poniedziałek, styczeń 23rd 2006


Konrad Wallenrod - Adam Mickiewicz
posted @ 11:58 am in [ Lektury i literatura szkolna - Dramat ]


Konrad Wallenrod

WST?P

Sto lat mijalo, jak Zakon krzyzowy
We krwi poganstwa pólnocnego brodzil;
juz Prusak szyje uchylil w okowy
Lub ziemie oddal, a z dusza uchodzil;
Niemiec za zbiegiem rozpuscil gonitwy,
Wiezil, mordowal, az do granic Litwy.

Niemen rozdziela Litwinów od wrogów:
Po jednej stronie blyszcza swiatyn szczyty
10 I szumia lasy, pomieszkania bogów;
po drugiej stronie, na pagórku wbity
Krzyz, godlo Niemców, czolo kryje w niebie,
Grozne ku Litwie wyciaga ramiona,
Jak gdyby wszystkie ziemie Palemona
Chcial z góry objac i garnac pod siebie.

Z tej strony tlumy litewskiej mlodziezy,
W kolpakach rysich, w niedzwiedziej odziezy,
Z lukiem na plecach, z dlonia pelna grotów,
Snuja sie, sledzac niemieckich obrotów.
20 po drugiej stronie, w szyszaku i zbroi,
Niemiec na koniu nieruchomy stoi;
Oczy utkwiwszy w nieprzyjaciól szaniec,
Nabija strzelbe i liczy rózaniec.

I ci, i owi pilnuja przeprawy.
Tak Niemen, dawniej slawny z goscinnosci,
Laczacy bratnich narodów dzierzawy,

Juz teraz dla nich byl progiem wiecznosci;
I nikt, bez straty zycia lub swobody,
Nie mógl przestapic zakazanej wody.
30 Tylko galazka litewskiego chmielu,
Wdziekami pruskiej topoli necona,
Pnac sie po wierzbach i po wodnym zielu,
Smiale, jak dawniej, wyciaga ramiona
I rzeke krasnym przeskakujac wiankiem,
Na obcym brzegu laczy sie z kochankiem.
Tylko slowiki kowienskiej dabrowy .
Z bracia swoimi zapuszczanskiej góry
Wioda, jak dawniej, litewskie rozmowy
Lub, swobodnymi wymknawszy sie pióry,
40 Lataja w gosci na spólne ostrowy.

A ludzie? - ludzi rozdzielily boje !
Dawna Prusaków i Litwy zazylosc
Poszla w niepamiec; tylko czasem milosc
I ludzi zbliza. - Znalem ludzi dwoje.

O Niemnie i wkrótce runa do twych brodów
Smierc i pozoga niosace szeregi,
I twoje dotad szanowane brzegi
Topór z zielonych ogoloci wianków,
Huk dzial wystraszy slowiki z ogrodów.
50 Co przyrodzenia zwiazal lancuch zloty,
Wszystko rozerwie nienawisc narodów;
Wszystko rozerwie; - lecz serca kochanków
Zlacza sie znowu w piesniach wajdeloty.

(more…)




poniedziałek, styczeń 23rd 2006


Do matki Polki - Adam Mickiewicz
posted @ 11:43 am in [ Lektury i literatura szkolna - Wiersze - Poezja ]

Do matki Polki


O matko Polko! gdy u syna twego
W ?renicach b?yszczy genijuszu ?wietno??,
Je?li mu patrzy z czo?a dziecinnego
Dawnych Polaków duma i szlachetno??;

Je?li rzuciwszy rówienników grono
Do starca bie?y, co mu dumy pieje,
Je?li s?ucha z g?ow? pochylon?,
Kiedy mu przodków powiadaj? dzieje:

O matko Polko! ?le si? twój syn bawi!
10 Kl?knij przed Matki Bolesnej obrazem
I na miecz patrzaj, co Jej serce krwawi:
Takim wróg piersi twe przeszyje razem!

Bo cho? w pokoju zakwitnie ?wiat ca?y,
Cho? si? sprzymierz? rz?dy, ludy, zdania,
Syn twój wyzwany do boju bez chwa?y
I do m?cze?stwa… bez zmartwychpowstania.

Ka??e mu wcze?nie w jaskini? samotn?
I?? na dumanie… zalega? roho?e,
Oddycha? par? zgni?? i wilgotn?
20 I z jadowitym gadem dzieli? ?o?e.

Tam si? nauczy pod ziemi? kry? z gniewem
I by? jak otch?a? w my?li niedo?cig?y;
Mow? tru? z cicha, jak zgni?ym wyziewem,
Posta? mie? skromn? jako w?? wystyg?y.

Nasz Odkupiciel, dzieckiem w Nazarecie,
Piastowa? krzy?yk, na którym ?wiat zbawi?.
O matko Polko! ja bym twoje dzieci?
Przysz?ymi jego zabawkami bawi?.

Wcze?nie mu r?ce okr?caj ?a?cuchem,
30 Do taczkowego ka? zaprz?ga? woza,
By przed katowskim nie zbladn?? obuchem
Ani si? sp?oni? na widok powroza:

Bo on nie pójdzie, jak dawni rycerze,
Utkwi? zwyci?ski krzy? w Jeruzalemie,
Albo jak ?wiata nowego ?o?nierze
Na wolno?? ora?… krwi? polewa? ziemi?.

Wyzwanie przysz?e mu szpieg nieznajomy,
Walk? z nim stoczy s?d krzywoprzysi??ny,
A placem boju b?dzie dó? kryjomy,
40 A wyrok o nim wyda wróg pot??ny.

Zwyci??onemu za pomnik grobowy
Zostan? suche drewna szubienicy,
Za ca?? s?aw? krótki p?acz kobiecy
I d?ugie nocne rodaków rozmowy.






poniedziałek, styczeń 23rd 2006


Ajudah - Adam Mickiewicz
posted @ 11:40 am in [ Lektury i literatura szkolna - Wiersze - Poezja ]

Ajudah

Lubi? pogl?da? wsparty na Judahu skale,
Jak ?pienione ba?wany to w czarne szeregi
?cisn?wszy si? buchaj?, to jak srebrne ?niegi
W milijonowych t?czach ko?uj? wspaniale.

Tr?c? si? o mielizn?, rozbij? na fale,
Jak wojsko wielorybów zalegaj?c brzegi,
Zdob?d? l?d w tryumfie i na powrót, zbiegi,
Miec? za sob? muszle, per?y i korale.

Podobnie na twe serce, o poeto m?ody!
Nami?tno?? cz?sto gro?ne wzburza niepogody,
Lecz gdy podniesiesz bardon, ona bez twej szkody

Ucieka w zapomnienia pogr??y? si? toni
I nie?mierte?ne pie?ni za sob? uroni,
Z których wieki uplot? ozdob? twych skroni.




poniedziałek, styczeń 23rd 2006


Do Laury - Adam Mickiewicz
posted @ 11:35 am in [ Lektury i literatura szkolna - Wiersze - Poezja ]

Do Laury

Ledwiem ciebie zobaczy?, ju?em si? zap?oni?,
W nieznanym oku dawnej znajomo?ci pyta?;
I z twych jagód wzajemny rumieniec wykwita?
Jak z ró?y, której piersi zaranek ods?oni?.

