środa, styczeń 18th 2006


Ba?? o korsarzu Palemonie - Jan Brzechwa
posted @ 4:28 pm in [ Dla dzieci - Baśnie ]

Ba?? o korsarzu Palemonie


I


Kiedy król Fafu?a Czwarty
Zachorowa? nie na ?arty,
Do doktora rzek?: Doktorze,
Nic mi wida? nie pomo?e,
Przeznaczenie jest nieczu?e,
Przysz?a kreska na Fafu??.
Musz? umrze? - wola bo?a.
Niechaj zbli?? si? do ?o?a
Królewicze i królewny,
Do nich mam interes pewny.

Przed królewskie wi?c oblicze
Przyszli czterej królewicze
I królewny przysz?y cztery,
T?umi?c w sercach smutek szczery.
Król powiedzia?: Ju? dogasam
Z dzie?mi zosta? chc? sam na sam.
Prosz? wszystkich wyj?? z pokoju
I zostawi? nas w spokoju.

Gdy nie by?o ju? nikogo,
Król przemówi? z min? srog?:
Drogie dzieci, trudna rada,
?y? bez ko?ca nie wypada,
Trzeba umrze? na ostatku.
Dostaniecie po mnie w spadku
Z?otych monet dziesi?? garnków,
Dwie?cie wiosek i folwarków,
Wszystkie stada, psiarnie, stajnie,
Pola ?yzne nadzwyczajnie,
Lasów obszar niezmierzony,
Wszystko, wszystko - prócz korony.
Bo korona przeznaczona
Jest dla tego, kto pokona
Kapitana Palemona.
Ma on okr?t nad okr?ty,
Nie zwyczajny - lecz zakl?ty.
Od stu lat ?eglarzy p?oszy,
Wszystko niszczy i pustoszy,
Kto go ujrzy cho? z daleka,
Tego ?mier? niechybna czeka,
Kto si? za nim w pogo? pu?ci,
Znajdzie ?mier? na dnie czelu?ci,
Kto go schwyta i pokona,
Temu tron mój i korona!

Ledwie rzek? to król Fafu?a,
Z?a gor?czka go zatru?a,
Strasznych drgawek dosta? potem
I zmar? z pi?tku na sobot?.
No, a ju? w niedziel? rano
Króla godnie pochowano.
Dzieci ojca op?aka?y,
P?aka? z nimi naród ca?y,
A gdy min?? rok z kawa?kiem,
Zapomniano o nim ca?kiem.

II

P?ynie okr?t przez odm?ty,
Nie zwyczajny - lecz zakl?ty:
Pok?ad pusty, burta pusta,
Poprzez burt? fala chlusta,
Wicher p?dzi go i nagli,
Chocia? nie ma na nim ?agli.

Lecz co dzie? ko?o po?udnia
Pok?ad nagle si? zaludnia:
D?wi?cz? g?osy, dudni? buty,
Ukazuje si? z kajuty
Twarz przepita i czerwona
Kapitana Palemona…
Jego broda rozwichrzona,
Oczy ostre jak sztylety,
Dwa za pasem pistolety,
Jednym s?owem - posta? dzika
Kapitana - rozbójnika.
Ukazuje si? za?oga
Rozbójnicza i z?owroga:
A wi?c sternik-kuternoga,
Pi??dziesi?ciu marynarzy,
Starszych zbójów i korsarzy,
A na ko?cu kucharz-Chi?czyk
I kud?aty pies peki?czyk.

Gdy zaczyna szale? burza,
Okr?t w nurtach si? zanurza
I na morskim dnie osiada,
Gdzie niejedna ?pi armada.
To kraina niezmierzona
Kapitana Palemona.
Tam z kryszta?u s? pa?ace,
Tam korsarze ko?cz?c prac?
Odbywaj? uczty swoje,
Tam planuj? swe rozboje,
Tam chowaj? swe zdobycze,
Tam ma??onki rozbójnicze
?pi? na skórach rozci?gni?tych,
Po?ród z?otych ryb zakl?tych.
O?miornice stra? tam pe?ni?,
Ksi??yc z?ot? swoj? pe?ni?
Koralowy gaj oblewa,
W którym chór rusa?ek ?piewa.

P?ynie okr?t przez odm?ty,
Nie zwyczajny - lecz zakl?ty,
Z dna wyp?ywa na powierzchni?,
A gdy tylko dzie? si? zmierzchnie,
Okr?t wznosi si? do góry
Nad ob?oki i nad chmury
I zawisa niespodzianie
W lazurowym oceanie.
To kraina niezmierzona
Kapitana Palemona.
Tam gdzie mleczna biegnie droga,
Schodzi sternik-kuternoga,
I kapitan, i za?oga.
Z grubej blachy ksi??ycowej
Wykuwaj? pancerz nowy
I gwiazdami z firmamentu
Przybijaj? do okr?tu.

Tam na szczycie srebrnej góry
Mieszka ptak ognistopióry,
?eby w jego piór po?odze
Ciep?o by?o spa? za?odze.
B?yskawice stra? tam pe?ni?,
Ksi??yc srebrn? swoj? pe?ni?
Szmaragdowy mrok oblewa,
W którym ptak ognisty ?piewa.

III

Ju? w tronowej wielkiej sali
Królewicze si? zebrali,
Siad?y obok nich królewny
T?umi?c w sercach smutek rzewny.
W oddaleniu, jak wypada,
Stan?? rz?d i dumna rada,
Stary kanclerz z twarz? czerstw?,
Poczet ksi???t i rycerstwo.
Z królewiczów wsta? najstarszy,
Pi?kne czo?o gro?nie zmarszczy,
S?ucha rz?d i dumna rada,
A królewicz tak powiada:
My, waleczni królewicze,
Przez odm?ty tajemnicze
Wyruszamy jutro w drog?.
Mamy okr?t i za?og?,
Rusznikarzy mamy dzielnych,
Dziesi?? armat szybkostrzelnych,
Nurków zast?p wy?wiczony,
Bro?, latawce i balony,
I latarni? czarnoksi?sk?,
Która chroni? ma przed kl?sk?.
Siostry z nami si? zabior?,
A wi?c jedzie nas o?mioro.
Ca?y ?wiat przew?drujemy,
A? w kajdanach przywieziemy
Kapitana Palemona.
Sprawa jest postanowiona.
Niech tymczasem dumna rada
M?drze pa?stwem naszym w?ada,
Rz?d niech piecz? ma nad ludem,
Niechaj kanclerz zbo?nym trudem
Dla zwyci?zcy tron zachowa,
Król to b?dzie czy królowa!

Ca?? noc i dzie? bez ma??
Po?egnalna uczta trwa?a.
Rzek? la? si? miód stuletni
I bawiono si? naj?wietniej.

