hu?tawka wznosi si?, pies upada, szczeka i z?o?ci si?; dra?ni? go rozpryskuj?ce si? ba?ki, ko?ysz?ca si? deska, piana – oto moja pie??!
– Mo?e to jest ?adne, co opowiadasz, ale mówisz to tak smutno i nie wspominasz wcale o Kayu! Co mówi? hiacynty?
– Pewnego razu by?y trzy siostry, przezroczyste i delikatne; jedna mia?a sukni? czerwon?, druga niebiesk?, a trzecia – bia??! ta?czy?y, trzymaj?c si? za r?ce, nad jeziorem przy blasku ksi??yca. Nie by?y to elfy, ale dzieci. Pachnia?o tak s?odko i dziewczynki znikn??y w lesie – zapach stawa? si? coraz silniejszy – trzy trumny, w których le?a?y trzy pi?kne dziewczynki, wysun??y si? z g?stwiny na brzeg jeziora; ?wi?toja?skie robaczki kr??y?y, b?yszcz?c jak ma?e, ko?ysz?ce si? ?wiate?ka. Czy te ta?cz?ce dziewczynki zasn??y, czy te? umar?y? Zapach kwiatów mówi, ?e nie ?yj?; wieczorny dzwon wydzwania im pogrzebowy ?piew!
– Strasznie mnie zasmucacie! – powiedzia?a ma?a Gerda. – Pachniecie tak mocno, ?e musz? my?le? o umar?ych dziewczynkach: ach, czy naprawd? ma?y Kay nie ?yje? Ró?e by?y pod ziemi? i mówi?y, ?e go tam nie ma!
– Bim, bam! – dzwoni?y dzwoneczki hiacyntów. – Nie dzwonimy dla ma?ego Kaya, nie znamy go przecie?. ?piewamy tylko nasz? piosenk?, jedyn?, jak? znamy!
Gerda podesz?a do kacze?ca, który ?wieci? w?ród zielonych, b?yszcz?cych li?ci.
– Jeste? ma?ym, jasnym s?oneczkiem – rzek?a Gerda. – Powiedz mi, czy wiesz, gdzie mog?abym znale?? mego towarzysza zabaw?
A kaczeniec b?yszcza? tak ?adnie i tak?e patrza? na Gerd?. A potem za?piewa? swoj? pie??. Ale i ta pie?? nie by?a o Kayu.
– W ma?ym podwórku pierwszego dnia wiosny ?wieci?o gor?co kochane s?o?ce; promienie ze?lizgiwa?y si? po bia?ym murze s?siedniego domu, tu? obok ros?y pierwsze ?ó?te kwiaty, po?yskuj?ce jak z?oto w blasku ciep?ego s?o?ca, stara babka siedzia?a na dworze w fotelu, wnuczka, uboga ?liczna dziewczynka, przysz?a do domu, poca?owa?a babk?. W jej serdecznym poca?unku by?o z?oto, szczere z?oto. „Z?ote usta, z?ota dziewczyna i z?ota poranku godzina!” Oto moja krótka ba?? – powiedzia? kaczeniec.
– Moja biedna stara babcia – westchn??a Gerda. – Na pewno za mn? t?skni i martwi si? o mnie i o ma?ego Kaya. Ale wróc? wkrótce znowu do domu i przyprowadz? go ze sob?. Nie mam po co pyta? kwiatów, ka?dy z nich zna tylko swoj? w?asn? ba??, nie dadz? mi ?adnych wskazówek. – I podwi?za?a sukienk?, aby móc pr?dzej biega?; ale narcyz uderzy? j? po nodze, kiedy przez niego przeskakiwa?a, wi?c zatrzyma?a si?, spojrza?a na wysmuk?y kwiat i spyta?a, pochylaj?c si? nad nim:
– Czy powiesz mi co? wreszcie? Có? powiedzia? narcyz?
– Widz? samego siebie! Widz? samego siebie! O, jak?e pachn?! Wysoko w ma?ym pokoiku na poddaszu stoi na pó? ubrana ma?a tancerka, stoi to na jednej nodze, to na dwóch, depcze nogami ca?y ?wiat i tyle ?e wszystkich ol?niewa. Z imbryczka do herbaty nalewa wody na gorsecik, który trzyma w r?ku. Czysto?? jest pi?kn? rzecz?! Bia?a suknia wisi na wieszadle, i ona te? zosta?a uprana w imbryczku, i wisi, schnie na dachu. K?adzie j? na siebie, szafranowym szalem owi?zuje szyj?, wtedy suknia po?yskuje jeszcze ?nie?niejsz? biel?. Noga podniesiona. Patrz, jak ona kr??y na jednej nodze! Widz? samego siebie. Widz? samego siebie!
– Nic mnie to nie obchodzi – powiedzia?a Gerda. – Po co mi to opowiadasz? – I pobieg?a na kraniec ogrodu.
Furtka by?a zamkni?ta, ale dziewczynka potrz?sn??a zardzewia?ym zamkiem, a wtedy furtka odskoczy?a i ma?a Gerda pobieg?a boso w daleki ?wiat. Obejrza?a si? trzy razy, ale nikogo za ni? nie by?o; w ko?cu nie mog?a ju? d?u?ej biec, usiad?a na du?ym kamieniu. Kiedy si? rozejrza?a, zobaczy?a, ?e lato ju? przesz?o, by?a pó?na jesie?, nie spostrzeg?a tego wcale tam, w wielkim ogrodzie, gdzie by?o tyle s?o?ca i kwiaty kwit?y o wszystkich porach roku.
– Mój Bo?e, jak?e si? zasiedzia?am – powiedzia?a ma?a Gerda. – Przecie? ju? jest jesie?. Teraz nie wolno mi odpoczywa?. – Wsta?a, aby pój?? dalej.
O, jak?e obola?e i zm?czone by?y jej nó?ki! Naoko?o by?o tak zimno i pusto. Pod?u?ne wierzbowe listki po?ó?k?y zupe?nie, mg?a sp?ywa?a z nich kroplami wody, jeden listek za drugim opada?y na ziemi?, tylko tarnina by?a pokryta owocami, i to takimi kwa?nymi, ?e cierp?y od nich usta. O, jak?e szaro i smutno by?o na dalekim ?wiecie!
Opowiadanie czwarte
Ksi??? i ksi??niczka
Gerda musia?a znowu odpocz??. Naprzeciw miejsca, gdzie siedzia?a, sfrun??a na ?nieg du?a wrona; przygl?da?a si? dziewczynce i kr?ci?a g?ow?.
– Kra, kra – powiedzia?a. – D? dobr. D? dobr!
