piątek, styczeń 27th 2006


DZIEWCZYNKA Z ZAPA?KAMI - Hans Christian Andersen
posted @ 2:22 pm in [ Dla dzieci - Baśnie - Bajki ]

By?o bardzo zimno; ?nieg pada? i zaczyna?o si? ju? ?ciemnia?; by? to ostatni dzie? w roku, wigilia Nowego Roku. W tym ch?odzie i w tej ciemno?ci sz?a ulicami biedna dziewczynka z go?? g?ow? i boso; mia?a wprawdzie trzewiki na nogach, kiedy wychodzi?a z domu, ale co to znaczy?o! To by?y bardzo du?e trzewiki, nawet jej matka ostatnio je wk?ada?a, tak by?y du?e; i ma?a zgubi?a je zaraz, przebiegaj?c ulic?, któr? p?dem przeje?d?a?y dwa wozy; jednego trzewika nie mog?a wcale znale??, a z drugim uciek? jaki? urwis; wo?a?, ?e przyda mu si? on na ko?ysk?, kiedy ju? b?dzie mia? dziecko. Sz?a wi?c dziewczynka boso, st?pa?a nó?kami, które poczerwienia?y i zsinia?y z zimna; w starym fartuchu nios?a zawini?t? ca?? mas? zapa?ek, a jedn? wi?zk? trzyma?a w r?ku; przez ca?y dzie? nie sprzeda?a ani jednej; nikt jej nie da? przez ca?y dzie? ani grosika; sz?a taka g?odna i zmarzni?ta i wygl?da?a taka smutna, biedactwo! P?atki ?niegu pada?y na jej d?ugie, jasne w?osy, które tak pi?knie zwija?y si? na karku, ale ona nie my?la?a wcale o tej ozdobie. Ze wszystkich okien naoko?o po?yskiwa?y ?wiat?a i tak mi?o pachnia?o na ulicy pieczonymi g??mi.

“To przecie? jest wigilia Nowego Roku” - pomy?la?a dziewczynka. W k?cie mi?dzy dwoma domami, z których jeden bardziej wysuwa? si? na ulic?, usiad?a i skurczy?a si? ca?a; ma?e no?yny podci?gn??a pod siebie, ale marz?a coraz bardziej, a w domu nie mog?a si? pokaza?, bo przecie? nie sprzeda?a ani jednej zapa?ki, nie dosta?a ani grosza, ojciec by j? zbi?, a w domu by?o tak samo zimno, mieszkali na strychu pod samym dachem i wiatr hula? po izbie, chocia? najwi?ksze szpary w dachu zatkane by?y s?om? i ga?ganami. Jej ma?e r?ce prawie ca?kiem zamarz?y z tego ch?odu. Ach, jedna ma?a zapa?ka, jakby to dobrze by?o! ?eby tak wyci?gn?? jedn? zapa?k? z wi?zki, potrze? j? o ?cian? i tylko ogrza? paluszki! Wyci?gn??a jedn? i “trzask”, jak si? iskrzy, jak p?onie! ma?y ciep?y, jasny p?omyczek, niby ma?a ?wieczka otoczona d?o?mi! Dziwna to by?a ?wieca; dziewczynce zdawa?o si?, ?e siedzi przed wielkim, ?elaznym piecem o mosi??nych drzwiczkach i ozdobach; ogie? pali? si? w nim tak ?askawie i grza? tak przyjemnie; ach, jakie? to by?o rozkoszne! Dziewczynka wyci?gn??a przed siebie nó?ki, aby je rozgrza? tak?e - a tu p?omie? zagas?. Piec znik? - a ona siedzia?a z niedopa?kiem siarnika w d?oni.

Zapali?a nowy, pali? si? i b?yszcza?, a gdzie cie? pad? na ?cian?, sta?a si? ona przejrzysta jak mu?lin; ujrza?a wn?trze pokoju, gdzie sta? stó? przykryty bia?ym, b?yszcz?cym obrusem, nakryty pi?kn? porcelan?, a na pó?misku smacznie dymi?a pieczona g??, nadziana ?liwkami i jab?kami; a co jeszcze by?o wspanialsze, g?? zeskoczy?a z pó?miska i zacz??a si? czo?ga? po pod?odze, z widelcem i no?em wbitym w grzbiet; doczo?ga?a si? a? do biednej dziewczynki; a? tu nagle zgas?a zapa?ka i wida? tylko by?o nieprzejrzyst?, zimn? ?cian?.

Zapali?a nowy siarnik. I oto siedzia?a pod najpi?kniejsz? choink?; by?a ona jeszcze wspanialsza i pi?kniej ubrana ni? choinka u bogatego kupca, któr? ujrza?a przez szklane drzwi podczas ostatnich ?wi?t; tysi?ce ?wieczek p?on??o na zielonych ga??ziach, a kolorowe obrazki, takie, jakie zdobi?y okna sklepów, spoziera?y ku niej. Dziewczynka wyci?gn??a do nich obie r?czki - ale tu zgas?a zapa?ka; mnóstwo ?wiate?ek choinki wznosi?o si? ku górze, coraz wy?ej i wy?ej, i oto ujrza?a ona, ?e by?y to tylko jasne gwiazdy, a jedna z nich spad?a w?a?nie i zakre?li?a na niebie d?ugi, b?yszcz?cy ?lad. - Kto? umar?! - powiedzia?a malutka, gdy? jej stara babka, która jedyna okazywa?a jej serce, ale ju? umar?a, powiada?a zawsze, ?e kiedy gwiazdka spada, dusza ludzka wst?puje do Boga.

Dziewczynka znowu potar?a siarnikiem o ?cian?, zaja?nia?o dooko?a i w tym blasku stan??a przed ni? stara babunia, taka ?agodna, taka jasna, taka b?yszcz?ca i taka kochana.

- Babuniu! - zawo?a?a dziewczynka - o, zabierz mnie z sob?! Kiedy zapa?ka zga?nie, znikniesz jak ciep?y piec, jak g?ska pieczona i jak wspania?a olbrzymia choinka! - i szybko potar?a wszystkie zapa?ki, jakie zosta?y w wi?zce, chcia?a jak najd?u?ej zatrzyma? przy sobie babk?, i zapa?ki zab?ys?y takim blaskiem, i? sta?o si? ja?niej ni? za dnia. Babunia nigdy przedtem nie by?a taka pi?kna i taka wielka; chwyci?a dziewczynk? w ramiona i polecia?y w blasku i w rado?ci wysoko, wysoko; a tam ju? nie by?o ani ch?odu, ani g?odu, ani strachu - bowiem by?y u Boga.

A kiedy nasta? zimny ranek, w k?ciku przy domu siedzia?a dziewczynka z czerwonymi policzkami, z u?miechem na twarzy - nie?ywa: zamarz?a na ?mier? ostatniego wieczora minionego roku. Ranek noworoczny o?wietli? ma?ego trupka trzymaj?cego w r?ku zapa?ki, z których gar?? by?a spalona. Chcia?a si? ogrza?, powiadano; ale nikt nie mia? poj?cia o tym, jak pi?kne rzeczy widzia?a dziewczynka i w jakim blasku wst?pi?a ona razem ze star? babk? w szcz??liwo?? Nowego Roku.

dziewczynka z zapalkami




piątek, styczeń 20th 2006


Kot w Butach - Jan Brzechwa
posted @ 1:58 pm in [ Dla dzieci - Bajki ]

KOT W BUTACH

Czarny kot

Janek:
Biedny jestem sierota,
Ojca zmar?ego syn,
Ty?, bracie, dosta? m?yn,
A ja dosta?em kota,
Dosta?em kota w spadku
I zgin? w niedostatku.

Brat:
Id?, Janku, ruszaj w drog?,
Zabieraj swego kota,
Ja pomóc ci nie mog?,
Mnie czeka tu robota,
W ruch musz? pu?ci? ?arna,
A z ciebie korzy?? marna.
Mnie nawet nie wypada
Mie? w domu darmozjada.

Bratowa:
Id? sobie, jeste? n?dzarz.

Janek:
Skoro mnie st?d wyp?dzasz,
Odchodz? z moim kotem.

Bratowa:
Nie przychod? tu z powtorem,
Bo mie? takiego szwagra
To gorzej ni? podagra.
A we? t? bu?k? czerstw?,
By? o nas ?le nie gada?.

Janek:
Dzi?kuj? wam, braterstwo,
Chod?, kocie, trudna rada.
Ruszajmy ?cie?k? poln?,
Tu zosta? nam nie wolno.

Nie mam srebra ani z?ota,
Lecz nie pragn? w ?yciu zmian,
Bo kto ma w?asnego kota,
Ten jest ca?? g?b? pan.

Wszystko w lot
Miau-miau
Chwyta kot
Miau-miau
Co za kot
Miau-miau
Kot na chwa?
Miau-miau

Gdy si? z kotem zaprzyja?ni?,
Ju? nie b?d? czu? si? sam.
Z przyjacielem ?y? jest ra?niej,
Ra?niej czas pop?ynie nam.

Wszystko w lot
Miau-miau
Chwyta kot
Miau-miau
Co za kot
Miau-miau
Kot na chwa?
Miau-miau

Zejdzmy nad rzeczu?k?
Wymocz? w wodzie bu?k?
I zjemy j? na spó?k?.

Kot:
Miau-miau! Za bu?k? dzi?ki,
Wystarczy k?s male?ki.

Janek:
Ojej! Po ludzku gada!
To chyba maskarada!

Kot:
Nie jestem zwyk?ym kotem,
Wnet si? przekonasz o tym.
S? koty martuzja?skie,
Kuba?skie i birma?skie,
Syjamskie i tobolskie,
S? chi?skie i s? polske,
A ja - to rzadka rasa,
Rasa, co dot?d hasa
Na Wyspach Bergamutach
I zawsze chadza w butach.
Gdy w buty si? wystroj?,
Nie zaznasz niedostatku.

Janek:
W?ó?, kocie, buty moje,
Dosta?em je po dziadku,
S? jeszcze prawie nowe,
A mnie, cho? b?d? boso,
Nogi i tak ponios?.
Kapelusz w?ó? na g?ow?,
O, tak, wytwornym ruchem,
I kwiatek no? nad uchem.
Wygl?dasz znakomicie!

Kot:
Twym wiernym b?d? s?ug?
Przekonasz si? nid?ugo
O mym niezwyk?ym sprycie,
Zr?czno?ci i odwadze.
Ruszamy! Ja prowadz?.

Nie jestem Mi? Puchatek,
Nie jestem Byk Fernando,
Ja jestem sobie kot,
Kot w butach na dodatek.

Jak mrucz? - to mruczando,
Mruczano - murmurando,
Bo jestem w?a?nie kot,
Kot w Butach na dodatek.

Za uchem nosz? kwiatek
I mrucz? murmurando,
Ja jestem sobie kot,
Kot w Butach na dodatek.

Patrz, widzisz? Kuropatwy.
Ze cztery z?apa? musz?,
Mam na nie sposób ?atwy:
Nakrywam kapeluszem,
Hop! I z?apa?em w locie.

Janek:
Cudownie! Brawo, kocie!
Lecz co to? Kurzu tuman,
Kolasa jedzie ku nam.

Kot:
To król ze swym orszakiem,
Id?, ukryj si? za krzakiem,
Niech ci? nie widzi ?wita.
Mnie pewna my?l ju? ?wita.
Sied? cicho, s?uchaj bacznie,
Wnet si? przygoda zacznie…

Chór:
Jedzie król,
Jedzie król,
W?adca lasów, ??k i pól.
Jedzie król
Koni czwórk?,
Jedzie król
Ze sw? córk?,
A za nimi dwór
Wiezie z?ota wór.

Ochmistrz:
Król jest dzisiaj nie w humorze,
Ka?dy batem dosta? mo?e,
Król jest dzisiaj z?y i srogi,
Uciekajcie, ludzie, z drogi!

Chór:
Jedzie król,
Jedzie król,
W?adca lasów, ??k i pól.
Jedzie król
Koni czwórk?,
Jedzie król
Ze sw? córk?,
A za nimi dwór
Wiezie z?ota wór.

Stangret:
Uwaga! Z drogi, ?ledzie,
Bo król z królewn? jedzie!
Któ? to na drodze staje?
Kot w Butach, s?owo daj?!

Ochmistrz:
To dziwne nies?ychanie,
Spójrz, najja?niejszy panie,
Kot w Butach! Spójrz, królewno
Ubawisz si? na pewno.

Król:
Kot w Butach! A to dziwy!

Królewna:
Czy aby jest prawdziwy?
Chc? widzie? go ogromnie!

Król:
Niech kot si? zbli?y do mnie,
To sprawa osobliwa.

Ochmistrz:
Chod?, kocie, król ci? wzywa!

Kot:
Ja jestem Kot-Kotando,
Mruczando-Murmurando,
S?uga mo?nego pana
Barona Barabana,
Na ?owach pan mój hula,
Przysy?a dar dla króla.

Król:
Wytworne masz maniery,
Co? Kuropatwy cztery?
Niech kucharz na ?niadanie
Udusi je w ?mietanie,
Bo mam apetyt na nie,
A panu swemu, kocie,
Podzi?kuj po powrocie.
B?d? zdrów!

Chór kobiet:
B?d? zdrów! ?egnamy!

Ochmistrz:
Czy ju? gotowe damy?
Panowie te?? Ruszamy.

