<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0"
	xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
	xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
	xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
	xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom"
	xmlns:sy="http://purl.org/rss/1.0/modules/syndication/"
	xmlns:slash="http://purl.org/rss/1.0/modules/slash/"
	>

<channel>
	<title>Bajki Opowiadania &#187; Dramat</title>
	<atom:link href="http://www.bajkiopowiadania.com/Bajki_Opowiadania/dramat/feed/" rel="self" type="application/rss+xml" />
	<link>http://www.bajkiopowiadania.com</link>
	<description>Bajki Opowiadania</description>
	<lastBuildDate>Sun, 03 Jun 2007 19:17:11 +0000</lastBuildDate>
	<generator>http://wordpress.org/?v=2.9.2</generator>
	<language>en</language>
	<sy:updatePeriod>hourly</sy:updatePeriod>
	<sy:updateFrequency>1</sy:updateFrequency>
			<item>
		<title>Konrad Wallenrod &#8211; Adam Mickiewicz</title>
		<link>http://www.bajkiopowiadania.com/2006/01/23/konrad-wallenrod-adam-mickiewicz/</link>
		<comments>http://www.bajkiopowiadania.com/2006/01/23/konrad-wallenrod-adam-mickiewicz/#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 23 Jan 2006 10:58:24 +0000</pubDate>
		<dc:creator>bajkiopowiadania</dc:creator>
				<category><![CDATA[Dramat]]></category>
		<category><![CDATA[Lektury i literatura szkolna]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.bajkiopowiadania.com/lektury-i-literatura-szkolna/konrad-wallenrod-adam-mickiewicz/</guid>
		<description><![CDATA[
Konrad Wallenrod
WST?P
Sto lat mijalo, jak Zakon krzyzowy
We krwi poganstwa pólnocnego brodzil;
juz Prusak szyje uchylil w okowy
Lub ziemie oddal, a z dusza uchodzil;
Niemiec za zbiegiem rozpuscil gonitwy,
Wiezil, mordowal, az do granic Litwy.
Niemen rozdziela Litwinów od wrogów:
Po jednej stronie blyszcza swiatyn szczyty
10 I szumia lasy, pomieszkania bogów;
po drugiej stronie, na pagórku wbity
Krzyz, godlo Niemców, czolo kryje w [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p align="center" style="text-align: center"><strong><span style="font-size: 11pt"><br />
<!--[if !supportLineBreakNewLine]--></span></strong><strong><span style="font-size: 14pt; color: #333399">Konrad Wallenrod</span></strong><strong><u><span style="font-size: 11pt" /></u></strong><strong><span style="font-size: 11pt" /></strong></p>
<p><strong>WST?P</strong></p>
<p><strong>Sto lat mijalo, jak Zakon krzyzowy<br />
We krwi poganstwa pólnocnego brodzil;<br />
juz Prusak szyje uchylil w okowy<br />
Lub ziemie oddal, a z dusza uchodzil;<br />
Niemiec za zbiegiem rozpuscil gonitwy,<br />
Wiezil, mordowal, az do granic Litwy.</strong></p>
<p><strong>Niemen rozdziela Litwinów od wrogów:<br />
Po jednej stronie blyszcza swiatyn szczyty<br />
10 I szumia lasy, pomieszkania bogów;<br />
po drugiej stronie, na pagórku wbity<br />
Krzyz, godlo Niemców, czolo kryje w niebie,<br />
Grozne ku Litwie wyciaga ramiona,<br />
Jak gdyby wszystkie ziemie Palemona<br />
Chcial z góry objac i garnac pod siebie.</strong></p>
<p><strong>Z tej strony tlumy litewskiej mlodziezy,<br />
W kolpakach rysich, w niedzwiedziej odziezy,<br />
Z lukiem na plecach, z dlonia pelna grotów,<br />
Snuja sie, sledzac niemieckich obrotów.<br />
20 po drugiej stronie, w szyszaku i zbroi,<br />
Niemiec na koniu nieruchomy stoi;<br />
Oczy utkwiwszy w nieprzyjaciól szaniec,<br />
Nabija strzelbe i liczy rózaniec.</strong></p>
<p><strong>I ci, i owi pilnuja przeprawy.<br />
Tak Niemen, dawniej slawny z goscinnosci,<br />
Laczacy bratnich narodów dzierzawy,</strong></p>
<p><strong>Juz teraz dla nich byl progiem wiecznosci;<br />
I nikt, bez straty zycia lub swobody,<br />
Nie mógl przestapic zakazanej wody.<br />
30 Tylko galazka litewskiego chmielu,<br />
Wdziekami pruskiej topoli necona,<br />
Pnac sie po wierzbach i po wodnym zielu,<br />
Smiale, jak dawniej, wyciaga ramiona<br />
I rzeke krasnym przeskakujac wiankiem,<br />
Na obcym brzegu laczy sie z kochankiem.<br />
Tylko slowiki kowienskiej dabrowy .<br />
Z bracia swoimi zapuszczanskiej góry<br />
Wioda, jak dawniej, litewskie rozmowy<br />
Lub, swobodnymi wymknawszy sie pióry,<br />
40 Lataja w gosci na spólne ostrowy.</strong></p>
<p><strong>A ludzie? &#8211; ludzi rozdzielily boje !<br />
Dawna Prusaków i Litwy zazylosc<br />
Poszla w niepamiec; tylko czasem milosc<br />
I ludzi zbliza. &#8211; Znalem ludzi dwoje.</strong></p>
<p><strong>O Niemnie i wkrótce runa do twych brodów<br />
Smierc i pozoga niosace szeregi,<br />
I twoje dotad szanowane brzegi<br />
Topór z zielonych ogoloci wianków,<br />
Huk dzial wystraszy slowiki z ogrodów.<br />
50 Co przyrodzenia zwiazal lancuch zloty,<br />
Wszystko rozerwie nienawisc narodów;<br />
Wszystko rozerwie; &#8211; lecz serca kochanków<br />
Zlacza sie znowu w piesniach wajdeloty.</strong></p>
<p><span id="more-68"></span></p>
<p><strong>[I]<br />
OBIÓR</strong></p>
<p><strong>Z Maryjenburskiej wiezy zadzwoniono,<br />
Dziala zagrzmialy, w bebny uderzono;<br />
Dzien uroczysty w krzyzowym Zakonie;<br />
Zewszad komtury do stolicy spiesza,<br />
60 Kedy, zebrani w kapituly gronie,<br />
Wezwawszy Ducha Swietego uradza,<br />
Na czyich piersiach wielki krzyz zawiesza<br />
I w czyje rece wielki miecz oddadza.<br />
Na radach splynal dzien jeden i drugi,<br />
Bo wielu mezów staje do zawodu,<br />
A wszyscy równie wysokiego rodu<br />
I wszystkich równe w Zakonie zaslugi;<br />
Dotad powszechna miedzy bracia zgoda<br />
Nad wszystkich wyzej stawi Wallenroda.</strong></p>
<p><strong>70 On cudzoziemiec, w Prusach nieznajomy,<br />
Slawa napelnil zagraniczne domy;<br />
Czy Maurów scigal na kastylskich górach,<br />
Czy Otomana przez morskie odmety,<br />
W bitwach na czele, pierwszy byl na murach,<br />
Pierwszy zahaczal pohanców okrety;<br />
I na turniejach, skoro wstapil w szranki,<br />
Jezeli raczyl przylbice odslonic,<br />
Nikt sie nie wazyl na ostre z nim gonic,<br />
Pierwsze mu zgodnie ustepujac wianki.<br />
80 Nie tylko miedzy krzyzowymi roty<br />
Wslawil orezem mlodociane lata,<br />
Zdobia go wielkie chrzescijanskie cnoty:<br />
Ubóstwo, skromnosc i pogarda swiata.</strong></p>
<p><strong>Konrad nie slynal w przydwornym nacisku<br />
Gladkoscia mowy, skladnoscia uklonów;<br />
Ani swej broni dla podlego zysku<br />
Nie przedal w sluzbe niezgodnych baronów.<br />
Klasztornym murom wiek poswiecil mlody,<br />
Wzgardzil oklaski i górne urzedy;<br />
90 Nawet zacniejsze i slodsze nagrody:<br />
Minstrelów hymny i pieknosci wzgledy,<br />
Nie przemawialy do zimnego ducha.<br />
Wallenrod pochwal obojetnie slucha,<br />
Na krasne lica poglada z daleka,<br />
Od czarujacej rozmowy ucieka.</strong></p>
<p><strong>Czy byl nieczulym, dumnym z przyrodzenia,<br />
Czy stal sie z wiekiem &#8211; bo choc jeszcze mlody,<br />
Juz wlos mial siwy i zwiedle jagody,<br />
Napietnowane staroscia cierpienia -<br />
100 Trudno odgadnac: zdarzaly sie chwile,<br />
W których zabawy mlodziezy podzielal,<br />
Nawet niewiescich gwarów sluchal mile,<br />
Na zarty dworzan zartami odstrzelal<br />
I sypal damom grzecznych slówek krocie,<br />
Z zimnym usmiechem, jak dzieciom lakocie.<br />
Byly to rzadkie chwile zapomnienia;<br />
I wkrótce, lada slówko obojetne,<br />
Które dla drugich nie mialo znaczenia,<br />
W nim obudzalo wzruszenia namietne;<br />
110 Slowa: ojczyzna, powinnosc, kochanka,<br />
O krucyjatach i o Litwie wzmianka,<br />
Nagle wesolosc Wallenroda truly;<br />
Slyszac je, znowu odwracal oblicze,<br />
Znowu na wszystko stawal sie nieczuly<br />
I pograzal sie w dumy tajemnicze.<br />
Moze, wspomniawszy swietosc powolania,<br />
Sam sobie ziemskich slodyczy zabrania.<br />
Jedne znal tylko przyjazni slodycze,<br />
Jednego tylko wybral przyjaciela,<br />
120 Swietego cnota i poboznym stanem:<br />
Byl to mnich siwy, zwano go Halbanem.<br />
On Wallenroda samotnosc podziela;<br />
On byl i duszy jego spowiednikiem,<br />
On byl i serca jego powiernikiem.<br />
Szczesliwa przyjazn swietym jest na ziemi,<br />
Kto umial przyjazn zabrac ze swietemi.</strong></p>
<p><strong>Tak naczelnicy zakonnej obrady<br />
Rozpamietuja Konrada przymioty;<br />
Ale mial wade &#8211; bo któz jest bez wady?<br />
130 Konrad swiatowej nie lubil pustoty,<br />
Konrad pijanej nie dzielil biesiady.<br />
Wszakze zamkniety w samotnym pokoju,<br />
Gdy go dreczyly nudy lub zgryzoty,<br />
Szukal pociechy w goracym napoju;<br />
I wtenczas zdal sie wdziewac postac nowa,<br />
Wtenczas twarz jego, blada i surowa,<br />
Jakis rumieniec chorowity krasil;<br />
I wielkie, niegdys blekitne zrenice,<br />
Które czas nieco skazil i przygasil,<br />
140 Ciskaly dawnych ogniów blyskawice;<br />
Z piersi zalosnie westchnienie ucieka<br />
I lza perlowa nabrzmiewa powieka,<br />
Dlon lutni szuka, usta piesni leja,<br />
Piesni nucone cudzoziemska mowa,<br />
Lecz je sluchaczów serca rozumieja.<br />
Dosyc uslyszec muzyke grobowa,<br />
Dosyc uwazac na spiewaka postac:<br />
W licach pamieci widac natezenie,<br />
Brwi podniesione, pochyle wejrzenie,<br />
150 Chcace z glebiny ziemnej cós wydostac;<br />
Jakiz byc moze piesni jego watek?-<br />
Zapewne mysla, w oblednych pogoniach,<br />
Sciga swa mlodosc na przeszlosci toniach.-<br />
Gdziez dusza jego? &#8211; W krainie pamiatek.</strong></p>
<p><strong>Lecz nigdy reka, w muzycznym zapedzie,<br />
Z lutni weselszych tonów nie dobedzie;<br />
I lica jego niewinnych usmiechów<br />
Zdaja sie lekac, jak smiertelnych grzechów.<br />
Wszystkie uderza struny po kolei,<br />
160 Prócz jednej struny &#8211; prócz struny wesela.<br />
Wszystkie uczucia sluchacz z nim podziela,<br />
Oprócz jednego uczucia &#8211; nadziei.</strong></p>
<p><strong>Nieraz go bracia zeszli niespodzianie<br />
I nadzwyczajnej dziwili sie zmianie.<br />
Konrad zbudzony zzymal sie i gniewal,<br />
Porzucal lutnie i piesni nie spiewal;<br />
Wymawial glosno bezbozne wyrazy,<br />
Cós Halbanowi szeptal po kryjomu,<br />
Krzyczal na wojska, wydawal rozkazy,<br />
170 Straszliwie grozil, nie wiadomo komu.<br />
Trwoza sie bracia &#8211; stary Halban siada<br />
I wzrok zatapia w oblicze Konrada,<br />
Wzrok przenikliwy, chlodny i surowy,<br />
Pelen jakowejs tajemnej wymowy.<br />
Czy cós wspomina, czyli cós doradza,<br />
Czy trwoge w sercu Wallenroda budzi,</strong></p>
<p><strong>Zaraz mu chmurne czolo wypogadza,<br />
Oczy przygasza i oblicze studzi.<br />
Tak na igrzysku, kiedy lwów dozorca,<br />
180 Sprosiwszy panny, damy i rycerze,<br />
Rozlamie krate zelaznego dworca,<br />
Da haslo traba; wtem królewskie zwierze<br />
Grzmi z glebi piersi, strach na widzów pada;<br />
Jeden dozorca kroku nie poruszy,<br />
Spokojnie rece na piersiach zaklada<br />
I lwa poteznie uderzy &#8211; oczyma,<br />
Tym niesmiertelnej talizmanem duszy<br />
Moc bezrozumna na uwiezi trzyma.</strong></p>
<p><strong>II</strong></p>
<p><strong>190 Z Maryjenburskiej wiezy zadzwoniono,<br />
Z obradnej sali ida do kaplicy,<br />
Najpierwszy komtur, wielcy urzednicy,<br />
Kaplani, bracia i rycerzy grono.<br />
Nieszpornych modlów kapitula slucha<br />
I spiewa hymny do Swietego Ducha.</strong></p>
<p><strong>HYMN</strong></p>
<p><strong>Duchu, swiatlo boze!<br />
Golabko Syjonu!<br />
Dzis chrzescijanski swiat, ziemne podnoze<br />
200 Twojego tronu,<br />
Widoma oswiec postacia<br />
I roztocz skrzydla nad syjonska bracia!<br />
Spod Twych skrzydel niech wystrzeli<br />
Slonecznymi promien blaski,<br />
I kto najswietszej godniejszy laski<br />
Temu niech zlotym wiencem skronie rozweseli;<br />
A padniem na twarz, syny czlowieka,<br />
Temu, nad kim spoczywa Twych skrzydel opieka.<br />
Synu Zbawicielu!<br />
210 Skinieniem wszechmocnej reki<br />
Naznacz, kto z wielu<br />
Najgodniejszy slynac<br />
Swietym znakiem Twojej meki,<br />
Piotra mieczem hetmanic zolnierstwu Twej wiary<br />
I przed oczyma poganstwa rozwinac<br />
Królestwa Twego sztandary;<br />
A syn ziemi niech czolo i serce uniza<br />
Przed tym, na czyich piersiach blysnie gwiazda krzyza.</strong></p>
<p><strong>* * *</strong></p>
<p><strong>220 Po modlach wyszli. Arcykomtur zlecil,<br />
Spoczawszy nieco powracac do choru<br />
I znowu blagac, aby Bóg oswiecil<br />
Kaplanów, braci i mezów obioru.</strong></p>
<p><strong>Wyszli nocnymi orzezwic sie chlody:<br />
Jedni zasiedli zamkowy kruzganek,<br />
Drudzy przechodza gaje i ogrody.<br />
Noc byla cicha, majowej pogody;<br />
Z dala niepewny wygladal poranek;<br />
Ksiezyc obieglszy blonie safirowe<br />
230 Z odmiennym licem, z róznym blaskiem w oku,<br />
Drzemiac to w ciemnym, to w srebrnym obloku,<br />
Znizal swa cicha i samotna glowe;<br />
Jak dumajacy w pustyni kochanek,<br />
Obieglszy mysla cale zycia kolo,<br />
Wszystkie nadzieje, slodycze, cierpienia,<br />
To lzy wylewa, to spójrzy wesolo,<br />
Wrescie ku piersiom zmordowane czolo<u><span style="color: blue"> </span></u>Sklania &#8211; i wpada w letarg zamyslenia.</strong></p>
<p><strong>Przechadzka inni bawia sie rycerze.<br />
240 Lecz Arcykomtur chwil darmo nie traci,<br />
Zaraz Halbana i celniejszych braci<br />
Wzywa do siebie i na strone bierze,<br />
Aby z daleka od ciekawej rzeszy<br />
Zasiegnac rady, udzielic przestrogi.<br />
Wychodzi z zamku, na równina spieszy;<br />
Tak rozmawiajac, nie pilnujac drogi,<br />
Bladzili kilka godzin w okolicy,<br />
Blisko spokojnych jeziora wybrzezy.<br />
Juz ranek, pora wracac do stolicy.<br />
250 Staja &#8211; glos jakis &#8211; skad? &#8211; z naroznej wiezy:</strong></p>
<p><strong>Sluchaja pilnie &#8211; to glos pustelnicy.<br />
W tej wiezy dawno, przed laty dziesieciu,<br />
Jakas nieznana, pobozna niewiasta,<br />
Z dala przybywszy do Maryi-miasta-<br />
Czy ja natchnelo niebo w przedsiewzieciu,<br />
Czy skazonego sumienia wyrzuty<br />
Pragnac ukoic balsamem pokuty,<br />
Pustelniczego szukala ukrycia<br />
I tu znalazla grobowiec za zycia.</strong></p>
<p><strong>260 Dlugo nie chcieli zezwalac kaplani,<br />
Wreszcie staloscia prosby przelamani<br />
Dali jej w wiezy samotne schronienie.<br />
I.edwie stanela za swieconym progiem,<br />
Na próg zwalono cegly i kamienie,<br />
Zostala sama z myslami i Bogiem;<br />
I brame, co ja od zyjacych dzieli,<br />
Chyba w dzien sadny odemkna anieli.</strong></p>
<p><strong>U góry male okienko i krata,<br />
Kedy pobozny lud slal pozywienie,<br />
270 A niebo &#8211; wietrzyk i dzienne promienie.<br />
Biedna grzesznico, czyz nienawisc swiata<br />
Do tyla umysl skolatala mlody,<br />
Ze sie obawiasz slonca i pogody?-<br />
Zaledwie w swoim zamknela sie grobie,<br />
Nikt jej nie widzial przy okienku wiezy<br />
Przyjmowac w usta wiatru oddech swiezy,<br />
Ogladac niebo w pogodnej ozdobie<br />
I mile kwiaty na ziemnym obszarze,<br />
I stokroc milsze swoich bliznich twarze.</strong></p>
<p><strong>280 Wiedziano tylko, ze jest dotad w zyciu;<br />
Bo nieraz jeszcze swietego pielgrzyma,<br />
Gdy noca przy jej blaka sie ukryciu,<br />
Jakis dzwiek mily na chwile zatrzyma;<br />
Dzwiek to zapewne poboznej piosenki.<br />
I z pruskich wiosek gdy zebrane dzieci<br />
Igraja w wieczór u bliskiej dabrowy,<br />
Natenczas z okna cós bialego swieci,<br />
Jak gdyby promyk wschodzacej jutrzenki:<br />
Czy to jej wlosa pukiel bursztynowy,<br />
290 Czyli to polysk drobnej, snieznej reki,<br />
Blogoslawiacej niewiniatek glowy?<br />
Komtur, tamtedy obróciwszy kroki,<br />
Slyszy, gdy wieze narozna pomijal:<br />
&#8220;Tys Konrad, przebóg! spelnione wyroki,<br />
Ty masz byc mistrzem, abys ich zabijal!<br />
Czyz nie poznaja? &#8211; ukrywasz daremnie,<br />
Chociazbys, jak waz, inne przybral cialo,<br />
Jeszcze by w twojej duszy pozostalo<br />
Wiele dawnego &#8211; wszak zostalo we mnie!<br />
300 Chociazbys wrócil, po twoim pogrzebie<br />
Jeszcze Krzyzacy poznaliby ciebie&#8221;.<br />
Slucha rycerstwo &#8211; to glos pustelnicy,<br />
Spojrza na krate, zda sie pochylona,<br />
Zda sie ku ziemi wyciagac ramiona,<br />
Do kogoz? &#8211; Pusto w calej okolicy.<br />
Z daleka tylko jakis blask uderza,<br />
Na ksztalt plomyka stalowej przylbicy,<br />
I cien na ziemi &#8211; czy to plaszcz rycerza?<br />
Juz zniklo &#8211; pewnie zludzenie zrenicy,<br />
310 Pewnie jutrzenki blysnal wzrok rumiany,<br />
Po ziemi ranne przemknely tumany.</strong></p>
<p><strong>&#8220;Bracia!- rzekl Halban &#8211; dziekujmy niebiosom,<br />
Pewnie wyroki niebios nas przywiodly,<br />
Ufajmy wieszczym pustelnicy glosom.<br />
Czy slyszeliscie? &#8211; Wieszczba o Konradzie,<br />
Konrad dzielnego imie Wallenroda.<br />
Stójmy, brat bratu niechaj reke poda,<br />
Slowo rycerskie: na jutrzejszej radzie<br />
On mistrzem naszym! &#8221; &#8211; &#8220;Zgoda &#8211; krzykna &#8211; zgoda!&#8221;</strong></p>
<p><strong>320 I poszli krzyczac; dlugo po dolinie<br />
Odglos tryumfu i radosci bije:<br />
&#8220;Konrad niech zyje, Wielki Mistrz niech zyje!<br />
Niech zyje Zakon! niech poganstwo zginie!&#8221;</strong></p>
<p><strong>Halban pozostal mocno zamyslony,<br />
Na wolajacych okiem wzgardy rzucil,<br />
Spójrzal ku wiezy i cichymi tony<br />
Taka piosenke odchodzac zanucil:</strong></p>
<p><strong>[PIESN]</strong></p>
<p><strong>Wilija, naszych strumieni rodzica,<br />
330 Dno ma zlociste i niebieskie lica;<br />
Piekna Litwinka, co jej czerpa wody,<br />
Czystsze ma serce, sliczniejsze jagody.</strong></p>
<p><strong>Wilija w milej kowienskiej dolinie<br />
Sród tulipanów i narcyzów plynie;<br />
U nóg Litwinki kwiat naszych mlodzianów,<br />
Od róz krasniejszy i od tulipanów.<br />
Wilija gardzi doliny kwiatami,<br />
Bo szuka Niemna, swego oblubienca;<br />
Litwince nudno miedzy Litwinami,<br />
340 Bo ukochala cudzego mlodzienca.</strong></p>
<p><strong>Niemen w gwaltowne pochwyci ramiona,<br />
Niesie na skaly i dzikie przestworza,<br />
Tuli kochanke do zimnego lona,<br />
I gina razem w glebokosciach morza.</strong></p>
<p><strong>I ciebie równie przychodzien oddali<br />
Z ojczystych dolin, o Litwinko biedna!<br />
I ty utoniesz w zapomnienia fali,<br />
Ale smutniejsza, ale sama jedna.</strong></p>
<p><strong>Serce i potok ostrzegac daremnie,<br />
350 Dziewica kocha i Wilija biezy;<br />
Wilija znikla w ukochanym Niemnie,<br />
Dziewica placze w pustelniczej wiezy.</strong></p>
<p><strong>III</strong></p>
<p><strong>Gdy Mistrz praw swietych ucalowal ksiegi,<br />
Skonczyl modlitwe i wzial od komtura<br />
Miecz i krzyz wielki, znamiona potegi,<br />
Wzniósl dumnie czolo, chociaz troski chmura<br />
Ciazyla nad nim; wkolo okiem strzelil,<br />
W którym sie radosc na pól z gniewem zarzy,<br />
360 I niewidziany gosc na jego twarzy,<br />
Usmiech przelecial, slaby i znikomy:<br />
Jak blask, co chmure poranna rozdzielil,<br />
Zwiastujac razem wschód slonca i gromy.</strong></p>
<p><strong>Ten zapal Mistrza, to grozne oblicze,<br />
Napelnia serca otucha, nadzieja;<br />
Widza przed soba bitwy i zdobycze<br />
I hojnie w mysli krew poganska leja.<br />
Takiemu wladcy któz dostoi kroku?<br />
Któz sie nie zleknie jego szabli, wzroku?-<br />
370 Drzyjcie Litwini! juz sie chwila zbliza,<br />
Gdy z murów Wilna blysnie znamie krzyza.</strong></p>
<p><strong>Nadzieje prózne. &#8211; Cieka dni, tygodnie,<br />
Uplynal caly dlugi rok w pokoju;<br />
Litwa zagraza, Wallenrod niegodnie<br />
Ani sam walczy, ani sle do boju;<br />
A gdy sie zbudzi i cós dzialac zacznie,<br />
Stary porzadek wywraca opacznie.<br />
Wola, ze Zakon z swietych wyszedl karbów,<br />
Ze bracia gwalca przysiezone sluby;<br />
380 &#8220;Módlmy sie &#8211; wola &#8211; wyrzeczmy sie skarbów,<br />
