<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0"
	xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
	xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
	xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
	xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom"
	xmlns:sy="http://purl.org/rss/1.0/modules/syndication/"
	xmlns:slash="http://purl.org/rss/1.0/modules/slash/"
	>

<channel>
	<title>Bajki Opowiadania &#187; Lektury i literatura szkolna</title>
	<atom:link href="http://www.bajkiopowiadania.com/Bajki_Opowiadania/lektury-i-literatura-szkolna/feed/" rel="self" type="application/rss+xml" />
	<link>http://www.bajkiopowiadania.com</link>
	<description>Bajki Opowiadania</description>
	<lastBuildDate>Sun, 03 Jun 2007 19:17:11 +0000</lastBuildDate>
	<generator>http://wordpress.org/?v=2.9.2</generator>
	<language>en</language>
	<sy:updatePeriod>hourly</sy:updatePeriod>
	<sy:updateFrequency>1</sy:updateFrequency>
			<item>
		<title>Konrad Wallenrod &#8211; Adam Mickiewicz</title>
		<link>http://www.bajkiopowiadania.com/2006/01/23/konrad-wallenrod-adam-mickiewicz/</link>
		<comments>http://www.bajkiopowiadania.com/2006/01/23/konrad-wallenrod-adam-mickiewicz/#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 23 Jan 2006 10:58:24 +0000</pubDate>
		<dc:creator>bajkiopowiadania</dc:creator>
				<category><![CDATA[Dramat]]></category>
		<category><![CDATA[Lektury i literatura szkolna]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.bajkiopowiadania.com/lektury-i-literatura-szkolna/konrad-wallenrod-adam-mickiewicz/</guid>
		<description><![CDATA[
Konrad Wallenrod
WST?P
Sto lat mijalo, jak Zakon krzyzowy
We krwi poganstwa pólnocnego brodzil;
juz Prusak szyje uchylil w okowy
Lub ziemie oddal, a z dusza uchodzil;
Niemiec za zbiegiem rozpuscil gonitwy,
Wiezil, mordowal, az do granic Litwy.
Niemen rozdziela Litwinów od wrogów:
Po jednej stronie blyszcza swiatyn szczyty
10 I szumia lasy, pomieszkania bogów;
po drugiej stronie, na pagórku wbity
Krzyz, godlo Niemców, czolo kryje w [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p align="center" style="text-align: center"><strong><span style="font-size: 11pt"><br />
<!--[if !supportLineBreakNewLine]--></span></strong><strong><span style="font-size: 14pt; color: #333399">Konrad Wallenrod</span></strong><strong><u><span style="font-size: 11pt" /></u></strong><strong><span style="font-size: 11pt" /></strong></p>
<p><strong>WST?P</strong></p>
<p><strong>Sto lat mijalo, jak Zakon krzyzowy<br />
We krwi poganstwa pólnocnego brodzil;<br />
juz Prusak szyje uchylil w okowy<br />
Lub ziemie oddal, a z dusza uchodzil;<br />
Niemiec za zbiegiem rozpuscil gonitwy,<br />
Wiezil, mordowal, az do granic Litwy.</strong></p>
<p><strong>Niemen rozdziela Litwinów od wrogów:<br />
Po jednej stronie blyszcza swiatyn szczyty<br />
10 I szumia lasy, pomieszkania bogów;<br />
po drugiej stronie, na pagórku wbity<br />
Krzyz, godlo Niemców, czolo kryje w niebie,<br />
Grozne ku Litwie wyciaga ramiona,<br />
Jak gdyby wszystkie ziemie Palemona<br />
Chcial z góry objac i garnac pod siebie.</strong></p>
<p><strong>Z tej strony tlumy litewskiej mlodziezy,<br />
W kolpakach rysich, w niedzwiedziej odziezy,<br />
Z lukiem na plecach, z dlonia pelna grotów,<br />
Snuja sie, sledzac niemieckich obrotów.<br />
20 po drugiej stronie, w szyszaku i zbroi,<br />
Niemiec na koniu nieruchomy stoi;<br />
Oczy utkwiwszy w nieprzyjaciól szaniec,<br />
Nabija strzelbe i liczy rózaniec.</strong></p>
<p><strong>I ci, i owi pilnuja przeprawy.<br />
Tak Niemen, dawniej slawny z goscinnosci,<br />
Laczacy bratnich narodów dzierzawy,</strong></p>
<p><strong>Juz teraz dla nich byl progiem wiecznosci;<br />
I nikt, bez straty zycia lub swobody,<br />
Nie mógl przestapic zakazanej wody.<br />
30 Tylko galazka litewskiego chmielu,<br />
Wdziekami pruskiej topoli necona,<br />
Pnac sie po wierzbach i po wodnym zielu,<br />
Smiale, jak dawniej, wyciaga ramiona<br />
I rzeke krasnym przeskakujac wiankiem,<br />
Na obcym brzegu laczy sie z kochankiem.<br />
Tylko slowiki kowienskiej dabrowy .<br />
Z bracia swoimi zapuszczanskiej góry<br />
Wioda, jak dawniej, litewskie rozmowy<br />
Lub, swobodnymi wymknawszy sie pióry,<br />
40 Lataja w gosci na spólne ostrowy.</strong></p>
<p><strong>A ludzie? &#8211; ludzi rozdzielily boje !<br />
Dawna Prusaków i Litwy zazylosc<br />
Poszla w niepamiec; tylko czasem milosc<br />
I ludzi zbliza. &#8211; Znalem ludzi dwoje.</strong></p>
<p><strong>O Niemnie i wkrótce runa do twych brodów<br />
Smierc i pozoga niosace szeregi,<br />
I twoje dotad szanowane brzegi<br />
Topór z zielonych ogoloci wianków,<br />
Huk dzial wystraszy slowiki z ogrodów.<br />
50 Co przyrodzenia zwiazal lancuch zloty,<br />
Wszystko rozerwie nienawisc narodów;<br />
Wszystko rozerwie; &#8211; lecz serca kochanków<br />
Zlacza sie znowu w piesniach wajdeloty.</strong></p>
<p><span id="more-68"></span></p>
<p><strong>[I]<br />
OBIÓR</strong></p>
<p><strong>Z Maryjenburskiej wiezy zadzwoniono,<br />
Dziala zagrzmialy, w bebny uderzono;<br />
Dzien uroczysty w krzyzowym Zakonie;<br />
Zewszad komtury do stolicy spiesza,<br />
60 Kedy, zebrani w kapituly gronie,<br />
Wezwawszy Ducha Swietego uradza,<br />
Na czyich piersiach wielki krzyz zawiesza<br />
I w czyje rece wielki miecz oddadza.<br />
Na radach splynal dzien jeden i drugi,<br />
Bo wielu mezów staje do zawodu,<br />
A wszyscy równie wysokiego rodu<br />
I wszystkich równe w Zakonie zaslugi;<br />
Dotad powszechna miedzy bracia zgoda<br />
Nad wszystkich wyzej stawi Wallenroda.</strong></p>
<p><strong>70 On cudzoziemiec, w Prusach nieznajomy,<br />
Slawa napelnil zagraniczne domy;<br />
Czy Maurów scigal na kastylskich górach,<br />
Czy Otomana przez morskie odmety,<br />
W bitwach na czele, pierwszy byl na murach,<br />
Pierwszy zahaczal pohanców okrety;<br />
I na turniejach, skoro wstapil w szranki,<br />
Jezeli raczyl przylbice odslonic,<br />
Nikt sie nie wazyl na ostre z nim gonic,<br />
Pierwsze mu zgodnie ustepujac wianki.<br />
80 Nie tylko miedzy krzyzowymi roty<br />
Wslawil orezem mlodociane lata,<br />
Zdobia go wielkie chrzescijanskie cnoty:<br />
Ubóstwo, skromnosc i pogarda swiata.</strong></p>
<p><strong>Konrad nie slynal w przydwornym nacisku<br />
Gladkoscia mowy, skladnoscia uklonów;<br />
Ani swej broni dla podlego zysku<br />
Nie przedal w sluzbe niezgodnych baronów.<br />
Klasztornym murom wiek poswiecil mlody,<br />
Wzgardzil oklaski i górne urzedy;<br />
90 Nawet zacniejsze i slodsze nagrody:<br />
Minstrelów hymny i pieknosci wzgledy,<br />
Nie przemawialy do zimnego ducha.<br />
Wallenrod pochwal obojetnie slucha,<br />
Na krasne lica poglada z daleka,<br />
Od czarujacej rozmowy ucieka.</strong></p>
<p><strong>Czy byl nieczulym, dumnym z przyrodzenia,<br />
Czy stal sie z wiekiem &#8211; bo choc jeszcze mlody,<br />
Juz wlos mial siwy i zwiedle jagody,<br />
Napietnowane staroscia cierpienia -<br />
100 Trudno odgadnac: zdarzaly sie chwile,<br />
W których zabawy mlodziezy podzielal,<br />
Nawet niewiescich gwarów sluchal mile,<br />
Na zarty dworzan zartami odstrzelal<br />
I sypal damom grzecznych slówek krocie,<br />
Z zimnym usmiechem, jak dzieciom lakocie.<br />
Byly to rzadkie chwile zapomnienia;<br />
I wkrótce, lada slówko obojetne,<br />
Które dla drugich nie mialo znaczenia,<br />
W nim obudzalo wzruszenia namietne;<br />
110 Slowa: ojczyzna, powinnosc, kochanka,<br />
O krucyjatach i o Litwie wzmianka,<br />
Nagle wesolosc Wallenroda truly;<br />
Slyszac je, znowu odwracal oblicze,<br />
Znowu na wszystko stawal sie nieczuly<br />
I pograzal sie w dumy tajemnicze.<br />
Moze, wspomniawszy swietosc powolania,<br />
Sam sobie ziemskich slodyczy zabrania.<br />
Jedne znal tylko przyjazni slodycze,<br />
Jednego tylko wybral przyjaciela,<br />
120 Swietego cnota i poboznym stanem:<br />
Byl to mnich siwy, zwano go Halbanem.<br />
On Wallenroda samotnosc podziela;<br />
On byl i duszy jego spowiednikiem,<br />
On byl i serca jego powiernikiem.<br />
Szczesliwa przyjazn swietym jest na ziemi,<br />
Kto umial przyjazn zabrac ze swietemi.</strong></p>
<p><strong>Tak naczelnicy zakonnej obrady<br />
Rozpamietuja Konrada przymioty;<br />
Ale mial wade &#8211; bo któz jest bez wady?<br />
130 Konrad swiatowej nie lubil pustoty,<br />
Konrad pijanej nie dzielil biesiady.<br />
Wszakze zamkniety w samotnym pokoju,<br />
Gdy go dreczyly nudy lub zgryzoty,<br />
Szukal pociechy w goracym napoju;<br />
I wtenczas zdal sie wdziewac postac nowa,<br />
Wtenczas twarz jego, blada i surowa,<br />
Jakis rumieniec chorowity krasil;<br />
I wielkie, niegdys blekitne zrenice,<br />
Które czas nieco skazil i przygasil,<br />
140 Ciskaly dawnych ogniów blyskawice;<br />
Z piersi zalosnie westchnienie ucieka<br />
I lza perlowa nabrzmiewa powieka,<br />
Dlon lutni szuka, usta piesni leja,<br />
Piesni nucone cudzoziemska mowa,<br />
Lecz je sluchaczów serca rozumieja.<br />
Dosyc uslyszec muzyke grobowa,<br />
Dosyc uwazac na spiewaka postac:<br />
W licach pamieci widac natezenie,<br />
Brwi podniesione, pochyle wejrzenie,<br />
150 Chcace z glebiny ziemnej cós wydostac;<br />
Jakiz byc moze piesni jego watek?-<br />
Zapewne mysla, w oblednych pogoniach,<br />
Sciga swa mlodosc na przeszlosci toniach.-<br />
Gdziez dusza jego? &#8211; W krainie pamiatek.</strong></p>
<p><strong>Lecz nigdy reka, w muzycznym zapedzie,<br />
Z lutni weselszych tonów nie dobedzie;<br />
I lica jego niewinnych usmiechów<br />
Zdaja sie lekac, jak smiertelnych grzechów.<br />
Wszystkie uderza struny po kolei,<br />
160 Prócz jednej struny &#8211; prócz struny wesela.<br />
Wszystkie uczucia sluchacz z nim podziela,<br />
Oprócz jednego uczucia &#8211; nadziei.</strong></p>
<p><strong>Nieraz go bracia zeszli niespodzianie<br />
I nadzwyczajnej dziwili sie zmianie.<br />
Konrad zbudzony zzymal sie i gniewal,<br />
Porzucal lutnie i piesni nie spiewal;<br />
Wymawial glosno bezbozne wyrazy,<br />
Cós Halbanowi szeptal po kryjomu,<br />
Krzyczal na wojska, wydawal rozkazy,<br />
170 Straszliwie grozil, nie wiadomo komu.<br />
Trwoza sie bracia &#8211; stary Halban siada<br />
I wzrok zatapia w oblicze Konrada,<br />
Wzrok przenikliwy, chlodny i surowy,<br />
Pelen jakowejs tajemnej wymowy.<br />
Czy cós wspomina, czyli cós doradza,<br />
Czy trwoge w sercu Wallenroda budzi,</strong></p>
<p><strong>Zaraz mu chmurne czolo wypogadza,<br />
Oczy przygasza i oblicze studzi.<br />
Tak na igrzysku, kiedy lwów dozorca,<br />
180 Sprosiwszy panny, damy i rycerze,<br />
Rozlamie krate zelaznego dworca,<br />
Da haslo traba; wtem królewskie zwierze<br />
Grzmi z glebi piersi, strach na widzów pada;<br />
Jeden dozorca kroku nie poruszy,<br />
Spokojnie rece na piersiach zaklada<br />
I lwa poteznie uderzy &#8211; oczyma,<br />
Tym niesmiertelnej talizmanem duszy<br />
Moc bezrozumna na uwiezi trzyma.</strong></p>
<p><strong>II</strong></p>
<p><strong>190 Z Maryjenburskiej wiezy zadzwoniono,<br />
Z obradnej sali ida do kaplicy,<br />
Najpierwszy komtur, wielcy urzednicy,<br />
Kaplani, bracia i rycerzy grono.<br />
Nieszpornych modlów kapitula slucha<br />
I spiewa hymny do Swietego Ducha.</strong></p>
<p><strong>HYMN</strong></p>
<p><strong>Duchu, swiatlo boze!<br />
Golabko Syjonu!<br />
Dzis chrzescijanski swiat, ziemne podnoze<br />
200 Twojego tronu,<br />
Widoma oswiec postacia<br />
I roztocz skrzydla nad syjonska bracia!<br />
Spod Twych skrzydel niech wystrzeli<br />
Slonecznymi promien blaski,<br />
I kto najswietszej godniejszy laski<br />
Temu niech zlotym wiencem skronie rozweseli;<br />
A padniem na twarz, syny czlowieka,<br />
Temu, nad kim spoczywa Twych skrzydel opieka.<br />
Synu Zbawicielu!<br />
210 Skinieniem wszechmocnej reki<br />
Naznacz, kto z wielu<br />
Najgodniejszy slynac<br />
Swietym znakiem Twojej meki,<br />
Piotra mieczem hetmanic zolnierstwu Twej wiary<br />
I przed oczyma poganstwa rozwinac<br />
Królestwa Twego sztandary;<br />
A syn ziemi niech czolo i serce uniza<br />
Przed tym, na czyich piersiach blysnie gwiazda krzyza.</strong></p>
<p><strong>* * *</strong></p>
<p><strong>220 Po modlach wyszli. Arcykomtur zlecil,<br />
Spoczawszy nieco powracac do choru<br />
I znowu blagac, aby Bóg oswiecil<br />
Kaplanów, braci i mezów obioru.</strong></p>
<p><strong>Wyszli nocnymi orzezwic sie chlody:<br />
Jedni zasiedli zamkowy kruzganek,<br />
Drudzy przechodza gaje i ogrody.<br />
Noc byla cicha, majowej pogody;<br />
Z dala niepewny wygladal poranek;<br />
Ksiezyc obieglszy blonie safirowe<br />
230 Z odmiennym licem, z róznym blaskiem w oku,<br />
Drzemiac to w ciemnym, to w srebrnym obloku,<br />
Znizal swa cicha i samotna glowe;<br />
Jak dumajacy w pustyni kochanek,<br />
Obieglszy mysla cale zycia kolo,<br />
Wszystkie nadzieje, slodycze, cierpienia,<br />
To lzy wylewa, to spójrzy wesolo,<br />
Wrescie ku piersiom zmordowane czolo<u><span style="color: blue"> </span></u>Sklania &#8211; i wpada w letarg zamyslenia.</strong></p>
<p><strong>Przechadzka inni bawia sie rycerze.<br />
240 Lecz Arcykomtur chwil darmo nie traci,<br />
Zaraz Halbana i celniejszych braci<br />
Wzywa do siebie i na strone bierze,<br />
Aby z daleka od ciekawej rzeszy<br />
Zasiegnac rady, udzielic przestrogi.<br />
Wychodzi z zamku, na równina spieszy;<br />
Tak rozmawiajac, nie pilnujac drogi,<br />
Bladzili kilka godzin w okolicy,<br />
Blisko spokojnych jeziora wybrzezy.<br />
Juz ranek, pora wracac do stolicy.<br />
250 Staja &#8211; glos jakis &#8211; skad? &#8211; z naroznej wiezy:</strong></p>
<p><strong>Sluchaja pilnie &#8211; to glos pustelnicy.<br />
W tej wiezy dawno, przed laty dziesieciu,<br />
Jakas nieznana, pobozna niewiasta,<br />
Z dala przybywszy do Maryi-miasta-<br />
Czy ja natchnelo niebo w przedsiewzieciu,<br />
Czy skazonego sumienia wyrzuty<br />
Pragnac ukoic balsamem pokuty,<br />
Pustelniczego szukala ukrycia<br />
I tu znalazla grobowiec za zycia.</strong></p>
<p><strong>260 Dlugo nie chcieli zezwalac kaplani,<br />
Wreszcie staloscia prosby przelamani<br />
Dali jej w wiezy samotne schronienie.<br />
I.edwie stanela za swieconym progiem,<br />
Na próg zwalono cegly i kamienie,<br />
Zostala sama z myslami i Bogiem;<br />
I brame, co ja od zyjacych dzieli,<br />
Chyba w dzien sadny odemkna anieli.</strong></p>
<p><strong>U góry male okienko i krata,<br />
Kedy pobozny lud slal pozywienie,<br />
270 A niebo &#8211; wietrzyk i dzienne promienie.<br />
Biedna grzesznico, czyz nienawisc swiata<br />
Do tyla umysl skolatala mlody,<br />
Ze sie obawiasz slonca i pogody?-<br />
Zaledwie w swoim zamknela sie grobie,<br />
Nikt jej nie widzial przy okienku wiezy<br />
Przyjmowac w usta wiatru oddech swiezy,<br />
Ogladac niebo w pogodnej ozdobie<br />
I mile kwiaty na ziemnym obszarze,<br />
I stokroc milsze swoich bliznich twarze.</strong></p>
<p><strong>280 Wiedziano tylko, ze jest dotad w zyciu;<br />
Bo nieraz jeszcze swietego pielgrzyma,<br />
Gdy noca przy jej blaka sie ukryciu,<br />
Jakis dzwiek mily na chwile zatrzyma;<br />
Dzwiek to zapewne poboznej piosenki.<br />
I z pruskich wiosek gdy zebrane dzieci<br />
Igraja w wieczór u bliskiej dabrowy,<br />
Natenczas z okna cós bialego swieci,<br />
Jak gdyby promyk wschodzacej jutrzenki:<br />
Czy to jej wlosa pukiel bursztynowy,<br />
290 Czyli to polysk drobnej, snieznej reki,<br />
Blogoslawiacej niewiniatek glowy?<br />
Komtur, tamtedy obróciwszy kroki,<br />
Slyszy, gdy wieze narozna pomijal:<br />
&#8220;Tys Konrad, przebóg! spelnione wyroki,<br />
Ty masz byc mistrzem, abys ich zabijal!<br />
Czyz nie poznaja? &#8211; ukrywasz daremnie,<br />
Chociazbys, jak waz, inne przybral cialo,<br />
Jeszcze by w twojej duszy pozostalo<br />
Wiele dawnego &#8211; wszak zostalo we mnie!<br />
300 Chociazbys wrócil, po twoim pogrzebie<br />
Jeszcze Krzyzacy poznaliby ciebie&#8221;.<br />
Slucha rycerstwo &#8211; to glos pustelnicy,<br />
Spojrza na krate, zda sie pochylona,<br />
Zda sie ku ziemi wyciagac ramiona,<br />
Do kogoz? &#8211; Pusto w calej okolicy.<br />
Z daleka tylko jakis blask uderza,<br />
Na ksztalt plomyka stalowej przylbicy,<br />
I cien na ziemi &#8211; czy to plaszcz rycerza?<br />
Juz zniklo &#8211; pewnie zludzenie zrenicy,<br />
310 Pewnie jutrzenki blysnal wzrok rumiany,<br />
Po ziemi ranne przemknely tumany.</strong></p>
