piątek, styczeń 20th 2006


Szelmostwa lisa Witalisa - Jan Brzechwa
posted @ 1:38 pm in [ Dla dzieci - Bajki ]

SZELMOSTWA LISA WITALISA

I

Znano ró?ne w ?wiecie lisy:
By? wi?c lis Ancymon ?ysy;

Pospolity lisek rudy,
Pe?en sprytu i ob?udy;
Lis niebieski - wielka sknera;
Zezowaty lis - przechera;

Czarny lisek ogoniasty;
Lis Patrycy Jedenasty;
Srebrny lis niezwykle szczwany;
Lis Mikita spod Oszmiany;

Lis Telesfor farbowany,
Niebezpieczny i zawzi?ty;

Lis Wincenty, lis Walenty,

Lecz nie by?o w ?wiecie lisa
Ponad lisa Witalisa.

Mia? Witalis taki ogon,
?e nie by?o wprost nikogo,
Kto nie stan??by zdumiony:
Taki ogon nad ogony!
I falisty, i puszysty,

I niezwykle zamaszysty,
I ruchliwy na kszta?t kity -
Niezrównany, znakomity!

Gdy Witalis kroczy? drog?,
Wpierw widziano jego ogon,
Co jak ruda chmura zwisa,
A dopiero potem - lisa.

Gdy si? lis pogr??y? we ?nie,
Dziesi?? ptaków jednocze?nie
W tym ogonie wi?o gniazda,
Nios?o jajka, potem - jazda!
Lis si? budzi? niespodzianie
I - jad? ptaszki na ?niadanie.

Gdy Witalis przed wieczorem
Kucn?? sobie nad jeziorem
I potrz?sn?? swym ogonem,
Wszystkie rybki, zachwycone,
Wyp?ywa?y bardzo pr?dko
Za ogonem jak za w?dk?:
Lis je w sosie wy?mienitym
Jad? na obiad z apetytem.

By? Witalis ma?ci rudej,
Niezbyt gruby, niezbyt chudy,
Mia? na prawym oku bielmo
I by? szelm?. Strasznym szelm?!

Mia? rozumu za dziesi?ciu,
Tote? w ka?dym przedsi?wzi?ciu
Wprawia? w podziw swoim sprytem,
Wyrobieniem znkomitym,
Orientacj? doskona??
I dowcipem, jakich ma?o!
A mia? w sobie tyle dumy,
Jakby wszystkie zjad? rozumy.

II

Jest na wschodzie miasto ?om?a.
Gdy na wschód si? dalej zd??a,
Las wyrasta na bezkresie,
Ciemny w?wóz jest w tym lesie,
W tym w?wozie lis mia? jam?,
A w tej jamie - dziwy same.

Wi?c lusterko posrebrzane,
Które z tego by?o znane,
?e gdy czyha? kto? na lisa,
Powstawa?a na nim rysa.

Prócz lusterka mia? pude?ko,
Dok?d zajrze? móg? przez szkie?ko,
By ustali? w sposób ?atwy,
Gdzie zimuj? kuropatwy
Lub na skraju jakiej ??czki
Zabawiaj? si? zaj?czki.

Mia? prócz tego srebrn? mis?
Z ozdobami i napisem:
“Misa lisa Witalisa.”
Zawsze pe?na by?a misa
I nic z niej nie ubywa?o,
Cho? Witalis jad? niema?o.

Mia? ponadto z?oty grzebie?,
Bowiem bardzo dba? o siebie,
I grzebieniem tym starannie
Czesa? ogon nieustannie:
Rozczesywa? raz i wtóry
Z góry na dó? i do góry,
I raz jeszcze, i na nowo
Rozczesywa? - daj? s?owo!
By? Witalis rodem z Polski,
Lecz kapelusz mia? tyrolski,
W którym by?o mu do twarzy,
Cho? wygl?da? nieco starzej.

III

Raz pos?ysza?, ?e nied?wiedzie
S? w tym roku w wielkiej biedzie,
Wi?c nie trac?c chwili czasu,
?wawo uda? si? do lasu.

Przyszed? grzeczny, mi?y, g?adki:
- Có?, robaczki? Có?, nied?wiadki?
Krucho z wami? Chodz? gadki,
?e bezmi?sne ju? obiadki
Je?? musicie! Zió?ka, kwiatki,
Trawki, listki i sa?atki!
Chodz? gadki, ?e za miedz?
Dwa zaj?czki ma?e siedz?,

Które was za chwil? zjedz?!
Wstyd mi za was! Gdy posucha,
Nied?wied? tylko w ?apy dmucha.
Gdzie popatrze? - chuderlaki!
Przykry mi jest widok taki!
Fe! Doprawdy, nie wypada,
Lepiej, gdy potrzebna rada,
Przyj?? po rad? do s?siada.

Zawstydzi?y si? nied?wiedzie:
- ?le si? nam ostatnio wiedzie,
Porad?, porad? nam, s?siedzie,
Powiedz, lisie Witalisie,
Jakie jest twe widzimisi??
Lis przyczesa? sobie ogon
I powiedzia? z min? srog?:
- Chod?cie ze mn?! Znam zagrod?,
W której s? prosi?ta m?ode.

Jest was pi?ciu i dla pi?ciu
B?dzie dzisiaj po prosi?ciu!

Ucieszy?y si? nied?wiedzie:
- Prowad?, prowad? nas, s?siedzie!

Poszli razem le?n? drog?.
Sam Witalis, pr???c ogon,
Uroczy?cie szed? na przedzie.
A za lisem w ?lad - nied?wiedzie:
Cztery stare, jeden m?ody.
Poszli noc? do zagrody,
Lis obejrza? parkan, chatk?
I poci?gn?? za ko?atk?.
- Któ? to straszy dzieci noc??
Kto przychodzi tu i po co?

- To Witalis - lis odrzecze. -
Prosz?, otwórz mi, cz?owiecze,
Z chlewu zabra? chc? prosiaki,
Bo mam dzi? apetyt taki.

Po tych s?owach lis da? nurka,
A tymczasem od podwórka
Psów zjawi?a si? gromada.
Ka?dy szczeka i ujada,
Ka?dy gro?nie z?by szczerzy,
Ka?dy gryzie, gdzie nale?y,
A? nied?wiedzie, pe?ne trwogi,
Powiedzia?y sobie: - W nogi!
Ratuj, lisie Witalisie!
Ale psom a? w ?lepiach skrzy si?
I popad?y w ferwor taki,
?e fruwa?y tylko k?aki.

Lis tymczasem, sun?c boczkiem,
Wbieg? przez furtk? drobnym kroczkiem,
Po szelmowsku mrugn?? oczkiem,
Wszed? ostro?nie od kurnika,
Porwa? kaczk?, g??, indyka,
Trzy kurczaki i perliczk?,
Zwi?za? wszystko to rzemyczkiem
I, nie trac?c chwili czasu,
Pobieg? z ?upem swym do lasu.

A nied?wiedzie, nieszcz??liwe,
Pogryzione, na wpó? ?ywe,
Kulej?ce, g?odne, chore,
Odszuka?y lisi? nor?.

- Przydybali?my ci?, rybko!
Dosy? ?artów! Wy?a? szybko,
Wy?a?, lisie Witalisie!

Lis Witalis ju? - po rysie
Na lusterku - pozna? snadnie,
?e na? gniew nied?wiedzi spadnie.
Widz?c, ?e mu co? zagra?a,
Lis ukaza? si? w banda?ach,
W plastrach, szmatach i ga?ganach:
- Spójrzcie, ca?y jestem w ranach!
Ogon strasznie mam zwichni?ty,
Pok?sane wszystkie pi?ty:
Nara?a?em w?asne ?ycie,
By was broni? nale?ycie.
Wojna by?a nie na ?arty,
Psy walczy?y jak lamparty,
W sposób gro?ny i za?arty.
Lecz wyjawi? mog? skromnie,
?e daleko im jest do mnie:
Gdym wyskoczy? zza cha?upy,
Pad?y pierwsze cztery trupy,
Jeden pies ju? po minucie
W przera?eniu wielkim uciek?,
Drugi chcia? go wzi?? w obron?,
Wi?c zabi?em go ogonem.
Cztery dalsze, poranione,
Po?o?y?y si? pod p?otem
I skona?y wkrótce potem,
A jedynie niedobitki
Was napad?y w sposób brzydki.
Có?, dostali?cie po skórze.
A dlaczego? Bo?cie tchórze!
Zawstyczy?o to nied?wiedzi,
Brak im by?oodpowiedzi,
Wi?c nie ?al?c si? nikomu
Posz?y g?odne spa? do domu.
- ?egnal, lisie Witalisie!

Spa? lisowi ani ?ni si?!
Do swej jamy szybko wróci?,
Zdj?? banda?e, plastry zrzuci?,
Zerkn?? w lustro z min? b?og?
I przyczesa? sobie ogon.

Potem przyniós? chrustu wi?zk?,
?eby upiec sobie g?sk?.
G?ska taka by?a w?ciek?a,
?e na ogniu raka spiek?a,
Lecz z natury by?a mi?a,
Wi?c si? pi?knie zrumieni?a
I Witalis porcj? t?ust?
Zjad? z jab?kami i kapust?.

IV

W czas zimoej ch?odnej pory
Wyszed? lis ze swojej nory:
- Do mnie, wszystkie g?odomory,
Do mnie, z lasów, z kniei, z chaszczy!
Mam ja co? dla ka?dej paszczy!
Kto nie dojad?, ten si? naje!
Znam zwierz?ce obyczaje,
Znam zwierz?ce apetyty
I mam pomys? znakomity,
?eby ka?dy z was by? syty.

Zewsz?d zbieg?y si? zwierz?ta,
Bo dla zwierz?t to przyn?ta,
Pok?d iskra ?ycia tli si?.
- Gadaj, lisie Witalisie,
Przybywamy ca?? zgraj?,
Bo nam kiszki marsza graj?.
Opowiadaj, lisie, ?ci?le
O niezwyk?ym swym pomy?le!

Lis tych s?ów uwa?nie s?ucha?,
Po czym rzek? zdejmuj?c z ucha
Swój kapelusz zawadiacki:
- Umiem piec ze ?niegu placki.
Mam do tego obok, w lasku,
Piec w?asnego wynalazku.
Kto dostarczy kup? ?niegu
I dorzuci mi do tego
Po?e? sad?a lub s?oniny,
Ten w niespe?na pó? godziny
Prosto z pieca na ?niadanie
Placków t?ustych nies?ychanie
Pe?ny taki wór dostanie.

Mówi?c to potrz?sn?? worem,
?e a? z wora nad otworem
Buchn??, mile ?echc?c w chrapach,
Pieczonego ciasta zapach.
Za? Witalis prawi? dalej:

- Mnie bynajmniej si? nie pali,
Takie placki stale jadam,
Ale sobie trud ten zadam,
By wy?ywi? was do wiosny,
Bo wasz wygl?d jest ?a?osny.

Co za placki! Szkoda gada?!
Móg?bym tydzie? opowiada?
O ich cudnym aromacie,
O ich smaku! Otó? macie.

Z tymi s?owy wyj?? z wora
Placków tuzin czy póltora
I sam zjad? je z apetytem,
Pomlaskuj?c sobie przy tym.

Po szelmowskim tym popisie
Pad?y g?osy: - Witalisie,
Co si? zjad?o, to przepad?o,
Dostarczymy ?nieg i sad?o,
Uczta b?dzie wy?mienita,
Chcemy naje?? si? do syta,
Chcemy placki mie? - i kwira!

Lis przyczesa? sobie ogon:
- Placki jutro by? ju? mog?.

Wi?c nazajutrz bardzo wcze?nie,
Gdy las ton?? jeszcze we ?nie,
T?umy zwierz?t sz?y w szeregu,
Wlok?c ca?e góry sniegu,
A do tego jeszcze sad?o -
Tyle, ile go przypad?o.

Lis ju? sta? przed swoj? nor?.
Spojrza?: owszem, sad?a sporo!
Pe?en werwy i ochoty
Wzi?? si? zaraz do roboty,
Zdj?? kapelusz, duchem skoczy?,
Z pi??set snie?nych kul utoczy?,
Ka?d? sp?aszczy? szybkim ruchem,
Tak jak robi si? z racuchem,
Schwyci? sad?o i rzetelnie
Wysmarowa? nim patelni?;

I cho? jest to rzecz kobieca,
Placki wk?ada? j?l do pieca.

Z pieca wnet buchn??? para,
A Witalis ju? si? stara,
Ju? dorzuca nowe placki,
Taki z niego kucharz chwacki.

Przygl?daj? si? zwierz?ta,
Pilnie chodz? mu po pi?tach,
Wprost doczeka? si? nie mog?!
A Witalis pr??y ogon,
Zda si?, w?cha cudny zapach,
A? zwierz?tom kr?ci w chrapach,
A? zwierz?tom skr?ca kiszki.
A Witalis zbiera szyszki
I do ognia je dorzuca,
Kr??y, krz?ta si?, przykuca.
- Sad?a jeszcze! Sad?a! Pr?dzej!
No, bo placki wam uw?dz?!

Po up?ywie pól godziny,
Niewyra?ne stroj?c miny,
Z pieca wyj?? lis patelni?
I do zwierz?t rzek? bezczelnie:
- A to dziwna jest przygoda!
prosz?, spójrzcie, sama woda!
Z takim ?niegiem trudu szkoda:
Rozpuszczony, mokry, sypki -
Mog?yby w nim p?ywa? rybki!
A mówi?em, ?e to nie to!
?nieg powinien by? jak beton -
Zamarzni?ty i w kawa?kach.
Taki w?a?nie jest w Suwa?kach,
W Augustowie, w Ostro??ce…
A to co! Umywam r?ce!
Posz?o ca?e wasze sad?o,
Tyle pracy mej przepad?o!
Nie nabior? si? powtórnie,
Mam was dosy?, bo?cie durnie!