Lepiej nie umia?a wymawia?, ale odnios?a si? ?yczliwie do ma?ej dziewczynki i spyta?a j?, dok?d to idzie taka sama w daleki ?wiat. S?owo „sama” zrozumia?a bardzo dobrze ma?a Gerda i czu?a, ile w tym si? zawiera?o tre?ci, opowiedzia?a wronie swoje ca?e ?ycie, wszystko, co prze?y?a, i spyta?a, czy nie widzia?a Kaya. A wrona kiwn??a w zamy?leniu g?ow? i powiedzia?a:
– To mo?liwe, to bardzo mo?liwe, to bardzo mo?liwe!
– Naprawd?? – pyta?a ma?a dziewczynka i ca?owa?a wron? tak, ?e o ma?o nie zadusi?a jej na ?mier?.
– Spokojnie, spokojnie – powiedzia?a wrona. – My?l?, ?e to móg? by? ma?y Kay! Ale na pewno zapomnia? o tobie przy ksi??niczce.
– Czy on mieszka u ksi??niczki? – spyta?a Gerda.
– Tak, pos?uchaj – powiedzia?a wrona. – Ale b?dzie mi trudno mówi? twoim j?zykiem. Czy rozumiesz wroni j?zyk? By?oby mi ?atwiej opowiada?.
– Nie, nie uczy?am si? go – powiedzia?a Gerda – ale babka zna ten j?zyk i j?zyk innych ptaków te?. Gdybym to ja si? go by?a nauczy?a!
– Nic nie szkodzi – rzek?a wrona. – Opowiem, jak potrafi?, ale nie b?dzie to dobrze
opowiedziane! – I zacz??a mówi? to, co wiedzia?a.
– W pa?stwie, w którym teraz jeste?my, mieszka ksi??niczka; jest tak niebywale m?dra, ?e przeczyta?a wszystkie gazety ?wiata, a potem zapomnia?a to, co przeczyta?a, taka jest m?dra.
Teraz siedzi na tronie, ale podobno to wcale nie jest takie przyjemne; wi?c zacz??a ?piewa? tak? piosenk?! „Dlaczegó? bym nie mia?a wyj?? za m??! Naprawd?, to dobra my?l.” Tak, postanowi?a wyj?? za m??, ale za takiego, który potrafi?by odpowiedzie? na zadane mu pytania, nie takiego, co tylko stoi i wytwornie wygl?da, bo to jest nudne. I ksi??niczka zawo?a?a wszystkie damy dworu, a kiedy us?ysza?y, o co chodzi, by?y bardzo zadowolone. „To si? nam nadzwyczajnie podoba – powiedzia?y – my?la?y?my o tym niedawno! „ Mo?esz mi wierzy?, ?e ka?de s?owo, które mówi?, jest prawd? – doda?a wrona. – Mam oswojon? narzeczon?, która wchodzi swobodnie do zamku, i ona mi to wszystko opowiedzia?a!
Narzeczona by?a naturalnie tak?e wron?, gdy? swój ci?gnie do swego, czyli wrona do wrony!
– Tego dnia gazety wysz?y z obwódk? w kszta?cie serc i z podpisem ksi??niczki, mo?na w nich by?o przeczyta?, ?e ka?dy dobrze prezentuj?cy si? m?odzieniec mo?e przyj?? na zamek i rozmawia? z ksi??niczk?, a ten, który b?dzie si? tam zachowywa? tak jak u siebie w domu i b?dzie najm?drzej mówi?, zostanie m??em ksi??niczki.
– Tak, tak – powiedzia?a wrona – wszystko, co mówi?, to ?wi?ta prawda. Wi?c ludzie ci?gn?li gromadnie, by? t?ok i ?cisk, ale nikomu nie poszcz??ci?o si? ani pierwszego dnia ani drugiego.
Kiedy wszyscy razem stali na ulicy, rozmawiali swobodnie, ale gdy tylko wchodzili w bram? zamkow?, tracili g?owy na widok gwardii w srebrze, lokajów w z?ocie na schodach, wielkich o?wietlonych sal; stali przed tronem, na którym siedzia?a ksi??niczka, i nie umieli nic powiedzie? prócz ostatniego s?owa przez ni? wymówionego, a jej nie zale?a?o przecie? na tym, aby us?ysze? powtórzone w?asne s?owa. Mia?o si? wra?enie, ?e ci ludzie za?yli tabaki na czczy ?o??dek i zapadli w sen, dopóki nie znale?li si? znowu na ulicy, gdzie odzyskiwali mow?. Od bram miasta a? do zamku sta? d?ugi ogon. Ja sam tam by?em, aby si? im przyjrze? – doda?a wrona. – Czuli ju? g?ód i pragnienie, ale na zamku nie dostali nawet szklanki wody. Wprawdzie niektórzy m?drzejsi zabrali ze sob? zapasy, ale nie dzielili si? ze swym s?siadem; my?leli sobie:
„Niech wygl?da na g?odomora, to wtedy ksi??niczka go nie we?mie!”
– A Kay! Ma?y Kay! – spyta?a Gerda. – Kiedy on przyszed?? Czy by? mi?dzy nimi
wszystkimi?
– Miej cierpliwo??! – powiedzia?a wrona. – Zaraz do niego dojdziemy. By?o to trzeciego dnia, na zamek przyszed? ma?y ch?opiec bez konia i bez pojazdu, szed? weso?o, oczy b?yszcza?y mu jak twoje, mia? prze?liczne d?ugie w?osy, ale by? ubogo ubrany.
– To by? Kay! – cieszy?a si? Gerda. – Ach, nareszcie go znalaz?am! – I klasn??a w r?ce.
– Na plecach mia? ma?y tornister – opowiada?a wrona.
– Nie, to by?y pewnie jego sanki – zauwa?y?a Gerda – znikn?? z sankami!
– To mo?liwe! – powiedzia?a wrona. – Tak dok?adnie nie widzia?em. Ale wiem od mojej oswojonej narzeczonej, ?e kiedy przechodzi? przez zamkowe wrota i zobaczy? srebrn? gwardi? i lokajów w z?ocie na schodach, zupe?nie si? nie zmiesza?, skin?? do nich g?ow? i mówi?: „Jak?e to musi by? nudno tak sta? na schodach, lepiej wejd? do ?rodka”.
Sale b?yszcza?y od ?wiate?, radcy i ministrowie chodzili boso i roznosili z?ote pó?miski; nastrój by? uroczysty. Buciki tego ch?opca skrzypia?y okropnie, ale on nic sobie z tego nie robi?.
– To na pewno by? Kay! – zawo?a?a Gerda. – Wiem, ?e ma nowe buciki; s?ysza?am w pokoju babci, jak skrzypia?y!
– Tak, skrzypia?y porz?dnie – powiedzia?a wrona. – Ch?opiec z uradowan? min? poszed? wprost do ksi??niczki, która siedzia?a na perle tak wielkiej jak ko?owrotek; wszystkie damy dworu ze swymi s?u?ebnymi i s?u?ebne s?u?ebnych, i wszyscy marsza?kowie dworu ze swymi paziami i s?u??cymi paziów, którzy mieli swoich ch?opców na posy?ki, wszyscy stali dooko?a i im który sta? bli?ej drzwi, tym dumniej wygl?da?. Twarz pacho?ka s?ugi s?u??cego zaledwie mo?na by?o dojrze?, tak dumnie sta? w drzwiach!