<p><strong>&#8220;Bracia!- rzekl Halban &#8211; dziekujmy niebiosom,<br />
Pewnie wyroki niebios nas przywiodly,<br />
Ufajmy wieszczym pustelnicy glosom.<br />
Czy slyszeliscie? &#8211; Wieszczba o Konradzie,<br />
Konrad dzielnego imie Wallenroda.<br />
Stójmy, brat bratu niechaj reke poda,<br />
Slowo rycerskie: na jutrzejszej radzie<br />
On mistrzem naszym! &#8221; &#8211; &#8220;Zgoda &#8211; krzykna &#8211; zgoda!&#8221;</strong></p>
<p><strong>320 I poszli krzyczac; dlugo po dolinie<br />
Odglos tryumfu i radosci bije:<br />
&#8220;Konrad niech zyje, Wielki Mistrz niech zyje!<br />
Niech zyje Zakon! niech poganstwo zginie!&#8221;</strong></p>
<p><strong>Halban pozostal mocno zamyslony,<br />
Na wolajacych okiem wzgardy rzucil,<br />
Spójrzal ku wiezy i cichymi tony<br />
Taka piosenke odchodzac zanucil:</strong></p>
<p><strong>[PIESN]</strong></p>
<p><strong>Wilija, naszych strumieni rodzica,<br />
330 Dno ma zlociste i niebieskie lica;<br />
Piekna Litwinka, co jej czerpa wody,<br />
Czystsze ma serce, sliczniejsze jagody.</strong></p>
<p><strong>Wilija w milej kowienskiej dolinie<br />
Sród tulipanów i narcyzów plynie;<br />
U nóg Litwinki kwiat naszych mlodzianów,<br />
Od róz krasniejszy i od tulipanów.<br />
Wilija gardzi doliny kwiatami,<br />
Bo szuka Niemna, swego oblubienca;<br />
Litwince nudno miedzy Litwinami,<br />
340 Bo ukochala cudzego mlodzienca.</strong></p>
<p><strong>Niemen w gwaltowne pochwyci ramiona,<br />
Niesie na skaly i dzikie przestworza,<br />
Tuli kochanke do zimnego lona,<br />
I gina razem w glebokosciach morza.</strong></p>
<p><strong>I ciebie równie przychodzien oddali<br />
Z ojczystych dolin, o Litwinko biedna!<br />
I ty utoniesz w zapomnienia fali,<br />
Ale smutniejsza, ale sama jedna.</strong></p>
<p><strong>Serce i potok ostrzegac daremnie,<br />
350 Dziewica kocha i Wilija biezy;<br />
Wilija znikla w ukochanym Niemnie,<br />
Dziewica placze w pustelniczej wiezy.</strong></p>
<p><strong>III</strong></p>
<p><strong>Gdy Mistrz praw swietych ucalowal ksiegi,<br />
Skonczyl modlitwe i wzial od komtura<br />
Miecz i krzyz wielki, znamiona potegi,<br />
Wzniósl dumnie czolo, chociaz troski chmura<br />
Ciazyla nad nim; wkolo okiem strzelil,<br />
W którym sie radosc na pól z gniewem zarzy,<br />
360 I niewidziany gosc na jego twarzy,<br />
Usmiech przelecial, slaby i znikomy:<br />
Jak blask, co chmure poranna rozdzielil,<br />
Zwiastujac razem wschód slonca i gromy.</strong></p>
<p><strong>Ten zapal Mistrza, to grozne oblicze,<br />
Napelnia serca otucha, nadzieja;<br />
Widza przed soba bitwy i zdobycze<br />
I hojnie w mysli krew poganska leja.<br />
Takiemu wladcy któz dostoi kroku?<br />
Któz sie nie zleknie jego szabli, wzroku?-<br />
370 Drzyjcie Litwini! juz sie chwila zbliza,<br />
Gdy z murów Wilna blysnie znamie krzyza.</strong></p>
<p><strong>Nadzieje prózne. &#8211; Cieka dni, tygodnie,<br />
Uplynal caly dlugi rok w pokoju;<br />
Litwa zagraza, Wallenrod niegodnie<br />
Ani sam walczy, ani sle do boju;<br />
A gdy sie zbudzi i cós dzialac zacznie,<br />
Stary porzadek wywraca opacznie.<br />
Wola, ze Zakon z swietych wyszedl karbów,<br />
Ze bracia gwalca przysiezone sluby;<br />
380 &#8220;Módlmy sie &#8211; wola &#8211; wyrzeczmy sie skarbów,<br />
Szukajmy m cnotach i pokoju chluby!&#8221;<br />
Narzuca posty, pokuty ciezary,<br />
Uciech, wygody niewinnej zaprzecza;<br />
Lada grzech sciga najsrozszymi kary<br />
Podziemnych lochów, wygnania i miecza.</strong></p>
<p><strong>Tymczasem Litwin, co przed laty z dala<br />
Omijal bramy zakonnej stolicy,<br />
Teraz dokola wsi co noc podpala<br />
I lud bezbronny chwyta z okolicy;<br />
390 Pod samym zamkiem dumnie sie przechwala,<br />
Ze idzie na msze do mistrza kaplicy;<br />
Pierwszy raz dzieci z rodziców swych progu<br />
Drzaly na straszny dzwiek zmudzkiego rogu.</strong></p>
<p><strong>Kiedyz byc moze czas lepszy do wojny?-<br />
Litwa szarpana wewnetrzna niezgoda;<br />
Stad dzielny Rusin, stad Lach niespokojny,<br />
Stad krymskie chany lud potezny wioda.<br />
Witold, zepchniety od Jagielly z tronu,<br />
Przyjechal szukac opieki Zakonu;<br />
400 W nagrode skarby i ziemie przyrzeka<br />
I wsparcia dotad nadaremnie czeka.</strong></p>
<p><strong>Szemraja bracia, gromadzi sie rada,<br />
Mistrza nie widac; Halban stary biezy,<br />
W zamku, w kaplicy nie znalazl Konrada:<br />
Gdziez on? &#8211; zapewne u naroznej wiezy.<br />
Sledzili bracia nocne jego kroki;<br />
Wszystkim wiadomo: kazdego wieczora,<br />
Gdy ziemie grubsze oslaniaja mroki,<br />
On idzie bladzic po brzegach jeziora;</strong></p>
<p><strong>410 Albo kleczacy, przyparty do muru,<br />
Okryty plaszczem, az do bialej zorzy<br />
Swieci z daleka, jak posag z marmuru,<br />
I przez noc cala sennosc go nie zmorzy.<br />
Czesta na cichy odglos pustelnicy<br />
Wstaje i ciche daje odpowiedzi;<br />
Brzmienia ich z dala ucho nie dosledzi,<br />
Lecz widac z blasku wstrzasnionej przylbicy,<br />
Rak niespokojnych, podniesionej glowy,<br />
Ze jakies wazne tocza sie rozmowy.</strong></p>
<p><strong>420 PIESN Z WIEZY</strong></p>
<p><strong>Któz me westchnienia, kto me lzy policzy?<br />
Czy juz tak dlugie przeplakalam lata,<br />
Czy tyle w piersiach i oczach goryczy,<br />
Ze od mych westchnien pordzawiala krata?-<br />
Gdzie lza upadnie, w zimny glaz przecieka,<br />
Jak gdyby w serce dobrego czlowieka.</strong></p>
<p><strong>Jest wieczny ogien w zamku 5wentoroga,<br />
Ten ogien zywia pobozne kaplany;<br />
Jest wieczne zródlo na górze Mendoga,<br />
430 To zródlo zywia sniegi i tumany;<br />
Nikt moich westchnien i lez nie podsyca,<br />
A dotad boli serce i zrenica.</strong></p>
<p><strong>Pieszczoty ojca, matki uscisnienia,<br />
Zamek bogaty, kraina wesola,<br />
Dni bez tesknoty, nocy bez marzenia;<br />
Spokojnosc na ksztalt cichego aniola,<br />
We dnie i w nocy, na polu i w domie<br />
Strzegla mig z bliska, chociaz niewidomie.</strong></p>
<p><strong>Trzy piekne córki bylo nas u matki,<br />
440 A mnie najpierwej zadano w zamescie;<br />
Szczesliwa mlodosc, szczesliwe dostatki,<br />
Któz mi powiedzial, ze jest inne szczescie?<br />
Piekny mlodziencze! na cos mi powiedzial<br />
To, o czym w Litwie nikt pierwej nie wiedzial?</strong></p>
<p><strong>O Bogu wielkim, o jasnych aniolach,<br />
Kamiennych miastach, kedy wiara swieta,<br />
Gdzie lud w bogatych modli sie kosciolach<br />
I kedy dziewic sluchaja ksiazeta,<br />
Waleczni w boju, jak nasi rycerze,<br />
450 Czuli w milosci, jak nasi pasterze;</strong></p>
<p><strong>Gdzie czlowiek, ziemne zlozywszy pokrycie,<br />
Z dusza ulata po rozkosznym niebie.<br />
Ach, ja wierzylam, bo niebieskie zycie<br />
Juz przeczuwalam, gdym sluchala ciebie!<br />
Ach, odtad marze, w dobrych i zlych losach,<br />
Tylko o tobie, tylko o niebiosach.</strong></p>
<p><strong>Krzyz na twych piersiach oczy me weselil,<br />
W nim ogladalam przyszle szczescia haslo,<br />
Niestety! z krzyza gdy piorun wystrzelil,<br />
460 Wszystko dokola ucichlo, zagaslo!<br />
Nic nie zaluje, choc gorzkie lzy leje,<br />
Bos wszystko odjal, zostawil nadzieje.</strong></p>
<p><strong>&#8220;Nadzieje!&#8221; &#8211; cichym powtórzyly echem<br />
Brzegi jeziora, doliny i knieje.<br />
Zbudzil sie Konrad i z dzikim usmiechem:<br />
&#8220;Gdziez jestem &#8211; wolal &#8211; tu slychac nadzieje?<br />
Na co te piesni? &#8211; Pomne twoje szczescie;<br />
Trzy piekne córki bylo was u matki,<br />
Ciebie najpierwej zadano w zamescie&#8230;<br />
470 Biada, o biada wam, nadobne kwiatki!<br />
Straszliwa zmija wkradla sie do sadu,<br />
A kedy piersia przesliznie sie bledna,<br />
Usechna trawy i róze uwiedna,<br />
I beda zólte jako piersi gadu!<br />
Uciekaj mysla i dni przypominaj,<br />
Które bys dotad pedzila wesolo,<br />
Gdyby&#8230; ty milczysz? &#8211; spiewaj i przeklinaj;<br />
Niechaj lza straszna, co glazy przecieka,<br />
Nie ginie darmo; zdejme szyszak z glowy,<br />
480 Tu niechaj spadnie, niech mi pali czolo,<br />
Tu niechaj spadnie, jam cierpiec gotowy:<br />
Chceg znac zawczasu, co mig w piekle czeka!&#8221;</strong></p>
<p><strong>Glos z wiezy<br />
&#8220;Daruj, mój mily, daruj mi, jam winna.<br />
Przyszedles pózno, teskno bylo czekac,<br />
I mimowolnie jakas piesn dziecinna&#8230;<br />
Precz mi z ta piesnia! &#8211; mialazbym narzekac?-<br />
Z toba, mój luby, z tobasmy przezyli<br />
Znikoma chwile, lecz tej jednej chwili<br />
490 Nie bede mieniac z cala ziemian zgraja<br />
Na ciche zycie, przepedzone w nudzie.<br />
Ty sam mówiles, ze zwyczajni ludzie<br />
Sa jako konchy, co sie w bagnie taja;<br />
Ledwie raz na rok fala niepogody<br />
Wypchniete z metnej pokaza sie wody,<br />
Otworza usta, raz westchna ku niebu<br />
I znowu wróca do swego pogrzebu.<br />
Nie, jam na takie szczescie nie stworzona!<br />
Jeszcze w ojczyznie, ciche pedzac zycie,<br />
500 Nieraz w posrodku towarzyszek grona<br />
Za czyms tesknilam i wzdychalam skrycie,<br />
I czulam serca niespokojne bicie.<br />
Nieraz z poziomej uciekalam laki<br />
I na najwyzszym stanawszy pagórku,<br />
Myslilam sobie: gdyby te skowronki<br />
Ze skrzydel swoich daly mi po piórku,<br />
Poszlabym z nimi i tylko z tej góry<br />
Chcialabym jeden maly kwiat uszczyknac,<br />
Kwiat niezabudki, a potem za chmury<br />
510 Leciec wysoko! wysoko! i &#8211; zniknac.<br />
Tys mie wysluchal, ty skrzydly orlemi,<br />
Monarcho ptaków, wzniosles mie do siebie!<br />
Teraz, skowronki, o nic was nie prosze,<br />
Bo gdziez ma leciec, po jakie rozkosze,<br />
Kto poznal Boga wielkiego na niebie<br />
I kochal meza wielkiego na ziemi?&#8221;</strong></p>
<p><strong>Konrad<br />
&#8220;Wielkosc! i znowu wielkosc, mój aniele!<br />
Wielkosc, dla której jeczymy w niedoli.<br />
520 Kilka dni jeszcze, niech serce przeboli,<br />
Kilka dni tylko, juz ich tak niewiele.<br />
Stalo sie! prózno po czasie zalowac!<br />
Placzmy &#8211; lecz niechaj drza nieprzyjaciele,<br />
Bo Konrad plakal, azeby mordowac.<br />
Po cos tu przyszla, po co, moja droga!<br />
Z klasztornych murów, z swiatyni pokoju?-<br />
Jam cie poswiecil na uslugi Boga;<br />
Nie lepiejz bylo w swietych jego murach,<br />
Z dala ode mnie plakac i umierac,<br />
530 Niz tu, w krainie klamstwa i rozboju,<br />
W grobowej wiezy, w powolnych torturach,<br />
Konac i oczy samotne otwierac,<br />
I przez niezlomne tej kraty okucia<br />
Pomocy zebrac? &#8211; A ja sluchac musze,<br />
Patrzec na dluga skonania katusze,<br />
Stojac z daleka, i klac moje dusze,<br />
Ze w niej sa jeszcze ostatki uczucia!&#8221;</strong></p>
<p><strong>Glos z wiezy<br />
&#8220;Jesli narzekasz, nie przychodz tu wiecej;<br />
540 Chociazbys przyszedl, blagal najgorecej,<br />
Juz nie uslyszysz! juz okno zamykam,<br />
Spuszcze sie znowu w moje wieze ciemna,<br />
Niechaj w milczeniu gorzkie lzy polykam.<br />
Badz zdrów na wieki, badz zdrów, mój jedyny!<br />
I niech zaginie pamiec tej godziny,<br />
W której nie miales litosci nade mna&#8221;.</strong></p>
<p><strong>Konrad<br />
&#8220;Wiec ty miej litosc, ty jestes aniolem,<br />
Stój, a jezeli prosba cie nie wstrzyma,<br />
550 O ten róg wiezy uderze sie czolem,<br />
Bede cie blagal skonaniem Kaima&#8221;.</strong></p>
<p><strong>Glos z wiezy<br />
&#8220;0, miejmy litosc nad soba samemi,<br />
Pomnij, mój luby, ze jak ten swiat wielki,<br />
Dwoje nas tylko na ogromnej ziemi<br />
Na morzach piasku dwie rosy kropelki;<br />
Ze, lada wietrzyk, z ziemnego padolu<br />
Znikniem na zawsze, ach! ginmyz pospolu!<br />
Nie na to przyszlam, azeby cie dreczyc;<br />
560 Nie chcialam przyjac swiecenia kaplanek,<br />
Bo niebu serca nie smialam zareczyc,<br />
Póki w nim ziemski panowal kochanek;<br />
Pragnelam zostac w klasztorze i skromnie<br />
Oddac dni moje zakonnic usludze,<br />
Lecz tam bez ciebie wszystko wokolo mnie<br />
Bylo tak nowe, tak dzikie, tak cudze.<br />
Wspomnialam sobie, ze po latach wielu<br />
Miales powrócic do Maryi-grodu,<br />
Szukajac zemste na nieprzyjacielu<br />
570 I broniac sprawe biednego narodu.<br />
Kto czeka, lata myslami ukraca;<br />
Mówilam sobie: on juz moze wraca,<br />
Moze juz wrócil; czyz nie wolno zadac,<br />
Gdy mam zyjaca zakopac sie w grobie,<br />
Abym cie mogla raz jeszcze ogladac,<br />
Abym przynajmniej umarla przy tobie!<br />
Pójde wiec &#8211; rzeklam &#8211; w pustelniczym domku,<br />
Okolo drogi, na skaly ulomku,<br />
Zamkne sie sama: moze rycerz jaki,<br />
580 Kolo mej chatki przechodzacy blisko,<br />
Wymówi czasem kochanka nazwisko,<br />
Moze pomiedzy obcymi szyszaki<br />
Ujrze znak jego: niech odmieni zbroje,<br />
Niechaj na tarcze obce godla kladnie,<br />
Niech twarz odmieni, jeszcze serce moje,<br />
Z daleka nawet, kochanka odgadnie.<br />
I gdy go ciezka powinnosc przymusza<br />
Wszystko dokola wyniszczac i krwawic,<br />
Wszyscy go przeklna, bedzie jedna dusza,<br />
590 Co mu z daleka smie poblogoslawic!<br />
Tu mój obralam domek i grobowiec,<br />
W cichej ustroni, kedy swietokradzki<br />
Mych jeków nie smie podsluchac wedrowiec.<br />
Ty, wiem, iz lubisz samotne przechadzki;<br />
Myslilam sobie: on moze z wieczora<br />
Wybiezy z dala od swych towarzyszy,<br />
Pomówic z wiatrem i z fala jeziora,<br />
Pomysli o mnie i glos mój uslyszy.<br />
Niebo spelnilo niewinne zyczenia;<br />
600 Przyszedles, moje zrozumiales pienia.<br />
Dawniej prosilam, by mig twym obrazem<br />
Pocieszaly, choc obraz byl niemy;<br />
Dzis ile szczescia I dzis mozemy razem-<br />
Razem zaplakac&#8230;&#8221;</strong></p>
<p><strong>Konrad<br />
&#8220;I cóz wyplaczemy?-<br />
Plakalem, pomnisz, kiedy sie wydarlem<br />
Na wieki wieków z twojego objecia,<br />
Gdy dobrowolnie dla szczescia umarlem,<br />
610 Azeby krwawe spelnic przedsiewziecia.<br />
Juz uwienczone zbyt dlugie meczenstwo,<br />
Teraz stanalem u zyczen mych celu,<br />
Moge sie zemscic na nieprzyjacielu;<br />
A ty mi przyszlas wydzierac zwyciestwo.<br />
Odtad jak znowu z okna twej wiezycy<br />
Spójrzalas na mnie, w calym kregu swiata<br />
Znowu nic nie ma dla mojej zrenicy,<br />
Tylko jezioro i wieza, i krata.<br />
Wkolo mnie wszystko wre wojny rozruchem;<br />
620 Sród trab odglosu, sród oreza szczeku<br />
Ja niecierpliwym, wytezonym uchem<br />
Szukam ust twoich anielskiego dzwieku,<br />
I dzien mój caly jest oczekiwaniem,<br />
A gdy wieczornej doczekam sie pory,<br />
Chce ja przedluzyc rozpamietywaniem;<br />
Ja zycie moje licze na wieczory.<br />
Tymczasem Zakon spoczynkowi laje,<br />
O wojne prosi, wlasnej zada zguby,<br />
I msciwy Halban wytchnac mi nie daje:<br />
630 Albo dawniejsze przypomina sluby,<br />
Wyrzniete siola i zniszczone kraje,<br />
Albo gdy nie chce skargi jego sluchac,<br />
Jednym westchnieniem, skinieniem, oczyma,<br />
Umie przygasla chec zemsty rozdmuchac.<br />
Wyrok mój zda sie przyblizac do konca,<br />
Nic juz Krzyzaków od wojny nie wstrzyma.<br />
Wczorasmy z Rzymu odebrali gonca,<br />
Z róznych stron swiata niezliczone chmury,<br />
Pobozny zapal w pole nagromadzil,<br />
640 Wszyscy wolaja, abym ich prowadzil<br />
Z mieczem i krzyzem na wilenskie mury.<br />
A przeciez &#8211; wyznam ze wstydem! w tej chwili,<br />
Kiedy sie waza narodów wyroki,<br />
Mysle o tobie, wynajduje zwloki,<br />
Zebysmy jeszcze dzien jeden przezyli.<br />
Mlodosci! jakze wielkie twe ofiary!<br />
Jam milosc, szczescie, jam niebo za mlodu<br />
Umial poswiecic dla sprawy narodu,<br />
Z zalem, lecz z mestwem! a dzisiaj ja stary,<br />
650 Dzisiaj powinnosc, rozpacz, wola boza<br />
Pedza mie w pole! a ja siwej glowy<br />
Nie smiem oderwac od tych scian podnoza,<br />
Azeby twojej nie stracic &#8211; rozmowy!&#8221;</strong></p>
<p><strong>Umilknal; z wiezy slychac tylko jeki;<br />
W milczeniu dlugie przeciekly godziny,<br />
Noc rozrzedniala i promyk jutrzenki<br />
Juz zarumienil lica cichej wody;<br />
Pomiedzy lisciem drzemiacej krzewiny<br />
Ze szmerem ranne przewiewaly chlody,<br />
660 Ptaszeta cichym ozwaly sie pieniem,<br />
Umilkly znowu &#8211; i dlugim milczeniem<br />
Znac daja, ze sie zbudzily za wczesnie.<br />
Konrad powstaje, wzniosl ku wiezy czolo,<br />
Dlugo na krate pogladal bolesnie;<br />
Slowik zanucil, Konrad naokolo<br />
Spojrzal: juz ranek; &#8211; opuscil przylbicy,<br />
W szerokie zwoje plaszcza twarz obwinal,<br />
Skinieniem reki zegna pustelnicy<br />
I w krzakach zginal.<br />