Szukajmy m cnotach i pokoju chluby!&#8221;<br />
Narzuca posty, pokuty ciezary,<br />
Uciech, wygody niewinnej zaprzecza;<br />
Lada grzech sciga najsrozszymi kary<br />
Podziemnych lochów, wygnania i miecza.</strong></p>
<p><strong>Tymczasem Litwin, co przed laty z dala<br />
Omijal bramy zakonnej stolicy,<br />
Teraz dokola wsi co noc podpala<br />
I lud bezbronny chwyta z okolicy;<br />
390 Pod samym zamkiem dumnie sie przechwala,<br />
Ze idzie na msze do mistrza kaplicy;<br />
Pierwszy raz dzieci z rodziców swych progu<br />
Drzaly na straszny dzwiek zmudzkiego rogu.</strong></p>
<p><strong>Kiedyz byc moze czas lepszy do wojny?-<br />
Litwa szarpana wewnetrzna niezgoda;<br />
Stad dzielny Rusin, stad Lach niespokojny,<br />
Stad krymskie chany lud potezny wioda.<br />
Witold, zepchniety od Jagielly z tronu,<br />
Przyjechal szukac opieki Zakonu;<br />
400 W nagrode skarby i ziemie przyrzeka<br />
I wsparcia dotad nadaremnie czeka.</strong></p>
<p><strong>Szemraja bracia, gromadzi sie rada,<br />
Mistrza nie widac; Halban stary biezy,<br />
W zamku, w kaplicy nie znalazl Konrada:<br />
Gdziez on? &#8211; zapewne u naroznej wiezy.<br />
Sledzili bracia nocne jego kroki;<br />
Wszystkim wiadomo: kazdego wieczora,<br />
Gdy ziemie grubsze oslaniaja mroki,<br />
On idzie bladzic po brzegach jeziora;</strong></p>
<p><strong>410 Albo kleczacy, przyparty do muru,<br />
Okryty plaszczem, az do bialej zorzy<br />
Swieci z daleka, jak posag z marmuru,<br />
I przez noc cala sennosc go nie zmorzy.<br />
Czesta na cichy odglos pustelnicy<br />
Wstaje i ciche daje odpowiedzi;<br />
Brzmienia ich z dala ucho nie dosledzi,<br />
Lecz widac z blasku wstrzasnionej przylbicy,<br />
Rak niespokojnych, podniesionej glowy,<br />
Ze jakies wazne tocza sie rozmowy.</strong></p>
<p><strong>420 PIESN Z WIEZY</strong></p>
<p><strong>Któz me westchnienia, kto me lzy policzy?<br />
Czy juz tak dlugie przeplakalam lata,<br />
Czy tyle w piersiach i oczach goryczy,<br />
Ze od mych westchnien pordzawiala krata?-<br />
Gdzie lza upadnie, w zimny glaz przecieka,<br />
Jak gdyby w serce dobrego czlowieka.</strong></p>
<p><strong>Jest wieczny ogien w zamku 5wentoroga,<br />
Ten ogien zywia pobozne kaplany;<br />
Jest wieczne zródlo na górze Mendoga,<br />
430 To zródlo zywia sniegi i tumany;<br />
Nikt moich westchnien i lez nie podsyca,<br />
A dotad boli serce i zrenica.</strong></p>
<p><strong>Pieszczoty ojca, matki uscisnienia,<br />
Zamek bogaty, kraina wesola,<br />
Dni bez tesknoty, nocy bez marzenia;<br />
Spokojnosc na ksztalt cichego aniola,<br />
We dnie i w nocy, na polu i w domie<br />
Strzegla mig z bliska, chociaz niewidomie.</strong></p>
<p><strong>Trzy piekne córki bylo nas u matki,<br />
440 A mnie najpierwej zadano w zamescie;<br />
Szczesliwa mlodosc, szczesliwe dostatki,<br />
Któz mi powiedzial, ze jest inne szczescie?<br />
Piekny mlodziencze! na cos mi powiedzial<br />
To, o czym w Litwie nikt pierwej nie wiedzial?</strong></p>
<p><strong>O Bogu wielkim, o jasnych aniolach,<br />
Kamiennych miastach, kedy wiara swieta,<br />
Gdzie lud w bogatych modli sie kosciolach<br />
I kedy dziewic sluchaja ksiazeta,<br />
Waleczni w boju, jak nasi rycerze,<br />
450 Czuli w milosci, jak nasi pasterze;</strong></p>
<p><strong>Gdzie czlowiek, ziemne zlozywszy pokrycie,<br />
Z dusza ulata po rozkosznym niebie.<br />
Ach, ja wierzylam, bo niebieskie zycie<br />
Juz przeczuwalam, gdym sluchala ciebie!<br />
Ach, odtad marze, w dobrych i zlych losach,<br />
Tylko o tobie, tylko o niebiosach.</strong></p>
<p><strong>Krzyz na twych piersiach oczy me weselil,<br />
W nim ogladalam przyszle szczescia haslo,<br />
Niestety! z krzyza gdy piorun wystrzelil,<br />
460 Wszystko dokola ucichlo, zagaslo!<br />
Nic nie zaluje, choc gorzkie lzy leje,<br />
Bos wszystko odjal, zostawil nadzieje.</strong></p>
<p><strong>&#8220;Nadzieje!&#8221; &#8211; cichym powtórzyly echem<br />
Brzegi jeziora, doliny i knieje.<br />
Zbudzil sie Konrad i z dzikim usmiechem:<br />
&#8220;Gdziez jestem &#8211; wolal &#8211; tu slychac nadzieje?<br />
Na co te piesni? &#8211; Pomne twoje szczescie;<br />
Trzy piekne córki bylo was u matki,<br />
Ciebie najpierwej zadano w zamescie&#8230;<br />
470 Biada, o biada wam, nadobne kwiatki!<br />
Straszliwa zmija wkradla sie do sadu,<br />
A kedy piersia przesliznie sie bledna,<br />
Usechna trawy i róze uwiedna,<br />
I beda zólte jako piersi gadu!<br />
Uciekaj mysla i dni przypominaj,<br />
Które bys dotad pedzila wesolo,<br />
Gdyby&#8230; ty milczysz? &#8211; spiewaj i przeklinaj;<br />
Niechaj lza straszna, co glazy przecieka,<br />
Nie ginie darmo; zdejme szyszak z glowy,<br />
480 Tu niechaj spadnie, niech mi pali czolo,<br />
Tu niechaj spadnie, jam cierpiec gotowy:<br />
Chceg znac zawczasu, co mig w piekle czeka!&#8221;</strong></p>
<p><strong>Glos z wiezy<br />
&#8220;Daruj, mój mily, daruj mi, jam winna.<br />
Przyszedles pózno, teskno bylo czekac,<br />
I mimowolnie jakas piesn dziecinna&#8230;<br />
Precz mi z ta piesnia! &#8211; mialazbym narzekac?-<br />
Z toba, mój luby, z tobasmy przezyli<br />
Znikoma chwile, lecz tej jednej chwili<br />
490 Nie bede mieniac z cala ziemian zgraja<br />
Na ciche zycie, przepedzone w nudzie.<br />
Ty sam mówiles, ze zwyczajni ludzie<br />
Sa jako konchy, co sie w bagnie taja;<br />
Ledwie raz na rok fala niepogody<br />
Wypchniete z metnej pokaza sie wody,<br />
Otworza usta, raz westchna ku niebu<br />
I znowu wróca do swego pogrzebu.<br />
Nie, jam na takie szczescie nie stworzona!<br />
Jeszcze w ojczyznie, ciche pedzac zycie,<br />
500 Nieraz w posrodku towarzyszek grona<br />
Za czyms tesknilam i wzdychalam skrycie,<br />
I czulam serca niespokojne bicie.<br />
Nieraz z poziomej uciekalam laki<br />
I na najwyzszym stanawszy pagórku,<br />
Myslilam sobie: gdyby te skowronki<br />
Ze skrzydel swoich daly mi po piórku,<br />
Poszlabym z nimi i tylko z tej góry<br />
Chcialabym jeden maly kwiat uszczyknac,<br />
Kwiat niezabudki, a potem za chmury<br />
510 Leciec wysoko! wysoko! i &#8211; zniknac.<br />
Tys mie wysluchal, ty skrzydly orlemi,<br />
Monarcho ptaków, wzniosles mie do siebie!<br />
Teraz, skowronki, o nic was nie prosze,<br />
Bo gdziez ma leciec, po jakie rozkosze,<br />
Kto poznal Boga wielkiego na niebie<br />
I kochal meza wielkiego na ziemi?&#8221;</strong></p>
<p><strong>Konrad<br />
&#8220;Wielkosc! i znowu wielkosc, mój aniele!<br />
Wielkosc, dla której jeczymy w niedoli.<br />
520 Kilka dni jeszcze, niech serce przeboli,<br />
Kilka dni tylko, juz ich tak niewiele.<br />
Stalo sie! prózno po czasie zalowac!<br />
Placzmy &#8211; lecz niechaj drza nieprzyjaciele,<br />
Bo Konrad plakal, azeby mordowac.<br />
Po cos tu przyszla, po co, moja droga!<br />
Z klasztornych murów, z swiatyni pokoju?-<br />
Jam cie poswiecil na uslugi Boga;<br />
Nie lepiejz bylo w swietych jego murach,<br />
Z dala ode mnie plakac i umierac,<br />
530 Niz tu, w krainie klamstwa i rozboju,<br />
W grobowej wiezy, w powolnych torturach,<br />
Konac i oczy samotne otwierac,<br />
I przez niezlomne tej kraty okucia<br />
Pomocy zebrac? &#8211; A ja sluchac musze,<br />
Patrzec na dluga skonania katusze,<br />
Stojac z daleka, i klac moje dusze,<br />
Ze w niej sa jeszcze ostatki uczucia!&#8221;</strong></p>
<p><strong>Glos z wiezy<br />
&#8220;Jesli narzekasz, nie przychodz tu wiecej;<br />
540 Chociazbys przyszedl, blagal najgorecej,<br />
Juz nie uslyszysz! juz okno zamykam,<br />
Spuszcze sie znowu w moje wieze ciemna,<br />
Niechaj w milczeniu gorzkie lzy polykam.<br />
Badz zdrów na wieki, badz zdrów, mój jedyny!<br />
I niech zaginie pamiec tej godziny,<br />
W której nie miales litosci nade mna&#8221;.</strong></p>
<p><strong>Konrad<br />
&#8220;Wiec ty miej litosc, ty jestes aniolem,<br />
Stój, a jezeli prosba cie nie wstrzyma,<br />
550 O ten róg wiezy uderze sie czolem,<br />
Bede cie blagal skonaniem Kaima&#8221;.</strong></p>
<p><strong>Glos z wiezy<br />
&#8220;0, miejmy litosc nad soba samemi,<br />
Pomnij, mój luby, ze jak ten swiat wielki,<br />
Dwoje nas tylko na ogromnej ziemi<br />
Na morzach piasku dwie rosy kropelki;<br />
Ze, lada wietrzyk, z ziemnego padolu<br />
Znikniem na zawsze, ach! ginmyz pospolu!<br />
Nie na to przyszlam, azeby cie dreczyc;<br />
560 Nie chcialam przyjac swiecenia kaplanek,<br />
Bo niebu serca nie smialam zareczyc,<br />
Póki w nim ziemski panowal kochanek;<br />
Pragnelam zostac w klasztorze i skromnie<br />
Oddac dni moje zakonnic usludze,<br />
Lecz tam bez ciebie wszystko wokolo mnie<br />
Bylo tak nowe, tak dzikie, tak cudze.<br />
Wspomnialam sobie, ze po latach wielu<br />
Miales powrócic do Maryi-grodu,<br />
Szukajac zemste na nieprzyjacielu<br />
570 I broniac sprawe biednego narodu.<br />
Kto czeka, lata myslami ukraca;<br />
Mówilam sobie: on juz moze wraca,<br />
Moze juz wrócil; czyz nie wolno zadac,<br />
Gdy mam zyjaca zakopac sie w grobie,<br />
Abym cie mogla raz jeszcze ogladac,<br />
Abym przynajmniej umarla przy tobie!<br />
Pójde wiec &#8211; rzeklam &#8211; w pustelniczym domku,<br />
Okolo drogi, na skaly ulomku,<br />
Zamkne sie sama: moze rycerz jaki,<br />
580 Kolo mej chatki przechodzacy blisko,<br />
Wymówi czasem kochanka nazwisko,<br />
Moze pomiedzy obcymi szyszaki<br />
Ujrze znak jego: niech odmieni zbroje,<br />
Niechaj na tarcze obce godla kladnie,<br />
Niech twarz odmieni, jeszcze serce moje,<br />
Z daleka nawet, kochanka odgadnie.<br />
I gdy go ciezka powinnosc przymusza<br />
Wszystko dokola wyniszczac i krwawic,<br />
Wszyscy go przeklna, bedzie jedna dusza,<br />
590 Co mu z daleka smie poblogoslawic!<br />
Tu mój obralam domek i grobowiec,<br />
W cichej ustroni, kedy swietokradzki<br />
Mych jeków nie smie podsluchac wedrowiec.<br />
Ty, wiem, iz lubisz samotne przechadzki;<br />
Myslilam sobie: on moze z wieczora<br />
Wybiezy z dala od swych towarzyszy,<br />
Pomówic z wiatrem i z fala jeziora,<br />
Pomysli o mnie i glos mój uslyszy.<br />
Niebo spelnilo niewinne zyczenia;<br />
600 Przyszedles, moje zrozumiales pienia.<br />
Dawniej prosilam, by mig twym obrazem<br />
Pocieszaly, choc obraz byl niemy;<br />
Dzis ile szczescia I dzis mozemy razem-<br />
Razem zaplakac&#8230;&#8221;</strong></p>
<p><strong>Konrad<br />
&#8220;I cóz wyplaczemy?-<br />
Plakalem, pomnisz, kiedy sie wydarlem<br />
Na wieki wieków z twojego objecia,<br />
Gdy dobrowolnie dla szczescia umarlem,<br />
610 Azeby krwawe spelnic przedsiewziecia.<br />
Juz uwienczone zbyt dlugie meczenstwo,<br />
Teraz stanalem u zyczen mych celu,<br />
Moge sie zemscic na nieprzyjacielu;<br />
A ty mi przyszlas wydzierac zwyciestwo.<br />
Odtad jak znowu z okna twej wiezycy<br />
Spójrzalas na mnie, w calym kregu swiata<br />
Znowu nic nie ma dla mojej zrenicy,<br />
Tylko jezioro i wieza, i krata.<br />
Wkolo mnie wszystko wre wojny rozruchem;<br />
620 Sród trab odglosu, sród oreza szczeku<br />
Ja niecierpliwym, wytezonym uchem<br />
Szukam ust twoich anielskiego dzwieku,<br />
I dzien mój caly jest oczekiwaniem,<br />
A gdy wieczornej doczekam sie pory,<br />
Chce ja przedluzyc rozpamietywaniem;<br />
Ja zycie moje licze na wieczory.<br />
Tymczasem Zakon spoczynkowi laje,<br />
O wojne prosi, wlasnej zada zguby,<br />
I msciwy Halban wytchnac mi nie daje:<br />
630 Albo dawniejsze przypomina sluby,<br />
Wyrzniete siola i zniszczone kraje,<br />
Albo gdy nie chce skargi jego sluchac,<br />
Jednym westchnieniem, skinieniem, oczyma,<br />
Umie przygasla chec zemsty rozdmuchac.<br />
Wyrok mój zda sie przyblizac do konca,<br />
Nic juz Krzyzaków od wojny nie wstrzyma.<br />
Wczorasmy z Rzymu odebrali gonca,<br />
Z róznych stron swiata niezliczone chmury,<br />
Pobozny zapal w pole nagromadzil,<br />
640 Wszyscy wolaja, abym ich prowadzil<br />
Z mieczem i krzyzem na wilenskie mury.<br />
A przeciez &#8211; wyznam ze wstydem! w tej chwili,<br />
Kiedy sie waza narodów wyroki,<br />
Mysle o tobie, wynajduje zwloki,<br />
Zebysmy jeszcze dzien jeden przezyli.<br />
Mlodosci! jakze wielkie twe ofiary!<br />
Jam milosc, szczescie, jam niebo za mlodu<br />
Umial poswiecic dla sprawy narodu,<br />
Z zalem, lecz z mestwem! a dzisiaj ja stary,<br />
650 Dzisiaj powinnosc, rozpacz, wola boza<br />
Pedza mie w pole! a ja siwej glowy<br />
Nie smiem oderwac od tych scian podnoza,<br />
Azeby twojej nie stracic &#8211; rozmowy!&#8221;</strong></p>
<p><strong>Umilknal; z wiezy slychac tylko jeki;<br />
W milczeniu dlugie przeciekly godziny,<br />
Noc rozrzedniala i promyk jutrzenki<br />
Juz zarumienil lica cichej wody;<br />
Pomiedzy lisciem drzemiacej krzewiny<br />
Ze szmerem ranne przewiewaly chlody,<br />
660 Ptaszeta cichym ozwaly sie pieniem,<br />
Umilkly znowu &#8211; i dlugim milczeniem<br />
Znac daja, ze sie zbudzily za wczesnie.<br />
Konrad powstaje, wzniosl ku wiezy czolo,<br />
Dlugo na krate pogladal bolesnie;<br />
Slowik zanucil, Konrad naokolo<br />
Spojrzal: juz ranek; &#8211; opuscil przylbicy,<br />
W szerokie zwoje plaszcza twarz obwinal,<br />
Skinieniem reki zegna pustelnicy<br />
I w krzakach zginal.<br />
670 Tak duch piekielny od wrót pustelnika<br />
Na odglos dzwonu porannego znika.</strong></p>
<p><strong>IV</strong></p>
<p><strong>UCZTA</strong></p>
<p><strong>Byl dzien patrona, uroczyste swieto,<br />
Komtury z bracmi do stolicy jada,<br />
Biale choragwie na wiezach zatknieto.<br />
Konrad rycerzy ma uczcic biesiada.</strong></p>
<p><strong>Sto bialych plaszczów powiewa za stolem,<br />
Na kazdym plaszczu czerni sie krzyz dlugi:<br />
680 To byli bracia, a za nimi kolem<br />
Mlodzi giermkowie stoja dla poslugi.</strong></p>
<p><strong>Konrad na czele, po lewicy tronu<br />
Wzial miejsce Witold ze swymi hetmany;<br />
Dawniej byl wrogiem, dzis gosciem Zakonu,<br />
Przeciwko Litwie sojuszem zwiazany.</strong></p>
<p><strong>Juz Mistrz powstawszy daje uczty haslo:<br />
&#8220;Cieszmy sie w Panu!&#8221; &#8211; wnet puchary blysly.<br />
&#8220;Cieszmy sie w Panu!&#8221; &#8211; tysiac glosów wrzaslo,<br />
Srebra zabrzmialy, strugi mina trysly.</strong></p>
<p><strong>690 Wallenrod usiadl i na lokciu wsparty<br />
Sluchal z pogarda nieprzystojnych gwarów;<br />
Umilkla wrzawa, ledwie ciche zarty<br />
Gdzieniegdzie przerwa lekki dzwiek pucharów.</strong></p>
<p><strong>&#8220;Cieszmy sie &#8211; rzecze &#8211; cóz to, bracia moi,<br />
Tak-ze rycerzom cieszyc sie przystoi?-<br />
Zrazu wrzask pijany, a teraz szmer cichy;<br />
Mamyz ucztowac jak zbójce lub mnichy? -</strong></p>
<p><strong>&#8220;Inne zwyczaje byly za mych czasów,<br />
Kiedy na pelnym trupów bojowisku,<br />
700 Sród gór kastylskich lub finlandzkich lasów,<br />
Przy obozowym pilismy ognisku.</strong></p>
<p><strong>&#8220;Tam byly piesni! Miedzy waszym gminem<br />
Czyz nie ma barda albo menestrela?-<br />
Serce czlowieka wino rozwesela,<br />
Ale piosenka jest dla mysli winem&#8221;.</strong></p>
<p><strong>Zarazem rózni spiewacy powstali:<br />
Tam Wloch otyly slowiczymi tony<br />
Konrada mestwo i poboznosc chwali;<br />
Ówdzie trubadur od brzegów Garony<br />
710 Opiewa dzieje milosnych pasterzy,<br />
Zakletych dziewic i blednych rycerzy.</strong></p>
<p><strong>Wallenrod drzemal, piosenki ustaly;<br />
Nagle zbudzony przerwanym loskotem,<br />
Cisnal Wlochowi trzos ladowny zlotem:<br />
&#8220;Mnie &#8211; rzekl &#8211; jednemu spiewales pochwaly,<br />
Jeden nie moze dac innej nagrody.<br />
Wez i pójdz z oczu! Ów trubadur mlody,<br />
Który pieknosci i milosci sluzy,<br />
Niechaj daruje, ze w rycerskim gronie<br />
720 Dziewicy nie masz, co by mu na lonie<br />
Wdzieczna przypiela marny kwiatek rózy.</strong></p>
<p><strong>&#8220;Tu róze zwiedly, innego chce barda,<br />
Zakonnik-rycerz, innej chce piosenki,<br />
Niechaj mi bedzie tak dzika i twarda<br />
Jak halas rogów i oreza szczeki,<br />
I tak ponura jak klasztorne sciany,<br />
I tak ognista jak samotnik pjany.</strong></p>
<p><strong>&#8220;Dla nas, co swiecim i mordujem ludzi,<br />
Mordercza piosnka niech swietosc oglasza,<br />
730 Niechaj rozczula i gniewa, i nudzi,<br />
I znowu niechaj znudzonych przestrasza.<br />
Takie jest zycie &#8211; taka piosnka nasza.<br />
Kto ja zaspiewa? kto? &#8221; -&#8221; Ja&#8221; &#8211; odpowiedzial<br />
Sedziwy starzec, który u podwojów<br />
Miedzy giermkami i paziami siedzial,<br />
Prusak czy Litwin, jak widac ze strojów;<br />
Brode mial gesta, wiekiem ubielona,<br />
Glowe obwiewa ostatek siwizny,<br />
Czolo i oczy zakryte zaslona,<br />
740 W twarzy wyryte lat i cierpien blizny.</strong></p>
<p><strong>W prawicy stara lutnie pruska nosil,<br />
A lewa reke wyciagnal do stola<br />
I tym skinieniem posluchania prosil.<br />
Ucichli wszyscy. &#8211; &#8220;Ja spiewam &#8211; zawola.-<br />
Dawniej Prusakom i Litwie spiewalem;<br />
Dzis jedni legli w ojczyzny obronie,<br />
Drudzy, zyc nie chcac po ojczyzny zgonie,<br />
Dobic sie wola nad jej martwym cialem,<br />
Jak slugi wierne w dobrym i zlym losie<br />
750 Gina na swego dobroczyncy stosie;<br />
Inni sromotnie po lasach sie kryja,<br />
Inni, jak Witold, miedzy wami zyja.</strong></p>
<p><strong>&#8220;Ale po smierci, Niemcy, wy to wiecie,<br />
Sami spytajcie niecnych zdrajców kraju,<br />
Co oni poczna gdy na tamtym swiecie,<br />
Wskazani wiecznym ogniom na pozarcie,<br />
Zechca swych przodków wywolywac z raju,<br />
Jakim jezykiem poprosza o wsparcie?<br />
Czy w ich niemieckiej barbarzynskiej mowie<br />
760 Glos dzieci swoich uznaja przodkowie?</strong></p>
<p><strong>&#8220;O dzieci, jaka Litwinom sromota!<br />
Zaden mi, zaden nie przyniosl obrony,<br />
Gdy od oltarza, stary wajdelota,<br />
Bylem w niemieckich kajdanach wleczony.<br />
Samotny w obcej ziemi zestarzalem,<br />
Spiewak, niestety! spiewac nie mam komu;<br />
Na Litwe patrzac oczy wyplakalem<br />
Dzisiaj jezeli chce westchnac do domu,<br />
Nie wiem, gdzie lezy mój dóm ulubiony,<br />
770 Czy tam, czy owdzie, czyli z tamtej strony.</strong></p>
<p><strong>&#8220;Tu tylko, w sercu, tu sie ochronilo,<br />
Co w mej ojczyznie najlepszego bylo,<br />
I te ubogie dawnych skarbów szczatki<br />
Wezcie mi, Niemcy, wezcie mi pamiatki!</strong></p>
<p><strong>&#8220;Jak zwyciezony rycerz na igrzysku<br />
Zachowa zycie, ale czesc utraca;<br />
I dni wzgardzone wlekac w posmiewisku,<br />
Znowu do swego zwyciezy powraca;<br />
I raz ostatni wytezajac ramie,<br />
780 Bron swa pod jego stopami rozlamie:</strong></p>
<p><strong>&#8220;Tak mie ostatnia natchnela ochota,<br />
Jeszcze do lutni osmielilem reke,<br />
Niech wam ostatni w Litwie wajdelota<br />
Nuci ostatnia litewska piosenke&#8221;.</strong></p>
<p><strong>Skonczyl i czekal Mistrza odpowiedzi,<br />
Czekaja wszyscy w milczeniu glebokiem,<br />
Konrad badawczym i szyderczym okiem<br />
Witolda liców i poruszen sledzi.</strong></p>
<p><strong>Postrzegli wszyscy, kiedy wajdelota<br />
790 Mówil o zdrajcach, jak. sie Witold mienil,<br />
Zsinial, pobladnal, znowu sie czerwienil,<br />
Dreczy go równie i gniew, i sromota,<br />
Na koniec, szable sciskajac u boku,<br />
Idzie, zdziwiona gromade roztraca,<br />
Spójrzal na starca, zahamowal kroku,<br />
I chmura gniewu, nad czolem wiszaca,<br />
Opadla nagle w bystrym lez potoku;<br />
Powrócil, usiadl, plaszczem twarz zaslania<br />
I w tajemnicze utonal dumania.</strong></p>
<p><strong>800 A Niemcy z cicha: &#8220;Czyliz do biesiady<br />
Przypuszczac mamy zebrajace dziady?<br />
Kto slucha piesni i kto je rozumie?&#8221; -<br />
Takie odglosy w biesiadniczym tlumie<br />
Coraz zywszymi przerywano smiechy;<br />
Paziowie krzycza swistajac w orzechy:<br />