– To musia?o by? straszne! – powiedzia?a ma?? Gerda. – A jednak Kay zdoby? ksi??niczk??
– Gdybym nie by? wron?, zdoby?bym j? równie?, nie bacz?c na to, ?e jestem zar?czony. On mówi? równie dobrze jak ja, kiedy mówi? wronim j?zykiem, wiem to od mojej oswojonej narzeczonej. By? swobodny i mi?y i wcale nie przyszed? po to, aby stara? si? o jej r?k?, przyszed? jedynie, aby pos?ucha? m?dro?ci ksi??niczki; spodoba?a mu si? i on jej spodoba? si? tak?e!
– Tak, to by? na pewno Kay – powiedzia?a Gerda. – By? taki m?dry, ?e potrafi? rachowa? z pami?ci, i to z u?amkami. Ach, czy zaprowadzisz mnie na zamek?
– To ?atwo powiedzie? – powiedzia?a wrona – ale jak to zrobimy? – Pomówi? o tym z moj? oswojon? narzeczon?; na pewno nam poradzi; bo musz? ci powiedzie?, ?e takiej ma?ej dziewczynki jak ty nie przepuszcz? nigdy do pa?acu!
– A jednak si? tam dostan? – powiedzia?a Gerda. – Gdy Kay us?yszy, ?e ja tu jestem, zaraz przyjdzie i zabierze mnie!
– Czekaj na mnie przy sztachetkach! – powiedzia?a wrona, pokiwa?a g?ow? i odlecia?a.
Dopiero kiedy nadszed? wieczór, wrona wróci?a z powrotem.
– Kra, kra! – powiedzia?a. – Du?o pozdrowie? od mojej narzeczonej, a oto bu?eczka dla ciebie, wzi??em j? z kuchni, tam jest do?? chleba, a ty jeste? na pewno g?odna. To zupe?nie niemo?liwe, aby? wesz?a do pa?acu, jeste? przecie? bosa, srebrna gwardia i lokaje w z?ocie nie pozwalaj? na to, ale nie p?acz, jako? wejdziemy. Moja narzeczona zna pewne tylne schody, prowadz?ce do sypialnych pokojów, i wie, gdzie mo?na znale?? klucze!
Wesz?y wi?c do ogrodu, w wielk? alej?, gdzie z drzew spada?y li?cie; kiedy w pa?acu jedne za drugimi pogas?y ?wiat?a, wrona zaprowadzi?a ma?? Gerd? do tylnych drzwi, które by?y uchylone.
O, jak?e bi?o serce Gerdy ze strachu i t?sknoty! Zupe?nie tak, jakby chcia?a zrobi? co? z?ego, a przecie? pragn??a tylko wiedzie?, czy tu by? ma?y Kay: tak, musi tam by?; my?la?a z takim przej?ciem o jego m?drych oczach, o jego d?ugich w?osach, widzia?a wyra?nie jego u?miech, kiedy siedzia? z ni? w domu pod ró?ami. Ucieszy si? na pewno, gdy j? zobaczy i us?yszy, jak? d?ug? drog? odby?a do niego, kiedy si? dowie, jak martwili si? wszyscy w domu, gdy on nie wróci?! O, jak?e si? ba?a i cieszy?a zarazem!
Oto weszli ju? na schody; na szafie pali?a si? ma?a lampa; po?rodku na pod?odze sta?a oswojona wrona, kr?ci?a g?ow? na wszystkie strony i patrza?a na Gerd?, która dygn??a tak, jak j? uczy?a babcia.
– Mój narzeczony opowiada? mi tyle dobrego o pani, mi?a panieneczko! – powiedzia?a oswojona wrona. – Dzieje pani ?ycia, jak to mówi?, s? równie? bardzo wzruszaj?ce. Niech pani we?mie lamp?. Wtedy ja pójd? przodem. Gdy pójdziemy prosto przed siebie, to nie spotkamy nikogo!
– Wydaje mi si?, ?e kto? idzie tu? za nami! – powiedzia?a Gerda; rzeczywi?cie co? obok zaszele?ci?o; zupe?nie jakby cienie prze?lizgiwa?y si? po ?cianie, konie o rozwichrzonych grzywach i smuk?ych nogach, my?liwi, panowie i damy na koniach.
– To s? tylko sny! – powiedzia?a wrona – przychodz? i zapraszaj? my?li ksi?cia i ksi??niczki na polowanie; to dobrze, bo potem mo?e im si? pani w ?ó?ku lepiej przyjrze?. Ale spodziewam si?, ?e kiedy pani dojdzie do zaszczytów i godno?ci, oka?e mi pani wdzi?czno??!
– To si? samo przez si? rozumie – wtr?ci?a druga wrona. Wesz?y do pierwszej sali o ?cianach z ró?owego at?asu w kwiaty; obok nich zaszele?ci?y sny, ale przelecia?y tak pr?dko, ?e Gerda nie zd??y?a obejrze? tego czcigodnego towarzystwa. Jedna sala by?a wspanialsza od drugiej; by?o tam co podziwia?. Wreszcie znale?li si? w sypialni. Sufit przypomina? wielk? palm?, o li?ciach ze szk?a, z kosztownego szk?a, a po?rodku pokoju na grubym sznurze ze z?ota wisia?y dwa ?o?a, ka?de wygl?da?o jak lilia; jedno by?o bia?e, le?a?a na nim ksi??niczka, drugie by?o czerwone i tam Gerda mia?a szuka? ma?ego Kaya; uchyli?a jeden czerwony p?atek i zobaczy?a br?zow? szyj?. Tak, to by? Kay! Krzykn??a g?o?no jego imi? trzymaj?c lamp? tu? nad nim – sny znowu wtargn??y konno do pokoju, ksi??? obudzi? si?, odwróci? g?ow? i – to nie by? ma?y Kay.
Mia? tylko podobny do niego kark; by? m?ody i pi?kny. Z ?ó?ka, które wygl?da?o jak bia?a lilia, wyjrza?a ksi??niczka i spyta?a, co si? sta?o. Wtedy ma?a Gerda zap?aka?a i opowiedzia?a ca?? swoj? histori? i wszystko, co zrobi?y dla niej wrony.
– Biedna dziewczynka! – powiedzieli ksi??? i ksi??niczka, a potem pochwalili wrony, zapewnili je, ?e nie gniewaj? si? wcale, ale ?eby tego cz??ciej nie robi?y. Tym razem zostan? wynagrodzone.
– Czy chcecie lata? na wolno?ci – spyta?a ksi??niczka – czy wolicie mie? sta?e miejsce jako dworskie wrony i korzysta? ze wszystkich odpadków z kuchni?