670 Tak duch piekielny od wrót pustelnika<br />
Na odglos dzwonu porannego znika.</strong></p>
<p><strong>IV</strong></p>
<p><strong>UCZTA</strong></p>
<p><strong>Byl dzien patrona, uroczyste swieto,<br />
Komtury z bracmi do stolicy jada,<br />
Biale choragwie na wiezach zatknieto.<br />
Konrad rycerzy ma uczcic biesiada.</strong></p>
<p><strong>Sto bialych plaszczów powiewa za stolem,<br />
Na kazdym plaszczu czerni sie krzyz dlugi:<br />
680 To byli bracia, a za nimi kolem<br />
Mlodzi giermkowie stoja dla poslugi.</strong></p>
<p><strong>Konrad na czele, po lewicy tronu<br />
Wzial miejsce Witold ze swymi hetmany;<br />
Dawniej byl wrogiem, dzis gosciem Zakonu,<br />
Przeciwko Litwie sojuszem zwiazany.</strong></p>
<p><strong>Juz Mistrz powstawszy daje uczty haslo:<br />
&#8220;Cieszmy sie w Panu!&#8221; &#8211; wnet puchary blysly.<br />
&#8220;Cieszmy sie w Panu!&#8221; &#8211; tysiac glosów wrzaslo,<br />
Srebra zabrzmialy, strugi mina trysly.</strong></p>
<p><strong>690 Wallenrod usiadl i na lokciu wsparty<br />
Sluchal z pogarda nieprzystojnych gwarów;<br />
Umilkla wrzawa, ledwie ciche zarty<br />
Gdzieniegdzie przerwa lekki dzwiek pucharów.</strong></p>
<p><strong>&#8220;Cieszmy sie &#8211; rzecze &#8211; cóz to, bracia moi,<br />
Tak-ze rycerzom cieszyc sie przystoi?-<br />
Zrazu wrzask pijany, a teraz szmer cichy;<br />
Mamyz ucztowac jak zbójce lub mnichy? -</strong></p>
<p><strong>&#8220;Inne zwyczaje byly za mych czasów,<br />
Kiedy na pelnym trupów bojowisku,<br />
700 Sród gór kastylskich lub finlandzkich lasów,<br />
Przy obozowym pilismy ognisku.</strong></p>
<p><strong>&#8220;Tam byly piesni! Miedzy waszym gminem<br />
Czyz nie ma barda albo menestrela?-<br />
Serce czlowieka wino rozwesela,<br />
Ale piosenka jest dla mysli winem&#8221;.</strong></p>
<p><strong>Zarazem rózni spiewacy powstali:<br />
Tam Wloch otyly slowiczymi tony<br />
Konrada mestwo i poboznosc chwali;<br />
Ówdzie trubadur od brzegów Garony<br />
710 Opiewa dzieje milosnych pasterzy,<br />
Zakletych dziewic i blednych rycerzy.</strong></p>
<p><strong>Wallenrod drzemal, piosenki ustaly;<br />
Nagle zbudzony przerwanym loskotem,<br />
Cisnal Wlochowi trzos ladowny zlotem:<br />
&#8220;Mnie &#8211; rzekl &#8211; jednemu spiewales pochwaly,<br />
Jeden nie moze dac innej nagrody.<br />
Wez i pójdz z oczu! Ów trubadur mlody,<br />
Który pieknosci i milosci sluzy,<br />
Niechaj daruje, ze w rycerskim gronie<br />
720 Dziewicy nie masz, co by mu na lonie<br />
Wdzieczna przypiela marny kwiatek rózy.</strong></p>
<p><strong>&#8220;Tu róze zwiedly, innego chce barda,<br />
Zakonnik-rycerz, innej chce piosenki,<br />
Niechaj mi bedzie tak dzika i twarda<br />
Jak halas rogów i oreza szczeki,<br />
I tak ponura jak klasztorne sciany,<br />
I tak ognista jak samotnik pjany.</strong></p>
<p><strong>&#8220;Dla nas, co swiecim i mordujem ludzi,<br />
Mordercza piosnka niech swietosc oglasza,<br />
730 Niechaj rozczula i gniewa, i nudzi,<br />
I znowu niechaj znudzonych przestrasza.<br />
Takie jest zycie &#8211; taka piosnka nasza.<br />
Kto ja zaspiewa? kto? &#8221; -&#8221; Ja&#8221; &#8211; odpowiedzial<br />
Sedziwy starzec, który u podwojów<br />
Miedzy giermkami i paziami siedzial,<br />
Prusak czy Litwin, jak widac ze strojów;<br />
Brode mial gesta, wiekiem ubielona,<br />
Glowe obwiewa ostatek siwizny,<br />
Czolo i oczy zakryte zaslona,<br />
740 W twarzy wyryte lat i cierpien blizny.</strong></p>
<p><strong>W prawicy stara lutnie pruska nosil,<br />
A lewa reke wyciagnal do stola<br />
I tym skinieniem posluchania prosil.<br />
Ucichli wszyscy. &#8211; &#8220;Ja spiewam &#8211; zawola.-<br />
Dawniej Prusakom i Litwie spiewalem;<br />
Dzis jedni legli w ojczyzny obronie,<br />
Drudzy, zyc nie chcac po ojczyzny zgonie,<br />
Dobic sie wola nad jej martwym cialem,<br />
Jak slugi wierne w dobrym i zlym losie<br />
750 Gina na swego dobroczyncy stosie;<br />
Inni sromotnie po lasach sie kryja,<br />
Inni, jak Witold, miedzy wami zyja.</strong></p>
<p><strong>&#8220;Ale po smierci, Niemcy, wy to wiecie,<br />
Sami spytajcie niecnych zdrajców kraju,<br />
Co oni poczna gdy na tamtym swiecie,<br />
Wskazani wiecznym ogniom na pozarcie,<br />
Zechca swych przodków wywolywac z raju,<br />
Jakim jezykiem poprosza o wsparcie?<br />
Czy w ich niemieckiej barbarzynskiej mowie<br />
760 Glos dzieci swoich uznaja przodkowie?</strong></p>
<p><strong>&#8220;O dzieci, jaka Litwinom sromota!<br />
Zaden mi, zaden nie przyniosl obrony,<br />
Gdy od oltarza, stary wajdelota,<br />
Bylem w niemieckich kajdanach wleczony.<br />
Samotny w obcej ziemi zestarzalem,<br />
Spiewak, niestety! spiewac nie mam komu;<br />
Na Litwe patrzac oczy wyplakalem<br />
Dzisiaj jezeli chce westchnac do domu,<br />
Nie wiem, gdzie lezy mój dóm ulubiony,<br />
770 Czy tam, czy owdzie, czyli z tamtej strony.</strong></p>
<p><strong>&#8220;Tu tylko, w sercu, tu sie ochronilo,<br />
Co w mej ojczyznie najlepszego bylo,<br />
I te ubogie dawnych skarbów szczatki<br />
Wezcie mi, Niemcy, wezcie mi pamiatki!</strong></p>
<p><strong>&#8220;Jak zwyciezony rycerz na igrzysku<br />
Zachowa zycie, ale czesc utraca;<br />
I dni wzgardzone wlekac w posmiewisku,<br />
Znowu do swego zwyciezy powraca;<br />
I raz ostatni wytezajac ramie,<br />
780 Bron swa pod jego stopami rozlamie:</strong></p>
<p><strong>&#8220;Tak mie ostatnia natchnela ochota,<br />
Jeszcze do lutni osmielilem reke,<br />
Niech wam ostatni w Litwie wajdelota<br />
Nuci ostatnia litewska piosenke&#8221;.</strong></p>
<p><strong>Skonczyl i czekal Mistrza odpowiedzi,<br />
Czekaja wszyscy w milczeniu glebokiem,<br />
Konrad badawczym i szyderczym okiem<br />
Witolda liców i poruszen sledzi.</strong></p>
<p><strong>Postrzegli wszyscy, kiedy wajdelota<br />
790 Mówil o zdrajcach, jak. sie Witold mienil,<br />
Zsinial, pobladnal, znowu sie czerwienil,<br />
Dreczy go równie i gniew, i sromota,<br />
Na koniec, szable sciskajac u boku,<br />
Idzie, zdziwiona gromade roztraca,<br />
Spójrzal na starca, zahamowal kroku,<br />
I chmura gniewu, nad czolem wiszaca,<br />
Opadla nagle w bystrym lez potoku;<br />
Powrócil, usiadl, plaszczem twarz zaslania<br />
I w tajemnicze utonal dumania.</strong></p>
<p><strong>800 A Niemcy z cicha: &#8220;Czyliz do biesiady<br />
Przypuszczac mamy zebrajace dziady?<br />
Kto slucha piesni i kto je rozumie?&#8221; -<br />
Takie odglosy w biesiadniczym tlumie<br />
Coraz zywszymi przerywano smiechy;<br />
Paziowie krzycza swistajac w orzechy:<br />
&#8220;Oto jest nuta Litewskiego spiewu&#8221;.</strong></p>
<p><strong>Wtem Konrad powstal: &#8220;Waleczni rycerze!<br />
Dzis Zakon, wedle starego zwyczaju,<br />
Od miast i ksiazat podarunki bierze;<br />
810 Jak winne holdy z podleglego kraju,<br />
Zebrak wam piosnke przynosi w ofierze;<br />
Zlozenia holdu nie bronmy starcowi,<br />
Wezmijmy piosnke, bedzie to grosz wdowi.</strong></p>
<p><strong>&#8220;Posród nas widzim ksiazecia Litwinów,<br />
Goscmi Zakonu sa jego wodzowie,<br />
Milo im bedzie pamiec dawnych czynów<br />
Slyszec, w ojczystej odswiezona mowie.<br />
Kto nie rozumie, niechaj sie oddali;<br />
Ja czasem lubie te posepne jeki<br />
820 Niezrozumialej litewskiej piosenki,<br />
Jak lubie loskot rozhukanej fali<br />
Albo szmer cichy wiosennego deszczu;<br />
Przy nich spac milo. &#8211; Spiewaj, stary wieszczu!&#8221;</strong></p>
<p><strong>PIESN WAJDELOTY</strong></p>
<p><strong>Kiedy zaraza Litwe ma uderzyc,<br />
Jej przyjscie wieszcza odgadnie zrenica;<br />
Bo jesli sluszna wajdelotom mierzyc,<br />
Nieraz na pustych smetarzach i bloniach<br />
Staje widomie morowa dziewica,</strong></p>
<p><strong>830 W bieliznie, z wiankiem ognistym na skroniach,<br />
Czolem przenosi bialowieskie drzewa,<br />
A w reku chustka skrwawiona powiewa.</strong></p>
<p><strong>Straznicy zamków oczy pod helm kryja,<br />
A psy wiesniaków, zarywszy pysk w ziemi,<br />
Kopia, smierc wietrza i okropnie wyja.<br />
Dziewica stapa kroki zlowieszczemi<br />
Na siola, zamki i bogate miasta;<br />
A ile razy krwawa chustka skinie,<br />
Tyle palaców zmienia sie w pustynie,<br />
840 Gdzie noga stapi, swiezy grób wyrasta.</strong></p>
<p><strong>Zgubne zjawisko! &#8211; Ale wiecej zguby<br />
Wrózyl Litwinom od niemieckiej strony<br />
Szyszak blyszczacy ze strusimi czuby<br />
I plaszcz szeroki, krzyzem naczerniony.</strong></p>
<p><strong>Gdzie przeszly stopy takiego widziadla,<br />
Niczym jest kleska wiosek albo grodów:<br />
Cala kraina, w mogile zapadla.<br />
Ach! kto litewska dusze mógl ochronic,<br />
Pójdz do mnie, siadziem na grobie narodów,<br />
850 Bedziemy dumac, spiewac i lzy ronic.</strong></p>
<p><strong>O wiesci gminna! ty arko przymierza<br />
Miedzy dawnymi i mlodszymi laty:<br />
W tobie lud sklada bron swego rycerza,<br />
Swych mysli przedze i swych uczuc kwiaty.</strong></p>
<p><strong>Arko! tys zadnym niezlamana ciosem,<br />
Póki cie wlasny twój lud nie zniewazy;<br />
O piesni gminna, ty stoisz na strazy<br />
Narodowego pamiatek kosciola,<br />
Z archanielskimi skrzydlami i glosem -<br />
860 Ty czasem dzierzysz i miecz archaniola.</strong></p>
<p><strong>Plomien rozgryzie malowane dzieje,<br />
Skarby mieczowi spustosza zlodzieje,<br />
Piesn ujdzie calo, tlum ludzi obiega;<br />
A jesli podle dusze nie umieja<br />
Karmic ja zalem i poic nadzieja,<br />
Ucieka w góry, do gruzów przylega<br />
I stamtad dawne opowiada czasy.<br />
Tak slowik z ogniem zajetego gmachu<br />
Wyleci, chwile przysiadzie na dachu:<br />
870 Gdy dachy runa, on ucieka w lasy<br />
I brzmiaca piersia nad zgliszcza i groby<br />
Nuci podróznym piosenke zaloby</strong></p>
<p><strong>Sluchalem piosnek &#8211; nieraz kmiec stoletni,<br />
Tracajac kosci zelazem oraczem,<br />
Stanal i zagral na wierzbowej fletni<br />
Pacierz umarlych; lub rymownym placzem<br />
Was glosil, wielcy ojcowie &#8211; bezdzietni.<br />
Echa mu wtórza, ja sluchalem z dala,<br />
Tym mocniej widok i piosnka rozzala,<u><span style="color: blue"> </span></u>880 Zem byl jedynym widzem i sluchaczem.</strong></p>
<p><strong>Jako w dzien sadny z grobowca wywola<br />
Umarla przeszlosc traba archaniola,<br />
Tak na dzwiek piesni kosci spod mej stopy<br />
W olbrzymie ksztalty zbiegly sie i zrosly.<br />
Z gruzów powstaja kolumny i stropy,<br />
Jeziora puste brzmia licznymi wiosly<br />
I widac zamków otwarte podwoje,<br />
Korony ksiazat, wojowników zbroje,<br />
Spiewaja wieszcze, tanczy dziewic grono -<br />
890 Marzylem cudnie, srodze mig zbudzono!</strong></p>
<p><strong>Zniknely lasy i ojczyste góry.<br />
Mysl znuzonymi ulatujac pióry<br />
Spada, w domowa tuli sie zacisze;<br />
Lutnia umilkla w otretwialym reku,<br />
Sród zalosnego spólrodaków jeku<br />
Czesto przeszlosci glosu nie doslysze!<br />
Lecz dotad iskry mlodego zapalu<br />
Tla w glebi piersi, nieraz ogien wznieca,<br />
Dusze ozywia i pamiec oswieca.<br />
900 Pamiec naówczas, jak lampa z krysztalu<br />
Ubrana pedzlem w malowne obrazy,<br />
Chociaz ja zacmi pyl i liczne skazy,<br />
Jezeli swiecznik postawisz w jej serce,<br />
Jeszcze swiezoscia barwy zneci oczy,<br />
Jeszcze na scianach palacu roztoczy<br />
Krasne, acz nieco przycmione kobierce</strong></p>
<p><strong>Gdybym byl zdolny wlasne ognie przelac<br />
W piersi sluchaczów i wskrzesic postaci<br />
Zmarlej przeszlosci; gdybym umial strzelac<br />
910 Brzmiacymi slowy do serca spólbraci:<br />
Moze by jeszcze w tej jedynej chwili,<br />
Kiedy ich piosnka ojczysta poruszy,<br />
Uczuli w sobie dawne serca bicie,<br />
Uczuli w sobie dawna wielkosc duszy<br />
I chwile jedne tak górnie przezyli,<br />
Jak ich przodkowie niegdys cale zycie.</strong></p>
<p><strong>Lecz po co zbiegle wywolywac wieki? -<br />
I swoich czasów spiewak nie obwini,<br />
Bo jest maz wielki, zywy, niedaleki,<br />
920 O nim zaspiewam, uczcie sie, Litwini!</strong></p>
<p><strong>* * *</strong></p>
<p><strong>Umilknal starzec i dokola slucha,<br />
Czy Niemcy dalej pozwola mu spiewac;<br />
W sali dokola byla cichosc glucha,<br />
Ta zwykla wieszczów na nowo zagrzewac.<br />
Zaczal wiec piosnke, ale innej tresci,<br />
Bo glos na spadki wolniejsze rozmierzal,<br />
Po strunach slabiej i nadziej uderzal<br />
I z hymnu zstapil do prostej powiesci.</strong></p>
<p><strong>930 POWIESC WAJDELOTY</strong></p>
<p><strong>Skad Litwini wracali? &#8211; Z nocnej wracali wycieczki,<br />
Wiezli lupy bogate, w zamkach i cerkwiach zdobyte.<br />
Tlumy branców niemieckich z powiazanymi rekami,<br />
Ze stryczkami na szyjach, biegna przy koniach zwyciezców;<br />
Pogladaja ku Prusom i zalewaja sie lzami,<br />
Pogladaja na Kowno &#8211; i polecaja sie Bogu.<br />
W miescie Kownie posrodku ciagnie sie blonie Peruna,<br />
Tam ksiazeta litewscy, gdy po zwyciestwie wracaja,<br />
Zwykli rycerzy niemieckich palic na stosie ofiarnym.<br />
940 Dwaj rycerze pojmani jada bez trwogi do Kowna,<br />
Jeden mlody i piekny, drugi latami schylony.<br />
Oni sami sród bitwy hufce niemieckie rzuciwszy<br />
Miedzy Litwinów uciekli; ksiaze Kiejstut ich przyjal,<br />
Ale straza otoczyl, w zamek za soba prowadzil.<br />
Pyta, z jakiej krainy, w jakich zamiarach przybyli.</strong></p>
<p><strong>&#8220;Nie wiem &#8211; rzecze mlodzieniec &#8211; jaki mój ród<br />
i nazwisko,<br />
Bo dziecieciem od Niemców bylem w niewola schwytany.<br />
Pomne tylko, ze kedys w Litwie sród miasta wielkiego<br />
950 Stal dóm moich rodziców; bylo to miasto drewniane,<br />
Na pagórkach wynioslych, dóm byl z cegly czerwonej.<br />
Wkolo pagórków na bloniach puszcza szumiala jodlowa.<br />
Srodkiem lasów daleko biale blyszczalo jezioro.<br />
Razu jednego w nocy wrzask nas ze snu przebudzil,<br />
Dzien ognisty zaswital w okna, trzaskaly sie szyby,<br />
Kleby dymu buchnely po gmachu, wybieglismy w brame,<br />
Plomien wial po ulicach, iskry sypaly sie gradem,<br />
Krzyk okropny &#8220;Do broni f Niemcy sa w miescie, do broni !&#8221;<br />
Ojciec wypadl z orezem, wypadl i wiecej nie wrócil.<br />
960 Niemcy wpadli do domu, jeden wypuscil sie za mna,<br />
Zgonil, pozwal mie na. kon; nie wiem, co stalo sie dalej,<br />
Tylko krzyk mojej matki dlugo, dlugo slyszalem.<br />
Posród szczeku oreza, domów runacych loskotu,<br />
Krzyk ten scigal mnie dlugo, krzyk ten pozostal w mym uchu.<br />
Teraz jeszcze gdy widze pozar i slysze wolania,<br />
Krzyk ten budzi sie w duszy, jako echo w jaskini<br />
Za odglosem piorunu; oto jest wszystko, co z Litwy,<br />
Co od rodziców wywiozlem. W sennych niekiedy marzeniach<br />
Widze postac szanowna matki i ojca, i braci,<br />
970 Ale coraz to dalej jakas mgla tajemnicza<br />
Coraz grubsza i coraz ciemniej zaslania ich rysy.<br />
Lata dziecinstwa plynely, zylem sród Niemców jak Niemiec,<br />
Mialem imie Waltera, Alfa nazwisko przydano;<br />
Imie bylo niemieckie, dusza litewska zostala,<br />
Zostal zal po rodzinie, ku cudzoziemcom nienawisc,<br />
Winrych, mistrz krzyzacki, chowal mig w swoim palacu,<br />
On sam do chrztu mie trzymal, kochal i piescil jak syna.<br />
Jam sie nudzil w palacach, z kolan Winrycha uciekal<br />
Do wajdeloty starego. Wówczas pomiedzy Niemcami<br />
980 Byl wajdelota litewski, wziety w niewola przed laty,<br />
Sluzyl tlumaczem wojsku. Ten, gdy sie o mnie dowiedzial,<br />
Zem sierota i Litwin, czesto mie wabil do siebie,<br />
Rozpowiadal o Litwie, dusze steskniona otrzezwial<br />
Pieszczotami i dzwiekiem mowy ojczystej, i piesnia.<br />
On mie czesto ku brzegom Niemna sinego prowadzil,<br />
Stamtad lubilem na mile góry ojczyste pogladac.<br />
Gdysmy do zamku wracali, starzec lzy mi ocieral,<br />
Aby nie wzbudzic podejrzen; lzy mi ocieral, a zemste<br />
Przeciw Niemcom podniecal. Pomne jak w zamek wróciwszy<br />
990 Nóz ostrzylem tajemnie; z jaka zemsty rozkosza<br />
Rznalem kobierce Winrycha lub kaleczylem zwierciadla,<br />
Na tarcz jego blyszczaca piasek miotalem i plwalem.<br />
Potem w latach mlodzienczych czestosmy z portu Klejpedy<br />
W lódke ze starcem siadali brzegi litewskie odwiedzac.<br />
Rwalem kwiaty ojczyste, a czarodziejska ich wonia<br />
Tchnela w dusze jakowes dawne i ciemne wspomnienia.<br />
Upojony ta wonia, zdalo sie, ze dziecinialem,<br />
Ze w ogrodzie rodziców z bracmi igralem malymi.<br />
Starzec pomagal pamieci; on piekniejszymi slowami<br />
1000 Nizli ziola i kwiaty przeszlosc szczesliwa malowal:<br />