A w przystani na kotwicy,
Walcz?c z wichrem nawa?nicy,
Sta?, jak delfin rozpostarty,
Okr?t Król Fafu?a Czwarty.
Królewicze i królewny
Po?egnali wszystkich krewnych,
Rz?d i rad? po?egnali
I na okr?t si? udali.
?wiszcz? liny okr?towe
Do podró?y ju? gotowe,
Furcz? ?agle, skrzypi? reje,
Wyj?c - wiatr pomy?lny wieje.
P?ynie okr?t przez odm?ty
W ?wiat nieznany, niepoj?ty.
Fale pieni? si? i rycz?,
Bij? serca królewiczom,
A królewnom w tajemnicy
?ni? si? morscy rozbójnicy.

IV

Mija tydzie?, drugi, trzeci,
Okr?t lotem wichru leci,
Niecierpliwi si? za?oga,
?e nie wida? nigdzie wroga.
Królewicze z bezczynno?ci
Na pok?adzie graj? w ko?ci,
A królewny w swych kajutach
Robi? ciep?y szal na drutach.
Naraz jedna z nich powiada:
Ja bym by?a bardzo rada,
Gdyby posta? wymarzona
Kapitana Palemona
Ukaza?a si? w kajucie.
A ja dziwne mam przeczucie -
Rzecze druga - ?e z nas jedna
Z tym korsarzem si? pojedna
I zostanie pokochana
Przez strasznego kapitana.
Rzecze trzecia: Jako ?ona
Kapitana Palemona
Jedna z nas królow? b?dzie.
Czwarta na to: Niech przyb?dzie,
Niech podejmie walk? z bra?mi
I odwag? wszystkich za?mi.

Ledwie rzek?y to królewny,
Run?? z nieba wicher gniewny.
Porwa? liny, starga? ?agle,
Ciemna noc zapad?a nagle,
Skot?owa?y si? ba?wany
I w ten odm?t skot?owany
Uderzy?a nawa?nica.
Mrok rozdar?a b?yskawica
I jej ?wiat?o zielonkawe
Ukaza?o dziwn? naw?,
Która w mrokach, na ob?okach
W dó? spuszcza?a si? z wysoka.

Królewicze patrz? z trwog?
I zrozumie? nic nie mog?:
P?ynie okr?t przez odm?ty,
Nie zwyczajny - lecz zakl?ty,
Wicher p?dzi go i nagli,
Chocia? nie ma na nim ?agli,
I z daleka ju? dolata
Jego srebrnych blach po?wiata.
Rozhuka?y si? armaty,
Bij? w ?rodek tej po?wiaty,
Przez latarni? czarnoksi?sk?
Jasno?? s?czy si? zwyci?sko,
Rozpryskuj? si? pociski
Po spienionej fali ?liskiej.
Odrzucono pistolety.
Królewicze przez lunety
Patrz? w ciemn? dal i sami
Ju? kieruj? armatami,

P?ynie okr?t przez odm?ty,
Nie zwyczajny - lecz zakl?ty,
Niby stwór niesamowity
W zielonkaw? mg?? spowity.
Pok?ad pusty, burta pusta,
Poprzez burt? fala chlusta,
A on p?ynie jak na skrzyd?ach
Prosto z bajki o straszyd?ach
W ciemno??, w burz? i w zawiej?
I w ciemno?ci olbrzymieje.
Kto go ujrzy cho? z daleka,
Tego ?mier? niechybna czeka.

Królewicze wi?c od razu
Dali rozkaz. W my?l rozkazu,
By móc patrze? w tamt? stron?,
Ka?dy w?o?y? szk?a za?mione,
Szk?a przedziwnie szlifowane,
Czarem snu zaczarowane.
W królewiczach zapa? p?onie:
Kapitanie Palemonie,
Nie b?d? tchórzem, wyjd? z ukrycia,
Walcz, nie ?a?uj swego ?ycia!

Ale okr?t pustk? zieje.
Przez odm?ty, przez zawieje
Lekko mknie po fali ?liskiej,
Nie trafiaj? we? pociski,
Maszt nietkni?ty w górze sterczy,
I jedynie ?miech szyderczy,
Straszliwego kapitana
D?wi?czy w wichrach i ba?wanach.

V

Z królewiczów jeden rzecze:
Na nic kule, na nic miecze.
Kapitana Palemona
Or?? zwyk?y nie pokona.
A to dla nas kwestia tronu!
Wsi?d?my razem do balonu,
Wieje w?a?nie wiatr pó?nocny,
Wiatr ten b?dzie nam pomocny.
Napadniemy okr?t wra?y,
Uderzymy na korsarzy
Granatami, latawcami,
Nie poradz? sobie z nami!

Projekt zosta? wnet przyj?ty:
Balon wzniós? si? nad odm?ty,
Wicher pogna? go przed siebie
I pogr??y? w mrocznym niebie.
Lec? dzielni królewicze
W dale mgliste i zwodnicze.
Zimny wiatr nape?nia p?uca,
Balon szarpie i podrzuca,
I nad wrogi niesie statek.
Dobywaj?c si? ostatek,
Królewicze w jednej chwili
Na piratów uderzyli.
Przebiegaj? pok?ad ?wawo,
Patrz? w lewo, patrz? w prawo:
Pok?ad pusty, burta pusta,
Poprzez burt? fala chlusta.
Z kim tu walczy?? Gdzie za?oga?
Na okr?cie nie ma wroga!
I okr?tu nie ma wcale,
Jeno p?ynie poprzez fale
Ksi??ycowa mg?a zielona,
Której or?? nie pokona.

Królewicze byli w?ciekli,
?e w t? mg?? si? przyoblekli
I ?e wiatr ich niesie ?wawo
Z t? zakl?t?, dziwn? naw?.
Ale ju? ko?o po?udnia
Nawa nagle si? zaludnia.
Ukazuje si? za?oga
Rozbójnicza i z?owroga:
A wi?c sternik-kuternoga,
Pi??dziesi?ciu marynarzy,
Strasznych zbójów i korsarzy,
A na ko?cu kucharz-Chi?czyk
I kud?aty pies peki?czyk.
Nie ma tylko kapitana.
Có? za sprawa niezbadana?
Gdzie przebywasz? W jakiej stronie,
Kapitanie Palemonie?

Przybli?yli si? korsarze,
Królewiczom patrz? w twarze.
Co za jedni? Sk?d si? wzi?li?
Czy zjawili si? z topieli?
Szczerzy z?by kucharz-Chi?czyk,
Obw?chuje ich peki?czyk,
Ka?dy milczy, ka?dy czeka,
Nawet pies - i ten nie szczeka.