Obie wrony dygn??y nisko i poprosi?y o sta?e miejsce; my?la?y o staro?ci i powiedzia?y:
– To dobrze, kiedy cz?owiek – tak powiedzia?y – ma spokój na stare lata!
Ksi??? wsta? z ?ó?ka i ust?pi? je Gerdzie, taki by? dla niej dobry. Dziewczynka splot?a swoje ma?e r?czki i my?la?a: „I ludzie, i zwierz?ta s? dobrzy” – a potem zamkn??a oczy i zasn??a s?odko. Przylecia?y znowu wszystkie sny w postaci anio?ów, przynios?y ma?e sanki, na których siedzia? Kay i kiwa? na ni?; ale to by? tylko sen i dlatego znik?, gdy tylko si? obudzi?a.
Na drugi dzie? ubrano j? od stóp do g?ów w jedwab i aksamit; pozwolono jej zosta? w pa?acu i sp?dza? przyjemnie czas, ale Gerda poprosi?a, aby jej dali tylko wózek z koniem i par? ma?ych trzewiczków, bo chcia?a jecha? znowu w daleki ?wiat odszuka? Kaya.
Dosta?a i buciki, i mufk?; ubrano j? ?licznie, a kiedy mia?a odjecha?, czeka?a na ni? przed bram? kareta z czystego z?ota, herb ksi?cia i ksi??niczki b?yszcza? na drzwiczkach jak gwiazda, stangret, s?u?ba i forysie, gdy? byli tam tak?e i forysie, mieli z?ote korony na g?owie. Ksi??? i ksi??niczka pomagali jej sami wsi??? do karety i ?yczyli wiele szcz??cia. Le?na wrona, która w?a?nie pobra?a si? z oswojon?, odprowadzi?a Gerd? trzy mile; siedzia?a obok niej, bo nie znosi?a jazdy ty?em do konia; druga wrona sta?a we wrotach i bi?a skrzyd?ami, nie odprowadza?a Gerdy, bo cierpia?a na bóle g?owy, od czasu kiedy mia?a sta?e miejsce i przejada?a si?. Kareta wysadzana by?a w ?rodku obwarzankami z cukru, a siedzenie napchane by?o owocami i piernikami.
– ?egnaj, ?egnaj! – wo?ali ksi??? i ksi??niczka, a ma?a Gerda p?aka?a i wrona tak?e; tak przesz?a pierwsza mila podró?y. Potem i wrona musia?a si? po?egna? i to by?o najci??sze rozstanie. Pofrun??a na drzewo i trzepota?a czarnymi skrzyd?ami, dopóki kareta, b?yszcz?ca jak jasny promie? s?o?ca, nie znikn??a jej z oczu.
Opowiadanie pi?te
Ma?a rozbójniczka
Jechali przez ciemny las, ale kareta b?yszcza?a jak pochodnia; k?u?o to rozbójników w oczy, nie mogli tego znie??.
– Z?oto, z?oto! – wo?ali, pchali si? naprzód, schwycili konie za uzdy, zabili ma?ych forysiów, stangreta i s?u??cych i wyci?gn?li ma?? Gerd? z karety.
– Jest t?usta, ?liczna i karmiona orzechami – powiedzia?a stara rozbójniczka, która mia?a d?ug?, stercz?c? brod? i brwi opadaj?ce na oczy. – Jest taka smaczna jak ma?e, t?uste jagni?tko, to dopiero b?dzie uczta! – I wyci?gn??a nó?, który b?ysn?? tak, ?e a? ciarki po ciele przesz?y.
– Ach! – zawo?a?a nagle stara; jej w?asna ma?a, dzika i niezno?na córeczka, któr? nios?a na plecach, ugryz?a j? w ucho. – Ty przekl?ty bachorze – zawo?a?a matka i nie zd??y?a zamordowa? Gerdy.
– Ona b?dzie si? ze mn? bawi?a – powiedzia?a ma?a rozbójniczka. – Niech mi odda swoj? mufk? i ?liczn? sukienk? i niech ?pi ze mn? w ?ó?ku. – I ugryz?a matk? par? razy tak, ?e ?ona rozbójnika a? skoczy?a do góry i zacz??a si? kr?ci? w kó?ko; wszyscy rozbójnicy ?mieli si? i mówili:
– Patrzcie, jak to ta?czy ze swym bachorem!
– Ja chc? siedzie? w karecie – powiedzia?a ma?a rozbójniczka – chcia?a i musia?a postawi? na swoim, bo by?a rozpieszczona i uparta. Usiad?a obok Gerdy w karecie i potem pojecha?y przez pnie i krzaki coraz g??biej w las. Ma?a rozbójniczka by?a taka du?a jak Gerda, ale silniejsza, o szerszych ramionach i ciemniejszej cerze. Jej oczy by?y czarne i patrza?y prawie smutno. Obj??a ramieniem ma?? Gerd? i powiedzia?a:
– Nie powinni ci? zabija?, dopóki si? na ciebie nie pogniewam. Jeste? pewnie ksi??niczk??
– Nie – odrzek?a ma?a Gerda i opowiedzia?a jej wszystko, co prze?y?a, i jak bardzo kocha ma?ego Kaya.
Córeczka rozbójników patrza?a na ni? zupe?nie powa?nie, pokiwa?a troch? g?ow? i odezwa?a si?:
– Nie powinni ci? zabija?, nawet gdybym by?a na ciebie z?a; sama to wtedy zrobi?!
– Otar?a Gerdzie oczy i w?o?y?a obie swoje r?ce do ?licznej mufki, która by?a taka ciep?a i mi?kka. Wtem kareta si? zatrzyma?a; znajdowali si? w ?rodku podwórza starego, zbójeckiego zamku, by? on p?kni?ty od góry do do?u. Kruki i wrony wyfruwa?y z otwartych szczelin, a wielkie buldogi, które wygl?da?y tak, jakby mia?y po?kn?? cz?owieka, skaka?y wysoko do góry, ale nie szczeka?y, bo to by?o zabronione.
W wielkiej, starej, zadymionej sali pali? si? na ?rodku kamiennej pod?ogi du?y ogie?, dym wznosi? si? a? do sufitu i musia? sobie sam szuka? wyj?cia; gotowa? si? du?y kocio? z zup?, a na ro?nie piek?y si? zaj?ce i króliki.
– Musisz przespa? si? w nocy tu, obok mnie, razem ze wszystkimi moimi zwierz?tkami – powiedzia?a ma?a rozbójniczka. Dano im je?? i pi? i posz?y potem w k?t, gdzie le?a?a s?oma i koce. Wysoko na ?erdziach i belkach siedzia?o prawie sto go??bi, zdawa?o si?, ?e ?pi?, ale gdy obie dziewczynki wesz?y, poruszy?y si? troch?.