&#8220;Oto jest nuta Litewskiego spiewu&#8221;.</strong></p>
<p><strong>Wtem Konrad powstal: &#8220;Waleczni rycerze!<br />
Dzis Zakon, wedle starego zwyczaju,<br />
Od miast i ksiazat podarunki bierze;<br />
810 Jak winne holdy z podleglego kraju,<br />
Zebrak wam piosnke przynosi w ofierze;<br />
Zlozenia holdu nie bronmy starcowi,<br />
Wezmijmy piosnke, bedzie to grosz wdowi.</strong></p>
<p><strong>&#8220;Posród nas widzim ksiazecia Litwinów,<br />
Goscmi Zakonu sa jego wodzowie,<br />
Milo im bedzie pamiec dawnych czynów<br />
Slyszec, w ojczystej odswiezona mowie.<br />
Kto nie rozumie, niechaj sie oddali;<br />
Ja czasem lubie te posepne jeki<br />
820 Niezrozumialej litewskiej piosenki,<br />
Jak lubie loskot rozhukanej fali<br />
Albo szmer cichy wiosennego deszczu;<br />
Przy nich spac milo. &#8211; Spiewaj, stary wieszczu!&#8221;</strong></p>
<p><strong>PIESN WAJDELOTY</strong></p>
<p><strong>Kiedy zaraza Litwe ma uderzyc,<br />
Jej przyjscie wieszcza odgadnie zrenica;<br />
Bo jesli sluszna wajdelotom mierzyc,<br />
Nieraz na pustych smetarzach i bloniach<br />
Staje widomie morowa dziewica,</strong></p>
<p><strong>830 W bieliznie, z wiankiem ognistym na skroniach,<br />
Czolem przenosi bialowieskie drzewa,<br />
A w reku chustka skrwawiona powiewa.</strong></p>
<p><strong>Straznicy zamków oczy pod helm kryja,<br />
A psy wiesniaków, zarywszy pysk w ziemi,<br />
Kopia, smierc wietrza i okropnie wyja.<br />
Dziewica stapa kroki zlowieszczemi<br />
Na siola, zamki i bogate miasta;<br />
A ile razy krwawa chustka skinie,<br />
Tyle palaców zmienia sie w pustynie,<br />
840 Gdzie noga stapi, swiezy grób wyrasta.</strong></p>
<p><strong>Zgubne zjawisko! &#8211; Ale wiecej zguby<br />
Wrózyl Litwinom od niemieckiej strony<br />
Szyszak blyszczacy ze strusimi czuby<br />
I plaszcz szeroki, krzyzem naczerniony.</strong></p>
<p><strong>Gdzie przeszly stopy takiego widziadla,<br />
Niczym jest kleska wiosek albo grodów:<br />
Cala kraina, w mogile zapadla.<br />
Ach! kto litewska dusze mógl ochronic,<br />
Pójdz do mnie, siadziem na grobie narodów,<br />
850 Bedziemy dumac, spiewac i lzy ronic.</strong></p>
<p><strong>O wiesci gminna! ty arko przymierza<br />
Miedzy dawnymi i mlodszymi laty:<br />
W tobie lud sklada bron swego rycerza,<br />
Swych mysli przedze i swych uczuc kwiaty.</strong></p>
<p><strong>Arko! tys zadnym niezlamana ciosem,<br />
Póki cie wlasny twój lud nie zniewazy;<br />
O piesni gminna, ty stoisz na strazy<br />
Narodowego pamiatek kosciola,<br />
Z archanielskimi skrzydlami i glosem -<br />
860 Ty czasem dzierzysz i miecz archaniola.</strong></p>
<p><strong>Plomien rozgryzie malowane dzieje,<br />
Skarby mieczowi spustosza zlodzieje,<br />
Piesn ujdzie calo, tlum ludzi obiega;<br />
A jesli podle dusze nie umieja<br />
Karmic ja zalem i poic nadzieja,<br />
Ucieka w góry, do gruzów przylega<br />
I stamtad dawne opowiada czasy.<br />
Tak slowik z ogniem zajetego gmachu<br />
Wyleci, chwile przysiadzie na dachu:<br />
870 Gdy dachy runa, on ucieka w lasy<br />
I brzmiaca piersia nad zgliszcza i groby<br />
Nuci podróznym piosenke zaloby</strong></p>
<p><strong>Sluchalem piosnek &#8211; nieraz kmiec stoletni,<br />
Tracajac kosci zelazem oraczem,<br />
Stanal i zagral na wierzbowej fletni<br />
Pacierz umarlych; lub rymownym placzem<br />
Was glosil, wielcy ojcowie &#8211; bezdzietni.<br />
Echa mu wtórza, ja sluchalem z dala,<br />
Tym mocniej widok i piosnka rozzala,<u><span style="color: blue"> </span></u>880 Zem byl jedynym widzem i sluchaczem.</strong></p>
<p><strong>Jako w dzien sadny z grobowca wywola<br />
Umarla przeszlosc traba archaniola,<br />
Tak na dzwiek piesni kosci spod mej stopy<br />
W olbrzymie ksztalty zbiegly sie i zrosly.<br />
Z gruzów powstaja kolumny i stropy,<br />
Jeziora puste brzmia licznymi wiosly<br />
I widac zamków otwarte podwoje,<br />
Korony ksiazat, wojowników zbroje,<br />
Spiewaja wieszcze, tanczy dziewic grono -<br />
890 Marzylem cudnie, srodze mig zbudzono!</strong></p>
<p><strong>Zniknely lasy i ojczyste góry.<br />
Mysl znuzonymi ulatujac pióry<br />
Spada, w domowa tuli sie zacisze;<br />
Lutnia umilkla w otretwialym reku,<br />
Sród zalosnego spólrodaków jeku<br />
Czesto przeszlosci glosu nie doslysze!<br />
Lecz dotad iskry mlodego zapalu<br />
Tla w glebi piersi, nieraz ogien wznieca,<br />
Dusze ozywia i pamiec oswieca.<br />
900 Pamiec naówczas, jak lampa z krysztalu<br />
Ubrana pedzlem w malowne obrazy,<br />
Chociaz ja zacmi pyl i liczne skazy,<br />
Jezeli swiecznik postawisz w jej serce,<br />
Jeszcze swiezoscia barwy zneci oczy,<br />
Jeszcze na scianach palacu roztoczy<br />
Krasne, acz nieco przycmione kobierce</strong></p>
<p><strong>Gdybym byl zdolny wlasne ognie przelac<br />
W piersi sluchaczów i wskrzesic postaci<br />
Zmarlej przeszlosci; gdybym umial strzelac<br />
910 Brzmiacymi slowy do serca spólbraci:<br />
Moze by jeszcze w tej jedynej chwili,<br />
Kiedy ich piosnka ojczysta poruszy,<br />
Uczuli w sobie dawne serca bicie,<br />
Uczuli w sobie dawna wielkosc duszy<br />
I chwile jedne tak górnie przezyli,<br />
Jak ich przodkowie niegdys cale zycie.</strong></p>
<p><strong>Lecz po co zbiegle wywolywac wieki? -<br />
I swoich czasów spiewak nie obwini,<br />
Bo jest maz wielki, zywy, niedaleki,<br />
920 O nim zaspiewam, uczcie sie, Litwini!</strong></p>
<p><strong>* * *</strong></p>
<p><strong>Umilknal starzec i dokola slucha,<br />
Czy Niemcy dalej pozwola mu spiewac;<br />
W sali dokola byla cichosc glucha,<br />
Ta zwykla wieszczów na nowo zagrzewac.<br />
Zaczal wiec piosnke, ale innej tresci,<br />
Bo glos na spadki wolniejsze rozmierzal,<br />
Po strunach slabiej i nadziej uderzal<br />
I z hymnu zstapil do prostej powiesci.</strong></p>
<p><strong>930 POWIESC WAJDELOTY</strong></p>
<p><strong>Skad Litwini wracali? &#8211; Z nocnej wracali wycieczki,<br />
Wiezli lupy bogate, w zamkach i cerkwiach zdobyte.<br />
Tlumy branców niemieckich z powiazanymi rekami,<br />
Ze stryczkami na szyjach, biegna przy koniach zwyciezców;<br />
Pogladaja ku Prusom i zalewaja sie lzami,<br />
Pogladaja na Kowno &#8211; i polecaja sie Bogu.<br />
W miescie Kownie posrodku ciagnie sie blonie Peruna,<br />
Tam ksiazeta litewscy, gdy po zwyciestwie wracaja,<br />
Zwykli rycerzy niemieckich palic na stosie ofiarnym.<br />
940 Dwaj rycerze pojmani jada bez trwogi do Kowna,<br />
Jeden mlody i piekny, drugi latami schylony.<br />
Oni sami sród bitwy hufce niemieckie rzuciwszy<br />
Miedzy Litwinów uciekli; ksiaze Kiejstut ich przyjal,<br />
Ale straza otoczyl, w zamek za soba prowadzil.<br />
Pyta, z jakiej krainy, w jakich zamiarach przybyli.</strong></p>
<p><strong>&#8220;Nie wiem &#8211; rzecze mlodzieniec &#8211; jaki mój ród<br />
i nazwisko,<br />
Bo dziecieciem od Niemców bylem w niewola schwytany.<br />
Pomne tylko, ze kedys w Litwie sród miasta wielkiego<br />
950 Stal dóm moich rodziców; bylo to miasto drewniane,<br />
Na pagórkach wynioslych, dóm byl z cegly czerwonej.<br />
Wkolo pagórków na bloniach puszcza szumiala jodlowa.<br />
Srodkiem lasów daleko biale blyszczalo jezioro.<br />
Razu jednego w nocy wrzask nas ze snu przebudzil,<br />
Dzien ognisty zaswital w okna, trzaskaly sie szyby,<br />
Kleby dymu buchnely po gmachu, wybieglismy w brame,<br />
Plomien wial po ulicach, iskry sypaly sie gradem,<br />
Krzyk okropny &#8220;Do broni f Niemcy sa w miescie, do broni !&#8221;<br />
Ojciec wypadl z orezem, wypadl i wiecej nie wrócil.<br />
960 Niemcy wpadli do domu, jeden wypuscil sie za mna,<br />
Zgonil, pozwal mie na. kon; nie wiem, co stalo sie dalej,<br />
Tylko krzyk mojej matki dlugo, dlugo slyszalem.<br />
Posród szczeku oreza, domów runacych loskotu,<br />
Krzyk ten scigal mnie dlugo, krzyk ten pozostal w mym uchu.<br />
Teraz jeszcze gdy widze pozar i slysze wolania,<br />
Krzyk ten budzi sie w duszy, jako echo w jaskini<br />
Za odglosem piorunu; oto jest wszystko, co z Litwy,<br />
Co od rodziców wywiozlem. W sennych niekiedy marzeniach<br />
Widze postac szanowna matki i ojca, i braci,<br />
970 Ale coraz to dalej jakas mgla tajemnicza<br />
Coraz grubsza i coraz ciemniej zaslania ich rysy.<br />
Lata dziecinstwa plynely, zylem sród Niemców jak Niemiec,<br />
Mialem imie Waltera, Alfa nazwisko przydano;<br />
Imie bylo niemieckie, dusza litewska zostala,<br />
Zostal zal po rodzinie, ku cudzoziemcom nienawisc,<br />
Winrych, mistrz krzyzacki, chowal mig w swoim palacu,<br />
On sam do chrztu mie trzymal, kochal i piescil jak syna.<br />
Jam sie nudzil w palacach, z kolan Winrycha uciekal<br />
Do wajdeloty starego. Wówczas pomiedzy Niemcami<br />
980 Byl wajdelota litewski, wziety w niewola przed laty,<br />
Sluzyl tlumaczem wojsku. Ten, gdy sie o mnie dowiedzial,<br />
Zem sierota i Litwin, czesto mie wabil do siebie,<br />
Rozpowiadal o Litwie, dusze steskniona otrzezwial<br />
Pieszczotami i dzwiekiem mowy ojczystej, i piesnia.<br />
On mie czesto ku brzegom Niemna sinego prowadzil,<br />
Stamtad lubilem na mile góry ojczyste pogladac.<br />
Gdysmy do zamku wracali, starzec lzy mi ocieral,<br />
Aby nie wzbudzic podejrzen; lzy mi ocieral, a zemste<br />
Przeciw Niemcom podniecal. Pomne jak w zamek wróciwszy<br />
990 Nóz ostrzylem tajemnie; z jaka zemsty rozkosza<br />
Rznalem kobierce Winrycha lub kaleczylem zwierciadla,<br />
Na tarcz jego blyszczaca piasek miotalem i plwalem.<br />
Potem w latach mlodzienczych czestosmy z portu Klejpedy<br />
W lódke ze starcem siadali brzegi litewskie odwiedzac.<br />
Rwalem kwiaty ojczyste, a czarodziejska ich wonia<br />
Tchnela w dusze jakowes dawne i ciemne wspomnienia.<br />
Upojony ta wonia, zdalo sie, ze dziecinialem,<br />
Ze w ogrodzie rodziców z bracmi igralem malymi.<br />
Starzec pomagal pamieci; on piekniejszymi slowami<br />
1000 Nizli ziola i kwiaty przeszlosc szczesliwa malowal:<br />
Jak by milo w ojczyznie, posród przyjaciól i krewnych,<br />
Pedzic chwile mlodosci; ilez to dzieci litewskich<br />
Szczescia takiego nie znaja placzac w kajdanach Zakonu.<br />
To slyszalem na bloniach; lecz na wybrzezach Polagi,<br />
Gdzie grzmiacymi piersiami biale roztraca sie morze<br />
I z pienistej gardzieli piasku strumienie wylewa:<br />
&#8220;Widzisz &#8211; mawial mi starzec &#8211; laki nadbrzeznej kobierce,<br />
Juz je piasek oblecial; widzisz te ziola pachnace,<br />
Czolem sila sie jeszcze przebic smiertelne pokrycie,<br />
1010 Ach! daremnie, bo nowa zwiru nasuwa sie hydra,<br />
Biale pletwy roztacza, lady zyjace podbija<br />
I rozciaga dokola dzikiej królestwo pustyni.<br />
Synu, plony wiosenne, zywo do grobu wtracone,<br />
To sa ludy podbite, bracia to nasi Litwini;<br />
Synu, piaski z zamorza burza pedzone &#8211; to Zakon&#8221;.<br />
Serce bolalo sluchajac; chcialem mordowac Krzyzaków<br />
Albo do Litwy uciekac; starzec hamowal zapedy.<br />
&#8220;Wolnym rycerzom &#8211; powiadal &#8211; wolno wybierac oreze<br />
I na polu otwartym bic sie równymi silami;<br />
1020 Tys niewolnik, jedyna bron niewolników &#8211; podstepy.<br />
Zostan jeszcze i przejmij sztuki wojenne od Niemców,<br />
Staraj sie zyskac ich ufnosc, dalej obaczym, co poczac&#8221;.<br />
Bylem posluszny starcowi, szedlem z wojskami Teutonów;<br />
Ale w pierwszej potyczce ledwiem obaczyl choragwie,<br />
Ledwiem narodu mojego piesni wojenne uslyszal,<br />
Poskoczylem ku naszym, starca za soba przywodze,<br />
Jako sokól wydarty z gniazda i w klatce zywiony,<br />
Choc srogimi mekami lowcy odbiora mu rozum<br />
I puszczaja, azeby braci sokolów wojowal,<br />
1030 Skoro wzniesie sie w chmury, skoro pociagnie oczyma<br />
Po niezmiernych obszarach swojej blekitnej ojczyzny,<br />
Wolnym odetchnie powietrzem, szelest swych skrzydel<br />
uslyszy:<br />
Pójdz, mysliwcze, do domu, z klatka nie czekaj sokola&#8221;.</strong></p>
<p><strong>Skonczyl mlodzieniec; a Kiejstut sluchal ciekawie, sluchala<br />
Córa Kiejstuta, Aldona, mloda i piekna jak bóstwo.<br />
Jesien plynie, z jesienia ciagna sie dlugie wieczory;<br />
Kiejstutówna, jak zwykle, w sióstr i rówiennic orszaku<br />
Za krosnami usiada albo sie bawi przedziwem;<br />
1040 A gdy igly migoca, tocza sie chybkie wrzeciona,<br />
Walter stoi i prawi cuda o krajach niemieckich<br />
I o swojej mlodosci. Wszystko, co Walter powiadal,<br />
Lowi uchem dziewica, mysla lakoma polyka;<br />
Wszystko umie na pamiec, nieraz i we snie powtarza.<br />
Walter mówil, jak wielkie zamki i miasta za Niemnem,<br />
Jakie bogate ubiory, jakie wspaniale zabawy,<br />
Jak na gonitwach waleczni kopije krusza rycerze,<br />
A dziewice z kruzganków patrza i wience przyznaja.<br />
Walter mówil o wielkim Bogu, co wlada za Niemnem,<br />
1050 I o niepokalanej Syna Bozego Rodzicy,<br />
Której postac anielska w cudnym pokazal obrazku.<br />
Ten obrazek mlodzieniec nosil poboznie na piersiach:<br />
Dzis Litwince darowal, gdy ja do wiary nawracal,<br />
Gdy pacierze z nia mówil; chcial wszystkiego nauczyc,<br />
Co sam umial; niestety, on ja i tego nauczyl,<br />
Czego dotad nie umial: on nauczyl ja kochac.<br />
I sam uczyl sie wiele; z jakim rozkosznym wzruszeniem<br />
Slyszal z ust jej litewskie juz zapomniane wyrazy.<br />
Z kazdym wskrzeszonym wyrazem budzi sie nowe uczucie<br />
1060 Jako iskra z popiolu; byly to slodkie imiona<br />
Pokrewienstwa, przyjazni, slodkiej przyjazni, i jeszcze<br />
Slodszy wyraz nad wszystko, wyraz milosci, któremu<br />
Nie masz równego na ziemi, oprócz wyrazu &#8211; ojczyzna.</strong></p>
<p><strong>&#8220;Skadze &#8211; pomyslal Kiejstut &#8211; nagla w mej córce<br />
odmiana ?<br />
Gdzie jej dawna wesolosc, gdzie jej dziecinne rozrywki? -<br />
W swieto wszystkie dziewice ida zabawiac sie tancem,<br />
Ona siedzi samotna, albo z Walterem rozmawia.<br />
W dzien powszedni dziewice trudnia sie igla lub krosna,<br />
1070 Jej z rak igla wypada, nici plataja sie w krosnach,<br />
Sama nie widzi, co robi, wszyscy mi to powiadaja.<br />
Wczora postrzeglem, ze rózy kwiatek wyszyla zielono,<br />
A listeczki czerwonym umalowala jedwabiem.<br />
Jakze moglaby widziec, kiedy jej oczy i mysli<br />
Tylko oczu Waltera, rozmów Waltera szukaja.<br />
Ile razy zapytam, gdzie ona poszla? &#8211; w doline;<br />
Skad powraca? &#8211; z doliny; cóz w tej dolinie? &#8211; mlodzieniec<br />
Ogród dla niej zasadzil. Jestze ten ogród piekniejszy<br />
Nizli me sady zamkowe? &#8211; (Pyszne Kiejstut mial sady,<br />
1080 Pelne jablek i gruszek, dziewic kowienskich poneta).<br />
Nie ogródek to wabi; zima widzialem jej okna,<br />
Cala szyba tych okien, co obrócone do Niemna,<br />
Czysta jakby sród maja, lód nie zaciemnil krysztalu;<br />
Walter chodzi tamtedy, pewnie siedziala u okna<br />
I goracym westchnieniem lody na szybach stopila.<br />
Ja myslalem, ze on ja czytac i pisac nauczy,<br />
Slyszac, ze wszyscy ksiazeta dzieci swe uczyc zaczeli;<br />
Chlopiec dobry, waleczny, jak ksiadz w pismach cwiczony,<br />
Mamze go z domu wypedzic? on tak potrzebny dla Litwy:<br />
1090 Hufce najlepiej szykuje, sypie najlepiej okopy,<br />
Bron piorunowa urzadza, jeden mi staje za wojsko.<br />
Pójdz, Walterze, badz zieciem moim i bij sie za Litwe!&#8221;</strong></p>
<p><strong>Walter pojal Aldone. &#8211; Niemcy, wy pewnie myslicie,<br />
Ze tu koniec powiesci; w waszych milosnych romansach<br />
Gdy sie rycerze pozenia, konczy trubadur piosenke,<br />
Tylko dodaje, ze zyli dlugo i byli szczesliwi.<br />
Walter kochal swa zone, lecz mial dusze slachetna;<br />
Szczescia w domu nie znalazl, bo go nie bylo w ojczyznie.</strong></p>
<p><strong>Ledwie sniegi ponikly, pierwszy zanucil skowronek,<br />
1100 Innym krajom skowronek milosc i rozkosz obwieszcza,<br />
Biednej Litwie co roku wrózy pozary i rzezie;<br />
Ciagna szeregi krzyzowe niezliczonymi tlumami,<br />
Juz od gór zaniemenskich echo do Kowna zanosi<br />
Wojska mnogiego halasy, chrzest zbrój, rzenia rumaków.<br />
Jak mgla spuszcza sie obóz, blonia szeroko zalega,<br />
Tu i ówdzie migoca strazy naczelnych proporce<br />
Jak lyskania przed burza. Niemcy staneli na brzegu,<br />
Mosty po Niemnie rzucili, Kowno dokola oblegli.<br />
Dzien w dzien od taranów wala sie mury i baszty,<br />
1110 Noc w noc miny burzace kopia sie w ziemi jak krety,<br />
Pod niebiosami ognistym unosi sie bomba polotem<br />
I jak sokol na ptaki z góry na dachy uderza.<br />
Kowno w gruzy runelo &#8211; Litwa do Kiejdan uchodzi;<br />
W gruzach runely Kiejdany &#8211; Litwa po górach i lasach<br />
Broni sie; Niemcy dalej ciagna pladrujac i palac.</strong></p>
<p><strong>Kiejstut z Walterem pierwsi w bitwach, ostatni w odwrocie.<br />
Kiejstut zawsze spokojny; od dziecinstwa przywyknal<br />
Bic sie z nieprzyjacielem, wpadac, zwyciezac, uciekac.<br />
Wiedzial, ze jego przodkowie zawsze z Niemcami walczyli,<br />
1120 Idac w slady swych przodków bil sie i nie dbal o przyszlosc.<br />
Inne byly Waltera mysli; schowany sród Niemców,<br />
Znal potege Zakonu; wiedzial, ze mistrza wezwanie<br />
Z calej Europy wyciaga skarby, oreze i wojska.<br />
Prusy bronily sie niegdys, starly Prusaków Teutony,<br />
Litwa pierwej czy pózniej równej ulegnie kolei;<br />
Widzial niedole Prusaków, drzal nad przyszloscia Litwinów.<br />
&#8220;Synu &#8211; Kiejstut zawola &#8211; zgubnym ty jestes prorokiem;<br />
Z oczu mi zdarles zaslone, aby otchlanie pokazac.<br />
Kiedy ciebie sluchalem, zda sie, ze rece oslably,<br />
1130 I z nadzieja zwyciestwa z piersi uciekla odwaga.<br />
Cóz poczniemy z Niemcami?&#8221; &#8211; &#8220;Ojcze &#8211; Walter powiadal -<br />
Wiem ja sposób jedyny, straszny, skuteczny, niestety!<br />
Moze kiedys objawie&#8221;. &#8211; Tak rozmawiali po bitwie,<br />
Nim ich traba ku nowym bitwom i kleskom wezwala.</strong></p>
<p><strong>Kiejstut coraz smutniejszy, Walter jak mocno zmienionv!<br />
Dawniej, chociaz nie bywal nigdy zbytecznie wesoly,<br />
W chwilach nawet szczesliwych lekki mrok zamyslenia<br />
Lice jego przyslanial, ale w objeciach Aldony,<br />
Dawniej miewal pogodne czolo i lice spokojne,<br />
1140 Zawsze ja wital usmiechem, czulym pozegnal wejrzeniem.<br />
Teraz, zda sie, ze jakas skryta dreczyla go bolesc!<br />
Caly ranek przed domem, z zalozonymi rekami,<br />
Patrzy na dymy plonacych z dala miasteczek i wiosek,<br />
Patrzy dzikimi oczyma; w nocy porywa sie ze snu<br />
I przez okno krwawa lune pozarów uwaza.</strong></p>
<p><strong>&#8220;Mezu drogi, co tobie?&#8221; &#8211; pyta ze lzami Aldona.-<br />
&#8220;Co mnie? bedez spokojnie drzemal, az Niemcy napadna<br />
I sennego zwiazawszy, w rece katowskie oddadza?&#8221; -<br />
&#8220;Boze uchowaj, mezu! straze pilnuja okopów&#8221;. -<br />
1150 &#8220;Prawda, straze pilnuja, czuwam i szable mam w reku,<br />
Ale kiedy wygina straze, wyszczerbi sie szabla&#8230;<br />
Sluchaj, jesli starosci, nedznej starosci dozyje&#8230;&#8221; -<br />
&#8220;Bóg nam zdarzy pocieche z dziatek&#8221;. &#8211; &#8220;Wtem Niemcy<br />
napadna,<br />
Zone zabija, dzieci wydra, uwioza daleko<br />
I naucza wypuszczac strzale na ojca wlasnego.<br />
Ja sam moze bym ojca, moze bym braci mordowal,<br />
Gdyby nie wajdelota&#8221;. &#8211; &#8220;Drogi Walterze, ujedzmy<br />
Dalej w Litwe, skryjmy sie w lasy i góry od Niemców&#8221;. -<br />
1160 &#8220;My odjedziem, a inne matki i dzieci zostawim? -<br />
Tak uciekali Prusacy, Niemiec ich w Litwie dogonil.<br />
Jesli nas w górach wysledzi?&#8221; &#8211; &#8220;Znowu dalej ujedziem&#8221;. -<br />
&#8220;Dalej? dalej, nieszczesna? dalej ujedziem, za Litwe?<br />
W rece Tatarów lub Rusi?&#8221; &#8211; Na ta odpowiedz Aldona<br />