Nagle sternik ?miechem parska,
Parska ?miechem bra? korsarska,
A? za brzuch si? trzyma kucharz,
Nawet pies ze ?miechu spuch? a?.
Wreszcie sternik tak powiada:
Jest to zwyk?a maskarada!
My?my rz?d i dumna rada.
Król Fafu?a w testamencie
Zleci? takie przedsi?wzi?cie,
By wybada? wasze m?stwo.
Osi?gneli?cie zwyci?stwo
I pochwa?y, i zdobycze,
Wielce dzielni królewicze.
W?a?nie s? królewny cztery,
Które maj? zamiar szczery
Ofiarowa? wam swe trony,
Wybór jest postanowiony.
Cztery statki stoj? w porcie -
Z wygodami i w komforcie
Do swych królestw pojedziecie,
By zas?yn?? w ca?ym ?wiecie!
Tak ju? czeka lud st?skniony,
Z?ote ber?a i korony.

Gdy to sternik rzek?, korsarze
Odmienili swoje twarze,
Zdj?li w?sy, zdj?li brody
I wrzucili je do wody.

Królewicze s? jak we ?nie:
Spogl?daj? jednocze?nie
Na sternika, co zamierza
Przeistoczy? si? w kanclerza,
Przygl?daj? si? obliczom
Dobrze znanym królewiczom,
Cz?onków rady obejmuj?,
Z ministrami si? ca?uj?.
Zaraz kanclerz na okr?cie
Wyda? na ich cze?? przyj?cie
I rzek? ?artem w swej przemowie:
Czterech królów pij? zdrowie:
Karowego, Kierowego,
Pikowego, Treflowego.
Zmar?y król Fafu?a Czwarty
Bardzo lubi? zagra? w karty.

Uczta by?a znakomita,
Ka?dy najad? si? do syta,
Rzek? la? si? miód stuletni
I bawiono si? naj?wietniej.

VI

A w kajutach swych królewny
Rozwa?aj? los niepewny:
Odlecieli królewicze
W dale mroczne i zwodnicze,
Mo?e ju? nie ?yj?, mo?e
Powpadali wszyscy w morze?
A tu przyjd? rozbójnicy,
Tacy straszni, tacy dzicy,
I królewny uprowadz?,
I do ciemnych lochów wsadz?.
Jak si? broni? przed t? zgraj??
Gdy tak smutnie rozmy?laj?,
Nagle drzwi si? otwieraj?,
Wchodzi m?odzian bardzo zgrabny,
Bardzo m?ody i powabny,
I królewnom uk?on sk?ada.
?adna z nich nie odpowiada,
Jednocze?nie wszystkie zblad?y
I jak sta?y, tak usiad?y.
Wyci?gaj? dr??ce d?onie:
Nie zabijaj, Palemonie!

M?odzian znowu uk?on sk?ada,
Po czym ?miej?c si? powiada
Wprost bez ?adnej ceremonii:
Jam jest w?adc? Palemonii,
Król Palemon, prosz? bardzo,
Niechaj panie mn? nie gardz?,
?agodnego jestem serca
I nikogo nie u?miercam.
A historia o piracie
To jest bajka, czy j? znacie?
Cho? to bajka nieprawdziwa -
Sens ukryty w bajce bywa.

Zap?oni?y si? królewny
T?umi?c w sercach smutek rzewny:
Wymarzy?y w snach pirata,
A tu król jest! Taka strata.
Los niekiedy figle p?ata.
Król Palemon si? przywita?,
Siad?, o zdrowie grzecznie pyta?
I rozwodzi? si? nad statkiem,
I rozgl?da? si? ukradkiem.

Trzy królewny by?y cudne:
Zgrabne, g?adkie, bia?e, schludne,
Czwartej za? los figla sp?ata?:
Czwarta by?a piegowata,
Niepozorna i brzydula.
U?miechn??a si? do króla.
A ?licznotki trwa?y dumnie.
Brzydule?ko, zbli? si? ku mnie -
Rzecze król Palemon czule. -
Chc? za ?on? mie? brzydul?!
A ?licznotki klaszcz? w d?onie:
?wietnie, królu Palemonie!
Cho? siostrzyczka nie jest ?adna,
Ale dobra tak jak ?adna.
Niezrównana b?dzie ?ona
I królowa wymarzona!

Uca?owa? król brzydul?,
Pier?cie? da?, co mia? w szkatule -
Bo tak zawsze robi? króle.

VII

Po??czono dwa okr?ty:
Ten zwyczajny i zakl?ty.

Wszyscy s? ju? na pok?adzie,
Stoi rz?d przy dumnej radzie,
Królewicze i królewny,
Król Palemon, poczet krewnych,
Nawet stary kucharz-Chi?czyk
I kud?aty pies peki?czyk.

Gdy sko?czy?a si? parada,
Wyszed? kanclerz i powiada:
Król Fafu?a w testamencie
Zleci? taki przedsi?wzi?cie,
?e korona przeznaczona
Jest dla tego, kto pokona
Kapitana Palemona.
Pokona?a go królewna,
A wi?c rzecz jest ca?kiem pewna,
?e jej miejsce jest na tronie
Przy ma??onku Palemonie.

Zaraz kanclerz na okr?cie
Wyda? na ich cze?? przyj?cie
I rzek? ?artem w swej przemowie:
Czterech dam wypijmy zdrowie:
Bo to jasne jest, ?e mamy
Na pok?adzie cztery damy:
Jest Kierowa, jest Karowa,
I Pikowa, i Treflowa.
Zmar?y król Fafu?a Czwarty
Bardzo lubi? zagra? w karty!

Uczta by?a znakomita:
Ka?dy najad? si? do syta,
Rzek? la? si? miód stuletni
I bawiono si? naj?wietniej.

Cho? to bajka nieprawdziwa -
Sens ukryty w bajce bywa.




środa, styczeń 18th 2006


Magik - Jan Brzechwa
posted @ 4:20 pm in [ Dla dzieci - Baśnie ]

Magik

Gdy na zachód z Sandomierza
I?? przez dwa i pó? pacierza,
Wida? drog?, która zmierza
Wprost do Dwikóz. Tam przed laty
?y? Fikusów ród bogaty,
Co wyrabia? dzwony z brzozy,
A z konopi plót? powrozy
I rozs?awi? tym Dwikozy.

Tam, na samym skraju Dwikóz,
Mieszka? ongi magik Fikus,
Zwany ?yso?, trojga imion:
Bonifacy - Filip - Tymon.

Magik Tymon Fikus z Dwikóz
Co dzie? inny robi? psikus.
Raz, gdy wraca? z Sandomierza,
Przeistoczy? w oset je?a,
A gdy szed? do Zawichostu,
Wzi?? i zrobi? je?a z ostu.