Zawstydzi?y si? zwierz?ta.
Racja! Nikt z nich nie pami?ta?,
?e przed samym ?witem jeszcze
Pada? ?nieg zmieszany z deszczem.
A ?nieg z deszczem jest wodnisty -
Fakt dla wszystkich oczywisty.

Na nic ca?e przedsi?wzi?cie!

Lis wykr?ci? si? na pi?cie,
Spu?ci? ogon na znak smutku
I do nory powolutku
Poszed?, by si? zamkn?? w norze,
Bo by? w bardzo z?ym humorze.

Lecz gdy ju? odeszli go?cie,
Wtedy z pieca jak najpro?ciej
Wyj?? sad?o, w?o?y? w garnki,
Garnki schowa? do spi?arki,
Po czym, dumny z tego zysku,
Krzykn??: - Brawo, Witalisku!

V

Jak co rok w Zielone ?wi?ta
Zgromadzi?y si? zwierz?ta
Dla obioru prezydenta.

Jest to taka wa?na sprawa,
?e zwierz?ce wszystkie prawa
Dzie? ten czyni? dniem przymierza:
Zwierz na zwierza nie uderza,
G?? jest pewna swego pierza,
Pies nie czai si? na je?a,
Owca mo?e wyj?? ze stada -
Nikt nikogo nie napada.
Kot nie drapie, wilk nie zjada,
Nawet zaj?c, cho? ma pierta,
Z odleg?o?ci kilometra
Obserwuje te wybory,
Nawet mysz wychodzi z nory,
Nawet tchórz ze strachu chory
Na wybory ?pieszy ?wawo,
Bo mu wolno. Bo ma prawo.

Lis Witalis, wielki szelma,
?ypie bia?kiem swego bielma,
Pr??y ogon znakomity,
Zwisaj?cy na kszta?t kity,
I w tyrolskim kapeluszu
Kr??y pe?en animuszu.

Tu do wilka si? przymili
I co? szepnie, tam po chwili
Do nied?wiedzia chy?kiem sunie,
Jakie? s?ówko rzuci kunie,
Chytrze mrugnie do jelenia,
Je?a mu?nie od niechcenia,
Mysz ogonem po?askocze,
Mimochodem, Bóg wie o czym,
Porozmawia chwilk? z rysiem.
- ?wietnie, lisie Witalisie!

Wszyscy my?l?: “A to szelma!
Jaki? w tym, widocznie, cel ma”

Ju? najstarszy wilk bu?aw?
Machn?? w lewo, machn?? w prawo;
Takie jest zwierz?ce prawo.

Ju? wybory rozpocz?ta -
Któ? zostanie prezydentem?

Lis spryciarzem by? bezsprzecznie,
Wi?c o g?os poprosi? grzecznie,
Wszed? na pie? i w s?owach kilku
Tak powiedzia?:
- Zacny wilku,
I wy, wszyscy tu zebrani,
Tak przeze mnie szanowani,
Albo mówi?c wprost - zwierz?ta!
Macie wybra? prezydenta.
Czy? jest kto?, kto nie pami?ta
Zas?ug lisa Witalisa?
W pi?ciu tomach ich nie spisa?!
Otó? ja przed wielu laty,
Gdym by? m?ody i bogaty,
W ci?gu jednej tylko wiosny
Zasadzi?em tutaj sosny,
Buki, d?by - niemal wszystko,
By zwierz?tom da? schronisko!
Dla was szereg lat z zapa?em
Drób w kurnikach hodowa?em,
Dla was w chlewach tucz? wieprze,
By?cie mieli ?ycie lepsze.
Jestem waszym dobrodziejem,
A sam nie ?pi?, a sam nie jem,
Tylko my?l? dniem i noc?,
Jak zwierz?tom przyj?? z pomoc?…

Mrukn?? nied?wied? do s?siada:
- Co tu gada? - dobrze gada!
Szepn?? borsuk: - Jaka swada,
Jaka dykcja i wymowa,
To przynajmniej t?ga g?owa!

A tymczasem lis po chwili
Ci?gn?? dalej: - Moi mili,
Nie namawiam, ale radz?:
Je?li dzi? otrzymam w?adz?,
Daj? s?owo, ?e zasadz?
W ci?gu pi?ciu dni na piasku
Drzewa mego wynalazku.
Ju? nie szyszki, nie ?o?edzie,
Ale rosn?? na nich b?dzie
Schab w?dzony i pieczony,
Boczki, szynki, salcesony,
Mortadela i serdelki,
Mi?s przeró?nych wybór wielki,
Nawet prosi? w galarecie,
Je?li tylko zapragniecie.

Wszystkim oczy a? zab?us?y:
- Lis niezgorsze ma pomys?y,
Niech zostanie prezydentem!
- Czy przyj?te? - Tak! Przyj?te!
Nied?wied? obj?? go za szyj?
I zawo?a?: - Niech nam ?yje!
- ?yj nam, lisie Witalisie! -
Powtórzy?y za nim rysie,
Kuny, tchórze i jelenie
Oraz ca?e zgromadzenie.

Po wyborach zgodnie z prawem
Lis od wilka wzi?? bu?aw?
I do domu cztery koz?y
Z wielk? pomp? go zawioz?y.

Kiedy jecha? le?n? drog?,
Wpierw widziano jego ogon,
Co jak ruda chmura zwisa,
A dopiero potem - lisa.

Ju? nazajutrz na polanie
Zacz?? lis urz?dowanie.
Kaza? poda? sobie kor?,
Wzi?? do gar?ci pióro spore
I ustaw? za ustaw?
J?? wydawa? z wielk? wpraw?:

- Zarz?dzamy, by zwierz?ta
Do u?ytku prezydenta
Oddawa?y, prócz okupu,
Czwart? cz??? swojego ?upu.

?eby ka?dy ptak od maja
A? do maja wszystkie jaja
Niós? dla lisa Witalisa,
Który ?ó?tka z nich wysysa.
?eby kury i kurcz?ta
Same sz?y do prezydenta
I prosi?y, by na ro?nie
Raczy? upiec je ostro?nie.
Nie pami?tam ju?, niestety,
Jakie prawa i dekrety
Wyda? jeszcze lis ponadto,
Lecz zwierz?cy ca?y ?wiat to,
Pe?en l?ku i poddania,
Wykonywa? bez szemrania.

*

Up?ywa?y dni, tygodnie…
Lis Witalis ?y? wygodnie,
?upi? wszystkich, jak si? da?o,
I korzy?ci mia? niema?o.

Przed siedzib? jego zawsze
Dwa nied?wiedzie co naj?wawsze
Sta?y sprawnie i wzorowo
Pe?ni?c wart? honorow?.

Sta?y te? jelenie cztery,
By go wozi? na spacery.

A wiewiórki przez dzie? ca?y
Przy ogonie si? krz?ta?y
I chucha?y, i dmucha?y,
I bez przerwy go czesa?y.

Niky spokoju nie mia? w lesie:
Ten us?u?y, tamten poda,
Ten przyniesie, ten odniesie,
Nawet borsuk - wojewoda,
Cho? to bardzo dumna sztuka,
By? u lisa za hajduka,
Wi?c z?o?ci?o to borsuka.

Jad? Witalis za dwudziestu
I zwierz?ta bez protestu
Napycha?y mu spi?arni?,
Chocia? same jad?y marnie.

Nigdy nie chcia? z nikim gada?
Ani nawet odpowiada?
Na pytania, na podania
I nie dawa? pos?uchania.
Siedzia? dumny niczym basze,
Jad? i mówi?: - Sprawa wasza
Dobrze dba? o mój ?o??dek.
Taki musi by? porz?dek!
Jam prezydent, czyli w?adza,
A jak komu nie dogadza,
Niech zabiera si? i zmiata,
Je?li nie chce w?cha? bata!

Gdy ju? wreszcie lisi nierz?d
Kl?sk? spad? na ?ycie zwierz?t,
Wilk cichaczem, bez ha?asu,
Zwo?a? wielki wiec do lasu
I gdy wszyscy si? zebrali,
Rzek?: - Nie mo?e by? tak dalej!

VI

Czeka wszystkich nas zag?ada
I jest na to jedna rada:
Z?apmy lisa lub zastrzelmy -
Do?? ju? rz?dów tego szelmy,
Tego lisa Witalisa,
Który soki z nas wysysa!

Pad?y s?owa: - Racja! Brawo!
- Lis Witalis gwa?ci prawo!
- Zniszczy? wszystkich nas ze szcz?tem!
- Precz! Precz z takim prezydentem!
I uchwali? wiec zwierz?cy,
?e nie ?cierpi tego wi?cej,
?e lis broi? co niemiara,
Wi?c go musi spotka? kara.

Lis tymczasem do lusterka
Niespokojnym okiem zerka;
Nagle widzi - co to? Rysa!
Strach oblecia? Witalisa.
A tu rysa ro?nie, ro?nie,
Za?amuje si? uko?nie
I lusterko ca?e ?amie.
A Witalis siedz?c w jamie
Zimny pot ociera z czo?a.
- Sprawa jednak nieweso?a!

machn?? raz czy dwa ogonem,
Po czym smutnie rzek?: - Sko?czone!
Co u?y?em, to u?y?em,
Dobrze jad?em, dobrze pi?em,
Za to teraz czas mi w drog?.
Trudno. Zosta? tu nie mog?!

Zapakowa? par? waliz.
I chcia? umkn?? lis Witalis.

Zatrzyma?y go nied?wiedzie:
- Po co ?pieszy? si?, s?siedzie?
Nie tak pr?dko, jeszcze chwilka,
Wst?pi? musisz wpierw do wilka,
Wilk ma spraw do ciebie kilka.

- Wilk zaprasza? Rzecz ciekawa!

- Wilk ci? wzywa w imi? prawa!

- Ani my?l?. Nie chce mi si?!
- Mamy rozkaz Witalisie,
Lepiej si? nie stawiaj hardo,
Bo dostaniesz halabard?.

Tu lisowi ?cierp?a skóra.
Widz?c, ?e ju? nic nie wskóra,
Ci??ko westchn??, spu?ci? ogon
I potulnie ruszy? drog?.

Wilk na? czeka? w cieniu buka:
Z prawej strony mia? borsuka,
Z lewej dzika. Nieco dalej
Delegaci zwierz?t stali.

Lis zatrzyma? si? w pó? drogi,
Ale wilk, ogromnie srogi,
Rykn??: - Bli?ej! Ruszaj mi si?!
Kara ci? nie minie, lisie!
Bra? go!

Wzi??y go dwa rysie,
Ten za nogi, ów za g?ow?;
Wilk zawo?a? wi?c: - Gotowe!
Wtedy wysz?y dwie ?asiczki;
Mia?a ka?da z nich no?yczki.
Pochwyci?y ogon lisa,
Co jak ruda chmura zwisa?,
I do pracu si? zabra?y:
Ci??y, strzyg?y, przystrzyga?y,
Odrzuca?y rude p?ki,
Podcina?y puszek mi?kki
Szybko, zwinnie, lecz ostro?nie.
A lis wi? si? jak na ro?nie,
J?cza?, szlocha?, zrozpaczony:
- Taki ogon nad ogony
Ostrzyc… zniszczy?! O zbrodniarze!
Jak?e? teraz si? poka???
Jak poka?? si? z ogonem
Tak nikczemnie ostrzy?onym?!

Rzeczywi?cie. Ogon lisa
Zwisa? jak pa?eczka ?ysa,
A wiart rudy puch rozwiewa?
I unosi? ponad drzewa.

Wypu?ci?y lisa rysie,
A wilk rykn??: - Wyno? mi si?,
Zmiataj, lisie Witalisie!

Lis ucieka?, gdzie pieprz ro?nie.
Raz zatrzyma? si? przy so?nie
I us?ysza? zawstydzony,
Jak si? z niego ?mia?y wrony,
Kuny, sus?y, nawet je?e -
Ka?dy ptak i ka?de zwierz?:

- Taki ogon zamiast tyczki
Móg?by by? dla ogrodniczki!
- To? to s?k, nie ?aden ogon!

- ?mieszny widok, swoj? drog?!

- To ci ogon nad ogony!…

Lis Witalis, o?mieszony,
Wyszydzony, uciek? z lasu
I ju? nikt od tego czasu
Nie ogl?da? Witalisa -
Nawet ja, com go opisa?.




piątek, styczeń 20th 2006


Ja? i Ma?gosia - Jan Brzechwa
posted @ 1:32 pm in [ Dla dzieci - Bajki ]

JA? I MA?GOSIA

Narrator:
Pos?uchajcie, oto bajka,
Stara bajka-samograjka,
Ale dla was, daj? s?owo,
Wymy?li?em j? na nowo.
Je?li nie znacie jej, to poznacie.
A by?o tak:
W ma?ej chacie,
Od ludzkich osiedli z dala
Mieszka?a rodzina drwala
Z czterech osób z?o?ona.
By? wi?c drwal, jego ?ona
I - jak to si? w bajkach kleci -
By?o tak?e dwoje dzieci,
W waszym wieku, mniej wi?cej.
Ja piosenk? im po?wi?c?,
Przys?uchajcie si? piosence:

Ja?:
My mieszkamy w chatce drwala.

Razem:
Trala-lala, trala-la.

Ma?gosia:
Nasz? chatk? las okala.
Trala-lala, trala-la.

Ja?:
A nazywamy si?,
Ja? i Ma?gosia.

Ma?gosia:
Bardzo kochamy si?,
Ja? i Ma?gosia.

Razem:
Razem trzymamy si?,
Mamy s?uchamy si?,
Tralala-la!

Matka:
Dzieci kochane, ?piewacie cudnie,
Ale ju? min??o po?udnie,
Ojciec czeka na obiad w lesie,
Dzi? Ma?gosia kobia?k? zaniesie.