Ledwie? piosnk? zacz??a, ju?em ?zy uroni?,
Twój g?os wnika? do serca i za dusz? chwyta?;
Zda?o si?, ?e j? anio? po imieniu wita?
I w zegar niebios chwil? zbawienia zadzwoni?.

O luba! niech twe oczy przyzna? si? nie boj?,
Je?li ci? mym spójrzeniem, je?li g?osem wzrusz?;
Nie dbam, ?e los i ludzie przeciwko nam stoj?,

?e ucieka? i kocha? bez nadziei musz?.
Niech ?lub ziemski innego darzy r?k? twoj?,
Tylko wyznaj, ?e Bóg mi po?lubi? tw? dusz?.




poniedziałek, styczeń 23rd 2006


Gra?yna - Adam Mickiewicz
posted @ 11:07 am in [ Lektury i literatura szkolna - Dramat ]

Gra?yna

Coraz to ciemniej; wiatr pó?nocny ch?odzi,
Na dole tuman, a miesi?c wysoko
Po?ród kr???cej czarnych chmur powodzi,
We mgle nie ca?e pokazywa? oko;
I ?wiat by? nakszta?t gmachu sklepionego,
A niebo nakszta?t sklepu ruchomego,
Ksi??yc, jak okno, któr?dy dzie? schodzi.

Zamek na barkach nowogródzkiej góry
Od miesi?cznego bra? poz?ot? blasku;
Po wa?ach z darni i po sinym piasku
Olbrzymim s?upem ?ama? si? cie? bury,
Spadaj?c na fos?, gdzie w?ród wiecznych cie?ni
Dysza?a woda spod zielonych ple?ni.

Miasto ju? spa?, w zamku ognie zgas?y,
Tylko po wa?ach i po basztach stra?e
Powtarzanymi p?osz? senno?? has?y;
Wtem si? co? zdala na polu uka?e:
Jakowi? ludzie bieg? tu po b?oniach,
A ga??? cieniu za ka?dym si? czerni,
A bieg? pr?dko - musz? by? na koniach,
A ?wiec? mocno - musz? by? pancerni.

Zar?a?y konie, zagrzmia?a podkowa.
Trzej to rycerze jad? wzd?u? parowa;
Zjechali, staj? - a pierwszy z rycerzy
Krzyknie i w tr?bk? mosi??n? uderzy;
Uderzy? potem raz drugi i trzeci -
Stra?nik mu baszty rogiem odpowiada -
Brz?k?y wrzeci?dze, pochodnia za?wieci
I most zwodzony z ?oskotem opada.

Na t?tent koni zbiegli si? stra?nicy,
Chc?c bli?ej pozna? i m??e i stroje.
Pierwszy m?? jecha? w zupe?nej zbroicy,
Jak? zwyk? Niemiec przywdziewa? na boje;
I krzy? mia? czarny na bia?ej kapicy,
I krzy? na piersiach u z?otej p?tlicy,
Tr?bk? na plecach, kopij? u toku,
Ró?aniec w pasie i szabl? u boku.

(more…)




piątek, styczeń 20th 2006


Pierwszy krok w chmurach - Marek H?asko
posted @ 1:18 pm in [ Lektury i literatura szkolna - Opowiadania ]

Pierwszy krok w chmurach

W sobot? centrum miasto wygl?da tak samo jak w ka?dy inny dzie? tygodnia. Jest tylko wi?cej pijanych; w knajpach i barach, autobusach i bramach - wsz?dzie unosi si? zapach przetrawionego alkoholu. W sobot? miasto traci swoj? pracowit? twarz - w sobot? miasto ma pijan? mord?. Natomiast w centrum miasta, w sobot?
nie ma ludzi, którzy lubi? obserwowa? ?ycie: sta? w bramach, w?óczy? si? po ulicach, siedzie? na ?awce w parku godzinami i tylko po to, aby za lat dwadzie?cia móc sobie przypomnie?, ?e tego to a tego dnia widzia?o si? mniej lub bardziej dziwny traf ?yciowy.
Tak jak wys?a?cy chadzaj? jeszcze podczas okupacji w czerwonych czapkach, tak jak handluj?cy suchym piaskiem, jak podwórzowi ?piewacy o przepitych tenorach - centrum miasta wymarli obecnie obiektywni obserwatorzy ?ycia.
Obserwatorów mo?na spotka? jedynie na przedmie?ciu. ?ycie przedmie?cia zawsze by?o i jest bardziej zag?szczone; na przedmie?ciu w ka?d? sobot?, kiedy jest pogoda, ludzie wynosz? krzes?a przed domy; odwracaj? si? ty?em i usiad?szy okrakiem, obserwuj? ?ycie. Upór obserwatorów nosi czasem znamiona generalnego ob??du: czasem siedz? w ten sposób przez ca?e ?ycie i nie widz? nic oprócz twarzy obserwatora z przeciwka. Potem umieraj? z g??bokim ?alem do ?wiata, z rzekonaniem o jego szarzy?nie i nudzie, gdy? rzadko kiedy przyjdzie im namy?l, ?e mo?na podnie?? si? i pój?? na s?siedni? ulic?. Obserwatorzy ?ycia na staro?? staj? si? niespokojni. Miotaj? si?, patrz? na zegarki; jest to jeden ze ?miesznych nawyków starych ludzi - pragn? ratowa? czas. W pewnym okresie chciwo?? ?ycia i wra?e? staje si? u nich silniejsza ni? u dwudziestolatków. Du?o gadaj?, du?o my?l?: uczucia ich s? dzikie i t?pe zarazem. Potem gasn? szybko i spokojnie. Umieraj?c wmawiaj? wszystkim, ?e ?yli szeroko. Impotenci chwal? si? sukcesami u kobiet, tchórze - bohaterstwem, kretyni - m?dro?ci? ?ycia.