Pomieszana milczala; jej zdawalo sie dotad,<br />
Ze ojczyzna jak swiat jest dluga, szeroka bez konca;<br />
Pierwszy raz slyszy, ze w Litwie calej nie bylo schronienia.<br />
Zalamawszy rece pyta Waltera, co poczac? -<br />
&#8220;Jeden sposób, Aldono, jeden pozostal Litwinom<br />
1170 Skruszyc potege Zakonu; mnie ten sposób wiadomy.<br />
Lecz nie pytaj, dla Boga! stokroc przekleta godzina,<br />
W której od wrogów zmuszony chwyce sie tego sposobu&#8221;. -<br />
Wiecej nie chcial powiadac, prósb Aldony nie sluchal,<br />
Litwy tylko nieszczescia slyszal i widzial przed soba,<br />
Az na koniec plomien zemsty, w milczeniu karmiony<br />
Klesk i cierpien widokiem, wzdal sie i serce ogarnal;<br />
Wszystkie wytrawil uczucia, nawet jedyne uczucie<br />
Dotad mu zywot slodzace, nawet uczucie milosci.<br />
Tak u bialowieskiego debu jezeli mysliwi,<br />
1180 Ogien tajemny wznieciwszy, rdzen gleboko wypala,<br />
Wkrótce lasów monarcha straci swe liscie powiewne,<br />
Z wiatrem poleca galezie, nawet jedyna zielonosc<br />
Dotad mu czolo zdobiaca, uschnie korona jemioly.</strong></p>
<p><strong>Dlugo Litwini po zamkach, górach i lasach bladzili,<br />
Napadajac na Niemców lub napadani wzajemnie.<br />
Az stoczyla sie straszna bitwa na bloniach Rudawy,<br />
Gdzie kilkadziesiat tysiecy mlodzi litewskiej poleglo,<br />
Obok tyluz tysiecy wodzów i braci krzyzowych.<br />
Niemcom wkrótce posilki swieze ciagnely zza morza;<br />
1190 Kiejstut i Walter z garstka mezów przebili sie w góry,<br />
Z wyszczerbionymi szablami, z porabanymi tarczami,<br />
Kurzem, posoka okryci, weszli posepni. do domu.<br />
Walter nie spójrzal na zone, slowa do niej nic wyrzekl,<br />
Po niemiecku z Kiejstutem i wajdelota rozmawial.<br />
Nie rozumiala Aldona, serce tylko wrózylo<br />
Jakies okropne wypadki; gdy zakonczyli obrade,<br />
Wszyscy trzej ku Aldonie smutne zwrócili wejrzenie.<br />
Walter patrzal najdluzej z niemej wyrazem rozpaczy;<br />
Wtem gestymi kroplami lzy mu rzucily sie z oczu.<br />
1200 Upadl do nóg Aldony, rece jej cisnal do serca<br />
I przepraszal za wszystko, co ucierpiala dla niego.<br />
&#8220;Biada &#8211; mówil &#8211; niewiastom, jesli kochaja szalenców,<br />
Których oko wybiegac lubi za wioski granice,<br />
Których mysli jak dymy wiecznie nad dach ulatuja;<br />
Których sercu nie moze szczescie domowe wystarczyc.<br />
Wielkie serca, Aldono, sa jak ule zbyt wielkie,<br />
Miód ich zapelnic nie moze, staja sie gniazdem jaszczurek.<br />
Daruj, luba Aldono! dzisiaj chce w domu pozostac,<br />
Dzisiaj o wszystkim zapomne, dzisiaj bedziemy dla siebie,<br />
1210 Czym bywalismy dawniej; jutro&#8230;&#8221; &#8211; i nie smial dokonczyc.<br />
Jaka radosc Aldonie! zrazu mysli nieboga,<br />
Ze sie Walter odmieni, bedzie spokojny, wesoly,<br />
Widzi go mniej zamyslonym, w oczach wiecej zywosci,<br />
W licach dostrzega rumieniec. Walter u nóg Aldony<br />
Caly wieczór przepedzil; Litwe, Krzyzaków i wojne<br />
Rzucil na chwile w niepamiec, mówil o czasach szczesliwych<br />
Swego do Litwy przybycia, pierwszej z Aldona rozmowy,<br />
Pierwszej w doline przechadzki, i o wszystkich dziecinnych,<br />
Ale sercu pamietnych, pierwszej milosci zdarzeniach.<br />
1220 Za cóz tak lube rozmowy slowem &#8220;jutro&#8221; przerywa? -<br />
I zamysla sie znowu, dlugo na zone poglada,<br />
Lzy mu kreca sie w oczach, chcialby cos wyrzec i nie smie.<br />
Czyliz dawne uczucia, szczescia dawnego pamiatki<br />
Na to tylko wywolal, aby sie z nimi pozegnac?<br />
Wszystkie rozmowy, wszystkie tego wieczora pieszczoty<br />
Czyliz beda ostatnim blaskiem swiecznika milosci?&#8230;<br />
Darmo sie pytac, Aldona patrzy, czeka niepewna<br />
I wyszedlszy z komnaty jeszcze przez szpary poglada.<br />
Walter wino nalewal, mnogie wychylal puchary<br />
1230 wajdelote starego na noc u siebie zatrzymal.</strong></p>
<p><strong>Slonce ledwo wschodzilo, tetnia po bruku kopyta,<br />
Dwaj rycerze z tumanem rannym spiesza sie w góry.<br />
Wszystkie by straze zmylili, jednej nie mogli omylic.<br />
Czujne sa oczy kochanki, zgadla ucieczke Aldona!<br />
Droge w dolinie zabiegla; smutne to bylo spotkanie.<br />
&#8220;Wróc sie, o luba, do domu; wróc sie, ty bedziesz szczesliwa,<br />
Moze bedziesz szczesliwa, w lubej rodziny objeciach;<br />
Jestes mloda i piekna, znajdziesz pocieche, zapomnisz!<br />
Wielu ksiazat dawniej o twa staralo sie reke;<br />
1240 Jestes wolna, jestes wdowa po wielkim czlowieku,<br />
Który dla dobra ojczyzny wyrzekl sie &#8211; nawet i ciebie!<br />
Bywaj zdrowa, zapomnij; zaplacz niekiedy nade mna:<br />
Walter wszystko utracil, Walter sam jeden pozostal<br />
Jako wiatr na pustyni; blakac sie musi po swiecie,<br />
Zdradzac, mordowac i potem ginac smiercia haniebna.<br />
Ale po latach ubieglych imie Alfa na nowo<br />
Zabrzmi w Litwie i kiedys z ust wajdelotów poslyszysz<br />
Czyny jego; natenczas, luba, natenczas pomyslisz,<br />
Ze ów rycerz straszliwy, chmura tajemnic okryty,<br />
1250 Jednej tobie znajomy, twoim byl kiedys malzonkiem,<br />
I niech dumy uczucie bedzie pociecha sieroctwa&#8221;.<br />
Slucha w milczeniu Aldona, chociaz nie slyszy ni slowa.<br />
&#8220;Jedziesz, jedziesz !&#8221; &#8211; krzyknela i zatrwozyla sie sama<br />
Slowem &#8220;jedziesz&#8221;, to jedno slowo brzmialo w jej uchu;<br />
Nic nie myslila, o niczym pomniec nie mogla: jej mysli,<br />
Jej pamiatki, jej przyszlosc, wszystko splatalo sie tlumnie.<br />
Ale sercem odgadla, ze niepodobna powracac,<br />
Ze niepodobna zapomniec; oczy zblakane toczyla,<br />
Kilka razy Waltera dzikie spotkala wejrzenie;<br />
1260 W tym wejrzeniu juz dawnej nie znajdowala pociechy<br />
I zdawala sie szukac czegos nowego, i wkolo<br />
Ogladala sie znowu, wkolo pustynie i lasy;<br />
W srodku lasu samotna blyszczy za Niemnem wiezyca,<br />
Byl to klasztor zakonnic, chrzescijan smutna budowa.<br />
Na tej wiezycy spoczely oczy i mysli Aldony,<br />
Jak golabek, porwany wiatrem sród morskiej topieli,<br />
Pada na maszty samotne nieznajomego okretu.<br />
Walter zrozumial Aldone, udal sie za nia w milczeniu,<br />
Opowiedzial swój zamiar, taic przed swiatem nakazal<br />
1270 I u bramy &#8211; niestety! straszne to bylo rozstanie&#8230;<br />
Alf z wajdelota pojechal, dotad nic o nich nie slychac.<br />
Biada, biada, jezeli dotad nie spelnil przysiegi;<br />
Jesli zrzeklszy sie szczescia, szczescie Aldony zatruwszy&#8230;<br />
Jesli tyle poswiecil i dla niczego poswiecil&#8230;<br />
Przyszlosc reszte pokaze. Niemcy, skonczylem piosenke.</strong></p>
<p><strong>* * *</strong></p>
<p><strong>&#8220;Koniec juz, koniec&#8221; &#8211; wielki szmer na sali -<br />
&#8220;I cóz ów Walter? jakie jego czyny?<br />
Gdzie? nad kim zemsta&#8221; &#8211; sluchacze wolali;<br />
1280 Mistrz tylko jeden sród szurmnej druzyny<br />
Siedzial milczacy z pochylona glowa,<br />
Mocno wzruszony, porywa co chwila<br />
Puchary z winem i do dna wychyla.<br />
W jego postaci zmiane widac nowa,<br />
Rózne uczucia w naglych blyskawicach<br />
Po rozpalonych krzyzuja sie licach.<br />
Coraz to grozniej czolo mu sie chmurzy,<br />
Usta drza sine, oblakane oczy<br />
Lataja niby jaskólki sród burzy,<br />
1290 Wreszcie plaszcz zrzuca i na srodek skoczy:<br />
Gdzie koniec piesni? &#8211; wraz mi koniec spiewaj.<u><span style="color: blue"> </span></u>Albo daj lutnie; czego drzacy stoisz? -<br />
Podaj mi lutnie, puchary nalewaj,<br />
Zaspiewam koniec, jesli ty sie boisz.</strong></p>
<p><strong>&#8220;Znam ja was, kazda piosnka wajdeloty<br />
Nieszczescie wrózy jak nocnych psów wycie;<br />
Mordy, pozogi wy spiewac lubicie,<br />
Nam zostawiacie chwale i zgryzoty.<br />
Jeszcze w kolebce wasza piesn zdradziecka<br />
1300 Na ksztalt gadziny obwija piers dziecka<br />
I wlewa w dusze najsrozsze trucizny,<br />
Glupia chec slawy i milosc ojczyzny.</strong></p>
<p><strong>&#8220;Ona to idzie za mlodziencem w slady,<br />
Jak zabitego cien nieprzyjaciela<br />
Zjawia sie nieraz w posrodku biesiady,<br />
Aby krew mieszac w puchary wesela.<br />
Sluchalem piesni, zanadto, niestety!&#8230;<br />
Stalo sie, stalo; znam cie, zdrajco stary;<br />
Wygrales! wojna, tryumf dla poety!<br />
1310 Dajcie mi wina, spelnia sie zamiary.</strong></p>
<p><strong>&#8220;Wiem koniec piesni, nie&#8230; zaspiewam inna;<br />
Kiedy walczylem na górach Kastyli,<br />
Tam mnie Maurowie ballady uczyli.<br />
Starcze, graj nute, te nute dziecinna,<br />
Która w dolinie&#8230; o! byl to czas blogi -<br />
Na te muzyke zwyklem zawsze nucic.<br />
Wracajze, starcze, bo przez wszystkie bogi<br />
Niemieckie, pruskie&#8230;&#8221; &#8211; Starzec musial wrócic,<br />
Uderzyl lutnie i glosem niepewnym<br />
1320 Szedl za dzikimi tonami Konrada,<br />
Jako niewolnik za swym panem gniewnym.</strong></p>
<p><strong>Tymczasem swiatla gasnely na stole,<br />
Rycerzy dluga uspila biesiada;<br />
Lecz Konrad spiewa, budza sie na nowo,<br />
Staja i w szczuplym scisnawszy sie kole,<br />
Pilnie zwazaja kazde piesni slowo.</strong></p>
<p><strong>BALLADA</strong></p>
<p><strong>ALPUHARA</strong></p>
<p><strong>Juz w gruzach leza Maurów posady,<br />
1330 Naród ich dzwiga zelaza,<br />
Bronia sie jeszcze twierdze Grenady,<br />
Ale w Grenadzie zaraza.</strong></p>
<p><strong>Broni sie jeszcze z wiez Alpuhary<br />
Almanzor z garstka rycerzy,<br />
Hiszpan pod miastem zatknal sztandary,<br />
Jutro do szturmu uderzy.</strong></p>
<p><strong>O wschodzie slonca ryknely spize,<br />
Ruta sie okopy, mur wali,<br />
Juz z minaretów blysnely krzyze,<br />
1340 Hiszpanie zamku dostali.</strong></p>
<p><strong>Jeden Almanzor, widzac swe roty<br />
Zbite w upornej obronie,<br />
Przerznal sie miedzy szable i groty,<br />
Uciekl i zmylil pogonie.</strong></p>
<p><strong>Hiszpan na swiezej zamku ruinie,<br />
Pomiedzy gruzy i trupy,<br />
Zastawia uczte, kapie sie w winie,<br />
Rozdziela brance i lupy.</strong></p>
<p><strong>Wtem straz oddzwierna wodzom donosi,<br />
1350 Ze rycerz z obcej krainy<br />
O posluchanie co rychlej prosi,<br />
Wazne przywozac nowiny.</strong></p>
<p><strong>Byl to Almanzor, król muzulmanów,<br />
Rzucil bezpieczne ukrycie,<br />
Sam sie oddaje w rece Hiszpanów<br />
I tylko blaga o zycie.</strong></p>
<p><strong>&#8220;Hiszpanie &#8211; wola &#8211; na waszym progu<br />
Przychodze czolem uderzyc,<br />
Przychodze sluzyc waszemu Bogu,<br />
1360 Waszym prorokom uwierzyc.</strong></p>
<p><strong>&#8220;Niechaj rozglosi slawa przed swiatem,<br />
Ze Arab, ze król zwalczony,<br />
Swoich zwyciezców chce zostac bratem,<br />
Wasalem obcej korony&#8221;.</strong></p>
<p><strong>Hiszpanie mestwo cenic umieja;<br />
Gdy Almanzora poznali,<br />
Wódz go uscisnal, inni koleja<br />
Jak towarzysza witali.</strong></p>
<p><strong>Almanzor wszystkich wzajemnie wital,<br />
1370 Wodza najczulej uscisnal,<br />
Objal za szyje, za rece chwytal,<br />
Na ustach jego zawisnal.</strong></p>
<p><strong>A wtem oslabnal, padl na kolana,<br />
Ale rekami drzacemi<br />
Wiazac swój zawój do nóg Hiszpana,<br />
Ciagnal sie za nim po ziemi.</strong></p>
<p><strong>Spójrzal dokola, wszystkich zadziwil,<br />
Zbladle, zsiniale mial lice,<br />
Smiechem okropnym usta wykrzywil,<br />
1380 Krwia mu nabiegly zrenice.</strong></p>
<p><strong>&#8220;Patrzcie, o giaury! jam siny, blady,<br />
Zgadnijcie, czyim ja poslem? -<br />
Jam was oszukal, wracam z Grenady,<br />
Ja wam zaraze przynioslem.</strong></p>
<p><strong>&#8220;Pocalowaniem wszczepilem w dusze<br />
Jad, co was bedzie pozerac,<br />
Pójdzcie i patrzcie na me katusze:<br />
Wy tak musicie umierac!&#8221;</strong></p>
<p><strong>Rzuca sie, krzyczy, sciaga ramiona,<br />
1390 Chcialby uscisnieniem wiecznym<br />
Wszystkich Hiszpanów przykuc do lona;<br />
Smieje sie &#8211; smiechem serdecznym.</strong></p>
<p><strong>Smial sie &#8211; juz skonal &#8211; jeszcze powieki,<br />
Jeszcze sie usta nie zwarly,<br />
I smiech piekielny zostal na wieki<br />
Do zimnych liców przymarly.</strong></p>
<p><strong>Hiszpanie trwozni z miasta uciekli,<br />
Dzuma za nimi w slad biegla;<br />
Z gór Alpuhary nim sie wywlekli,<br />
1400 Reszta ich wojska polegla.</strong></p>
<p><strong>* * *</strong></p>
<p><strong>&#8220;Tak to przed laty mscili sie Maurowie,<br />
Wy chcecie wiedziec o zemscie Litwina.?<br />
Cóz? jesli kiedy uisci sie w slowie<br />
I przyjdzie mieszac zaraze do wina?&#8230;<br />
Ale nie &#8211; o nie! &#8211; dzis inne zwyczaje;<br />
Ksiaze Witoldzie, dzis litewskie pany<br />
Przychodza wlasne oddawac nam kraje<br />
I zemsty szukac na swój lud znekany!</strong></p>
<p><strong>1410 &#8220;Przeciez nie wszyscy &#8211; o! nie, na Peruna!<br />
Jeszcze sa w Litwie &#8211; jeszcze wam zaspiewam&#8230;<br />
Precz mi z ta lutnia &#8211; zerwala sie struna,<br />
Nie bedzie piesni &#8211; ale sie spodziewam,<br />
Ze kiedys beda&#8230; dzis &#8211; zbytnie puchary&#8230;<br />
Zanadto pilem &#8211; cieszcie sie &#8211; i bawcie.<br />
A ty Almanzor, &#8211; precz mi z oczu, stary -<br />
Precz mi z Albanem &#8211; samego zostawcie!&#8221;</strong></p>
<p><strong>Rzekl i niepewna powracajac droga<br />
Znalazl swe miejsce, na krzeslo sie rzucil,<br />
1420 Jeszcze cós grozil; uderzywszy noga<br />
Stól z pucharami i winem wywrócil.<br />
Na koniec oslabl, glowa sie schylila<br />
Na porecz krzesla; wzrok po chwili gasnal<br />
I drzace usta piana mu okryla,<br />
I zasnal.</strong></p>
<p><strong>Rycerze chwile w zadumieniu stali,<br />
Wiedza o smutnym nalogu Konrada,<br />
Ze gdy sie winem zbytecznie zapali,<br />
W dzikie zapaly, w bezprzytomnosc wpada.<br />
1430 Ale na uczcie! publiczna sromota!<br />
Przy obcych ludziach, w bezprzykladnym gniewie!<br />
Kto go podniecil? Gdzie ów wajdelota? -<br />
Wymknal sie z cizby i nikt o nim nie wie.</strong></p>
<p><strong>Byly powiesci, ze Halban przebrany<br />
Litewska piosnke Konradowi spiewal,<br />
Ze tym sposobem znowu chrzescijany<br />
Przeciw poganstwu do wojny zagrzewal.<br />
Ale skad w Mistrzu tak nagle odmiany?<br />
Za co sie Witold tak srodze rozgniewal?<br />
1440 Co znaczy Mistrza dziwaczna ballada? -<br />
Kazdy w domyslach nadaremnie bada.</strong></p>
<p><strong>V</strong></p>
<p><strong>WOJNA</strong></p>
<p><strong>Wojna &#8211; juz Konrad hamowac nie zdola<br />
Zapedów ludu i nalegan rady;<br />
Dawno juz caly kraj o pomste wola<br />
Za Litwy napasc i Witolda zdrady.</strong></p>
<p><strong>Witold, co wsparcia u Zakonu zebral<br />
Dla odzyskania wilenskiej stolicy,<br />
1450 Teraz po uczcie, gdy wiesci odebral,<br />
Ze wkrótce rusza w pole Krzyzownicy,<br />
Zmienil zamiary, nowa przyjazn zdradzil<br />
I swych rycerzy tajnie uprowadzil.</strong></p>
<p><strong>W zamki Teutonów, lezace po drodze,<br />
Wszedl z wymyslonym od Mistrza rozkazem,<br />
A potem, orez wydarlszy zalodze,<br />
Wszystko wyniszczyl ogniem i zelazem.<br />
Zakon i wstydem, i gniewem zagrzany,<br />
Krzyzowa wojne podniosl na pogany.<br />
1460 Wychodzi bulla; morzem, ladem plyna<br />
Nieprzeliczone wojowników roje,<br />
Mozni. ksiazeta, z wasalów druzyna,<br />
Czerwonym krzyzem ozdabiaja zbroje;<br />
A kazdy na to swe zycie poslubil,<br />
Aby poganstwo ochrzcil &#8211; lub wygubil.</strong></p>
<p><strong>Poszli ku Litwie; i cóz tam sprawili? -<br />
Jeslis ciekawy, wynidz na okopy,<br />
Spójrzyj ku Litwie, gdy sie dzien nachyli;<br />
Zobaczysz lune, co niebieskie stropy<br />
1470 Krwawym plomieni ruczajem obleje -<br />
Oto sa wojen napasniczych dzieje;<br />
Lacno je skresIic: rzez, grabiez, pozoga<br />
I blask, co glupie rozwesela zgraje,<br />
A w którym medrzec z bojaznia uznaje<br />
Glos wolajacy o pomsty do Boga.</strong></p>
<p><strong>Wiatry pozoge coraz dalej niosly,<br />
Rycerze dalej w glab Litwy zabiegli,<br />
Slychac, ze Kowno, ze Wilno oblegli;<br />
W koncu ustaly i wiesci, i posly.<br />
1480 Juz w okolicy nie widac plomieni<br />
I niebo coraz dalej sie czerwieni.<br />
Darmo Prusacy z podbitej krainy<br />
Branców i mnogich lupów wygladaja;<br />
Darmo sla czestych gonców po nowiny,<br />
Spiesza sie gonce i &#8211; nie powracaja.<br />
Sroga niepewnosc gdy kazdy tlumaczy,<br />
Rad by doczekac chociazby rozpaczy.</strong></p>
<p><strong>Minela jesien, zimowe zamieci<br />
Hucza po górach, zawalaja drogi,<br />
1490 I znowu z dala na niebiosach swieci -<br />
Pólnocne zorze? czy wojny pozogi? -<br />
Coraz widoczniej razi blask plomieni<br />
I niebo coraz blizej sie czerwieni..</strong></p>
<p><strong>Z Maryjenburga lud patrzy ku drodze,<u><span style="color: blue"> </span></u><br />
Juz widac z dala: &#8211; kopie sie przez sniegi<br />
Kilku podróznych; &#8211; Konrad? nasi wodze?<br />
Jakze ich witac? zwyciezce? czy zbiegi?<br />
Gdzie reszta pulków? &#8211; Konrad wzniosl prawice,<br />
Pokazal dalej cizbe rozproszona;<br />
1500 Ach! sam ich widok zdradzil tajemnice.<br />
Biega bezladnie, w zaspach sniegu tona,<br />
Wala sie, depca, jak podle owady<br />
W ciasnym naczyniu ginace pospolu;<br />
Pna sie po trupach, nim nowe gromady<br />
Dzwignionych znowu potraca do dolu.<br />
Ci jeszcze wleka otretwiale nogi,<br />
Ci w biegu nagle przystygli do drogi;<br />
Lecz rece wznosza i stojace trupy<br />
Wskazuja w miasto jak podrózne slupy.</strong></p>
<p><strong>1510 Lud wybiegl z miasta strwozony, ciekawy,<br />
Lekal sie zgadnac i o nic nie pytal,<br />
Bo cale dzieje nieszczesnej wyprawy<br />
W oczach i twarzach rycerzy wyczytal.<br />
Nad ich oczyma mrozna smierc wisiala,<br />
Harpija glodu ich lica wyssala.<br />
Tu slychac traby litewskiej pogoni,<br />
&#8216;I&#8217;am wicher toczy klab sniegu po bloni,<br />
Opodal wyje chuda psów gromada,<br />
A nad glowami kraza kruków stada.</strong></p>
<p><strong>1520 Wszystko zginelo, Konrad wszystkich zgubil;<br />
On, co z oreza takiej nabyl chwaly,<br />
On, co sie dawniej roztropnoscia chlubil:<br />
W ostatniej wojnie lekliwy, niedbaly,<br />
Witolda chytrych sidel nie dostrzegal,<br />
A oszukany, checia zemsty slepy,<br />
Zagnawszy wojsko na litewskie stepy,<br />
Wilno tak dlugo, tak gnusnie oblegal.</strong></p>
<p><strong>Kiedy strawiono dobytki i piony,<br />
Gdy glód niemieckie nawiedzal obozy,<br />
1530 A nieprzyjaciel wkolo rozproszony<br />
Niszczyl posilki, przecinal dowozy,<br />
Codziennie z nedzy marly Niemców krocie:<br />
Czas bylo szturmem polozyc kres wojny<br />
Albo o rychlym zamyslac odwrocie;<br />
Wtenczas Wallenrod ufny i spokojny<br />
Jezdzil na lowy, albo w swym namiocie<br />
Zamkniety knowal tajemne uklady<br />
I wodzów nie chcial przypuszczac do rady.</strong></p>
<p><strong>I tak w zapale wojennym ostygnal,<br />
1540 Ze ludu swego nie wzruszony lzami,<br />
Miecza na jego obrone nie dzwignal;<br />
Z zalozonymi na piersiach rekami<br />
Caly dzien dumal lub z Halbanem gadal.<br />
Tymczasem zima nawalila sniegi<br />
I Witold swieze zebrawszy szeregi<br />
Oblegal wojsko, na obóz napadal;<br />
O hanbo w dziejach meznego Zakonu!<br />
Wielki Mistrz pierwszy uciekl z pola bitwy.<br />
Zamiast wawrzynów i sutego plonu<br />
1550 Przywiózl wiadomosc o zwyciestwach Litwy.<br />
Czyscie widzieli, gdy z tego pogromu<br />
Wojsko upiorów prowadzil do domu? -<br />
Ponury smutek czolo jego mroczy,<br />
Robak bolesci wywijal sie z lica;<br />
I Konrad cierpial &#8211; ale spójrzyj w oczy:<br />
Ta wielka, na pól otwarta zrenica<br />
Jasne z ukosa miotala pociski,<br />
Niby kometa grozacy wojnami,<br />
Co chwila, zmienna, jak nocne polyski,<br />
1560 Którymi szatan podróznego mami;<br />
Wscieklosc i radosc polaczajac razem,<br />