Sypa? w g?sior piasek mia?ki,
A wylewa? - sztof gorza?ki.

Innym razem wzi?? koguta,
Schowa? w kiesze? do surduta.
A po chwili - zr?cznie nader -
Wody wyla? z niej pi?? wiader.

Raz, gdy ujrza? muzykusa,
Da? przez ca?y rynek susa
I do warg przytkn?wszy d?onie
Gra? jak gdyby na puzonie,
Na klarnecie gra? po troszku
I na flecie, i na ro?ku,
I nie wiedzia? nikt ju? z Dwikóz,
Czy gra Fikus, czy muzykus.

Ju? nie b?d? mówi? o tem,
Jak udawa?, ?e jest kotem,
I jak w psasi? z,ieni? potem;
Jak po?yka? kalosz stary,
A wypluwa? okulary;
Jak ne lewej d?oni wsparty
Jedn? z nóg tasowa? karty;
Jak wyjmowa? z ucha wróbla
I zamienia? wróbla w rubla;
Jak hodowa? ryby w szafie,
Bo ja sam to te? potrafi?!

Ale wreszcie przebra? miar?:
Spotka? dwie babiny stare
I przemieni? je w dziewcz?ta;
Jedn? wyda? za rejenta,
Z drug? stan?? w Zawicho?cie
I wyswata? j? staro?cie.

Gdy nadesz?a wi?c niedziela,
Wyprawiono dwa wesela,
A ?e by?o to przedpo?cie -
Siedem dni weselni go?cie
Ucztowa w Zawicho?cie.
Lecz Ju? rankiem przy niedzieli
Ca?? sztuczk? diabli wzi?li:
Prys?y m?odych ?on powaby,
A zosta?y stare baby,
Obie krzywe, obie siwe
I okropnie gadatliwe.

W?ciek? si? rejent, w?ciek? starosta,
Ale sprawa nie jest prosta,
Bo gdy ksi?dz po??czy ?lubem
Luba musi zosta? z lubym.

Posz?y skargi na Fikusa,
Skry? si? Fikus do lamusa,
Gdy? z powodu jego sztuczek
W Sandomierskiem powsta? huczek
I ju? pleban oburzony
Chcia? pot?pi? go z ambony.

Uderzywszy wi?c w pokor?,
Fikus wybra? si? wieczorem
Na plebani? i ze skruch?
Drapa? si? to w nos, to w ucho.
Ksi?dz rzek? wreszcie: “Dobra nasza.
Moja kasza, twoja flasza,
Rozegramy to w mariasza?

Fikus szybko rozda? karfy,
A ?e ba? si? nie na ?arty,
Przegra? tyle, ile trzeba,
Zeby dosta? si? do nieba.

Wzi?wszy tedy rozbrat z grzechem,
Fikus rad po?egna? klech?,
U?miechni?ty dosiad? konia,
K?usem pu?ci? si? przez b?onia
I wo?aj?c: “Znaj ?ysonia!
Hokus-pokus, fikus pikus!” -
Pocwa?owa? wprost do Dwikóz.
Wszed? do domu, staje, patrzy -
“Co to? Kto to?” - rzek? poblad?szy.
Podszed? bli?ej - tak, to one,
Dwie staruchy nastroszone,
Staro?cina z rejentow?
Zabawiaj? si? rozmow?.
Fikus gro?nie spojrza? na nie:
“Có? to znaczy, moje panie?”

“Co to znaczy? Nic nie znaczy,
Ot, nie mog?o by? inaczej.
Wyp?dzili nas m??owie,
No i dobrze, i na zdrowie!
Odstawili nas tu koczem,
Gada? teraz nie ma o czem.”

Tymon Fikus zblad? ze z?o?ci:
“Ale? bies mi nas?a? go?ci!
Po co? Na co? Jakim prawem?
Rozstaniemy si? niebawem!”
I potrz?sn?? ju? r?kawem,
Aby zakl?? baby w ?aby,
Ale rozmach wzi?? za s?aby;
Chcia? przemieni? je w dwie miot?y,
Lecz mu palce si? zaplot?y;
Zebra? w sobie ca?y zapa?
I wysila? si?, i sapa?,
By je zmieni? w ?y?ki stare,
W bia?e myszki, w kapców par?,
W dwie marchewki, w dwa rogale,
Lecz mu jako? nie sz?o wcale.

Tupa?, klaska?, bi? si? w ?ydki.
Kl?? pod nosem w sposób brzydki,
Wreszcie krzycze? j?? jak dzikus:
“Hokus-pokus, fikus-pikus!”

A staruchy ze? szydzi?y:
“Có? to, kumie? Zbrak?o si?y?
Kum czarowa? ju? nie umie?
Z kumem ju? niedobrze, kumie!”

Posz?y potem do spi?arki,
Wyci?gn??y s?oje, garnki,
Pol?dwice i pó?g?ski.
Cho? to przecie przysmak m?ski.
Jad?y sobie do wieczora
Poci?gaj?c miód z g?siora,
Obie krzywe, obie siwe
I okropnie gadatliwe.

Fikus patrza? z gniewu siny,
Wycieraj?c pot z ?ysiny.
Sta? na g?owie pó? godziny,
Do pomocy wzi?? koguta,
Sypa? proso do surduta,
Szuka? zakl?? w ksi?dze grubej,
Coraz nowe robi? próby,

Wreszcie zgrzytn??, gwizdn??, cmokn??
I wyskoczy? w mrok przez okno.
Co z nim sta?o si? - nikt nie wie.
By? podobno w Sochaczewie,
Kto? go widzia?, jak w Piotrkowie
Na jarmarku sta? na g?owie,
Potem zjawi? si? w Prabutach
I udawa? tam koguta.

Inni mówi?, ?e w Jaworze
Zjada? szk?o i ?yka? no?e,
A znów inni, ?e w B?dzinie
Popisywa? si? na linie.

Gdzie jest praiwda - nie wiem. Tu si?
Ko?cz? wie?ci o Fikusie.

Je?li jeszcze co? us?ysz?,
Zaraz dalszy ci?g dopisz?.
Mo?e wierszem, mo?e proz?,
I przeka?? wnet Dwikozom.
Niech w archiwach to zachowa
Miejska Rada Narodowa.




środa, styczeń 18th 2006


Wyprawa na “Ariadnie” - Jan Brzechwa
posted @ 2:45 pm in [ Dla dzieci - Baśnie ]

Wyprawa na “Ariadnie”

I

Lat temu z gór? trzysta
Mnich Brandon - archiwista
Opisa? po ?acinie
Na ?ó?tym pergaminie
Przedziwne swe podró?e.
Ja ?wiatu si? przys?u??
I to, co pisa? mnich,
Przeka?? w wierszach tych.