Pan Gienek - z zawodu malarz pokojowy - od czterdziestu lat mieszka? na Marymoncie i od tylu? lat obserwowa? ?ycie swej dzielnicy. Owej soboty pan Gienek tak?e siedzia? przed swoim domem w ogródku i bezmy?lnie patrzy? w ulic?. Od czasu do czasu spluwa? i oblizywa? spieczone wargi; wygasaj?cy dzie? by? upalny i dr?cz?cy. Pan Gienek by? rozdra?niony: nie zdarzy?o si? nic ciekawego w dniu dzisiejszym, nikt nie z?ama? r?ki, nikt nikogo nie pobi? i pana Gienka ssa?o uczucie pustki i nudy - kopn?? psa, który nawin?? mu si? po nog? i ponuro ziewaj?c patrzy? na ulic?. By?a pusta, przeje?d?aj?ce z rzadka samochody podnosi?y tumany rozparzonego piasku. Kiedy straci? ju? ca?a nadziej? na ujrzenie kawa?ka ?ycia, uczu?, ?e kto? tr?ca go w rami?. Podniós? oczy i zobaczy? swego s?siada, Maliszewskiego.
- Chod? pan - powiedzia? Maliszewski.
- Gdzie?
- Niedaleko
- Po co?
- Chcesz pan co? zobaczy?? - powiedzia? Maliszewski.
By? to niski cz?owiek dobrodusznej twarzy i chytrych oczkach. Ruchy jego - mimo pozornej oci??a?o?ci - by?y szybkie i zwinne jak ruchy m?odego kota.
- Co jest? - zapyta? pan Gienek; ziewn?? by? zm?czony upa?em.
- Ch?opak? - powiedzia? Maliszewski
- I co z tego?
- Satyra - powiedzia? Maliszewski - On jest z dziewczyn?. Ju? pan rozumiesz?
- Jasne - rzek? pan Gienek. Podniós? si?; w serce jego wst?pi?a nadzieja.
Zapyta? z o?ywieniem: - ?adna?
- I ?adna i m?oda - rzek? Maliszewski. - Mówi? panu, dobra robota tam chodzi. - Nagle zniecierpliwi? si?: - Idziesz pan czy nie? - zapyta?.
- Nic z tego nie b?dzie - powiedzia? pan Gienek - Zanim my tam dojdziemy ,to oni sko?cz?. Mówi? panu, ?e nic z tego nie b?dzie.
- Oni nie maj? po pi??dziesi?tce tak jak pan - powiedzia? Maliszewski. - Mog? bardzo d?ugo bawi? si? w ten sposób. Ja jak by?em m?ody, tote? mog?em si? w ten sposób bawi? godzinami. Naprawd? tak by?o. Wst?pimy po mojego szwagra i podskoczymy tam, chce pan? On ju? wróci? z roboty i ch?tnie pójdzie z nami. O, patrz pan, ju? idzie!
Rzeczywi?cie, ulic? szed? m?ody, t?gi m??czyzna. R?kawy koszuli mia?
podwini?te, w z?bach trzyma? trawk?. Oczy jego by?y senne i drwi?ce, powieki - ci??kie.
- Heniek - zawo?a? Maliszewski - pozwól tu na chwilk?!
Heniek zbli?y? si? i opar? o p?ot. Czo?o jego by?o mokre od potu.
- Cze?? powiedzia?. - Co u pana, panie Gienku?
- Heniek - powiedzia? Maliszewski - chod? z nami.
- Gor?co - powiedzia? Heniek; obliza? wargi i westchn??: - Nie ma czym
oddycha?. W taki upa? nawet ?wi?temu by nie stan??. Gdzie chcecie skoczy??
- By?em na dzia?ce - rzek? Maliszewski. - Widzia?em ch?opaka z dziewczyn?.
- Szmata? - zapyta? Heniek. Wyplu? trawk?, potem zerwa? now? i przygryz? j? mocnymi z?bami.
- Sk?d - powiedzia? Maliszewski. - Mówi? ci: m?oda i ?adna.
- Mo?emy podskoczy? - powiedzia? Heniek. - Ty mnie znasz: ja lubi?
popatrzy? na ?ycie. Je?li dziewczyna b?dzie brzydka - zwróci? si? do Maliszewskiego - to ty co? dzisiaj postawisz.
Ruszyli i szli szybko w?ród dzia?kowych ogródków. Ludzie przychodzili tu po pracy, aby dogl?da? swych kartofli, pomidorów i marchwi. Teraz jednak by?o pusto: parny, dr?twy dzie? zm?czy? wszystkich - ludzie siedzieli w domu.
- Duszno - powiedzia? Heniek. - Ja nic nie mog? robi? w taki dzie?.
G?owa mnie boli ca?y czas.
- Tamtym te? chyba gor?co - powiedzia? pan Gienek.
- My?l? - rzek? Maliszewski. - My ich och?odzimy. Tak, Heniek?
- W zesz?ym roku - powiedzia? Heniek - tutaj te? przychodzi? taki jeden go?? z dziewczyn?. Ca?e lato tu przychodzili.
- I co?
- Nic. Pewnie nie mieli mieszkania.
- Pobrali si?? - zapyta? z wysi?kiem Gienek; marzy? o szklance zimnego,
gorzkawego piwa.
- Nie wiem. Mo?e i tak, ?e si? pobrali. Te? by?a ?adna dziewczyna.
- Blondynka? - zapyta? znów Gienek; nic a nic go to nie obchodzi?o.
W dalszym ci?gu czu? dr?cz?c? pustk? i niesmak.
- Brunetka - rzek? Heniek. Pami?tam jak dzi?. Ten facet by? blondyn. Nie
mog?em zrozumie?, dlaczego taka ?adna dziewczyna chodzi z takim ?achudr?.
- Nie wiem - mrukn?? pan Gienek. Splun?? g?st? ?lin?. By? z?y na He?ka:
przypomnia? mu, ?e on sam ma brzydk? i do?? g?upi? ?on?. Powiedzia?: - pewnie jaka? szmata.
- Mo?e?… Teraz cicho - rzek? Maliszewski. Poszed? przodem, oni szli za nim wolno, staraj?c si? nie robi? ha?asu. By?o ju? szarawo: s?o?ce uciek?o, na trawie k?ad?y si? b??kitnawe cienie. Maliszewski w pewnym momencie odwróci? g?ow? i zawo?a? cicho - Chod?cie!
Podeszli na palcach kilka kroków i zobaczyli ch?opaka z dziewczyn?. Le?eli obok siebie. Dziewczyna opar?a swoj? g?ow? o rami? ch?opaka i przytuli?a si? do niego ca?ym cia?em. Le?eli zm?czeni mi?o?ci? i upa?em, byli m?odzi i ?adni oboje - jedno ciemne, drugie jasne. Sukienka dziewczyny by?a uniesiona; mia?a d?ugie, mocne br?zowe nogi.
- ?adna - rzek? Heniek. - Bardzo ?adna.
- Mówi?em - powiedzia? szeptem Maliszewski.
Stali w milczeniu: pan Gienek znów obliza? wargi i pomy?la? o swojej ?onie z dreszczem nag?ego wstr?tu. Maliszewski u?miechn?? si? g?upkowato. Heniek jeszcze bardziej opu?ci? ci??kie powieki i post?powa? z nogi na nog?. Nagle zapyta? z rozdra?nieniem:
- Robimy co??
- Ty - powiedzia? Maliszewski - Zrób im co? takiego, ?eby si? nie pozbierali ze ?miechu do ko?ca ?ycia. Ty to mo?esz zrobi?, Heniek
- Heniu? - powiedzia? pan Gienek - najlepiej ich nastraszy?. - Przytakn??
palcami i powtórzy?: - Ona jest strasznie ?adna. Ju? dawno nie widzia?em takiej lalki. Jeszcze dziecko. Nie powinni tego robi?. - Nagle zniecierpliwi? si? i rzek? do He?ka:
- Zrób im pan co, bo jak nie, to ja im bomb? zasun?.
- Czekaj pan - powiedzia? Heniek. - To ju? lepiej ja.
Patrzy? przez chwil? na br?zowe uda dziewczyny i na twarzy jego malowa?a si? m?ka. Potem wyszed? zza drzewa i stan?? przed m?odymi. Zmru?ywszy oczy, rzek?:
- W tat? i mam? si? bawicie? Smacznego!
Maliszewski i pan Gienek wybuchn?li ?miechem. Ch?opak zerwa? si? na nogi i wyj?ka?:
- Czego pan chce?
- Niczego - powiedzia? bardzo wolno Heniek. Stan?? przed ch?opakiem i ko?ysa? si? na nogach. Gryz? w dalszym ci?gu trawk? i spluwa? zielonkaw? ?lin?. Potem powiedzia?:
- Uwa?aj, jak jedziesz kochany. To ci przyszed?em powiedzie?. Zawsze
uwa?aj, jak jedziesz.
Maliszewski wyszed? zza drzewa i stan?? obok He?ka.
- ?adna dziewczyna - powiedzia? patrz?c na ni? burymi oczkami - Ja bym sam chcia? tak? pozna?. Mo?e si? zapoznamy, prosz? pani?.
- Idiota - powiedzia?a dziewczyna. Stan??a za ch?opakiem; by?a czerwona i zdenerwowana; pan Gienek patrzy?, jak dr?? jej szczup?e plecy i raz jeszcze pomy?la? ze wstr?tem o swojej brzydkiej, grubej i nieforemnej ?onie.
- Ty, ty, szmata - powiedzia? Maliszewski; oczy nabieg?y mu krwi? ze
w?ciek?o?ci. Rzek? szybko, jakby si? dusz?c: - Ty jeste? zwyczajna kurwa, rozumiesz? Ja mam córk? starsz? od ciebie , ty kurewko.
- Niech pan st?d odejdzie - powiedzia? ch?opak, b?agalnie patrz?c im w oczy. - Ja pana prosz?, niech pan stad odejdzie. My?my panu niczego nie zrobili. Ja pana strasznie prosz?.
- Kogo ty prosisz, Janek? - powiedzia?a dziewczyna. - Tego starego durnia?
- Zamknij swojej pani mord? - powiedzia? Heniek - bo inaczej ja jej zamkn?. I sam te? nie pajacuj. Mowie ci, zamknij jej mord?.
- Sam masz mord? - powiedzia?a dziewczyna. Patrzy?a na niego z pogard?. By?a nieprzytomna ze zdenerwowania, lecz usi?owa?a si? roze?mia? szyderczo - Bydlak - powiedzia?a i wybuchn??a p?aczem.
- Ej, ty - powiedzia? Heniek i szarpn?? j? za r?k?. - Komu ty wymy?lasz?
Przychodzisz si? tutaj puszcza? i jeszcze co? mówisz?
Ch?opak szarpn?? si?; uderzy? He?ka w twarz - raz i drugi. Sta?o si? to tak szybko, ?e Heniek zd??y? tylko zamruga? oczami. Lecz w nast?pnej chwili z?apa? ch?opaka za w?osy i trzasn?? twarz? w swoje kolano. Potem uderzy? go pi??ci? w usta i rzuci? na ziemi?.
- Dosy?, prosz? klienta? - zapyta?. - Jak nie dosy?, to ja mog? klienta obs?u?y? dodatkowo. Taryfa ulgowa; tu jest bardzo mi?y cmentarz. - I wybuchn?? stekiem najplugawszych obelg. Zamkn?? oczy, lecz ci?gle widzia? br?zowe, d?ugie nogi dziewczyny.
- Chod?, Janek - powiedzia?a dziewczyna. Otar?a ch?opakowi twarz z krwi. Rzek?a do nich:
- Policzymy si? jeszcze. - I kiedy odeszli ju? par? kroków, krzykn??a
histerycznie:
- Jeste?cie stare szmaty nie m??czy?ni!
Wracali do domu. Znów szli w?ród ogródków dzia?kowych.
- Parno - powiedzia? Heniek. - Prawdopodobnie, ?e b?dzie pada?. - Westchn?? i rzek?: - To by?a ?adna dziewczyna. Dlaczego jej powiedzia?e?, ?e jest kurw??
Przecie? jej nie znasz. Sk?d mog?e? wiedzie??
- Ja przecie? nie powiedzia?em, ?e ona jest taka - rzek? Maliszewski. - To ty powiedzia?e?.
- Ja?
- Ty.
- Nie wyg?upiaj si?. Ja jej wcale nie zna?em.
- Ja j? zna?em - powiedzia? Maliszewski. - Ja ju? ich tutaj widzia?em nie
pierwszy raz. Oni si? bardzo kochaj?.
- Co b?dzie dalej? - zapyta? pan Gienek.
- Nie wiem, co b?dzie dalej. Ale wiem, ?e oni z sob? chodz?. I wiem ,?e oni dzisiaj pierwszy raz z sob?.
- Sk?d? - zapyta? leniwie pan Gienek.
- S?ysza?em, jak j? prosi?. I on si? ba?, i ona si? ba?a. S?ysza?em, jak si?
namawiali. Bali si? dziecka, tak mówili. Ale chyba bardziej siebie.
- Tak zawsze bywa ten pierwszy raz - powiedzia? Heniek. - Ja si? te? ba?em.
- Ka?dy si? ba? tego pierwszego razu - powiedzia? Maliszewski. - Ale po co ty go zaprawi?e??
- Sam chcia?e?.
- Nie wiedzia?em, ?e to tak wyjdzie. On do niej tak dziwnie mówi?…
- Jak?
- Nie pami?tam.
- Chmurzy si? i powiedzia? pan Gienek.
- On w?a?nie cos mówi? o chmurach - powiedzia? Maliszewski. - Jaki? wiersz. Mówi? wam, oni si? kochaj?.
- Ju? teraz nie b?d? si? kocha? - powiedzia? Gienek. - B?d? siebie mieli dosy? na zawsze. Po takim czy?? nie b?d? mogli patrze? na siebie. Niepotrzebnie to wszystko wysz?o.
- Ja ju? wiem - powiedzia? Maliszewski - Przypomnia?o mi si?. On tak jej mówi?, ?e jak on j? tego, to b?dzie ich pierwszy krok w chmury. On tak jej mówi?, tylko, ?e do wiersza. A ona tylko: “Boj? si?. Boj? si?.” i p?aka?a.
- Mo?e si? ba? bólu?
- Nie my?l? - rzek? Maliszewski - Nie my?l?, ?eby si? ba?a bólu. To przychodzi potem. ?ycie, inni ludzie, plotka. Ale ten pierwszy raz, to naprawd? jest w chmurach. Zakochani niczego nie widz?.
- My te?? - zapyta? Heniek.
- Oni teraz ju? nie b?d? si? kocha? - powiedzia? pan Gienek. - Ja sam wiem, ?e jakby mnie co? takiego spotka?o, to bym ju? potem nie kocha? dziewczyny. Zmarkotnia? nagle: znów ssa?a go pustka Wyszli z ogródków i znów szli ulic?.
- Nie - powiedzia? Heniek. - Oni ju? teraz nie b?d? si? kocha?. Mnie te?
spotka?o kiedy? co? takiego. I nie kocha?em ju? potem tej dziewczyny.
- Ka?dego z nas spotka?o kiedy? co? takiego - powiedzia? Maliszewski. - Ale po co ty mu da?e? w jap??
- On mnie pierwszy uderzy? - rzek? Heniek. - Zajdziemy na to piwo?
- Mo?emy zaj??. Ta dziewczyna to ju? chyba nie przyjdzie.
- Chyba nie - powiedzia? pan Gienek. - I za co pan j? tak nazwa?e??
- Moj? dziewczyn? te? tak kto? kiedy? nazwa? - powiedzia? Maliszewski. - Jak Boga kocham, do dzi? nie wiem za co.
- I nie kocha?e? si? pan ju? potem?
- Nie - powiedzia? Maliszewski. Milcza?, potem rzek? z nag?? z?o?ci?: - Dajcie mi spokój, do cholery! Nie wierz? w ?adna mi?o??. Kobiecie swojej te? nie wierz?. Nikomu nie wierz?.
- G?upia sprawa - powiedzia? Heniek. Spojrza? w niebo i powiedzia?: Chmurzy si?. To jak on tam mówi??
- Zdaje si?, ?e krok w deszcz czy co? takiego - powiedzia? zm?czonym g?osem Maliszewski. - Chod?cie na to piwo… Albo o deszczu, albo o burzy… Nie pami?tam. Nie chc? niczego pami?ta?. Gdybym nie pami?ta?, nie by?oby tej ca?ej awantury.
- B?dzie jutro deszcz - powiedzia? Heniek.
- Zawsze w niedziel? pada deszcz - powiedzia? pan Gienek. Skrzywi? si?: raz jeszcze pomy?la? o swojej ohydnej ?onie, o ch?opaku, o dniu jutrzejszym, o ?licznej dziewczynie, o jej d?ugich, brunatnych nogach, o jej piersiach, o jej czerwonych, ?wie?ych ustach, o jej opalonym, silnym karku, o jej zielonych, przera?onych oczach i powtórzy? be?kotem, gdy? musia? co? powiedzie?: W niedziele zawsze pada deszcz…