Blyszczala jakims szatanskim wyrazem.</strong></p>
<p><strong>Drzal lud i szemral, Konrad nie dbal o to;<br />
Zwolal na rade niechetnych rycerzy,<br />
Spójrzal, przemówil, skinal &#8211; o sromoto!<br />
Sluchaja pilnie i kazdy mu wierzy;<br />
W bledach czlowieka widza sady Boga,<br />
Bo kogoz z ludzi nie przekona &#8211; trwoga?</strong></p>
<p><strong>Stój, dumny wladco! jest sad i na ciebie.<br />
1570 W Maryjenburgu wiem ja loch podziemny;<br />
Tam, gdy noc miasto w ciemnosciach zagrzebie,<br />
Schodzi na rade trybunal tajemny.</strong></p>
<p><strong>Tam jedna lampa na podniebiu sali<br />
I w dzien, i w nocy sie pali;<br />
Dwanascie krzesel kolo tronu stoi,<br />
Na tronie ustaw ksiega tajemnicza;<br />
Dwunastu sedziów, kazdy w czarnej zbroi,<br />
Wszystkich maskami zamkniete oblicza,<br />
W lochach od gminnej ukryli sie zgrai,<br />
1580 A larwa jeden przed drugim sie tai.</strong></p>
<p><strong>Wszyscy przysiegli dobrowolnie, zgodnie,<br />
Karac poteznych swoich wladców zbrodnie,<br />
Nazbyt gorszace lub ukryte swiatu.<br />
Skoro ostatnia uchwala zapadnie,<br />
I rodzonemu nie przepuszcza bratu;<br />
Kazdy powinien, gwaltownie lub zdradnie,<br />
Na potepionym dopelnic wyroku:<br />
Sztylety w reku, rapiery u boku.<br />
Jeden z maskowych zblizyl sie do tronu<br />
1590 I stojac z mieczem przed ksiega zakonu,<br />
Rzekl: &#8220;Straszliwi sedziowie!<br />
Juz nasze podejrzenie stwierdzone dowodem:<br />
Czlowiek, co sie Konradem Wallenrodem zowie,<br />
Nie jest Wallenrodem.<br />
Kto on jest? &#8211; nie wiadomo; przed dwunastu laty<br />
Nie wiedziec skad przyjechal w nadrenskie krainy.<br />
Kiedy hrabia Wallenrod szedl do Palestyny,<br />
Byl w orszaku hrabiego, nosil giermka szaty.<br />
Wkrótce rycerz Wallenrod gdzies bez wiesci zginal;<br />
1600 Ów giermek, podejrzany o jego zabicie,<br />
Z Palestyny uszedl skrycie<br />
I ku hiszpanskim brzegom zawinal.<br />
Tam w potyczkach z Maurami dal mestwa dowody<br />
I na turniejach mnogie pozyskal nagrody,<br />
A wszedzie pod imieniem Wallenroda slynal.<br />
Przyjal na koniec zakonnika sluby<br />
I zostal mistrzem dla Zakonu zguby.<br />
Jak rzadzil, wszyscy wiecie; tej ostatniej zimy,<br />
Kiedy z mrozem i glodem, i z Litwa walczymy,<br />
1610 Konrad jezdzil samotny w lasy i dabrowy<br />
I tam miewal z Witoldem tajemne rozmowy.<br />
Szpiegowie moi dawno sledza jego czynów;<br />
Wieczorem pod narozna skryli sie wiezyca,<br />
Nie pojeli, co Konrad mówil z pustelnica;<br />
Lecz, sedziowie! on mówil jezykiem Litwinów.<br />
Zwazywszy, co nam tajnych sadów posly<br />
Niedawno o tym czlowieku doniosly<br />
I o czym swiezo mój szpieg donosi,<br />
I wiesc juz ledwie nie publiczna glosi:<br />
1620 Sedziowie! ja na. Mistrza zaskarzenie klade<br />
O falsz, zabójstwo, herezyja, zdrade&#8221;. -<br />
Tu oskarzyciel przed zakonu ksiega<br />
Uklakl i wsparlszy na krucyfiks reke,<br />
Prawde doniesien zatwierdzil przysiega<br />
Na Boga i na Zbawiciela meke.</strong></p>
<p><strong>Umilkl, Sedziowie sprawe roztrzasaja;<br />
Lecz nie ma glosów ni cichej rozmowy,<br />
Ledwie rzut oka lub skinienie glowy<br />
Jakas gleboka, grozna mysl wydaja.<br />
1630 Kazdy z kolei zblizal sie do tronu,<br />
Ostrzem sztyletu na ksiedze zakonu<br />
Karty przerzucal, prawa cicho czytal,<br />
O zdanie tylko sumienia zapytal,<br />
Osadzil, reke do serca przyklada,<br />
I wszyscy zgodnie zawolali : &#8211; &#8220;Biada!&#8221;<br />
I trzykroc echem powtórzyly mury:<br />
&#8220;Biada!&#8221; &#8211; W tym jednym, jednym tylko slowie<br />
Jest caly wyrok; &#8211; pojeli sedziowie,<br />
Dwanascie mieczów podniesli do góry,<br />
1640 Wszystkie zmierzone &#8211; w jedne piers Konrada.<br />
Wyszli w milczeniu &#8211; a jeszcze raz mury<br />
Echem za nimi powtórzyly : &#8211; &#8220;Biada!&#8221;</strong></p>
<p><strong>[VI]</strong></p>
<p><strong>POZEGNANIE</strong></p>
<p><strong>Zimowy ranek &#8211; wichrzy sie i sniezy;<br />
Wallenrod leci sród wichrów i sniegów,<br />
Zaledwie stanal u jeziora brzegów,<br />
Wola i mieczem bije w sciany wiezy.<br />
&#8220;Aldono &#8211; wola &#8211; zyjemy, Aldono!<br />
1650 Twój mily wraca, wypelnione sluby,<br />
Oni zgineli, wszystko wypelniono&#8221;.</strong></p>
<p><strong>Pustelnica<br />
&#8220;Alf? to glos jego? &#8211; Mój Alfie, mój luby,<br />
Jakze? juz pokój? ty powracasz zdrowo?<br />
Juz nie pojedziesz?&#8221; -</strong></p>
<p><strong>Konrad<br />
&#8220;O! na milosc Boga,<br />
O nic nie pytaj; sluchaj, moja droga,<br />
Sluchaj i pilnie zwazaj kazde slowo.<br />
1660 Oni zgineli &#8211; widzisz te pozary?<br />
Widzisz? &#8211; to Litwa w kraju Niemców broi;<br />
Przez lat sto Zakon ran swych nie wygoi.<br />
Trafilem w serce stuglowej poczwary;<br />
Strawione skarby, zródla ich potegi,<br />
Zgorzaly miasta, morze krwi wycieklo;<br />
Jam to uczynil, dopelnil przysiegi,<br />
Straszniejszej zemsty nie wymysli pieklo.<br />
Ja wiecej nie chce, wszak jestem czlowiekiem!<br />
Spedzilem mlodosc w bezecnej obludzie,<br />
1670 W krwawych rozbojach &#8211; dzis schylony wiekiem,<br />
Zdrady mig nudza, niezdolny do bitwy,<br />
Juz dosyc zemsty &#8211; i Niemcy sa ludzie.<br />
Bóg mig oswiecil, ja powracam z Litwy,<br />
Ja owe miejsca, twój zamek widzialem,<br />
Kowienski zamek &#8211; juz tylko ruiny;<br />
Odwracam oczy, przelatuje czwalem,<br />
Biege do owej, do naszej doliny.<br />
Wszystko jak dawniej! tez laski, te kwiaty;<br />
Wszystko, jak bylo owego wieczora,<br />
1680 Gdysmy doline zegnali przed laty.<br />
Ach! mnie sie zdalo, ze to bylo wczora!<br />
Kamien, pamietasz ów kamien wyniosly,<br />
Co niegdys naszych przechadzek byl celem? -<br />
Stoi dotychczas, tylko mchem zarosly,<br />
Ledwiem go dostrzegl, osloniony zielem.<br />
Wyrwalem zielska, obmylem go lzami;<br />
Siedzenie z darni, gdzie po letnim znoju<br />
Lubilas spoczac miedzy jaworami;<br />
Zródlo, gdziem szukal dla ciebie napoju;<br />
1690 Jam wszystko znalazl, obejrzal, obchodzil.<br />
Nawet twój maly chlodnik zostawiono,<br />
Com go suchymi wierzbami ogrodzil.<br />
Te suche wierzby, jaki cud, Aldono!<br />
Dawniej ma reka wbite w piasek suchy,<br />
Dzis ich nie poznasz, dzisiaj piekne drzewa<br />
I liscie na nich wiosenne powiewa,<br />
I mlodych kwiatków unosza sie puchy.<br />
Ach! na ten widok pociecha nieznana,<br />
Przeczucie szczescia serce ozywilo;<br />
1700 Calujac wierzby padlem na kolana,<br />
Boze mój &#8211; rzeklem &#8211; oby sie spelnilo!<br />
Obysmy, w strony ojczyste wróceni,<br />
Kiedy litewska zamieszkamy role,<br />
Odzyli znowu! niech i nasza dole<br />
Znowu nadziei listek zazieleni!</strong></p>
<p><strong>&#8220;Tak, wrócmy, pozwol! mam w Zakonie wladze,<br />
Kaze otworzyc &#8211; lecz po co rozkazy? -<br />
Gdyby ta brama byla tysiac razy<br />
Twardsza od stali, wybije, wysadze;<br />
1710 Tam cie, o luba! ku naszej dolinie,<br />
Tam poprowadze, poniose na reku<br />
Lub dalej pójdziem; sa w Litwie pustynie,<br />
Sa gluche cienie bialowieskich lasów,<br />
Kedy nie slychac obcej broni szczeku<br />
Ani dumnego zwyciezcy halasów,<br />
Ni zwyciezonych braci naszych jeku.<br />
Tam w srodku cichej, pasterskiej zagrody,<br />
Na twoim reku, u twojego lona<br />
Zapomne, ze sa na swiecie narody,<br />
1720 Ze jest swiat jakis &#8211; bedziem zyc dla siebie.<br />
Wróc, powiedz, pozwól!&#8221; &#8211; Milczala Aldona,<br />
Konrad umilknal, czekal odpowiedzi.<br />
Wtem krwawa jutrznia blysnela na niebie:<br />
&#8220;Aldono, przebóg! ranek nas uprzedzi,<br />
Zbudza sie ludzie i straz nas zatrzyma;<br />
Aldono!&#8221; &#8211; wolal, drzal z niecierpliwosci,<br />
Glosu nie stalo, blagal ja oczyma<br />
I zalamane rece wzniosl do góry,<br />
Padl na kolana i zebrzac litosci,<br />
1730 Objal, calowal zimnej wiezy mury.</strong></p>
<p><strong>&#8220;Nie, juz po czasie &#8211; rzekla smutnym glosem,<br />
Ale spokojnym &#8211; Bóg mi doda sily,<br />
On mig zasloni przed ostatnim ciosem.<br />
Kiedym tu weszla, przysieglam na progu<br />
Nie zstapic z wiezy, chyba do mogily.<br />
Walczylam z soba; dzis i ty, mój mily,<br />
I ty mi dajesz pomoc przeciw Bogu.<br />
Chcesz wrócic na swiat, kogo? &#8211; nedzna mare<br />
Pomysl, ach, pomysl! jezeli szalona<br />
1740 Dam sie namówic, rzuce te pieczare<br />
I z uniesieniem padne w twe ramiona,<br />
A ty nie poznasz, ty mie nie powitasz,<br />
Odwrócisz oczy i z trwoga zapytasz:<br />
&#8220;Ten straszny upior jestze to Aldona?&#8221;<br />
I bedziesz szukal w zagaslej zrenicy<br />
I w twarzy, która&#8230; ach! mysl sama razi&#8230;<br />
Nie, niechaj nigdy nedza pustelnicy<br />
Pieknej Aldonie oblicza nie kazi.</strong></p>
<p><strong>&#8220;Ja sama &#8211; wyznam &#8211; daruj, mój kochany,<br />
1750 Ilekroc ksiezyc zywszym swiatlem blyska,<br />
Gdy slysze glos twój, kryje sie za sciany,<br />
Ja cie, mój drogi, nie chce widziec z bliska.<br />
Ty moze dzisiaj juz nie jestes taki,<br />
Jakim bywales, pamietasz, przed laty,<br />
Gdys wjechal w zamek z naszymi orszaki;<br />
Lecz dotad w moim zachowales lonie<br />
Tez same oczy, twarz, postawe, szaty.<br />
Tak motyl piekny, gdy w bursztyn utonie,<br />
Na wieki cala zachowuje postac.<br />
1760 Alfie, nam lepiej takimi pozostac,<br />
Jakiemi dawniej bylismy, jakiemi<br />
Zlaczym sie znowu &#8211; ale nie na ziemi.</strong></p>
<p><strong>&#8220;Doliny piekne zostawmy szczesliwym;<u><span style="color: blue"> </span></u>Ja lubie moje kamienna zacisze,<br />
Mnie dosyc szczescia, gdy cie widze zywym,<br />
Gdy mily glos twój co wieczora slysze.<br />
I w tej zaciszy mozna, Alfie drogi,<br />
Mozna by wszystkie cierpienia oslodzic;<br />
Porzuc juz zdrady, mordy i pozogi,<br />
1770 Staraj sie czesciej i raniej przychodzic.</strong></p>
<p><strong>&#8220;Gdybys &#8211; posluchaj &#8211; wokolo równiny<br />
Chlodnik podobny owemu zasadzil<br />
I twoje wierzby kochane sprowadzil,<br />
I kwiaty, nawet ów kamien z doliny;<br />
Niech czasem dziatki z pobliskiego siola<br />
Bawia sie miedzy ojczystymi drzewy,<br />
Ojczyste w wianek uplataja ziola;<br />
Niechaj litewskie powtarzaja spiewy.<br />
Piosnka ojczysta pomaga dumaniu<br />
1780 I sny sprowadza o Litwie i tobie;<br />
A potem, potem, po moim skonaniu,<br />
Niech, przyspiewuja i na Alfa grobie&#8221;.</strong></p>
<p><strong>Alf juz nie slyszal, on po dzikim brzegu<br />
Bladzil bez celu, bez mysli, bez checi.<br />
Tam góra lodu, tam puszcza go neci<br />
W dzikich widokach i w naglonym biegu<br />
Znajdowal jakas ulge &#8211; utrudzenie.<br />
Ciezko mu, duszno sród zimowej sloty;<br />
Zerwal plaszcz, pancerz, roztargal odzienie<br />
1790 I z piersi zrzucil wszystko &#8211; prócz zgryzoty.</strong></p>
<p><strong>Juz rankiem trafil na miejskie okopy,<br />
Ujrzal cien jakis, zatrzymal sie, bada&#8230;<br />
Cien krazy dalej i cichymi stopy<br />
Wional po sniegu, w okopach przepada,<br />
Glos tylko slychac: &#8211; &#8220;Biada, biada, biada!&#8221;</strong></p>
<p><strong>Alf na ten odglos zbudzil sie i zdumial,<br />
Pomyslil chwile &#8211; i wszystko zrozumial.<br />
Dobywa miecza i na rózne strony<br />
Zwraca sie, sledzi niespokojnym okiem;<br />
1800 Pusto dokola, tylko przez zagony<br />
Snieg lecial klebem, wiatr pólnocny szumial;<br />
Spójrzy ku brzegom, staje rozrzewniony,<br />
Na koniec wolnym, chwiejacym sie krokiem<br />
Wraca sie znowu pod wieze Aldony.</strong></p>
<p><strong>Dostrzegl ja z dala, jeszcze w oknie byla.<br />
&#8220;Dzien dobry! &#8211; krzyknal &#8211; przez tyle lat z soba<br />
Tylkosmy nocna widzieli sie doba;<br />
Teraz dzien dobry &#8211; jaka wrózba mila!<br />
Pierwszy dzien dobry &#8211; po latach tak wielu.<br />
1810 Zgadnij, dlaczego przychodze tak rano?&#8221;</strong></p>
<p><strong>Aldona<br />
&#8220;Nie chce zgadywac, badz zdrów, przyjacielu,<br />
Juz nazbyt swiatlo, gdyby cie poznano&#8230;<br />
Przestan namawiac &#8211; badz zdrów, do wieczora,<br />
Wynisc nie moge, nie chce&#8221;.</strong></p>
<p><strong>Alf<br />
&#8220;Juz nie pora!<br />
Wiesz, o co prosze? &#8211; zruc jaka galazke -<br />
Nie, kwiatów nie masz, wiec nitke z odziezy<br />
1820 Albo z twojego warkocza zawiazke,<br />
Albo kamyczek ze scian twojej wiezy.<br />
Chce dzisiaj &#8211; jutra nie kazdemu dozyc -<br />
Chce na pamiatke miec jaki dar swiezy,<br />
Który dzis jeszcze byl na twoim lonie,<br />
Na którym jeszcze swieza lezka plonie.<br />
Chce go przed smiercia na mym sercu zlozyc,<br />
Chce go ostatnim pozegnac wyrazem;<br />
Mam zginac wkrótce, nagle; zginmy razem.<br />
Widzisz te bliska, przedmiejska strzelnice,<br />
1830 Tam bede mieszkal; dla znaku, co ranek<br />
Wywiesze czarna chustke na kruzganek,<br />
Co wieczor lampe u kraty zaswiece;<br />
Tam wiecznie patrzaj : jesli chustke zruce,<br />
Jezeli lampa przed wieczorem skona,<br />
Zamknij twe okno &#8211; moze juz nie wróce.</strong></p>
<p><strong>&#8220;Badz zdrowa!&#8221; &#8211; Odszedl i zniknal. Aldona<br />
Jeszcze poglada, zwieszona u kraty;<br />
Ranek przeminal, slonce zachodzilo,<br />
A dlugo jeszcze w oknie widac bylo<br />
1840 Jej biale, z wiatrem igrajace szaty<br />
I wyciagniete ku ziemi ramiona.</strong></p>
<p><strong>* * *<br />
&#8220;Zaszlo na koniec&#8221; &#8211; rzekl Alf do Halbana,<br />
Wskazujac slonce z okna swej strzelnicy,<br />
W której zamkniety od samego rana<br />
Siedzial patrzajac w okno pustelnicy. -<br />
&#8220;Daj mi plaszcz, szable, badz zdrów, wierny slugo,<br />
Pójde ku wiezy &#8211; bywaj zdrów na dlugo,<br />
Moze na wieki! Posluchaj, Halbanie,<br />
1850 Jezeli jutro, gdy dzien zacznie swiecic,<br />
Ja nie powróce, opusc to mieszkanie. -<br />
Chce, chcialbym jeszcze cós tobie polecic -<br />
Jakzem samotny! pod niebem i w niebie<br />
Nie mam nikomu, nigdzie, nic powiedziec<br />
W godzine skonu &#8211; prócz jej i prócz ciebie.<br />
Badz zdrów, Halbanie, ona bedzie wiedziec<br />
Ty zrucisz chustke, jesli jutro rano&#8230;<br />
Lecz cóz to? slyszysz? &#8211; w brame kolatano&#8221;.</strong></p>
<p><strong>&#8220;Kto idzie?&#8221; &#8211; trzykroc odzwierny zawolal.<br />
1860 &#8220;Biada!&#8221; &#8211; krzyknelo kilka dzikich glosów;<br />
Widac, ze straznik oprzec sie nie zdolal<br />
I brama tegich nie wstrzymala ciosów.<br />
Juz orszak dolne kruzganki przebiega,<br />
Juz przez zelazne pokrecone wschody,<br />
Do Wallenroda wiodace gospody,<br />
Loskot stop zbrojnych raz wraz sie rozlega;<br />
Alf, zawaliwszy wrzeciadzem podwoje,<br />
Dobywa szable, wzial czare ze stola,<br />
Podszedl ku oknu: &#8211; &#8220;Stalo sie!&#8221; &#8211; zawola,<br />
1870 Nalal i wypil: &#8211; &#8220;Starcze! w rece twoje!&#8221;</strong></p>
<p><strong>Halban pobladnal, chcial skinieniem reki<br />
Wytracic napój, wstrzymuje sie, mysli;<br />
Slychac za drzwiami coraz blizsze dzwieki,<br />
Opuszcza reke: &#8211; to oni, &#8211; juz przysli.</strong></p>
<p><strong>&#8220;Starcze! rozumiesz, co ten loskot znaczy?<br />
I czegoz myslisz? &#8211; masz nalana czasze,<br />
Moja wypita; starcze! w rece wasze&#8221;.<br />
Halban pogladal w milczeniu rozpaczy.</strong></p>
<p><strong>&#8220;Nie, ja przezyje&#8230; i ciebie, mój synu!-<br />
1880 Chce jeszcze zostac, zamknac twe powieki,<br />
I zyc &#8211; azebym slawe twego czynu<br />
Zachowal swiatu, rozglosil na wieki.<br />
Obiege Litwy wsi, zamki i miasta,<br />
Gdzie nie dobiege, piesn moja doleci,<br />
Bard dla rycerzy w bitwach, a niewiasta<br />
Bedzie ja w domu spiewac dla swych dzieci;<br />
Bedzie ja spiewac, i kiedys w przyszlosci<br />
Z tej piesni wstanie msciciel naszych kosci!&#8221;<br />
Na porecz okna Alf ze lzami pada<br />
1890 I dlugo, dlugo ku wiezy pogladal,<br />
Jak gdyby jeszcze napatrzyc sie zadal<br />
Milym widokom, które wnet postrada.<br />
Objal Halbana, westchnienia zmieszali<br />
W ostatnim, dlugim, dlugim uscisnieniu.<br />
Juz u wrzeciadzów slychac loskot stali,<br />
Wchodza, wolaja Alfa po imieniu:</strong></p>
<p><strong>&#8220;Zdrajco! twa glowa dzisiaj pod miecz padnie,<br />
Zaluj za grzechy, gotuj sie do zgonu,<br />
Oto jest starzec, kapelan Zakonu,<br />
1900 Oczysc twa dusze i umrzyj przykladnie&#8221;.</strong></p>
<p><strong>Z dobytym mieczem Alf czekal spotkania,<u><span style="color: blue"> </span></u>Lecz coraz blednie, pochyla sie, slania;<br />
Wsparl sie na oknie i toczac wzrok hardy,<br />
Zrywa plaszcz, mistrza znak na ziemie miota,<br />
Depce nogami z usmiechem pogardy:<br />
&#8220;Oto sa grzechy mojego zywota!&#8221;</strong></p>
<p><strong>&#8220;Gotow-em umrzec, czegoz chcecie wiecej?<br />
Z urzedu mego chcecie sluchac sprawy? -<br />
Patrzcie na tyle zgubionych tysiecy,<br />
1910 Na miasta w gruzach, w plomieniach dzierzawy.<br />
Slyszycie wicher? &#8211; pedzi chmury sniegów,<br />
Tam marzna waszych ostatki szeregów.<br />
Slyszycie? &#8211; wyja glodnych psów gromady,<br />
One sie gryza o szczatki biesiady.</strong></p>
<p><strong>&#8220;Ja to sprawilem; jakem wielki, dumny,<br />
Tyle glów hydry jednym sciac zamachem!<br />
Jak Samson jednym wstrzasnieniem kolumny<br />
Zburzyc gmach caly, i runac pod gmachem!&#8221;</strong></p>
<p><strong>Rzekl, spójrzal w okno i bez czucia pada,<br />
1920 Ale nim upadl, lampe z okna ciska;<br />
Ta trzykroc, kolem obiegajac, blyska,<br />
Na koniec legla przed czolem Konrada;<br />
W rozlanym plynie tleje rdzen ogniska,<br />
Lecz coraz glebiej topi sie i mroczy,<br />
Wreszcie, jak gdyby dajac skonu haslo,<br />
Ostatni, wielki krag swiatla roztoczy,<br />
I przy tym blasku widac Alfa oczy,<br />
Juz pobielaly &#8211; i swiatlo zagaslo.</strong></p>
<p><strong>I w tejze chwili przebil wiezy sciany<br />
1930 Krzyk nagly, mocny, przeciagly, urwany -<br />
Z czyjej to piersi? &#8211; wy sie domyslicie;<br />
A kto by slyszal, odgadnalby snadnie,<br />
Ze piersi, z których taki jek wypadnie,<br />
Juz nigdy wiecej nie wydadza glosu:<br />
W tym glosie cale ozwalo sie zycie.</strong></p>
<p><strong>Tak struny lutni od tegiego ciosu<br />
Zabrzmia i pekna: zmieszanymi dzwieki<br />
Zdaja sie glosic poczatek piosenki,<br />
Ale jej konca nikt sie nie spodziewa.</strong></p>
<p><strong>1940 Taka piesn moja o Aldony losach;<br />
Niechaj ja aniol harmonii w niebiosach,<br />
A czuly sluchacz w duszy swej dospiewa.</strong></p>
<p><strong>K o n i e c</strong></p>
<p align="center" style="text-align: center"><strong><span style="font-size: 11pt"> </span></strong></p>
<p class="MsoNormal"><strong><span style="font-size: 11pt"> </span></strong></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.bajkiopowiadania.com/2006/01/23/konrad-wallenrod-adam-mickiewicz/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Gra?yna &#8211; Adam Mickiewicz</title>
		<link>http://www.bajkiopowiadania.com/2006/01/23/grazyna-adam-mickiewicz/</link>
		<comments>http://www.bajkiopowiadania.com/2006/01/23/grazyna-adam-mickiewicz/#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 23 Jan 2006 10:07:07 +0000</pubDate>
		<dc:creator>matteoraggi</dc:creator>
				<category><![CDATA[Dramat]]></category>
		<category><![CDATA[Lektury i literatura szkolna]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.bajkiopowiadania.com/dramat/grazyna-adam-mickiewicz/</guid>
		<description><![CDATA[ 
Gra?yna

Coraz to ciemniej; wiatr pó?nocny ch?odzi,
Na dole tuman, a miesi?c wysoko
Po?ród kr???cej czarnych chmur powodzi,
We mgle nie ca?e pokazywa? oko;
I ?wiat by? nakszta?t gmachu sklepionego,
A niebo nakszta?t sklepu ruchomego,
Ksi??yc, jak okno, któr?dy dzie? schodzi.