Chór:
Jedzie król,
Jedzie król,
W?adca lasów, ??k i pól…

Kot:
Ju? mo?esz wyj?? zza krzaka.

Janek:
I na co heca taka?
Do czego mi przemiana
W barona Barabana?

Kot:
Mój panie, mam to w planie,
Miej do mnie zaufanie,
Ja jestem Kot-Kotando,
Mruczando-Murmurando,
Wi?c s?uchaj mnie i nie ?aj,
Musimy biec na prze?aj
??kami ze dwie mile,
By orszak zosta? w tyle,
A w czasie odpowiednim
Znów si? zjwimy przed nim.
Biegnijmy ?wawo, skrótem!

Janek:
Zada?em si? z filutem
I co si? teraz stanie?

Kot:
Le?, panie Barabanie,
Ja nogi za pas bior?,
By wyj?? na drog? w por?,
A musz? wpierw na ?ace
Z?apa? dwa zaj?ce.

Piosenka zaj?czöw:
My jeste?my zaj?czki dwa,
Nie boimy si? nawet lwa,
Niestraszny nam my?liwski pies,
Bo zaj?c odwa?ny, odwa?ny jest!

Nikt nie z?apie zaj?czków dwóch,
Bo my mamy wyborny s?uch,
Niestraszny nam my?liwski pies,
Bo zaj?c odwa?ny, odwa?ny jest!

Nic nie grozi zaj?czkom dwóm,
Cho? si? zjawi my?liwych t?um,
Niestraszny nam my?liwski pies,
Bo zaj?c odwa?ny, odwa?ny jest!

Kot:
Zaj?ce psów si? boj?,
Lecz si? nie boj? kotów,
Wpadn? w zasadzk? moj?,
Prosz?, kapelusz gotów,
Mimo ich czujnych uczu
Ju? mam je w kapeluszu.

Janek:
Zuch z ciebie, mo?ci kocie!

Kot:
Czy jeszcze dziwi to ci??
Ja jestem Kot-Kotando,
Mruczando-Murmurando!
Id?, schowaj si? krzakiem,
Nadci?ga król z orszakiem.

Chór:
Jedzie król,
Jedzie król,
W?adca lasów, ??k i pól.
Jedzie król
Koni czwórk?,
Jedzie król
Ze sw? córk?,
A za nimi dwór
Wiezie z?ota wór.

Stangret:
Uwaga! Z drogi, ?ledzie,
Bo król z królewn? jedzie!
Uciekaj! Przecie? wo?am!
Chcesz dosta? si? pod ko?a?

Kot:
Jam s?uga megopana
Barona Barabana.

Król:
Kot w Butach, daj? s?owo!

Królewna:
Wi?c zjawi? si? na nowo?

Król:
Wyrasta tak jak z ziemi.
Czy pan twój dary ?le mi?

Kot:
Mój pan ze swoich w?o?ci
Dla Króla Jegomo?ci
?le dwa zaj?ce w darze
I pok?on z?o?y? ka?e.

Król:
Dzi?ki ci, mo?ci kocie,
Masz tu dukata w z?ocie.

Kot:
Nie trzeba mi zap?aty.
Mój pan jest do?? bogaty,
Nie dbamy o dukaty.

Król:
To pi?knie! Na mym dworze
Mnie ka?dy tak, jak mo?e,
Ze z?ota chcia?by obra?
Licz?c na moj? dobro?.

Królewna:
Papo! Chc? pozna? pana
Barona Barabana.
Czy s?yszysz? Bo inaczej
Natychmiast si? rozp?acz?!

Król:
Córeczko ukochana,
Nie teraz, jutro z rana,
Dzi? przyj?? go nie mog?,
Ruszamy w dalsz? drog?.

Chór:
Jedzie król,
Jedzie król,
W?adca lasów, ??k i pól…

Kot:
Ju? mo?esz wyj?? zza krzaka.
Teraz z szybko?ci? ptaka
Musimy drog? prost?
Na prze?aj gna? do mostu,
By znale?? si? nad rzek?.
To tutaj, niedaleko,
Byleby zd??y? w por?.

Janek:
Wszak robi? kroki spore,
Nie widzisz? Biegn?, p?dz?!

Kot:
Za wolno! Jeszcze pr?dzej!

Janek:
Z tym “pr?dzej” sprawa gorsza.

Kot:
Trzba wyprzedzi? orszak,
Zanim na mo?cie stanie.
Le?, panie Barabanie!
Patrz! Spoza tego wzgórza
Rzeka si? ju? wynorza
Teraz nie tra?my czasu,
Dobiega turkot z lasu.
Rozbieraj si? do naga!

Janek:
A po co?

Kot:
Rób, co ka??,
Tego mój plan wymaga.
Nie czas na komera??!
Zaufaj! Mam powody,
By? ton??! Skacz do wody!
Ju? wida? kurzu k??by,
Król b?dzie jecha? t?dy,
Zbli?aj? si? do mostu,
No, pr?dzej! To? po prostu!

Chór:
Jedzie król,
Jedzie król,
W?adca lasów, ??k i pól…

Kot:
Hola! Zatrzyma? konie,
Na pomoc! Pan mój tonie!
Kto ?yw, niech go ratuje!
Napadli na nas zbóje,
Okradli, ograbili,
Ratujcie, ludzie mili!

Król:
S?yszycie to wo?anie?
Niech?e? kolasa stanie,
Po?pieszcie si?, dworzanie!

Ochmistrz:
Kot, najja?nieszy panie,
Kot w Butach! Tak, poznaj?!

Królewna:
O, papo! Wielkie nieba!
Pop?d? t? ca?? zgraj?,
Z pomoc? ?pieszy? trzba!
Skacz, paziu, jeste? m?ody,
Oceni? twe zas?ugi.

Dworzanin:
No, ?mia?o! Skacz do wody!
Ty pierwszy, a ja drugi!

Kot:
Znikn?? w przybrze?nym wirze,
T?dy, panowie, bli?ej!

Dworzanin:
Mam! Trzymam go!

Kot:
Nareszcie!
Tu go na brzeg zabierzcie!

Królewna:
Czy ?yje?

Dworzanin:
Tak, królewno!
?yje i to na pewno,
Ale jest ca?kiem nagi.

Król:
To sprawa mniejszej wagi,
Dajcie mu nowe szaty,
Ubierzcie w strój bogaty
I niech tu przyjdzie ?wawo.
Chc? pozna? go! Mam prawo.

Królewna:
Osoba mi nieznana,
A jednak niespodzianie
Jestem zakochana
W panu Barabanie.

Sk?d we mnie ta przemmiana?
I co si? teraz stanie?
Jestem zakochana
W panu Barabanie.

W serduszku mym do rana
Odczuwam ko?atanie,
Jestem zakochana
W panu Barabanie.

Ochmistrz:
Kot, najja?niejszy panie,
Czeka na pos?uchanie.

Król:
Kot w Butach? Witam, kocie,
No co, ju? po k?opocie?

Kot:
Ja jestem Kot-Kotando,
Mruczando-Murmurando,
A pan mój tu, na mo?cie,
Czeka.

Król:
Dworzanie, pro?cie!
Mnie ciesz? tacy go?cie.

Dama I:
Spójrzcie, jak godnie kroczy.

Dama II:
Jakie ma pi?kne oczy.

Dworzanin:
Jest rzadkiej wprost urody.

Dama II:
Postawny,

Dama I:
Zgrabny

Ochmistrz:
M?ody.

Dama II:
Teraz przed królem staje.

Dama I:
Król r?k? mu podaje.

Ochmistrz:
Królewna z nim si? wita,
Co? mówi, o co? pyta.

Królewna:
Mój panie Barabanie,
Uczyni? ci wyznanie:
Od dawna ?ni?e? mi si?
Podobny w ka?dym rysie,
A teraz chc? niez?omnie,
By? zawsze by? ko?o mnie.

Janek:
Królewno, twoje s?owa
S? jak anielska mowa,
Gdzie? druga jest ksi??niczka
Tak nadobnego liczka?
Zaledwie ci? ujrza?em,
Od razu pokocha?em,
Lecz mnie wys?uchaj, bowiem
Ca?? ci prawd? powiem:
Prostaczek jam ubogi,
Twoje królewskie progi
Nie dla mnie, os?d? sama,
A kot po prostu k?ama?.

Królewna:
Chocia?by? by? sierot?,
Co ?yje w poniewierce,
Ja wcale nie dbam o to,
Ja dbam o czu?e serce.
Papo! Nie kiwaj g?ow?,
Powiedz królewskie s?owo.

Król:
Córeczko, twoja ch?tka
Bywa?a mi rozkazem,
Lecz nie b?d? taka pr?dka,
Przynajmniej nie tym razem.

Królewna:
Masz, papo, serce mi?kkie,
Wi?c ka?, by pan Baraban
Poprosi? mnie o r?k?,
Bo zrobi? taki raban
I tak si? rozgrymasz?,
Jak kiedy je?? mam kasz?!

Herold:
Ludu! Og?aszam wol?
Jego Królewskiej Mo?ci!
Król przy biesiadnym stole
Czeka na zacnych go?ci!
Król ca?y lud zaprasza,
Bowiem królewna nasza
Dzi? po?lubi?a pana
Barona Barabana!
W pa?acu pa?stwo m?odzi
Sprawiaj? huczne gody.
Kto ch?? ma, niech przychodzi
Spija? królewskie miody!
Król tak? wie?? og?asza
I ca?y lud zaprasza!

Janek:
Heroldzie! Prosz? ciszej!
Kot w Butach dla wywczasu
Poluje dzi? na myszy.
Nie róbmy wi?c ha?asu,
Bo myszy si? wystrasz?!
Czy mnie pan herold s?yszy?
Ko?czymy bajk? nasz?.




piątek, styczeń 20th 2006


Szelmostwa lisa Witalisa - Jan Brzechwa
posted @ 1:38 pm in [ Dla dzieci - Bajki ]

SZELMOSTWA LISA WITALISA

I

Znano ró?ne w ?wiecie lisy:
By? wi?c lis Ancymon ?ysy;

Pospolity lisek rudy,
Pe?en sprytu i ob?udy;
Lis niebieski - wielka sknera;
Zezowaty lis - przechera;

Czarny lisek ogoniasty;
Lis Patrycy Jedenasty;
Srebrny lis niezwykle szczwany;
Lis Mikita spod Oszmiany;

Lis Telesfor farbowany,
Niebezpieczny i zawzi?ty;

Lis Wincenty, lis Walenty,

Lecz nie by?o w ?wiecie lisa
Ponad lisa Witalisa.

Mia? Witalis taki ogon,
?e nie by?o wprost nikogo,
Kto nie stan??by zdumiony:
Taki ogon nad ogony!
I falisty, i puszysty,

I niezwykle zamaszysty,
I ruchliwy na kszta?t kity -
Niezrównany, znakomity!

Gdy Witalis kroczy? drog?,
Wpierw widziano jego ogon,
Co jak ruda chmura zwisa,
A dopiero potem - lisa.

Gdy si? lis pogr??y? we ?nie,
Dziesi?? ptaków jednocze?nie
W tym ogonie wi?o gniazda,
Nios?o jajka, potem - jazda!
Lis si? budzi? niespodzianie
I - jad? ptaszki na ?niadanie.

Gdy Witalis przed wieczorem
Kucn?? sobie nad jeziorem
I potrz?sn?? swym ogonem,
Wszystkie rybki, zachwycone,
Wyp?ywa?y bardzo pr?dko
Za ogonem jak za w?dk?:
Lis je w sosie wy?mienitym
Jad? na obiad z apetytem.

By? Witalis ma?ci rudej,
Niezbyt gruby, niezbyt chudy,
Mia? na prawym oku bielmo
I by? szelm?. Strasznym szelm?!

Mia? rozumu za dziesi?ciu,
Tote? w ka?dym przedsi?wzi?ciu
Wprawia? w podziw swoim sprytem,
Wyrobieniem znkomitym,
Orientacj? doskona??
I dowcipem, jakich ma?o!
A mia? w sobie tyle dumy,
Jakby wszystkie zjad? rozumy.

II

Jest na wschodzie miasto ?om?a.
Gdy na wschód si? dalej zd??a,
Las wyrasta na bezkresie,
Ciemny w?wóz jest w tym lesie,
W tym w?wozie lis mia? jam?,
A w tej jamie - dziwy same.

Wi?c lusterko posrebrzane,
Które z tego by?o znane,
?e gdy czyha? kto? na lisa,
Powstawa?a na nim rysa.

Prócz lusterka mia? pude?ko,
Dok?d zajrze? móg? przez szkie?ko,
By ustali? w sposób ?atwy,
Gdzie zimuj? kuropatwy
Lub na skraju jakiej ??czki
Zabawiaj? si? zaj?czki.

Mia? prócz tego srebrn? mis?
Z ozdobami i napisem:
“Misa lisa Witalisa.”
Zawsze pe?na by?a misa
I nic z niej nie ubywa?o,
Cho? Witalis jad? niema?o.

Mia? ponadto z?oty grzebie?,
Bowiem bardzo dba? o siebie,
I grzebieniem tym starannie
Czesa? ogon nieustannie:
Rozczesywa? raz i wtóry
Z góry na dó? i do góry,
I raz jeszcze, i na nowo
Rozczesywa? - daj? s?owo!
By? Witalis rodem z Polski,
Lecz kapelusz mia? tyrolski,
W którym by?o mu do twarzy,
Cho? wygl?da? nieco starzej.