Nim Brandon zosta? mnichem,
Junakiem by? nielichym,
Wynaj?? wi?c korwet?,
Bo czasy by?y nie te,
Gdy mo?na rejsem skorym
Pop?yn?? na “Batorym”.
On na korwet? wsiad?
I na niej ruszy? w ?wiat.

Korweta by?a stara,
?at mia?a co niemiara,
A zwa?a si? “Ariadna”.
Có?, nazwa dosy? ?adna!
Kapitan sta? na stra?y
Pi?tnastu marynarzy
I ka?dy go si? ba?,
A jak si? zwa?, tak zwa?.

Kapitan - chwat nad chwaty,
By? rudy, zezowaty
I nie mia? r?ki prawej,
W dodatku by? kulawy.
Mia? z?oty kolczyk w uchu,
Nó? dynda? mu na brzuchu
I ka?dy przed nim dr?a?,
A jak si? zwa?, tak zwa?.

Wie?? g?osi, ?e poza tym
W m?odo?ci by? piratem
I wielkie skarby zebra?:
Dwadzie?cia worków srebra,
Pi?? skrzy? talarów z?otych,
Brylanty i klejnoty,
I z?b cesarza Chin,
Czang-Fu, z dynastii Min.

Cesarski z?b ten pono
Mia? moc nadprzyrodzon?:
Hartowa? wi?c ?elazo,
Ochrania? przed zaraz?,
Strach rzuca? na za?og?,
Wskazywa? w nocy drog?
I strzeg? od morskich tr?b
Ten czarodziejski z?b.

Kapitan swe zdobycze
Na wyspie tajemniczej
Zakopa? w g??bi góry,
Ale zapomnia?, której.
Daremnie szuka? potem,
Co roku mkn?c z powrotem
W zawiej?, w burz?, w zi?b,
Lecz zwiód? go chi?ski z?b.

Przej?ty nies?ychanie
Rzek? Brandon: “Kapitanie,
Chc? mkn?? przez oceany,
Chc? odkry? l?d nieznany
Lub wysp? tajemnicz?!”
Kapitan mrukn??: “Byczo!
Jest niedaleko st?d
Nieznany ca?kiem l?d,

Wysp ró?nych jest bez liku,
Zawioz? ci?, m?odziku,
Do Afryki, do Azji,
Nie zbraknie mi fantazji.
Podró?e i odkrycia
To pasja mego ?ycia,
Mam przygód wieczny g?ód.
Za?oga! Kurs na Wschód!”

II

W noc na ?wi?tego Freta
Ruszy?a wi?c korweta./
Wiatr d?? w rozpi?te ?agle,
Wtem sztorm si? zerwa? nagle,
Ba?wany wokó? wrza?y
Zmywaj?c pok?ad ca?y,
A ?ywio? hucza?, wy?,
A? zbrak?o wszystkim si?.

Majtkowie po “Ariadnie”
Miotali si? bez?adnie,
Dr?a?y im z trwogi ?ydki
I kl?li w sposób brzydki.
Kapitan ?ypa? bia?kiem
I g?ow? straci? ca?kiem,
A sternik - stary Szwed
Do swej kajuty zszed?.

Kapitan splun?? w morze,
Pogrozi? majtkom no?em
I chwili tej, tak wa?kiej,
Pi? rum z p?katej flaszki.
Gdy flaszka by?a pusta,
R?kawem wytar? usta,
Skl?? marynarsk? bra?
I w ko?cu poszed? spa?.

Majtkowie z magazynu
Wywlekli beczk? d?inu
I wnet, nie my?l?c wiele,
Popili si? jak bele,
A? twardy sen ich zmorzy?.
Spa? sternik si? po?o?y?,
Kapitan tak?e spa?,
A jak si? zwa?, tak zwa?.

Nasz Brandon nie tkn?? trunku,
Trwa? sam na posterunku,
Spogl?da? w odm?t siny,
Sterowa?, ?ci?ga? liny.
Doko?a wrza?a burza,
Dziób statku si? zanurza?,
A on, cho? ca?y zmok?,
Wyt??a? w ciemno?? wzrok.

Gdy wstawa? dzie? ponury,
Wzi?? Brandon mocne sznury
I zwi?za? kapitana.
Za?og? zbudzi? z rana
I rzek?: “Obj??em w?adz?,
Korwet? ja prowadz?,
A kto mi powie “nie”,
Piach b?dzie gryz? na dnie!”

“Nie! - wrzasn?? sternik: - Hola!
Mój ster jest i busola,
Nie oddam ci korwety!…”
Tu urwa?, bo niestety,
Nim rzek? ostatnie s?owo,
Polecia? na dó? g?ow?
Rekinom wprost na ?er,
A Brandon obj?? ster.

Za?og? zdj??a trwoga,
A by?a to za?oga
W?ród marynarskich dru?yn
Naj?mielsza: jeden Murzyn,
Trzech Szkotów, Hiszpan stary,
Malajczyk, W?och z Ferrary,
Fin, Francuz, Greków trzech,
A nadto kucharz Czech.

By? Brandon m?ody, krzepki,
Mia? w g?owie wszystkie klepki,
Przebiega? wi?c korwet?
I grozi? pistoletem.
“Uwa?a?, sk?d wiatr wieje!
Do ?agli - marsz! Na reje!
Galopem! A kto kiep,
Dostanie kul? w ?eb!”

Po gro?nej tej przemowie
Rozbiegli si? majtkowie,
Ten ?agle pocerowa?,
Ów dziury zakitowa?,
Inny na maszt si? wdrapa?
I w taki wpadli zapa?,
?e nawet kucharz-le?
Krem ubi? na ten dzie?.

Rzek? Brandon do Hiszpana:
“Przyprowad? kapitana,
Konopn? lin? masz tu,
Uwi??esz go do masztu;
Malajczyk ci pomo?e.
No ju?! Bo wrzuc? w morze!”
O, Brandon to by? chwat,
A mia? dwadzie?cia lat!

III

Kapitan - prosz?, zwa?cie -
Po chwili sta? przy maszcie
Zwi?zany grubym sznurem.
Spojrzenie mia? ponure
I gro?nie ?ypa? zezem
Na ca?? t? imprez?,
Bo by? zawzi?ty cz?ek,
A Brandon tylko rzek?:

“Tu nie ma co si? biesi?,
Mam prawo ci? powiesi?
Jak tego, który stchórzy
Na morzu podczas burzy.
Ja ci daruj? ?ycie,
A ty mi nale?ycie
Do skarbów drog? wska?.
Mnie pi?t? cz??? z nich dasz.”