Jak by milo w ojczyznie, posród przyjaciól i krewnych,<br />
Pedzic chwile mlodosci; ilez to dzieci litewskich<br />
Szczescia takiego nie znaja placzac w kajdanach Zakonu.<br />
To slyszalem na bloniach; lecz na wybrzezach Polagi,<br />
Gdzie grzmiacymi piersiami biale roztraca sie morze<br />
I z pienistej gardzieli piasku strumienie wylewa:<br />
&#8220;Widzisz &#8211; mawial mi starzec &#8211; laki nadbrzeznej kobierce,<br />
Juz je piasek oblecial; widzisz te ziola pachnace,<br />
Czolem sila sie jeszcze przebic smiertelne pokrycie,<br />
1010 Ach! daremnie, bo nowa zwiru nasuwa sie hydra,<br />
Biale pletwy roztacza, lady zyjace podbija<br />
I rozciaga dokola dzikiej królestwo pustyni.<br />
Synu, plony wiosenne, zywo do grobu wtracone,<br />
To sa ludy podbite, bracia to nasi Litwini;<br />
Synu, piaski z zamorza burza pedzone &#8211; to Zakon&#8221;.<br />
Serce bolalo sluchajac; chcialem mordowac Krzyzaków<br />
Albo do Litwy uciekac; starzec hamowal zapedy.<br />
&#8220;Wolnym rycerzom &#8211; powiadal &#8211; wolno wybierac oreze<br />
I na polu otwartym bic sie równymi silami;<br />
1020 Tys niewolnik, jedyna bron niewolników &#8211; podstepy.<br />
Zostan jeszcze i przejmij sztuki wojenne od Niemców,<br />
Staraj sie zyskac ich ufnosc, dalej obaczym, co poczac&#8221;.<br />
Bylem posluszny starcowi, szedlem z wojskami Teutonów;<br />
Ale w pierwszej potyczce ledwiem obaczyl choragwie,<br />
Ledwiem narodu mojego piesni wojenne uslyszal,<br />
Poskoczylem ku naszym, starca za soba przywodze,<br />
Jako sokól wydarty z gniazda i w klatce zywiony,<br />
Choc srogimi mekami lowcy odbiora mu rozum<br />
I puszczaja, azeby braci sokolów wojowal,<br />
1030 Skoro wzniesie sie w chmury, skoro pociagnie oczyma<br />
Po niezmiernych obszarach swojej blekitnej ojczyzny,<br />
Wolnym odetchnie powietrzem, szelest swych skrzydel<br />
uslyszy:<br />
Pójdz, mysliwcze, do domu, z klatka nie czekaj sokola&#8221;.</strong></p>
<p><strong>Skonczyl mlodzieniec; a Kiejstut sluchal ciekawie, sluchala<br />
Córa Kiejstuta, Aldona, mloda i piekna jak bóstwo.<br />
Jesien plynie, z jesienia ciagna sie dlugie wieczory;<br />
Kiejstutówna, jak zwykle, w sióstr i rówiennic orszaku<br />
Za krosnami usiada albo sie bawi przedziwem;<br />
1040 A gdy igly migoca, tocza sie chybkie wrzeciona,<br />
Walter stoi i prawi cuda o krajach niemieckich<br />
I o swojej mlodosci. Wszystko, co Walter powiadal,<br />
Lowi uchem dziewica, mysla lakoma polyka;<br />
Wszystko umie na pamiec, nieraz i we snie powtarza.<br />
Walter mówil, jak wielkie zamki i miasta za Niemnem,<br />
Jakie bogate ubiory, jakie wspaniale zabawy,<br />
Jak na gonitwach waleczni kopije krusza rycerze,<br />
A dziewice z kruzganków patrza i wience przyznaja.<br />
Walter mówil o wielkim Bogu, co wlada za Niemnem,<br />
1050 I o niepokalanej Syna Bozego Rodzicy,<br />
Której postac anielska w cudnym pokazal obrazku.<br />
Ten obrazek mlodzieniec nosil poboznie na piersiach:<br />
Dzis Litwince darowal, gdy ja do wiary nawracal,<br />
Gdy pacierze z nia mówil; chcial wszystkiego nauczyc,<br />
Co sam umial; niestety, on ja i tego nauczyl,<br />
Czego dotad nie umial: on nauczyl ja kochac.<br />
I sam uczyl sie wiele; z jakim rozkosznym wzruszeniem<br />
Slyszal z ust jej litewskie juz zapomniane wyrazy.<br />
Z kazdym wskrzeszonym wyrazem budzi sie nowe uczucie<br />
1060 Jako iskra z popiolu; byly to slodkie imiona<br />
Pokrewienstwa, przyjazni, slodkiej przyjazni, i jeszcze<br />
Slodszy wyraz nad wszystko, wyraz milosci, któremu<br />
Nie masz równego na ziemi, oprócz wyrazu &#8211; ojczyzna.</strong></p>
<p><strong>&#8220;Skadze &#8211; pomyslal Kiejstut &#8211; nagla w mej córce<br />
odmiana ?<br />
Gdzie jej dawna wesolosc, gdzie jej dziecinne rozrywki? -<br />
W swieto wszystkie dziewice ida zabawiac sie tancem,<br />
Ona siedzi samotna, albo z Walterem rozmawia.<br />
W dzien powszedni dziewice trudnia sie igla lub krosna,<br />
1070 Jej z rak igla wypada, nici plataja sie w krosnach,<br />
Sama nie widzi, co robi, wszyscy mi to powiadaja.<br />
Wczora postrzeglem, ze rózy kwiatek wyszyla zielono,<br />
A listeczki czerwonym umalowala jedwabiem.<br />
Jakze moglaby widziec, kiedy jej oczy i mysli<br />
Tylko oczu Waltera, rozmów Waltera szukaja.<br />
Ile razy zapytam, gdzie ona poszla? &#8211; w doline;<br />
Skad powraca? &#8211; z doliny; cóz w tej dolinie? &#8211; mlodzieniec<br />
Ogród dla niej zasadzil. Jestze ten ogród piekniejszy<br />
Nizli me sady zamkowe? &#8211; (Pyszne Kiejstut mial sady,<br />
1080 Pelne jablek i gruszek, dziewic kowienskich poneta).<br />
Nie ogródek to wabi; zima widzialem jej okna,<br />
Cala szyba tych okien, co obrócone do Niemna,<br />
Czysta jakby sród maja, lód nie zaciemnil krysztalu;<br />
Walter chodzi tamtedy, pewnie siedziala u okna<br />
I goracym westchnieniem lody na szybach stopila.<br />
Ja myslalem, ze on ja czytac i pisac nauczy,<br />
Slyszac, ze wszyscy ksiazeta dzieci swe uczyc zaczeli;<br />
Chlopiec dobry, waleczny, jak ksiadz w pismach cwiczony,<br />
Mamze go z domu wypedzic? on tak potrzebny dla Litwy:<br />
1090 Hufce najlepiej szykuje, sypie najlepiej okopy,<br />
Bron piorunowa urzadza, jeden mi staje za wojsko.<br />
Pójdz, Walterze, badz zieciem moim i bij sie za Litwe!&#8221;</strong></p>
<p><strong>Walter pojal Aldone. &#8211; Niemcy, wy pewnie myslicie,<br />
Ze tu koniec powiesci; w waszych milosnych romansach<br />
Gdy sie rycerze pozenia, konczy trubadur piosenke,<br />
Tylko dodaje, ze zyli dlugo i byli szczesliwi.<br />
Walter kochal swa zone, lecz mial dusze slachetna;<br />
Szczescia w domu nie znalazl, bo go nie bylo w ojczyznie.</strong></p>
<p><strong>Ledwie sniegi ponikly, pierwszy zanucil skowronek,<br />
1100 Innym krajom skowronek milosc i rozkosz obwieszcza,<br />
Biednej Litwie co roku wrózy pozary i rzezie;<br />
Ciagna szeregi krzyzowe niezliczonymi tlumami,<br />
Juz od gór zaniemenskich echo do Kowna zanosi<br />
Wojska mnogiego halasy, chrzest zbrój, rzenia rumaków.<br />
Jak mgla spuszcza sie obóz, blonia szeroko zalega,<br />
Tu i ówdzie migoca strazy naczelnych proporce<br />
Jak lyskania przed burza. Niemcy staneli na brzegu,<br />
Mosty po Niemnie rzucili, Kowno dokola oblegli.<br />
Dzien w dzien od taranów wala sie mury i baszty,<br />
1110 Noc w noc miny burzace kopia sie w ziemi jak krety,<br />
Pod niebiosami ognistym unosi sie bomba polotem<br />
I jak sokol na ptaki z góry na dachy uderza.<br />
Kowno w gruzy runelo &#8211; Litwa do Kiejdan uchodzi;<br />
W gruzach runely Kiejdany &#8211; Litwa po górach i lasach<br />
Broni sie; Niemcy dalej ciagna pladrujac i palac.</strong></p>
<p><strong>Kiejstut z Walterem pierwsi w bitwach, ostatni w odwrocie.<br />
Kiejstut zawsze spokojny; od dziecinstwa przywyknal<br />
Bic sie z nieprzyjacielem, wpadac, zwyciezac, uciekac.<br />
Wiedzial, ze jego przodkowie zawsze z Niemcami walczyli,<br />
1120 Idac w slady swych przodków bil sie i nie dbal o przyszlosc.<br />
Inne byly Waltera mysli; schowany sród Niemców,<br />
Znal potege Zakonu; wiedzial, ze mistrza wezwanie<br />
Z calej Europy wyciaga skarby, oreze i wojska.<br />
Prusy bronily sie niegdys, starly Prusaków Teutony,<br />
Litwa pierwej czy pózniej równej ulegnie kolei;<br />
Widzial niedole Prusaków, drzal nad przyszloscia Litwinów.<br />
&#8220;Synu &#8211; Kiejstut zawola &#8211; zgubnym ty jestes prorokiem;<br />
Z oczu mi zdarles zaslone, aby otchlanie pokazac.<br />
Kiedy ciebie sluchalem, zda sie, ze rece oslably,<br />
1130 I z nadzieja zwyciestwa z piersi uciekla odwaga.<br />
Cóz poczniemy z Niemcami?&#8221; &#8211; &#8220;Ojcze &#8211; Walter powiadal -<br />
Wiem ja sposób jedyny, straszny, skuteczny, niestety!<br />
Moze kiedys objawie&#8221;. &#8211; Tak rozmawiali po bitwie,<br />
Nim ich traba ku nowym bitwom i kleskom wezwala.</strong></p>
<p><strong>Kiejstut coraz smutniejszy, Walter jak mocno zmienionv!<br />
Dawniej, chociaz nie bywal nigdy zbytecznie wesoly,<br />
W chwilach nawet szczesliwych lekki mrok zamyslenia<br />
Lice jego przyslanial, ale w objeciach Aldony,<br />
Dawniej miewal pogodne czolo i lice spokojne,<br />
1140 Zawsze ja wital usmiechem, czulym pozegnal wejrzeniem.<br />
Teraz, zda sie, ze jakas skryta dreczyla go bolesc!<br />
Caly ranek przed domem, z zalozonymi rekami,<br />
Patrzy na dymy plonacych z dala miasteczek i wiosek,<br />
Patrzy dzikimi oczyma; w nocy porywa sie ze snu<br />
I przez okno krwawa lune pozarów uwaza.</strong></p>
<p><strong>&#8220;Mezu drogi, co tobie?&#8221; &#8211; pyta ze lzami Aldona.-<br />
&#8220;Co mnie? bedez spokojnie drzemal, az Niemcy napadna<br />
I sennego zwiazawszy, w rece katowskie oddadza?&#8221; -<br />
&#8220;Boze uchowaj, mezu! straze pilnuja okopów&#8221;. -<br />
1150 &#8220;Prawda, straze pilnuja, czuwam i szable mam w reku,<br />
Ale kiedy wygina straze, wyszczerbi sie szabla&#8230;<br />
Sluchaj, jesli starosci, nedznej starosci dozyje&#8230;&#8221; -<br />
&#8220;Bóg nam zdarzy pocieche z dziatek&#8221;. &#8211; &#8220;Wtem Niemcy<br />
napadna,<br />
Zone zabija, dzieci wydra, uwioza daleko<br />
I naucza wypuszczac strzale na ojca wlasnego.<br />
Ja sam moze bym ojca, moze bym braci mordowal,<br />
Gdyby nie wajdelota&#8221;. &#8211; &#8220;Drogi Walterze, ujedzmy<br />
Dalej w Litwe, skryjmy sie w lasy i góry od Niemców&#8221;. -<br />
1160 &#8220;My odjedziem, a inne matki i dzieci zostawim? -<br />
Tak uciekali Prusacy, Niemiec ich w Litwie dogonil.<br />
Jesli nas w górach wysledzi?&#8221; &#8211; &#8220;Znowu dalej ujedziem&#8221;. -<br />
&#8220;Dalej? dalej, nieszczesna? dalej ujedziem, za Litwe?<br />
W rece Tatarów lub Rusi?&#8221; &#8211; Na ta odpowiedz Aldona<br />
Pomieszana milczala; jej zdawalo sie dotad,<br />
Ze ojczyzna jak swiat jest dluga, szeroka bez konca;<br />
Pierwszy raz slyszy, ze w Litwie calej nie bylo schronienia.<br />
Zalamawszy rece pyta Waltera, co poczac? -<br />
&#8220;Jeden sposób, Aldono, jeden pozostal Litwinom<br />
1170 Skruszyc potege Zakonu; mnie ten sposób wiadomy.<br />
Lecz nie pytaj, dla Boga! stokroc przekleta godzina,<br />
W której od wrogów zmuszony chwyce sie tego sposobu&#8221;. -<br />
Wiecej nie chcial powiadac, prósb Aldony nie sluchal,<br />
Litwy tylko nieszczescia slyszal i widzial przed soba,<br />
Az na koniec plomien zemsty, w milczeniu karmiony<br />
Klesk i cierpien widokiem, wzdal sie i serce ogarnal;<br />
Wszystkie wytrawil uczucia, nawet jedyne uczucie<br />
Dotad mu zywot slodzace, nawet uczucie milosci.<br />
Tak u bialowieskiego debu jezeli mysliwi,<br />
1180 Ogien tajemny wznieciwszy, rdzen gleboko wypala,<br />
Wkrótce lasów monarcha straci swe liscie powiewne,<br />
Z wiatrem poleca galezie, nawet jedyna zielonosc<br />
Dotad mu czolo zdobiaca, uschnie korona jemioly.</strong></p>
<p><strong>Dlugo Litwini po zamkach, górach i lasach bladzili,<br />
Napadajac na Niemców lub napadani wzajemnie.<br />
Az stoczyla sie straszna bitwa na bloniach Rudawy,<br />
Gdzie kilkadziesiat tysiecy mlodzi litewskiej poleglo,<br />
Obok tyluz tysiecy wodzów i braci krzyzowych.<br />
Niemcom wkrótce posilki swieze ciagnely zza morza;<br />
1190 Kiejstut i Walter z garstka mezów przebili sie w góry,<br />
Z wyszczerbionymi szablami, z porabanymi tarczami,<br />
Kurzem, posoka okryci, weszli posepni. do domu.<br />
Walter nie spójrzal na zone, slowa do niej nic wyrzekl,<br />
Po niemiecku z Kiejstutem i wajdelota rozmawial.<br />
Nie rozumiala Aldona, serce tylko wrózylo<br />
Jakies okropne wypadki; gdy zakonczyli obrade,<br />
Wszyscy trzej ku Aldonie smutne zwrócili wejrzenie.<br />
Walter patrzal najdluzej z niemej wyrazem rozpaczy;<br />
Wtem gestymi kroplami lzy mu rzucily sie z oczu.<br />
1200 Upadl do nóg Aldony, rece jej cisnal do serca<br />
I przepraszal za wszystko, co ucierpiala dla niego.<br />
&#8220;Biada &#8211; mówil &#8211; niewiastom, jesli kochaja szalenców,<br />
Których oko wybiegac lubi za wioski granice,<br />
Których mysli jak dymy wiecznie nad dach ulatuja;<br />
Których sercu nie moze szczescie domowe wystarczyc.<br />
Wielkie serca, Aldono, sa jak ule zbyt wielkie,<br />
Miód ich zapelnic nie moze, staja sie gniazdem jaszczurek.<br />
Daruj, luba Aldono! dzisiaj chce w domu pozostac,<br />
Dzisiaj o wszystkim zapomne, dzisiaj bedziemy dla siebie,<br />
1210 Czym bywalismy dawniej; jutro&#8230;&#8221; &#8211; i nie smial dokonczyc.<br />
Jaka radosc Aldonie! zrazu mysli nieboga,<br />
Ze sie Walter odmieni, bedzie spokojny, wesoly,<br />
Widzi go mniej zamyslonym, w oczach wiecej zywosci,<br />
W licach dostrzega rumieniec. Walter u nóg Aldony<br />
Caly wieczór przepedzil; Litwe, Krzyzaków i wojne<br />
Rzucil na chwile w niepamiec, mówil o czasach szczesliwych<br />
Swego do Litwy przybycia, pierwszej z Aldona rozmowy,<br />
Pierwszej w doline przechadzki, i o wszystkich dziecinnych,<br />
Ale sercu pamietnych, pierwszej milosci zdarzeniach.<br />
1220 Za cóz tak lube rozmowy slowem &#8220;jutro&#8221; przerywa? -<br />
I zamysla sie znowu, dlugo na zone poglada,<br />
Lzy mu kreca sie w oczach, chcialby cos wyrzec i nie smie.<br />
Czyliz dawne uczucia, szczescia dawnego pamiatki<br />
Na to tylko wywolal, aby sie z nimi pozegnac?<br />
Wszystkie rozmowy, wszystkie tego wieczora pieszczoty<br />
Czyliz beda ostatnim blaskiem swiecznika milosci?&#8230;<br />
Darmo sie pytac, Aldona patrzy, czeka niepewna<br />
I wyszedlszy z komnaty jeszcze przez szpary poglada.<br />
Walter wino nalewal, mnogie wychylal puchary<br />
1230 wajdelote starego na noc u siebie zatrzymal.</strong></p>
<p><strong>Slonce ledwo wschodzilo, tetnia po bruku kopyta,<br />
Dwaj rycerze z tumanem rannym spiesza sie w góry.<br />
Wszystkie by straze zmylili, jednej nie mogli omylic.<br />
Czujne sa oczy kochanki, zgadla ucieczke Aldona!<br />
Droge w dolinie zabiegla; smutne to bylo spotkanie.<br />
&#8220;Wróc sie, o luba, do domu; wróc sie, ty bedziesz szczesliwa,<br />
Moze bedziesz szczesliwa, w lubej rodziny objeciach;<br />
Jestes mloda i piekna, znajdziesz pocieche, zapomnisz!<br />
Wielu ksiazat dawniej o twa staralo sie reke;<br />
1240 Jestes wolna, jestes wdowa po wielkim czlowieku,<br />
Który dla dobra ojczyzny wyrzekl sie &#8211; nawet i ciebie!<br />
Bywaj zdrowa, zapomnij; zaplacz niekiedy nade mna:<br />
Walter wszystko utracil, Walter sam jeden pozostal<br />
Jako wiatr na pustyni; blakac sie musi po swiecie,<br />
Zdradzac, mordowac i potem ginac smiercia haniebna.<br />
Ale po latach ubieglych imie Alfa na nowo<br />
Zabrzmi w Litwie i kiedys z ust wajdelotów poslyszysz<br />
Czyny jego; natenczas, luba, natenczas pomyslisz,<br />
Ze ów rycerz straszliwy, chmura tajemnic okryty,<br />
1250 Jednej tobie znajomy, twoim byl kiedys malzonkiem,<br />
I niech dumy uczucie bedzie pociecha sieroctwa&#8221;.<br />
Slucha w milczeniu Aldona, chociaz nie slyszy ni slowa.<br />
&#8220;Jedziesz, jedziesz !&#8221; &#8211; krzyknela i zatrwozyla sie sama<br />
Slowem &#8220;jedziesz&#8221;, to jedno slowo brzmialo w jej uchu;<br />
Nic nie myslila, o niczym pomniec nie mogla: jej mysli,<br />
Jej pamiatki, jej przyszlosc, wszystko splatalo sie tlumnie.<br />
Ale sercem odgadla, ze niepodobna powracac,<br />
Ze niepodobna zapomniec; oczy zblakane toczyla,<br />
Kilka razy Waltera dzikie spotkala wejrzenie;<br />
1260 W tym wejrzeniu juz dawnej nie znajdowala pociechy<br />
I zdawala sie szukac czegos nowego, i wkolo<br />
Ogladala sie znowu, wkolo pustynie i lasy;<br />
W srodku lasu samotna blyszczy za Niemnem wiezyca,<br />
Byl to klasztor zakonnic, chrzescijan smutna budowa.<br />
Na tej wiezycy spoczely oczy i mysli Aldony,<br />
Jak golabek, porwany wiatrem sród morskiej topieli,<br />
Pada na maszty samotne nieznajomego okretu.<br />
Walter zrozumial Aldone, udal sie za nia w milczeniu,<br />
Opowiedzial swój zamiar, taic przed swiatem nakazal<br />
1270 I u bramy &#8211; niestety! straszne to bylo rozstanie&#8230;<br />
Alf z wajdelota pojechal, dotad nic o nich nie slychac.<br />
Biada, biada, jezeli dotad nie spelnil przysiegi;<br />
Jesli zrzeklszy sie szczescia, szczescie Aldony zatruwszy&#8230;<br />
Jesli tyle poswiecil i dla niczego poswiecil&#8230;<br />
Przyszlosc reszte pokaze. Niemcy, skonczylem piosenke.</strong></p>
<p><strong>* * *</strong></p>