piątek, styczeń 20th 2006


Gloria Victis - Eliza Orzeszkowa
posted @ 1:13 pm in [ Lektury i literatura szkolna - Opowiadania ]

Gloria Victis

Lecia? wiatr ?wiatem, ciekawy, niespokojny, s?ucha? gwarze?, opowiada? wód, zbó?, kwiatów polnych, drzew przydro?nych i - szumia?. Szumia? o wszystkim, co widzia?, co s?ysza? na szerokim, wielkim, na przedziwnym ?wiecie, i lecia?, a? przylecia? do krainy w wody, trawy i drzewa bogatej, która nazywa si? Polesie litewskie.
Hej, przestworza wolne, przestworza roz?o?yste wiatrowi pr?dkiemu, na równinach, co skraje niebios doko?a podpieraj?, bez przeszkód, bez zas?on. Nie uderzy si? tu wiatr pr?dki o ?adn? gór? ani o ?aden pagórek, nie powstrzyma lotu jego ?adne wysokie miasto i chyba tylko las przed nim stanie z obliczem ciemnym i nad ??kami bezkresnymi, nad rozlanymi po nich wodami zaszepcze s?owo: tajemnica!
Ale dla wiatru las tajemnic nie ma. S? to dwaj przyjaciele. Przenika wiatr le?ne g?stwiny od skraju do skraju i one mu wszystko, co widzia?y, s?ysza?y, opowiadaj?. Przenikaj? si? wzajemnie i w noce gwie?dziste, w d?onie od ?niegu bia?e, w wieczory jesienne od chmur pos?pne, od deszczu szemrz?ce wiod? ze sob? d?ugie przyjació? rozmowy.
Lecia? tedy wiatr nad Polesiem, gdy letnie s?o?ce mia?o si? ku zachodowi i w blasku jego smó?ki na ??kach sta?y zarumienione jak zorze, a wody obleka?y si? w barwy t?czowe. Na wodach w szyby wieloramienne, w strugi leniwe rozlanych, ja?nia?y fiolek, purpura i z?oto, a nad nimi w powietrzu rozpo?ciera?a si? cisza b??kitna, g??boka.
Wiatr ciszy nie m?ci?, albowiem nie by? z wiatrów takich, co grzmi? i hucz?, wstrz?saj? i obalaj?, ale z takich, co kochaj? ?wiat. Lata? po ?wiecie, a?eby zbiera? jego prawdy i ba?nie, minione dzieje, wyronione j?ki, echa staczanych walk, a?eby zbiera? py?ki jego nadziei, ?u?le jego ?alów, tony jego pie?ni i nie?? je w przestrze?, w dal, w czas, w pami?ci, w serca…
Przelecia? wiatr pr?dki nad lakami rozleg?ymi, ?agodn? pieszczot? muskaj?c w locie rumiane smó?ki i czerwone szczawie, ?agodn? swawol? w drobne fale marszcz?c t?czowe wód powierzchnie, a? rozwin??a si? przed nim wst?ga wody wcale ni? tamte innej, cicho stoj?cej w korycie r?koma ludzkimi wy??obionym.
Wiedzia? wiatr, co to za woda i jak si? nazywa. Przed po?ow? stulecia tu by? i wiedzia?, ?e jest to Kana? Królewski. Hej, hej, ten pasek wody bladob??kitnej, sennej, jaka? mu to przeszkoda!
Zanim motyl zdo?a? wzbi? si? z przybrze?nej trawy na szczyt situ, u którego zwin?? do snu poz?acane skrzyd?a, wiatr przelecia? nad Królewskim Kana?em i oko w oko spotka? si? z roztoczonym jak wzrokiem si?gn??, wysokopiennym, cienistym, przezroczystym lasem. Odk?d tu by?, pó? stulecia up?yn??o, jednak pozna? przyjaciela.
- Jak si? masz? - zadmucha? weso?o.
Las w odpowied? zaszumia?:
- Witaj, mi?y latawcze!
I wlecia? wiatr do lasu uradowany, zwinny, przelatywa? w?ród ?wierków, brzóz, olch, d?bów, ramionami owijaj?c pnie starych przyjació? i skrzyd?ami na ich konarach sk?adaj?c poca?unki przywitalne.
- Jak si? macie? - szemra? i szepta?. - Co?cie przez czas ten widzia?y, s?ysza?y? Co si? tu u was, doko?a was, dzia?o, stawa?o?
A stare ?wierki, d?by, brzozy roz?o?yste, ramionami powiewaj?c, odpowiada?y:
- Dzia?y si? tu i stawa?y rzeczy dziwne, rzeczy g?o?ne, dzwoni?ce, p?acz?ce, rozlegaj?ce si? krzykami, j?kami…
- Co, co, co si? dzia?o? Jakie, jakie, jakie rzeczy? - z szybko?ci? niezmiern? szumia?, pyta? wiatr, gdy? po to tylko istnia?, aby dzieje ziemskie zbiera? i po ziemi je roznosi? albo nawet niekiedy pod samo niebo wznosi? i niebu pokazywa?.