Zamek na barkach nowogródzkiej góry
Od miesi?cznego bra? poz?ot? blasku;
Po wa?ach z darni i po sinym piasku
Olbrzymim s?upem ?ama? si? cie? bury,
Spadaj?c [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p class="MsoNormal"><strong><span style="font-size: 11pt; color: navy"> </span></strong></p>
<p align="center" style="margin-bottom: 12pt; text-align: center"><strong><u><span style="font-size: 14pt; color: #ff6600">Gra?yna</span></u></strong><strong><u><span style="font-size: 11pt; color: navy"><br />
</span></u></strong><strong><span style="font-size: 11pt; color: navy" /></strong></p>
<p><strong>Coraz to ciemniej; wiatr pó?nocny ch?odzi,<br />
Na dole tuman, a miesi?c wysoko<br />
Po?ród kr???cej czarnych chmur powodzi,<br />
We mgle nie ca?e pokazywa? oko;<br />
I ?wiat by? nakszta?t gmachu sklepionego,<br />
A niebo nakszta?t sklepu ruchomego,<br />
Ksi??yc, jak okno, któr?dy dzie? schodzi.</strong></p>
<p><strong>Zamek na barkach nowogródzkiej góry<br />
Od miesi?cznego bra? poz?ot? blasku;<br />
Po wa?ach z darni i po sinym piasku<br />
Olbrzymim s?upem ?ama? si? cie? bury,<br />
Spadaj?c na fos?, gdzie w?ród wiecznych cie?ni<br />
Dysza?a woda spod zielonych ple?ni.</strong></p>
<p><strong>Miasto ju? spa?, w zamku ognie zgas?y,<br />
Tylko po wa?ach i po basztach stra?e<br />
Powtarzanymi p?osz? senno?? has?y;<br />
Wtem si? co? zdala na polu uka?e:<br />
Jakowi? ludzie bieg? tu po b?oniach,<br />
A ga??? cieniu za ka?dym si? czerni,<br />
A bieg? pr?dko &#8211; musz? by? na koniach,<br />
A ?wiec? mocno &#8211; musz? by? pancerni.</strong></p>
<p><strong>Zar?a?y konie, zagrzmia?a podkowa.<br />
Trzej to rycerze jad? wzd?u? parowa;<br />
Zjechali, staj? &#8211; a pierwszy z rycerzy<br />
Krzyknie i w tr?bk? mosi??n? uderzy;<br />
Uderzy? potem raz drugi i trzeci -<br />
Stra?nik mu baszty rogiem odpowiada -<br />
Brz?k?y wrzeci?dze, pochodnia za?wieci<br />
I most zwodzony z ?oskotem opada.</strong></p>
<p><strong>Na t?tent koni zbiegli si? stra?nicy,<br />
Chc?c bli?ej pozna? i m??e i stroje.<br />
Pierwszy m?? jecha? w zupe?nej zbroicy,<br />
Jak? zwyk? Niemiec przywdziewa? na boje;<br />
I krzy? mia? czarny na bia?ej kapicy,<br />
I krzy? na piersiach u z?otej p?tlicy,<br />
Tr?bk? na plecach, kopij? u toku,<br />
Ró?aniec w pasie i szabl? u boku.</strong></p>
<p><span id="more-62"></span></p>
<p><strong>Poznali m??a Litwini z tych znaków,<br />
Wi?c cicho jeden do drugiego szepce:<br />
&#8220;To jaki? urwisz od psiarni Krzy?aków,<br />
Tuczny, bo prusk? krew codziennie ch?epce.<br />
O, gdyby nie by? nikt tu wi?cej z warty,<br />
Zarazby w bagnie sk?pa? si? ten plucha,<br />
A? pod most pi??ci? zgi??bym ?eb zadarty!&#8221; -<br />
Tak oni mówi?; on niby nie s?ucha,<br />
Lecz musia? s?ysze?, bo si? bardzo zdumia?,<br />
A chocia? Niemiec, g?os ludzki rozumia?.</strong></p>
<p><strong>&#8220;Ksi??? jest w zamku?&#8221; &#8211; &#8220;Jest, lecz o tej<br />
porze<br />
Bardzo?cie wasze poselstwo spó?nili;<br />
Dzi? nie mo?ecie stawi? si? we dworze,<br />
Chyba na jutro&#8221;. &#8211; &#8220;Jutro? Ani chwili!<br />
Zaraz, natychmiast, cho? w spó?nion? por?,<br />
Litaworowi o pos?ach donie?cie;<br />
Niebezpiecze?stwo na m? g?ow? bior?,<br />
A wy dla znaku pier?cie? tylko we?cie!<br />
Nie trzeba wi?cej: skoro ujrzy god?o,<br />
Pozna, kto jestem i co nas przywiod?o&#8221;.</strong></p>
<p><strong>Cicho?? doko?a, zamek we ?nie le?y.<br />
Co za dziw? Pó?noc, jesieni? noc d?uga;<br />
Zacó? dotychczas w Litawora wie?y<br />
Lampa, jak gwiazdka, mi?dzy krat? mruga?<br />
Wszak dzi? powróci?, je?dzi? w kraj daleki,<br />
Snu potrzebuj? troskliwe powieki.</strong></p>
<p><strong>On przecie nie ?pi. &#8211; Pos?ano na zwiady:<br />
Nie ?pi &#8211; lecz ?aden z pa?acowej stra?y,<br />
Ani z dworzanów, ani z panów rady,<br />
Do progu jego zbli?y? si? nie wa?y.<br />
Daremnie pose? i grozi i prosi:<br />
Gro?ba i pro?ba na nic si? nie przyda.<br />
Kazano wreszcie obudzi? Rymwida:<br />
On wol? pa?sk? nosi i odnosi,<br />
On g?ow? w radzie, praw? r?k? w boju,<br />
Jego nazywa ksi??? drugim sob?,<br />
W obozie, w zamku jemu ka?d? dob?<br />
Wst?p do pa?skiego otwarty pokoju.</strong></p>
<p><strong>W pokoju ciemno i tylko od sto?a<br />
Kaganiec ?wiat?em konaj?cym p?on??.<br />
Litwaor chodzi? po gmachu doko?a,<br />
A potem stan?? i w my?lach uton??.<br />
S?ucha, co Rymwid o Niemcach powiada,<br />
Ale mu na to nic nie odpowiada.<br />
To si? rumieni, to wzdycha, to blednie,<br />
Wydaj?c twarz? troski niepowszednie.<br />
Poszed? ku lampie, ?eby j? poprawi?,<br />
Wrzakomo poprawia, a do g??bi ci?nie;<br />
Wcisn?? nareszcie i ca?kiem zad?awi? -<br />
Nie wiem, przypadkiem, czyli te? umy?lnie.</strong></p>
<p><strong>Sna?, ?e poskromi? nie móg? wn?trznej wrzawy<br />
I w pogodniejsze wystroi? si? lice,<br />
A jednak nie chcia?, by s?uga z postawy<br />
Zgadn?? pa?skiego serca tajemnice.<br />
Znowu komnat? obchodzi doko?a,<br />
Lecz, kiedy okna kratowane mija?,<br />
Widna przy blasku miesi?cznego ko?a,<br />
Co si? przez szyby i kraty przebija?,<br />
Widna pos?pno?? zmarszczonego czo?a,<br />
Przyci?te usta, oczu b?yskawica<br />
I surowego zagorza?o?? lica.</strong></p>
<p><strong>Potem w róg gmachu zwraca si? z po?piechem,<br />
Ka?e podwoje zamkn?? Rymwidowi -<br />
Siad? i z k?amliw? spokojno?ci? mówi,<br />
Szyderskim mow? zaprawuj?c ?miechem;</strong></p>
<p><strong>&#8220;Wszak mi sam z Wilna przywioz?e?, Rymwidzie,<br />
?e Wito?d, pan nasz mo?ny i ?askawy,<br />
Mia? mi? podwy?szy? ksi???ciem na Lidzie<br />
I spad?e dla mnie po ?onie dzier?awy,<br />
Jak swoj? w?asno?? lub zdobycze cudze.<br />
Litaworowi podarowa? s?udze?&#8221;<br />
- &#8220;To prawda, ksi???&#8221; &#8211; &#8220;My wi?c po te dary,<br />
Jako przysta?o, wyst?pimy godnie!<br />
Ka? wynie?? na dwór ksi???ce sztandary,<br />
Zapali? w zamku ognie i pochodnie!<br />
Gdzie s? tr?bacze? Niechaj o pó?nocy<br />
Zjad? na miasto i, stan?wszy w rynku,<br />
Na cztery wiatry tr?bi? bez spoczynku,<br />
Póki si? wszystko rycerstwo rozbudzi!<br />
Niech ka?dy piersi zbroj? ubezpiecza,<br />
Nasadzi groty i poci?gnie miecza!<br />
Zgotowa? ?ywno?? dla koni i ludzi!<br />
Ka?demu z m??ów zgotuje niewiasta,<br />
Ile zje?? mo?na od ranku do zmroku.<br />
Czyj ko? na paszy, sprowadzi? do miasta,<br />
Nakarmi? i wzi?? na drog? obroku,<br />
A skoro s?o?ce z szczorsowskiej granicy<br />
Pierwszym promieniem grób Mendoga dra?nie,<br />
Wszyscy staniecie na Lidzkiej ulicy!<br />
Czeka? mi? rze?wo, zbrojno i zapa?nie!&#8221;</strong></p>
<p><strong>Tak mówi? ksi???. Wprawdzie jego mowa<br />
Zaleca zwyk?e do drogi przybory -<br />
Lecz zaco nagle i niezwyk?ej pory?<br />
Dlaczego posta? by?a tak surowa?<br />
A kiedy mówi?, cho? gwa?towne s?owa<br />
Bieg?, ?e jedno drugiego nie ?cignie,<br />
Zda si?, jakby wysz?a ich po?owa,<br />
A reszta w piersiach przyt?umiona stygnie.<br />
Ta posta? co? mi niedobrego wró?y<br />
I g?os ten my?li spokojnej nie s?u?y.</strong></p>
<p><strong>Umilk? Litawor; zda?o si?, ?e czeka,<br />
A? Rymwid z wzi?tym odejdzie rozkazem -<br />
I Rymwid milczy, a odej?cia zwleka,<br />
Bo to, co s?ysza? i co widzia? razem,<br />
Kiedy stosuje i wa?y w rozmowie,<br />
Z lekkich s?ów ci??k? rzecz odgadn?? umie.</strong></p>
<p><strong>Ale có? pocznie? Zna, ?e ksi??? m?ody,<br />
Namowom cudzym ma?o daje ucha<br />
I, nie lubi?cy w d?ugie brn?? wywody,<br />
Zamiary knuje w swojej g??bi ducha,<br />
A skoro uknu?, nie dba na przeszkody<br />
I hamowany, tym sro?ej wybucha.<br />
Lecz Rymwid, jako wierna panu rada<br />
I zacny rycerz w litewskim narodzie,<br />
Zapewne ha?bie niemi?ej podpada,<br />
Gdzieby powszechnej nie zbie?a? szkodzie.<br />
Milcze?, czy radzi?? Na dwoje my?l dzieli,<br />
Waha si?, wko?cu na drugie o?mieli.</strong></p>
<p><strong>&#8220;Panie, gdziekolwiek ch?ci twoje godz?,<br />
Nigdy? na ludziach i koniach nie zb?dzie:<br />
Wska? tylko drog?, my za twoj? wodz?,<br />
Nie patrz?c, k?dy, gotowi i?? wsz?dzie,<br />
Pospólstwo, ?lepe twoich r?k narz?dzie,<br />
I m??ów, którzy na co? wi?cej zdatni.</strong></p>
<p><strong>Bo i twój ojciec, cho? lubi? sam z siebie<br />
Wyci?ga? skrycie przysz?ych dzie? osnowy,<br />
Jednak, nim gminne miecze ku potrzebie,<br />
Wprzódy ku radzie m?dre wzywa? g?owy,<br />
K?dy ja nieraz z wolnym zdaniem siada?,<br />
A com umy?li?, ?mia?o wypowiada?.<br />
Wi?c i dzi? wybacz, je?li w szczerym g?osie<br />
Zeznam, co serce ustom przekaza?o.<br />
D?ugo ja ?y?em i na siwym w?osie<br />
D?wigam i czasów i czynów niema?o;<br />
Przed si? dzi? widz?, oby nie ze szkod?,<br />
Rzecz, dla nas starych niezwyk?? i m?od?.<br />
Je?eli prawda, ?e na Lidzkie pa?stwo<br />
Ci?gniesz, do twojej nale??ce w?a?ci -<br />
Ten pochód skory, co? nakszta?t napa?ci,<br />
Zrazi i nowe i dawne podda?stwo.<br />
Ci, jak zwyci?zcy, czekaj? zdobyczy,<br />
Tamci kajdanów, jak lud niewolniczy.</strong></p>
<p><strong>Zaraz po kraju wie?? ziarna rozsypie,<br />
Ucho je gminne chwyta i przesadza -<br />
Sk?d w ko?cu gorzki owoc si? wyradza,<br />
Co truje zgod? i co s?aw? szczypie;<br />
Okrzykn? zaraz, ?e? chciwy ?upie?y,<br />
Wdar? si? na pa?stwo, które? nie nale?y.</strong></p>
<p><strong>Inaczej cale po dawnym zwyczaju<br />
Litewskie niegdy? st?pa?y ksi???ta,<br />
Nios?c stolic? do w?asnego kraju:<br />
Tych ksi???t dobrze wiek mój zapami?ta -<br />
I, je?li zechcesz i?? po starym trybie,<br />
Spuszczaj si? na mnie, w niczym nie uchybi?.</strong></p>
<p><strong>Naprzód rycerstwo obe?lemy wsz?dy,<br />
I tych, co w mie?cie zostali si? bliscy,<br />
I co na wiejskie powrócili grz?dy,<br />
Maj? na zamek zgromadzi? si? wszyscy;<br />
Wi?c krewne pany, wi?c starsze urz?dy,<br />
Ku bezpiecze?stwu, a wi?kszej ozdobie,<br />
Z sowitym pocztem niech stan? przy tobie.<br />
Co nim dokonasz, ja mog? tymczasem<br />
Wyruszy? jutro lub pojutrze z rana<br />
Ze s?u?b?, z ?wi?t? osob? kap?ana,<br />
Tudzie? z potrzebnym do uczty zapasem,<br />
Aby si? wszystko z?atwi?o na przodzie,<br />
A na zwierzynie nie brak?o i miodzie.</strong></p>
<p><strong>Nie tylko bowiem sam naród prostaczy,<br />
Lecz i starszyzna za ?akoci? goni,<br />
A widz?c zrazu pa?skiej hojno?? d?oni,<br />
Dobrze st?d sobie na przysz?o?? t?umaczy.<br />
Tak zaw?dy by?o w Litwie i na ?mudzi;<br />
Je?li nie wierzysz, pytaj starych ludzi!&#8221;</strong></p>
<p><strong>Sko?czy?, podchodzi ku oknom i doda:<br />
&#8220;Wietrzno, niepewna na jutro pogoda&#8230;<br />
Jakiego? widz? rumaka przy wie?y,<br />
A tu? i rycerz oparty na ??ku&#8230;<br />
Drudzy dwaj chodz?, konie wodz?c w r?ku&#8230;<br />
Pos?y niemieckie &#8211; pozna?em z odzie?y;<br />
Czy ich zawo?a?, czyli niech na dole<br />
Przez usta s?ugi odbior? tw? wol??&#8221;</strong></p>
<p><strong>To mówi?c, okno przymkni?te zaszczepi?,<br />
Niby niechc?cy, i patrzy? i gada?,<br />
Ale umy?lnie pytanie uczepi?,<br />
By co? o pos?ach niemieckich wybada?.</strong></p>
<p><strong>Na to mu pr?dko Litawor odpowie:<br />
&#8220;Je?eli kiedy wychodz? po rad?<br />
Do cudzych, w?asnej nie ufaj?c g?owie -<br />
Zaw?dy twe zdanie na pocz?tku k?ad?,<br />
Bo? zewsz?d godzien mojej czci i wiary,,<br />
Jak w polu m?ody, tak na radzie stary.</strong></p>
<p><strong>Wi?c, cho? nie lubi?, by dzie? przysz?ych<br />
ko?ce<br />
Lada czyjemu widne by?y oku -<br />
Zamiar, wyl?g?y w my?lenia pomroku,<br />
?le jest przed czasem wykaza? na s?o?ce;<br />
Niechaj rzecz ca?a, dokonania bliska,<br />
Jak piorun: wprzódy zabija ni? b?yska.<br />
Przto? ja krótko pytania odbywam:<br />
&#8220;Kiedy? &#8211; &#8220;Dzi?, jutro&#8221;&#8230; &#8211; &#8220;Gdzie?&#8221; &#8211; &#8220;Na ?mud?,<br />
do Rusi&#8221;&#8230;<br />
&#8220;To by? nie mo?e!&#8221; &#8211; &#8220;B?dzie i by? musi&#8230;<br />
Lecz dzisiaj tobie g??b serca rozkrywam.</strong></p>
<p><strong>Dlatego kaza? do konia i zbroi,<br />
Dlatego nagle i or??nie godz?,<br />
Bo wiem Wito?da, ?e z wojskami stoi,<br />
Gotowy wstr?ty czyni? mi po drodze;<br />
A mo?e na to chcia? do Lidy zwabi?,<br />
By zwabionego pojma? albo zabi?.</strong></p>
<p><strong>Ale ja z mistrzem Pruskiego Zakonu<br />
Tajemne zaraz zwi?za?em przymierze,<br />
Aby mi swoje da? w pomoc rycerze,<br />
Za co w nagrod? ust?pi? cz??? plonu.<br />
Je?li, jak s?ysz?, przybyli pos?owie,<br />
Zna?, ?em na jego nie zwiedziony s?owie.</strong></p>
<p><strong>Wprzód wi?c, nim zajd? siedmiorakie gwiazdy,<br />
Ruszymy przyda? ku litewskiej sile<br />
Niemców pancernej trzy tysi?ce jazdy<br />
I pieszych knechtów we dwójnasób tyle.<br />
B?d?c u mistrza, sam sobie wybra?em,<br />
Jakie ma przys?a? rumaki i ch?opy,<br />
Od wszystkich naszych ogromniejsze cia?em,<br />
?elazem kute od g?owy do stopy;<br />
Wiesz, jako dzielnie brzeszczotami siek?,<br />
I dzid? sro?si od naszych daleko.</strong></p>
<p><strong>Knecht zasi? ka?dy ma ?elazn? ?mij?,<br />
Któr? o?owiem i sadz? utuczy,<br />
Potem, ku wrogom nawracaj?c szyj?,<br />
Podra?ni iskr?: wnet paszcza zahuczy<br />
Ogniem i gromem, zrani lub zabije,<br />
Kogo jej strzelca trafny wzrok poruczy.<br />
Od takiej broni niegdy? obalony<br />
Pradziad Gedymin na sza?cach Wielony.</strong></p>
<p><strong>Wszystko gotowe; tajemnymi drogi<br />
Jutro, gdy Wito?d w zaufaniu zbytnim<br />
Na Lidzie s?abe zostawi? za?ogi,<br />
Wpadniem, podpalim, zabierzem i wytniem&#8221;.</strong></p>
<p><strong>Rymwid, niezwyk?? ra?ony nowin?,<br />
Sta? pe?en dziwu, nieprzytomny sobie<br />
Przegl?da burz?, my?li o sposobie,<br />
Sk?ócone my?li jedne w drugich gin?.<br />
Ale rzecz nag?a, pró?no zwleka? zdanie.<br />
Z gniewem i ?alem zawo?a: &#8220;O panie!<br />
Bogdajbym nigdy nie do?y? tej pory!<br />
Brat przeciw bratu ma podnosi? d?onie!<br />
Wczoraj wyszczerbi? na Niemców topory -<br />
Dzi? ma je ostrzy? ku Niemców obronie?<br />
Z?a jest niezgoda &#8211; ale gorsz? zgod?<br />
Chcesz nas pojedna?; raczej ogie? z wod?!</strong></p>
<p><strong>Zdarza si? wprawdzie, ?e s?siad s?siada,<br />
Z którym nieprzyja?? toczy? od lat wielu,<br />
U?ciska wreszcie, gniewne serce sk?ada,<br />
Jeden drugiego zowi?c: &#8220;przyjacielu&#8221; -<br />
?e bardziej jeszcze, ni?li z?e s?siady,<br />
Gniewne na siebie Litwiny i Lachy<br />
Cz?sto u wspólnej pijaj? biesiady,<br />
Snu u?ywaj? pod jednymi dachy<br />
I miecze ??cz? ku wspólnej potrzebie -<br />
A jeszcze bardziej nad litewskie m??e<br />
I nad Polaki zawzi?tsi na siebie<br />
Od wieków s? ludzie i w??e -<br />
A przecie?, je?li do domowych progów<br />
W?? zaproszony go?ciem od cz?owieka,<br />
Je?li dla chwa?y nie?miertelnych bogów<br />
Litwin mu chleba nie sk?pi i mleka -<br />
Wtenczas gad swojski pe?znie w jego r?ce<br />
Spo?em wieczerza, z jednych kubków pij?<br />
I nieraz senne piersi niemowl?ce<br />
Mosi??nym wiankiem bez szkody obwija.</strong></p>
<p><strong>Lecz krzy?ackiego gadu nie ug?aszcze<br />
Nikt ni go?cin?, ni pro?b?, ni dary!<br />
Ma?o? Prusaki i Mazowsza cary<br />
Ziem, ludzi, z?ota wepchn?li mu w paszcze?<br />
On wiecznie g?odny! Cho? po?ar? tak wiele,<br />
Na reszt? nasz? rozdziera gardziele.</strong></p>
<p><strong>Spólna moc tylko zdo?a nas ocali?.<br />
Darmo hordami ci?gniemy co roku<br />
Burzy? ich twierdze i mie?ciny pali?!<br />
Przebrzyd?y Zakon podobny do smoku:<br />
Jeden ?eb utniesz, drugi ro?nie skoro<br />
I ten uci?ty ro?nie w dziesi?cioro!<br />
Wszystkie utnijmy! Napró?no si? trudzi,<br />
Kto naszych szczerze chce godzi? z Krzy?aki,<br />
Bo czy to z kniaziów, czyli z prostych ludzi,<br />
Na Litwie ca?ej nie znajdzie si? taki,<br />
Coby ich nie zna? chytro?ci i dumy,<br />
Nie stroni? od nich, jak od krymskiej d?umy,<br />
Coby nie wola? stokro? od ich broni<br />
Raczej ?mier? w polu, ni?li pomoc zyska?,<br />
Raczej ?elazo rozpalone w d?oni,<br />
Ni?li krzy?ack? prawic? u?ciska?!</strong></p>
<p><strong>Lecz Wito?d grozi? &#8211; Czy? bez obcych mieczy<br />
Ju? nie zdo?amy rozeprze? si? w polu?<br />
Albo czy do tych kresów zasz?y rzeczy,<br />
I? domowego naszych zwad k?kolu<br />
Nie zdo?a wyrwa? d?o? bratniej przyja?ni,<br />
Or?? dla cudzej zachowuj?c ka?ni?</strong></p>
<p><strong>Sk?d?e masz pewno??, ?e s?uszna twa skarga.<br />
?e Wito?d znowu, stawi?c si? upornie,<br />
Zdrady napina i umowy targa?<br />
Pos?uchaj, szlij mnie do niego powtórnie,<br />
Wznowim umow?&#8230;&#8221; &#8211; &#8220;Do?? tego, Rymwidzie!<br />
Znane mi dobrze Wito?da umowy.<br />
Wczoraj mu taki wiatr zawia? do g?owy,<br />
Dzisiaj na? znowu co innego przyjdzie.<br />
Wczora ufa?em ksi???cemu s?owu,<br />
?e sobie Lid? w dziedzictwo zabior? -<br />
Dzi? Wito?d uknu? co? ró?nego znowu:<br />
Na gwa?t swobodn? wy?ledziwszy por?,<br />
Gdy si? do domów rozjechali moi,<br />
A on u Wilna obozami stoi,<br />
Dzi? oznajmuje, jakoby Lidzianie<br />
Za swego pana s?ucha? mi? nie chcieli -<br />
Wi?c Wito?d Lid? dla siebie wydzieli,<br />
Mnie za? w nagrod?, inny kraj dostanie!&#8230;<br />
Pewnie Ru? go??, lub bagna Warega,<br />
Bo tam wskazana jest siedziba nasza,<br />
Tam Wito?d braci i krewnych wyp?asza,<br />
A ?wi?t? Litw? sam jeden zalega!<br />
Patrz, jak uradzi? &#8211; a wie, na co radzi?,<br />
Bo w jedno bije, chocia? ró?n? drog?:<br />
Chcia?by si? jeden nad wszystkich posadzi?<br />
I sobie równych cisn?? pod sw? nog?.</strong></p>
<p><!--more--></p>
<p><strong>Przebóg! Czy? nie do??, ?e Wito?da buta<br />
Na koniu wiecznie trzyma ca?? Litw??<br />
Pier? nasza wiecznie do zbroi przykuta,<br />
Szyszaki ju? nam przyros?y do czo?a!<br />
Z ?upów po ?upy i z bitwy na bitw?,<br />
|wiat, jako wielki, zbiegli?my doko?a:<br />
To na krzy?actwo &#8211; to znowu przez Tatry<br />
Na Polski pi?kne zbudowane sio?a -<br />
Stamt?d, po stepach ?egluj?cy z wiatry,<br />
Goni?c b??dnego obozy Mongo?a.<br />
A co?my skarbu z zamków wy?amali<br />
I co ?ywego szablica nie dotni?,<br />
G?ód nie dogryzie, ogie? nie dopali -<br />
Jemu znosimy, sp?dzamy ochotnie.<br />
Na trudach naszych w pot?g? urasta:<br />
Od Fi?skich zatok po Chazarów morze<br />
Wszystkie pod siebie zagarn?? ju? miasta&#8230;<br />
Sam w jakim mie?cie, w jakim siedzi dworze!<br />
Widzia?em pysznych Krzy?aków warownie,<br />
Na które Prusak nie spojrzy bez strachu,<br />
A przecie? mniejsze od Wito?da gmachu,<br />
Co jest na Wilnie lub Trockim jeziorze!<br />
Widzia?em pi?kn? dolin? przy Kownie,<br />
K?dy rusa?ek d?o? wiosn? i latem<br />
|ciele muraw?, kra?nym dzierzga kwiatem:<br />
Jest to dolina, najpi?kniejsza w ?wiecie&#8230;<br />
Lecz &#8211; któ?by wierzy?? &#8211; u syna Kiejstuta<br />
W pa?acu ?wie?sza murawa i kwiecie:<br />
Takim po ?cianach rozwis?e bistory<br />
Z li?ciem ze srebra i kwieciem ze z?ota&#8230;<br />
Nad dzie?o bogi?, nad smug ró?nowzory<br />
Cudniejsza branek lechickich robota.<br />
W kratach u niego szklane okienice,<br />
Przywo?ne k?dy? a? od ziemi ko?ca,<br />
B?yszcz?, jak polskich rycerzy zbroice,<br />
Albo, jak Niemen, przed oczyma s?o?ca<br />
Spod ?niegu zimne gdy ods?oni lice.</strong></p>
<p><strong>A ja com zyska? za rany i znoje?<br />
Com zyska?, ?e od male?kiego wieku,<br />
Z pieluchów zaraz przwiniony w zbroje,<br />
Ksi??e, jak Tatar, ?y? o ko?skim mleku?<br />
Ca?y dzie? konno, w wieczór ko?ska grzywa<br />
Poduszk? moj? &#8211; przy niej noc wystoj? -<br />
A rankiem znowu tr?ba na ko? wzywa;<br />
?e wtenczas, kiedy moi rówie?nicy,<br />
Je?d??c na kijach, szablami z ?uczywa<br />
Bezpiecznie sobie grali po ulicy,<br />
By siw? matk? lub dziecinn? siostr?<br />
Zabawi? wojny k?amanej obrazem -<br />
Wtenczas z Tatary jam goni? na ostre,<br />
Lub wr?cz z Polaki ?cina? si? ?elazem!</strong></p>
<p><strong>Przecie? me pa?stwa od Erdwi??a czasu<br />
I pi?dzi? szerzej ziemi nie zaleg?y.<br />
Patrz na te mury z d?bowego lasu<br />
I na ten pa?ac mój z czerwonej ceg?y -<br />
Pójd? przez komnaty, pradziadów siedliska:<br />
Gdzie szklane kuple? Gdzie kruszczowe ?upy?<br />
Miasto blach z?otych &#8211; mokry kamie? b?yska,<br />
Miasto kobierców &#8211; ?niade mchu skorupy!<br />