<p><strong>&#8220;Koniec juz, koniec&#8221; &#8211; wielki szmer na sali -<br />
&#8220;I cóz ów Walter? jakie jego czyny?<br />
Gdzie? nad kim zemsta&#8221; &#8211; sluchacze wolali;<br />
1280 Mistrz tylko jeden sród szurmnej druzyny<br />
Siedzial milczacy z pochylona glowa,<br />
Mocno wzruszony, porywa co chwila<br />
Puchary z winem i do dna wychyla.<br />
W jego postaci zmiane widac nowa,<br />
Rózne uczucia w naglych blyskawicach<br />
Po rozpalonych krzyzuja sie licach.<br />
Coraz to grozniej czolo mu sie chmurzy,<br />
Usta drza sine, oblakane oczy<br />
Lataja niby jaskólki sród burzy,<br />
1290 Wreszcie plaszcz zrzuca i na srodek skoczy:<br />
Gdzie koniec piesni? &#8211; wraz mi koniec spiewaj.<u><span style="color: blue"> </span></u>Albo daj lutnie; czego drzacy stoisz? -<br />
Podaj mi lutnie, puchary nalewaj,<br />
Zaspiewam koniec, jesli ty sie boisz.</strong></p>
<p><strong>&#8220;Znam ja was, kazda piosnka wajdeloty<br />
Nieszczescie wrózy jak nocnych psów wycie;<br />
Mordy, pozogi wy spiewac lubicie,<br />
Nam zostawiacie chwale i zgryzoty.<br />
Jeszcze w kolebce wasza piesn zdradziecka<br />
1300 Na ksztalt gadziny obwija piers dziecka<br />
I wlewa w dusze najsrozsze trucizny,<br />
Glupia chec slawy i milosc ojczyzny.</strong></p>
<p><strong>&#8220;Ona to idzie za mlodziencem w slady,<br />
Jak zabitego cien nieprzyjaciela<br />
Zjawia sie nieraz w posrodku biesiady,<br />
Aby krew mieszac w puchary wesela.<br />
Sluchalem piesni, zanadto, niestety!&#8230;<br />
Stalo sie, stalo; znam cie, zdrajco stary;<br />
Wygrales! wojna, tryumf dla poety!<br />
1310 Dajcie mi wina, spelnia sie zamiary.</strong></p>
<p><strong>&#8220;Wiem koniec piesni, nie&#8230; zaspiewam inna;<br />
Kiedy walczylem na górach Kastyli,<br />
Tam mnie Maurowie ballady uczyli.<br />
Starcze, graj nute, te nute dziecinna,<br />
Która w dolinie&#8230; o! byl to czas blogi -<br />
Na te muzyke zwyklem zawsze nucic.<br />
Wracajze, starcze, bo przez wszystkie bogi<br />
Niemieckie, pruskie&#8230;&#8221; &#8211; Starzec musial wrócic,<br />
Uderzyl lutnie i glosem niepewnym<br />
1320 Szedl za dzikimi tonami Konrada,<br />
Jako niewolnik za swym panem gniewnym.</strong></p>
<p><strong>Tymczasem swiatla gasnely na stole,<br />
Rycerzy dluga uspila biesiada;<br />
Lecz Konrad spiewa, budza sie na nowo,<br />
Staja i w szczuplym scisnawszy sie kole,<br />
Pilnie zwazaja kazde piesni slowo.</strong></p>
<p><strong>BALLADA</strong></p>
<p><strong>ALPUHARA</strong></p>
<p><strong>Juz w gruzach leza Maurów posady,<br />
1330 Naród ich dzwiga zelaza,<br />
Bronia sie jeszcze twierdze Grenady,<br />
Ale w Grenadzie zaraza.</strong></p>
<p><strong>Broni sie jeszcze z wiez Alpuhary<br />
Almanzor z garstka rycerzy,<br />
Hiszpan pod miastem zatknal sztandary,<br />
Jutro do szturmu uderzy.</strong></p>
<p><strong>O wschodzie slonca ryknely spize,<br />
Ruta sie okopy, mur wali,<br />
Juz z minaretów blysnely krzyze,<br />
1340 Hiszpanie zamku dostali.</strong></p>
<p><strong>Jeden Almanzor, widzac swe roty<br />
Zbite w upornej obronie,<br />
Przerznal sie miedzy szable i groty,<br />
Uciekl i zmylil pogonie.</strong></p>
<p><strong>Hiszpan na swiezej zamku ruinie,<br />
Pomiedzy gruzy i trupy,<br />
Zastawia uczte, kapie sie w winie,<br />
Rozdziela brance i lupy.</strong></p>
<p><strong>Wtem straz oddzwierna wodzom donosi,<br />
1350 Ze rycerz z obcej krainy<br />
O posluchanie co rychlej prosi,<br />
Wazne przywozac nowiny.</strong></p>
<p><strong>Byl to Almanzor, król muzulmanów,<br />
Rzucil bezpieczne ukrycie,<br />
Sam sie oddaje w rece Hiszpanów<br />
I tylko blaga o zycie.</strong></p>
<p><strong>&#8220;Hiszpanie &#8211; wola &#8211; na waszym progu<br />
Przychodze czolem uderzyc,<br />
Przychodze sluzyc waszemu Bogu,<br />
1360 Waszym prorokom uwierzyc.</strong></p>
<p><strong>&#8220;Niechaj rozglosi slawa przed swiatem,<br />
Ze Arab, ze król zwalczony,<br />
Swoich zwyciezców chce zostac bratem,<br />
Wasalem obcej korony&#8221;.</strong></p>
<p><strong>Hiszpanie mestwo cenic umieja;<br />
Gdy Almanzora poznali,<br />
Wódz go uscisnal, inni koleja<br />
Jak towarzysza witali.</strong></p>
<p><strong>Almanzor wszystkich wzajemnie wital,<br />
1370 Wodza najczulej uscisnal,<br />
Objal za szyje, za rece chwytal,<br />
Na ustach jego zawisnal.</strong></p>
<p><strong>A wtem oslabnal, padl na kolana,<br />
Ale rekami drzacemi<br />
Wiazac swój zawój do nóg Hiszpana,<br />
Ciagnal sie za nim po ziemi.</strong></p>
<p><strong>Spójrzal dokola, wszystkich zadziwil,<br />
Zbladle, zsiniale mial lice,<br />
Smiechem okropnym usta wykrzywil,<br />
1380 Krwia mu nabiegly zrenice.</strong></p>
<p><strong>&#8220;Patrzcie, o giaury! jam siny, blady,<br />
Zgadnijcie, czyim ja poslem? -<br />
Jam was oszukal, wracam z Grenady,<br />
Ja wam zaraze przynioslem.</strong></p>
<p><strong>&#8220;Pocalowaniem wszczepilem w dusze<br />
Jad, co was bedzie pozerac,<br />
Pójdzcie i patrzcie na me katusze:<br />
Wy tak musicie umierac!&#8221;</strong></p>
<p><strong>Rzuca sie, krzyczy, sciaga ramiona,<br />
1390 Chcialby uscisnieniem wiecznym<br />
Wszystkich Hiszpanów przykuc do lona;<br />
Smieje sie &#8211; smiechem serdecznym.</strong></p>
<p><strong>Smial sie &#8211; juz skonal &#8211; jeszcze powieki,<br />
Jeszcze sie usta nie zwarly,<br />
I smiech piekielny zostal na wieki<br />
Do zimnych liców przymarly.</strong></p>
<p><strong>Hiszpanie trwozni z miasta uciekli,<br />
Dzuma za nimi w slad biegla;<br />
Z gór Alpuhary nim sie wywlekli,<br />
1400 Reszta ich wojska polegla.</strong></p>
<p><strong>* * *</strong></p>
<p><strong>&#8220;Tak to przed laty mscili sie Maurowie,<br />
Wy chcecie wiedziec o zemscie Litwina.?<br />
Cóz? jesli kiedy uisci sie w slowie<br />
I przyjdzie mieszac zaraze do wina?&#8230;<br />
Ale nie &#8211; o nie! &#8211; dzis inne zwyczaje;<br />
Ksiaze Witoldzie, dzis litewskie pany<br />
Przychodza wlasne oddawac nam kraje<br />
I zemsty szukac na swój lud znekany!</strong></p>
<p><strong>1410 &#8220;Przeciez nie wszyscy &#8211; o! nie, na Peruna!<br />
Jeszcze sa w Litwie &#8211; jeszcze wam zaspiewam&#8230;<br />
Precz mi z ta lutnia &#8211; zerwala sie struna,<br />
Nie bedzie piesni &#8211; ale sie spodziewam,<br />
Ze kiedys beda&#8230; dzis &#8211; zbytnie puchary&#8230;<br />
Zanadto pilem &#8211; cieszcie sie &#8211; i bawcie.<br />
A ty Almanzor, &#8211; precz mi z oczu, stary -<br />
Precz mi z Albanem &#8211; samego zostawcie!&#8221;</strong></p>
<p><strong>Rzekl i niepewna powracajac droga<br />
Znalazl swe miejsce, na krzeslo sie rzucil,<br />
1420 Jeszcze cós grozil; uderzywszy noga<br />
Stól z pucharami i winem wywrócil.<br />
Na koniec oslabl, glowa sie schylila<br />
Na porecz krzesla; wzrok po chwili gasnal<br />
I drzace usta piana mu okryla,<br />
I zasnal.</strong></p>
<p><strong>Rycerze chwile w zadumieniu stali,<br />
Wiedza o smutnym nalogu Konrada,<br />
Ze gdy sie winem zbytecznie zapali,<br />
W dzikie zapaly, w bezprzytomnosc wpada.<br />
1430 Ale na uczcie! publiczna sromota!<br />
Przy obcych ludziach, w bezprzykladnym gniewie!<br />
Kto go podniecil? Gdzie ów wajdelota? -<br />
Wymknal sie z cizby i nikt o nim nie wie.</strong></p>
<p><strong>Byly powiesci, ze Halban przebrany<br />
Litewska piosnke Konradowi spiewal,<br />
Ze tym sposobem znowu chrzescijany<br />
Przeciw poganstwu do wojny zagrzewal.<br />
Ale skad w Mistrzu tak nagle odmiany?<br />
Za co sie Witold tak srodze rozgniewal?<br />
1440 Co znaczy Mistrza dziwaczna ballada? -<br />
Kazdy w domyslach nadaremnie bada.</strong></p>
<p><strong>V</strong></p>
<p><strong>WOJNA</strong></p>
<p><strong>Wojna &#8211; juz Konrad hamowac nie zdola<br />
Zapedów ludu i nalegan rady;<br />
Dawno juz caly kraj o pomste wola<br />
Za Litwy napasc i Witolda zdrady.</strong></p>
<p><strong>Witold, co wsparcia u Zakonu zebral<br />
Dla odzyskania wilenskiej stolicy,<br />
1450 Teraz po uczcie, gdy wiesci odebral,<br />
Ze wkrótce rusza w pole Krzyzownicy,<br />
Zmienil zamiary, nowa przyjazn zdradzil<br />
I swych rycerzy tajnie uprowadzil.</strong></p>
<p><strong>W zamki Teutonów, lezace po drodze,<br />
Wszedl z wymyslonym od Mistrza rozkazem,<br />
A potem, orez wydarlszy zalodze,<br />
Wszystko wyniszczyl ogniem i zelazem.<br />
Zakon i wstydem, i gniewem zagrzany,<br />
Krzyzowa wojne podniosl na pogany.<br />
1460 Wychodzi bulla; morzem, ladem plyna<br />
Nieprzeliczone wojowników roje,<br />
Mozni. ksiazeta, z wasalów druzyna,<br />
Czerwonym krzyzem ozdabiaja zbroje;<br />
A kazdy na to swe zycie poslubil,<br />
Aby poganstwo ochrzcil &#8211; lub wygubil.</strong></p>
<p><strong>Poszli ku Litwie; i cóz tam sprawili? -<br />
Jeslis ciekawy, wynidz na okopy,<br />
Spójrzyj ku Litwie, gdy sie dzien nachyli;<br />
Zobaczysz lune, co niebieskie stropy<br />
1470 Krwawym plomieni ruczajem obleje -<br />
Oto sa wojen napasniczych dzieje;<br />
Lacno je skresIic: rzez, grabiez, pozoga<br />
I blask, co glupie rozwesela zgraje,<br />
A w którym medrzec z bojaznia uznaje<br />
Glos wolajacy o pomsty do Boga.</strong></p>
<p><strong>Wiatry pozoge coraz dalej niosly,<br />
Rycerze dalej w glab Litwy zabiegli,<br />
Slychac, ze Kowno, ze Wilno oblegli;<br />
W koncu ustaly i wiesci, i posly.<br />
1480 Juz w okolicy nie widac plomieni<br />
I niebo coraz dalej sie czerwieni.<br />
Darmo Prusacy z podbitej krainy<br />
Branców i mnogich lupów wygladaja;<br />
Darmo sla czestych gonców po nowiny,<br />
Spiesza sie gonce i &#8211; nie powracaja.<br />
Sroga niepewnosc gdy kazdy tlumaczy,<br />
Rad by doczekac chociazby rozpaczy.</strong></p>
<p><strong>Minela jesien, zimowe zamieci<br />
Hucza po górach, zawalaja drogi,<br />
1490 I znowu z dala na niebiosach swieci -<br />
Pólnocne zorze? czy wojny pozogi? -<br />
Coraz widoczniej razi blask plomieni<br />
I niebo coraz blizej sie czerwieni..</strong></p>
<p><strong>Z Maryjenburga lud patrzy ku drodze,<u><span style="color: blue"> </span></u><br />
Juz widac z dala: &#8211; kopie sie przez sniegi<br />
Kilku podróznych; &#8211; Konrad? nasi wodze?<br />
Jakze ich witac? zwyciezce? czy zbiegi?<br />
Gdzie reszta pulków? &#8211; Konrad wzniosl prawice,<br />
Pokazal dalej cizbe rozproszona;<br />
1500 Ach! sam ich widok zdradzil tajemnice.<br />
Biega bezladnie, w zaspach sniegu tona,<br />
Wala sie, depca, jak podle owady<br />
W ciasnym naczyniu ginace pospolu;<br />
Pna sie po trupach, nim nowe gromady<br />
Dzwignionych znowu potraca do dolu.<br />
Ci jeszcze wleka otretwiale nogi,<br />
Ci w biegu nagle przystygli do drogi;<br />
Lecz rece wznosza i stojace trupy<br />
Wskazuja w miasto jak podrózne slupy.</strong></p>
<p><strong>1510 Lud wybiegl z miasta strwozony, ciekawy,<br />
Lekal sie zgadnac i o nic nie pytal,<br />
Bo cale dzieje nieszczesnej wyprawy<br />
W oczach i twarzach rycerzy wyczytal.<br />
Nad ich oczyma mrozna smierc wisiala,<br />
Harpija glodu ich lica wyssala.<br />
Tu slychac traby litewskiej pogoni,<br />
&#8216;I&#8217;am wicher toczy klab sniegu po bloni,<br />
Opodal wyje chuda psów gromada,<br />
A nad glowami kraza kruków stada.</strong></p>
<p><strong>1520 Wszystko zginelo, Konrad wszystkich zgubil;<br />
On, co z oreza takiej nabyl chwaly,<br />
On, co sie dawniej roztropnoscia chlubil:<br />
W ostatniej wojnie lekliwy, niedbaly,<br />
Witolda chytrych sidel nie dostrzegal,<br />
A oszukany, checia zemsty slepy,<br />
Zagnawszy wojsko na litewskie stepy,<br />
Wilno tak dlugo, tak gnusnie oblegal.</strong></p>
<p><strong>Kiedy strawiono dobytki i piony,<br />
Gdy glód niemieckie nawiedzal obozy,<br />
1530 A nieprzyjaciel wkolo rozproszony<br />
Niszczyl posilki, przecinal dowozy,<br />
Codziennie z nedzy marly Niemców krocie:<br />
Czas bylo szturmem polozyc kres wojny<br />
Albo o rychlym zamyslac odwrocie;<br />
Wtenczas Wallenrod ufny i spokojny<br />
Jezdzil na lowy, albo w swym namiocie<br />
Zamkniety knowal tajemne uklady<br />
I wodzów nie chcial przypuszczac do rady.</strong></p>
<p><strong>I tak w zapale wojennym ostygnal,<br />
1540 Ze ludu swego nie wzruszony lzami,<br />
Miecza na jego obrone nie dzwignal;<br />
Z zalozonymi na piersiach rekami<br />
Caly dzien dumal lub z Halbanem gadal.<br />
Tymczasem zima nawalila sniegi<br />
I Witold swieze zebrawszy szeregi<br />
Oblegal wojsko, na obóz napadal;<br />
O hanbo w dziejach meznego Zakonu!<br />
Wielki Mistrz pierwszy uciekl z pola bitwy.<br />
Zamiast wawrzynów i sutego plonu<br />
1550 Przywiózl wiadomosc o zwyciestwach Litwy.<br />
Czyscie widzieli, gdy z tego pogromu<br />
Wojsko upiorów prowadzil do domu? -<br />
Ponury smutek czolo jego mroczy,<br />
Robak bolesci wywijal sie z lica;<br />
I Konrad cierpial &#8211; ale spójrzyj w oczy:<br />
Ta wielka, na pól otwarta zrenica<br />
Jasne z ukosa miotala pociski,<br />
Niby kometa grozacy wojnami,<br />
Co chwila, zmienna, jak nocne polyski,<br />
1560 Którymi szatan podróznego mami;<br />
Wscieklosc i radosc polaczajac razem,<br />
Blyszczala jakims szatanskim wyrazem.</strong></p>
<p><strong>Drzal lud i szemral, Konrad nie dbal o to;<br />
Zwolal na rade niechetnych rycerzy,<br />
Spójrzal, przemówil, skinal &#8211; o sromoto!<br />
Sluchaja pilnie i kazdy mu wierzy;<br />
W bledach czlowieka widza sady Boga,<br />
Bo kogoz z ludzi nie przekona &#8211; trwoga?</strong></p>
<p><strong>Stój, dumny wladco! jest sad i na ciebie.<br />
1570 W Maryjenburgu wiem ja loch podziemny;<br />
Tam, gdy noc miasto w ciemnosciach zagrzebie,<br />
Schodzi na rade trybunal tajemny.</strong></p>
<p><strong>Tam jedna lampa na podniebiu sali<br />
I w dzien, i w nocy sie pali;<br />
Dwanascie krzesel kolo tronu stoi,<br />
Na tronie ustaw ksiega tajemnicza;<br />
Dwunastu sedziów, kazdy w czarnej zbroi,<br />
Wszystkich maskami zamkniete oblicza,<br />
W lochach od gminnej ukryli sie zgrai,<br />
1580 A larwa jeden przed drugim sie tai.</strong></p>
<p><strong>Wszyscy przysiegli dobrowolnie, zgodnie,<br />
Karac poteznych swoich wladców zbrodnie,<br />
Nazbyt gorszace lub ukryte swiatu.<br />
Skoro ostatnia uchwala zapadnie,<br />
I rodzonemu nie przepuszcza bratu;<br />
Kazdy powinien, gwaltownie lub zdradnie,<br />
Na potepionym dopelnic wyroku:<br />
Sztylety w reku, rapiery u boku.<br />
Jeden z maskowych zblizyl sie do tronu<br />
1590 I stojac z mieczem przed ksiega zakonu,<br />
Rzekl: &#8220;Straszliwi sedziowie!<br />
Juz nasze podejrzenie stwierdzone dowodem:<br />
Czlowiek, co sie Konradem Wallenrodem zowie,<br />
Nie jest Wallenrodem.<br />
Kto on jest? &#8211; nie wiadomo; przed dwunastu laty<br />
Nie wiedziec skad przyjechal w nadrenskie krainy.<br />
Kiedy hrabia Wallenrod szedl do Palestyny,<br />
Byl w orszaku hrabiego, nosil giermka szaty.<br />
Wkrótce rycerz Wallenrod gdzies bez wiesci zginal;<br />
1600 Ów giermek, podejrzany o jego zabicie,<br />
Z Palestyny uszedl skrycie<br />
I ku hiszpanskim brzegom zawinal.<br />
Tam w potyczkach z Maurami dal mestwa dowody<br />
I na turniejach mnogie pozyskal nagrody,<br />
A wszedzie pod imieniem Wallenroda slynal.<br />
Przyjal na koniec zakonnika sluby<br />
I zostal mistrzem dla Zakonu zguby.<br />
Jak rzadzil, wszyscy wiecie; tej ostatniej zimy,<br />
Kiedy z mrozem i glodem, i z Litwa walczymy,<br />
1610 Konrad jezdzil samotny w lasy i dabrowy<br />
I tam miewal z Witoldem tajemne rozmowy.<br />
Szpiegowie moi dawno sledza jego czynów;<br />
Wieczorem pod narozna skryli sie wiezyca,<br />
Nie pojeli, co Konrad mówil z pustelnica;<br />
Lecz, sedziowie! on mówil jezykiem Litwinów.<br />
Zwazywszy, co nam tajnych sadów posly<br />
Niedawno o tym czlowieku doniosly<br />
I o czym swiezo mój szpieg donosi,<br />
I wiesc juz ledwie nie publiczna glosi:<br />
1620 Sedziowie! ja na. Mistrza zaskarzenie klade<br />
O falsz, zabójstwo, herezyja, zdrade&#8221;. -<br />
Tu oskarzyciel przed zakonu ksiega<br />
Uklakl i wsparlszy na krucyfiks reke,<br />
Prawde doniesien zatwierdzil przysiega<br />
Na Boga i na Zbawiciela meke.</strong></p>
<p><strong>Umilkl, Sedziowie sprawe roztrzasaja;<br />
Lecz nie ma glosów ni cichej rozmowy,<br />
Ledwie rzut oka lub skinienie glowy<br />
Jakas gleboka, grozna mysl wydaja.<br />
1630 Kazdy z kolei zblizal sie do tronu,<br />
Ostrzem sztyletu na ksiedze zakonu<br />
Karty przerzucal, prawa cicho czytal,<br />
O zdanie tylko sumienia zapytal,<br />