Po lesie b??ka?y si? ?wiat?a zachodz?cego s?o?ca, w szerokie, z?ote pasy ubieraj?c pnie drzew starych, na mchach i paprociach migocz?c mnóstwem iskier, w rozkwit?ych ró?ach dzikich zapalaj?c rubinowe serca.
Ró? dzikich, traw, paproci pe?n? by?a polana bardzo rozleg?a, wynios?ymi drzewami zewsz?d otoczona, na któr? wiatr wlecia? i wnet po niej uwija? si? pocz??, z szybko?ci? nadzwyczajn?, wznosz?c si? i opadaj?c, biadaj?c, szukaj?c, na ró?ne tony szumi?c:
- Co si? tu dzia?o? Co si? tu, na tej polanie dzia?o? Co? osobliwego, co? niecodziennego dzia? si? tu musia?o: Czuj? krew! O! d?ugo, przed?ugo ziemia wydaje z siebie wo? krwi swych dzieci, ludzi! S?ysz? j?ki! O, d?ugo, przed?ugo powietrze trzyma pod obliczem nieba j?ki dzieci jego, ludzi! Tu by? bój jaki? i tu by?y zgony! Tu by?y rany, t?tenty koni, krzyki. Mówcie, drzewa kochane, opowiadajcie, mówcie!
Drzewa milcza?y, tylko po ich ga??ziach przebieg? dreszcz lekki, krótki, jakby z zimna nag?ego powsta?y, co dziwnym by?o w ten ciep?y dzie? letni.
A w?a?nie w tej chwili wiatr z gwa?towno?ci? u niego niezwyk??, z szumem nami?tnym zapytywa? pocz??:
- A to? co? A to co jest takiego? Tego natura nie uczyni?a! To uczyni?y r?ce ludzkie! Tu nigdzie natura pagórków nie usypywa?a! Ten usypany jest przez ludzi! Kto? po co? dlaczego? A ten?e krzy?yk na pagórku, w?ród liliowych dzwonków, Bo?e, jak ma?y, prosty, biedny! - co znaczy? Mówcie, drzewa, o mówcie, b?agam!
Wtedy d?b, wynios?y i silny, któremu k?pa zwisaj?cych w dó? ga??zi czyni?a brod? d?ug?, brzoza wysmuk?a i ca?a w d?ugich, ku ziemi opadaj?cych warkoczach, ?wierk wyprostowany, w he?mie z iglic? strzelist? na szczycie, odpowiedzieli chórem przyciszonym szumów:
- To jest mogi?a!
- Taka wielka, taka wielka, taka wielka mogi?a! - zadziwi? si? wiatr.
Brzoza westchn??a:
- A krzy?yk tak ma?y!
A d?b zagada?:
- ?pi w niej wiele serc m??nych, spalonych na o?tarzu…
- Wiele serc, a krzy?yk jeden - zadziwi? si? znowu wiatr.
A brzoza znowu westchn??a:
- I taki ma?y, biedny!
Wyprostowany ?wierk potrz?sn?? he?mem zdobnym w strzelist? iglic? i przemówi?:
- Jam najwy?szy w tym lesie, najdalej widz?, wiem: s? na ziemi bohaterzy wie?czeni i niewie?czeni, maj?cy pomniki i ich nie maj?cy.
Nabo?nie wiatr wyszepta? pytanie:
- Jest?e to mogi?a bohaterów?
- Bezimiennych - odpowiedzia? ?wierk.
A dzwonki liliowe, g?sto doko?a krzy?yka rosn?ce, cicho zadzwoni?y:
- Pomar?ych m?odo, m?odo…
- I w m?kach - szepta?a ró?a u szczytu pagórka rosn?ca, przy czym od rubinowego serca swego oderwa?a p?atek jeden i na pagórek go rzuci?a.
Upad? p?atek, do motyla podobny, na trawy wysokie, a ró?a westchn??a:
- Ja jedna kwiaty na t? mogi?? rzucam. Co lato, od pó?stulecia prawie, rzucam na ni? wonne p?atki moje, Ja jedna!
Tu znowu odezwa?y si? dzwonki liliowe:
- A my dzwonimy pacierz ?a?obny. Co lato, od pó?stulecia prawie, wydzwaniamy nad t? mogi?? pacierz ?a?obny… my jedne!
Wtedy wiatr pr?dki po?o?y? si? na pagórku mogilnym, znieruchomia?. Ludzie widzie? by go nie mogli, lecz drzewa, trawy, kwiaty widzia?y.
Cia?o jego przezroczyste, powiewne, z kryszta?u i szronu utkane wyd?u?y?o si? na pagórku w skr?tach w??owych i tysi?cem z?otych odbi? za?wieci?y w nim blaski zachodz?cego s?o?ca. ?wieci?y i migota?y b?yszcz?ce odbicia te w skrzyd?ach jego ogromnych, które jak fale p?ynnego kryszta?u opad?y na trawy polany, we w?osach jego, które jak paj?cza tka? ze szronu rozpostar?y si? nad polan?, w ramionach jego, które jak kryszta?owe kolumny wznosi?y si? ku drzewom, gdy w powietrzu p?yn??o szemranie b?agalne, ciche.
- Mówcie, o, starzy wiatru pr?dkiego przyjaciele! Wy, co przez wieki mieszkacie w ?wi?tyni dumania i czo?ami niebotycznymi podpieracie stropy samotni niesko?czonych, zamy?leni ?wiadkowie dziejów ziemi, tysi?custni a milcz?cy stró?e mogli le?nych, bezimiennych, zapomnianych, nieuczczonych, wy?piewajcie mi o tej mogile strof? ?ycia i strof? ?mierci, abym móg? unie?? j? pod niebo i pokaza? niebu, a potem nie?? nad ziemi? w przestrze?, w dal, w czas, w pami?cie, w serca…
Ostatni r?bek tarczy s?onecznej za skraj ziemi zasun?? si? i znikn??. Natomiast zorza wieczorna w purpurze i p?omieniach podnios?a si? za lasem i las nape?ni?a ?wiat?ami po?ogi. W powietrzu, pomi?dzy li??mi drzew, na krzakach i trawach rozsypa?y si? okruchy ?wietlnej ?uny niebieskiej, maj?ce czerwono?? i ognisto?? p?on?cych kropel krwi.
Stary, pot??ny d?b, pa?aj?cymi kroplami krwi na ga??zistej brodzie ?wiec?c, rozwar? szerokie ramiona, powia? nimi w powietrzu i tak szumie? zacz??:

*

(more…)




czwartek, styczeń 19th 2006


Kamizelka - Boles?aw Prus
posted @ 11:57 pm in [ Lektury i literatura szkolna - Nowele ]

KAMIZELKA

linia_3


Niektórzy ludzie maj? poci?g do zbierania osobliwo?ci kosztowniejszych lub mniej kosztownych, na jakie kogo sta?. Ja tak?e posiadam zbiorek, lecz skromny, jak zwykle w pocz?tkach.

Jest tam mój dramat, który pisa?em jeszcze w gimnazjum na lekcjach j?zyka ?aci?skiego… Jest kilka zasuszonych kwiatów, które trzeba b?dzie zast?pi? nowymi, jest…

Zdaje si?, ?e nie ma nic wi?cej oprócz pewnej bardzo starej i zniszczonej kamizelki.

Oto ona. Przód sp?owia?y, a ty? przetarty. Du?o plam, brak guzików, na brzegu dziurka, wypalona zapewne papierosem. Ale najciekawsze w niej s? ?ci?gacze. Ten, na którym znajduje si? sprz?czka, jest skrócony i przyszyty do kamizelki wcale nie po krawiecku, a ten drugi, prawie na ca?ej d?ugo?ci, jest pok?uty z?bami sprz?czki.

Patrz?c na to od razu domy?lasz si?, ?e w?a?ciciel odzienia j zapewne co dzie? chudn?? i wreszcie dosi?gn?!, tego stopnia, na którym kamizelka przestaje by? niezb?dn?, ale natomiast okazuje si? bardzo potrzebnym zapi?ty pod szyj? frak z magazynu pogrzebowego.

Wyznaj?, ?e dzi? ch?tnie odst?pi?bym komu ten szmat sukna, który mi robi troch? k?opotu. Szaf na zbiory jeszcze nie mam, a nie chcia?bym znowu trzyma? chorej kamizelczyny mi?dzy w?asnymi rzeczami. By? jednak czas, ?em j? kupi? za cen? znakomicie wy?sz? od warto?ci, a da?bym nawet i dro?ej, gdyby umiano si? targowa?. Cz?owiek miewa w ?yciu takie chwile, ?e lubi otacza? si? przedmiotami, które przypominaj? smutek.

Smutek ten nie gnie?dzi? si? mnie, ale w mieszkaniu bliskich s?siadów. Z okna mog?em co dzie? spogl?da? do wn?trza ich pokoiku.

Jeszcze w kwietniu by?o ich troje: pan, pani i ma?a s?u??ca, która sypia?a, o ile wiem, na kuferku za szaf?. Szafa by?a ciemnowi?niowa. W lipcu, je?eli mnie pami?? nie zwodzi, zosta?o ich tylko dwoje: pani i pan, bo s?u??ca przenios?a si? do takich pa?stwa, którzy p?acili jej trzy ruble na rok i co dzie? gotowali obiady.

W pa?dzierniku zosta?a ju? tylko - pani, sama jedna. To jest niezupe?nie sama, poniewa? w pokoju znajdowa?o si? jeszcze du?o sprz?tów: dwa ?ó?ka, stó?, szafa… Ale na pocz?tku listopada sprzedano z licytacji niepotrzebne rzeczy, a przy pani ze wszystkich pami?tek po m??u zosta?a tylko kamizelka, któr? obecnie posiadam.

(more…)




czwartek, styczeń 19th 2006


Katarynka - Boles?aw Prus
posted @ 11:48 pm in [ Lektury i literatura szkolna - Nowele ]

KATARYNKA

linia_2

Na ulicy Miodowej co dzie? oko?o po?udnia mo?na by?o spotka? jegomo?cia w pewnym wieku, który chodzi? z placu Krasi?skich ku ulicy Senatorskiej. Latem nosi? on wykwintne, ciemnogranatowe palto, popielate spodnie od pierwszorz?dnego krawca, buty po?yskuj?ce jak zwierciad?a - i - nieco wyszarzany cylinder.

Jegomo?? mia? twarz rumian?, szpakowate faworyty i siwe, ?agodne oczy. Chodzi? pochylony, trzymaj?c r?ce w kieszeniach W dzie? pogodny nosi? pod pach? lask?, w pochmurny - d?wiga? jedwabny parasol angielski.

By? zawsze g??boko zamy?lony i posuwa? si? z wolna Oko?o Kapucynów dotyka? pobo?nie r?k? kapelusza i przechodzi? na drug? stron? ulicy, a?eby zobaczy? u Pika jak stoi barometr i termometr, potem znowu zawraca? na prawy chodnik, zatrzymywa? si? przed wystaw? Mieczkowskiego, ogl?da? fotografie Modrzejewskiej - i szed? dalej.

W drodze ust?powa? ka?demu, a potr?cony u?miecha? si? ?yczliwie.

Je?eli kiedy spostrzega? ?adn? kobiet?, zak?ada? binokle, aby przypatrze? si? jej. Ale ?e robi? to flegmatycznie, wi?c zwykle spotyka? go zawód.

Ten jegomo?? by? to - pan Tomasz.

Pan Tomasz trzydzie?ci lat chodzi? ulic? Miodow? i nieraz my?la?, ?e si? na niej wiele rzeczy zmieni?o. To? samo ulica Miodowa pomy?le? by mog?a o nim.

Gdy by? leszcze obro?c?, biega? tak pr?dko, ?e nie uciek?aby przed nim ?adna szwaczka wracaj?ca z magazynu do domu By? weso?y, rozmowny, trzyma? si? prosto, mia? czupryn? i nosi? w?sy zakr?cone ostro do góry Ju? wówczas sztuki pi?kne robi?y na nim wra?enie, ale czasu im nie po?wi?ca?, bo szala? - za kobietami. Co prawda, mia? do nich szcz??cie i nieustannie by? swatany. Ale có? z tego, kiedy pan Tomasz nie móg? nigdy znale?? ani jednej chwili na o?wiadczyny b?d?c zaj?ty je?eli nie praktyk?, to - schadzkami. Od Frani szed? do s?du, z s?du bieg? do Zosi, któr? nad wieczorem opuszcza?, a?eby z Józi? i Filk? zje?? kolacj?.