III

Raz pos?ysza?, ?e nied?wiedzie
S? w tym roku w wielkiej biedzie,
Wi?c nie trac?c chwili czasu,
?wawo uda? si? do lasu.

Przyszed? grzeczny, mi?y, g?adki:
- Có?, robaczki? Có?, nied?wiadki?
Krucho z wami? Chodz? gadki,
?e bezmi?sne ju? obiadki
Je?? musicie! Zió?ka, kwiatki,
Trawki, listki i sa?atki!
Chodz? gadki, ?e za miedz?
Dwa zaj?czki ma?e siedz?,

Które was za chwil? zjedz?!
Wstyd mi za was! Gdy posucha,
Nied?wied? tylko w ?apy dmucha.
Gdzie popatrze? - chuderlaki!
Przykry mi jest widok taki!
Fe! Doprawdy, nie wypada,
Lepiej, gdy potrzebna rada,
Przyj?? po rad? do s?siada.

Zawstydzi?y si? nied?wiedzie:
- ?le si? nam ostatnio wiedzie,
Porad?, porad? nam, s?siedzie,
Powiedz, lisie Witalisie,
Jakie jest twe widzimisi??
Lis przyczesa? sobie ogon
I powiedzia? z min? srog?:
- Chod?cie ze mn?! Znam zagrod?,
W której s? prosi?ta m?ode.

Jest was pi?ciu i dla pi?ciu
B?dzie dzisiaj po prosi?ciu!

Ucieszy?y si? nied?wiedzie:
- Prowad?, prowad? nas, s?siedzie!

Poszli razem le?n? drog?.
Sam Witalis, pr???c ogon,
Uroczy?cie szed? na przedzie.
A za lisem w ?lad - nied?wiedzie:
Cztery stare, jeden m?ody.
Poszli noc? do zagrody,
Lis obejrza? parkan, chatk?
I poci?gn?? za ko?atk?.
- Któ? to straszy dzieci noc??
Kto przychodzi tu i po co?

- To Witalis - lis odrzecze. -
Prosz?, otwórz mi, cz?owiecze,
Z chlewu zabra? chc? prosiaki,
Bo mam dzi? apetyt taki.

Po tych s?owach lis da? nurka,
A tymczasem od podwórka
Psów zjawi?a si? gromada.
Ka?dy szczeka i ujada,
Ka?dy gro?nie z?by szczerzy,
Ka?dy gryzie, gdzie nale?y,
A? nied?wiedzie, pe?ne trwogi,
Powiedzia?y sobie: - W nogi!
Ratuj, lisie Witalisie!
Ale psom a? w ?lepiach skrzy si?
I popad?y w ferwor taki,
?e fruwa?y tylko k?aki.

Lis tymczasem, sun?c boczkiem,
Wbieg? przez furtk? drobnym kroczkiem,
Po szelmowsku mrugn?? oczkiem,
Wszed? ostro?nie od kurnika,
Porwa? kaczk?, g??, indyka,
Trzy kurczaki i perliczk?,
Zwi?za? wszystko to rzemyczkiem
I, nie trac?c chwili czasu,
Pobieg? z ?upem swym do lasu.

A nied?wiedzie, nieszcz??liwe,
Pogryzione, na wpó? ?ywe,
Kulej?ce, g?odne, chore,
Odszuka?y lisi? nor?.

- Przydybali?my ci?, rybko!
Dosy? ?artów! Wy?a? szybko,
Wy?a?, lisie Witalisie!

Lis Witalis ju? - po rysie
Na lusterku - pozna? snadnie,
?e na? gniew nied?wiedzi spadnie.
Widz?c, ?e mu co? zagra?a,
Lis ukaza? si? w banda?ach,
W plastrach, szmatach i ga?ganach:
- Spójrzcie, ca?y jestem w ranach!
Ogon strasznie mam zwichni?ty,
Pok?sane wszystkie pi?ty:
Nara?a?em w?asne ?ycie,
By was broni? nale?ycie.
Wojna by?a nie na ?arty,
Psy walczy?y jak lamparty,
W sposób gro?ny i za?arty.
Lecz wyjawi? mog? skromnie,
?e daleko im jest do mnie:
Gdym wyskoczy? zza cha?upy,
Pad?y pierwsze cztery trupy,
Jeden pies ju? po minucie
W przera?eniu wielkim uciek?,
Drugi chcia? go wzi?? w obron?,
Wi?c zabi?em go ogonem.
Cztery dalsze, poranione,
Po?o?y?y si? pod p?otem
I skona?y wkrótce potem,
A jedynie niedobitki
Was napad?y w sposób brzydki.
Có?, dostali?cie po skórze.
A dlaczego? Bo?cie tchórze!
Zawstyczy?o to nied?wiedzi,
Brak im by?oodpowiedzi,
Wi?c nie ?al?c si? nikomu
Posz?y g?odne spa? do domu.
- ?egnal, lisie Witalisie!

Spa? lisowi ani ?ni si?!
Do swej jamy szybko wróci?,
Zdj?? banda?e, plastry zrzuci?,
Zerkn?? w lustro z min? b?og?
I przyczesa? sobie ogon.

Potem przyniós? chrustu wi?zk?,
?eby upiec sobie g?sk?.
G?ska taka by?a w?ciek?a,
?e na ogniu raka spiek?a,
Lecz z natury by?a mi?a,
Wi?c si? pi?knie zrumieni?a
I Witalis porcj? t?ust?
Zjad? z jab?kami i kapust?.

IV

W czas zimoej ch?odnej pory
Wyszed? lis ze swojej nory:
- Do mnie, wszystkie g?odomory,
Do mnie, z lasów, z kniei, z chaszczy!
Mam ja co? dla ka?dej paszczy!
Kto nie dojad?, ten si? naje!
Znam zwierz?ce obyczaje,
Znam zwierz?ce apetyty
I mam pomys? znakomity,
?eby ka?dy z was by? syty.

Zewsz?d zbieg?y si? zwierz?ta,
Bo dla zwierz?t to przyn?ta,
Pok?d iskra ?ycia tli si?.
- Gadaj, lisie Witalisie,
Przybywamy ca?? zgraj?,
Bo nam kiszki marsza graj?.
Opowiadaj, lisie, ?ci?le
O niezwyk?ym swym pomy?le!

Lis tych s?ów uwa?nie s?ucha?,
Po czym rzek? zdejmuj?c z ucha
Swój kapelusz zawadiacki:
- Umiem piec ze ?niegu placki.
Mam do tego obok, w lasku,
Piec w?asnego wynalazku.
Kto dostarczy kup? ?niegu
I dorzuci mi do tego
Po?e? sad?a lub s?oniny,
Ten w niespe?na pó? godziny
Prosto z pieca na ?niadanie
Placków t?ustych nies?ychanie
Pe?ny taki wór dostanie.

Mówi?c to potrz?sn?? worem,
?e a? z wora nad otworem
Buchn??, mile ?echc?c w chrapach,
Pieczonego ciasta zapach.
Za? Witalis prawi? dalej:

- Mnie bynajmniej si? nie pali,
Takie placki stale jadam,
Ale sobie trud ten zadam,
By wy?ywi? was do wiosny,
Bo wasz wygl?d jest ?a?osny.

Co za placki! Szkoda gada?!
Móg?bym tydzie? opowiada?
O ich cudnym aromacie,
O ich smaku! Otó? macie.

Z tymi s?owy wyj?? z wora
Placków tuzin czy póltora
I sam zjad? je z apetytem,
Pomlaskuj?c sobie przy tym.

Po szelmowskim tym popisie
Pad?y g?osy: - Witalisie,
Co si? zjad?o, to przepad?o,
Dostarczymy ?nieg i sad?o,
Uczta b?dzie wy?mienita,
Chcemy naje?? si? do syta,
Chcemy placki mie? - i kwira!

Lis przyczesa? sobie ogon:
- Placki jutro by? ju? mog?.

Wi?c nazajutrz bardzo wcze?nie,
Gdy las ton?? jeszcze we ?nie,
T?umy zwierz?t sz?y w szeregu,
Wlok?c ca?e góry sniegu,
A do tego jeszcze sad?o -
Tyle, ile go przypad?o.

Lis ju? sta? przed swoj? nor?.
Spojrza?: owszem, sad?a sporo!
Pe?en werwy i ochoty
Wzi?? si? zaraz do roboty,
Zdj?? kapelusz, duchem skoczy?,
Z pi??set snie?nych kul utoczy?,
Ka?d? sp?aszczy? szybkim ruchem,
Tak jak robi si? z racuchem,
Schwyci? sad?o i rzetelnie
Wysmarowa? nim patelni?;

I cho? jest to rzecz kobieca,
Placki wk?ada? j?l do pieca.

Z pieca wnet buchn??? para,
A Witalis ju? si? stara,
Ju? dorzuca nowe placki,
Taki z niego kucharz chwacki.

Przygl?daj? si? zwierz?ta,
Pilnie chodz? mu po pi?tach,
Wprost doczeka? si? nie mog?!
A Witalis pr??y ogon,
Zda si?, w?cha cudny zapach,
A? zwierz?tom kr?ci w chrapach,
A? zwierz?tom skr?ca kiszki.
A Witalis zbiera szyszki
I do ognia je dorzuca,
Kr??y, krz?ta si?, przykuca.
- Sad?a jeszcze! Sad?a! Pr?dzej!
No, bo placki wam uw?dz?!

Po up?ywie pól godziny,
Niewyra?ne stroj?c miny,
Z pieca wyj?? lis patelni?
I do zwierz?t rzek? bezczelnie:
- A to dziwna jest przygoda!
prosz?, spójrzcie, sama woda!
Z takim ?niegiem trudu szkoda:
Rozpuszczony, mokry, sypki -
Mog?yby w nim p?ywa? rybki!
A mówi?em, ?e to nie to!
?nieg powinien by? jak beton -
Zamarzni?ty i w kawa?kach.
Taki w?a?nie jest w Suwa?kach,
W Augustowie, w Ostro??ce…
A to co! Umywam r?ce!
Posz?o ca?e wasze sad?o,
Tyle pracy mej przepad?o!
Nie nabior? si? powtórnie,
Mam was dosy?, bo?cie durnie!

Zawstydzi?y si? zwierz?ta.
Racja! Nikt z nich nie pami?ta?,
?e przed samym ?witem jeszcze
Pada? ?nieg zmieszany z deszczem.
A ?nieg z deszczem jest wodnisty -
Fakt dla wszystkich oczywisty.

Na nic ca?e przedsi?wzi?cie!

Lis wykr?ci? si? na pi?cie,
Spu?ci? ogon na znak smutku
I do nory powolutku
Poszed?, by si? zamkn?? w norze,
Bo by? w bardzo z?ym humorze.

Lecz gdy ju? odeszli go?cie,
Wtedy z pieca jak najpro?ciej
Wyj?? sad?o, w?o?y? w garnki,
Garnki schowa? do spi?arki,
Po czym, dumny z tego zysku,
Krzykn??: - Brawo, Witalisku!

V

Jak co rok w Zielone ?wi?ta
Zgromadzi?y si? zwierz?ta
Dla obioru prezydenta.

Jest to taka wa?na sprawa,
?e zwierz?ce wszystkie prawa
Dzie? ten czyni? dniem przymierza:
Zwierz na zwierza nie uderza,
G?? jest pewna swego pierza,
Pies nie czai si? na je?a,
Owca mo?e wyj?? ze stada -
Nikt nikogo nie napada.
Kot nie drapie, wilk nie zjada,
Nawet zaj?c, cho? ma pierta,
Z odleg?o?ci kilometra
Obserwuje te wybory,
Nawet mysz wychodzi z nory,
Nawet tchórz ze strachu chory
Na wybory ?pieszy ?wawo,
Bo mu wolno. Bo ma prawo.

Lis Witalis, wielki szelma,
?ypie bia?kiem swego bielma,
Pr??y ogon znakomity,
Zwisaj?cy na kszta?t kity,
I w tyrolskim kapeluszu
Kr??y pe?en animuszu.

Tu do wilka si? przymili
I co? szepnie, tam po chwili
Do nied?wiedzia chy?kiem sunie,
Jakie? s?ówko rzuci kunie,
Chytrze mrugnie do jelenia,
Je?a mu?nie od niechcenia,
Mysz ogonem po?askocze,
Mimochodem, Bóg wie o czym,
Porozmawia chwilk? z rysiem.
- ?wietnie, lisie Witalisie!

Wszyscy my?l?: “A to szelma!
Jaki? w tym, widocznie, cel ma”

Ju? najstarszy wilk bu?aw?
Machn?? w lewo, machn?? w prawo;
Takie jest zwierz?ce prawo.

Ju? wybory rozpocz?ta -
Któ? zostanie prezydentem?