Ma?gosia:
Pójdziemy z Jasiem we dwoje,
Bo ja troszeczk? si? boj?.

Ja?:
Dlaczego puszcza? j? sam??
Pójd? z Ma?gosi?, mamo.

Matka:
A kto mi w domu pomo?e?
A kto uprz?tnie w oborze?
A kto zamiecie w komorze?
No, dobrze ju?. Tym razem
Pozwalam i?? wam razem.
To zreszt? niedaleko.
W kobia?ce jest chleb, jest mleko,
A tu gor?ce pierogi.
Nie zbaczajcie wi?c z drogi,
Le?cie szybko jak dwa szczyg?y,
By pierogi nie wystyg?y.

Ja?:
Ju? biegniemy, mamo droga,
Pami?tamy o pierogach!

Ka?dy ptak nam w lesie ?piewa.
Trala-lala, trala-la.

Ma?gosia:
Znamy w lesie wszystkie drzewa.

Razem:
Trala-lala, trala-la.

Ja?:
A nazywamy si?
Ja? i Ma?gosia.

Ma?gosia:
Razem trzymamy si?,
Ja? i Ma?gosia.

Razem:
Borem skradamy si?.
Wilkom nie damy si?,
Tralala-la!

Ja?:
Spójrz, Ma?gosiu, jakie? zwierz?!

Ma?gosia:
Ojej, Jasiu, strach mnie bierze,
Wszak to wilk. Jest pewno z?y,
Bo okropnie szczerzy k?y.
Uciekajmy.

Ja?:
Wilk jest pr?dszy,
On po ?ladach nas wyw?szy.

Wilk:
Wilk jest panem w lesie,
A gdy je?? my chce si?,
Idzie sobie w lasu g??b,
?eby znale?? co? na z?b.
Trzeba szybko je?? -
I cze??!

Oto widz? jad?o,
Co mi z nieba spad?o.
Idzie jaki? smaczny k?s,
Idzie para ?wie?ych mi?s,
Trzeba szybko je?? -
I cze??!

Ruszam prosto na nie,
B?d? mia? ?niadanie,
Chyba to s? owce dwie,
Do nich j?zyk a? si? rwie,
Trzeba szybko je?? -
I cze??!

Nie, to dzieci! Mam wi?c pecha!
Có? mi z dzieci za pociecha?

Ma?gosia:
Patrz, on prosto ku nam zmierza…
Tak si? boj? tego zwierza,
Uciekajmy!

Wilk:
Ja nie radz?,
Bo cho? tu sprawuj? w?adz?,
Cho? mi w brzuchu burczy z g?odu,
Ale wilki z mego rodu
Tym si? szczyc? od stuleci,
?e nie krzywdz? ma?ych dzieci.

Ja? i Ma?gosia:
Dzi?kujemy ci, wilku, za to.

Wilk:
Jad?a wyrzekam si? z w?asn? strat?.
Teraz zmiatajcie st?d. Do widzenia!
Ju? nie dra?nijcie mi podniebienia.
Id?cie prosto przez polan?,
A ja o suchym pysku zostan?.

Ma?gosia:
Le?my, Jasiu, t?dy przez kniej?!

Ja?:
Wilk na szcz??cie pierogów nie je,
A tato lubi je i czeka,
S?ysz? ju? jego g?os z daleka.

Drwal:
Zetn? sosn?, sosn? zetn?,
B?d? z sosny deski ?wietne,
Pi?o, r?nij, siekiero, wal,
Róbcie to, co ka?e drwal.

Lubi? chodzi? na wyr?by,
?cina? graby, ?cina? d?by,
Pi?o, r?nij, siekiero, wal,
Róbcie to, co ka?e drwal!

Gdy spi?uj? d?b wiekowy,
D?b si? nada do budowy,
Pi?o, r?nij, siekiero, wal,
Róbcie to, co ka?e drwal.

Gdy zawioz? grab do szko?y,
B?d? z niego pi?kne sto?y,
Pi?o, r?nij, siekiero, wal,
Róbcie to, co ka?e drwal!

Ja?:
Przynie?li?my, tato, kobia?k?,
Lecz pierogi wystyg?y ju? ca?kiem.

Ma?gosia:
Pierogi s? smaczne, z grzybami,
A te grzyby zbierali?my sami.

Drwal:
Co? Pierogi? A to ci dopiero!
Zamachn??em si? w?a?nie siekier?,
Zostawcie kobia?k?, zjem potem,
Zmykajcie, dzieci, z powrotem,
Bo tu wko?o drzazgi lec?,
A ja popracuj? nieco,
Nie mam czasu do stracenia.

Ja?:
?egnaj, tato!

Ma?gosia:
Do widzenia!

Drwal:
Wracajcie t? dró?k? na wprost.

Ma?gosia:
S?yszysz, Jasiu? ?piewa drozd.

Ja?:
Ma?gosiu, nie drozd, lecz pliszka.

Ma?gosia:
Popatrz, jaka dziwna szyszka.

Ja?:
Na szyszk? troch? za g?adka,
Spójrz, to przecie? czekoladka!

Ma?gosia:
Tu jest irys, tu cukierek!

Ja?:
Kto? je pouk?ada? w szereg,
Jak w sklepie - taki równiutki.

Ma?gosia:
Tu znowu le?? ci?gutki…

Ja?:
Wyborne…

Ma?gosia:
I s?odkie szalenie.

Ja?:
Trzeba nape?ni? kieszenie.

Ma?gosia:
Naje?? si? te? nie zawadzi.
A dok?d ta droga prowadzi?
Bo tam dalej na odmian?,
Widz? krówki rozsypane.

Ja?:
A tu znów inne s?odycze!
Jak du?o! Wprost ich nie zlicz?!
Marmoladki, czekoladki
Rosn? wprost jak le?ne kwiatki.

Ma?gosia:
To ci dopiero przygoda!
Nie zjemy wszystkich, a szkoda!

Ja?:
Stój! Popatrz! Domek z piernika!
Czy to sen? Nie! Domek nie znika.
Gdzie popatrze? - wsz?dzie piernik,
Zbudowa? go chyba cukiernik.

Ma?gosia:
Zaraz kawa?ek u?ami?…
Pyszny! Trzeba zanie?? mamie.

Ja?:
Spójrz, Ma?gosiu, na t? ?cian?…
To pierniki lukrowane,

Ma?gosia:
A z tej strony nadziewane.
Skosztuj, czy czujesz smak ró?y?

Ja?:
U?amiemy kawa? du?y!
Kiedy mama go dostanie,
B?dzie mia?a u?ywanie.

Narrator:
Do?? d?ugo dzieci drwala zbiera?y ?akocie
Ani my?l?c o powrocie,
A domkiem z pierników tak by?y zaj?te,
?e da?y si? wzi?? na przyn?t?.
To w?a?nie czarownica z?a i gniewna srodze
Rozsypa?a s?odycze na drodze.
I w ten sposób zwabi?a Jasia i Ma?gosi?.
Czarownic? poznacie po g?osie!

Czarownica:
Hola! Có? to za przyb??dy
Maj? ?mia?o?? chodzi? t?dy?
Kto mi domek z pierników objada?
O, to zuchwalstwo nie lada!

Ma?gosia:
Jasiu, s?yszysz? ?adne rzeczy!
Kto? nam okropnie z?orzeczy.

Czarownica:
Jestem gro?na czarownica,
Cha-cha!
Zna mnie ca?a okolica,
Cha-cha!
Kiedy dnieje, kogut pieje,
Ja si? ?miej?
Ucha-cha!

Mam ja wilka na pos?ugi,
Cha-cha!
Czy to s?oty, czy szarugi,
Cha-cha!
Wicher wieje, z nieba leje,
Ja si? ?miej?
Ucha-cha!

Piernikami dzieci n?c?,
Cha-cha!
Kto tu wszed?, nie wyjdzie wi?cej.
Cha-cha!
Piec si? grzeje, ?arem zieje.
Ja si? ?miej?
Ucha-cha!

Ma?gosia:
S?yszysz, co ona ?piewa?
Jasiu, Jasiu, b?dzie krewa!

Czarownica:
Dawno mia?am na was chrapk?,
Wpadli?cie w moj? pu?apk?!
Droga do mnie wydawa?a si? s?odka,
A czy wiece, co teraz was spotka?

Ja?:
My?leli?my, ?e pierniki s? dla nas…

Czarownica:
Dobry z ciebie ananas!

Ma?gosia:
Niepotrzebnie pani si? z?o?ci,
My?my przyszli do pani w go?ci,
A przecie? ludzie w Polsce s?yn? z go?cinno?ci.

Ja?:
Niech nas pani wypu?ci!

Czarownica:
Wypu?ci? was? A ju?ci!
Zaraz w szpony was pochwyc?
I - poznacie czarownic?!

Ma?gosia:
Pani tylko tak straszy…

Ja?:
Nauczyciel w szkole naszej
Od dawna uczy nas przecie,
?e czarownic nie ma na ?wiecie.

Czarownica:
Co? Tego ucz? was w szkole?
Ja drwi? z siebie nie pozwol?!
To zuchwalstwo, daj? s?owo!
Kim wi?c jestem? Owc?? Krow??
Czy mo?e po prostu sow??
W mojej szkole jest inaczej,
Kto nie wierzy, ten zobaczy.
B?d? trzyma? was pod kluczem
I upas?, i utucz?,
Bo nie lubi? chuderlaków -
Mi?so chude jest bez smaku,
A w dodatku ?ykowate.
Potem wrzuc? na ?opat?
I pod blach? wczesnym rankiem
Upiek? was z majerankiem.

Ja?:
Prosz? pani, ja nie wierz?!
Nawet wilk, ?ar?oczne zwierz?,
Cho? by? g?odny, nas oszcz?dzi?.

Czarownica:
Wilk ma w lesie do?? ?o??dzi.
To punkt pierwszy. A punkt drugi -
Wilk jest u mnie na pos?ugi.
Kiedy sid?a me zastawi?,
On ju? wie, co piszczy w trawie.
Mo?e nawet szpetnie szczeknie,
Lecz mojego ?upu nie tknie.
A teraz ju? sko?czmy gadanie,
Jako rzek?am, tak si? stanie.

Ma?gosia:
My jeste?my dzie?mi drwala,
Tato je?? nas nie pozwala!

Ja?:
On siekier? ma ze stali
I siekier? mocno wali.

Ma?gosia:
Ma on tak?e ostr? pi??.
Je?li pani ?ycie mi?e…

Czarownica:
Do?? ju?! Wi?cej ani s?owa!
Klatka dla was jest gotowa.
Wilku, hej! Mój wilku bury,
Do mnie! Wysu? swe pazury,
Poka? k?y zuchwa?ej parce
I niech sko?cz? si? te harce.

Wilk:
Nim zawo?asz po raz drugi,
Jestem ju? na twe us?ugi.

Ja?:
Ojej, wilk! By? grzeczny, g?adki,
Teraz wpycha nas do klatki.

Ma?gosia:
Wilku, nie drap tak, powoli…

Ja?:
Delikatniej, bo j? boli!
Czy to jest obyczaj wilczy?

Wilk:
Niech kawaler lepiej milczy,
Przykro s?ucha? tych z?orzecze?.
Ma by? piecze? - b?dzie piecze?!

Czarownica:
Ja zabieram klucz od klatki,
A wam daj? czekoladki,
Marmoladki i karmelki,
Strucle, ciastka, piernik wielki,
Wór irysów i ci?gutek -
Jedzcie! By przyspieszy? skutek,
Sprawiam uczt?. Na tej uczcie
Nale?ycie si? utuczcie,
Bo gdy wam przyb?dzie cia?a,
To ja b?d? ucztowa?a.

Ma?gosia:
Pani jest bez serca.

Ja?:
Pani jest ludo?erca!

Wilk:
Przykro s?ucha? tych z?orzecze?.
Ma by? piecze? - b?dzie piecze?!

Czarownica:
Ich mowa ju? mi obrzyd?a,
Chod?my, wilku, zastawi? sid?a,
Pójdziemy przez bór, przez kniej?,
Zobaczymy, co tam si? dzieje.
Wy za?, dziatki, jedzcie du?o
I niech wam ?akocie s?u??.

Sma??, warz? smo?? w kotle
Cha-cha!
A jak je?d??, to na miotle,
Cha-cha!
Trzeszc? knieje, ?le si? dzieje,
Ja si? ?miej?
Ucha-cha!

Ja?:
Posz?a sobie lasem-borem,
Pewno wróci przed wieczorem,
S?odyczami nas upasie,
No i zje po pewnym czasie.

Ma?gosia:
Niby ?adna, niby m?oda,
A taka niedobra. Szkoda!

Ja?:
Trzeba pój?? po rozum do g?owy,
Pos?uchaj, mam plan gotowy:
Zawsze nosz? drut przy sobie,
Z drutu ró?ne rzeczy robi?,
A tym razem w sposób chytry
Mój drut przerobi? na wytrych.
Pomó? mi, bo drut jest grudy,
Przyst?pi? zaraz do próby.
Krata jest troch? za ?cis?a…

Ma?gosia:
Czy?by wi?c nadzieja prys?a?

Ja?:
Rozsuniemy troch? krat?,
Ty ci?nij na t?, ja na t?,
Mocniej, mocniej! Jeszcze ?dziebko!

Ma?gosia:
Ty, Jasiu, r?k? masz krzepk?,
A ja…

Ja?:
Pchaj ?okciem, kolanem!
Ju? teraz si? tam dostan?,
Jestem w zamku. Drutem kr?c?…
Mam troch? za krótkie r?ce…

Ma?gosia:
Musisz si? przecisn?? wi?cej!

Ja?:
Opór w zamku nieco s?abnie…

Ma?gosia:
Ach, jak ty to robisz zgrabnie,
Majster z ciebie i m?drala,
Zna?, ?e jeste? synem drwala!