– Wszystkie s? moje – powiedzia?a ma?a rozbójniczka i schwyci?a pr?dko jednego z najbli?ej siedz?cych go??bi; z?apa?a go za nog? i potrz?sn??a nim tak, ?e zatrzepota? skrzyd?ami. – Poca?uj go – zawo?a?a i uderzy?a Gerd? ptakiem po twarzy. – Tam siedz? le?ne dzikusy – mówi?a dalej i pokaza?a ca?y szereg ?elaznych pr?tów, wbitych wysoko w murze, nad otworem. – Musimy ich pilnowa?, to s? kanalie z lasu, uciekaj?, gdy tylko nie s? dobrze zamkni?te, a tutaj stoi mój stary, kochany Ba. – I przyci?gn??a za rogi rena, naoko?o szyi mia? b?yszcz?cy, miedziany pier?cie? i by? przywi?zany. – Tego te? musimy trzyma? na uwi?zi, bo inaczej by uciek?. Co wieczór ?echc? go w szyj? moim ostrym no?em, bo si? tego bardzo boi. – I dziewczynka wyci?gn??a d?ugi nó? ze szpary w murze i przesun??a go po szyi rena; biedne zwierz? kopa?o tylnymi nogami, a ma?a rozbójniczka ?mia?a si? i wci?gn??a Gerd? do ?ó?ka.
– Czy b?dziesz mia?a nó? przy sobie w czasie snu? – spyta?a Gerda i spojrza?a z przestrachem na nó?.
– Ja zawsze ?pi? z no?em – powiedzia?a ma?a rozbójniczka. – Nigdy nie wiadomo, co si? mo?e przytrafi?. Ale powtórz jeszcze raz to, co mi opowiada?a? o ma?ym Kayu, i dlaczego posz?a? w daleki ?wiat. – I Gerda opowiedzia?a od pocz?tku, a dzikie go??bie w klatce grucha?y, inne go??bie spa?y. Ma?a rozbójniczka obj??a ramieniem Gerd? za szyj?, w drugiej r?ce trzyma?a nó? i zasn??a, tak ?e by?o s?ycha? jej oddech; ale Gerda nie mog?a zamkn?? oczu, nie wiedzia?a, czy b?dzie ?y?a czy te? umrze. Rozbójnicy siedzieli naoko?o ognia, ?piewali i pili, a ?ona rozbójnika fika?a kozio?ki. O, jak?e strasznie by?o ma?ej dziewczynce na to patrze?!
Wtem go??bie le?ne powiedzia?y:
– Gurr, grr! Widzia?y?my ma?ego Kaya. Bia?a kura nios?a saneczki, on siedzia? w saniach Królowej ?niegu, które unosi?y si? nad lasem, podczas gdy my siedzia?y?my w naszym gnie?dzie; dmuchn??a na nas i prócz nas dwóch umar?y wszystkie piskl?ta. Grr, grr!
– Co wy tam w górze mówicie? – zawo?a?a Gerda. – Dok?d pojecha?a Królowa ?niegu? Czy wiecie co? o tym?
– Pewnie pojecha?a do Laponii, bo tam jest zawsze ?nieg i lód. Spytaj rena, co stoi na postronku.
– Tam jest lód i ?nieg, tam jest dobrze i pi?knie – powiedzia? ren. – Skacze si? swobodnie po wielkich, b?yszcz?cych dolinach. Królowa ?niegu ma tam swój letni namiot, ale jej stary zamek stoi wysoko nad biegunem pó?nocnym, na wyspie, która si? nazywa Szpicberg!
– Ach, Kay, kochany Kay! – westchn??a Gerda.
– Le? teraz spokojnie – powiedzia?a ma?a rozbójniczka – inaczej zak?uj? ci? no?em!
Rano opowiedzia?a jej Gerda wszystko, co mówi?y dzikie go??bie, a ma?a rozbójniczka s?ucha?a uwa?nie, ale potem pokr?ci?a g?ow? i powiedzia?a:
– W?a?nie! W?a?nie! Czy wiesz, gdzie le?y Laponia? – spyta?a rena.
– Któ? ma lepiej wiedzie? ode mnie? – powiedzia?o zwierz?, a oczy mu zab?ys?y. – Tam si? urodzi?em i wyros?em, tam skaka?em po polach.
– S?uchaj no! – powiedzia?a ma?a rozbójniczka do Gerdy. – Widzisz, ?e wszyscy nasi m??czy?ni ju? wyszli, ale matka jest jeszcze tutaj i zostanie; pó?niej, rano, pije zawsze z du?ej butelki i ucina sobie drzemk?; wtedy b?d? mog?a co? zrobi? dla ciebie! – Wyskoczy?a z ?ó?ka, rzuci?a si? matce na szyj?, skubn??a j? w brod? i powiedzia?a: – Mój najs?odszy kozio?ku, dzie? dobry! – A matka da?a jej szczutka w nos, tak ?e jej nos poczerwienia? i posinia?, ale to wszystko jedynie z mi?o?ci.
Kiedy potem matka napi?a si? z du?ej flaszki i uci??a sobie drzemk?, ma?a rozbójniczka zbli?y?a si? do rena i powiedzia?a:
– Mia?abym straszn? ochot? po?echta? ci? jeszcze kilka razy ostrym no?em, bo jeste? taki zabawny, ale trudno, odwi??? twój sznur i pomog? ci dosta? si? do Laponii, tylko nie wolno ci oszcz?dza? nóg, musisz zaprowadzi? t? ma?? dziewczynk? do pa?acu Królowej ?niegu, gdzie jest jej towarzysz zabaw. S?ysza?e? pewnie to, co ona opowiada?a, bo mówi?a dosy? g?o?no, a ty zawsze pods?uchujesz!
Ren wysoko podskoczy? z rado?ci. Dziewczynka rozbójników podnios?a do góry ma?? Gerd? i by?a na tyle przezorna, ?e j? mocno przywi?za?a, a nawet da?a jej ma?? poduszeczk?, aby mia?a na czym siedzie?.
– W?a?nie! – powiedzia?a. – Masz z powrotem twoje futrzane trzewiki, bo b?dzie ci zimno, ale mufk? zatrzymam sobie, bo jest za ?adna! Chyba nie zmarzniesz! Masz tu wielkie r?kawice mojej matki, si?gaj? a? do ?okci; k?ad? je! Twoje r?ce wygl?daj? teraz jak r?ce mojej wstr?tnej matki!
A Gerda p?aka?a z rado?ci.
– Nie mog? znie?? tego, ?e beczysz! – powiedzia?a ma?a rozbójniczka. – Teraz w?a?nie powinna? mie? zadowolon? min?! Masz tu dwa bochenki chleba i szynk?, nie b?dziesz g?odna! – Wszystkie zapasy przywi?zano renowi za siod?em; ma?a rozbójniczka otworzy?a drzwi, zawo?a?a do ?rodka wszystkie wielkie psy, potem przeci??a no?em postronek i powiedzia?a do rena:
– Teraz p?d?, ale uwa?aj na dziewczynk?!