Lis spryciarzem by? bezsprzecznie,
Wi?c o g?os poprosi? grzecznie,
Wszed? na pie? i w s?owach kilku
Tak powiedzia?:
- Zacny wilku,
I wy, wszyscy tu zebrani,
Tak przeze mnie szanowani,
Albo mówi?c wprost - zwierz?ta!
Macie wybra? prezydenta.
Czy? jest kto?, kto nie pami?ta
Zas?ug lisa Witalisa?
W pi?ciu tomach ich nie spisa?!
Otó? ja przed wielu laty,
Gdym by? m?ody i bogaty,
W ci?gu jednej tylko wiosny
Zasadzi?em tutaj sosny,
Buki, d?by - niemal wszystko,
By zwierz?tom da? schronisko!
Dla was szereg lat z zapa?em
Drób w kurnikach hodowa?em,
Dla was w chlewach tucz? wieprze,
By?cie mieli ?ycie lepsze.
Jestem waszym dobrodziejem,
A sam nie ?pi?, a sam nie jem,
Tylko my?l? dniem i noc?,
Jak zwierz?tom przyj?? z pomoc?…

Mrukn?? nied?wied? do s?siada:
- Co tu gada? - dobrze gada!
Szepn?? borsuk: - Jaka swada,
Jaka dykcja i wymowa,
To przynajmniej t?ga g?owa!

A tymczasem lis po chwili
Ci?gn?? dalej: - Moi mili,
Nie namawiam, ale radz?:
Je?li dzi? otrzymam w?adz?,
Daj? s?owo, ?e zasadz?
W ci?gu pi?ciu dni na piasku
Drzewa mego wynalazku.
Ju? nie szyszki, nie ?o?edzie,
Ale rosn?? na nich b?dzie
Schab w?dzony i pieczony,
Boczki, szynki, salcesony,
Mortadela i serdelki,
Mi?s przeró?nych wybór wielki,
Nawet prosi? w galarecie,
Je?li tylko zapragniecie.

Wszystkim oczy a? zab?us?y:
- Lis niezgorsze ma pomys?y,
Niech zostanie prezydentem!
- Czy przyj?te? - Tak! Przyj?te!
Nied?wied? obj?? go za szyj?
I zawo?a?: - Niech nam ?yje!
- ?yj nam, lisie Witalisie! -
Powtórzy?y za nim rysie,
Kuny, tchórze i jelenie
Oraz ca?e zgromadzenie.

Po wyborach zgodnie z prawem
Lis od wilka wzi?? bu?aw?
I do domu cztery koz?y
Z wielk? pomp? go zawioz?y.

Kiedy jecha? le?n? drog?,
Wpierw widziano jego ogon,
Co jak ruda chmura zwisa,
A dopiero potem - lisa.

Ju? nazajutrz na polanie
Zacz?? lis urz?dowanie.
Kaza? poda? sobie kor?,
Wzi?? do gar?ci pióro spore
I ustaw? za ustaw?
J?? wydawa? z wielk? wpraw?:

- Zarz?dzamy, by zwierz?ta
Do u?ytku prezydenta
Oddawa?y, prócz okupu,
Czwart? cz??? swojego ?upu.

?eby ka?dy ptak od maja
A? do maja wszystkie jaja
Niós? dla lisa Witalisa,
Który ?ó?tka z nich wysysa.
?eby kury i kurcz?ta
Same sz?y do prezydenta
I prosi?y, by na ro?nie
Raczy? upiec je ostro?nie.
Nie pami?tam ju?, niestety,
Jakie prawa i dekrety
Wyda? jeszcze lis ponadto,
Lecz zwierz?cy ca?y ?wiat to,
Pe?en l?ku i poddania,
Wykonywa? bez szemrania.

*

Up?ywa?y dni, tygodnie…
Lis Witalis ?y? wygodnie,
?upi? wszystkich, jak si? da?o,
I korzy?ci mia? niema?o.

Przed siedzib? jego zawsze
Dwa nied?wiedzie co naj?wawsze
Sta?y sprawnie i wzorowo
Pe?ni?c wart? honorow?.

Sta?y te? jelenie cztery,
By go wozi? na spacery.

A wiewiórki przez dzie? ca?y
Przy ogonie si? krz?ta?y
I chucha?y, i dmucha?y,
I bez przerwy go czesa?y.

Niky spokoju nie mia? w lesie:
Ten us?u?y, tamten poda,
Ten przyniesie, ten odniesie,
Nawet borsuk - wojewoda,
Cho? to bardzo dumna sztuka,
By? u lisa za hajduka,
Wi?c z?o?ci?o to borsuka.

Jad? Witalis za dwudziestu
I zwierz?ta bez protestu
Napycha?y mu spi?arni?,
Chocia? same jad?y marnie.

Nigdy nie chcia? z nikim gada?
Ani nawet odpowiada?
Na pytania, na podania
I nie dawa? pos?uchania.
Siedzia? dumny niczym basze,
Jad? i mówi?: - Sprawa wasza
Dobrze dba? o mój ?o??dek.
Taki musi by? porz?dek!
Jam prezydent, czyli w?adza,
A jak komu nie dogadza,
Niech zabiera si? i zmiata,
Je?li nie chce w?cha? bata!

Gdy ju? wreszcie lisi nierz?d
Kl?sk? spad? na ?ycie zwierz?t,
Wilk cichaczem, bez ha?asu,
Zwo?a? wielki wiec do lasu
I gdy wszyscy si? zebrali,
Rzek?: - Nie mo?e by? tak dalej!

VI

Czeka wszystkich nas zag?ada
I jest na to jedna rada:
Z?apmy lisa lub zastrzelmy -
Do?? ju? rz?dów tego szelmy,
Tego lisa Witalisa,
Który soki z nas wysysa!

Pad?y s?owa: - Racja! Brawo!
- Lis Witalis gwa?ci prawo!
- Zniszczy? wszystkich nas ze szcz?tem!
- Precz! Precz z takim prezydentem!
I uchwali? wiec zwierz?cy,
?e nie ?cierpi tego wi?cej,
?e lis broi? co niemiara,
Wi?c go musi spotka? kara.

Lis tymczasem do lusterka
Niespokojnym okiem zerka;
Nagle widzi - co to? Rysa!
Strach oblecia? Witalisa.
A tu rysa ro?nie, ro?nie,
Za?amuje si? uko?nie
I lusterko ca?e ?amie.
A Witalis siedz?c w jamie
Zimny pot ociera z czo?a.
- Sprawa jednak nieweso?a!

machn?? raz czy dwa ogonem,
Po czym smutnie rzek?: - Sko?czone!
Co u?y?em, to u?y?em,
Dobrze jad?em, dobrze pi?em,
Za to teraz czas mi w drog?.
Trudno. Zosta? tu nie mog?!

Zapakowa? par? waliz.
I chcia? umkn?? lis Witalis.

Zatrzyma?y go nied?wiedzie:
- Po co ?pieszy? si?, s?siedzie?
Nie tak pr?dko, jeszcze chwilka,
Wst?pi? musisz wpierw do wilka,
Wilk ma spraw do ciebie kilka.

- Wilk zaprasza? Rzecz ciekawa!

- Wilk ci? wzywa w imi? prawa!

- Ani my?l?. Nie chce mi si?!
- Mamy rozkaz Witalisie,
Lepiej si? nie stawiaj hardo,
Bo dostaniesz halabard?.

Tu lisowi ?cierp?a skóra.
Widz?c, ?e ju? nic nie wskóra,
Ci??ko westchn??, spu?ci? ogon
I potulnie ruszy? drog?.

Wilk na? czeka? w cieniu buka:
Z prawej strony mia? borsuka,
Z lewej dzika. Nieco dalej
Delegaci zwierz?t stali.

Lis zatrzyma? si? w pó? drogi,
Ale wilk, ogromnie srogi,
Rykn??: - Bli?ej! Ruszaj mi si?!
Kara ci? nie minie, lisie!
Bra? go!

Wzi??y go dwa rysie,
Ten za nogi, ów za g?ow?;
Wilk zawo?a? wi?c: - Gotowe!
Wtedy wysz?y dwie ?asiczki;
Mia?a ka?da z nich no?yczki.
Pochwyci?y ogon lisa,
Co jak ruda chmura zwisa?,
I do pracu si? zabra?y:
Ci??y, strzyg?y, przystrzyga?y,
Odrzuca?y rude p?ki,
Podcina?y puszek mi?kki
Szybko, zwinnie, lecz ostro?nie.
A lis wi? si? jak na ro?nie,
J?cza?, szlocha?, zrozpaczony:
- Taki ogon nad ogony
Ostrzyc… zniszczy?! O zbrodniarze!
Jak?e? teraz si? poka???
Jak poka?? si? z ogonem
Tak nikczemnie ostrzy?onym?!

Rzeczywi?cie. Ogon lisa
Zwisa? jak pa?eczka ?ysa,
A wiart rudy puch rozwiewa?
I unosi? ponad drzewa.

Wypu?ci?y lisa rysie,
A wilk rykn??: - Wyno? mi si?,
Zmiataj, lisie Witalisie!

Lis ucieka?, gdzie pieprz ro?nie.
Raz zatrzyma? si? przy so?nie
I us?ysza? zawstydzony,
Jak si? z niego ?mia?y wrony,
Kuny, sus?y, nawet je?e -
Ka?dy ptak i ka?de zwierz?:

- Taki ogon zamiast tyczki
Móg?by by? dla ogrodniczki!
- To? to s?k, nie ?aden ogon!

- ?mieszny widok, swoj? drog?!

- To ci ogon nad ogony!…

Lis Witalis, o?mieszony,
Wyszydzony, uciek? z lasu
I ju? nikt od tego czasu
Nie ogl?da? Witalisa -
Nawet ja, com go opisa?.




piątek, styczeń 20th 2006


Ja? i Ma?gosia - Jan Brzechwa
posted @ 1:32 pm in [ Dla dzieci - Bajki ]

JA? I MA?GOSIA

Narrator:
Pos?uchajcie, oto bajka,
Stara bajka-samograjka,
Ale dla was, daj? s?owo,
Wymy?li?em j? na nowo.
Je?li nie znacie jej, to poznacie.
A by?o tak:
W ma?ej chacie,
Od ludzkich osiedli z dala
Mieszka?a rodzina drwala
Z czterech osób z?o?ona.
By? wi?c drwal, jego ?ona
I - jak to si? w bajkach kleci -
By?o tak?e dwoje dzieci,
W waszym wieku, mniej wi?cej.
Ja piosenk? im po?wi?c?,
Przys?uchajcie si? piosence:

Ja?:
My mieszkamy w chatce drwala.

Razem:
Trala-lala, trala-la.

Ma?gosia:
Nasz? chatk? las okala.
Trala-lala, trala-la.

Ja?:
A nazywamy si?,
Ja? i Ma?gosia.

Ma?gosia:
Bardzo kochamy si?,
Ja? i Ma?gosia.

Razem:
Razem trzymamy si?,
Mamy s?uchamy si?,
Tralala-la!

Matka:
Dzieci kochane, ?piewacie cudnie,
Ale ju? min??o po?udnie,
Ojciec czeka na obiad w lesie,
Dzi? Ma?gosia kobia?k? zaniesie.

Ma?gosia:
Pójdziemy z Jasiem we dwoje,
Bo ja troszeczk? si? boj?.

Ja?:
Dlaczego puszcza? j? sam??
Pójd? z Ma?gosi?, mamo.

Matka:
A kto mi w domu pomo?e?
A kto uprz?tnie w oborze?
A kto zamiecie w komorze?
No, dobrze ju?. Tym razem
Pozwalam i?? wam razem.
To zreszt? niedaleko.
W kobia?ce jest chleb, jest mleko,
A tu gor?ce pierogi.
Nie zbaczajcie wi?c z drogi,
Le?cie szybko jak dwa szczyg?y,
By pierogi nie wystyg?y.

Ja?:
Ju? biegniemy, mamo droga,
Pami?tamy o pierogach!

Ka?dy ptak nam w lesie ?piewa.
Trala-lala, trala-la.

Ma?gosia:
Znamy w lesie wszystkie drzewa.

Razem:
Trala-lala, trala-la.

Ja?:
A nazywamy si?
Ja? i Ma?gosia.

Ma?gosia:
Razem trzymamy si?,
Ja? i Ma?gosia.

Razem:
Borem skradamy si?.
Wilkom nie damy si?,
Tralala-la!

Ja?:
Spójrz, Ma?gosiu, jakie? zwierz?!

Ma?gosia:
Ojej, Jasiu, strach mnie bierze,
Wszak to wilk. Jest pewno z?y,
Bo okropnie szczerzy k?y.
Uciekajmy.

Ja?:
Wilk jest pr?dszy,
On po ?ladach nas wyw?szy.

Wilk:
Wilk jest panem w lesie,
A gdy je?? my chce si?,
Idzie sobie w lasu g??b,
?eby znale?? co? na z?b.
Trzeba szybko je?? -
I cze??!

Oto widz? jad?o,
Co mi z nieba spad?o.
Idzie jaki? smaczny k?s,
Idzie para ?wie?ych mi?s,
Trzeba szybko je?? -
I cze??!

Ruszam prosto na nie,
B?d? mia? ?niadanie,
Chyba to s? owce dwie,
Do nich j?zyk a? si? rwie,
Trzeba szybko je?? -
I cze??!

Nie, to dzieci! Mam wi?c pecha!
Có? mi z dzieci za pociecha?

Ma?gosia:
Patrz, on prosto ku nam zmierza…
Tak si? boj? tego zwierza,
Uciekajmy!

Wilk:
Ja nie radz?,
Bo cho? tu sprawuj? w?adz?,
Cho? mi w brzuchu burczy z g?odu,
Ale wilki z mego rodu
Tym si? szczyc? od stuleci,
?e nie krzywdz? ma?ych dzieci.

Ja? i Ma?gosia:
Dzi?kujemy ci, wilku, za to.