Ja?:
Zamek zgrzytn??! Do roboty,
Jeszcze tylko dwa obroty,
Lecz r?ka mi ju? omdla?a…

Ma?gosia:
B?d? j? podtrzymywa?a,
Jasiu, jeszcze chwilka ma?a!

Ja?:
Wytrych znowu si? obraca,
Drut ostatni zatrzask maca,
Wnet sko?czona b?dzie praca.

Ma?gosia:
Z czo?a pot ci sp?ywa strug?,
Trzeba wytrwa?!

Ja?:
Ju? nied?ugo.
Co to? Czy si? zamek zatka??
Nie! To ju?! Otwarta klatka!

Ma?gosia:
Znów jeste?my wolni! Brawo!
Uciekajmy teraz ?wawo.

Ja?:
Uciekajmy! Mrok zapada.

Ma?gosia:
Ciszej! Kto? ku nam si? skrada.
To na pewno czarownica…
Skryjmy si?, bo sierp ksi??yca
Na nas rzuca swoje ?wiat?o.

Ja?:
Teraz uciec ju? nie?atwo.

Czarownica:
Co to? Klatka jest otwarta?
Gdzie wi??niowe? Có?, do czarta?!
Pewno w k?t si? gdzie? zaszyli…
Odezwijcie si? w tej chwili!
Pr?dzej! Nie ma ?artów ze mn?,
Wnet was znajd?, cho? jest ciemno,
Zrewiduj? ca?? klatk?!

Ja?:
Patrz, Ma?gosiu… Mamy gratk?!
Podkradnijmy si? czym pr?dzej
I zamknijmy w klatce j?dz?.

Ma?gosia:
Ciszej… Skryjmy si? za drzewa.
Ty id? z prawa, a ja z lewa,
Cichute?ko, bez szelestu,
Gdzie si? podzia? drut mój?

Ma?gosia:
Jest tu!

Ja?:
No, to bierzmy si? do dzie?a,
By nam j?dza nie umkn??a.
Jeden ruch drucianym pr?tem…
Hops! I drzwiczki ju? zamkni?te.

Czarownica:
W klatce nie ma ich. A co to?
O, smarkaczu! O, niecnoto!
Mnie uwi?zi? tak szkaradnie?
Ci??ka na was kara spadnie!
Wilku, hej! Mój wilku bury,
Do mnie! Wysu? swe pazury,
Ostre k?y i z?by uka?,
Wilcz? paszcz? dzieci ukarz!

Wilk:
Jestem, pani czarownico,
Ale tym si? w?a?nie szczyc?
Wszystkie wilki z mego rodu,
?e cho? kiszki burcz? z g?odu,
?aden z nich nie skrzywdzi dzieci -
I tak jest ju? od stuleci.
?egnaj! Niech si? co chce dzieje,
A ja precz odchodz?, w kniej?.

Czarownica:
No to koniec ju? zabawy!
Chod?cie do mnie bez obawy,
Powiem wam, jak stoj? sprawy.
Bardzo lubi? za?artowa? -
I was chcia?am wypróbowa?.
Bajka nasza si? nie liczy:
Tu jest fabryka s?odyczy,
Za drzewami, z tamtej strony,
Wida? szklane pawilony.
A te wszystkie czekoladki,
Marmoladki, raczki, krówki
Spad?y dzisiaj z ci??arówki.
Ja pracuj? w magazynie,
Odpowiadam, gdy co? zgnie.
Towar ten to rzecz nietania,
A wy w?a?nie bez pytania
Pozrywali?cie pierniki.
Chcia?am was ukara?, smyki,
Bo cudzego si? nie zjada!

Ma?gosia:
Wi?c to by?a maskarada?

Ja?:
Wi?c te dziwy si? nie dziej??

Ma?gosia:
Czarownice nie istniej??

Czarownica:
O tym wiecie ju? ze szko?y.
To by? tylko ?art weso?y.
Na nim bajka jest oparta,
Chyba znacie si? na ?artach?

Ja?:
No, a chatka piernikowa?

Czarownica:
To produkcja eksportowa
Dla nabywaców z zagranicy,
Zwie si? Chatk? Czarownicy.
Pakujemy chatki w klatki,
?adujemy je na statki
I tak w?a?nie w ?wiat przez Gdyni?
Towar nasz na zachód p?ynie.

Ma?gosia:
No a wilk, co tu, w?ród sosen,
Mówi? do nas ludzkim g?osem?

Czarownica:
To nie wilk, to pies po prostu,
Lecz wi?kszego nieco wzrostu,
Wilczur - m?dry, tresowany,
Czy nie znacie tej odmiany?

Ja?:
Lecz on gada? najwyra?niej.

Czarownica:
Chyba w waszej wyobra?ni.
Pies nie gada, tylko szczeka,
A on szceka? ju? z daleka.

Ja?:
Wilk si? nam przywidzia?? Szkoda!

Ma?gosia:
Pi?kna by?a to przygoda…

Ja?:
No to bardzo przepraszamy

Ma?gosia:
I wracamy ju? do mamy!

Ja?:
Tato nas na pewno zgani.
Tak nam przykro, prosz? pani!

Czarownica:
Powiem wam na po?egnanie,
?e?cie dzielni nies?ychanie.
Za to ka?de z was dostanie
Po pude?ku czekoladek,
A dla mamy, na wypadek,
Gdyby bardzo si? gniewa?a,
B?dzie ciastek torba ca?a.
Mo?e Ja? by sam je dobra?…

Ma?gosia:
Pani dla nas taka dobra!

Czarownica:
Moja dobro? was zachwyca?
Przecie? jestem czarownica.
Ale o tym - sza - nikomu!
Teraz le?cie ju? do domu.

Ja?:
Do widzenie!

Czarownica:
B?dzcie zdrowi.
T?dy, prostu ku domowi!

Ja? i Ma?gosia:
Tak si? ko?czy nasza bajka.
Trala-lala!
Trala-la!
Stara bajka-samograjka.
Trala-lala!
Trala-la!
Bajka nazywa si?
“Ja? i Ma?gosia.”
Tu ju? urywa si?
“Ja? i Ma?gosia.”
Co z bajk? ?aczy si?,
To dobrze ko?czy si?.
Trala-lala,
Trala-lala,
Trala-lala,
Trala-la!

Ja? i Ma?gosia




czwartek, styczeń 19th 2006


Nasz Szkapa - Maria Konopnicka
posted @ 11:32 pm in [ Lektury i literatura szkolna - Dla dzieci - Nowele ]

NASZA SZKAPA

linia_1

Zacz??o si? to od starego ?ó?ka, co?my na nim we trzech sypiali.
Tego dnia ojciec z?y czego? z rzeki wróci? i siad?szy na ?awie, r?k? g?ow? podpar?. Pyta?a si? matka raz i drugi, co mu, ale dopiero za trzecim razem odpowiedzia?, ?e si? ta robota ko?o ?wiru sko?czy?a i ?e szkapa tylko piasek teraz wozi? b?dzie. Zaraz mnie Felek szturchn?? w bok, a matka j?kn??a z cicha.
Mia? ojciec nad wieczorem po doktora i??, ale mu jako? niesporo by?o. Chodzi?, medytowa?, po k?tach poziera?, a? stan?? przed matk? i rzek?:
- Co ch?opakom po ?ó?ku, Anulka? Sypiam ja na ziemi, to? i oni mog?.
Spojrzeli?my po sobie. Dwie z?ote iskry zab?ys?y w siwych oczach Felka. Prawda! Co nam po ?ó?ku? Piotrusia tylko pilnowa? trzeba, ?eby z niego nie spad?.
- Dalej! jazda! - krzykn?? Felek i zanim matka odpowiedzie? zd??y?a, ju?e?my we trzech siennik na ziemi? ?ci?gn?li, a Fe?ek koz?y wywraca? na nim zacz??.
Po ?ci?gni?ciu wszak?e siennika okaza?o si?, ?e desek w ?ó?ku brakuje dwóch, a bok jeden ze wszystkim od?azi. Nie chcia? tedy “handel”, którego mi ojciec zawo?a? kaza?, o ?ó?ku ani gada?, pieni?dze naliczone miedziakami zgarn?? w mieszek, zwi?za? i za cha?at na piersi zasun??. Opu?ci? mu ojciec dziesi?tk?, potem dwie, potem z?otówk? ca??, ale si? ?ydzisko upar?o. Z sieni dopiero brod? do izby wsadzi?, post?puj?c pó? rubla bez siedmiu groszy, je?li mu ojciec i poduszk? sprzeda.
Zawaha? si? ojciec, spojrza? na nas, spojrza? na matk?; wszystkiego razem mia?o by? jedena?cie z?otych.
- Có? ch?opaki? - zapyta? wreszcie - obejdziecie si? bez poduszki tymczasem, póki matka chora?
- Ojej’. - wrzasn?? Felek przyduszonym g?osem, gdy? w?a?nie na g?owie sta?, a nie zmieniaj?c pozycji poduszk? na izb? cisn??. Chwyci? j? Piotru? i na Felka rzuci?, Felek znów na mnie, a? nam j? .,handel” z r?k wyrwa?, ?eby?my nie poszarpali.
- Ale bez poszewki! - odezwa?a si? s?abym g?osem matka.
Natychmiast wyrwali?my “handlowi” poduszk?, któr? ju? pod pach? trzyma?- i zacz?li?my i niej poszewk? ?ci?ga?.
Po ?ci?gni?ciu wszak?e poszewki okaza?o si?, ?e poduszka w jednym rogu rozpruta i ?e si? z niej pierze sypie, Znów tedy “handel” jedenastu z?otych da? nic chcia?, tylko dziesi?? bez pi?tnastu groszy.
Targ w targ. zgodzi? si? z ojcem na ca?e dwa ruble, ale ?eby mu jeszcze ko?dr? nasz? doda?.
Ojciec spojrza? na matk?. By?a tak os?abion? i blad?, ?e wygl?da?a jak martwa, le??c na wznak, z g??boko zapad?ymi oczami,
- Anulka?… - szepn?? ojciec pytaj?co.
Ale matk? chwyci? kaszel, wi?c odpowiedzie? nie mog?a.
- My tam ko?dry, prosz? ojca. nie chcemy! - krzykn?? Felek. - My si? tylko o t? ko?dr? co noc bi? musimy. Niech Wicek powie!…
- Prawda, prosz? ojca! - potwierdzi?em gorliwie. - Co noc si? bi? musimy, bo spada…
“Handel” ju? ko?dr? zwin?? i pod pach? wsadzi?. Wybiegli?my za nim z tryumfem na podwórko.
- Wiecie? - krzykn?? Felek ch?opakom, co tam w klip? grali - “handel” kupi? nasze ?ó?ko, ko?dr? i poduszk?! B?dziemy teraz na ziemi na sienniku spali!…
- Wielka parada! - odkrzykn?? blady Józiek od krawca z lewej oficyny. - Ja ju? dwa lata u majstra na ziemi sypiam i bez siennika nawet.
Zaimponowa? nam. Sypianie takie nie by?o wi?c ju?, wida?, wynalazkiem naszym.

(more…)




czwartek, styczeń 19th 2006


A jak poszed? Król… - Maria Konopnicka
posted @ 11:19 pm in [ Dla dzieci - Wiersze ]

A JAK POSZED? KRÓL…

A jak poszed? król na wojn?,

Gra?y jemu surmy zbrojne,

Gra?y jemu surmy z?ote

Na zwyci?stwo, na ochot?…

A jak poszed? Stach na boje,

Zaszumia?y jasne zdroje,

Zaszumia?o k?osów pole

Na t?sknot?, na niedol?…

A na wojnie ?wiszcz? kule,

Lud si? wali jako snopy,

A najdzielniej bij? króle,

A najg??ciej gin? ch?opy.

Szumi? or?y chor?gwiane,

Skrzypi k?dy? krzy? wioskowy…

Stach ?mierteln? dosta? ran?,

Król na zamek wraca zdrowy…

 

A jak wje?d?a? w jasne wrota,

Wysz?a przeciw zorza z?ota

I zagra?y wszystkie dzwony

Na s?oneczne ?wiata strony.

A jak ch?opu dó? kopali,

Zaszumia?y drzewa w dali.

Dzwoni?y mu przez d?brow?

Te dzwoneczki, te liliowe…




czwartek, styczeń 19th 2006


Jak sz?a Wis?a do morza - Maria Konopnicka
posted @ 11:17 pm in [ Dla dzieci - Wiersze ]

JAK SZ?A WIS?A DO MORZA


A ta ?liczna Wis?a

Na ?l?sku wytrys?a,

Przelecia?a kawa? ?wiata,

Nim tu do nas przysz?a.

Przelecia?a ?l?sko,

Przelecia?a Kraków.

Czerpa?o z niej magiereczk?

Nie ma?o junaków!

Przelecia?a Kraków,

Posz?a pod Warszaw?,

Roz?piewa?a swoim szumem

Ka?de serce prawie

Spod Warszawy posz?a

Pod wysokie P?ocko,

Za?wieci?a stu gwiazdami

?wi?toja?sk? nock?!

A zasi? spod P?ocka

Pod ten Toru? stary

Z?otym ?ytem i pszenic?

Podnios?a galary.

Spod Torunia zasi?

Do Gda?ska lecia?a

Otwartymi ramionami

Gda?sko powita?a.

I wzi??a w ramiona

Wielu ziem przestworza,

Zaszumia?a pie?ni? ?ycia,

Skoczy?a do morza!




czwartek, styczeń 19th 2006


Kuku?eczka - Maria Konopnicka
posted @ 11:15 pm in [ Dla dzieci - Wiersze ]

KUKU?ECZKA

Po tym ciemnym boru

Kuku?eczka kuka,

Z ranka do wieczora

Gniazdka sobie szuka.