Kapitan odrzek? smutnie:
Wygra?e?! Sko?czmy k?ótni?.
Masz prawo i masz si??,
Ja tak?e tak robi?em.
Sternikiem twym zostan?,
A ty b?d? kapitanem.
Bierz nó? mój, do stu bomb!
Mój nó? i chi?ski z?b!”

Sznur Brandon przeci?? no?em
I rzek?: “Mnie cieszy to, ?em
Omówi? wszystko szczerze.
Id?, bracie, sta? przy sterze,
Sam tego chcia?e?, nie ja,
Pomy?lna idzie wieja,
Wi?c prujmy g??bie wód
Kieruj?c si? na wschód.”

Zszed? Brandon do kajuty,
Zdj?? kaftan, ?ci?gn?? buty
I zjad?szy kotlet ?wi?ski,
J?? z?b cesarsko-chi?ski
Ogl?da? i obraca?,
Paznokciem pilnie maca?,
A? niespodzianie wpad?
Na ma?y z?oty ?lad,

Na ma?y punkcik z?oty.
Wnet wzi?? si? do roboty
I punkcik wcisn?? ig??.
Wtem serce w nim zastyg?o:
Zabrzmia?a pozytywka,
Rozleg?a si? przygrywka,
Która pie?ci?a s?uch
Niby bzykanie much.

Nast?pnie spod spr??ynki
Wyjrza?a g?ówka Chinki
Male?ka jak ziarenko
I przemówi?a cienko:
“Ktokolwiek jest w pobli?u,
Kto da ziarenko ry?u
Ksi??niczce Sun-Li-Tse,
Otrzyma to, co chce.”

Po chwili Chinka znik?a,
Tylko przygrywka nik?a
Jak mucha znów bzykn??a.
Spr??ynka si? zamkn??a,
A Brandon nieprzytomnie
Zawo?a?: “Kucharz! Do mnie!
Galopem! Gadaj, czy?
Jest na korwecie ry??”

Lecz kucharz westchn??: “Szkoda,
Ry? nam zala?a woda
I ca?y zapas hurtem
Rzuci?em dzi? za burt?.”
Na pok?ad wybieg? Brandon:
“Hej, wy, piracka bando,
Rabunku nadszed? czas.
Czy kto nie mija? nas?”

“Mija?o korwet wiele,
Mija?y karawele,
A tam po fal g??binie
Kupiecki statek p?ynie.”
Rzek? Brandon podniecony:
Podejd?my z lewej strony,
Uderzy? trzeba st?d.
Uwaga! Szykuj lont!”

Gdy statki si? zrówna?y,
Zawo?a? Brandon ?mia?y:
Sta?! Ja mam w wasz? stron?
Armaty wymierzone,
Zatopi? ten wasz rupie?!
Czy chcecie si? okupi??
Nie ??dam z?otych gór,
Lecz ry?u jeden wór!”

To s?ysz?c, wnet szalup?
Kapitan s?a? z okupem.
I znów po wód g??binie
Na wschód korwet? p?ynie.
Wtem Grek zawo?a? z dzioba:
“Wytrzeszczam ?lepia oba,
Przeszywam dal na wskro?
I w dali widz? co?!”

Tu Brandon wlaz? na rej?:
Hej! Wyspa tam widnieje!
Dostrzegam na niej wie??
I mur, co wyspy strze?e,
Lecz nie ma jej na mapie.
Czy sternik si? po?apie?”‘
Rzek? sternik: “Nie wiem sam.
Najlepiej p?y?my tam.”

IV

Na brzegu sta? t?um ludzi,
A wszyscy byli rudzi,
Wszyscy zielonoskórzy,
Pó?nadzy, a niektórzy
Mieli niem?dre miny
I sztuczne nosy z gliny,
A wyd?u?one tak,
?e siada? na nich ptak.

Nasz Brandon nie zna? trwogi.
Na czele swej za?ogi
Do wyspy przybi? ?ódk?
I tak przemówi? krótko:
“Po morzach król mój hula,
Przybywam tu od króla,
Pocisków mam w sam raz
Tyle, by podbi? was.”

Tak rzek?. Lecz t?um tubylczy
Przygl?da si? i milczy.
“Có? by to znaczy? mia?o?! -
Zawo?a? Brandon ?mia?o. -
Stoicie niby mumie,
Czy mówi? nikt nie umie?
Czy z armat mam was t?uc?
Hej! Który tu jest wódz?”

Wtem sternik niespodzianie
Zawo?a?: “Kapitanie,
Tu nie potrzeba walki,
To s? po prostu lalki,
Po prostu kuk?y z wosku
Zrobione po mistrzowsku.
Lecz kto, do diab?ów stu,
Móg? je ulepi? tu?”

W g??b wyspy wi?c ruszyli
I po nied?ugiej chwili
Ujrzeli w?ród równiny
Mustangi z plasteliny
I d?ungli g?szcz spl?tany
Z zielonej porcelany,
A w?ród gipsowych drzew
Sta? marmurowy lew.

Zwisa?y z palm gipsowe
Orzechy kokosowe,
P?kate ananasy
Lepione z wonnej masy
I p?k daktyli z?otych
Z b?yszcz?cej terakoty,
A nad tym - szklana mg?a
I roje much ze szk?a.

Na starym baobabie
Papugi w barw powabie
Wmieszane w szklane li?cie
Mieni?y si? wzorzy?cie,
A by?y z porcelany
Misternie malowanej.
Brandona zdj??a z?o??:
“Mam do?? tych kukie?, do??!

Mam do?? teatru lalek,
Czas leci, mrok ju? zaleg?,
A cho? to nawet ?adne,
Wracamy na “Ariadn?”.
Gdzie mapa? Wysp? now?
Nazwiemy Kukie?kow?.
Wracamy! Oto ?ód?:
Chc? znowu fale pru?!”

V

I znów po wód g??binie
Na wschód korweta p?ynie.
D?? wietrzyk bardzo s?aby,
Wi?c sternik ?owi? kraby,
W?och w szachy gra? z Murzynem,
Szkot si? pokrzepia? d?inem,
A Brandon, zmy?lny cz?ek,
Do swej kajuty zbieg?.

Z?b chi?ski wzi?? ze skrzynki -
Twarz Chinki spod spr??ynki
Wyjrza?a w?sk? szpark?.
On da? jej ry?u ziarnko
I szepn??: “Mnie si? marzy
Ukryty skarb korsarzy!…”
Odpar?a: “Sternik-Szwed
Odnajdzie drog? wnet.”