Gdy zosta? mecenasem, czo?o, skutkiem nat??onej pracy umys?owej, uros?o mu a? do ciemienia, a na w?sach pokaza?o si? kilka srebrnych w?osów. Pan Tomasz pozby? si? ju? wówczas m?odzie?czej gor?czki, mia? maj?tek i ustalon? opini? znawcy sztuk pi?knych. A ?e kobiety wci?? kocha?, wi?c pocz?? my?le? o ma??e?stwie. Naj?? nawet mieszkanie z sze?ciu pokojów z?o?one, urz?dzi? w nim na w?asny koszt posadzki, sprawi? obicia, pi?kne meble - i szuka? ?ony.

Ale cz?owiekowi dojrza?emu trudno zrobi? wybór. Ta by?a za m?oda, a tamt? uwielbia? ju? zbyt d?ugo. Trzecia mia?a wdzi?ki i wiek w?a?ciwy, ale nieodpowiedni temperament, a czwarta posiada?a wdzi?ki, wiek i temperament nale?yty, ale nie czekaj?c na o?wiadczyny mecenasa wysz?a za doktora.

Pan Tomasz jednak nie martwi? si?, poniewa? panien me brak?o. Ekwipowa? si? powoli, coraz usilniej dbaj?c o to, a?eby ka?dy szczegó? jego mieszkania posiada? warto?? artystyczn?. Zmienia? meble, przestawia? zwierciad?a, kupowa? obrazy.

Nareszcie porz?dki jego sta?y si? s?awne. Sam me wiedz?c kiedy, stworzy? u siebie galeri? sztuk pi?knych, któr? coraz liczniej odwiedzali ciekawi. ?e za? by? go?cinny, przyj?cia robi? ?wietne i utrzymywa? stosunki z muzykami, wi?c nieznacznie zorganizowa?y si? u mego wieczory koncertowe, które nawet damy zaszczyca?y swoj? obecno?ci?.

(more…)




czwartek, styczeń 19th 2006


Nasz Szkapa - Maria Konopnicka
posted @ 11:32 pm in [ Lektury i literatura szkolna - Dla dzieci - Nowele ]

NASZA SZKAPA

linia_1

Zacz??o si? to od starego ?ó?ka, co?my na nim we trzech sypiali.
Tego dnia ojciec z?y czego? z rzeki wróci? i siad?szy na ?awie, r?k? g?ow? podpar?. Pyta?a si? matka raz i drugi, co mu, ale dopiero za trzecim razem odpowiedzia?, ?e si? ta robota ko?o ?wiru sko?czy?a i ?e szkapa tylko piasek teraz wozi? b?dzie. Zaraz mnie Felek szturchn?? w bok, a matka j?kn??a z cicha.
Mia? ojciec nad wieczorem po doktora i??, ale mu jako? niesporo by?o. Chodzi?, medytowa?, po k?tach poziera?, a? stan?? przed matk? i rzek?:
- Co ch?opakom po ?ó?ku, Anulka? Sypiam ja na ziemi, to? i oni mog?.
Spojrzeli?my po sobie. Dwie z?ote iskry zab?ys?y w siwych oczach Felka. Prawda! Co nam po ?ó?ku? Piotrusia tylko pilnowa? trzeba, ?eby z niego nie spad?.
- Dalej! jazda! - krzykn?? Felek i zanim matka odpowiedzie? zd??y?a, ju?e?my we trzech siennik na ziemi? ?ci?gn?li, a Fe?ek koz?y wywraca? na nim zacz??.
Po ?ci?gni?ciu wszak?e siennika okaza?o si?, ?e desek w ?ó?ku brakuje dwóch, a bok jeden ze wszystkim od?azi. Nie chcia? tedy “handel”, którego mi ojciec zawo?a? kaza?, o ?ó?ku ani gada?, pieni?dze naliczone miedziakami zgarn?? w mieszek, zwi?za? i za cha?at na piersi zasun??. Opu?ci? mu ojciec dziesi?tk?, potem dwie, potem z?otówk? ca??, ale si? ?ydzisko upar?o. Z sieni dopiero brod? do izby wsadzi?, post?puj?c pó? rubla bez siedmiu groszy, je?li mu ojciec i poduszk? sprzeda.
Zawaha? si? ojciec, spojrza? na nas, spojrza? na matk?; wszystkiego razem mia?o by? jedena?cie z?otych.
- Có? ch?opaki? - zapyta? wreszcie - obejdziecie si? bez poduszki tymczasem, póki matka chora?
- Ojej’. - wrzasn?? Felek przyduszonym g?osem, gdy? w?a?nie na g?owie sta?, a nie zmieniaj?c pozycji poduszk? na izb? cisn??. Chwyci? j? Piotru? i na Felka rzuci?, Felek znów na mnie, a? nam j? .,handel” z r?k wyrwa?, ?eby?my nie poszarpali.
- Ale bez poszewki! - odezwa?a si? s?abym g?osem matka.
Natychmiast wyrwali?my “handlowi” poduszk?, któr? ju? pod pach? trzyma?- i zacz?li?my i niej poszewk? ?ci?ga?.
Po ?ci?gni?ciu wszak?e poszewki okaza?o si?, ?e poduszka w jednym rogu rozpruta i ?e si? z niej pierze sypie, Znów tedy “handel” jedenastu z?otych da? nic chcia?, tylko dziesi?? bez pi?tnastu groszy.
Targ w targ. zgodzi? si? z ojcem na ca?e dwa ruble, ale ?eby mu jeszcze ko?dr? nasz? doda?.
Ojciec spojrza? na matk?. By?a tak os?abion? i blad?, ?e wygl?da?a jak martwa, le??c na wznak, z g??boko zapad?ymi oczami,
- Anulka?… - szepn?? ojciec pytaj?co.
Ale matk? chwyci? kaszel, wi?c odpowiedzie? nie mog?a.
- My tam ko?dry, prosz? ojca. nie chcemy! - krzykn?? Felek. - My si? tylko o t? ko?dr? co noc bi? musimy. Niech Wicek powie!…
- Prawda, prosz? ojca! - potwierdzi?em gorliwie. - Co noc si? bi? musimy, bo spada…
“Handel” ju? ko?dr? zwin?? i pod pach? wsadzi?. Wybiegli?my za nim z tryumfem na podwórko.
- Wiecie? - krzykn?? Felek ch?opakom, co tam w klip? grali - “handel” kupi? nasze ?ó?ko, ko?dr? i poduszk?! B?dziemy teraz na ziemi na sienniku spali!…
- Wielka parada! - odkrzykn?? blady Józiek od krawca z lewej oficyny. - Ja ju? dwa lata u majstra na ziemi sypiam i bez siennika nawet.
Zaimponowa? nam. Sypianie takie nie by?o wi?c ju?, wida?, wynalazkiem naszym.

(more…)