Kuku! Kuku!

Gniazdka sobie szuka.

- A ty, kuku?eczko,

Co na drzewach siadasz,

Jakie ty nowiny

W lesie rozpowiadasz?

Kuku! Kuku!

W lesie rozpowiadasz?

Lecia?am ja w maju

Z ciep?ego wyraju,

Zagubi?am w drodze

?cie?ynk? do gaju!

Kuku! Kuku!

?cie?ynk? do gaju!

Zgubi?am ?cie?k?

Do gniazdeczka mego,

Teraz latam, teraz kukam,

Ot, ju? wiesz dlaczego.

Kuku! Kuku!

Ot, ju? wiesz dlaczego




czwartek, styczeń 19th 2006


Stefek Burczymucha - Maria Konopnicka
posted @ 11:13 pm in [ Dla dzieci - Wiersze ]

STEFEK BURCZYMUCHA

O wi?kszego trudno zucha,

Jak by? Stefek Burczymucha,

- Ja nikogo si? nie boj?!

Cho?by nied?wied?… to dostoj?!

Wilki?… Ja ich ca?? zgraj?

Pozabijam i pokraj?!

Te hieny, te lamparty

To s? dla mnie czyste ?arty!

A pantery i tygrysy

Na sztyk wezm? u swej spisy!

Lew!… Có? lew jest?! - Kociak du?y!

Naczyta?em si? podró?y!

I znam tego jegomo?ci,

Co z?y tylko, kiedy po?ci.

Szakal, wilk,?… Straszna nowina!

To jest tylko wi?ksza psina!…

(Brysia mijam za? z daleka,

Bo nie lubi?, gdy kto szczeka!

Komu zechc?, to dam rad?!

Zaraz za ocean jad?

I nie b?d? Stefkiem chyba,

Jak nie chwyc? wieloryba!

I tak przez dzie? bo?y ca?y

Zuch nasz tr?bi swe pochwa?y,

A? raz usn?? gdzie? na sianie…

Wtem si? budzi niespodzianie.

Patrzy, a? tu jakie? zwierz?

Do ?niadania mu si? bierze.

Jak nie zerwie si? na nogi,

Jak nie wrza?nie z wielkiej trwogi!

P?dzi jakby chart ze smyczy…

- Tygrys, tato! Tygrys! - krzyczy.

- Tygrys?… - ojciec si? zapyta.

- Ach, lew mo?e!… Mia? kopyta

Straszne! Trzy czy cztery nogi,

Paszcz? tak?! Przy tym rogi…

- Gdzie to by?o?

- Tam na sianie.

- W?a?nie porwa? mi ?niadanie…

Idzie ojciec, s?u?ba ca?a,

Patrz?… a tu myszka ma?a

Polna myszka siedzi sobie

I z?bkami serek skrobie!…




środa, styczeń 18th 2006


Ba?? o korsarzu Palemonie - Jan Brzechwa
posted @ 4:28 pm in [ Dla dzieci - Baśnie ]

Ba?? o korsarzu Palemonie


I


Kiedy król Fafu?a Czwarty
Zachorowa? nie na ?arty,
Do doktora rzek?: Doktorze,
Nic mi wida? nie pomo?e,
Przeznaczenie jest nieczu?e,
Przysz?a kreska na Fafu??.
Musz? umrze? - wola bo?a.
Niechaj zbli?? si? do ?o?a
Królewicze i królewny,
Do nich mam interes pewny.

Przed królewskie wi?c oblicze
Przyszli czterej królewicze
I królewny przysz?y cztery,
T?umi?c w sercach smutek szczery.
Król powiedzia?: Ju? dogasam
Z dzie?mi zosta? chc? sam na sam.
Prosz? wszystkich wyj?? z pokoju
I zostawi? nas w spokoju.

Gdy nie by?o ju? nikogo,
Król przemówi? z min? srog?:
Drogie dzieci, trudna rada,
?y? bez ko?ca nie wypada,
Trzeba umrze? na ostatku.
Dostaniecie po mnie w spadku
Z?otych monet dziesi?? garnków,
Dwie?cie wiosek i folwarków,
Wszystkie stada, psiarnie, stajnie,
Pola ?yzne nadzwyczajnie,
Lasów obszar niezmierzony,
Wszystko, wszystko - prócz korony.
Bo korona przeznaczona
Jest dla tego, kto pokona
Kapitana Palemona.
Ma on okr?t nad okr?ty,
Nie zwyczajny - lecz zakl?ty.
Od stu lat ?eglarzy p?oszy,
Wszystko niszczy i pustoszy,
Kto go ujrzy cho? z daleka,
Tego ?mier? niechybna czeka,
Kto si? za nim w pogo? pu?ci,
Znajdzie ?mier? na dnie czelu?ci,
Kto go schwyta i pokona,
Temu tron mój i korona!

Ledwie rzek? to król Fafu?a,
Z?a gor?czka go zatru?a,
Strasznych drgawek dosta? potem
I zmar? z pi?tku na sobot?.
No, a ju? w niedziel? rano
Króla godnie pochowano.
Dzieci ojca op?aka?y,
P?aka? z nimi naród ca?y,
A gdy min?? rok z kawa?kiem,
Zapomniano o nim ca?kiem.

II

P?ynie okr?t przez odm?ty,
Nie zwyczajny - lecz zakl?ty:
Pok?ad pusty, burta pusta,
Poprzez burt? fala chlusta,
Wicher p?dzi go i nagli,
Chocia? nie ma na nim ?agli.

Lecz co dzie? ko?o po?udnia
Pok?ad nagle si? zaludnia:
D?wi?cz? g?osy, dudni? buty,
Ukazuje si? z kajuty
Twarz przepita i czerwona
Kapitana Palemona…
Jego broda rozwichrzona,
Oczy ostre jak sztylety,
Dwa za pasem pistolety,
Jednym s?owem - posta? dzika
Kapitana - rozbójnika.
Ukazuje si? za?oga
Rozbójnicza i z?owroga:
A wi?c sternik-kuternoga,
Pi??dziesi?ciu marynarzy,
Starszych zbójów i korsarzy,
A na ko?cu kucharz-Chi?czyk
I kud?aty pies peki?czyk.

Gdy zaczyna szale? burza,
Okr?t w nurtach si? zanurza
I na morskim dnie osiada,
Gdzie niejedna ?pi armada.
To kraina niezmierzona
Kapitana Palemona.
Tam z kryszta?u s? pa?ace,
Tam korsarze ko?cz?c prac?
Odbywaj? uczty swoje,
Tam planuj? swe rozboje,
Tam chowaj? swe zdobycze,
Tam ma??onki rozbójnicze
?pi? na skórach rozci?gni?tych,
Po?ród z?otych ryb zakl?tych.
O?miornice stra? tam pe?ni?,
Ksi??yc z?ot? swoj? pe?ni?
Koralowy gaj oblewa,
W którym chór rusa?ek ?piewa.

P?ynie okr?t przez odm?ty,
Nie zwyczajny - lecz zakl?ty,
Z dna wyp?ywa na powierzchni?,
A gdy tylko dzie? si? zmierzchnie,
Okr?t wznosi si? do góry
Nad ob?oki i nad chmury
I zawisa niespodzianie
W lazurowym oceanie.
To kraina niezmierzona
Kapitana Palemona.
Tam gdzie mleczna biegnie droga,
Schodzi sternik-kuternoga,
I kapitan, i za?oga.
Z grubej blachy ksi??ycowej
Wykuwaj? pancerz nowy
I gwiazdami z firmamentu
Przybijaj? do okr?tu.

Tam na szczycie srebrnej góry
Mieszka ptak ognistopióry,
?eby w jego piór po?odze
Ciep?o by?o spa? za?odze.
B?yskawice stra? tam pe?ni?,
Ksi??yc srebrn? swoj? pe?ni?
Szmaragdowy mrok oblewa,
W którym ptak ognisty ?piewa.

III

Ju? w tronowej wielkiej sali
Królewicze si? zebrali,
Siad?y obok nich królewny
T?umi?c w sercach smutek rzewny.
W oddaleniu, jak wypada,
Stan?? rz?d i dumna rada,
Stary kanclerz z twarz? czerstw?,
Poczet ksi???t i rycerstwo.
Z królewiczów wsta? najstarszy,
Pi?kne czo?o gro?nie zmarszczy,
S?ucha rz?d i dumna rada,
A królewicz tak powiada:
My, waleczni królewicze,
Przez odm?ty tajemnicze
Wyruszamy jutro w drog?.
Mamy okr?t i za?og?,
Rusznikarzy mamy dzielnych,
Dziesi?? armat szybkostrzelnych,
Nurków zast?p wy?wiczony,
Bro?, latawce i balony,
I latarni? czarnoksi?sk?,
Która chroni? ma przed kl?sk?.
Siostry z nami si? zabior?,
A wi?c jedzie nas o?mioro.
Ca?y ?wiat przew?drujemy,
A? w kajdanach przywieziemy
Kapitana Palemona.
Sprawa jest postanowiona.
Niech tymczasem dumna rada
M?drze pa?stwem naszym w?ada,
Rz?d niech piecz? ma nad ludem,
Niechaj kanclerz zbo?nym trudem
Dla zwyci?zcy tron zachowa,
Król to b?dzie czy królowa!

Ca?? noc i dzie? bez ma??
Po?egnalna uczta trwa?a.
Rzek? la? si? miód stuletni
I bawiono si? naj?wietniej.

A w przystani na kotwicy,
Walcz?c z wichrem nawa?nicy,
Sta?, jak delfin rozpostarty,
Okr?t Król Fafu?a Czwarty.
Królewicze i królewny
Po?egnali wszystkich krewnych,
Rz?d i rad? po?egnali
I na okr?t si? udali.
?wiszcz? liny okr?towe
Do podró?y ju? gotowe,
Furcz? ?agle, skrzypi? reje,
Wyj?c - wiatr pomy?lny wieje.
P?ynie okr?t przez odm?ty
W ?wiat nieznany, niepoj?ty.
Fale pieni? si? i rycz?,
Bij? serca królewiczom,
A królewnom w tajemnicy
?ni? si? morscy rozbójnicy.

IV

Mija tydzie?, drugi, trzeci,
Okr?t lotem wichru leci,
Niecierpliwi si? za?oga,
?e nie wida? nigdzie wroga.
Królewicze z bezczynno?ci
Na pok?adzie graj? w ko?ci,
A królewny w swych kajutach
Robi? ciep?y szal na drutach.
Naraz jedna z nich powiada:
Ja bym by?a bardzo rada,
Gdyby posta? wymarzona
Kapitana Palemona
Ukaza?a si? w kajucie.
A ja dziwne mam przeczucie -
Rzecze druga - ?e z nas jedna
Z tym korsarzem si? pojedna
I zostanie pokochana
Przez strasznego kapitana.
Rzecze trzecia: Jako ?ona
Kapitana Palemona
Jedna z nas królow? b?dzie.
Czwarta na to: Niech przyb?dzie,
Niech podejmie walk? z bra?mi
I odwag? wszystkich za?mi.

Ledwie rzek?y to królewny,
Run?? z nieba wicher gniewny.
Porwa? liny, starga? ?agle,
Ciemna noc zapad?a nagle,
Skot?owa?y si? ba?wany
I w ten odm?t skot?owany
Uderzy?a nawa?nica.
Mrok rozdar?a b?yskawica
I jej ?wiat?o zielonkawe
Ukaza?o dziwn? naw?,
Która w mrokach, na ob?okach
W dó? spuszcza?a si? z wysoka.

Królewicze patrz? z trwog?
I zrozumie? nic nie mog?:
P?ynie okr?t przez odm?ty,
Nie zwyczajny - lecz zakl?ty,
Wicher p?dzi go i nagli,
Chocia? nie ma na nim ?agli,
I z daleka ju? dolata
Jego srebrnych blach po?wiata.
Rozhuka?y si? armaty,
Bij? w ?rodek tej po?wiaty,
Przez latarni? czarnoksi?sk?
Jasno?? s?czy si? zwyci?sko,
Rozpryskuj? si? pociski
Po spienionej fali ?liskiej.
Odrzucono pistolety.
Królewicze przez lunety
Patrz? w ciemn? dal i sami
Ju? kieruj? armatami,

P?ynie okr?t przez odm?ty,
Nie zwyczajny - lecz zakl?ty,
Niby stwór niesamowity
W zielonkaw? mg?? spowity.
Pok?ad pusty, burta pusta,
Poprzez burt? fala chlusta,
A on p?ynie jak na skrzyd?ach
Prosto z bajki o straszyd?ach
W ciemno??, w burz? i w zawiej?
I w ciemno?ci olbrzymieje.
Kto go ujrzy cho? z daleka,
Tego ?mier? niechybna czeka.

Królewicze wi?c od razu
Dali rozkaz. W my?l rozkazu,
By móc patrze? w tamt? stron?,
Ka?dy w?o?y? szk?a za?mione,
Szk?a przedziwnie szlifowane,
Czarem snu zaczarowane.
W królewiczach zapa? p?onie:
Kapitanie Palemonie,
Nie b?d? tchórzem, wyjd? z ukrycia,
Walcz, nie ?a?uj swego ?ycia!

Ale okr?t pustk? zieje.
Przez odm?ty, przez zawieje
Lekko mknie po fali ?liskiej,
Nie trafiaj? we? pociski,
Maszt nietkni?ty w górze sterczy,
I jedynie ?miech szyderczy,
Straszliwego kapitana
D?wi?czy w wichrach i ba?wanach.

V

Z królewiczów jeden rzecze:
Na nic kule, na nic miecze.
Kapitana Palemona
Or?? zwyk?y nie pokona.
A to dla nas kwestia tronu!
Wsi?d?my razem do balonu,
Wieje w?a?nie wiatr pó?nocny,
Wiatr ten b?dzie nam pomocny.
Napadniemy okr?t wra?y,
Uderzymy na korsarzy
Granatami, latawcami,
Nie poradz? sobie z nami!