Rzek? Brandon: “A to bieda!
Wrzuci?em w morze Szweda,
Ju? pewnie go rekiny
Po?ar?y w g??bi sinej.
Za pó?no na wspominki.”
Szepn??y usta Chinki:
“O ?wicie ujrzysz l?d,
Naprawisz tam swój b??d.”

I znów po wód g??binie
Na wschód korweta p?ynie
W?ród wichrów i w?ród burzy.
Na statku czuwa Murzyn,
Trzech Szkotów, Hiszpan stary,
Malajczyk, W?och z Ferrary,
Fin, Francuz, Greków trzech,
A nadto kucharz-Czech.

Mia? Brandon oko czujne,
Do tego szk?a podwójne
I patrz?c przez lunet?
Prowadzi? sw? korwet?.
“Sterniku - rzek? o ?wicie -
Zezujesz znakomicie,
Lecz spójrz, czy widzisz st?d
Na horyzoncie l?d?”

Rzek? sternik po piracku:
“Niech trzasn?, ?wi?ty Jacku,
Na mapie widz? zmiany,
To przecie? l?d nieznany,
To przecie? nie jest Libia,
Nie Wyspa Wielorybia,
Nie Ganda i nie Pont,
To jest nieznany l?d.”

Nasz Brandon nie zna? trwogi.
Na czele swej za?ogi
Przemierza? l?d nieznany
Tajemne snuj?c plany.
“Jak z Chinki s?ów wynika,
Tu znale?? mam sternika,
Tu jest gdzie? stary Szwed…”
Tak my?l?c, naprzód szed?.

Lecz marsz ten nie by? prosty,
Bo wokó? ros?y osty
I kolców g?szcz ruchliwy,
I pi??y si? pokrzywy
Si?gaj?c a? do twarzy,
Parzy?y marynarzy
I k?u?y w czo?o, w nos
Jak rój z?o?liwych os.

Mia? kucharz nó? kuchenny
“To or?? mój bezcenny,
Dalibóg, nie jest t?py,
Przetrzebi? nim ost?py!”
J?? macha? no?em co si?,
Ci?? zielsko, r?ba?, kosi?
I sieka? jak na farsz,
Wo?aj?c: “Za mn? marsz!”

VI

Gdy wolna by?a droga,
W ?lad za nim sz?a za?oga.
Ju? byli na polanie,
Wtem z pokrzyw niespodzianie
Wyskoczy? stwór kolczasty,
Kolczasty jak te chwasty,
Mia? z kolców g?ow?, brzuch
I sta? na kolcach dwóch.

Mia? r?czki dwie kolczaste
I oczki wy?upiaste,
Ruchliwe, szarobure.
Podskoczy? zwinnie w gór?,
Siad? wierzchem na pokrzywie
I wreszcie rzek? piskliwie:
“Dyr-fir, chlu-chlu, pli-plaj,
Loj-li, koj-pa, ta-taj.”

Rzek? sternik jednor?ki:
“Znam s?owa te i d?wi?ki.
To gwara krasnoludków
Z morskiego szczepu Utków,
Ten szczep mia? przesz?o?? s?awn?,
Lecz ju? wygin?? dawno,
Zostali tylko dwaj:
Pli-plaj i Pa-ta-taj.

Utkowie panowali
Na wyspach Trulalali,
Lecz wyspy si? zapad?y;
Utkowie bój zajad?y
Stoczyli z rekinami
I dzi? - widzicie sami
Zostali tylko dwaj:
Pli-plaj i Pa-ta-taj.

Widzicie tu Pli-plaja,
On wita i zagaja,
A Pa-ta-taj z daleka
Na przyj?cie nasze czeka.
Ruszajmy, czasu szkoda,
Przygoda - to przygoda,
Poznamy nowy kraj,
Hej, prowad? nas, Pli-plaj!”

Pli-plaj zeskoczy? na dó?,
Napuszy? si? i nad??,
Skierowa? kolce w prawo
I naprzód pobieg? ?wawo,
A za nim, w s?o?ca ?arze,
Kroczyli marynarze.
Na czele Brandon szed?
I my?la?: “Gdzie? ten Szwed?”

By? wsz?dzie piach doko?a.
Pli-plaj raz po raz wo?a?:
“Lin-len!” - co znaczy? mia?o,
?e i?? tu mo?na ?mia?o.
Wydawa? przy tym piski
Na znak, ?e cel jest bliski:
“Zen-zej, tru-kloj, pli-pli.”
Wi?c wszyscy za nim szli.

VII

Przez piachy i równiny
Szli przesz?o trzy godziny,
Lecz krasnoludki przecie -
Jak wszyscy chyba wiecie -
Godziny maj? krótkie:
Godzina trwa minutk?,
A mila mierzy cal
I dal - to nie jest dal.

Dlatego te? po chwili
W?drowcy ju? przybyli
Do ska?y, a przed ska??
Ujrzeli posta? ma??,
Kolczast?, w kszta?cie jaja.
Poznali Pa-ta-taja,
A ten z kolei znów
Przemówi? kilka s?ów.

W?ród wszystkich ska? na ?wiecie
Tak dziwnej nie znajdziecie:
Na zewn?trz by?a s?ona,
A wewn?trz - wydr??ona,
A wewn?trz by?a s?odka.
Wszed? Pa-ta-taj do ?rodka
Przez bardzo ciasny w?az,
A za nim Brandon wlaz?.

W pieczarze wewn?trz ska?y
Cukrzane sprz?ty sta?y:
Wi?c stó?, a przy nim ?awy,
Na stole za? potrawy
Dymi?y na pó?miskach.
Tu Brandon dojrza? z bliska
Brodat? ludzk? twarz.
“Czy?by to sternik nasz?”‘

A sternik wsta? i rzecze:
“Poznajesz mnie, cz?owiecze?
Nie zawini?em wcale,
A ty? mnie rzuci? w fale
Rekinom na po?arcie,
Lecz wyznam ci otwarcie,
?em stary, chudy gnat,
Takiego któ? by zjad??

P?yn??em dob? ca??,
Bom p?ywak, jakich ma?o,
A? nagle z morskiej piany
Wieloryb tresowany
Wyp?ywa, w bok mnie szturga.
Wieloryb ten z Hamburga
Przed rokiem z zoo zwia?
I mnie, zapewne, zna?.

W Hamburgu najwidoczniej
Nasz okr?t spostrzeg? w stoczni
I potem nawet w wodzie
Rozpozna? mnie po brodzie.
Usiad?em mu na p?etwie,
Bom Szwed, a ka?dy Szwed wie,
Jak p?yn??, gdzie i sk?d,
By szybciej zej?? na l?d.