Wilk:
Jad?a wyrzekam si? z w?asn? strat?.
Teraz zmiatajcie st?d. Do widzenia!
Ju? nie dra?nijcie mi podniebienia.
Id?cie prosto przez polan?,
A ja o suchym pysku zostan?.

Ma?gosia:
Le?my, Jasiu, t?dy przez kniej?!

Ja?:
Wilk na szcz??cie pierogów nie je,
A tato lubi je i czeka,
S?ysz? ju? jego g?os z daleka.

Drwal:
Zetn? sosn?, sosn? zetn?,
B?d? z sosny deski ?wietne,
Pi?o, r?nij, siekiero, wal,
Róbcie to, co ka?e drwal.

Lubi? chodzi? na wyr?by,
?cina? graby, ?cina? d?by,
Pi?o, r?nij, siekiero, wal,
Róbcie to, co ka?e drwal!

Gdy spi?uj? d?b wiekowy,
D?b si? nada do budowy,
Pi?o, r?nij, siekiero, wal,
Róbcie to, co ka?e drwal.

Gdy zawioz? grab do szko?y,
B?d? z niego pi?kne sto?y,
Pi?o, r?nij, siekiero, wal,
Róbcie to, co ka?e drwal!

Ja?:
Przynie?li?my, tato, kobia?k?,
Lecz pierogi wystyg?y ju? ca?kiem.

Ma?gosia:
Pierogi s? smaczne, z grzybami,
A te grzyby zbierali?my sami.

Drwal:
Co? Pierogi? A to ci dopiero!
Zamachn??em si? w?a?nie siekier?,
Zostawcie kobia?k?, zjem potem,
Zmykajcie, dzieci, z powrotem,
Bo tu wko?o drzazgi lec?,
A ja popracuj? nieco,
Nie mam czasu do stracenia.

Ja?:
?egnaj, tato!

Ma?gosia:
Do widzenia!

Drwal:
Wracajcie t? dró?k? na wprost.

Ma?gosia:
S?yszysz, Jasiu? ?piewa drozd.

Ja?:
Ma?gosiu, nie drozd, lecz pliszka.

Ma?gosia:
Popatrz, jaka dziwna szyszka.

Ja?:
Na szyszk? troch? za g?adka,
Spójrz, to przecie? czekoladka!

Ma?gosia:
Tu jest irys, tu cukierek!

Ja?:
Kto? je pouk?ada? w szereg,
Jak w sklepie - taki równiutki.

Ma?gosia:
Tu znowu le?? ci?gutki…

Ja?:
Wyborne…

Ma?gosia:
I s?odkie szalenie.

Ja?:
Trzeba nape?ni? kieszenie.

Ma?gosia:
Naje?? si? te? nie zawadzi.
A dok?d ta droga prowadzi?
Bo tam dalej na odmian?,
Widz? krówki rozsypane.

Ja?:
A tu znów inne s?odycze!
Jak du?o! Wprost ich nie zlicz?!
Marmoladki, czekoladki
Rosn? wprost jak le?ne kwiatki.

Ma?gosia:
To ci dopiero przygoda!
Nie zjemy wszystkich, a szkoda!

Ja?:
Stój! Popatrz! Domek z piernika!
Czy to sen? Nie! Domek nie znika.
Gdzie popatrze? - wsz?dzie piernik,
Zbudowa? go chyba cukiernik.

Ma?gosia:
Zaraz kawa?ek u?ami?…
Pyszny! Trzeba zanie?? mamie.

Ja?:
Spójrz, Ma?gosiu, na t? ?cian?…
To pierniki lukrowane,

Ma?gosia:
A z tej strony nadziewane.
Skosztuj, czy czujesz smak ró?y?

Ja?:
U?amiemy kawa? du?y!
Kiedy mama go dostanie,
B?dzie mia?a u?ywanie.

Narrator:
Do?? d?ugo dzieci drwala zbiera?y ?akocie
Ani my?l?c o powrocie,
A domkiem z pierników tak by?y zaj?te,
?e da?y si? wzi?? na przyn?t?.
To w?a?nie czarownica z?a i gniewna srodze
Rozsypa?a s?odycze na drodze.
I w ten sposób zwabi?a Jasia i Ma?gosi?.
Czarownic? poznacie po g?osie!

Czarownica:
Hola! Có? to za przyb??dy
Maj? ?mia?o?? chodzi? t?dy?
Kto mi domek z pierników objada?
O, to zuchwalstwo nie lada!

Ma?gosia:
Jasiu, s?yszysz? ?adne rzeczy!
Kto? nam okropnie z?orzeczy.

Czarownica:
Jestem gro?na czarownica,
Cha-cha!
Zna mnie ca?a okolica,
Cha-cha!
Kiedy dnieje, kogut pieje,
Ja si? ?miej?
Ucha-cha!

Mam ja wilka na pos?ugi,
Cha-cha!
Czy to s?oty, czy szarugi,
Cha-cha!
Wicher wieje, z nieba leje,
Ja si? ?miej?
Ucha-cha!

Piernikami dzieci n?c?,
Cha-cha!
Kto tu wszed?, nie wyjdzie wi?cej.
Cha-cha!
Piec si? grzeje, ?arem zieje.
Ja si? ?miej?
Ucha-cha!

Ma?gosia:
S?yszysz, co ona ?piewa?
Jasiu, Jasiu, b?dzie krewa!

Czarownica:
Dawno mia?am na was chrapk?,
Wpadli?cie w moj? pu?apk?!
Droga do mnie wydawa?a si? s?odka,
A czy wiece, co teraz was spotka?

Ja?:
My?leli?my, ?e pierniki s? dla nas…

Czarownica:
Dobry z ciebie ananas!

Ma?gosia:
Niepotrzebnie pani si? z?o?ci,
My?my przyszli do pani w go?ci,
A przecie? ludzie w Polsce s?yn? z go?cinno?ci.

Ja?:
Niech nas pani wypu?ci!

Czarownica:
Wypu?ci? was? A ju?ci!
Zaraz w szpony was pochwyc?
I - poznacie czarownic?!

Ma?gosia:
Pani tylko tak straszy…

Ja?:
Nauczyciel w szkole naszej
Od dawna uczy nas przecie,
?e czarownic nie ma na ?wiecie.

Czarownica:
Co? Tego ucz? was w szkole?
Ja drwi? z siebie nie pozwol?!
To zuchwalstwo, daj? s?owo!
Kim wi?c jestem? Owc?? Krow??
Czy mo?e po prostu sow??
W mojej szkole jest inaczej,
Kto nie wierzy, ten zobaczy.
B?d? trzyma? was pod kluczem
I upas?, i utucz?,
Bo nie lubi? chuderlaków -
Mi?so chude jest bez smaku,
A w dodatku ?ykowate.
Potem wrzuc? na ?opat?
I pod blach? wczesnym rankiem
Upiek? was z majerankiem.

Ja?:
Prosz? pani, ja nie wierz?!
Nawet wilk, ?ar?oczne zwierz?,
Cho? by? g?odny, nas oszcz?dzi?.

Czarownica:
Wilk ma w lesie do?? ?o??dzi.
To punkt pierwszy. A punkt drugi -
Wilk jest u mnie na pos?ugi.
Kiedy sid?a me zastawi?,
On ju? wie, co piszczy w trawie.
Mo?e nawet szpetnie szczeknie,
Lecz mojego ?upu nie tknie.
A teraz ju? sko?czmy gadanie,
Jako rzek?am, tak si? stanie.

Ma?gosia:
My jeste?my dzie?mi drwala,
Tato je?? nas nie pozwala!

Ja?:
On siekier? ma ze stali
I siekier? mocno wali.

Ma?gosia:
Ma on tak?e ostr? pi??.
Je?li pani ?ycie mi?e…

Czarownica:
Do?? ju?! Wi?cej ani s?owa!
Klatka dla was jest gotowa.
Wilku, hej! Mój wilku bury,
Do mnie! Wysu? swe pazury,
Poka? k?y zuchwa?ej parce
I niech sko?cz? si? te harce.

Wilk:
Nim zawo?asz po raz drugi,
Jestem ju? na twe us?ugi.

Ja?:
Ojej, wilk! By? grzeczny, g?adki,
Teraz wpycha nas do klatki.

Ma?gosia:
Wilku, nie drap tak, powoli…

Ja?:
Delikatniej, bo j? boli!
Czy to jest obyczaj wilczy?

Wilk:
Niech kawaler lepiej milczy,
Przykro s?ucha? tych z?orzecze?.
Ma by? piecze? - b?dzie piecze?!

Czarownica:
Ja zabieram klucz od klatki,
A wam daj? czekoladki,
Marmoladki i karmelki,
Strucle, ciastka, piernik wielki,
Wór irysów i ci?gutek -
Jedzcie! By przyspieszy? skutek,
Sprawiam uczt?. Na tej uczcie
Nale?ycie si? utuczcie,
Bo gdy wam przyb?dzie cia?a,
To ja b?d? ucztowa?a.

Ma?gosia:
Pani jest bez serca.

Ja?:
Pani jest ludo?erca!

Wilk:
Przykro s?ucha? tych z?orzecze?.
Ma by? piecze? - b?dzie piecze?!

Czarownica:
Ich mowa ju? mi obrzyd?a,
Chod?my, wilku, zastawi? sid?a,
Pójdziemy przez bór, przez kniej?,
Zobaczymy, co tam si? dzieje.
Wy za?, dziatki, jedzcie du?o
I niech wam ?akocie s?u??.

Sma??, warz? smo?? w kotle
Cha-cha!
A jak je?d??, to na miotle,
Cha-cha!
Trzeszc? knieje, ?le si? dzieje,
Ja si? ?miej?
Ucha-cha!

Ja?:
Posz?a sobie lasem-borem,
Pewno wróci przed wieczorem,
S?odyczami nas upasie,
No i zje po pewnym czasie.

Ma?gosia:
Niby ?adna, niby m?oda,
A taka niedobra. Szkoda!

Ja?:
Trzeba pój?? po rozum do g?owy,
Pos?uchaj, mam plan gotowy:
Zawsze nosz? drut przy sobie,
Z drutu ró?ne rzeczy robi?,
A tym razem w sposób chytry
Mój drut przerobi? na wytrych.
Pomó? mi, bo drut jest grudy,
Przyst?pi? zaraz do próby.
Krata jest troch? za ?cis?a…

Ma?gosia:
Czy?by wi?c nadzieja prys?a?

Ja?:
Rozsuniemy troch? krat?,
Ty ci?nij na t?, ja na t?,
Mocniej, mocniej! Jeszcze ?dziebko!

Ma?gosia:
Ty, Jasiu, r?k? masz krzepk?,
A ja…

Ja?:
Pchaj ?okciem, kolanem!
Ju? teraz si? tam dostan?,
Jestem w zamku. Drutem kr?c?…
Mam troch? za krótkie r?ce…

Ma?gosia:
Musisz si? przecisn?? wi?cej!

Ja?:
Opór w zamku nieco s?abnie…

Ma?gosia:
Ach, jak ty to robisz zgrabnie,
Majster z ciebie i m?drala,
Zna?, ?e jeste? synem drwala!

Ja?:
Zamek zgrzytn??! Do roboty,
Jeszcze tylko dwa obroty,
Lecz r?ka mi ju? omdla?a…

Ma?gosia:
B?d? j? podtrzymywa?a,
Jasiu, jeszcze chwilka ma?a!

Ja?:
Wytrych znowu si? obraca,
Drut ostatni zatrzask maca,
Wnet sko?czona b?dzie praca.

Ma?gosia:
Z czo?a pot ci sp?ywa strug?,
Trzeba wytrwa?!

Ja?:
Ju? nied?ugo.
Co to? Czy si? zamek zatka??
Nie! To ju?! Otwarta klatka!

Ma?gosia:
Znów jeste?my wolni! Brawo!
Uciekajmy teraz ?wawo.

Ja?:
Uciekajmy! Mrok zapada.

Ma?gosia:
Ciszej! Kto? ku nam si? skrada.
To na pewno czarownica…
Skryjmy si?, bo sierp ksi??yca
Na nas rzuca swoje ?wiat?o.

Ja?:
Teraz uciec ju? nie?atwo.

Czarownica:
Co to? Klatka jest otwarta?
Gdzie wi??niowe? Có?, do czarta?!
Pewno w k?t si? gdzie? zaszyli…
Odezwijcie si? w tej chwili!
Pr?dzej! Nie ma ?artów ze mn?,
Wnet was znajd?, cho? jest ciemno,
Zrewiduj? ca?? klatk?!

Ja?:
Patrz, Ma?gosiu… Mamy gratk?!
Podkradnijmy si? czym pr?dzej
I zamknijmy w klatce j?dz?.

Ma?gosia:
Ciszej… Skryjmy si? za drzewa.
Ty id? z prawa, a ja z lewa,
Cichute?ko, bez szelestu,
Gdzie si? podzia? drut mój?

Ma?gosia:
Jest tu!

Ja?:
No, to bierzmy si? do dzie?a,
By nam j?dza nie umkn??a.
Jeden ruch drucianym pr?tem…
Hops! I drzwiczki ju? zamkni?te.

Czarownica:
W klatce nie ma ich. A co to?
O, smarkaczu! O, niecnoto!
Mnie uwi?zi? tak szkaradnie?
Ci??ka na was kara spadnie!
Wilku, hej! Mój wilku bury,
Do mnie! Wysu? swe pazury,
Ostre k?y i z?by uka?,
Wilcz? paszcz? dzieci ukarz!