Projekt zosta? wnet przyj?ty:
Balon wzniós? si? nad odm?ty,
Wicher pogna? go przed siebie
I pogr??y? w mrocznym niebie.
Lec? dzielni królewicze
W dale mgliste i zwodnicze.
Zimny wiatr nape?nia p?uca,
Balon szarpie i podrzuca,
I nad wrogi niesie statek.
Dobywaj?c si? ostatek,
Królewicze w jednej chwili
Na piratów uderzyli.
Przebiegaj? pok?ad ?wawo,
Patrz? w lewo, patrz? w prawo:
Pok?ad pusty, burta pusta,
Poprzez burt? fala chlusta.
Z kim tu walczy?? Gdzie za?oga?
Na okr?cie nie ma wroga!
I okr?tu nie ma wcale,
Jeno p?ynie poprzez fale
Ksi??ycowa mg?a zielona,
Której or?? nie pokona.

Królewicze byli w?ciekli,
?e w t? mg?? si? przyoblekli
I ?e wiatr ich niesie ?wawo
Z t? zakl?t?, dziwn? naw?.
Ale ju? ko?o po?udnia
Nawa nagle si? zaludnia.
Ukazuje si? za?oga
Rozbójnicza i z?owroga:
A wi?c sternik-kuternoga,
Pi??dziesi?ciu marynarzy,
Strasznych zbójów i korsarzy,
A na ko?cu kucharz-Chi?czyk
I kud?aty pies peki?czyk.
Nie ma tylko kapitana.
Có? za sprawa niezbadana?
Gdzie przebywasz? W jakiej stronie,
Kapitanie Palemonie?

Przybli?yli si? korsarze,
Królewiczom patrz? w twarze.
Co za jedni? Sk?d si? wzi?li?
Czy zjawili si? z topieli?
Szczerzy z?by kucharz-Chi?czyk,
Obw?chuje ich peki?czyk,
Ka?dy milczy, ka?dy czeka,
Nawet pies - i ten nie szczeka.

Nagle sternik ?miechem parska,
Parska ?miechem bra? korsarska,
A? za brzuch si? trzyma kucharz,
Nawet pies ze ?miechu spuch? a?.
Wreszcie sternik tak powiada:
Jest to zwyk?a maskarada!
My?my rz?d i dumna rada.
Król Fafu?a w testamencie
Zleci? takie przedsi?wzi?cie,
By wybada? wasze m?stwo.
Osi?gneli?cie zwyci?stwo
I pochwa?y, i zdobycze,
Wielce dzielni królewicze.
W?a?nie s? królewny cztery,
Które maj? zamiar szczery
Ofiarowa? wam swe trony,
Wybór jest postanowiony.
Cztery statki stoj? w porcie -
Z wygodami i w komforcie
Do swych królestw pojedziecie,
By zas?yn?? w ca?ym ?wiecie!
Tak ju? czeka lud st?skniony,
Z?ote ber?a i korony.

Gdy to sternik rzek?, korsarze
Odmienili swoje twarze,
Zdj?li w?sy, zdj?li brody
I wrzucili je do wody.

Królewicze s? jak we ?nie:
Spogl?daj? jednocze?nie
Na sternika, co zamierza
Przeistoczy? si? w kanclerza,
Przygl?daj? si? obliczom
Dobrze znanym królewiczom,
Cz?onków rady obejmuj?,
Z ministrami si? ca?uj?.
Zaraz kanclerz na okr?cie
Wyda? na ich cze?? przyj?cie
I rzek? ?artem w swej przemowie:
Czterech królów pij? zdrowie:
Karowego, Kierowego,
Pikowego, Treflowego.
Zmar?y król Fafu?a Czwarty
Bardzo lubi? zagra? w karty.

Uczta by?a znakomita,
Ka?dy najad? si? do syta,
Rzek? la? si? miód stuletni
I bawiono si? naj?wietniej.

VI

A w kajutach swych królewny
Rozwa?aj? los niepewny:
Odlecieli królewicze
W dale mroczne i zwodnicze,
Mo?e ju? nie ?yj?, mo?e
Powpadali wszyscy w morze?
A tu przyjd? rozbójnicy,
Tacy straszni, tacy dzicy,
I królewny uprowadz?,
I do ciemnych lochów wsadz?.
Jak si? broni? przed t? zgraj??
Gdy tak smutnie rozmy?laj?,
Nagle drzwi si? otwieraj?,
Wchodzi m?odzian bardzo zgrabny,
Bardzo m?ody i powabny,
I królewnom uk?on sk?ada.
?adna z nich nie odpowiada,
Jednocze?nie wszystkie zblad?y
I jak sta?y, tak usiad?y.
Wyci?gaj? dr??ce d?onie:
Nie zabijaj, Palemonie!

M?odzian znowu uk?on sk?ada,
Po czym ?miej?c si? powiada
Wprost bez ?adnej ceremonii:
Jam jest w?adc? Palemonii,
Król Palemon, prosz? bardzo,
Niechaj panie mn? nie gardz?,
?agodnego jestem serca
I nikogo nie u?miercam.
A historia o piracie
To jest bajka, czy j? znacie?
Cho? to bajka nieprawdziwa -
Sens ukryty w bajce bywa.

Zap?oni?y si? królewny
T?umi?c w sercach smutek rzewny:
Wymarzy?y w snach pirata,
A tu król jest! Taka strata.
Los niekiedy figle p?ata.
Król Palemon si? przywita?,
Siad?, o zdrowie grzecznie pyta?
I rozwodzi? si? nad statkiem,
I rozgl?da? si? ukradkiem.

Trzy królewny by?y cudne:
Zgrabne, g?adkie, bia?e, schludne,
Czwartej za? los figla sp?ata?:
Czwarta by?a piegowata,
Niepozorna i brzydula.
U?miechn??a si? do króla.
A ?licznotki trwa?y dumnie.
Brzydule?ko, zbli? si? ku mnie -
Rzecze król Palemon czule. -
Chc? za ?on? mie? brzydul?!
A ?licznotki klaszcz? w d?onie:
?wietnie, królu Palemonie!
Cho? siostrzyczka nie jest ?adna,
Ale dobra tak jak ?adna.
Niezrównana b?dzie ?ona
I królowa wymarzona!

Uca?owa? król brzydul?,
Pier?cie? da?, co mia? w szkatule -
Bo tak zawsze robi? króle.

VII

Po??czono dwa okr?ty:
Ten zwyczajny i zakl?ty.

Wszyscy s? ju? na pok?adzie,
Stoi rz?d przy dumnej radzie,
Królewicze i królewny,
Król Palemon, poczet krewnych,
Nawet stary kucharz-Chi?czyk
I kud?aty pies peki?czyk.

Gdy sko?czy?a si? parada,
Wyszed? kanclerz i powiada:
Król Fafu?a w testamencie
Zleci? taki przedsi?wzi?cie,
?e korona przeznaczona
Jest dla tego, kto pokona
Kapitana Palemona.
Pokona?a go królewna,
A wi?c rzecz jest ca?kiem pewna,
?e jej miejsce jest na tronie
Przy ma??onku Palemonie.

Zaraz kanclerz na okr?cie
Wyda? na ich cze?? przyj?cie
I rzek? ?artem w swej przemowie:
Czterech dam wypijmy zdrowie:
Bo to jasne jest, ?e mamy
Na pok?adzie cztery damy:
Jest Kierowa, jest Karowa,
I Pikowa, i Treflowa.
Zmar?y król Fafu?a Czwarty
Bardzo lubi? zagra? w karty!

Uczta by?a znakomita:
Ka?dy najad? si? do syta,
Rzek? la? si? miód stuletni
I bawiono si? naj?wietniej.

Cho? to bajka nieprawdziwa -
Sens ukryty w bajce bywa.




środa, styczeń 18th 2006


Magik - Jan Brzechwa
posted @ 4:20 pm in [ Dla dzieci - Baśnie ]

Magik

Gdy na zachód z Sandomierza
I?? przez dwa i pó? pacierza,
Wida? drog?, która zmierza
Wprost do Dwikóz. Tam przed laty
?y? Fikusów ród bogaty,
Co wyrabia? dzwony z brzozy,
A z konopi plót? powrozy
I rozs?awi? tym Dwikozy.

Tam, na samym skraju Dwikóz,
Mieszka? ongi magik Fikus,
Zwany ?yso?, trojga imion:
Bonifacy - Filip - Tymon.

Magik Tymon Fikus z Dwikóz
Co dzie? inny robi? psikus.
Raz, gdy wraca? z Sandomierza,
Przeistoczy? w oset je?a,
A gdy szed? do Zawichostu,
Wzi?? i zrobi? je?a z ostu.

Sypa? w g?sior piasek mia?ki,
A wylewa? - sztof gorza?ki.

Innym razem wzi?? koguta,
Schowa? w kiesze? do surduta.
A po chwili - zr?cznie nader -
Wody wyla? z niej pi?? wiader.

Raz, gdy ujrza? muzykusa,
Da? przez ca?y rynek susa
I do warg przytkn?wszy d?onie
Gra? jak gdyby na puzonie,
Na klarnecie gra? po troszku
I na flecie, i na ro?ku,
I nie wiedzia? nikt ju? z Dwikóz,
Czy gra Fikus, czy muzykus.

Ju? nie b?d? mówi? o tem,
Jak udawa?, ?e jest kotem,
I jak w psasi? z,ieni? potem;
Jak po?yka? kalosz stary,
A wypluwa? okulary;
Jak ne lewej d?oni wsparty
Jedn? z nóg tasowa? karty;
Jak wyjmowa? z ucha wróbla
I zamienia? wróbla w rubla;
Jak hodowa? ryby w szafie,
Bo ja sam to te? potrafi?!

Ale wreszcie przebra? miar?:
Spotka? dwie babiny stare
I przemieni? je w dziewcz?ta;
Jedn? wyda? za rejenta,
Z drug? stan?? w Zawicho?cie
I wyswata? j? staro?cie.

Gdy nadesz?a wi?c niedziela,
Wyprawiono dwa wesela,
A ?e by?o to przedpo?cie -
Siedem dni weselni go?cie
Ucztowa w Zawicho?cie.
Lecz Ju? rankiem przy niedzieli
Ca?? sztuczk? diabli wzi?li:
Prys?y m?odych ?on powaby,
A zosta?y stare baby,
Obie krzywe, obie siwe
I okropnie gadatliwe.

W?ciek? si? rejent, w?ciek? starosta,
Ale sprawa nie jest prosta,
Bo gdy ksi?dz po??czy ?lubem
Luba musi zosta? z lubym.

Posz?y skargi na Fikusa,
Skry? si? Fikus do lamusa,
Gdy? z powodu jego sztuczek
W Sandomierskiem powsta? huczek
I ju? pleban oburzony
Chcia? pot?pi? go z ambony.

Uderzywszy wi?c w pokor?,
Fikus wybra? si? wieczorem
Na plebani? i ze skruch?
Drapa? si? to w nos, to w ucho.
Ksi?dz rzek? wreszcie: “Dobra nasza.
Moja kasza, twoja flasza,
Rozegramy to w mariasza?

Fikus szybko rozda? karfy,
A ?e ba? si? nie na ?arty,
Przegra? tyle, ile trzeba,
Zeby dosta? si? do nieba.

Wzi?wszy tedy rozbrat z grzechem,
Fikus rad po?egna? klech?,
U?miechni?ty dosiad? konia,
K?usem pu?ci? si? przez b?onia
I wo?aj?c: “Znaj ?ysonia!
Hokus-pokus, fikus pikus!” -
Pocwa?owa? wprost do Dwikóz.
Wszed? do domu, staje, patrzy -
“Co to? Kto to?” - rzek? poblad?szy.
Podszed? bli?ej - tak, to one,
Dwie staruchy nastroszone,
Staro?cina z rejentow?
Zabawiaj? si? rozmow?.
Fikus gro?nie spojrza? na nie:
“Có? to znaczy, moje panie?”

“Co to znaczy? Nic nie znaczy,
Ot, nie mog?o by? inaczej.
Wyp?dzili nas m??owie,
No i dobrze, i na zdrowie!
Odstawili nas tu koczem,
Gada? teraz nie ma o czem.”

Tymon Fikus zblad? ze z?o?ci:
“Ale? bies mi nas?a? go?ci!
Po co? Na co? Jakim prawem?
Rozstaniemy si? niebawem!”
I potrz?sn?? ju? r?kawem,
Aby zakl?? baby w ?aby,
Ale rozmach wzi?? za s?aby;
Chcia? przemieni? je w dwie miot?y,
Lecz mu palce si? zaplot?y;
Zebra? w sobie ca?y zapa?
I wysila? si?, i sapa?,
By je zmieni? w ?y?ki stare,
W bia?e myszki, w kapców par?,
W dwie marchewki, w dwa rogale,
Lecz mu jako? nie sz?o wcale.

Tupa?, klaska?, bi? si? w ?ydki.
Kl?? pod nosem w sposób brzydki,
Wreszcie krzycze? j?? jak dzikus:
“Hokus-pokus, fikus-pikus!”

A staruchy ze? szydzi?y:
“Có? to, kumie? Zbrak?o si?y?
Kum czarowa? ju? nie umie?
Z kumem ju? niedobrze, kumie!”

Posz?y potem do spi?arki,
Wyci?gn??y s?oje, garnki,
Pol?dwice i pó?g?ski.
Cho? to przecie przysmak m?ski.
Jad?y sobie do wieczora
Poci?gaj?c miód z g?siora,
Obie krzywe, obie siwe
I okropnie gadatliwe.