Tu jestem trzy tygodnie,
Tu dobrze mi, wygodnie,
Tu ?yj? niczym w bajce
Pliplajce - patatajce,
Nie pragn? zmiany ?adnej,
Nie t?skni? do “Ariadny”
“Ariadn?” w pi?cie mam,
Chc? tutaj zosta? sam!”

Rzek? Brandon: “Sko?cz gadanie,
Nikt tutaj nie zostanie,
Przybywam w sam? por?.
Na pok?ad ci? zabior?
I krasnoludki oba,
Bo tak mi si? podoba!
Za?oga, do mnie! Hej!
Bra? ich z pieczary tej!”

Wnet marynarzy zgraja
Porwa?a Pa-ta-taja,
Pli-plaja i sternika.
Ju? wyspa z oczu znika
I znów po wód g??binie
Na wschód korweta p?ynie,
Burzliwy wiatr j? gna,
G??b huczy ode dna.

VIII

Do Szweda po obiedzie
Rzek? Brandon: “S?uchaj, Szwedzie,
Ja nie dam si? ko?owa?,
Bierz ster, korwet? prowad?
Przez morza, oceany
Wprost tam, gdzie zakopany
Piracki skarb jest wasz,
A nie kr??! Ty mnie znasz!

Ka?? ci? w ?agiel zaszy?
I po?l? ryby straszy?,
Przekonasz si? naocznie,
A wiedz, ?e mam wyroczni?,
Co ?ci?le przepowiada,
Gdzie k?amstwo jest i zdrada.
Chc? ujrze?, jakem rzek?,
Ten upragniony brzeg.”

Szwed odszed? i pod w?sem
U?miechn?? si? z przek?sem,
A morze znów szaleje,
Grzmi? burze i zawieje
I pi?trz? si? ba?wany.
Ach, gdzie? ten l?d nieznany?
Wyt??a Brandon wzrok,
Dmie wicher, zapad? mrok…

W?ród gro?nej wód pot?gi
Ster p?ka, trzeszcz? wr?gi,
Konopne liny rw? si?,
Korweta w dzikim pl?sie
Raz po raz si? zanurza,
A wokó? huczy burza
I j?czy stary wrak,
A? ludziom si? ju? brak.

Po ciemnym fal bezkresie
Korwet? wicher niesie
Jak szczap?, jak ?upin?
Rzucon? w nurty sine.
I w tym momencie w?a?nie
Malajczyk jak nie wrza?nie:
“Kamraci! Bóg nas strzeg?!
W pobli?u widz? brzeg!”

Wnet okr?t siad? na piachu
I by?o ju? po strachu.
Nim dziób wybrze?e musn??,
Ka?dy, gdzie sta?, tam usn??,
Wyci?gn?? si? jak d?ugi
Po trudach tej ?eglugi,
A nawet Brandon-chwat
Bez si? na pok?ad pad?.

IX

Spa? jak królewna ?pi?ca
I spa?by tak bez ko?ca,
Lecz nagle kto? go zbudzi? -
I ujrza? obcych ludzi.
“My?my królewskie stra?e,
Król ci? sprowadzi? ka?e,
Król czeka, zbud? si? ju?,
Kareta stoi tu?.”

Zszed? Brandon wi?c z korwety,
Wsiad? prosto do karety
I spyta? od niechcenia:
“Czy jad? do wi?zienia?”
“Do króla, kapitanie,
Jedziesz na pos?uchanie…
Król wróci? ju?, a ty?
Przywióz? go w?a?nie dzi?.”

Nic Brandon nie rozumie.
T?um zebra? si?, a w t?umie
Ksi???ta i ksi??niczki.
Ju? pa? otwiera drzwiczki,
Z pa?acu ju? dworzanie
Wychodz? na spotkanie,
Prowadz? go przed tron
I mówi?: “Oto on.”

Król siedzi sam na tronie:
“Poznajesz mnie, Brandonie?
Jam pirat - chwat nad chwaty,
Bezr?ki, zezowaty
I rudy, i kulawy.
Spójrz, prosz?, bez obawy:
Zez min??, r?k? mam,
Lecz jestem wci?? ten sam.

A ot - peruka ruda…
Có? powiesz? Istne cuda?
To wszystko by?y ?arty:
Jam król Walenty czwarty,
Przede mn? dr?y Wenecja,
Holandia, Anglia, Szwecja,
A ty zwi?za?e? mnie
Jak wieprzka. Mo?e nie?

A mo?e tak nie by?o,
?e? mnie pozbawi? si??
Dowództwa na okr?cie?
No có?, przyznaj? ?wi?cie,
?e by?e? kapitanem
Naprawd? niezrównanym
I ?e? ocali? nas
W straszliwej burzy czas.

Ja zuchów takich lubi?
I w?a?nie po tej próbie
Ju? dzi? ci? mianowa?em
Naczelnym admira?em.
Masz, we? ten pier?cie? z?oty,
To znak dowódcy floty,
Na palec pier?cie? w?ó?
I p?y? na podbój mórz.”

X

Brandona a? zatka?o,
Powiada wi?c nie?mia?o:
“Ogromnie sobie ceni?
Królewskie wyró?nienie,
Lecz któ? mi wyt?umaczy,
Co chi?ski z?b ten znaczy?
I kukie?kowy kraj?
Fli-plaj i Pa-ta-taj?”

A na to król Walenty
Odrzecze u?miechni?ty:
“Wszak to zabawki moje,
Ja nienawidz? wojen
I wszystkie moje sprawy
S? tylko dla zabawy;
W piratów, jak ju? wiesz,
Lubi? si? bawi? te?.

Mam wyspy dla rozrywki,
Mam chi?skie pozytywki
I lalek zbiór bogaty,
I gnomy-automaty -
Tu w?a?nie stoj? one,
Lecz nie s? nakr?cone;
To mych magików dar,
Mam tego kilka par.

Ja ca?e ?ycie prawie
Sp?dzi?em na zabawie,
Mój tron i moja flota
To ?art jest i pustota
I nikt si? nie po?apie,
Gdzie jest mój kraj na mapie;
Czy ?yj? - nie wie nikt,
Patrz, z?oty pier?cie? znik?.

To tak?e ?art magika -
Dwór znika, pa?ac znika,
Znikaj? ludzie, konie,
Znikniesz i ty, Brandonie.”
Lecz Brandon zbieg? ze schodów
I uciek? w g??b ogrodów,
I wpad? w uliczny t?um,
I p?dzi? a? pod tum.

W klasztorze zosta? mnichem
I tam, w ustroniu cichym,
Opisa? po ?acinie
Na ?ó?tym pergaminie
Przedziwn? sw? przygod?.
Ech, by?y lata m?ode
I z?oty pier?cie? by?,
I wicher w ?agle bi?…