Wilk:
Jestem, pani czarownico,
Ale tym si? w?a?nie szczyc?
Wszystkie wilki z mego rodu,
?e cho? kiszki burcz? z g?odu,
?aden z nich nie skrzywdzi dzieci -
I tak jest ju? od stuleci.
?egnaj! Niech si? co chce dzieje,
A ja precz odchodz?, w kniej?.

Czarownica:
No to koniec ju? zabawy!
Chod?cie do mnie bez obawy,
Powiem wam, jak stoj? sprawy.
Bardzo lubi? za?artowa? -
I was chcia?am wypróbowa?.
Bajka nasza si? nie liczy:
Tu jest fabryka s?odyczy,
Za drzewami, z tamtej strony,
Wida? szklane pawilony.
A te wszystkie czekoladki,
Marmoladki, raczki, krówki
Spad?y dzisiaj z ci??arówki.
Ja pracuj? w magazynie,
Odpowiadam, gdy co? zgnie.
Towar ten to rzecz nietania,
A wy w?a?nie bez pytania
Pozrywali?cie pierniki.
Chcia?am was ukara?, smyki,
Bo cudzego si? nie zjada!

Ma?gosia:
Wi?c to by?a maskarada?

Ja?:
Wi?c te dziwy si? nie dziej??

Ma?gosia:
Czarownice nie istniej??

Czarownica:
O tym wiecie ju? ze szko?y.
To by? tylko ?art weso?y.
Na nim bajka jest oparta,
Chyba znacie si? na ?artach?

Ja?:
No, a chatka piernikowa?

Czarownica:
To produkcja eksportowa
Dla nabywaców z zagranicy,
Zwie si? Chatk? Czarownicy.
Pakujemy chatki w klatki,
?adujemy je na statki
I tak w?a?nie w ?wiat przez Gdyni?
Towar nasz na zachód p?ynie.

Ma?gosia:
No a wilk, co tu, w?ród sosen,
Mówi? do nas ludzkim g?osem?

Czarownica:
To nie wilk, to pies po prostu,
Lecz wi?kszego nieco wzrostu,
Wilczur - m?dry, tresowany,
Czy nie znacie tej odmiany?

Ja?:
Lecz on gada? najwyra?niej.

Czarownica:
Chyba w waszej wyobra?ni.
Pies nie gada, tylko szczeka,
A on szceka? ju? z daleka.

Ja?:
Wilk si? nam przywidzia?? Szkoda!

Ma?gosia:
Pi?kna by?a to przygoda…

Ja?:
No to bardzo przepraszamy

Ma?gosia:
I wracamy ju? do mamy!

Ja?:
Tato nas na pewno zgani.
Tak nam przykro, prosz? pani!

Czarownica:
Powiem wam na po?egnanie,
?e?cie dzielni nies?ychanie.
Za to ka?de z was dostanie
Po pude?ku czekoladek,
A dla mamy, na wypadek,
Gdyby bardzo si? gniewa?a,
B?dzie ciastek torba ca?a.
Mo?e Ja? by sam je dobra?…

Ma?gosia:
Pani dla nas taka dobra!

Czarownica:
Moja dobro? was zachwyca?
Przecie? jestem czarownica.
Ale o tym - sza - nikomu!
Teraz le?cie ju? do domu.

Ja?:
Do widzenie!

Czarownica:
B?dzcie zdrowi.
T?dy, prostu ku domowi!

Ja? i Ma?gosia:
Tak si? ko?czy nasza bajka.
Trala-lala!
Trala-la!
Stara bajka-samograjka.
Trala-lala!
Trala-la!
Bajka nazywa si?
“Ja? i Ma?gosia.”
Tu ju? urywa si?
“Ja? i Ma?gosia.”
Co z bajk? ?aczy si?,
To dobrze ko?czy si?.
Trala-lala,
Trala-lala,
Trala-lala,
Trala-la!

Ja? i Ma?gosia




czwartek, styczeń 19th 2006


Myszka - gif
posted @ 12:48 pm in [ Gify - Bajki ]

myszka z ksi??kami




środa, styczeń 18th 2006


Kopciuszek - gif
posted @ 11:23 pm in [ Gify - Bajki ]

Kopciuszek




środa, styczeń 18th 2006


Kopciuszek
posted @ 11:21 pm in [ Bajki ]

Kopciuszek

Bardzo dawno, mo?e przed wiekiem,
Przed dwoma wiekami czy trzema,
W pewnym królestwie dalekim,
którego dzisiaj ju? nie ma
I na mapie go znale?? nie mo?na,
Mieszka?a wdowa zamo?na.
A taka by?a bogata,
?e sypia?a na pi?ciu piernatach,
Otula?a si? w ko?dry puchowe
I trzy ja?ki wk?ada?a pod g?ow?.

Mia?a trzy krowy, trzy kozy,
Trzy konie i trzy powozy,
A do tego dwie córki-brzydule,
Które kocha?a czule,
I pasierbic?-sierot?,
Której w domu najgorsz? dawa?a robot?,
Tak?, co to brudzi i smoli.

Dwie córki-brzydule do woli
Wyleguj? si? w ?ó?ku,
A Macocha sierotk? pogania:

Macocha:
Kopciuszku,
Bierz si? do pracy ostro,
?niadanie podaj siostrom
I rób tak, jak ci mówi?:
Zmyj naczynia, wyczy?? obuwie,
Napal w piecach i wymie? sadze,
A ?piesz si?, ja ci radz?!
Nano? mi drew ze dworu,
Garnki w kuchni wyszoruj
I posprz?taj, bo za ciebie nie sprz?tn?,
A córeczki moje s? w?t?e,
Szkoda ich ka?dego paluszka.
Ruszaj si?! To robota w sam raz dla kopciuszka!

St?d posz?o, ?e sierotk? przezwano Kopciuszkiem.
A ona ociera?a tylko ?zy fartuszkiem.
Szorowa?a, harowa?a,
I przy pracy cichutko tak sobie ?piewa?a:

Kopciuszek:
Hej?e, p?ynie woda,
Woda p?ynie, hej?e,
A ja jestem m?oda,
To si? w wodzie przejrz?!

Niech mi powie woda,
Czyja to uroda,
Czy odbija woda mnie,
Czy to jestem ja, czy nie?

Wezm? wody stru?k?
Zmyj? kurz i sadze,
Nie chc? by? Kopciuszkiem,
Wody si? poradz?.

Niech mi powie woda,
Czyja to uroda,
Czy odbija woda mnie,
Czy to jestem ja, czy nie?

A macocha z corkami siedzia?y w salonie,
Kremem naciera?y d?onie,
Szlifowa?y paznokietki ró?owe
I tak? prowadzi?y rozmow?:

Macocha:
Czemu moja córeczka jest w p?sach?
Czemu moja haneczka si? d?sa?

Haneczka:
Bo lusterko si? ze mnie natrz?sa,
Nie pomog? koronki i tiule,
Gdy wyda?a?, matko, na ?wiat brzydul?
Piegowat? i zezowat?,
I nic nie poradzisz na to!

Macocha:
A ty czemu?, córe?ko, taka krzywa?
Na czym ci, Kasie?ko, zbywa?

Kasie?ka:
Mam ja, matko, zgryzot? nieustann?,
?em brzydka i zostan? star? pann?.
Ja bym ch?tnie wszystkie lustra pot?uk?a,
Bo wygl?dam w nich po prostu jak kuk?a:
Nos perkaty, pod nosem puszek…
Nie chc? brzydsza by? ni? Kopciuszek!

Macocha:
To nieprawda, buziaczek masz s?odki…
Dla mnie obie jeste?cie ?licznotki,
Porówna? was mo?na z kwiatuszkiem,
A nie z takim kocmo?uchem - Kopciuszkiem!
Ja po prostu g?ow? trac?,
Wymy?lam dla Kopciuszka coraz nowe prace,
Teraz jeszcze schowam myd?o,
Niech wygl?da jak straszyd?o!
W popió? nasypi? grochu,
Niech go wybiera po trochu.
Gdy usmoli si? ohydnie,
Wtedy ju? na pewno zbrzydnie!

Haneczka:
Gdybym wy?adnia?a,
Wszystko bym odda?a:
Sukienk? z koronek
I z?oty pier?cionek.

Haneczka i Kasie?ka:
Oj, mamo, oj, mamo!

Macocha:
Ci?gle w kó?ko to samo!

Haneczka i Kasie?ka:
Lepiej ju? Kopciuszkiem zosta?,
Byle mie?
G?adk? p?e?
I powabn? posta?.

Kasie?ka:
Nie chc? by? ksi??niczk?,
Chc? mie? ?adne liczko
I stopy, i r?ce,
I nie chc? nic wi?cej.

Haneczka i Kasie?ka:
Oj, mamo, oj, mamo!

Macocha:
Ci?gle w kó?ko to samo!

Haneczka i Kasie?ka:
Lepiej ju? Kopciuszkiem zosta?,
Byle mie?
G?adk? p?e?
I powabn? posta?.

Macocha:
Czy s?yszycie, Kasie?ko, Haneczko,
Tr?by graj? gdzie? niedaleczko!
Mo?e z lasu wracaj? my?liwi?
Hey, Kopciuszku! No, ruszaj si?! ?ywiej!
Otwórz okna! Nie tak! Jeszcze szerzej!
Mo?e jad? na turniej rycerze?
Patrzcie! Wida? ju?… God?a królewskie…
Na ró?owym tle lilie niebieskie.
Tak! To herold! No, do?? smutnych minek!
Do?? narzeka?! Lecimy na rynek!
Przypudrujcie noski, córuchny,
A ty wracaj, Kopciuszku, do kuchni!

Haneczka:
Mamo, mamo, gdzie r?kawiczki?

Kasie?ka:
Mamo, wolnie, bo pogubi? trzewiczki!

Macocha:
Ciszej! Pos?uchajmy, co herold obwieszcza.

Herold:
Do rycerzy, do szlachty, do mieszczan…
Król Jegomo?? kieruje or?dzie:
Niech lub pozdrowiony b?dzie,
I niech ka?dy nadstawi ucha,
I niech ka?dy uwa?nie s?ucha.
Król Jegomo??, wielce wzruszony,
Og?asza na wszystkie strony,
?e, jak ka?e pradawny zwyczaj,
Szuka nadobnej ?ony dla syna-Królewicza,
Gdy? Królewicz jest tak rycerski,
?e porzuci? chce stan kawalerski,
Obwieszczam wi?c wszystkim i wsz?dzie,
?e dnia pierwszego czerwca
W pa?acu bal si? odb?dzie,
I Król z ca?ego serca
Na królewskie komnaty swoje
Zaprasza wszystkie dziewoje.
A któr? Królewicz wybierze,
Któr? pokocha szczerze,
Której da pier?cie? i s?owo,
Ta b?dzie przysz?? Królow?.

Mieszczanin:
Niech ?yje Król mi?o?ciwy,
Dobrotliwy i sprawiedliwy!

Mieszczanka:
Niech ?yje Królewicz m?ody!

Lodziarz:
Lody sprzedaj?, lody!

Sklepikarz:
Hej, do mnie, bia?og?owy!
Mam w sklepie towar nowy,
Wst??ek wybór bogaty,
At?asy i brokaty,
Wszystko paryskiej mody!

Lodziarz:
Lody sprzedaj?, lody!

Mieszczanin:
Spieszcie si?, pi?kne panny,
Agnieszki i Marianny,
Telimeny, Iwonki,
Klementyny, Agaty,
Bierzcie jedwab, koronki,
Sprawiajcie nowe szaty.
?licznotka czy brzydula
Pójdzie na bal do Króla!

Kasie?ka:
Mamo, chc? by? na balu!

Haneczka:
Chc? pój?? w z?ocistym szalu!

Kasie?ka:
Kup dla nas jedwab cienki!

Haneczka:
Spraw nam nowe sukienki!

Macocha:
Ech, wy, córeczki g?upie!
Wszystko w mie?cie wykupi?,
By wam doda? urody.

Lodziarz:
Lody sprzedaj?, lody!

Macocha:
Kopciuszku, do roboty!

Haneczka:
Zawi? mi papiloty!

Macocha:
Kopciuszku, patrz, brudasie,
Jest plama na at?asie!

Kasie?ka:
Przynie? moje po?czoszki!

Haneczka:
Daj mi chusteczk? w groszki!

Kopciuszek:
Ju? nios?, daj?, lec?…

Macocha:
Kopciuszku, zapal ?wiec?!
Oj, ci??ki los mój wdowi,
Có? to za niedo??ga!
Id?, powiedz stangretowi,
Niech ju? konie zaprz?ga.
Pojedziemy karet?.
No. spiesz si?, bo jak nie, to…
A szyby przetrzyj szmatk?!

Kopciuszek:
Ju? lec?, pani matko!

Haneczka:
Mamo, jestem gotowa!

Macocha:
Jak ci? ujrzy Królowa,
Chyba jej serce zmi?knie,
Bo wygl?dasz tak pi?knie!

Kasie?ka:
A ja? Co powiesz, mamo?

Macocha:
Ty wygl?dasz tak samo.
Napatrze? si? nie mog?!
Królewicz si? zakocha…
No, ale czas ju? w drog?!