Osadzil, reke do serca przyklada,<br />
I wszyscy zgodnie zawolali : &#8211; &#8220;Biada!&#8221;<br />
I trzykroc echem powtórzyly mury:<br />
&#8220;Biada!&#8221; &#8211; W tym jednym, jednym tylko slowie<br />
Jest caly wyrok; &#8211; pojeli sedziowie,<br />
Dwanascie mieczów podniesli do góry,<br />
1640 Wszystkie zmierzone &#8211; w jedne piers Konrada.<br />
Wyszli w milczeniu &#8211; a jeszcze raz mury<br />
Echem za nimi powtórzyly : &#8211; &#8220;Biada!&#8221;</strong></p>
<p><strong>[VI]</strong></p>
<p><strong>POZEGNANIE</strong></p>
<p><strong>Zimowy ranek &#8211; wichrzy sie i sniezy;<br />
Wallenrod leci sród wichrów i sniegów,<br />
Zaledwie stanal u jeziora brzegów,<br />
Wola i mieczem bije w sciany wiezy.<br />
&#8220;Aldono &#8211; wola &#8211; zyjemy, Aldono!<br />
1650 Twój mily wraca, wypelnione sluby,<br />
Oni zgineli, wszystko wypelniono&#8221;.</strong></p>
<p><strong>Pustelnica<br />
&#8220;Alf? to glos jego? &#8211; Mój Alfie, mój luby,<br />
Jakze? juz pokój? ty powracasz zdrowo?<br />
Juz nie pojedziesz?&#8221; -</strong></p>
<p><strong>Konrad<br />
&#8220;O! na milosc Boga,<br />
O nic nie pytaj; sluchaj, moja droga,<br />
Sluchaj i pilnie zwazaj kazde slowo.<br />
1660 Oni zgineli &#8211; widzisz te pozary?<br />
Widzisz? &#8211; to Litwa w kraju Niemców broi;<br />
Przez lat sto Zakon ran swych nie wygoi.<br />
Trafilem w serce stuglowej poczwary;<br />
Strawione skarby, zródla ich potegi,<br />
Zgorzaly miasta, morze krwi wycieklo;<br />
Jam to uczynil, dopelnil przysiegi,<br />
Straszniejszej zemsty nie wymysli pieklo.<br />
Ja wiecej nie chce, wszak jestem czlowiekiem!<br />
Spedzilem mlodosc w bezecnej obludzie,<br />
1670 W krwawych rozbojach &#8211; dzis schylony wiekiem,<br />
Zdrady mig nudza, niezdolny do bitwy,<br />
Juz dosyc zemsty &#8211; i Niemcy sa ludzie.<br />
Bóg mig oswiecil, ja powracam z Litwy,<br />
Ja owe miejsca, twój zamek widzialem,<br />
Kowienski zamek &#8211; juz tylko ruiny;<br />
Odwracam oczy, przelatuje czwalem,<br />
Biege do owej, do naszej doliny.<br />
Wszystko jak dawniej! tez laski, te kwiaty;<br />
Wszystko, jak bylo owego wieczora,<br />
1680 Gdysmy doline zegnali przed laty.<br />
Ach! mnie sie zdalo, ze to bylo wczora!<br />
Kamien, pamietasz ów kamien wyniosly,<br />
Co niegdys naszych przechadzek byl celem? -<br />
Stoi dotychczas, tylko mchem zarosly,<br />
Ledwiem go dostrzegl, osloniony zielem.<br />
Wyrwalem zielska, obmylem go lzami;<br />
Siedzenie z darni, gdzie po letnim znoju<br />
Lubilas spoczac miedzy jaworami;<br />
Zródlo, gdziem szukal dla ciebie napoju;<br />
1690 Jam wszystko znalazl, obejrzal, obchodzil.<br />
Nawet twój maly chlodnik zostawiono,<br />
Com go suchymi wierzbami ogrodzil.<br />
Te suche wierzby, jaki cud, Aldono!<br />
Dawniej ma reka wbite w piasek suchy,<br />
Dzis ich nie poznasz, dzisiaj piekne drzewa<br />
I liscie na nich wiosenne powiewa,<br />
I mlodych kwiatków unosza sie puchy.<br />
Ach! na ten widok pociecha nieznana,<br />
Przeczucie szczescia serce ozywilo;<br />
1700 Calujac wierzby padlem na kolana,<br />
Boze mój &#8211; rzeklem &#8211; oby sie spelnilo!<br />
Obysmy, w strony ojczyste wróceni,<br />
Kiedy litewska zamieszkamy role,<br />
Odzyli znowu! niech i nasza dole<br />
Znowu nadziei listek zazieleni!</strong></p>
<p><strong>&#8220;Tak, wrócmy, pozwol! mam w Zakonie wladze,<br />
Kaze otworzyc &#8211; lecz po co rozkazy? -<br />
Gdyby ta brama byla tysiac razy<br />
Twardsza od stali, wybije, wysadze;<br />
1710 Tam cie, o luba! ku naszej dolinie,<br />
Tam poprowadze, poniose na reku<br />
Lub dalej pójdziem; sa w Litwie pustynie,<br />
Sa gluche cienie bialowieskich lasów,<br />
Kedy nie slychac obcej broni szczeku<br />
Ani dumnego zwyciezcy halasów,<br />
Ni zwyciezonych braci naszych jeku.<br />
Tam w srodku cichej, pasterskiej zagrody,<br />
Na twoim reku, u twojego lona<br />
Zapomne, ze sa na swiecie narody,<br />
1720 Ze jest swiat jakis &#8211; bedziem zyc dla siebie.<br />
Wróc, powiedz, pozwól!&#8221; &#8211; Milczala Aldona,<br />
Konrad umilknal, czekal odpowiedzi.<br />
Wtem krwawa jutrznia blysnela na niebie:<br />
&#8220;Aldono, przebóg! ranek nas uprzedzi,<br />
Zbudza sie ludzie i straz nas zatrzyma;<br />
Aldono!&#8221; &#8211; wolal, drzal z niecierpliwosci,<br />
Glosu nie stalo, blagal ja oczyma<br />
I zalamane rece wzniosl do góry,<br />
Padl na kolana i zebrzac litosci,<br />
1730 Objal, calowal zimnej wiezy mury.</strong></p>
<p><strong>&#8220;Nie, juz po czasie &#8211; rzekla smutnym glosem,<br />
Ale spokojnym &#8211; Bóg mi doda sily,<br />
On mig zasloni przed ostatnim ciosem.<br />
Kiedym tu weszla, przysieglam na progu<br />
Nie zstapic z wiezy, chyba do mogily.<br />
Walczylam z soba; dzis i ty, mój mily,<br />
I ty mi dajesz pomoc przeciw Bogu.<br />
Chcesz wrócic na swiat, kogo? &#8211; nedzna mare<br />
Pomysl, ach, pomysl! jezeli szalona<br />
1740 Dam sie namówic, rzuce te pieczare<br />
I z uniesieniem padne w twe ramiona,<br />
A ty nie poznasz, ty mie nie powitasz,<br />
Odwrócisz oczy i z trwoga zapytasz:<br />
&#8220;Ten straszny upior jestze to Aldona?&#8221;<br />
I bedziesz szukal w zagaslej zrenicy<br />
I w twarzy, która&#8230; ach! mysl sama razi&#8230;<br />
Nie, niechaj nigdy nedza pustelnicy<br />
Pieknej Aldonie oblicza nie kazi.</strong></p>
<p><strong>&#8220;Ja sama &#8211; wyznam &#8211; daruj, mój kochany,<br />
1750 Ilekroc ksiezyc zywszym swiatlem blyska,<br />
Gdy slysze glos twój, kryje sie za sciany,<br />
Ja cie, mój drogi, nie chce widziec z bliska.<br />
Ty moze dzisiaj juz nie jestes taki,<br />
Jakim bywales, pamietasz, przed laty,<br />
Gdys wjechal w zamek z naszymi orszaki;<br />
Lecz dotad w moim zachowales lonie<br />
Tez same oczy, twarz, postawe, szaty.<br />
Tak motyl piekny, gdy w bursztyn utonie,<br />
Na wieki cala zachowuje postac.<br />
1760 Alfie, nam lepiej takimi pozostac,<br />
Jakiemi dawniej bylismy, jakiemi<br />
Zlaczym sie znowu &#8211; ale nie na ziemi.</strong></p>
<p><strong>&#8220;Doliny piekne zostawmy szczesliwym;<u><span style="color: blue"> </span></u>Ja lubie moje kamienna zacisze,<br />
Mnie dosyc szczescia, gdy cie widze zywym,<br />
Gdy mily glos twój co wieczora slysze.<br />
I w tej zaciszy mozna, Alfie drogi,<br />
Mozna by wszystkie cierpienia oslodzic;<br />
Porzuc juz zdrady, mordy i pozogi,<br />
1770 Staraj sie czesciej i raniej przychodzic.</strong></p>
<p><strong>&#8220;Gdybys &#8211; posluchaj &#8211; wokolo równiny<br />
Chlodnik podobny owemu zasadzil<br />
I twoje wierzby kochane sprowadzil,<br />
I kwiaty, nawet ów kamien z doliny;<br />
Niech czasem dziatki z pobliskiego siola<br />
Bawia sie miedzy ojczystymi drzewy,<br />
Ojczyste w wianek uplataja ziola;<br />
Niechaj litewskie powtarzaja spiewy.<br />
Piosnka ojczysta pomaga dumaniu<br />
1780 I sny sprowadza o Litwie i tobie;<br />
A potem, potem, po moim skonaniu,<br />
Niech, przyspiewuja i na Alfa grobie&#8221;.</strong></p>
<p><strong>Alf juz nie slyszal, on po dzikim brzegu<br />
Bladzil bez celu, bez mysli, bez checi.<br />
Tam góra lodu, tam puszcza go neci<br />
W dzikich widokach i w naglonym biegu<br />
Znajdowal jakas ulge &#8211; utrudzenie.<br />
Ciezko mu, duszno sród zimowej sloty;<br />
Zerwal plaszcz, pancerz, roztargal odzienie<br />
1790 I z piersi zrzucil wszystko &#8211; prócz zgryzoty.</strong></p>
<p><strong>Juz rankiem trafil na miejskie okopy,<br />
Ujrzal cien jakis, zatrzymal sie, bada&#8230;<br />
Cien krazy dalej i cichymi stopy<br />
Wional po sniegu, w okopach przepada,<br />
Glos tylko slychac: &#8211; &#8220;Biada, biada, biada!&#8221;</strong></p>
<p><strong>Alf na ten odglos zbudzil sie i zdumial,<br />
Pomyslil chwile &#8211; i wszystko zrozumial.<br />
Dobywa miecza i na rózne strony<br />
Zwraca sie, sledzi niespokojnym okiem;<br />
1800 Pusto dokola, tylko przez zagony<br />
Snieg lecial klebem, wiatr pólnocny szumial;<br />
Spójrzy ku brzegom, staje rozrzewniony,<br />
Na koniec wolnym, chwiejacym sie krokiem<br />
Wraca sie znowu pod wieze Aldony.</strong></p>
<p><strong>Dostrzegl ja z dala, jeszcze w oknie byla.<br />
&#8220;Dzien dobry! &#8211; krzyknal &#8211; przez tyle lat z soba<br />
Tylkosmy nocna widzieli sie doba;<br />
Teraz dzien dobry &#8211; jaka wrózba mila!<br />
Pierwszy dzien dobry &#8211; po latach tak wielu.<br />
1810 Zgadnij, dlaczego przychodze tak rano?&#8221;</strong></p>
<p><strong>Aldona<br />
&#8220;Nie chce zgadywac, badz zdrów, przyjacielu,<br />
Juz nazbyt swiatlo, gdyby cie poznano&#8230;<br />
Przestan namawiac &#8211; badz zdrów, do wieczora,<br />
Wynisc nie moge, nie chce&#8221;.</strong></p>
<p><strong>Alf<br />
&#8220;Juz nie pora!<br />
Wiesz, o co prosze? &#8211; zruc jaka galazke -<br />
Nie, kwiatów nie masz, wiec nitke z odziezy<br />
1820 Albo z twojego warkocza zawiazke,<br />
Albo kamyczek ze scian twojej wiezy.<br />
Chce dzisiaj &#8211; jutra nie kazdemu dozyc -<br />
Chce na pamiatke miec jaki dar swiezy,<br />
Który dzis jeszcze byl na twoim lonie,<br />
Na którym jeszcze swieza lezka plonie.<br />
Chce go przed smiercia na mym sercu zlozyc,<br />
Chce go ostatnim pozegnac wyrazem;<br />
Mam zginac wkrótce, nagle; zginmy razem.<br />
Widzisz te bliska, przedmiejska strzelnice,<br />
1830 Tam bede mieszkal; dla znaku, co ranek<br />
Wywiesze czarna chustke na kruzganek,<br />
Co wieczor lampe u kraty zaswiece;<br />
Tam wiecznie patrzaj : jesli chustke zruce,<br />
Jezeli lampa przed wieczorem skona,<br />
Zamknij twe okno &#8211; moze juz nie wróce.</strong></p>
<p><strong>&#8220;Badz zdrowa!&#8221; &#8211; Odszedl i zniknal. Aldona<br />
Jeszcze poglada, zwieszona u kraty;<br />
Ranek przeminal, slonce zachodzilo,<br />
A dlugo jeszcze w oknie widac bylo<br />
1840 Jej biale, z wiatrem igrajace szaty<br />
I wyciagniete ku ziemi ramiona.</strong></p>
<p><strong>* * *<br />
&#8220;Zaszlo na koniec&#8221; &#8211; rzekl Alf do Halbana,<br />
Wskazujac slonce z okna swej strzelnicy,<br />
W której zamkniety od samego rana<br />
Siedzial patrzajac w okno pustelnicy. -<br />
&#8220;Daj mi plaszcz, szable, badz zdrów, wierny slugo,<br />
Pójde ku wiezy &#8211; bywaj zdrów na dlugo,<br />
Moze na wieki! Posluchaj, Halbanie,<br />
1850 Jezeli jutro, gdy dzien zacznie swiecic,<br />
Ja nie powróce, opusc to mieszkanie. -<br />
Chce, chcialbym jeszcze cós tobie polecic -<br />
Jakzem samotny! pod niebem i w niebie<br />
Nie mam nikomu, nigdzie, nic powiedziec<br />
W godzine skonu &#8211; prócz jej i prócz ciebie.<br />
Badz zdrów, Halbanie, ona bedzie wiedziec<br />
Ty zrucisz chustke, jesli jutro rano&#8230;<br />
Lecz cóz to? slyszysz? &#8211; w brame kolatano&#8221;.</strong></p>
<p><strong>&#8220;Kto idzie?&#8221; &#8211; trzykroc odzwierny zawolal.<br />
1860 &#8220;Biada!&#8221; &#8211; krzyknelo kilka dzikich glosów;<br />
Widac, ze straznik oprzec sie nie zdolal<br />
I brama tegich nie wstrzymala ciosów.<br />
Juz orszak dolne kruzganki przebiega,<br />
Juz przez zelazne pokrecone wschody,<br />
Do Wallenroda wiodace gospody,<br />
Loskot stop zbrojnych raz wraz sie rozlega;<br />
Alf, zawaliwszy wrzeciadzem podwoje,<br />
Dobywa szable, wzial czare ze stola,<br />
Podszedl ku oknu: &#8211; &#8220;Stalo sie!&#8221; &#8211; zawola,<br />
1870 Nalal i wypil: &#8211; &#8220;Starcze! w rece twoje!&#8221;</strong></p>
<p><strong>Halban pobladnal, chcial skinieniem reki<br />
Wytracic napój, wstrzymuje sie, mysli;<br />
Slychac za drzwiami coraz blizsze dzwieki,<br />
Opuszcza reke: &#8211; to oni, &#8211; juz przysli.</strong></p>
<p><strong>&#8220;Starcze! rozumiesz, co ten loskot znaczy?<br />
I czegoz myslisz? &#8211; masz nalana czasze,<br />
Moja wypita; starcze! w rece wasze&#8221;.<br />
Halban pogladal w milczeniu rozpaczy.</strong></p>
<p><strong>&#8220;Nie, ja przezyje&#8230; i ciebie, mój synu!-<br />
1880 Chce jeszcze zostac, zamknac twe powieki,<br />
I zyc &#8211; azebym slawe twego czynu<br />
Zachowal swiatu, rozglosil na wieki.<br />
Obiege Litwy wsi, zamki i miasta,<br />
Gdzie nie dobiege, piesn moja doleci,<br />
Bard dla rycerzy w bitwach, a niewiasta<br />
Bedzie ja w domu spiewac dla swych dzieci;<br />
Bedzie ja spiewac, i kiedys w przyszlosci<br />
Z tej piesni wstanie msciciel naszych kosci!&#8221;<br />
Na porecz okna Alf ze lzami pada<br />
1890 I dlugo, dlugo ku wiezy pogladal,<br />
Jak gdyby jeszcze napatrzyc sie zadal<br />
Milym widokom, które wnet postrada.<br />
Objal Halbana, westchnienia zmieszali<br />
W ostatnim, dlugim, dlugim uscisnieniu.<br />
Juz u wrzeciadzów slychac loskot stali,<br />
Wchodza, wolaja Alfa po imieniu:</strong></p>
<p><strong>&#8220;Zdrajco! twa glowa dzisiaj pod miecz padnie,<br />
Zaluj za grzechy, gotuj sie do zgonu,<br />
Oto jest starzec, kapelan Zakonu,<br />
1900 Oczysc twa dusze i umrzyj przykladnie&#8221;.</strong></p>
<p><strong>Z dobytym mieczem Alf czekal spotkania,<u><span style="color: blue"> </span></u>Lecz coraz blednie, pochyla sie, slania;<br />
Wsparl sie na oknie i toczac wzrok hardy,<br />
Zrywa plaszcz, mistrza znak na ziemie miota,<br />
Depce nogami z usmiechem pogardy:<br />
&#8220;Oto sa grzechy mojego zywota!&#8221;</strong></p>
<p><strong>&#8220;Gotow-em umrzec, czegoz chcecie wiecej?<br />
Z urzedu mego chcecie sluchac sprawy? -<br />
Patrzcie na tyle zgubionych tysiecy,<br />
1910 Na miasta w gruzach, w plomieniach dzierzawy.<br />
Slyszycie wicher? &#8211; pedzi chmury sniegów,<br />
Tam marzna waszych ostatki szeregów.<br />
Slyszycie? &#8211; wyja glodnych psów gromady,<br />
One sie gryza o szczatki biesiady.</strong></p>
<p><strong>&#8220;Ja to sprawilem; jakem wielki, dumny,<br />
Tyle glów hydry jednym sciac zamachem!<br />
Jak Samson jednym wstrzasnieniem kolumny<br />
Zburzyc gmach caly, i runac pod gmachem!&#8221;</strong></p>
<p><strong>Rzekl, spójrzal w okno i bez czucia pada,<br />
1920 Ale nim upadl, lampe z okna ciska;<br />
Ta trzykroc, kolem obiegajac, blyska,<br />
Na koniec legla przed czolem Konrada;<br />
W rozlanym plynie tleje rdzen ogniska,<br />
Lecz coraz glebiej topi sie i mroczy,<br />
Wreszcie, jak gdyby dajac skonu haslo,<br />
Ostatni, wielki krag swiatla roztoczy,<br />
I przy tym blasku widac Alfa oczy,<br />
Juz pobielaly &#8211; i swiatlo zagaslo.</strong></p>
<p><strong>I w tejze chwili przebil wiezy sciany<br />
1930 Krzyk nagly, mocny, przeciagly, urwany -<br />
Z czyjej to piersi? &#8211; wy sie domyslicie;<br />
A kto by slyszal, odgadnalby snadnie,<br />
Ze piersi, z których taki jek wypadnie,<br />
Juz nigdy wiecej nie wydadza glosu:<br />
W tym glosie cale ozwalo sie zycie.</strong></p>
<p><strong>Tak struny lutni od tegiego ciosu<br />
Zabrzmia i pekna: zmieszanymi dzwieki<br />
Zdaja sie glosic poczatek piosenki,<br />
Ale jej konca nikt sie nie spodziewa.</strong></p>
<p><strong>1940 Taka piesn moja o Aldony losach;<br />
Niechaj ja aniol harmonii w niebiosach,<br />
A czuly sluchacz w duszy swej dospiewa.</strong></p>
<p><strong>K o n i e c</strong></p>
<p align="center" style="text-align: center"><strong><span style="font-size: 11pt"> </span></strong></p>
<p class="MsoNormal"><strong><span style="font-size: 11pt"> </span></strong></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.bajkiopowiadania.com/2006/01/23/konrad-wallenrod-adam-mickiewicz/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Do matki Polki &#8211; Adam Mickiewicz</title>
		<link>http://www.bajkiopowiadania.com/2006/01/23/do-matki-polki-adam-mickiewicz/</link>
		<comments>http://www.bajkiopowiadania.com/2006/01/23/do-matki-polki-adam-mickiewicz/#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 23 Jan 2006 10:43:41 +0000</pubDate>
		<dc:creator>bajkiopowiadania</dc:creator>
				<category><![CDATA[Lektury i literatura szkolna]]></category>
		<category><![CDATA[Poezja]]></category>
		<category><![CDATA[Wiersze]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.bajkiopowiadania.com/poezja/do-matki-polki-adam-mickiewicz/</guid>
		<description><![CDATA[


Do matki Polki 

O matko Polko! gdy u syna twego
W ?renicach b?yszczy genijuszu ?wietno??,
Je?li mu patrzy z czo?a dziecinnego
Dawnych Polaków duma i szlachetno??;
    Je?li rzuciwszy rówienników grono
Do starca bie?y, co mu dumy pieje,
Je?li s?ucha z g?ow? pochylon?,
Kiedy mu przodków powiadaj? dzieje:
    O matko Polko! ?le si? twój syn bawi!