Có?em chcia? wynie?? z ognia i kurzawy?<br />
Pa?stwa, czy skarby? Nie &#8211; nic, kromia s?awy!</strong></p>
<p><strong>Ale i s?aw? wszystkim ponad g?ow?<br />
Wito?d podlecia?, Wito?d wszystkich gasi.<br />
Jego, jakoby drugiego Mindow?,<br />
Na ucztach wielbi? wajdeloci nasi -<br />
Jego na strunach i na wieszczym rymie<br />
Do potomnego wysy?aj? blasku;<br />
Nasze ?ród gminu kto wypatrzy imi??<br />
Kto podj?? raczy z niepami?ci piasku?</strong></p>
<p><strong>Przecie? nie zajrzym. Niech walczy, nich<br />
gromi,<br />
Niechaj si? w imi? i skarby bogaci -<br />
Tylko niech z?ba chciwego poskromi<br />
Od swych ojczyców, od ziemi swej braci!<br />
Czy? dawno w ?rodku pokoju i zgody<br />
Gwa?tem litewska wstrz??niona stolica?<br />
Czy? dawno Wito?d kniaziów wielkich grody<br />
Naszed? i z tronu zmiót? Olgierdowica<br />
I sam ow?adn??? A tak lubi w?ada?,<br />
By jego pose?, jak Krywejty goniec,<br />
Ksi???t podwy?sza?, albo zmusza? spada?!<br />
O, czas, ?e temu po?o?ymy koniec, Czas, ?e po sobie<br />
je?dzi? nie dozwolim!<br />
Póki m?odego w piersiach ?ywi? ducha,<br />
Póki ?elazo r?ki zdrowej s?ucha,<br />
Dopóki ko? mój ze skrzyd?em sokolim,<br />
Com z ?upów krymskich jednego wzi?? sobie,<br />
Jakiemu równy dany tobie drugi,<br />
A jeszcze dziesi?? r?e przy moim ??obie,<br />
Którymi wierne poobdzielam s?ugi -<br />
Dopóki ko? mój&#8230; póki szabla moja!&#8230;&#8221;<br />
Tu mu gniew s?owa i tchnienie zat?oczy?.<br />
Umilk?, lecz chrz?stem ozwa?a si? zbroja;<br />
Zna?, ?e si? wzdrygn?? i z miejsca wyskoczy?.<br />
Jaki? to p?omie? nad g?ow? mu b?ysn???<br />
Jak oderwana gwiazda przez niebiosa<br />
Spada, z d?ugiego ?ary trz?s?c w?osa,<br />
Tak on brzeszczotem ko?o stropu cisn??<br />
I siek? w pod?og?, od t?giego razu<br />
Rz?siste iskry sypn??y si? z g?azu.</strong></p>
<p><strong>Znowu ich g?uche obesz?o milczenie,<br />
Znowu rzek? ksi???: &#8220;Dosy? pró?nej mowy,<br />
Oto noc prawie dochodzi po?owy,<br />
Wkrótce us?yszym drugich kurów pianie&#8230;<br />
Wiesz, com rozkaza?. B?d?cie w pogotowiu!<br />
Ja legn?; mo?e duch troskliwy spocznie<br />
I cia?o troch? pokrzepi? na zdrowiu,<br />
Bom trzy dni nie spa?. Teraz jeszcze mrocznie,<br />
Lecz dzi? zape?nia ksi??yc rogi nowiu -<br />
|wiat b?dzie widny. Ruszymy niezw?ocznie,<br />
Synom Kiejstuta w Lidzie zostawimy<br />
Godne dziedzictwo &#8211; popio?y i dymy!&#8221;</strong></p>
<p><strong>To powiedziawszy, usiad? i w d?o? klasn??;<br />
Skoczyli s?udzy &#8211; kaza? zwleka? szaty<br />
I leg?, nie na to mo?e, aby zasn??;<br />
Lecz, aby Rymwid mia? si? precz z komnaty.<br />
I on, gdy widzi, i?by nic nie sprawi? -<br />
Ani co mówi?, ani d?u?ej bawi?:<br />
Poszed? &#8211; a jako zna? powinno?? s?ugi,<br />
Wytr?bi? ukaz, rycerstwo zgromadzi?,<br />
Potem do zamku wróci? si? raz drugi.<br />
Pocó?? Czy, ?eby znowu z panem radzi??<br />
Nie. W inn? stron?, wiód? on kroki swoje:<br />
Na lewe skrzyd?o zamkowej budowy,<br />
Gdzie ku stolicy spada? most zwodowy,<br />
Szed? kru?gankami przed ksi??nej podwoje.</strong></p>
<p><strong>By?a naonczas ksi???ciu zam??n?<br />
Córa na Lidzie mo?nego dziedzica,<br />
Z cór nadnieme?skich pierwsza krasawica,<br />
Zwana &#8220;Gra?yn?&#8221;, czyli &#8220;pi?kn? ksi??n?&#8221;;<br />
A chocia? wiekiem od m?odej jutrzenki<br />
Pod lat niewie?cich schodzi?a po?udnie,<br />
Oboje: dziewki i matrony wdzi?ki<br />
Na jednym licu zespoli?a cudnie.<br />
Powag? zdziwi a ?wie?o?ci? zn?ca -<br />
Zda si?, ?e lato ogl?dasz przy wio?nie,<br />
?e kwiat m?odego nie straci? rumie?ca,<br />
A razem owoc wnet pe?ni doro?nie.<br />
Nie tylko licem nikt jej nie móg? sprosta?:<br />
Ona si? jedna w dworze ca?ym szczyci,<br />
?e bohatersk? Litawora posta?<br />
Wzrostem wysmuk?ej dorówna kibici.<br />
Ksi???ca para, kiedy j? okoli<br />
S?u?ebne grono &#8211; jak w poziomym lesie<br />
S?siednia para dorodnych topoli -<br />
Nad wszystkich g?ow? wystrzelon? niesie.</strong></p>
<p><strong>Twarz? podobna i równa z postawy,<br />
Sercem te? ca?ym wydawa?a m??a.<br />
Ig??, wrzeciono, niewie?cie zabawy<br />
Gardz?c, twardego ima?a or??a;<br />
Cz?sto, my?liwa, na ?mudzkim rumaku,<br />
W szorstkim, ze skóry nied?wiedziej kirysie,<br />
Spi?wszy na czole bia?e szpony rysie,<br />
Po?ród strzelczego hasa?a orszaku;<br />
Z pociech? m??a nieraz w tym ubiorze,<br />
Wracaj?c z pola, oczy myli gminne,<br />
Nieraz od s?u?by zwiedzionej na dworze<br />
Odbiera ho?dy, ksi???ciu powinne.</strong></p>
<p><strong>Tak zjednoczona zabaw? i trudem,<br />
Os?oda smutku, spólniczka wesela,<br />
Nie tylko ?o?e i serce podziela,<br />
Lecz my?li jego i w?adz? nad ludem.<br />
Wojny i s?dy i tajne uk?ady<br />
Cz?stokro? od jej zale?a?y rady -<br />
Acz innym rzecz ta nie by?a ?wiadoma,<br />
Bo ksi??na, wy?sza nad ?on prostych rz?dy,<br />
Które, zbyt rade, ?e panuj? doma,<br />
Chcia?yby z tym si? popisowa? wsz?dy, -<br />
Owszem, cudzemu pilnie kry?a oku,<br />
Z jak? pot?g? w sercu m??a w?adnie;<br />
Nawet baczniejsi i bli?si jej boku<br />
Na pr?dko mogli zbada? i nie snadnie.</strong></p>
<p><strong>Mimo to Rymwid m?dry odgadywa?,<br />
Gdzie mu jedyne pozosta?o wsparcie;<br />
Szed? wi?c i ksi??nej wynurzy? otwarcie<br />
Wszystko, co widzia? i co przewidywa?,<br />
Jaka st?d dawnym zwyczajom obraza,<br />
Ksi???ciu ha?ba, narodowi skaza.</strong></p>
<p><strong>Mocno Gra?yn? wie?? nowa uderzy,<br />
Lecz, pani? swojej b?d?c postaci,<br />
Udaje wrzekomo, i? temu nie wierzy,<br />
Pokoju w g?osie i w twarzy nie traci.<br />
&#8220;Nie wiem ja &#8211; rzek?a &#8211; czyli nad rycerzy<br />
Wi?cej u pana s?owo niewiast p?aci:<br />
To wiem, ?e sobie sam radzi roztropnie;<br />
Wiem jeszcze lepiej; co uradzi, dopnie.<br />
Wreszcie, je?eli nag?a gniewu flaga<br />
Doczesn? burz? w sercu jego wzbudzi,<br />
Je?li niekiedy, lotem m?odych ludzi,<br />
Ch?? sw? nad s?uszno?? lub nad mo?no?? wzmaga:<br />
Zostawmy, niech czas i cicha uwaga<br />
Rozja?ni my?li, zapa?y przystudzi,<br />
Pierzchliwe s?owa niepami?? pogrzebie -<br />
Tymczasem drugich nie twó?my i siebie!&#8221;</strong></p>
<p><strong>- &#8220;Wybaczaj, ksi??no! O, nie s? to s?owa,<br />
Co z ust w gor?cej pryskaj? godzinie,<br />
Których, zagas?ych, pami?? nie dochowa;<br />
Nie jest to zamiar, który w pl?taninie<br />
Ch?ci niewczesnych rodzi my?l ja?owa,<br />
Który, jako dym, zamroczy i zginie.<br />
Ten dym strasznego zwiastunem wybuchu!</strong></p>
<p><strong>Nie dzisiaj jestem przy pa?skiej osobie:<br />
Od lat dwunastu zna? mi? wiernym s?ug?;<br />
Przecie? na pami?? nie przywiod? sobie,<br />
By ze mn? mówi? tak szczerze, tak d?ugo.<br />
Odk?ada? pró?no; co rozkaza?, zrobi?.<br />
Bo ju? rozkaza?, bym przed gwiazd? drug?<br />
Zgromadzi? wojska nad grób Peresieka;<br />
Noc b?dzie widna, droga niedaleka&#8221;.</strong></p>
<p><strong>- &#8220;Co s?ysz?! Jutro? Biada mojej g?owie!<br />
Nie chc?, a?eby po Litwie gadano,<br />
?e brat na bratnie nast?powa? zdrowie,<br />
Wzi?? gard?o, lub da? za Gra?yny wiano!<br />
Pójd? i w pierwszej z ksi???ciem rozmowie&#8230;<br />
Owszem, dzi? id?, chocia? ju? nierano&#8230;<br />
Wprzód, ni?li nocn? ?wit op?dzi ros?,<br />
Tusz?, i? dobr? odpowied? przynios?&#8221;.</strong></p>
<p><strong>?egnaj? siebie po tym rozhoworze,<br />
A w jedno miejsce d??yli oboje:<br />
Ksi??na, i chwili nie bawi?c w komorze,<br />
Spieszy w gmach pa?ski przez tajne pokoje -<br />
Rymwid, nie bawi?c i chwili na dworze,<br />
Spieszy kru?gankiem i &#8211; w pa?skie podwoje<br />
?e nie ?mia? wst?pi? &#8211; na progu usiada,<br />
Szczelin? patrzy i ucha dok?ada.</strong></p>
<p><strong>Nied?ugo czeka?. Klamka zaszele?ci,<br />
Z ubocznych progów mignie posta? w bieli.<br />
&#8220;Kto?&#8221; &#8211; wo?a ksi???, zerwa? si? z po?cieli -<br />
&#8220;Kto?&#8221; &#8211; &#8220;Ja&#8221; &#8211; odpowie znany g?os niewie?ci.<br />
Potem co? d?u?ej rozmawia? zacz?li,<br />
A chocia? Rymwid domy?la? si? tre?ci,<br />
G?osu nie z?owi?, bo, w echo wpl?tany,<br />
Po?kn??o miejsce, lub odbi?y ?ciany.</strong></p>
<p><strong>Rozmowa coraz ?wawsza i zmieszana,<br />
Coraz zwolnia?a, coraz trudniej s?ycha?,<br />
Cz??ciej g?os pani, bardzo rzadko pana;<br />
Milcza?, niekiedy zdawa? si? u?miecha?.<br />
Nakniec ksi??na pad?a na kolana -<br />
Wsta?, nie wiadomo: podnie??, czy odpycha? -<br />
Kilka s?ów potem wymówi? gor?cej,<br />
A potem milcza? i nie mówi? wi?cej.<br />
I by?o cicho. Znowu posta? w bieli<br />
Przemknie si? ku drzwiom, klamk? zaszele?ci;<br />
Czy uprosi?a, czy si? nie o?mieli<br />
Prosi? do d?u?ej &#8211; ju? w swój gmach niewie?ci<br />
Odesz?a ksi??na. Ksi??? do po?cieli<br />
Wróci?, leg?. Cicho &#8211; i wida? z tej cisze,<br />
?e go sen twardy wpr?dce uko?ysze.</strong></p>
<p><strong>Rymwid daremnie jeszcze chwil? bada? -<br />
Odszed? nareszcie i w lewym balkonie<br />
Giermka obaczy, który z Niemcy gada?.<br />
S?ucha ciekawie, lubo ku tej stronie<br />
Nie sz?a rozmowa i wiatr j? okrada?;<br />
Wtem giermek r?k? ukaza? ku bronie&#8230;<br />
Coby oznacza?, Rymwid ?acno zgada?.<br />
Strasznie to pych? Krzy?aków ubod?o:<br />
Zbieg?, chwyci? konia, poskoczy? na siod?o,<br />
&#8220;Przysi?gam &#8211; wrzeszcz?c &#8211; gdybym nie by? pos?em,<br />
Przysi?gam na ten krzy?, komtura znami?,<br />
I? za obelg?, któr? dzi? ponios?em,<br />
Pr?dkoby zemst? znalaz?o to rami?!<br />
Mi?dzy monarchy na poselstwach wzros?em -<br />
Ni przy cesarskiej, ni papieskiej bramie<br />
Nie spotka?o mi?, co u twego panka:<br />
Pod go?ym niebem doczeka? si? ranka,<br />
I?? precz, za czyim &#8211; za giermka rozkazem!<br />
Ale ostrzegam, ?e nas nie u?owi<br />
Poga?ski wykr?t i nie minie p?azem!<br />
Wo?a? nas wrzakomo przeciw Wito?dowi,<br />
A potem wspólnym otoczy? ?elazem!<br />
No, obaczymy, czy Wito?d odbije<br />
Ten miecz, zanadto waszej bliski szyje!</strong></p>
<p><strong>Powiedz ksi???ciu, je?li nie dowierza,<br />
Sam niechaj spyta, powtórzy? gotowym,<br />
Cho? razy dziesi?? tym?e samym s?owem,<br />
Teraz i zawsze &#8211; bo ze s?ów rycerza<br />
Nic nie wyrzuci?, jak ze s?ów pacierza!<br />
A, com rzek? usty, prawic? dowiod?.<br />
Jama, któr??cie pod nami kopali,<br />
Na wasz? w?asn? wykopana szkod?,<br />
Dzi? jeszcze, jeszcze tej nocy si? zwali,<br />
Tak, jakem Ditrich Halstark von Kniprode,<br />
Komtur Zakonu! &#8211; Za mn? knechty, dalej!&#8221;</strong></p>
<p><strong>Zaczeka? jednak. Lecz po krótkiej zw?oce,<br />
Gdy nic nie s?ysza?, bram? w pole goni;<br />
Kiedy niekiedy zbroja zamigoce,<br />
Kiedy niekiedy s?ycha? r?enie koni;<br />
Coraz znikaj? w dali i w pomroce,<br />
Las ich nakoniec i góra zas?oni.</strong></p>
<p><strong>&#8220;Jed?cie szcz??liwie! Bodaj wasza noga<br />
Nigdy w litewskiej nie posta?a ziemi!&#8221; -<br />
Rzek? Rymwid, patrz?c z u?miechem za niemi. -<br />
&#8220;Dzi?ki o ksi??no! Jaka zmiana b?oga,<br />
Jak niespodziana! Prosz? teraz, kto tu<br />
Pochlebi sobie, ?e zna serce cudze?<br />
Ów g?os gniewliwy, owa posta? sroga -<br />
S?owa wiernemu nie da? wyrzec s?udze!<br />
Ptaszego, zda si?, chcia? po?yczy? lotu,<br />
By spa?? co pr?dzej na Wito?da g?ow? -<br />
Wtem or??, zmusza do powrotu!&#8230;<br />
Nie dziw zapomnia? starzec siwobrody,<br />
?e ksi??na pi?kna a Litawor m?ody!&#8221;</strong></p>
<p><strong>Tak mówi?c z sob?, wzniós? do góry oczy -<br />
Mo?e si? lampka za krat? uka?e&#8230;<br />
Napró?no patrzy?: ciemno?? okna mroczy -<br />
Wraca wi?c znowu i na ganek kroczy,<br />
Azali ksi??? wo?a? nie rozka?e.<br />
Napró?no czeka?, zapytywa? stra?e;<br />
Zbli?a si? ku drzwiom: w pokoju noc cicha,<br />
A ksi??? dot?d snem twardym oddycha.</strong></p>
<p><strong>&#8220;Cuda prawdziwe! Nie odgadn? cale,<br />
Jakim dzi? wszystko idzie u nas torem:<br />
Niedawno wo?a? w najwi?kszym zapale,<br />
Rozkaza? wojsko zgromadzi? wieczorem,<br />
A sam ?pi dot?d? Mia? wyci?gn?? rano,<br />
Stoj? rycerze od Niemców wezwani -<br />
A Niemcom z niczym odjecha? kazano?<br />
Któ? zaniós? rozkaz? Oto giermek pani!&#8230;</strong></p>
<p><strong>Ile z wczorajszej wró?y?am rozmowy&#8230;<br />
Wprawdzie ?adnegom nie s?ysza? wyrazu,<br />
Lecz d?ugie pro?by, g?os pana surowy&#8230;<br />
Mia?aby? ksi??na pomimo rozkazu<br />
Wa?y? si? sama a? na krok takowy,<br />
Ufna pot?dze niewie?cich pie?cide??&#8230;<br />
L?kam si? bardzo, aby tego razu<br />
Zbytniej ?mia?o?ci nie pu?ci?a skrzyde?&#8230;<br />
Prawda, i? nieraz poczyna?a ?miele -<br />
Lecz to by?oby wi?cej, ni? za wiele!&#8221;</strong></p>
<p><strong>Dalsze rozmowy przerwa? mu pos?aniec,<br />
Którym wszed? cicho i z daleka mruga -<br />
Wi?c oba ?piesz? w zamku lewy kraniec;<br />
Stamt?d kru?gankiem zbieg?a ksi??nej s?uga,<br />
Wprowadza i drzwi za sob? zamyka.</strong></p>
<p><strong>&#8220;Radco s?dziwy, niedobrze si? dzieje,<br />
Ale rozpaczy odda? si? nie godzi;<br />
Je?li nas dzisiaj zawiod?y nadzieje,<br />
Szcz??liwsze jutro mo?e wynagrodzi.<br />
B?d?my cierpliwi; nie robi? ha?asu<br />
Mi?dzy ?o?nierstwem i dworsk? gawiedzi?!<br />
Pos?y odprawim do innego czasu,<br />
A?eby ksi??? nag?? odpowiedzi?<br />
Nie przyrzek? Niemcom, póki zemst? p?onie,<br />
Coby rad cofn??, gdy z gniewu och?onie.</strong></p>
<p><strong>Ty si? nie l?kaj! Jakkolwiek wypadnie,<br />
Zamiarom pana nic si? nie uszkodzi.<br />
I potem wojsko mo?e zwo?a? snadnie,<br />
Je?eli czas mu serca nie och?odzi.<br />
Dzisiaj mia? jecha?, ale, wyznam szczerze,<br />
Ja tak kwapionej wyprawie nie wierz?.<br />
Ledwie w domowe powrócony progi,<br />
Wczora zaledwie z piersi z?o?y? zbroje,<br />
Z dalekiej jeszcze nie wytchn?wszy drogi,<br />
Mia??eby znowu dzi? rusza? na boje?&#8221;</strong></p>
<p><strong>- &#8220;Co s?ysz?, ksi??no? Ty mówisz o zw?okach?<br />
Jak ci?, niestety, rachuba omyli!<br />
Ju? jest za pó?no, ju? po tylu krokach<br />
Nie b?dzie czeka? godziny, pó? chwili!<br />
Wreszcie obaczym&#8230;Lecz wprzód chcia?bym wiedzie?,<br />
Jak przyj?? ksi??? wczorajsz? namow??&#8221; -<br />
Gra?yna w?a?nie mia?a odpowiedzie?,<br />
Gdy ich zdarzenie pomiesza?o nowe.</strong></p>
<p><strong>T?tent jezdnego s?ycha? na dziedzi?cu,<br />
Zdyszany giermek dopada komnaty,<br />
Przynosi wie?ci od litewskiej czaty,<br />
Która, po lidzkim biegaj?c go?ci?cu,<br />
Teraz od Niemca dosta?a j?zyka,<br />
?e wódz krzy?aków jazd? z lasu ruszy?,<br />
A za ni? knechtów i obóz pomyka -<br />
I ?e przed ?witem, jak czatownik tuszy?<br />
I jak niemieckie wyznawa?y bra?ce,<br />
Chce miasto ubiec i szturmowa? sza?ce.</strong></p>
<p><strong>Niechaj wi?c Rymwid wraz do pana skoczy,<br />
By go przebudzi? i pr?dko rozsadzi?,<br />
Czyli na polu Niemcom zajrze? w oczy.<br />
Czatownik radzi, aby?my si? skradali<br />
Do nich z ubocza, bo s? niedaleko;<br />
Wprzód, nim si? knechty z dzia?ami przewlek?,<br />
Aby?my z nag?a na lud jezdny padli;<br />
Tak zap?dzonym na chrapy i rowy,<br />
?acno rajtarom i bratom ?by zmieciem.<br />
Potem fussknechtów wzi?wszy pod podkowy,<br />
Do szcz?tu plemi? jaszczurze wygnieciem. -</strong></p>
<p><strong>Mocno Rymwida dziwi ta nowina,<br />
Daleko mocniej dziwi si? Gra?yna.</strong></p>
<p><strong>&#8220;Giermku &#8211; zawo?a &#8211; k?dy? s? pos?owie?&#8221;<br />
Umilkn?? giermek, a niepewne lice<br />
I pytaj?ce topi?c w niej ?renice:<br />
&#8220;Co s?ysz?, ksi??no? &#8211; zdumiony odpowie -<br />
Albo? o w?asnym zapomnia?a? s?owie?<br />
Niedawno, kiedy pia?y drugie kury,<br />
Sama? mi rozkaz ksi???cy przynios?a,<br />
A?ebym biega? co pr?dzej do pos?a<br />
I wyprawi? go przed ?witem za mury!&#8221;</strong></p>
<p><strong>&#8220;Tak&#8221; &#8211; rzecz ksi??na, twarz odwraca zblad??,<br />
Lecz pomieszanie, widne w jej osobie,<br />
Do ust wyrazy nieporz?dne k?ad?o -<br />
&#8220;Tak, prawd? mówisz, przypominam sobie&#8230;<br />
Jak?e to wszystko z g?owy mi wypad?o!<br />
Biegn? &#8211; nie, stójmy &#8211; albo, wiem, co zrobi?&#8230;&#8221;<br />
Stan??a, milczy, przymkniona powieka,<br />
Czo?o pochy?e, w którym si? przebija<br />
Jaka? my?l, jeszcze ciemna i daleka,<br />
W niepewnych rysach oka?e si?, mija<br />
I znowu wschodzi, ca?? twarz obleka&#8230;<br />
Dojrzewa zamiar, staje si? wyrokiem&#8230;<br />
Ju? umy?li?a, post?pi?a krokiem.</strong></p>
<p><strong>&#8220;Tak jest, raz jeszcze id? budzi? m??a&#8230;<br />
Wojsko niech zaraz w drog? si? wybiera!<br />
Ty, giermku, rozka? osiod?a? hestera<br />
I wynie?? reszt? pa?skiego or??a!<br />
Wszystko to ma by? natychmiast gotowe!<br />
Przykazuj? wam imieniem ksi???cia,<br />
Odpowied?, starcze, wk?adam na tw? g?ow?.<br />
Jaki cel, k?dy mierz? przedsi?wzi?cia,<br />
Nie gada?, ani pyta? do poranku!<br />
Id?cie i pana czekajcie na ganku!&#8221;</strong></p>
<p><strong>Wybieg?a, drzwiczki za sob? zatrzas?a.<br />
Wybiega Rymwid, a my?li po drodze:<br />
&#8220;Gdzie id?? po co? Wszak wojska i wodze<br />
Ju? zgromadzone, ju? wydane has?a!&#8221;<br />
Odetchn?? tedy, zwolni? nieco kroku,<br />
Stan?? z nagi?tym ku ziemi obliczem<br />
I, my?l?c d?ugo, nie my?la? o niczem,<br />
Bo w mnogich zdarze? i wnioskach nat?oku<br />
My?li samopas pl?cz? si? bezw?adnie,<br />
Ani ich rozum znu?ony ow?adnie.</strong></p>
<p><strong>&#8220;Pró?no tu czekam. Ju? bliski poranek -<br />
Wkrótce si? ca?a zagadka rozwi??e.<br />
Musze z nim mówi?, ?pi, czy nie ?pi ksi???&#8221;.<br />
Wi?c st?pa? prosto na pa?acu ganek.<br />
A wtem si? z lekka rozwar?y podwoje -<br />
Litawor wyszed? sam jeden do sieni.<br />
Szat? mia?, w jak? stroi si? na boje,<br />
Ca?? od sutej b?yszcz?c? czerwieni;<br />
G?ow? pod he?mem, piersi miasto zbroje<br />
Pancerz obwija? z ?elaznych pier?cieni,<br />
W lewicy tarcz? mniejszego ob??ku,<br />
A pas od miecza na prawym niós? r?ku.</strong></p>
<p><strong>Gniewem lub trosk? zda? si? ko?atany,<br />
Nierównym st?pa? i niepewnym krokiem;<br />
Gdy si? zbli?y?y rycerze i pany,<br />
Uczci? ?askawym nie raczy? ich okiem.<br />
Dr??cy z r?k giermka wzi?? ?uk i ko?czany,<br />
Miecz nawet zwiesi? ponad prawy bokiem,<br />
A chocia? wszyscy omy?k? widzieli.<br />
Przestrzega? pana nikt si? nie o?mieli.</strong></p>
<p><strong>Ju? zst?pi? z ganku, ju? chor?giew z?ota,<br />
Wzniesiona, pocznie na dzie? krwawy ?wita? -<br />
Ju? dosiad? konia, ju? przyboczna rota<br />
Mia?a go wrzaskiem i tr?bami wita? -<br />
Lecz da? znak r?k?, aby zamkn?? wrota,<br />
Jecha? w milczeniu i o nic nie pyta?,<br />
A pacholiki i nadworne s?ugi<br />
A? za most wywiód? na dziedziniec drugi.</strong></p>
<p><strong>St?d nie go?ci?cem pu?cili rumaki,<br />
Ale, na pewno skr?caj?c si? do?em,<br />
Przepadli mi?dzy kurhany i krzaki,<br />
Znowu ku drodze nawracaj?c ko?em.<br />
W?wóz ciemnymi wiedzie ich zatoki,<br />
|cienione coraz rozsuwaj? boki.</strong></p>
<p><strong>Jest od przykopów miejskich tak daleka,<br />
Jako niemieckiej broni grzmot doniesie,<br />
Ma?a, zaledwie znana komu rzeka,<br />
W?skim korytem b??dz?ca po lesie;<br />
Ku drodze jednak coraz szerzej ?cieka,<br />
Gubi?c si? w wielkim jeziora okresie;<br />
Puszcza okrywa z boków jej zwierciad?a,<br />
A z przodu góra wynios?a usiad?a.</strong></p>
<p><strong>Tam, gdy litewskie wymkn??y si? roty,<br />
Ujrz? ?ród góry przy blasku ksi??yca<br />
Zbroje, chor?gwie, szyszaki i groty.<br />
B?syn??o, zagrzmi na has?o rusznica;<br />
Sypi? si? m??e, ?ciskaj? si? roty,<br />
Murem krzy?acka stan??a konnica.</strong></p>
<p><strong>Tak w noc miesi?czn? wygl?daj? ?wietnie<br />
Na czole Ponar zasadzone bory,<br />
Gdy z nich oskubie wicher szaty letnie,<br />
A rosa, jasne wieszaj?c bisiory,<br />
Nagle si? mrozem w szron per?owy zetnie;<br />
B??dnym przechodniom zdaj? si? u wnij?cia<br />
Lasy ze srebra, a z kryszta?u li?cia.</strong></p>
<p><strong>Ten widok gniewny w ksi???ciu poduszcza.<br />
Skoczy? z wynios?ym nad g?ow? ?elazem -<br />
Wali si? zbrojna w ?lady jego t?uszcza,<br />
Ale si? wodze dziwi?, ?e tym razem<br />
Wojsko bez sprawy ladajako puszcza,<br />
Ani ich zwyk?ym ostrze?e rozkazem,<br />
K?dy sam my?li na czele ugodzi?,<br />