A Gerda wyci?gn??a r?ce w wielkich r?kawicach do ma?ej dziewczynki rozbójników i
powiedzia?a:
– Do widzenia – a potem ren pu?ci? si? przez krzaki i kamienie, przez wielki las, przez b?ota i stepy tak pr?dko, jak tylko móg?. Wilki wy?y, a kruki kraka?y.
– Fut, fut! – d?wi?cza?o w powietrzu. Brzmia?o to tak, jakby kto? plu? czerwonym ogniem.
– To moja stara zorza pó?nocna! – powiedzia? ren. – Patrz, jak b?yszczy! – I potem bieg? jeszcze pr?dzej, coraz dalej, dniem i noc?; Gerda zjad?a chleby, szynk? tak?e, i ju? byli w Laponii.
Opowiadanie szóste
Laponka i Finka
Zatrzymali si? przed ma?ym, bardzo n?dznym domkiem; dach pochyla? si? a? do ziemi, a drzwi by?y takie niskie, ?e mieszka?cy musieli pe?za? na czworakach chc?c wej?? lub wyj??. W domu nie by?o nikogo prócz starej Laponki, która, stoj?c przy lampie z tranu, sma?y?a ryb?. Ren opowiedzia? ca?? histori? Gerdy, ale najpierw swoj? w?asn?, bo uwa?a?, ?e ta jest o wiele wa?niejsza, a Gerda by?a tak zmarzni?ta, ?e nie mog?a wcale mówi?.
– Ach, wy biedacy! – powiedzia?a Laponka. – Macie jeszcze dalek? drog? przed sob?.
Musicie przebiec jeszcze przesz?o sto mil równin? finmarku, a? tam, gdzie rozsiad?a si? Królowa ?niegu i puszcza co wieczór bengalskie ognie. Napisz? par? s?ów na wysuszonym dorszu, nie mam papieru, a chc? napisa? do Finki, tam na Pó?nocy, ona da wam lepsze wskazówki ni? ja!
Kiedy Gerda ogrza?a si?, najad?a i napi?a, Laponka napisa?a na wysuszonym dorszu par? s?ów, kaza?a Gerdzie dobrze tego pilnowa?, przywi?za?a j? znowu do rena, który pop?dzi? razem z ni?.
„Fut, fut!”, zabrzmia?o wysoko w powietrzu, przez ca?? noc p?on??a najpi?kniejsza niebieska zorza polarna i potem przyjechali do Finmarku, i zapukali do komina Finki, bo w chacie nie by?o nawet drzwi wej?ciowych.
Wewn?trz by? tak straszny upa?, ?e Finka sama chodzi?a prawie zupe?nie nago; by?a ma?a i bardzo brudna; zaraz rozebra?a ma?? Gerd?, zdj??a z niej r?kawice i buciki, aby nie by?o jej za gor?co; renowi po?o?y?a na g?owie kawa?ek lodu i potem przeczyta?a to, co by?o napisane na skórze dorsza; przeczyta?a trzy razy, tak ?e nauczy?a si? tego na pami??, i wrzuci?a ryb? do gotuj?cego si? garnka, bo nadawa?a si? do jedzenia, a ona nigdy niczego nie marnowa?a.
Ren opowiedzia? jej najpierw swoj? histori?, a potem dzieje ma?ej Gerdy, a Finka b?yska?a m?drymi oczami, ale nic nie mówi?a.
– Jeste? taka m?dra! – powiedzia? ren. – Wiem, ?e potrafisz zwi?za? wszystkie wiatry ?wiata jedn? nitk?; kiedy ?eglarz rozpl?tuje jeden w?ze?, wieje przyjazny wiatr, kiedy rozlu?nia drugi, wieje ostry wicher, a kiedy rozwi?zuje trzeci i czwarty, zrywa si? taka burza, ?e lasy si? przewracaj?. Czy zechcia?aby? da? ma?ej dziewczynce do wypicia taki napój, aby zrobi?a si? silna jak dwunastu m??czyzn i aby zwyci??y?a Królow? ?niegu?
– Silna jak dwunastu m??czyzn? – zapyta?a Finka. – Na có? to si? mo?e jej przyda?? – Potem podesz?a do ?ó?ka, wzi??a du??, zwini?t? skór? i rozwin??a j?; by?y tam napisane dziwaczne litery. Finka zacz??a czyta?, a? jej pot sp?ywa? z czo?a.
Ale ren wstawia? si? tak gor?co za ma?? Gerd?, a Gerda patrza?a takimi b?agalnymi, pe?nymi ?ez oczami, ?e Finka zacz??a znowu b?yska? spojrzeniem, zaci?gn??a rena w k?t pokoju i szepta?a co? k?ad?c mu na g?ow? ?wie?y lód.
– Ma?y Kay jest co prawda u Królowej ?niegu, ma tam wszystko, czego tylko dusza
zapragnie, i jest pewien, ?e to najlepsze miejsce na ?wiecie, ale dzieje si? to dlatego, ?e ma w sercu od?amek szk?a i okruszyn? szk?a w oku; trzeba mu to wyj??, inaczej nie stanie si? nigdy prawdziwym cz?owiekiem, i Królowa ?niegu zachowa nad nim sw? moc.
– Ale czy nie mog?aby? da? ma?ej Gerdzie czego? takiego, ?eby sta?a si? mocniejsza od wszystkich?
– Nie mog? jej u?yczy? wi?cej mocy od tej, któr? posiada. Czy? nie widzisz, jaka jest pot??na? Czy nie widzisz, jak jej musz? s?u?y? ludzie i zwierz?ta, jak uda?o jej si? przej?? przez ?wiat na bosych nó?kach? Nie powinna my?le?, ?e to my?my u?yczyli jej tej pot?gi, ona tkwi w jej sercu, pochodzi st?d, ?e Gerda jest dobrym, niewinnym dzieckiem. Skoro jej samej nie uda si? dosta? do Królowej ?niegu i uwolni? Kaya od od?amków szk?a, to my jej nic nie pomo?emy.
O dwie mile st?d zaczyna si? ogród Królowej ?niegu, tam mo?esz zanie?? ma?? dziewczynk?; posad? j? na ?niegu ko?o wielkiego krzaka, pe?nego czerwonych jagód; nie marud? d?ugo, tylko po?piesz si? i wró? tu znowu. – Potem Finka unios?a ma?? Gerd?, posadzi?a j? na grzbiecie rena, a ren pop?dzi?, jak tylko móg? najpr?dzej.