Kopciuszek:
Pojecha?a Macocha,
Siostry si? wystroi?y…
A ja ju? nie mam si?y,
Musz? wci?? jak kocmo?uch
Wybiera? groch z popio?u.
Smutny jest los Kopciuszka,
Czy? ja nie mam serduszka?
S?ysz? jego pukanie…

S?siadka:
To ja pukam, kochanie,
Jestem wasz? s?siadk?,
Lecz bywam tu bardzo rzadko,
Wi?c nie widzia?a? mnie jeszcze.
S?uchaj, dziecko, pokrótce si? streszcz?:
Jestem stara, lecz by?am m?oda,
I m?odo?ci mi twojej szkoda.
Nie masz matki, masz z?? Macoch?,
O tym wszystkim s?ysza?am troch?.
Chc? spe?ni? marzenia twoje,
Po?ycz? ci moje stroje,
Z?oty pier?cie? i z?oty szal,
Pantofelki ze z?otego at?asu…
Pojedziesz do Króla na bal.
Spiesz si?, dziecko, i nie tra? czasu.
Masz tu jeszcze myde?ko pachn?ce,
Kto si? umyje nim - ja?niejszy jest ni? s?o?ce.
Spiesz si?, dziecko, b?dziesz czysta i g?adka,
Nie zostanie ?ladu z Kopciuszka.

Kopciuszek:
Chyba ?ni?… Pani nie jest s?siadka,
Pani pewno jest dobra wró?ka?

S?siadka:
Wró?ka musi by? m?oda, je?li w ogóle wró?ka bywa.
A ja jestem stara i siwa.
Zmyj szybko popió? i sadze
I rób wszystko tak, jak ci radz?.
Zasznuruj? ci teraz staniczek…
Nie zapomnij te? wzi?? r?kawiczek.

Kopciuszek:
Ach, jak pi?knie, jak pi?knie, mój Bo?e!

S?siadka:
Jeszcze pier?cie? na palec ci w?o??,
W?osy upn?… poprawi? sukienk?…

Kopciuszek:
To sen chyba…

S?siadka:
A szal we? na r?k?.
Chod?… Pojedziesz moj? karoc?,
Lecz pami?taj: wró? przed pó?noc?,
Ten warunek musisz spe?ni? dok?adnie,
Bo inaczej wszystko przepadnie,
Wszystko pry?nie, a zostanie niewiele:
Brudne ?achy i groch w popiele,
Wi?c powtarzam…

Kopciuszek:
Ach, nie ma po co!
Wiem, ?e wróci? mam przed pó?noc?.
Dzi?ki… dzi?ki… Jestem taka szcz??liwa…

S?siadka:
A pami?taj, ?e wró?ek nie bywa.
Id? ju?, dziecko, karoca czeka.
Ja popatrz? tylko z daleka.

Ochmistrz:
Jego Królewska Mo??
Nadchodzi wraz z Królewiczem,
Ka?dy przyby?y go??
Ma przej?? przed ich obliczem.
Ka?da z m?odych dziewoi
Ma sk?oni? si?, jak przystoi.
Do której Któlewicz wyci?gnie d?o?,
Niech ta dziewoja si? zbli?y do?
I niechaj w krótkim s?owie
O sobie mu opowie.
Prosz? wi?c wszystkie damy
I?? za mn?… Zaczynamy…

Haneczka:
Spójrz mamo… Wchodzi po schodach
Jaka? Ksi??niczka m?oda…

G?os m?ski:
Kto to? Co za uroda!
Jakie ma r?ce, szyj?…

G?os kobiecy:
Blask jaki od niej bije!

G?os m?ski:
Ksi??niczka czy królewna?

G?os kobiecy:
Królewna! Jestem pewna!

Kasie?ka:
Mamo…

Macocha:
No co, Kasie?ko?

Kasie?ka:
Jak ona st?pa mi?kko.
Jak lekko… Daj? s?owo…

G?os m?ski:
Ciszej,
Bo nic nie s?ysz?!

G?os kobiecy:
Królewicz skin?l g?ow?…

G?os m?ski:
Królewicz si? u?miechn??…

G?os kobiecy:
Królewicz patrzy wko?o…

G?os m?ski:
Królewicz zmarszczy? czo?o…

G?os kobiecy:
Ciszej,
Bo nic nie s?ysz?!

G?os m?ski:
Ochmistrz damy przedstawia,
Imi? ka?dej wymawia…

Ochmistrz:
Panna Adela ze Srebrnego Strumyka,
Szlachcianka Fryderyka,
Panna Anna, córka Z?otnika,
Panna Jola spod M?dralina,
Córka wdowy, panna Katarzyna,
Hrabianka Klementyna,
Panna Alina, córka Dworzanina,
Kasztelanka Helena,
Ksi??niczka Telimena,
Dwie panny Doroty:
Jedna - córka Starosty, druga - Dowódcy Floty.
A to… panna nieznana w mie?cie,
Która w skromno?ci niewie?ciej
Nie zdradza i nie wymienia
Imienia ni pochodzenia.

G?os I:
Jaka pi?kna!

G?os II:
Przyjrzyjcie si? jej w?osom i oczom!

G?os III:
Panowie, tak nie mo?na!

G?os IV:
Niech panie si? nie t?ocz?!

Przed tronem zrobi? si? zator,
Wi?c g?os teraz ponownie zabierze Narrator.
Powiem wam, moi drodzy, do uszka,
?e w pannie bezimiennej pozna?em Kopciuszka.
A królewicz si? nagle zap?oni?,
Z tronu powsta? i dwornie si? sk?oni?,
I wyci?gn?? do niej r?ce swe obie
Prosz?c, by mu co? wi?cej powiedzia?a o sobie.
Dziewczyna dumnie wznios?a czo?o blade
I zamiast mówi?, tak? za?piewa?a ballad?:

Ballada Kopciuszka:
Jecha? Królewicz królewsk? drog?,
Spotka? na drodze pann? ubog?,
By? miesi?c maj,
Szumia? gaj…

Mia?a we w?osach kwiatek niebieski,
Czy mnie poznajesz? Jam syn królewski.
By? miesi?c maj,
Szumia? gaj…

A jam sierota z biednego domu,
Taka si? przecie? nie zda nikomu.
By? miesi?c maj,
Szumia? gaj…

Rzecze Królewicz: Pi?kne masz liczko,
Ale nie przysz?a? na ?wiat ksi??niczk?.
By? miesi?c maj,
Szumia? gaj…

Wi?c ci? za ?on? poj?? nie mog? -
I ka?de w inn? ruszy?o drog?.
By? miesi?c maj,
Szumia? gaj…

Królewicz:
To nieprawda! Ballada k?amie!
Pozwól, ?e podam ci rami?.
Cho?by? by?a sierot? biedn?,
Z tob? ta?czy? chc?, z tob? jedn?!

G?os m?ski:
Królewicz ta?czy… To wprost nie do wiary…
Nie ma chyba wdzi?czniejszej pary!

G?os kobiecy:
Wszyscy ta?czy? przestali,
Oni dwoje zostali na sali.

Królewicz:
Jeste? pi?kna, i lekka, i zwiewna
Jak z bajki wy?niona Królewna…

Kopciuszek:
Królewiczu, to tylko z?udzenie…

Królewicz:
Nie z?udzenie, lecz ol?nienie!
Ju? uczu? mych nie odmieni?,
Za twe serce dziewcz?ce
Wszystko dam i po?wi?c?,
Ciebie mie? pragn? za ?on?,
Na twe skronie w?o?? koron?.

Kopciuszek:
Królewiczu, to szcz??cie i zaszczyt,
Ka?da panna si? na to po?aszczy.
Ale ja musz? wraca? do miasta,
Bo ju? pó?noc bije… Dwunasta!
Nie mam chwili do stracenia.
Królewiczu, do widzenia,
Wypu?? m? d?o? ze swej d?oni…

Królewicz:
Nie uciekaj! Zaczekaj! Dworzanie!
Zatrzymajcie j?! A kto j? dogoni,
Z?oty pier?cie? ode mnie dostanie!

G?os I:
Pr?dzej… Pr?dzej…!

G?os II:
Rozsu?cie si?, panie!

G?os III:
Le?my t?dy…

G?os IV:
Ju? zbiega po chodach…

G?os V:
Znik?a…

G?os VI:
Nie ma jej…

G?os VII:
A to szkoda…

Ochmistrz:
Pantofelek zgubi?a na schodach!

G?os I:
Pantofelek…

G?os II:
Zgubi?a…

G?os III:
Zgubi?a…

Ochmistrz:
To sprawa nader zawi?a,
Bo Królewicz w rozpaczy si? miota.

G?os I:
Pantofelek…

G?os II:
Pantofelek ze z?ota…

G?os:
Pos?uchajmy, co herold obwieszcza!

Herold:
Do rycerzy, do szlachty, do mieszczan
Król Jegomo?? kieruje or?dzie:
Stra? Królewska poszukiwa? ma wsz?dzie,
A gdy znajdzie si? w?a?ciciekla
Z?otego pantofelka,
W otoczeniu dam i rycerzy
Do pa?acu j? sprowadzi? nale?y.

Gdy ta wie?? si? rozesz?a po mie?cie,
Panien chyba ze dwie?cie
Czeka?o, prosz? mi wierzy?,
By z?oty pantofelek przymierzy?.
A królewscy stra?nicy
Chodzili od ulicy do ulicy,
Chodzili od domu do domu
I nic nie wówi?c nikomy
Szukali, gdzie ta nó?ka niewielka,
Która do z?otego pasuje pantofelka.
Przyszli wreszcie do mieszkania Macochy.
A córeczki w jedwabne po?czochy
Stopy swoje przystroi?y
I w z?ory pantofelek pchaj? z ca?ej si?y.
Lecz na nic to si? nie zda?o,
Bo wybranka Królewicza mia?a stopk? bardzo ma??.

Stra?nicy ruszaj? dalej,
Przy kuchni si? zatrzymali,
A Macocha si? z?o?ci,
A? jej oczy migoc?,
Nie chce przepu?ci? go?ci.

Macocha:
Wchodzi? tam nie ma po co.
Jest tam domowa s?u?ka,
Nosi miano Kopciuszka.

Stra?nik:
Czy to s?u?ka, czy szlachcianka bez skazy,
My spe?niamy królewskie rozkazy.
Musimy wej?? i do s?u?ki,
Pantofelek przymierzy? do nó?ki.
Poka?, mi?a panienko,
Czy masz stopk? male?k?.

Kopciuszek:
Jam, panowie, sierota,
Gdzie do mnie pantofelek ze z?ota?

Stra?nik:
Nie mo?emy ci, panienko, wierzy?,
Musimy pantofelek przymierzy?…
A to ci niespodzianka!
Wi?c to ty jeste? królewska wybranka!
Pantofelek le?y, jak ula?!
Pójdziesz z nami, panienko, do Króla!

Haneczka:
Mamo, ja si? czyba zabij?!

Kasie?ka:
Mamo, ja tego nie prze?yl?!

Macocha:
?wiat si? ko?czy, daj? s?owo,
Nasz Kopciuszek zostanie Królow?!

Ochmistrz:
Jego Królewska Mo??
Wszem i wobec obwieszcza,
Tym z bliska i tym z daleka…

Królewicz:
Niech Pan Ochmistrz si? streszcza,
Bo ?lubny orszak ju? czeka.

Ochmistrz:
Dobrze, powiem wi?c krótko:
Nadszed? kres wszystkim smutkom,
Jeste?my uszcz??liwieni,
?e nasz Królewicz si? ?eni!
Król nasz wyprawia wesele huczne,
A was wszystkich zaprasza na uczt?!

G?os I:
M?oda para niech ?yje!

G?os II:
Niech ?yje!

Haneczka:
Mamo, ja si? chyba zabij?…

Macocha:
?wiat si? ko?czy, daj? s?owo…
Nasz Kopciuszek zostanie Królow?!

Kopciuszek:
Pob?ogos?aw mnie, pani matko,
Bo za chwil? ju? b?d? m??atk?.
Nie gniewajcie si? na mnie, siostrzyczki,
Podaruj? wam z?ote trzewiczki
I z obu was uczyni?
Królewskie ochmistrzynie.

Królewicz:
Spiesz si?, spiesz, mój kwiatuszku,
Nie ma czasu, niestety,
Trzeba zamkn?? drzwi od karety
I w ten sposób zako?czy? bajk? o Kopciuszku.




środa, styczeń 18th 2006


Bajka- Boles?aw Prus
posted @ 9:20 pm in [ Bajki ]

Pawe? i Gawe? miski

Mi?dzy Paw?em i Gaw?em przez szereg lat toczy? si? proces o maj?tek. Pawe? by? to pi?kny i okaza?y szlachcic; Gawe? - niezgrabny, lecz silny dorobkiewicz. Pawe? mia? jedn? skrzyni? pieni?dzy, a drug? odwiecznych dokumentów; Gawe? mia? dwie skrzynie pieni?dzy i ma?? kopert? z wekslami Paw?a. Nareszcie Pawe? wierzy? w ?wi?to?? starych przywilejów i robi?, co móg?, a?eby upokorzy? Gaw?a; Gawe? za? wierzy?, ?e mie? b?dzie tylko to, co sobie sam zrobi; robi? za? wszystko, co potrzeba, a?eby zbogaci? si? i - wygra? proces. Poza ta?cami, ucztami i polowaniami, najmilszem zaj?ciem Paw?a by?o obmy?la? sposoby wywy?szenia si? nad Gaw?em. Gdy Gawe? wybudowa? sobie dom, Pawe? wznosi? pa?ac. Gawe? ubra? swoj? s?u?b? w jednakowe sukmany; Pawe? natychmiast sprawi? swojej czerwon? liberj? ze z?oconemi guzikami. Gawe? kupi? czwórk? kasztanów; Pawe? dopóty nie zazna? spokojno?ci, dopóki w stajni nie posiada? o?miu kasztanów w bia?e ?aty. W taki sposób, na ka?dym kroku upokarzaj?c Gaw?a, Pawe? wyda? pieni?dze, które mia? w skrzyni, i jeszcze wystawi? sporo weksli, które Gawe? wykupi? po cichu.