A jakie skrzyd?a odda im przywodzi?.</strong></p>
<p><strong>Wi?c Rymwid, pa?sk? zast?puj?c wol?,<br />
Obiega hufy, szykuje ?ród drogi,<br />
Wkl?s?e ku górze ?ciskaj?c pó?kole,<br />
Pancernych w ?rodek, ?uczników na rogi:<br />
Tak zawsze Litwa zwyk?a stawi? pole.<br />
Warkn??y struny, ?wisn??a strza? chmura&#8230;<br />
&#8220;Jezus! Marya! Naprzód! Hop hop, ura!&#8221;</strong></p>
<p><strong>Dopiero?, drzewca u?o?ywszy w toku,<br />
Zerw? si? bli?ej &#8211; pier? na pier? uderzy&#8230;<br />
Zacó? wydar?a potomnemu oku<br />
Noc i zwyci?stwa i kl?ski rycerzy?<br />
Swoi i cudzy zmieszani w nat?oku -<br />
Zewsz?d szcz?k razów, wrzask, chrz?sty pancerzy, -<br />
Pryskaj? bronie, lec? he?my, g?owy -<br />
Co miecz oszcz?dza, druzgoc? podkowy.</strong></p>
<p><strong>Ksi???, jak skoczy?, tak goni na czele,<br />
Ani si? jeden mi?dzy t?umem boi;<br />
Znaj? czerwony p?aszcz nieprzyjaciele,<br />
Poznali god?a na he?mie i zbroi:<br />
Cofa si?, walcz?c, nie?mia?a gromada -<br />
Zwyci?zca p?dzi i na karki wsiada.</strong></p>
<p><strong>Lecz który? z bogów si?? w nim os?abi??<br />
Có? st?d, ?e zbieg?ych natarczywie goni?<br />
Có? st?d, ?e bije? &#8211; Nikogo nie zabi?!<br />
Bezw?adna szabla po pancerzach dzwoni,<br />
Albo si? zwija, odbita ?elazem,<br />
Albo uchybia, albo idzie p?azem.</strong></p>
<p><strong>Czuj?c Krzy?acy tak s?abe natarcie,<br />
Odzyszcz? serce; z okropnym ha?asem<br />
Nawróc? czo?a, potkn? si? za?arcie<br />
I g?stych w?óczni otocz? go lasem;<br />
Czy przel?kniony, czy spl?tany w t?umie,<br />
Bra? ich na szable i tarcze nie umie.</strong></p>
<p><strong>Trudno mu by?o ca?? unie?? szyj?:<br />
Krzy?actwo zewsz?d kole, strzela, siecze;<br />
Wtem huf litewski nawa?? rozbije,<br />
Bior?c go mi?dzy puklerze i miecze:<br />
Ten s?abe razy swoimi poprawia,<br />
A ten od cudzych razów go zastawia.</strong></p>
<p><strong>Ju? noc pierzcha?a, ju? ró?ane w?osy<br />
Zorza na wschodnim roztacza ob?oki -<br />
Bitwa wre dot?d, ?lepe lec? ciosy,<br />
Ni w ty?, ni naprzód nie ruszono kroku,<br />
A bóg zwyci?stwa, przysz?e wa??c losy,<br />
Równy krwi ci??ar st?d i zow?d bierze,<br />
I szala dot?d w równej stoi mierze.</strong></p>
<p><strong>Tak ojciec Niemen, mnogich piastun ?odzi,<br />
Gdy Rumszyskiego napotka olbrzyma,<br />
Wko?o go mokrym ramieniem obchodzi,<br />
Dnem podkopuje, pier? gór? wydyma;<br />
Ten, natarczywej bior?c si? powodzi,<br />
Na twardych barkach gwa?t jej dot?d trzyma,<br />
Ani si? ruszy ska?a, w piasek wryta,<br />
Ani jej rzeka ust?pi koryta.</strong></p>
<p><strong>Krzy?actwo, d?ugiej niecierpliwe bitwy,<br />
Na wierzchu góry stoj?cy odwodem, Ostatni hufiec<br />
p?dz? w ?rodek Litwy:<br />
Komtur ich wiedzie, sam uderza przodem,<br />
A zmordowanych d?ugimi gonitwy<br />
Gdy napar? ?wie?ym i dzielnym narodem,<br />
?ami? si? szyki, krzy?actwo zwyci??a.<br />
Wtem z góry zagrzmia? straszliwy g?os m??a&#8230;</strong></p>
<p><strong>Ku niemu wszystkich podnosz? si? oczy:<br />
Stoi na koniu, a, jako rozwiod?a<br />
Szeroko cienie stercz?cych warkoczy<br />
Na ?nie?nej górze wybuja?a jod?a,<br />
Tak go szeroki p?aszcz doko?a mroczy -<br />
Czarny p?aszcz, czarny ko? i he?m i god?a.<br />
Trzykro? zawo?a?, zlecia? nakszta?t gromu,<br />
Nie wiedzie?, za kim, albo przeciw komu.</strong></p>
<p><strong>Dobiega Niemców mi?dzy t?umem tonie.<br />
Bitwy nie ujrzysz, ale zgie?k i j?ki<br />
Daj? odgadn?? w jakiej walka stronie<br />
I jak straszliwy piorun jego r?ki:<br />
Tam szyszak zniknie, ówdzie sztandar padnie&#8230;<br />
T?oczy si? hufiec, miesza si? bezw?adnie.</strong></p>
<p><strong>Jako, le?nicy gdy sosny lub d?by<br />
Siek? wzd?u? puszczy, s?ycha? ?oskot w dali,<br />
J?cz? topory, chroboc? pi? z?by,<br />
Kiedy niekiedy wierzcho?ek si? zwali,<br />
Nakoniec, mi?dzy wyci?tymi zr?by,<br />
Ujrzysz i m??ów i b?yskanie stali -<br />
Takie wysiek?szy ?rodkiem Niemców ?omy,<br />
Dar? si? ku Litwie rycerz nieznajomy.</strong></p>
<p><strong>|pieszaj, rycerzu, o?ywi? duch m?ski,<br />
Krzepi? s?abn?cych! Spieszaj, jeszcze pora!<br />
Litwini bliscy ostatecznej kl?ski:<br />
Dzid i puklerzów warowna zapora<br />
Ju? roz?amana, sam komtur zwyci?ski<br />
Po ca?ym polu szuka Litawora:<br />
On si? nie kryje &#8211; oba konie bod?,<br />
Wkrótce ?miertelny pojedynek zwiod?.</strong></p>
<p><strong>Litawor szabl? wynosi do ci?cia,<br />
Komtur da? ognia z piorunowej broni&#8230;<br />
Zadr?? Litwini, pojrz? na ksi???cia -<br />
Niestety, szabla wypad?a mu z d?oni,<br />
Cugle z s?abego wyciek?y uj?cia;<br />
Ju? pod szyszakiem nie dotrzyma skroni,<br />
Sp?ywaj?c z siod?a, ju? si? bokiem chyli,<br />
Kiedy mu swoi na pomoc skoczyli.</strong></p>
<p><strong>J?kn?? m?? czarny, a &#8211; jak czarna chmura,<br />
Rykn?wszy, b?y?nie piorunowym gradem -<br />
Z tak? szybko?ci? leci na komtura.<br />
Zaledwie pierwszym zwarli si? napadem,<br />
Pojrze? &#8211; ali?ci komtur ju? pod koniem,<br />
A rycerz bie?y i tratuje po nim!</strong></p>
<p><strong>Gdzie obskoczy?y ksi???cia dworzany,<br />
Przybiega, chwyta, rwie pancerza w?z?y,<br />
Ostro?nie zdziera blach zafarbowany,<br />
Wy?ledza postrza?, g??boko ugrz?z?y.<br />
Wtem krew na nowo wytrysn??a z rany -<br />
Ból zemdlonego do zmys?ów przywo?a;<br />
Otwiera oczy, spoziera doko?a<br />
I znowu wciska na oczy przy?bic?;<br />
Z gniewem ?o?nierze i s?ugi odpycha,<br />
A Rymwidowi ?ciskaj?c prawic?:<br />
&#8220;Ju? jest po wszystkim, starcze &#8211; mówi z cicha -<br />
precz mi od piersi, szanuj tajemnic?!<br />
Ratunek pró?ny, wkrótce umrze? musz?&#8230;<br />
Wie?cie do zamku, tam wyzion? dusz?!&#8221;<br />
Rymwid szerokie oczy w nim utopi? -<br />
Ledwie ?mie wierzy?, od zmys?ów odchodzi,<br />
Upuszcza r?k?, któr? ?zami kropi?,<br />
Dreszcz ko?ci wstrz?sa, pot mu czo?o ch?odzi.<br />
Teraz poznaje g?os, nieznany wczora -<br />
Niestety, nie by? to g?os Litawora!</strong></p>
<p><strong>Tymczasem rycerz upuszczone wodze<br />
Starcowi wr?czy?, sam do pana skoczy? -<br />
Rumaki ka?e nawróci? ku drodze,<br />
Chwiej?cego si? ramieniem otoczy?,<br />
Sk?ada na piersiach, krew d?oni? zaciska -<br />
Da? znak, samotrze? p?dz? z bojowiska.</strong></p>
<p><strong>I zbli?aj? si? pod okopy grodu.<br />
Zaszli im drog? ciekawi mieszka?ce;<br />
Ci, bod?c konie, przez t?umy narodu<br />
W milczeniu ?piesz? na zamkowe sza?ce,<br />
A skoro wpadli, uchylono zwodu.<br />
Rycerz stra?nikom przykazuje srogo,<br />
Ni tam, ni za si? nie puszcza? nikogo.<br />
Wnet z reszt? hufców ci?gn? bojo</strong></p>
<p class="MsoNormal"><strong><span style="font-size: 11pt; color: navy"> </span></strong></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.bajkiopowiadania.com/2006/01/23/grazyna-adam-mickiewicz/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>&#8220;Cierpienia m?odego Wertera&#8221; &#8211; Johann Wolfgang Goethe</title>
		<link>http://www.bajkiopowiadania.com/2006/01/18/cierpienia-mlodego-wertera-johann-wolfgang-goethe/</link>
		<comments>http://www.bajkiopowiadania.com/2006/01/18/cierpienia-mlodego-wertera-johann-wolfgang-goethe/#comments</comments>
		<pubDate>Wed, 18 Jan 2006 00:04:11 +0000</pubDate>
		<dc:creator>bajkiopowiadania</dc:creator>
				<category><![CDATA[Dramat]]></category>
		<category><![CDATA[Lektury i literatura szkolna]]></category>
		<category><![CDATA[Proza]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.bajkiopowiadania.com/?p=7</guid>
		<description><![CDATA[FRAGMENTY



8 lipca 1771



O, jakim?e cz?owiek jest dzieckiem! Jak?e ?aknie takiego spojrzenia! O, jakim?e cz?owiek jest dzieckiem! &#8211; Poszli?my do Wahlheim; panie wyjecha?y, a podczas naszych przechadzek, zdawa?o mi si?, ?e czytam w czarnych oczach Lotty&#8230; &#8211; Jestem g?upcem, wybacz mi; gdyby? je widzia?, te oczy! (&#8230;) Otó? kobiety wsiadaj?, ko?o karety stoi m?ody W., Selstadt, [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p align="left" class="MsoNormal" style="text-align: center"><strong><span style="color: #003300">FRAGMENTY</span></strong><span style="color: #003300" /></p>
<div align="left" />
<p align="left" class="MsoNormal"><strong><br />
<em><span /></em></strong></p>
<h3><em>8 lipca 1771</em><span style="color: purple" /></h3>
<p align="left" class="MsoNormal"><span style="color: purple" /></p>
<div align="left" />
<div align="left" />
<p align="left" style="margin-bottom: 1.5pt"><span style="font-size: 10pt">O, jakim?e cz?owiek jest dzieckiem! Jak?e ?aknie takiego spojrzenia! O, jakim?e cz?owiek jest dzieckiem! &#8211; Poszli?my do Wahlheim; panie wyjecha?y, a podczas naszych przechadzek, zdawa?o mi si?, ?e czytam w czarnych oczach Lotty&#8230; &#8211; Jestem g?upcem, wybacz mi; gdyby? je widzia?, te oczy! (&#8230;) Otó? kobiety wsiadaj?, ko?o karety stoi m?ody W., Selstadt, Audran i ja. Przez okienko karety gaw?dz? z ch?opcami, którzy oczywi?cie byli do?? rozbawieni i swawolni. Szuka?em oczu Lotty. Ach, przechodzi?y z jednego na drugiego! Lecz na mnie! na mnie! na mnie, który sta?em sam, zrezygnowany, nie pad?y! Serce me mówi?o jej tysi?ckrotnie: b?d? zdrowa, a ona nie widzia?a mnie! Kareta przejecha?a mimo. Spojrza?em za ni? ze ?z? w oku. Widzia?em, ?e stroik na w?osach Lotty wysun?? si? z okienka, a ona obejrza?a si?, by mnie zobaczy?. Ach! mnie? Drogi! Czepiam si? tej niepewno?ci! To moja pociecha. Mo?e si? za mn? obejrza?a! Mo?e! Dobranoc! O, jakim?e jestem dzieckiem!</span></p>
<div align="left" />
<h3 align="left"><em>13 lipca 1771</em><span style="color: purple" /></h3>
<div align="left" />
<p align="left" style="margin-bottom: 1.5pt"><span style="font-size: 10pt">Nie, nie ?udz? si?! Czytam w jej czarnych oczach prawdziwe wspó?czucie dla mnie i mego losu! Tak, czuj? i mog? dowierza? sercu memu, ?e ona &#8211; czy? ?miem, czy? mog? wyrazi? niebo w tych s?owach? &#8211; ?e ona mnie kocha. (&#8230;)</span></p>
<div align="left" />
<h3 align="left"><em>16 lipca 1771</em><span style="color: purple" /></h3>
<div align="left" />
<p align="left"><span style="font-size: 10pt">Ach, jaki? dreszcz przebiega wszystkie me ?y?y, gdy palec mój przypadkiem dotknie jej palca, gdy nasze stopy spotykaj? si? pod sto?em! Cofam si? jak przed ogniem, a jaka? tajemnicza moc poci?ga mnie znowu; czuj? zam?t we wszystkich zmys?ach. &#8211; O, a jej niewinno??, jej prosta dusza nie czuje, jak bardzo mnie m?cz? te drobne poufa?o?ci. Gdy w rozmowie k?adzie sw? r?k? i w?ród przej?cia si? tematem bli?ej si? do mnie przysuwa, gdy boski oddech jej ust dosi?ga warg moich, zda mi si?, ?e padam jakby ra?ony piorunem. (&#8230;)</span></p>
<div align="left" />
<p align="left" style="margin-bottom: 1.5pt"><span style="font-size: 10pt">Jest dla mnie ?wi?ta. Wszelka ??dza milczy w jej obecno?ci. Nie wiem, co si? ze mn? dzieje, gdy jestem przy niej; zda si?, jakby zmienia? si? ka?dy nerw mej duszy. (&#8230;)</span></p>
<p align="left" style="margin-bottom: 1.5pt"><span id="more-7"></span></p>
<div align="left" />
<h3 align="left"><em>18 lipca 1771</em><span style="color: purple" /></h3>
<div align="left" />
<p align="left" style="margin: 1.5pt 0cm"><span style="font-size: 10pt">Wilhelmie, czym jest dla naszego serca ?wiat bez mi?o?ci! Czym jest latarnia magiczna bez ?wiat?a! Ledwo wstawisz w ni? lampk?, ukazuj? si? najbogatsze obrazy na twej bia?ej ?cianie! A gdyby nie by?o nic prócz tego, prócz przemijaj?cych widm, to jednak jeste?my szcz??liwi, gdy stoimy przed ni? jak mali ch?opcy i zachwycamy si? cudownymi zjawiskami. (&#8230;)</span></p>
<div align="left" />
<h3 align="left"><em>12 sierpnia 1771</em><span style="color: purple" /></h3>
<div align="left" />
<p align="left"><span style="font-size: 10pt">(&#8230;) przypomnia?em mu dziewczyn?, któr? przed niejakim czasem wyci?gni?to nie?yw? z wody, i powtórzy?em mu jej histori?. &#8211; Dobre, m?ode stworzenie, które wyros?o w ciasnym kole domowych zaj??, tygodniowej, okre?lonej pracy, które poza tym nie mog?o mie? nadziei na inne przyjemno?ci, jak chyba pój?? ze swymi rówie?nikami na niedzieln? przechadzk? woko?o miasta, w sprawionym z trudem od?wi?tnym stroju, jak pota?cowa? w ka?de wielkie ?wi?to, a poza tym z ca?? ?ywo?ci? serdecznego wspó?udzia?u pogaw?dzi? godzink? z jak?? s?siadk? o przyczynie k?ótni lub obmowy; jej gor?ca natura czuje wreszcie g??bsze wewn?trzne potrzeby, pomna?ane pochlebstwami m??czyzn; wszystkie jej uprzednie rado?ci staj? si? jej stopniowo niesmaczne, a? w ko?cu napotyka cz?owieka, do którego poci?ga j? nieodparcie nieznane uczucie, z którym ??czy wszystkie swe nadzieje; zapomina o otaczaj?cym j? ?wiecie, nie s?yszy nic, nie widzi nic, nie czuje nic prócz jego jednego, t?skni tylko do niego, jedynego. Jej po??danie, nie zepsute przez puste uciechy niesta?ej pró?no?ci, zd??a prosto do celu. Chce nale?e? do niego, chce w wiecznym zwi?zku znale?? to szcz??cie, którego jej brak, rozkoszowa? si? po??czeniem wszystkich rado?ci, do których t?skni?a. Powtarzane obietnice, które jej nadziei daj? por?k? pewno?ci, ?mia?e pieszczoty, które wzmagaj? jej po??danie, ogarniaj? ca?? jej dusz?; unosi si? w mglistej ?wiadomo?ci, w przeczuciu wszystkich uciech; dochodzi do stanu najwy?szego napi?cia, wyci?ga wreszcie ramiona, by obj?? wszystkie swe ?yczenia&#8230; a jej kochanek opuszcza j?. Odr?twia?a, bez zmys?ów stoi nad przepa?ci? i wszystko jest mrokiem woko?o niej, bez widoków, bez zrozumienia, bez nadziei, bo opu?ci? j? ten, w którym jedynie czu?a swe istnienie. Nie widzi ona szerokiego ?wiata, który le?y przed ni?, tych wielu, którzy mog? nagrodzi? jej strat?; czuje si? samotna, opuszczona przez ca?y ?wiat, i ?lepa, wt?oczona w matni? przez przera?aj?c? rozpacz swego serca, rzuca si? do wody, by w wszystko obejmuj?cej ?mierci zd?awi? swe m?czarnie. (&#8230;) Natura nie znajduje wyj?cia z labiryntu spl?tanych i sprzecznych si?, i cz?owiek musi umrze?!</span></p>
<div align="left" />
<p align="left" style="margin: 1.5pt 0cm"><span style="font-size: 10pt">Biada temu, który by patrzy? na to i rzek?: G?upia! Gdyby by?a czeka?a, pozwoli?a dzia?a? czasowi, u?mierzy?aby si? jej rozpacz, by?by si? znalaz? inny, aby j? pocieszy?!</span></p>
<p align="left" style="margin: 1.5pt 0cm">
<div align="left" />
<h3 align="left" style="margin-top: 1.5pt"><em>15 sierpnia 1771</em><span style="color: purple" /></h3>
<div align="left" />
<p align="left" style="margin: 1.5pt 0cm"><span style="font-size: 10pt">To przecie pewne, ?e nic na ?wiecie nie czyni cz?owieka potrzebnym, jeno mi?o??. (&#8230;)</span></p>
<p align="left" style="margin: 1.5pt 0cm">
<div align="left" />
<h3 align="left" style="margin-top: 1.5pt"><em>18 sierpnia 1771</em><span style="color: purple" /></h3>
<div align="left" />
<p align="left" style="margin: 1.5pt 0cm"><span style="font-size: 10pt">Czy? musia?o tak by?, ?e to, co tworzy szcz??cie cz?owieka, sta?o si? znów ?ród?em jego cierpienia? (&#8230;)</span></p>
<p align="left" style="margin: 1.5pt 0cm">
<div align="left" />
<h3 align="left" style="margin-top: 1.5pt"><em>21 sierpnia 1771</em><span style="color: purple" /></h3>
<div align="left" />
<p align="left" style="margin: 1.5pt 0cm"><span style="font-size: 10pt">Daremnie wyci?gam ku niej ramiona rankiem, gdy budz? si? z ci??kich snów. Na pró?no szukam jej noc? w moim ?ó?ku, gdy mnie ?udzi? szcz??liwy, niewinny sen, ?e siedz? ko?o niej na ??ce i trzymam jej r?k?, i okrywam j? tysi?cem poca?unków. Ach, wówczas, kiedy jeszcze w pó?odurzeniu sennym si?gam ku niej i budz? si?, strumie? ?ez bucha z mego uci?nionego serca i p?acz? niepocieszony obliczu ciemnej przysz?o?ci.</span></p>
<p align="left" style="margin: 1.5pt 0cm">
<div align="left" />
<h3 align="left" style="margin-top: 1.5pt"><em>28 sierpnia 1771</em><span style="color: purple" /></h3>
<div align="left" />
<p align="left" style="margin: 1.5pt 0cm"><span style="font-size: 10pt">(&#8230;) kwiaty ?ycia s? tylko z?ud?! Jak wiele ich przemija nie zostawiaj?c ?ladu po sobie, jak ma?o ich wydaje owoc i jak ma?o z tych owoców dojrzewa! A jednak jest ich jeszcze do??, a jednak&#8230; O mój bracie, czy? mo?emy pozwoli?, by dojrza?e owoce zosta?y zaniedbane, pogardzone, by zwi?d?y niespo?yte i zgni?y? (&#8230;)</span></p>
<p align="left" style="margin: 1.5pt 0cm">
<div align="left" />
<h3 align="left" style="margin-top: 1.5pt"><em>30 sierpnia 1771</em><span style="color: purple" /></h3>
<div align="left" />
<p align="left" style="margin: 1.5pt 0cm"><span style="font-size: 10pt">Nieszcz?sny! Czy? nie jeste? g?upcem, czy? nie oszukujesz samego siebie? Có? znaczy ta szalona, bezkresna nami?tno??? Nie znam ju? innej modlitwy jak do niej. W wyobra?ni mej nie zjawia si? ?adna inna posta? prócz niej i wszystko woko?o widz? tylko w zwi?zku z ni?. I to sprawia, ?e mam niejedn? szcz??liw? chwil? &#8211; dopóki znów nie musz? oderwa? si? od niej, ach, Wilhelmie, do tego mnie cz?sto gna serce! Gdy tak przy niej posiedz? dwie, trzy godziny i upajam si? jej postaci?, jej obej?ciem, niebia?skim urokiem jej s?ów, i stopniowo rozpalaj? si? wszystkie me zmys?y, w oczach mi si? robi ciemno, ledwo co s?ysz? i co? mnie chwyta za gard?o jak skrytobójca; gdy potem me serce bij?c gwa?townie chce ul?y? sko?atanym zmys?om, a tylko jeszcze bardziej je podnieca, Wilhelmie, nie wiem cz?sto, czy ?yj? na ?wiecie! I &#8211; kiedy czasem smutek przyt?acza mnie &#8211; Lotta zezwoli mi na t? ?a?osn? pociech?, bym ca?uj?c jej r?k? wyp?aka? me przygn?bienie &#8211; wtedy musz? odej??! Musz? odej??! W?ócz? si? potem daleko po polach. Wtedy m? rado?ci? jest wspina? si? na strom? gór?, przebi? sobie drog? przez niedost?pny las, przedziera? si? przez zaro?la, które mnie rani?, przez ciernie, które mnie kalecz?! Wtedy czuj? si? nieco lepiej! Nieco! Czasem ze znu?enia i pragnienia po?o?? si? w drodze, niekiedy w?ród g??bokiej nocy, gdy pe?nia stoi wysoko nade mn?, si?d? w samotnym lesie na pochy?ym drzewie, by ul?y? mym zranionym stopom, i potem w omdla?ym spokoju zadrzemi? w pó??wicie: o Wilhelmie, samotne mieszkanie w celi, w?osiennica i pas kolczasty by?yby rozkosz?, której ?aknie ma dusza. B?d? zdrów! Nie widz? cierpieniu temu kresu prócz grobu.</span></p>
<p align="left" style="margin: 1.5pt 0cm">
<div align="left" />
<h3 align="left" style="margin-top: 1.5pt"><em>16 czerwca 1772</em><span style="color: purple" /></h3>
<div align="left" />
<p align="left" style="margin: 1.5pt 0cm"><span style="font-size: 10pt">Tak, jestem tylko w?drowcem, pielgrzymem na ziemi. A wy &#8211; czy? jeste?cie czym? wi?cej?</span></p>
<p align="left" style="margin: 1.5pt 0cm">
<div align="left" />
<h3 align="left" style="margin-top: 1.5pt"><em>3 wrze?nia 1772</em><span style="color: purple" /></h3>
<div align="left" />
<p align="left" style="margin: 1.5pt 0cm"><span style="font-size: 10pt">Nie pojmuj? czasem, jak kto? inny mo?e j? kocha?, ?mie j? kocha?, gdy ja kocham j? tak wy??cznie, tak gor?co, tak pe?nym uczuciem; nic innego nie znam ani wiem, ani mam &#8211; prócz niej.</span></p>
<p align="left" style="margin: 1.5pt 0cm">
<div align="left" />
<h3 align="left" style="margin-top: 1.5pt"><em>19 pa?dziernika 1772</em><span style="color: purple" /></h3>
<div align="left" />
<p align="left" style="margin: 1.5pt 0cm"><span style="font-size: 10pt">Ach, ta pustka! Ta przera?liwa pustka, któr? tu czuje w mej piersi! My?l? cz?sto: gdyby? j? raz tylko, cho? raz przycisn?? móg? do serca, ca?a ta pustka zape?ni?aby si?.</span></p>
<p align="left" style="margin: 1.5pt 0cm">
<div align="left" />
<h3 align="left" style="margin-top: 1.5pt"><em>27 pa?dziernika 1772, wieczorem</em><span style="color: purple" /></h3>
<div align="left" />
<p align="left" style="margin: 1.5pt 0cm"><span style="font-size: 10pt">Mam tak wiele, a uczucie dla niej poch?ania wszystko; mam tak wiele, a bez niej wszystko staje si? niczym.</span></p>
<div align="left" />
<p align="left" class="MsoNormal">
<div align="left" />
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.bajkiopowiadania.com/2006/01/18/cierpienia-mlodego-wertera-johann-wolfgang-goethe/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
	</channel>
</rss>