– Ach, nie zabra?am moich trzewików, nie mam r?kawic! – zawo?a?a ma?a Gerda; spostrzeg?a to, bo by?o przera?liwie zimno, ale ren nie odwa?y? si? zatrzyma?, p?dzi?, a? przybieg? do du?ego krzaka z czerwonymi jagodami; tam posadzi? Gerd?, poca?owa? j? w usta, a wielkie, jasne ?zy pop?yn??y z oczu po policzkach zwierz?cia; potem pobieg? z powrotem tak pr?dko jak tylko mog?y go unie?? nogi. A ma?a Gerda sta?a bez trzewików i bez r?kawiczek po?rodku straszliwego, lodowato zimnego pola Finmarku.
Bieg?a przed siebie, jak tylko mog?a najszybciej; nagle nadci?gn?? ca?y pu?k ?nie?nych p?atków; ale nie pada?y z nieba, niebo by?o zupe?nie jasne i b?yszcz?ce od zorzy pó?nocnej; p?atki ?niegu bieg?y tu? przy ziemi i im si? bardziej zbli?a?y, tym by?y wi?ksze. Gerda pami?ta?a jeszcze, jakie wielkie i kunsztowne wydawa?y jej si? p?atki wtedy, gdy je ogl?da?a przez powi?kszaj?ce szk?o, ale tu by?y jeszcze o wiele wi?ksze i bardziej przera?aj?ce; by?y ?ywe, stanowi?y przedni? stra? Królowej ?niegu; mia?y najdziwniejsze kszta?ty; niektóre wygl?da?y jak szkaradne, wielkie je?ozwierze, inne jak sploty w??ów, wysuwaj?cych g?owy, a znowu inne –
jak ma?e, grube nied?wiedzie o nastroszonej sier?ci, wszystkie by?y o?lepiaj?co bia?e, wszystkie by?y ?ywymi p?atkami ?niegu.
Ma?a Gerda zmówi?a Ojcze nasz; a mróz by? tak wielki, ?e widzia?a swój w?asny oddech; parowa? z jej ust jak g?sty dym; oddech ten stawa? si? coraz g?stszy i g?stszy i u?o?y? si? w kszta?t jasnych anio?ów, które w miar? zbli?ania si? do ziemi, stawa?y si? coraz wi?ksze; wszystkie mia?y na g?owach he?my, a w r?kach dzidy i tarcze; by?o ich coraz wi?cej, i kiedy Gerda sko?czy?a mówi? Ojcze nasz, sta? naoko?o niej ca?y legion; uderza?y swymi mieczami w szkaradne p?atki ?niegu, tak ?e te rozpada?y si? na tysi?czne kawa?ki, a ma?a Gerda sz?a pewnie i rado?nie naprzód. Anio?ki g?adzi?y jej nogi i r?ce; wtedy nie czu?a wcale zimna i sz?a pr?dko naprzód do pa?acu Królowej ?niegu.
A teraz zobaczymy, co si? dzia?o z Kayem. Nie my?la? on wprawdzie o ma?ej Gerdzie, a ju? najmniej o tym, ?e sta?a na dworze przed pa?acem.
Opowiadanie siódme
Co si? dzia?o w pa?acu Królowej ?niegu
i co si? pó?niej sta?o
?ciany pa?acu by?y zrobione ze ?nie?nej zawiei, a okna i drzwi z ostrych wiatrów; by?o tam przesz?o sto sal, zale?nie od tego, jak zawia? ?nieg; najwi?ksza sala rozci?ga?a si? na wiele mil, wszystkie o?wietla?o silne ?wiat?o zorzy polarnej; by?y wielkie, puste, lodowato zimne i b?yszcz?ce! Nie panowa?a tu nigdy rado??, nie odby? si? tu nawet ani razu balik nied?wiedzi, na którym móg?by zagra? wicher i gdzie by bia?e nied?wiedzie mog?y chodzi? na tylnych nogach i popisa? si? swoimi dobrymi manierami; nie by?o tu nigdy towarzyskich zabaw ani otwierania paszcz i bicia ?apami; bia?e li?cie nie plotkowa?y tu nigdy przy herbatce; puste, wielkie i zimne by?y sale Królowej ?niegu. Zorza pó?nocna pali?a si? tak równomiernie, ?e mo?na by?o wed?ug jej ?wiat?a oznaczy?, kiedy znajdowa?a si? na najwy?szym punkcie, a kiedy na najni?szym.
Po?rodku pustej, niesko?czonej, ?nie?nej sali le?a?o zamarzni?te jezioro, które pop?ka?o na tysi?ce kawa?ków, ale jeden kawa?ek by? podobny do drugiego, by?o to prawdziwe dzie?o sztuki; po?rodku tego jeziora siadywa?a Królowa ?niegu, wtedy gdy by?a w domu, i wówczas mówi?a, ?e siedzi na zwierciadle rozs?dku i ?e to jest jedyne i najlepsze zwierciad?o na ?wiecie.
Ma?y Kay by? zupe?nie siny z mrozu, prawie czarny, ale nie spostrzeg? tego wcale, gdy? Królowa ?niegu odj??a mu swym poca?unkiem wra?liwo?? na zimno, a jego serce sta?o si? kawa?kiem lodu. Chodzi? i zbiera? p?askie, ostre kawa?ki lodu, które sk?ada? w ten sposób, aby co? z nich wysz?o, zupe?nie tak samo jak my, kiedy z kawa?ków drzewa sk?adamy figury, co si? nazywa chi?sk? gr?. Kay uk?ada? najkunsztowniejsze wzory, by?a to lodowa ?amig?ówka, w jego oczach figury te by?y nadzwyczajne i niezwyk?ej wagi, przyczynia? si? do tego okruch szk?a, który Kay mia? w oku. Kay sk?ada? ca?e figury, które tworzy?y napis, ale nie udawa?o mu si? u?o?y? s?owa, na którym mu w?a?nie zale?a?o. S?owem tym by?a „Wieczno??”, a Królowa ?niegu o?wiadczy?a:
– Je?eli uda ci si? u?o?y? to s?owo, staniesz si? zupe?nie niezale?ny, podaruj? ci ca?y ?wiat i na dodatek par? nowych ?y?ew. – Ale Kay nie móg? w ?aden sposób u?o?y? tego w?a?nie s?owa.
– Teraz pomkn? sobie daleko, do ciep?ych krajów – powiedzia?a Królowa ?niegu – chc? zajrze? raz do tych czarnych garnków. – Mia?a na my?li góry ziej?ce ogniem, które si? nazywaj? Etna i Wezuwiusz. – Pobiel? je troch?. To im si? nale?y, zreszt? wyjdzie to na dobre cytrynom i winogronom! – I Królowa ?niegu odfrun??a, a Kay zosta? zupe?nie sam w olbrzymiej lodowej sali, przygl?da? si? kawa?kom lodu i my?la?, my?la?, a? co? w nim zatrzeszcza?o, siedzia? zupe?nie sztywno i cicho, mog?o si? zdawa?, ?e zamarz?.