Fikus patrza? z gniewu siny,
Wycieraj?c pot z ?ysiny.
Sta? na g?owie pó? godziny,
Do pomocy wzi?? koguta,
Sypa? proso do surduta,
Szuka? zakl?? w ksi?dze grubej,
Coraz nowe robi? próby,

Wreszcie zgrzytn??, gwizdn??, cmokn??
I wyskoczy? w mrok przez okno.
Co z nim sta?o si? - nikt nie wie.
By? podobno w Sochaczewie,
Kto? go widzia?, jak w Piotrkowie
Na jarmarku sta? na g?owie,
Potem zjawi? si? w Prabutach
I udawa? tam koguta.

Inni mówi?, ?e w Jaworze
Zjada? szk?o i ?yka? no?e,
A znów inni, ?e w B?dzinie
Popisywa? si? na linie.

Gdzie jest praiwda - nie wiem. Tu si?
Ko?cz? wie?ci o Fikusie.

Je?li jeszcze co? us?ysz?,
Zaraz dalszy ci?g dopisz?.
Mo?e wierszem, mo?e proz?,
I przeka?? wnet Dwikozom.
Niech w archiwach to zachowa
Miejska Rada Narodowa.




środa, styczeń 18th 2006


Wyprawa na “Ariadnie” - Jan Brzechwa
posted @ 2:45 pm in [ Dla dzieci - Baśnie ]

Wyprawa na “Ariadnie”

I

Lat temu z gór? trzysta
Mnich Brandon - archiwista
Opisa? po ?acinie
Na ?ó?tym pergaminie
Przedziwne swe podró?e.
Ja ?wiatu si? przys?u??
I to, co pisa? mnich,
Przeka?? w wierszach tych.

Nim Brandon zosta? mnichem,
Junakiem by? nielichym,
Wynaj?? wi?c korwet?,
Bo czasy by?y nie te,
Gdy mo?na rejsem skorym
Pop?yn?? na “Batorym”.
On na korwet? wsiad?
I na niej ruszy? w ?wiat.

Korweta by?a stara,
?at mia?a co niemiara,
A zwa?a si? “Ariadna”.
Có?, nazwa dosy? ?adna!
Kapitan sta? na stra?y
Pi?tnastu marynarzy
I ka?dy go si? ba?,
A jak si? zwa?, tak zwa?.

Kapitan - chwat nad chwaty,
By? rudy, zezowaty
I nie mia? r?ki prawej,
W dodatku by? kulawy.
Mia? z?oty kolczyk w uchu,
Nó? dynda? mu na brzuchu
I ka?dy przed nim dr?a?,
A jak si? zwa?, tak zwa?.

Wie?? g?osi, ?e poza tym
W m?odo?ci by? piratem
I wielkie skarby zebra?:
Dwadzie?cia worków srebra,
Pi?? skrzy? talarów z?otych,
Brylanty i klejnoty,
I z?b cesarza Chin,
Czang-Fu, z dynastii Min.

Cesarski z?b ten pono
Mia? moc nadprzyrodzon?:
Hartowa? wi?c ?elazo,
Ochrania? przed zaraz?,
Strach rzuca? na za?og?,
Wskazywa? w nocy drog?
I strzeg? od morskich tr?b
Ten czarodziejski z?b.

Kapitan swe zdobycze
Na wyspie tajemniczej
Zakopa? w g??bi góry,
Ale zapomnia?, której.
Daremnie szuka? potem,
Co roku mkn?c z powrotem
W zawiej?, w burz?, w zi?b,
Lecz zwiód? go chi?ski z?b.

Przej?ty nies?ychanie
Rzek? Brandon: “Kapitanie,
Chc? mkn?? przez oceany,
Chc? odkry? l?d nieznany
Lub wysp? tajemnicz?!”
Kapitan mrukn??: “Byczo!
Jest niedaleko st?d
Nieznany ca?kiem l?d,

Wysp ró?nych jest bez liku,
Zawioz? ci?, m?odziku,
Do Afryki, do Azji,
Nie zbraknie mi fantazji.
Podró?e i odkrycia
To pasja mego ?ycia,
Mam przygód wieczny g?ód.
Za?oga! Kurs na Wschód!”

II

W noc na ?wi?tego Freta
Ruszy?a wi?c korweta./
Wiatr d?? w rozpi?te ?agle,
Wtem sztorm si? zerwa? nagle,
Ba?wany wokó? wrza?y
Zmywaj?c pok?ad ca?y,
A ?ywio? hucza?, wy?,
A? zbrak?o wszystkim si?.

Majtkowie po “Ariadnie”
Miotali si? bez?adnie,
Dr?a?y im z trwogi ?ydki
I kl?li w sposób brzydki.
Kapitan ?ypa? bia?kiem
I g?ow? straci? ca?kiem,
A sternik - stary Szwed
Do swej kajuty zszed?.

Kapitan splun?? w morze,
Pogrozi? majtkom no?em
I chwili tej, tak wa?kiej,
Pi? rum z p?katej flaszki.
Gdy flaszka by?a pusta,
R?kawem wytar? usta,
Skl?? marynarsk? bra?
I w ko?cu poszed? spa?.

Majtkowie z magazynu
Wywlekli beczk? d?inu
I wnet, nie my?l?c wiele,
Popili si? jak bele,
A? twardy sen ich zmorzy?.
Spa? sternik si? po?o?y?,
Kapitan tak?e spa?,
A jak si? zwa?, tak zwa?.

Nasz Brandon nie tkn?? trunku,
Trwa? sam na posterunku,
Spogl?da? w odm?t siny,
Sterowa?, ?ci?ga? liny.
Doko?a wrza?a burza,
Dziób statku si? zanurza?,
A on, cho? ca?y zmok?,
Wyt??a? w ciemno?? wzrok.

Gdy wstawa? dzie? ponury,
Wzi?? Brandon mocne sznury
I zwi?za? kapitana.
Za?og? zbudzi? z rana
I rzek?: “Obj??em w?adz?,
Korwet? ja prowadz?,
A kto mi powie “nie”,
Piach b?dzie gryz? na dnie!”

“Nie! - wrzasn?? sternik: - Hola!
Mój ster jest i busola,
Nie oddam ci korwety!…”
Tu urwa?, bo niestety,
Nim rzek? ostatnie s?owo,
Polecia? na dó? g?ow?
Rekinom wprost na ?er,
A Brandon obj?? ster.

Za?og? zdj??a trwoga,
A by?a to za?oga
W?ród marynarskich dru?yn
Naj?mielsza: jeden Murzyn,
Trzech Szkotów, Hiszpan stary,
Malajczyk, W?och z Ferrary,
Fin, Francuz, Greków trzech,
A nadto kucharz Czech.

By? Brandon m?ody, krzepki,
Mia? w g?owie wszystkie klepki,
Przebiega? wi?c korwet?
I grozi? pistoletem.
“Uwa?a?, sk?d wiatr wieje!
Do ?agli - marsz! Na reje!
Galopem! A kto kiep,
Dostanie kul? w ?eb!”

Po gro?nej tej przemowie
Rozbiegli si? majtkowie,
Ten ?agle pocerowa?,
Ów dziury zakitowa?,
Inny na maszt si? wdrapa?
I w taki wpadli zapa?,
?e nawet kucharz-le?
Krem ubi? na ten dzie?.

Rzek? Brandon do Hiszpana:
“Przyprowad? kapitana,
Konopn? lin? masz tu,
Uwi??esz go do masztu;
Malajczyk ci pomo?e.
No ju?! Bo wrzuc? w morze!”
O, Brandon to by? chwat,
A mia? dwadzie?cia lat!

III

Kapitan - prosz?, zwa?cie -
Po chwili sta? przy maszcie
Zwi?zany grubym sznurem.
Spojrzenie mia? ponure
I gro?nie ?ypa? zezem
Na ca?? t? imprez?,
Bo by? zawzi?ty cz?ek,
A Brandon tylko rzek?:

“Tu nie ma co si? biesi?,
Mam prawo ci? powiesi?
Jak tego, który stchórzy
Na morzu podczas burzy.
Ja ci daruj? ?ycie,
A ty mi nale?ycie
Do skarbów drog? wska?.
Mnie pi?t? cz??? z nich dasz.”

Kapitan odrzek? smutnie:
Wygra?e?! Sko?czmy k?ótni?.
Masz prawo i masz si??,
Ja tak?e tak robi?em.
Sternikiem twym zostan?,
A ty b?d? kapitanem.
Bierz nó? mój, do stu bomb!
Mój nó? i chi?ski z?b!”

Sznur Brandon przeci?? no?em
I rzek?: “Mnie cieszy to, ?em
Omówi? wszystko szczerze.
Id?, bracie, sta? przy sterze,
Sam tego chcia?e?, nie ja,
Pomy?lna idzie wieja,
Wi?c prujmy g??bie wód
Kieruj?c si? na wschód.”

Zszed? Brandon do kajuty,
Zdj?? kaftan, ?ci?gn?? buty
I zjad?szy kotlet ?wi?ski,
J?? z?b cesarsko-chi?ski
Ogl?da? i obraca?,
Paznokciem pilnie maca?,
A? niespodzianie wpad?
Na ma?y z?oty ?lad,

Na ma?y punkcik z?oty.
Wnet wzi?? si? do roboty
I punkcik wcisn?? ig??.
Wtem serce w nim zastyg?o:
Zabrzmia?a pozytywka,
Rozleg?a si? przygrywka,
Która pie?ci?a s?uch
Niby bzykanie much.

Nast?pnie spod spr??ynki
Wyjrza?a g?ówka Chinki
Male?ka jak ziarenko
I przemówi?a cienko:
“Ktokolwiek jest w pobli?u,
Kto da ziarenko ry?u
Ksi??niczce Sun-Li-Tse,
Otrzyma to, co chce.”

Po chwili Chinka znik?a,
Tylko przygrywka nik?a
Jak mucha znów bzykn??a.
Spr??ynka si? zamkn??a,
A Brandon nieprzytomnie
Zawo?a?: “Kucharz! Do mnie!
Galopem! Gadaj, czy?
Jest na korwecie ry??”

Lecz kucharz westchn??: “Szkoda,
Ry? nam zala?a woda
I ca?y zapas hurtem
Rzuci?em dzi? za burt?.”
Na pok?ad wybieg? Brandon:
“Hej, wy, piracka bando,
Rabunku nadszed? czas.
Czy kto nie mija? nas?”

“Mija?o korwet wiele,
Mija?y karawele,
A tam po fal g??binie
Kupiecki statek p?ynie.”
Rzek? Brandon podniecony:
Podejd?my z lewej strony,
Uderzy? trzeba st?d.
Uwaga! Szykuj lont!”

Gdy statki si? zrówna?y,
Zawo?a? Brandon ?mia?y:
Sta?! Ja mam w wasz? stron?
Armaty wymierzone,
Zatopi? ten wasz rupie?!
Czy chcecie si? okupi??
Nie ??dam z?otych gór,
Lecz ry?u jeden wór!”

To s?ysz?c, wnet szalup?
Kapitan s?a? z okupem.
I znów po wód g??binie
Na wschód korwet? p?ynie.
Wtem Grek zawo?a? z dzioba:
“Wytrzeszczam ?lepia oba,
Przeszywam dal na wskro?
I w dali widz? co?!”

Tu Brandon wlaz? na rej?:
Hej! Wyspa tam widnieje!
Dostrzegam na niej wie??
I mur, co wyspy strze?e,
Lecz nie ma jej na mapie.
Czy sternik si? po?apie?”‘
Rzek? sternik: “Nie wiem sam.
Najlepiej p?y?my tam.”

IV

Na brzegu sta? t?um ludzi,
A wszyscy byli rudzi,
Wszyscy zielonoskórzy,
Pó?nadzy, a niektórzy
Mieli niem?dre miny
I sztuczne nosy z gliny,
A wyd?u?one tak,
?e siada? na nich ptak.

Nasz Brandon nie zna? trwogi.
Na czele swej za?ogi
Do wyspy przybi? ?ódk?
I tak przemówi? krótko:
“Po morzach król mój hula,
Przybywam tu od króla,
Pocisków mam w sam raz
Tyle, by podbi? was.”

Tak rzek?. Lecz t?um tubylczy
Przygl?da si? i milczy.
“Có? by to znaczy? mia?o?! -
Zawo?a? Brandon ?mia?o. -
Stoicie niby mumie,
Czy mówi? nikt nie umie?
Czy z armat mam was t?uc?
Hej! Który tu jest wódz?”

Wtem sternik niespodzianie
Zawo?a?: “Kapitanie,
Tu nie potrzeba walki,
To s? po prostu lalki,
Po prostu kuk?y z wosku
Zrobione po mistrzowsku.
Lecz kto, do diab?ów stu,
Móg? je ulepi? tu?”

W g??b wyspy wi?c ruszyli
I po nied?ugiej chwili
Ujrzeli w?ród równiny
Mustangi z plasteliny
I d?ungli g?szcz spl?tany
Z zielonej porcelany,
A w?ród gipsowych drzew
Sta? marmurowy lew.

Zwisa?y z palm gipsowe
Orzechy kokosowe,
P?kate ananasy
Lepione z wonnej masy
I p?k daktyli z?otych
Z b?yszcz?cej terakoty,
A nad tym - szklana mg?a
I roje much ze szk?a.

Na starym baobabie
Papugi w barw powabie
Wmieszane w szklane li?cie
Mieni?y si? wzorzy?cie,
A by?y z porcelany
Misternie malowanej.
Brandona zdj??a z?o??:
“Mam do?? tych kukie?, do??!

Mam do?? teatru lalek,
Czas leci, mrok ju? zaleg?,
A cho? to nawet ?adne,
Wracamy na “Ariadn?”.
Gdzie mapa? Wysp? now?
Nazwiemy Kukie?kow?.
Wracamy! Oto ?ód?:
Chc? znowu fale pru?!”