10 [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div align="center">
<div align="center"></div>
<blockquote>
<p align="center" style="text-align: center"><strong><span style="font-size: 14pt; font-family: Arial; color: #cc00cc">Do matki Polki </span></strong><strong><span style="font-size: 14pt; font-family: Arial; color: #cc00cc" /></strong></p>
<p align="center" style="text-align: center"><strong><u><span style="font-size: 13.5pt; font-family: Arial"><br />
</span></u></strong><strong><span style="font-family: Arial; color: #990099">O matko Polko! gdy u syna twego<br />
W ?renicach b?yszczy genijuszu ?wietno??,<br />
Je?li mu patrzy z czo?a dziecinnego<br />
Dawnych Polaków duma i szlachetno??;</span></strong></p>
<p align="center" style="text-align: center"><strong><span style="font-family: Arial; color: #990099">    Je?li rzuciwszy rówienników grono<br />
Do starca bie?y, co mu dumy pieje,<br />
Je?li s?ucha z g?ow? pochylon?,<br />
Kiedy mu przodków powiadaj? dzieje:</span></strong></p>
<p align="center" style="text-align: center"><strong><span style="font-size: 12pt; font-family: Arial; color: #990099">    O matko Polko! ?le si? twój syn bawi!<br />
10         Kl?knij przed Matki Bolesnej obrazem<br />
I na miecz patrzaj, co Jej serce krwawi:<br />
Takim wróg piersi twe przeszyje razem!</span></strong></p>
<p align="center" style="text-align: center"><strong><span style="font-size: 12pt; font-family: Arial; color: #990099">    Bo cho? w pokoju zakwitnie ?wiat ca?y,<br />
Cho? si? sprzymierz? rz?dy, ludy, zdania,<br />
Syn twój wyzwany do boju bez chwa?y<br />
I do m?cze?stwa&#8230; bez zmartwychpowstania.</span></strong></p>
<p align="center" style="text-align: center"><strong><span style="font-size: 12pt; font-family: Arial; color: #990099">    Ka??e mu wcze?nie w jaskini? samotn?<br />
I?? na dumanie&#8230; zalega? roho?e,<br />
Oddycha? par? zgni?? i wilgotn?<br />
20         I z jadowitym gadem dzieli? ?o?e.</span></strong></p>
<p align="center" style="text-align: center"><strong><span style="font-size: 12pt; font-family: Arial; color: #990099">    Tam si? nauczy pod ziemi? kry? z gniewem<br />
I by? jak otch?a? w my?li niedo?cig?y;<br />
Mow? tru? z cicha, jak zgni?ym wyziewem,<br />
Posta? mie? skromn? jako w?? wystyg?y.</span></strong></p>
<p align="center"><!--[if !supportLineBreakNewLine]--><strong><span style="font-size: 12pt; font-family: Arial; color: #990099">    Nasz Odkupiciel, dzieckiem w Nazarecie,<br />
Piastowa? krzy?yk, na którym ?wiat zbawi?.<br />
O matko Polko! ja bym twoje dzieci?<br />
Przysz?ymi jego zabawkami bawi?.</span></strong></p>
<p align="center"><strong><span style="font-size: 12pt; font-family: Arial; color: #990099">    Wcze?nie mu r?ce okr?caj ?a?cuchem,<br />
30         Do taczkowego ka? zaprz?ga? woza,<br />
By przed katowskim nie zbladn?? obuchem<br />
Ani si? sp?oni? na widok powroza:</span></strong></p>
<p align="center"><strong><span style="font-size: 12pt; font-family: Arial; color: #990099">    Bo on nie pójdzie, jak dawni rycerze,<br />
Utkwi? zwyci?ski krzy? w Jeruzalemie,<br />
Albo jak ?wiata nowego ?o?nierze<br />
Na wolno?? ora?&#8230; krwi? polewa? ziemi?.</span></strong></p>
<p align="center"><strong><span style="font-size: 12pt; font-family: Arial; color: #990099">    Wyzwanie przysz?e mu szpieg nieznajomy,<br />
Walk? z nim stoczy s?d krzywoprzysi??ny,<br />
A placem boju b?dzie dó? kryjomy,<br />
40         A wyrok o nim wyda wróg pot??ny.</span></strong></p>
<p align="center" style="text-align: center"><strong><span style="font-family: Arial; color: #990099">    Zwyci??onemu za pomnik grobowy<br />
Zostan? suche drewna szubienicy,<br />
Za ca?? s?aw? krótki p?acz kobiecy<br />
I d?ugie nocne rodaków rozmowy.</span></strong></p>
<p align="center" style="text-align: center"><strong><span style="font-family: Arial; color: #990099">  </span></strong></p>
<p align="center" style="text-align: center"><strong><span style="font-size: 12pt; font-family: Arial; color: #990099"><br />
<!--[if !supportLineBreakNewLine]--><br />
<!--[endif]--></span></strong></p>
<p class="MsoNormal"><strong><span style="font-family: Arial"> </span></strong></p>
</blockquote>
</div>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.bajkiopowiadania.com/2006/01/23/do-matki-polki-adam-mickiewicz/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Ajudah &#8211; Adam Mickiewicz</title>
		<link>http://www.bajkiopowiadania.com/2006/01/23/ajudah-adam-mickiewicz/</link>
		<comments>http://www.bajkiopowiadania.com/2006/01/23/ajudah-adam-mickiewicz/#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 23 Jan 2006 10:40:18 +0000</pubDate>
		<dc:creator>bajkiopowiadania</dc:creator>
				<category><![CDATA[Lektury i literatura szkolna]]></category>
		<category><![CDATA[Poezja]]></category>
		<category><![CDATA[Wiersze]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.bajkiopowiadania.com/poezja/ajudah-adam-mickiewicz/</guid>
		<description><![CDATA[
Ajudah 

Lubi? pogl?da? wsparty na Judahu skale,
Jak ?pienione ba?wany to w czarne szeregi
?cisn?wszy si? buchaj?, to jak srebrne ?niegi
W milijonowych t?czach ko?uj? wspaniale.
Tr?c? si? o mielizn?, rozbij? na fale,
Jak wojsko wielorybów zalegaj?c brzegi,
Zdob?d? l?d w tryumfie i na powrót, zbiegi,
Miec? za sob? muszle, per?y i korale.

Podobnie na twe serce, o poeto m?ody!
Nami?tno?? cz?sto gro?ne wzburza [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<blockquote>
<p class="MsoNormal"><strong><span style="font-size: 14pt; font-family: Arial; color: maroon">Ajudah </span></strong><strong><em><u><span style="font-family: Arial; color: #993300"><br />
</span></u></em></strong><em><span style="font-family: Arial; color: #993300"></p>
<p><strong>Lubi? pogl?da? wsparty na Judahu skale,<br />
Jak ?pienione ba?wany to w czarne szeregi<br />
?cisn?wszy si? buchaj?, to jak srebrne ?niegi<br />
W milijonowych t?czach ko?uj? wspaniale.</p>
<p></strong></span></em><strong><em><span style="font-family: Arial; color: maroon">Tr?c? si? o mielizn?, rozbij? na fale,<br />
Jak wojsko wielorybów zalegaj?c brzegi,<br />
Zdob?d? l?d w tryumfie i na powrót, zbiegi,<br />
Miec? za sob? muszle, per?y i korale.<br />
</span></em></strong><strong><em><span style="font-family: Arial; color: #993300"><br />
Podobnie na twe serce, o poeto m?ody!<br />
Nami?tno?? cz?sto gro?ne wzburza niepogody,<br />
Lecz gdy podniesiesz bardon, ona bez twej szkody</p>
<p></span></em></strong><strong><em><span style="font-family: Arial; color: maroon">Ucieka w zapomnienia pogr??y? si? toni<br />
I nie?mierte?ne pie?ni za sob? uroni,<br />
Z których wieki uplot? ozdob? twych skroni.</span></em></strong></p></blockquote>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.bajkiopowiadania.com/2006/01/23/ajudah-adam-mickiewicz/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Do Laury &#8211; Adam Mickiewicz</title>
		<link>http://www.bajkiopowiadania.com/2006/01/23/do-laury-adam-mickiewicz/</link>
		<comments>http://www.bajkiopowiadania.com/2006/01/23/do-laury-adam-mickiewicz/#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 23 Jan 2006 10:35:40 +0000</pubDate>
		<dc:creator>matteoraggi</dc:creator>
				<category><![CDATA[Lektury i literatura szkolna]]></category>
		<category><![CDATA[Poezja]]></category>
		<category><![CDATA[Wiersze]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.bajkiopowiadania.com/wiersze/do-laury-adam-mickiewicz/</guid>
		<description><![CDATA[
Do Laury

Ledwiem ciebie zobaczy?, ju?em si? zap?oni?,
W nieznanym oku dawnej znajomo?ci pyta?;
I z twych jagód wzajemny rumieniec wykwita?
Jak z ró?y, której piersi zaranek ods?oni?.
Ledwie? piosnk? zacz??a, ju?em ?zy uroni?,
Twój g?os wnika? do serca i za dusz? chwyta?;
Zda?o si?, ?e j? anio? po imieniu wita?
I w zegar niebios chwil? zbawienia zadzwoni?.

O luba! niech twe oczy przyzna? [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<blockquote>
<p align="center" style="margin-bottom: 12pt; text-align: center"><strong><span style="font-size: 14pt; color: #0099cc">Do Laury</span></strong><strong><span style="font-size: 14pt; color: teal"><br />
</span><span style="color: teal"><br />
Ledwiem ciebie zobaczy?, ju?em si? zap?oni?,<br />
W nieznanym oku dawnej znajomo?ci pyta?;<br />
I z twych jagód wzajemny rumieniec wykwita?<br />
Jak z ró?y, której piersi zaranek ods?oni?.</span></strong></p>
<p align="center"><span style="color: #33cccc"><strong>Ledwie? piosnk? zacz??a, ju?em ?zy uroni?,<br />
Twój g?os wnika? do serca i za dusz? chwyta?;<br />
Zda?o si?, ?e j? anio? po imieniu wita?<br />
I w zegar niebios chwil? zbawienia zadzwoni?.<br />
</strong></span><span style="color: #339966"><strong><br />
</strong></span><span style="color: teal"><strong>O luba! niech twe oczy przyzna? si? nie boj?,<br />
Je?li ci? mym spójrzeniem, je?li g?osem wzrusz?;<br />
Nie dbam, ?e los i ludzie przeciwko nam stoj?,</strong></span></p>
<p align="center"><span style="color: #33cccc"><strong>?e ucieka? i kocha? bez nadziei musz?.<br />
Niech ?lub ziemski innego darzy r?k? twoj?,<br />
Tylko wyznaj, ?e Bóg mi po?lubi? tw? dusz?.</strong></span></p>
<p class="MsoNormal"><strong><span style="color: teal"> </span></strong></p>
</blockquote>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.bajkiopowiadania.com/2006/01/23/do-laury-adam-mickiewicz/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Gra?yna &#8211; Adam Mickiewicz</title>
		<link>http://www.bajkiopowiadania.com/2006/01/23/grazyna-adam-mickiewicz/</link>
		<comments>http://www.bajkiopowiadania.com/2006/01/23/grazyna-adam-mickiewicz/#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 23 Jan 2006 10:07:07 +0000</pubDate>
		<dc:creator>matteoraggi</dc:creator>
				<category><![CDATA[Dramat]]></category>
		<category><![CDATA[Lektury i literatura szkolna]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.bajkiopowiadania.com/dramat/grazyna-adam-mickiewicz/</guid>
		<description><![CDATA[ 
Gra?yna

Coraz to ciemniej; wiatr pó?nocny ch?odzi,
Na dole tuman, a miesi?c wysoko
Po?ród kr???cej czarnych chmur powodzi,
We mgle nie ca?e pokazywa? oko;
I ?wiat by? nakszta?t gmachu sklepionego,
A niebo nakszta?t sklepu ruchomego,
Ksi??yc, jak okno, któr?dy dzie? schodzi.
Zamek na barkach nowogródzkiej góry
Od miesi?cznego bra? poz?ot? blasku;
Po wa?ach z darni i po sinym piasku
Olbrzymim s?upem ?ama? si? cie? bury,
Spadaj?c [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p class="MsoNormal"><strong><span style="font-size: 11pt; color: navy"> </span></strong></p>
<p align="center" style="margin-bottom: 12pt; text-align: center"><strong><u><span style="font-size: 14pt; color: #ff6600">Gra?yna</span></u></strong><strong><u><span style="font-size: 11pt; color: navy"><br />
</span></u></strong><strong><span style="font-size: 11pt; color: navy" /></strong></p>
<p><strong>Coraz to ciemniej; wiatr pó?nocny ch?odzi,<br />
Na dole tuman, a miesi?c wysoko<br />
Po?ród kr???cej czarnych chmur powodzi,<br />
We mgle nie ca?e pokazywa? oko;<br />
I ?wiat by? nakszta?t gmachu sklepionego,<br />
A niebo nakszta?t sklepu ruchomego,<br />
Ksi??yc, jak okno, któr?dy dzie? schodzi.</strong></p>
<p><strong>Zamek na barkach nowogródzkiej góry<br />
Od miesi?cznego bra? poz?ot? blasku;<br />
Po wa?ach z darni i po sinym piasku<br />
Olbrzymim s?upem ?ama? si? cie? bury,<br />
Spadaj?c na fos?, gdzie w?ród wiecznych cie?ni<br />
Dysza?a woda spod zielonych ple?ni.</strong></p>
<p><strong>Miasto ju? spa?, w zamku ognie zgas?y,<br />
Tylko po wa?ach i po basztach stra?e<br />
Powtarzanymi p?osz? senno?? has?y;<br />
Wtem si? co? zdala na polu uka?e:<br />
Jakowi? ludzie bieg? tu po b?oniach,<br />
A ga??? cieniu za ka?dym si? czerni,<br />
A bieg? pr?dko &#8211; musz? by? na koniach,<br />
A ?wiec? mocno &#8211; musz? by? pancerni.</strong></p>
<p><strong>Zar?a?y konie, zagrzmia?a podkowa.<br />
Trzej to rycerze jad? wzd?u? parowa;<br />
Zjechali, staj? &#8211; a pierwszy z rycerzy<br />
Krzyknie i w tr?bk? mosi??n? uderzy;<br />
Uderzy? potem raz drugi i trzeci -<br />
Stra?nik mu baszty rogiem odpowiada -<br />
Brz?k?y wrzeci?dze, pochodnia za?wieci<br />
I most zwodzony z ?oskotem opada.</strong></p>
<p><strong>Na t?tent koni zbiegli si? stra?nicy,<br />
Chc?c bli?ej pozna? i m??e i stroje.<br />
Pierwszy m?? jecha? w zupe?nej zbroicy,<br />
Jak? zwyk? Niemiec przywdziewa? na boje;<br />
I krzy? mia? czarny na bia?ej kapicy,<br />
I krzy? na piersiach u z?otej p?tlicy,<br />
Tr?bk? na plecach, kopij? u toku,<br />
Ró?aniec w pasie i szabl? u boku.</strong></p>
<p><span id="more-62"></span></p>
<p><strong>Poznali m??a Litwini z tych znaków,<br />
Wi?c cicho jeden do drugiego szepce:<br />
&#8220;To jaki? urwisz od psiarni Krzy?aków,<br />
Tuczny, bo prusk? krew codziennie ch?epce.<br />
O, gdyby nie by? nikt tu wi?cej z warty,<br />
Zarazby w bagnie sk?pa? si? ten plucha,<br />
A? pod most pi??ci? zgi??bym ?eb zadarty!&#8221; -<br />
Tak oni mówi?; on niby nie s?ucha,<br />
Lecz musia? s?ysze?, bo si? bardzo zdumia?,<br />
A chocia? Niemiec, g?os ludzki rozumia?.</strong></p>
<p><strong>&#8220;Ksi??? jest w zamku?&#8221; &#8211; &#8220;Jest, lecz o tej<br />
porze<br />
Bardzo?cie wasze poselstwo spó?nili;<br />
Dzi? nie mo?ecie stawi? si? we dworze,<br />
Chyba na jutro&#8221;. &#8211; &#8220;Jutro? Ani chwili!<br />
Zaraz, natychmiast, cho? w spó?nion? por?,<br />
Litaworowi o pos?ach donie?cie;<br />
Niebezpiecze?stwo na m? g?ow? bior?,<br />
A wy dla znaku pier?cie? tylko we?cie!<br />
Nie trzeba wi?cej: skoro ujrzy god?o,<br />
Pozna, kto jestem i co nas przywiod?o&#8221;.</strong></p>
<p><strong>Cicho?? doko?a, zamek we ?nie le?y.<br />
Co za dziw? Pó?noc, jesieni? noc d?uga;<br />
Zacó? dotychczas w Litawora wie?y<br />
Lampa, jak gwiazdka, mi?dzy krat? mruga?<br />
Wszak dzi? powróci?, je?dzi? w kraj daleki,<br />
Snu potrzebuj? troskliwe powieki.</strong></p>
<p><strong>On przecie nie ?pi. &#8211; Pos?ano na zwiady:<br />
Nie ?pi &#8211; lecz ?aden z pa?acowej stra?y,<br />
Ani z dworzanów, ani z panów rady,<br />
Do progu jego zbli?y? si? nie wa?y.<br />
Daremnie pose? i grozi i prosi:<br />
Gro?ba i pro?ba na nic si? nie przyda.<br />
Kazano wreszcie obudzi? Rymwida:<br />
On wol? pa?sk? nosi i odnosi,<br />
On g?ow? w radzie, praw? r?k? w boju,<br />
Jego nazywa ksi??? drugim sob?,<br />
W obozie, w zamku jemu ka?d? dob?<br />
Wst?p do pa?skiego otwarty pokoju.</strong></p>
<p><strong>W pokoju ciemno i tylko od sto?a<br />
Kaganiec ?wiat?em konaj?cym p?on??.<br />
Litwaor chodzi? po gmachu doko?a,<br />
A potem stan?? i w my?lach uton??.<br />
S?ucha, co Rymwid o Niemcach powiada,<br />
Ale mu na to nic nie odpowiada.<br />
To si? rumieni, to wzdycha, to blednie,<br />
Wydaj?c twarz? troski niepowszednie.<br />
Poszed? ku lampie, ?eby j? poprawi?,<br />
Wrzakomo poprawia, a do g??bi ci?nie;<br />
Wcisn?? nareszcie i ca?kiem zad?awi? -<br />
Nie wiem, przypadkiem, czyli te? umy?lnie.</strong></p>
<p><strong>Sna?, ?e poskromi? nie móg? wn?trznej wrzawy<br />
I w pogodniejsze wystroi? si? lice,<br />
A jednak nie chcia?, by s?uga z postawy<br />
Zgadn?? pa?skiego serca tajemnice.<br />
Znowu komnat? obchodzi doko?a,<br />
Lecz, kiedy okna kratowane mija?,<br />
Widna przy blasku miesi?cznego ko?a,<br />
Co si? przez szyby i kraty przebija?,<br />
Widna pos?pno?? zmarszczonego czo?a,<br />
Przyci?te usta, oczu b?yskawica<br />
I surowego zagorza?o?? lica.</strong></p>
<p><strong>Potem w róg gmachu zwraca si? z po?piechem,<br />
Ka?e podwoje zamkn?? Rymwidowi -<br />
Siad? i z k?amliw? spokojno?ci? mówi,<br />
Szyderskim mow? zaprawuj?c ?miechem;</strong></p>
<p><strong>&#8220;Wszak mi sam z Wilna przywioz?e?, Rymwidzie,<br />
?e Wito?d, pan nasz mo?ny i ?askawy,<br />
Mia? mi? podwy?szy? ksi???ciem na Lidzie<br />
I spad?e dla mnie po ?onie dzier?awy,<br />
Jak swoj? w?asno?? lub zdobycze cudze.<br />
Litaworowi podarowa? s?udze?&#8221;<br />
- &#8220;To prawda, ksi???&#8221; &#8211; &#8220;My wi?c po te dary,<br />
Jako przysta?o, wyst?pimy godnie!<br />
Ka? wynie?? na dwór ksi???ce sztandary,<br />
Zapali? w zamku ognie i pochodnie!<br />
Gdzie s? tr?bacze? Niechaj o pó?nocy<br />
Zjad? na miasto i, stan?wszy w rynku,<br />
Na cztery wiatry tr?bi? bez spoczynku,<br />
Póki si? wszystko rycerstwo rozbudzi!<br />
Niech ka?dy piersi zbroj? ubezpiecza,<br />
Nasadzi groty i poci?gnie miecza!<br />
Zgotowa? ?ywno?? dla koni i ludzi!<br />
Ka?demu z m??ów zgotuje niewiasta,<br />
Ile zje?? mo?na od ranku do zmroku.<br />
Czyj ko? na paszy, sprowadzi? do miasta,<br />
Nakarmi? i wzi?? na drog? obroku,<br />
A skoro s?o?ce z szczorsowskiej granicy<br />
Pierwszym promieniem grób Mendoga dra?nie,<br />
Wszyscy staniecie na Lidzkiej ulicy!<br />
Czeka? mi? rze?wo, zbrojno i zapa?nie!&#8221;</strong></p>
<p><strong>Tak mówi? ksi???. Wprawdzie jego mowa<br />
Zaleca zwyk?e do drogi przybory -<br />
Lecz zaco nagle i niezwyk?ej pory?<br />
Dlaczego posta? by?a tak surowa?<br />