Gdy wie?? o gospodarce Paw?a rozesz?a si? ju? i w dalszych okolicach, przyjecha? do niego stary przyjaciel rodziny i rzek?:

- Mój Pawe?ku, s?ysz?, ?e straci?e? ca?? gotówk? po ojcu i jeszcze wlaz?e? w d?ugi. Daj wi?c pokój twoim wy?cigom z Gaw?em, bo ka?dy wy?cig ma t? niedobr? stron?, ?e mo?na na nim kark skr?ci?.

Pawe? zamy?li? si? i odpar?:

- Aha! Rozumiem i ju? teraz wiem, co zrobi?!…

Lecz gdy dowiedzia? si?, ?e Gaw?owi przyby?a trzecia skrzynia z pieni?dzmi i druga koperta z jego wekslami, gniew Paw?a przerodzi? si? w niepokój, a duma w nienawi??. I postanowi? nie ?ciga? si? z Gaw?em, ale wprost nawet nie robi? tego, co robi Gawe?.

- Niech ludzie nie my?l? - mówi? do siebie - ?e mi?dzy mn?, a tym ga?ganem jest co? wspólnego!…

Gdy wi?c Gawe? zacz?? ulepsza? swoj? ziemi? sztucznemi nawozami, Pawe? zapowiedzia? rz?dcom, aby nie wa?yli si? sprowadza? do jego maj?tków nawet ?uta sztucznego nawozu. Gdy Gawe? postawi? nowe obory dla byd?a i nowe domy dla czeladzi, Pawe? kaza? trzyma? byd?o w wal?cych si? oborach, a parobkom mieszka? w izbach, które nie mia?y drzwi i okien. Gdy Gawe? pocz?? u siebie zaprowadza? p?odozmian, Pawe? nabra? nagle ochoty do trzypolówki i twierdzi?, ?e ten jest najlepszy system rolnictwa w warunkach obecnych.

Dzi?ki takim praktykom, d?ugi Paw?a wzros?y, a Gawe? posiada? ju? trzeci? kopert? weksli swojego przeciwnika. Wówczas do Paw?a znowu przyjecha? w odwiedziny stary przyjaciel i rzek?:

- Do tej pory, mój Pawle, przypuszcza?em, ?e nie masz do?wiadczenia, ale dzi? widz?, ?e ty nie masz rozs?dku…

- A to znowu co?… - oburzy? si? Pawe?.

- Tylko zastanów si? - mówi? stary przyjaciel. - Przez szereg lat chcia?e? Gaw?a upokorzy? wydatkami na rzeczy zbytkowne i nadszarpn??e? maj?tek. Dzi? znowu, przez ?lep? nienawi??, rzuci?e? si? w drug? ostateczno?? i nie chcesz robi? nic z tego, co on robi, cho?by to by?o najlepsze; no - i rujnujesz swój maj?tek do reszty…

- A jak?eby pan poczyna? sobie z tym ga?ganem, b?d?c na mojem miejscu?… - zapyta? nieco skruszony Pawe?.

- Przede wszystkiem, nie zajmowa?bym si? Gaw?em - odpar? przyjaciel - i robi?bym nie jemu na z?o??, ale sobie na po?ytek. Owszem, na?ladowa?bym go w rzeczach dla mnie korzystnych, i nawet nie waha?bym si? przyznawa? mu pierwsze?stwa, o ile naprawd? zrobi?by co? lepiej ode mnie…

Pawe? zamy?li? si? i odpar?:

- Aha!… Teraz ju? wiem, co zrobi?!

Ale nie zrobi? nic, poniewa? Gawe?, zebrawszy dostateczn? ilo?? jego weksli, uzyska? wyrok s?dowy i przy pomocy komorników wyrzuci? Paw?a z maj?tku.

Niedaleko zajdzie kulawy rozs?dek, chocia?by pycha z nienawi?ci? prowadzi?y go pod r?ce.





środa, styczeń 18th 2006


Psi pazur - Jan Brzechwa
posted @ 4:58 pm in [ Bajki ]

Psi pazur


?y? sobie raz pewien Mazur.
Mia? Mazur oczy jak lazur,
A zwa? si? Mazur Psipazur.

Psipazur mierzy? trzy cale,
Ale w nadmiernym zapale
Wci?? wykrzykiwa? zuchwale:

“Hej, niedo??gi i tchórze,
Który chce dosta? po skórze,
Niech zjawi si? tu, a nu?e!”

Wygra?a? tak raz i drugi,
A mia? na swoje us?ugi
Zapa?k? zamiast maczugi.

Dziewcz?ta si? ogl?da?y,
Ch?op ka?dy wytrzeszcza? ga?y,
?e Mazur, a taki ma?y.

Dzieci wo?a?y: “S?siedzie,
Uwa?aj, bo b?dziesz w biedzie,
Jeszcze ci? kundel przejedzie!”

Psipazur grozi? zapa?k?:
“Oj, dam ja po skórze ?mia?kom!
Ut?uk? wszystkich na mia?ko!”

Roze?mia? si? gruby piekarz:
“Chcesz bi? si?, to czemu zwlekasz?
Ju? d?u?ej czeka? mi nie ka?!”

Pispazur rzek?: “Daj? skok, o!”
I podskoczywszy wysoko,
Zapa?k? dziabn?? go w oko.

Ukry? si? potem na so?nie,
A piekarz j?kn?? ?a?o?nie
I uciek? tam, gdzie pieprz ro?nie.

Mazur za? dalej szed? drog?,
Spotka? ?o?nierza. Ten srogo
Zawo?a?: “Straszy? chcesz? Kogo?”

Psipazur uda?, ?e s?ucha,
Podskoczy?, i krzycz?c “u-ha”
Wbi? mu zapa?k? do ucha.

Zwia? ?o?nierz w krzaki pobliskie
Wo?aj?c z p?aczliwym piskiem:
“Ugodzi? mnie swym pociskiem!”

Tu wpad? na Mazura m?ynarz:
“Ju? troch? si? zapominasz,
?le sobie, bratku, poczynasz!

Lecz teraz ci si? dostanie!
Za twoje z?e zachowanie
Pot??ne spuszcz? ci lanie!”

Psipazur spojrza? z ukosa,
Podskoczy? i z?y jak osa
Wbi? mu zapa?k? do nosa.

M?ynarz zatoczy? si?, kichn??,
A? sobie szcz?k? wywichn??
I z j?kiem do m?yna czmychn??.

Psipazur za? po tej scenie
Wpakowa? r?ce w kieszenie
I odszed? dumny szalenie.

Na Rynku wszed? do gospody,
Gdzie siedzia? Wyrwid?b m?ody
I jad? ?mietankowe lody.

Psipazur rzek?: “Tu u?yj?!
Mam w gar?ci kij, co sam bije,
Podstawiaj do bicia szyj?!”

Wyrwid?b za?mia? si? z cicha:
“A có? to za stwór, u licha,
Który do ucha mi prycha?!”

Wsta? z ?awy, niedba?ym ruchem
Dwa palce uniós? nad zuchem
I schowa? go za pazuch?.

“Ja ci si? zaraz przys?u??!
W kurniku ci?, Psipazurze,
Dam na kolacj? pstrej kurze!”

Pobieg? poprzez ?cierniska,
Bo droga by?a niebliska,
A je?ca r?k? przyciska?.

Gdy bieg? przez most na Zarzecze,
Zawo?a? nagle: “Cz?owiecze!
Ratunku! Pali mnie! Piecze!

Co robisz, ty pch?o, ty mucho?!
Daj spokój, bo b?dzie krucho!
Wszak ogie? mam za pazuch?!

Ach, nie wierz moim przechwa?kom,
Ju? puszcz? ci?, bo zapa?k?
Na w?giel spalisz mi cia?ko!”

To mówi?c Wyrwid?b m?ody
Rzuci? si? z mostu do wody,
By w rzece szuka? och?ody.

A Mazur na brzeg wyskoczy?,
Ledwie podeszwy zamoczy?,
I mru??c z?o?liwie oczy

Zawo?a?: “Zdechlaki! Tchórze!
Który chce dosta? po skórze,
Niech zjawi si? tu! A nu?e!”




środa, styczeń 18th 2006


Depesza- Jan Brzechwa
posted @ 4:55 pm in [ Bajki ]

Depesza

kubu? puchatek


Miasto Klouszki
Ulica Ko?ciuszki
Numer dwadzie?cia,
U swego te?cia
Mieszka
Leszek Kulesza.
Do Leszka
Przysz?a depesza:

OB
KULESZA KO?CIUSZKI KOLUSZKI
STOP
PRZYJE?D?AJ DO KIELC NA RACUSZKI
BOB

Listonosz depesz? bierze
I spieszy
I spieszy
I spieszy

Na rowerze
Na rowerze
Na rowerze

Z t? depesz? do Leszka Kuleszy.

“Czy tu mieszka pan Leszek Kulesza?
Jest do pana Kuleszy, depesza.”

“Nie ma go, prosz? pana.
W?a?nie we wtorek z rana
Wyjecha? do Warszawy
Za?atwi? wa?ne sprawy.
Zamieszka? pod pi?tym na Bema,
A tu go, niestety, nie ma.”

Listonosz z rozp?du na rower - hops!
Przyje?d?a do urz?du zziajany jak mops,
Biegnie do naczelnika
I ze s?ów jego w?a?nie wynika,
?e nie dor?czy? depeszy,
Gdy? nie ma w Koluszkach Kuleszy.

Naczelnik telegrafu, cz?ek obowi?zkowy,
Rzek?, nie wdaj?c si? w zb?dne rozmowy:
“Co? Kulesza wyjecha?? Znajdziemy Kulesz?!
Do Warszawy w ?lad za nim wy?lemy depesz?.”

Dwaj telegrafi?ci przy dwóch aparatach
T? sam? depesz? ?l? do adresata:
Wystukuj? kolejne litery
Stuk-stuk-stuk
Jedna, dwie, trzy, cztery…
Litery

Biegn? po drucie
Stuk-stuk-stuk
W Warszawie w tej samej minucie
Telegrafista odbiera:
Ka - litera, U - litera, eL - litera
Kul… Kule… Kulesza…
Uk?ada si? z liter depesza:

KULESZA BEMA WARSZAWA
JEST WA?NA NIEZMIERNIE SPRAWA
STOP
PRZEKAZUJ? DEPESZ? KOLUSZKI
STOP
PRZYJE?D?AJ DO KIELC NA RACUSZKI
BOB

Listonosz depesz? bierze
I spieszy
I spieszy
I spieszy

Na rowerze
Na rowerze
Na rowerze

Z t? depesz? do Leszka Kuleszy.

“Czy tu mieszka pan Leszek Kulesza?
Jest do pana Kuleszy, depesza.”

“Owszem, mieszka? na Bema,
Lecz go od wczoraj ju? nie ma.
Wyjecha? do Krakowa,
Adres: ulica Basztowa,
Numer domu pi?tna?cie,
Tam mu depesz? przeka?cie.”

Listonosz wraca, rzecz oczywista,
Znów wystukuje telegrafista
Szereg tych samych liter i znaków:

KULESZA BASZTOWA KRAKÓW…

Znów listonosz depeszy dor?czy? nie mo?e,
Bo Kulesza wyjecha? nad morze.
I znów aparat stuka,
I znów listonosz szuka:

KULESZA S?ONECZNA SOPOT…

I znowu z Kulesz? k?opot,
Bo wyjecha? do ?om?y, do stryja.
Znów telegraf litery wybija,
Za Kulesz? depesza pod??a:

KULESZA TRAUGUTTA ?OM?A…

Ale w ?om?y ta sama nowina -
Wyjecha? do Szczecina!
Depesza w ?lad za nim leci:

KULESZA PORTOWA SZCZECIN…

A w Szczecinie ta sama nowina -
Wyjecha? do Lublina.
Z Lublina do Olsztyna,
Z Olsztyna do Raszyna,
Z Raszyna do Cieszyna…

Tak? mia? z nim telegraf robot?!
Wreszcie wróci? do domu w sobot?.
Ledwo wróci?, przychodzi depesza:

OB
KULESZA KO?CIUSZKI KOLUSZKI
WARSZAWA KRAKÓW SOPOT
?OM?A SZCZECIN LUBLIN
OLSZTYN RASZYN CIESZYN KOLUSZKI
STOP
PRZYJE?D?AJ DO KIELC NA RACUSZKI
BOB

Ledwo przysz?a depesza,
Skoczy? Leszek Kulesza
I po chwili ju? by? w autobusie,
Bo bardzo spieszy?o mu si?.

Przyjecha? do Kielc w sam? por?
Wieczorem,
Kiedy na stó? wnoszono racuszki.
A racuszki - wprost liza? paluszki,
Takich nigdzie i nikt wam nie poda!

Nie proszono was?
A szkoda!