I wtedy w?a?nie ma?a Gerda wesz?a przez wielkie wrota do pa?acu; wia?y w?a?nie ostre wichry, ale dziewczynka odmówi?a wieczorn? modlitw? i wtedy wiatry u?o?y?y si?, jak gdyby chcia?y spa?, a dziewczynka wesz?a do wielkiej, pustej, zimnej sali. Zobaczy?a Kaya, pozna?a go, rzuci?a mu si? na szyj?, obj??a go mocno i wo?a?a:
– Kay, drogi, ma?y Kay! Nareszcie ci? odnalaz?am!
Ale on siedzia? zupe?nie cicho, sztywny i zimny.
Wtedy zap?aka?a ma?a Gerda gor?cymi ?zami, które sp?yn??y na jego pier?, dosta?y si? a? do jego serca, roztopi?y kawa?ki lodu i wch?on??y okruszyn? szk?a; Kay spojrza? na ni?, ona za?piewa?a mu pie??:
Ró?a przekwita i minie,
Pójd?, pok?o?my si? Dziecinie.
Wtedy Kay wybuchn?? p?aczem i od?amek szk?a wypad? mu z oka, pozna? Gerd? i zawo?a? rado?nie:
– Gerdo, kochana, ma?a Gerdo! Gdzie? by?a tak d?ugo? I gdzie ja by?em? – Rozejrza? si? woko?o. – Jak?e tu zimno! Jak pusto i rozlegle!
I przytuli? si? mocno do Gerdy, a ona ?mia?a si? i p?aka?a z rado?ci; by?o to takie pi?kne, ?e nawet kawa?ki lodu zacz??y ta?czy? z rado?ci, a kiedy si? zm?czy?y i po?o?y?y, utworzy?y w?a?nie te litery, o których mówi?a Królowa ?niegu, ?e je?eli Kay je u?o?y, stanie si? niezale?nym panem, a ona podaruje mu ca?y ?wiat i par? nowych ?y?ew.
Gerda poca?owa?a go w policzki, które zaró?owi?y si?; ca?owa?a jego oczy, które zab?ys?y tak jak jej oczy; ca?owa?a jego r?ce i nogi, które sta?y si? mocne i zdrowe. Gdyby Królowa ?niegu nawet teraz wróci?a, to i tak s?owo wyzwalaj?ce Kaya wypisane by?o b?yszcz?cymi kawa?kami lodu.
A oni wzi?li si? za r?ce i wyw?drowali z wielkiego pa?acu, rozmawiali o babce i o ró?ach kwitn?cych wysoko na dachu; wsz?dzie, gdzie przechodzili, uk?ada?y si? wiatry do spoczynku i uk?ada?o si? s?o?ce; kiedy przyszli do krzaka z czerwonymi jagodami, sta? tam ren i czeka?; obok niego sta? drugi m?ody ren, o pe?nych wymionach, da? dzieciom ciep?ego mleka i uca?owa? je.
Potem reny zawioz?y Gerd? i Kaya najpierw do Finki, gdzie ogrzali si? w ciep?ej izbie i otrzymali wskazówki na drog? powrotn?, potem do Laponki, która uszy?a im nowe ubrania i przygotowa?a swoje sanki do drogi.
Oba reny skaka?y obok sa? i dotrzymywa?y im towarzystwa a? do granic kraju; kie?kowa?a tam pierwsza ziele?. Wtedy po?egnali si? z renami i z Laponk?.
– B?d?cie zdrowi! – powiedzieli wszyscy. Pierwsze ma?e ptaszki zacz??y ?wierka?, drzewa mia?y zielone p?czki i z lasu wyjecha?a na wspania?ym koniu, którego Gerda zna?a (by? to jeden z koni zaprz?gni?tych do z?otej karety), dziewczynka w jaskrawoczerwonej czapeczce na g?owie i z pistoletami za pasem; by?a to ma?a rozbójniczka, której znudzi?o si? w domu i chcia?a pojecha? na pó?noc, a w razie gdyby jej si? tam nie spodoba?o, wybra?aby si? w innym kierunku.
Pozna?a od razu Gerd? i Gerda j? równie? pozna?a; ucieszy?y si? bardzo.
– ?adny z ciebie nicpo?, ?e si? tak po ?wiecie w?óczysz – powiedzia?a do Kaya – chcia?abym wiedzie?, czy zas?ugujesz na to, ?eby z twojego powodu p?dzi? na koniec ?wiata!
Ale Gerda pog?aska?a j? po twarzy i spyta?a o ksi?cia i ksi??niczk?.
– Pojechali do obcych krajów! – powiedzia?a rozbójniczka.
– A wrona? – spyta?a ma?a Gerda.
– Wrona umar?a! – odpowiedzia?a dziewczynka. – Oswojona ma??onka zosta?a wdow?, nosi opask? z czarnej krepy na nodze i skar?y si? ?a?o?nie! Ale opowiedz lepiej, jak tobie si? powiod?o i jak go odnalaz?a?!
Wtedy Gerda i Kay opowiedzieli wszystko.
– Ta-ra-ra, ta-ra-ra! – zawo?a?a ma?a rozbójniczka, schwyci?a oboje za r?ce i obieca?a, ?e je?eli kiedy? b?dzie przeje?d?a?a przez ich miasto, przyjedzie do nich w odwiedziny; potem pojecha?a w daleki ?wiat, a Kay i Gerda poszli trzymaj?c si? za r?ce, a gdy tak szli, zrobi?a si? cudna wiosna; wszystko kwit?o i zielenia?o; dzwony bi?y w ko?cio?ach i dzieci pozna?y wysokie wie?e i wielkie miasto; by?o to miasto, w którym mieszkali; poszli przez ulice a? do drzwi babki, weszli na schody i znale?li si? w pokoju, gdzie wszystko sta?o na tym samym miejscu co dawniej, a zegar mówi?: tik, tak! i wskazówki porusza?y si?, ale, przechodz?c przez drzwi, spostrzegli, ?e byli ju? doros?ymi lud?mi. Ró?e w rynnie na dachu kwit?y i zagl?da?y w otwarte okna – sta?y tam ma?e, dziecinne krzese?ka; Kay i Gerda usiedli na nich i wzi?li si? za r?ce; zapomnieli jak o z?ym ?nie o zimnej, pustej wspania?o?ci u Królowej ?niegu. Babka siedzia?a w jasnym blasku s?o?ca i czyta?a z Biblii: „A je?li nie staniecie si? jako dzieci, nie osi?gniecie Królestwa Bo?ego!”
A Kay i Gerda spojrzeli sobie w oczy i nagle zrozumieli star? pie??:
Ró?a przekwita i minie,
Pójd?, pok?o?my si? Dziecinie.
Siedzieli wi?c oboje, doro?li, a jednak dzieci, dzieci w sercach, i by?o lato, gor?ce
b?ogos?awione lato.