V

I znów po wód g??binie
Na wschód korweta p?ynie.
D?? wietrzyk bardzo s?aby,
Wi?c sternik ?owi? kraby,
W?och w szachy gra? z Murzynem,
Szkot si? pokrzepia? d?inem,
A Brandon, zmy?lny cz?ek,
Do swej kajuty zbieg?.

Z?b chi?ski wzi?? ze skrzynki -
Twarz Chinki spod spr??ynki
Wyjrza?a w?sk? szpark?.
On da? jej ry?u ziarnko
I szepn??: “Mnie si? marzy
Ukryty skarb korsarzy!…”
Odpar?a: “Sternik-Szwed
Odnajdzie drog? wnet.”

Rzek? Brandon: “A to bieda!
Wrzuci?em w morze Szweda,
Ju? pewnie go rekiny
Po?ar?y w g??bi sinej.
Za pó?no na wspominki.”
Szepn??y usta Chinki:
“O ?wicie ujrzysz l?d,
Naprawisz tam swój b??d.”

I znów po wód g??binie
Na wschód korweta p?ynie
W?ród wichrów i w?ród burzy.
Na statku czuwa Murzyn,
Trzech Szkotów, Hiszpan stary,
Malajczyk, W?och z Ferrary,
Fin, Francuz, Greków trzech,
A nadto kucharz-Czech.

Mia? Brandon oko czujne,
Do tego szk?a podwójne
I patrz?c przez lunet?
Prowadzi? sw? korwet?.
“Sterniku - rzek? o ?wicie -
Zezujesz znakomicie,
Lecz spójrz, czy widzisz st?d
Na horyzoncie l?d?”

Rzek? sternik po piracku:
“Niech trzasn?, ?wi?ty Jacku,
Na mapie widz? zmiany,
To przecie? l?d nieznany,
To przecie? nie jest Libia,
Nie Wyspa Wielorybia,
Nie Ganda i nie Pont,
To jest nieznany l?d.”

Nasz Brandon nie zna? trwogi.
Na czele swej za?ogi
Przemierza? l?d nieznany
Tajemne snuj?c plany.
“Jak z Chinki s?ów wynika,
Tu znale?? mam sternika,
Tu jest gdzie? stary Szwed…”
Tak my?l?c, naprzód szed?.

Lecz marsz ten nie by? prosty,
Bo wokó? ros?y osty
I kolców g?szcz ruchliwy,
I pi??y si? pokrzywy
Si?gaj?c a? do twarzy,
Parzy?y marynarzy
I k?u?y w czo?o, w nos
Jak rój z?o?liwych os.

Mia? kucharz nó? kuchenny
“To or?? mój bezcenny,
Dalibóg, nie jest t?py,
Przetrzebi? nim ost?py!”
J?? macha? no?em co si?,
Ci?? zielsko, r?ba?, kosi?
I sieka? jak na farsz,
Wo?aj?c: “Za mn? marsz!”

VI

Gdy wolna by?a droga,
W ?lad za nim sz?a za?oga.
Ju? byli na polanie,
Wtem z pokrzyw niespodzianie
Wyskoczy? stwór kolczasty,
Kolczasty jak te chwasty,
Mia? z kolców g?ow?, brzuch
I sta? na kolcach dwóch.

Mia? r?czki dwie kolczaste
I oczki wy?upiaste,
Ruchliwe, szarobure.
Podskoczy? zwinnie w gór?,
Siad? wierzchem na pokrzywie
I wreszcie rzek? piskliwie:
“Dyr-fir, chlu-chlu, pli-plaj,
Loj-li, koj-pa, ta-taj.”

Rzek? sternik jednor?ki:
“Znam s?owa te i d?wi?ki.
To gwara krasnoludków
Z morskiego szczepu Utków,
Ten szczep mia? przesz?o?? s?awn?,
Lecz ju? wygin?? dawno,
Zostali tylko dwaj:
Pli-plaj i Pa-ta-taj.

Utkowie panowali
Na wyspach Trulalali,
Lecz wyspy si? zapad?y;
Utkowie bój zajad?y
Stoczyli z rekinami
I dzi? - widzicie sami
Zostali tylko dwaj:
Pli-plaj i Pa-ta-taj.

Widzicie tu Pli-plaja,
On wita i zagaja,
A Pa-ta-taj z daleka
Na przyj?cie nasze czeka.
Ruszajmy, czasu szkoda,
Przygoda - to przygoda,
Poznamy nowy kraj,
Hej, prowad? nas, Pli-plaj!”

Pli-plaj zeskoczy? na dó?,
Napuszy? si? i nad??,
Skierowa? kolce w prawo
I naprzód pobieg? ?wawo,
A za nim, w s?o?ca ?arze,
Kroczyli marynarze.
Na czele Brandon szed?
I my?la?: “Gdzie? ten Szwed?”

By? wsz?dzie piach doko?a.
Pli-plaj raz po raz wo?a?:
“Lin-len!” - co znaczy? mia?o,
?e i?? tu mo?na ?mia?o.
Wydawa? przy tym piski
Na znak, ?e cel jest bliski:
“Zen-zej, tru-kloj, pli-pli.”
Wi?c wszyscy za nim szli.

VII

Przez piachy i równiny
Szli przesz?o trzy godziny,
Lecz krasnoludki przecie -
Jak wszyscy chyba wiecie -
Godziny maj? krótkie:
Godzina trwa minutk?,
A mila mierzy cal
I dal - to nie jest dal.

Dlatego te? po chwili
W?drowcy ju? przybyli
Do ska?y, a przed ska??
Ujrzeli posta? ma??,
Kolczast?, w kszta?cie jaja.
Poznali Pa-ta-taja,
A ten z kolei znów
Przemówi? kilka s?ów.

W?ród wszystkich ska? na ?wiecie
Tak dziwnej nie znajdziecie:
Na zewn?trz by?a s?ona,
A wewn?trz - wydr??ona,
A wewn?trz by?a s?odka.
Wszed? Pa-ta-taj do ?rodka
Przez bardzo ciasny w?az,
A za nim Brandon wlaz?.

W pieczarze wewn?trz ska?y
Cukrzane sprz?ty sta?y:
Wi?c stó?, a przy nim ?awy,
Na stole za? potrawy
Dymi?y na pó?miskach.
Tu Brandon dojrza? z bliska
Brodat? ludzk? twarz.
“Czy?by to sternik nasz?”‘

A sternik wsta? i rzecze:
“Poznajesz mnie, cz?owiecze?
Nie zawini?em wcale,
A ty? mnie rzuci? w fale
Rekinom na po?arcie,
Lecz wyznam ci otwarcie,
?em stary, chudy gnat,
Takiego któ? by zjad??

P?yn??em dob? ca??,
Bom p?ywak, jakich ma?o,
A? nagle z morskiej piany
Wieloryb tresowany
Wyp?ywa, w bok mnie szturga.
Wieloryb ten z Hamburga
Przed rokiem z zoo zwia?
I mnie, zapewne, zna?.

W Hamburgu najwidoczniej
Nasz okr?t spostrzeg? w stoczni
I potem nawet w wodzie
Rozpozna? mnie po brodzie.
Usiad?em mu na p?etwie,
Bom Szwed, a ka?dy Szwed wie,
Jak p?yn??, gdzie i sk?d,
By szybciej zej?? na l?d.

Tu jestem trzy tygodnie,
Tu dobrze mi, wygodnie,
Tu ?yj? niczym w bajce
Pliplajce - patatajce,
Nie pragn? zmiany ?adnej,
Nie t?skni? do “Ariadny”
“Ariadn?” w pi?cie mam,
Chc? tutaj zosta? sam!”

Rzek? Brandon: “Sko?cz gadanie,
Nikt tutaj nie zostanie,
Przybywam w sam? por?.
Na pok?ad ci? zabior?
I krasnoludki oba,
Bo tak mi si? podoba!
Za?oga, do mnie! Hej!
Bra? ich z pieczary tej!”

Wnet marynarzy zgraja
Porwa?a Pa-ta-taja,
Pli-plaja i sternika.
Ju? wyspa z oczu znika
I znów po wód g??binie
Na wschód korweta p?ynie,
Burzliwy wiatr j? gna,
G??b huczy ode dna.

VIII

Do Szweda po obiedzie
Rzek? Brandon: “S?uchaj, Szwedzie,
Ja nie dam si? ko?owa?,
Bierz ster, korwet? prowad?
Przez morza, oceany
Wprost tam, gdzie zakopany
Piracki skarb jest wasz,
A nie kr??! Ty mnie znasz!

Ka?? ci? w ?agiel zaszy?
I po?l? ryby straszy?,
Przekonasz si? naocznie,
A wiedz, ?e mam wyroczni?,
Co ?ci?le przepowiada,
Gdzie k?amstwo jest i zdrada.
Chc? ujrze?, jakem rzek?,
Ten upragniony brzeg.”

Szwed odszed? i pod w?sem
U?miechn?? si? z przek?sem,
A morze znów szaleje,
Grzmi? burze i zawieje
I pi?trz? si? ba?wany.
Ach, gdzie? ten l?d nieznany?
Wyt??a Brandon wzrok,
Dmie wicher, zapad? mrok…

W?ród gro?nej wód pot?gi
Ster p?ka, trzeszcz? wr?gi,
Konopne liny rw? si?,
Korweta w dzikim pl?sie
Raz po raz si? zanurza,
A wokó? huczy burza
I j?czy stary wrak,
A? ludziom si? ju? brak.

Po ciemnym fal bezkresie
Korwet? wicher niesie
Jak szczap?, jak ?upin?
Rzucon? w nurty sine.
I w tym momencie w?a?nie
Malajczyk jak nie wrza?nie:
“Kamraci! Bóg nas strzeg?!
W pobli?u widz? brzeg!”

Wnet okr?t siad? na piachu
I by?o ju? po strachu.
Nim dziób wybrze?e musn??,
Ka?dy, gdzie sta?, tam usn??,
Wyci?gn?? si? jak d?ugi
Po trudach tej ?eglugi,
A nawet Brandon-chwat
Bez si? na pok?ad pad?.

IX

Spa? jak królewna ?pi?ca
I spa?by tak bez ko?ca,
Lecz nagle kto? go zbudzi? -
I ujrza? obcych ludzi.
“My?my królewskie stra?e,
Król ci? sprowadzi? ka?e,
Król czeka, zbud? si? ju?,
Kareta stoi tu?.”

Zszed? Brandon wi?c z korwety,
Wsiad? prosto do karety
I spyta? od niechcenia:
“Czy jad? do wi?zienia?”
“Do króla, kapitanie,
Jedziesz na pos?uchanie…
Król wróci? ju?, a ty?
Przywióz? go w?a?nie dzi?.”

Nic Brandon nie rozumie.
T?um zebra? si?, a w t?umie
Ksi???ta i ksi??niczki.
Ju? pa? otwiera drzwiczki,
Z pa?acu ju? dworzanie
Wychodz? na spotkanie,
Prowadz? go przed tron
I mówi?: “Oto on.”

Król siedzi sam na tronie:
“Poznajesz mnie, Brandonie?
Jam pirat - chwat nad chwaty,
Bezr?ki, zezowaty
I rudy, i kulawy.
Spójrz, prosz?, bez obawy:
Zez min??, r?k? mam,
Lecz jestem wci?? ten sam.

A ot - peruka ruda…
Có? powiesz? Istne cuda?
To wszystko by?y ?arty:
Jam król Walenty czwarty,
Przede mn? dr?y Wenecja,
Holandia, Anglia, Szwecja,
A ty zwi?za?e? mnie
Jak wieprzka. Mo?e nie?

A mo?e tak nie by?o,
?e? mnie pozbawi? si??
Dowództwa na okr?cie?
No có?, przyznaj? ?wi?cie,
?e by?e? kapitanem
Naprawd? niezrównanym
I ?e? ocali? nas
W straszliwej burzy czas.

Ja zuchów takich lubi?
I w?a?nie po tej próbie
Ju? dzi? ci? mianowa?em
Naczelnym admira?em.
Masz, we? ten pier?cie? z?oty,
To znak dowódcy floty,
Na palec pier?cie? w?ó?
I p?y? na podbój mórz.”

X

Brandona a? zatka?o,
Powiada wi?c nie?mia?o:
“Ogromnie sobie ceni?
Królewskie wyró?nienie,
Lecz któ? mi wyt?umaczy,
Co chi?ski z?b ten znaczy?
I kukie?kowy kraj?
Fli-plaj i Pa-ta-taj?”

A na to król Walenty
Odrzecze u?miechni?ty:
“Wszak to zabawki moje,
Ja nienawidz? wojen
I wszystkie moje sprawy
S? tylko dla zabawy;
W piratów, jak ju? wiesz,
Lubi? si? bawi? te?.

Mam wyspy dla rozrywki,
Mam chi?skie pozytywki
I lalek zbiór bogaty,
I gnomy-automaty -
Tu w?a?nie stoj? one,
Lecz nie s? nakr?cone;
To mych magików dar,
Mam tego kilka par.

Ja ca?e ?ycie prawie
Sp?dzi?em na zabawie,
Mój tron i moja flota
To ?art jest i pustota
I nikt si? nie po?apie,
Gdzie jest mój kraj na mapie;
Czy ?yj? - nie wie nikt,
Patrz, z?oty pier?cie? znik?.

To tak?e ?art magika -
Dwór znika, pa?ac znika,
Znikaj? ludzie, konie,
Znikniesz i ty, Brandonie.”
Lecz Brandon zbieg? ze schodów
I uciek? w g??b ogrodów,
I wpad? w uliczny t?um,
I p?dzi? a? pod tum.

W klasztorze zosta? mnichem
I tam, w ustroniu cichym,
Opisa? po ?acinie
Na ?ó?tym pergaminie
Przedziwn? sw? przygod?.
Ech, by?y lata m?ode
I z?oty pier?cie? by?,
I wicher w ?agle bi?…