A kiedy mówi?, cho? gwa?towne s?owa<br />
Bieg?, ?e jedno drugiego nie ?cignie,<br />
Zda si?, jakby wysz?a ich po?owa,<br />
A reszta w piersiach przyt?umiona stygnie.<br />
Ta posta? co? mi niedobrego wró?y<br />
I g?os ten my?li spokojnej nie s?u?y.</strong></p>
<p><strong>Umilk? Litawor; zda?o si?, ?e czeka,<br />
A? Rymwid z wzi?tym odejdzie rozkazem -<br />
I Rymwid milczy, a odej?cia zwleka,<br />
Bo to, co s?ysza? i co widzia? razem,<br />
Kiedy stosuje i wa?y w rozmowie,<br />
Z lekkich s?ów ci??k? rzecz odgadn?? umie.</strong></p>
<p><strong>Ale có? pocznie? Zna, ?e ksi??? m?ody,<br />
Namowom cudzym ma?o daje ucha<br />
I, nie lubi?cy w d?ugie brn?? wywody,<br />
Zamiary knuje w swojej g??bi ducha,<br />
A skoro uknu?, nie dba na przeszkody<br />
I hamowany, tym sro?ej wybucha.<br />
Lecz Rymwid, jako wierna panu rada<br />
I zacny rycerz w litewskim narodzie,<br />
Zapewne ha?bie niemi?ej podpada,<br />
Gdzieby powszechnej nie zbie?a? szkodzie.<br />
Milcze?, czy radzi?? Na dwoje my?l dzieli,<br />
Waha si?, wko?cu na drugie o?mieli.</strong></p>
<p><strong>&#8220;Panie, gdziekolwiek ch?ci twoje godz?,<br />
Nigdy? na ludziach i koniach nie zb?dzie:<br />
Wska? tylko drog?, my za twoj? wodz?,<br />
Nie patrz?c, k?dy, gotowi i?? wsz?dzie,<br />
Pospólstwo, ?lepe twoich r?k narz?dzie,<br />
I m??ów, którzy na co? wi?cej zdatni.</strong></p>
<p><strong>Bo i twój ojciec, cho? lubi? sam z siebie<br />
Wyci?ga? skrycie przysz?ych dzie? osnowy,<br />
Jednak, nim gminne miecze ku potrzebie,<br />
Wprzódy ku radzie m?dre wzywa? g?owy,<br />
K?dy ja nieraz z wolnym zdaniem siada?,<br />
A com umy?li?, ?mia?o wypowiada?.<br />
Wi?c i dzi? wybacz, je?li w szczerym g?osie<br />
Zeznam, co serce ustom przekaza?o.<br />
D?ugo ja ?y?em i na siwym w?osie<br />
D?wigam i czasów i czynów niema?o;<br />
Przed si? dzi? widz?, oby nie ze szkod?,<br />
Rzecz, dla nas starych niezwyk?? i m?od?.<br />
Je?eli prawda, ?e na Lidzkie pa?stwo<br />
Ci?gniesz, do twojej nale??ce w?a?ci -<br />
Ten pochód skory, co? nakszta?t napa?ci,<br />
Zrazi i nowe i dawne podda?stwo.<br />
Ci, jak zwyci?zcy, czekaj? zdobyczy,<br />
Tamci kajdanów, jak lud niewolniczy.</strong></p>
<p><strong>Zaraz po kraju wie?? ziarna rozsypie,<br />
Ucho je gminne chwyta i przesadza -<br />
Sk?d w ko?cu gorzki owoc si? wyradza,<br />
Co truje zgod? i co s?aw? szczypie;<br />
Okrzykn? zaraz, ?e? chciwy ?upie?y,<br />
Wdar? si? na pa?stwo, które? nie nale?y.</strong></p>
<p><strong>Inaczej cale po dawnym zwyczaju<br />
Litewskie niegdy? st?pa?y ksi???ta,<br />
Nios?c stolic? do w?asnego kraju:<br />
Tych ksi???t dobrze wiek mój zapami?ta -<br />
I, je?li zechcesz i?? po starym trybie,<br />
Spuszczaj si? na mnie, w niczym nie uchybi?.</strong></p>
<p><strong>Naprzód rycerstwo obe?lemy wsz?dy,<br />
I tych, co w mie?cie zostali si? bliscy,<br />
I co na wiejskie powrócili grz?dy,<br />
Maj? na zamek zgromadzi? si? wszyscy;<br />
Wi?c krewne pany, wi?c starsze urz?dy,<br />
Ku bezpiecze?stwu, a wi?kszej ozdobie,<br />
Z sowitym pocztem niech stan? przy tobie.<br />
Co nim dokonasz, ja mog? tymczasem<br />
Wyruszy? jutro lub pojutrze z rana<br />
Ze s?u?b?, z ?wi?t? osob? kap?ana,<br />
Tudzie? z potrzebnym do uczty zapasem,<br />
Aby si? wszystko z?atwi?o na przodzie,<br />
A na zwierzynie nie brak?o i miodzie.</strong></p>
<p><strong>Nie tylko bowiem sam naród prostaczy,<br />
Lecz i starszyzna za ?akoci? goni,<br />
A widz?c zrazu pa?skiej hojno?? d?oni,<br />
Dobrze st?d sobie na przysz?o?? t?umaczy.<br />
Tak zaw?dy by?o w Litwie i na ?mudzi;<br />
Je?li nie wierzysz, pytaj starych ludzi!&#8221;</strong></p>
<p><strong>Sko?czy?, podchodzi ku oknom i doda:<br />
&#8220;Wietrzno, niepewna na jutro pogoda&#8230;<br />
Jakiego? widz? rumaka przy wie?y,<br />
A tu? i rycerz oparty na ??ku&#8230;<br />
Drudzy dwaj chodz?, konie wodz?c w r?ku&#8230;<br />
Pos?y niemieckie &#8211; pozna?em z odzie?y;<br />
Czy ich zawo?a?, czyli niech na dole<br />
Przez usta s?ugi odbior? tw? wol??&#8221;</strong></p>
<p><strong>To mówi?c, okno przymkni?te zaszczepi?,<br />
Niby niechc?cy, i patrzy? i gada?,<br />
Ale umy?lnie pytanie uczepi?,<br />
By co? o pos?ach niemieckich wybada?.</strong></p>
<p><strong>Na to mu pr?dko Litawor odpowie:<br />
&#8220;Je?eli kiedy wychodz? po rad?<br />
Do cudzych, w?asnej nie ufaj?c g?owie -<br />
Zaw?dy twe zdanie na pocz?tku k?ad?,<br />
Bo? zewsz?d godzien mojej czci i wiary,,<br />
Jak w polu m?ody, tak na radzie stary.</strong></p>
<p><strong>Wi?c, cho? nie lubi?, by dzie? przysz?ych<br />
ko?ce<br />
Lada czyjemu widne by?y oku -<br />
Zamiar, wyl?g?y w my?lenia pomroku,<br />
?le jest przed czasem wykaza? na s?o?ce;<br />
Niechaj rzecz ca?a, dokonania bliska,<br />
Jak piorun: wprzódy zabija ni? b?yska.<br />
Przto? ja krótko pytania odbywam:<br />
&#8220;Kiedy? &#8211; &#8220;Dzi?, jutro&#8221;&#8230; &#8211; &#8220;Gdzie?&#8221; &#8211; &#8220;Na ?mud?,<br />
do Rusi&#8221;&#8230;<br />
&#8220;To by? nie mo?e!&#8221; &#8211; &#8220;B?dzie i by? musi&#8230;<br />
Lecz dzisiaj tobie g??b serca rozkrywam.</strong></p>
<p><strong>Dlatego kaza? do konia i zbroi,<br />
Dlatego nagle i or??nie godz?,<br />
Bo wiem Wito?da, ?e z wojskami stoi,<br />
Gotowy wstr?ty czyni? mi po drodze;<br />
A mo?e na to chcia? do Lidy zwabi?,<br />
By zwabionego pojma? albo zabi?.</strong></p>
<p><strong>Ale ja z mistrzem Pruskiego Zakonu<br />
Tajemne zaraz zwi?za?em przymierze,<br />
Aby mi swoje da? w pomoc rycerze,<br />
Za co w nagrod? ust?pi? cz??? plonu.<br />
Je?li, jak s?ysz?, przybyli pos?owie,<br />
Zna?, ?em na jego nie zwiedziony s?owie.</strong></p>
<p><strong>Wprzód wi?c, nim zajd? siedmiorakie gwiazdy,<br />
Ruszymy przyda? ku litewskiej sile<br />
Niemców pancernej trzy tysi?ce jazdy<br />
I pieszych knechtów we dwójnasób tyle.<br />
B?d?c u mistrza, sam sobie wybra?em,<br />
Jakie ma przys?a? rumaki i ch?opy,<br />
Od wszystkich naszych ogromniejsze cia?em,<br />
?elazem kute od g?owy do stopy;<br />
Wiesz, jako dzielnie brzeszczotami siek?,<br />
I dzid? sro?si od naszych daleko.</strong></p>
<p><strong>Knecht zasi? ka?dy ma ?elazn? ?mij?,<br />
Któr? o?owiem i sadz? utuczy,<br />
Potem, ku wrogom nawracaj?c szyj?,<br />
Podra?ni iskr?: wnet paszcza zahuczy<br />
Ogniem i gromem, zrani lub zabije,<br />
Kogo jej strzelca trafny wzrok poruczy.<br />
Od takiej broni niegdy? obalony<br />
Pradziad Gedymin na sza?cach Wielony.</strong></p>
<p><strong>Wszystko gotowe; tajemnymi drogi<br />
Jutro, gdy Wito?d w zaufaniu zbytnim<br />
Na Lidzie s?abe zostawi? za?ogi,<br />
Wpadniem, podpalim, zabierzem i wytniem&#8221;.</strong></p>
<p><strong>Rymwid, niezwyk?? ra?ony nowin?,<br />
Sta? pe?en dziwu, nieprzytomny sobie<br />
Przegl?da burz?, my?li o sposobie,<br />
Sk?ócone my?li jedne w drugich gin?.<br />
Ale rzecz nag?a, pró?no zwleka? zdanie.<br />
Z gniewem i ?alem zawo?a: &#8220;O panie!<br />
Bogdajbym nigdy nie do?y? tej pory!<br />
Brat przeciw bratu ma podnosi? d?onie!<br />
Wczoraj wyszczerbi? na Niemców topory -<br />
Dzi? ma je ostrzy? ku Niemców obronie?<br />
Z?a jest niezgoda &#8211; ale gorsz? zgod?<br />
Chcesz nas pojedna?; raczej ogie? z wod?!</strong></p>
<p><strong>Zdarza si? wprawdzie, ?e s?siad s?siada,<br />
Z którym nieprzyja?? toczy? od lat wielu,<br />
U?ciska wreszcie, gniewne serce sk?ada,<br />
Jeden drugiego zowi?c: &#8220;przyjacielu&#8221; -<br />
?e bardziej jeszcze, ni?li z?e s?siady,<br />
Gniewne na siebie Litwiny i Lachy<br />
Cz?sto u wspólnej pijaj? biesiady,<br />
Snu u?ywaj? pod jednymi dachy<br />
I miecze ??cz? ku wspólnej potrzebie -<br />
A jeszcze bardziej nad litewskie m??e<br />
I nad Polaki zawzi?tsi na siebie<br />
Od wieków s? ludzie i w??e -<br />
A przecie?, je?li do domowych progów<br />
W?? zaproszony go?ciem od cz?owieka,<br />
Je?li dla chwa?y nie?miertelnych bogów<br />
Litwin mu chleba nie sk?pi i mleka -<br />
Wtenczas gad swojski pe?znie w jego r?ce<br />
Spo?em wieczerza, z jednych kubków pij?<br />
I nieraz senne piersi niemowl?ce<br />
Mosi??nym wiankiem bez szkody obwija.</strong></p>
<p><strong>Lecz krzy?ackiego gadu nie ug?aszcze<br />
Nikt ni go?cin?, ni pro?b?, ni dary!<br />
Ma?o? Prusaki i Mazowsza cary<br />
Ziem, ludzi, z?ota wepchn?li mu w paszcze?<br />
On wiecznie g?odny! Cho? po?ar? tak wiele,<br />
Na reszt? nasz? rozdziera gardziele.</strong></p>
<p><strong>Spólna moc tylko zdo?a nas ocali?.<br />
Darmo hordami ci?gniemy co roku<br />
Burzy? ich twierdze i mie?ciny pali?!<br />
Przebrzyd?y Zakon podobny do smoku:<br />
Jeden ?eb utniesz, drugi ro?nie skoro<br />
I ten uci?ty ro?nie w dziesi?cioro!<br />
Wszystkie utnijmy! Napró?no si? trudzi,<br />
Kto naszych szczerze chce godzi? z Krzy?aki,<br />
Bo czy to z kniaziów, czyli z prostych ludzi,<br />
Na Litwie ca?ej nie znajdzie si? taki,<br />
Coby ich nie zna? chytro?ci i dumy,<br />
Nie stroni? od nich, jak od krymskiej d?umy,<br />
Coby nie wola? stokro? od ich broni<br />
Raczej ?mier? w polu, ni?li pomoc zyska?,<br />
Raczej ?elazo rozpalone w d?oni,<br />
Ni?li krzy?ack? prawic? u?ciska?!</strong></p>
<p><strong>Lecz Wito?d grozi? &#8211; Czy? bez obcych mieczy<br />
Ju? nie zdo?amy rozeprze? si? w polu?<br />
Albo czy do tych kresów zasz?y rzeczy,<br />
I? domowego naszych zwad k?kolu<br />
Nie zdo?a wyrwa? d?o? bratniej przyja?ni,<br />
Or?? dla cudzej zachowuj?c ka?ni?</strong></p>
<p><strong>Sk?d?e masz pewno??, ?e s?uszna twa skarga.<br />
?e Wito?d znowu, stawi?c si? upornie,<br />
Zdrady napina i umowy targa?<br />
Pos?uchaj, szlij mnie do niego powtórnie,<br />
Wznowim umow?&#8230;&#8221; &#8211; &#8220;Do?? tego, Rymwidzie!<br />
Znane mi dobrze Wito?da umowy.<br />
Wczoraj mu taki wiatr zawia? do g?owy,<br />
Dzisiaj na? znowu co innego przyjdzie.<br />
Wczora ufa?em ksi???cemu s?owu,<br />
?e sobie Lid? w dziedzictwo zabior? -<br />
Dzi? Wito?d uknu? co? ró?nego znowu:<br />
Na gwa?t swobodn? wy?ledziwszy por?,<br />
Gdy si? do domów rozjechali moi,<br />
A on u Wilna obozami stoi,<br />
Dzi? oznajmuje, jakoby Lidzianie<br />
Za swego pana s?ucha? mi? nie chcieli -<br />
Wi?c Wito?d Lid? dla siebie wydzieli,<br />
Mnie za? w nagrod?, inny kraj dostanie!&#8230;<br />
Pewnie Ru? go??, lub bagna Warega,<br />
Bo tam wskazana jest siedziba nasza,<br />
Tam Wito?d braci i krewnych wyp?asza,<br />
A ?wi?t? Litw? sam jeden zalega!<br />
Patrz, jak uradzi? &#8211; a wie, na co radzi?,<br />
Bo w jedno bije, chocia? ró?n? drog?:<br />
Chcia?by si? jeden nad wszystkich posadzi?<br />
I sobie równych cisn?? pod sw? nog?.</strong></p>
<p><!--more--></p>
<p><strong>Przebóg! Czy? nie do??, ?e Wito?da buta<br />
Na koniu wiecznie trzyma ca?? Litw??<br />
Pier? nasza wiecznie do zbroi przykuta,<br />
Szyszaki ju? nam przyros?y do czo?a!<br />
Z ?upów po ?upy i z bitwy na bitw?,<br />
|wiat, jako wielki, zbiegli?my doko?a:<br />
To na krzy?actwo &#8211; to znowu przez Tatry<br />
Na Polski pi?kne zbudowane sio?a -<br />
Stamt?d, po stepach ?egluj?cy z wiatry,<br />
Goni?c b??dnego obozy Mongo?a.<br />
A co?my skarbu z zamków wy?amali<br />
I co ?ywego szablica nie dotni?,<br />
G?ód nie dogryzie, ogie? nie dopali -<br />
Jemu znosimy, sp?dzamy ochotnie.<br />
Na trudach naszych w pot?g? urasta:<br />
Od Fi?skich zatok po Chazarów morze<br />
Wszystkie pod siebie zagarn?? ju? miasta&#8230;<br />
Sam w jakim mie?cie, w jakim siedzi dworze!<br />
Widzia?em pysznych Krzy?aków warownie,<br />
Na które Prusak nie spojrzy bez strachu,<br />
A przecie? mniejsze od Wito?da gmachu,<br />
Co jest na Wilnie lub Trockim jeziorze!<br />
Widzia?em pi?kn? dolin? przy Kownie,<br />
K?dy rusa?ek d?o? wiosn? i latem<br />
|ciele muraw?, kra?nym dzierzga kwiatem:<br />
Jest to dolina, najpi?kniejsza w ?wiecie&#8230;<br />
Lecz &#8211; któ?by wierzy?? &#8211; u syna Kiejstuta<br />
W pa?acu ?wie?sza murawa i kwiecie:<br />
Takim po ?cianach rozwis?e bistory<br />
Z li?ciem ze srebra i kwieciem ze z?ota&#8230;<br />
Nad dzie?o bogi?, nad smug ró?nowzory<br />
Cudniejsza branek lechickich robota.<br />
W kratach u niego szklane okienice,<br />
Przywo?ne k?dy? a? od ziemi ko?ca,<br />
B?yszcz?, jak polskich rycerzy zbroice,<br />
Albo, jak Niemen, przed oczyma s?o?ca<br />
Spod ?niegu zimne gdy ods?oni lice.</strong></p>
<p><strong>A ja com zyska? za rany i znoje?<br />
Com zyska?, ?e od male?kiego wieku,<br />
Z pieluchów zaraz przwiniony w zbroje,<br />
Ksi??e, jak Tatar, ?y? o ko?skim mleku?<br />
Ca?y dzie? konno, w wieczór ko?ska grzywa<br />
Poduszk? moj? &#8211; przy niej noc wystoj? -<br />
A rankiem znowu tr?ba na ko? wzywa;<br />
?e wtenczas, kiedy moi rówie?nicy,<br />
Je?d??c na kijach, szablami z ?uczywa<br />
Bezpiecznie sobie grali po ulicy,<br />
By siw? matk? lub dziecinn? siostr?<br />
Zabawi? wojny k?amanej obrazem -<br />
Wtenczas z Tatary jam goni? na ostre,<br />
Lub wr?cz z Polaki ?cina? si? ?elazem!</strong></p>
<p><strong>Przecie? me pa?stwa od Erdwi??a czasu<br />
I pi?dzi? szerzej ziemi nie zaleg?y.<br />
Patrz na te mury z d?bowego lasu<br />
I na ten pa?ac mój z czerwonej ceg?y -<br />
Pójd? przez komnaty, pradziadów siedliska:<br />
Gdzie szklane kuple? Gdzie kruszczowe ?upy?<br />
Miasto blach z?otych &#8211; mokry kamie? b?yska,<br />
Miasto kobierców &#8211; ?niade mchu skorupy!<br />
Có?em chcia? wynie?? z ognia i kurzawy?<br />
Pa?stwa, czy skarby? Nie &#8211; nic, kromia s?awy!</strong></p>
<p><strong>Ale i s?aw? wszystkim ponad g?ow?<br />
Wito?d podlecia?, Wito?d wszystkich gasi.<br />
Jego, jakoby drugiego Mindow?,<br />
Na ucztach wielbi? wajdeloci nasi -<br />
Jego na strunach i na wieszczym rymie<br />
Do potomnego wysy?aj? blasku;<br />
Nasze ?ród gminu kto wypatrzy imi??<br />
Kto podj?? raczy z niepami?ci piasku?</strong></p>
<p><strong>Przecie? nie zajrzym. Niech walczy, nich<br />
gromi,<br />
Niechaj si? w imi? i skarby bogaci -<br />
Tylko niech z?ba chciwego poskromi<br />
Od swych ojczyców, od ziemi swej braci!<br />
Czy? dawno w ?rodku pokoju i zgody<br />
Gwa?tem litewska wstrz??niona stolica?<br />
Czy? dawno Wito?d kniaziów wielkich grody<br />
Naszed? i z tronu zmiót? Olgierdowica<br />
I sam ow?adn??? A tak lubi w?ada?,<br />
By jego pose?, jak Krywejty goniec,<br />
Ksi???t podwy?sza?, albo zmusza? spada?!<br />
O, czas, ?e temu po?o?ymy koniec, Czas, ?e po sobie<br />
je?dzi? nie dozwolim!<br />
Póki m?odego w piersiach ?ywi? ducha,<br />
Póki ?elazo r?ki zdrowej s?ucha,<br />
Dopóki ko? mój ze skrzyd?em sokolim,<br />
Com z ?upów krymskich jednego wzi?? sobie,<br />
Jakiemu równy dany tobie drugi,<br />
A jeszcze dziesi?? r?e przy moim ??obie,<br />
Którymi wierne poobdzielam s?ugi -<br />
Dopóki ko? mój&#8230; póki szabla moja!&#8230;&#8221;<br />
Tu mu gniew s?owa i tchnienie zat?oczy?.<br />
Umilk?, lecz chrz?stem ozwa?a si? zbroja;<br />
Zna?, ?e si? wzdrygn?? i z miejsca wyskoczy?.<br />
Jaki? to p?omie? nad g?ow? mu b?ysn???<br />
Jak oderwana gwiazda przez niebiosa<br />
Spada, z d?ugiego ?ary trz?s?c w?osa,<br />
Tak on brzeszczotem ko?o stropu cisn??<br />
I siek? w pod?og?, od t?giego razu<br />
Rz?siste iskry sypn??y si? z g?azu.</strong></p>
<p><strong>Znowu ich g?uche obesz?o milczenie,<br />
Znowu rzek? ksi???: &#8220;Dosy? pró?nej mowy,<br />
Oto noc prawie dochodzi po?owy,<br />
Wkrótce us?yszym drugich kurów pianie&#8230;<br />
Wiesz, com rozkaza?. B?d?cie w pogotowiu!<br />
Ja legn?; mo?e duch troskliwy spocznie<br />
I cia?o troch? pokrzepi? na zdrowiu,<br />
Bom trzy dni nie spa?. Teraz jeszcze mrocznie,<br />
Lecz dzi? zape?nia ksi??yc rogi nowiu -<br />
|wiat b?dzie widny. Ruszymy niezw?ocznie,<br />
Synom Kiejstuta w Lidzie zostawimy<br />
Godne dziedzictwo &#8211; popio?y i dymy!&#8221;</strong></p>
<p><strong>To powiedziawszy, usiad? i w d?o? klasn??;<br />
Skoczyli s?udzy &#8211; kaza? zwleka? szaty<br />
I leg?, nie na to mo?e, aby zasn??;<br />
Lecz, aby Rymwid mia? si? precz z komnaty.<br />
I on, gdy widzi, i?by nic nie sprawi? -<br />
Ani co mówi?, ani d?u?ej bawi?:<br />
Poszed? &#8211; a jako zna? powinno?? s?ugi,<br />
Wytr?bi? ukaz, rycerstwo zgromadzi?,<br />
Potem do zamku wróci? si? raz drugi.<br />
Pocó?? Czy, ?eby znowu z panem radzi??<br />
Nie. W inn? stron?, wiód? on kroki swoje:<br />
Na lewe skrzyd?o zamkowej budowy,<br />
Gdzie ku stolicy spada? most zwodowy,<br />
Szed? kru?gankami przed ksi??nej podwoje.</strong></p>
<p><strong>By?a naonczas ksi???ciu zam??n?<br />
Córa na Lidzie mo?nego dziedzica,<br />
Z cór nadnieme?skich pierwsza krasawica,<br />
Zwana &#8220;Gra?yn?&#8221;, czyli &#8220;pi?kn? ksi??n?&#8221;;<br />
A chocia? wiekiem od m?odej jutrzenki<br />
Pod lat niewie?cich schodzi?a po?udnie,<br />
Oboje: dziewki i matrony wdzi?ki<br />
Na jednym licu zespoli?a cudnie.<br />
Powag? zdziwi a ?wie?o?ci? zn?ca -<br />
Zda si?, ?e lato ogl?dasz przy wio?nie,<br />
?e kwiat m?odego nie straci? rumie?ca,<br />
A razem owoc wnet pe?ni doro?nie.<br />
Nie tylko licem nikt jej nie móg? sprosta?:<br />
Ona si? jedna w dworze ca?ym szczyci,<br />
?e bohatersk? Litawora posta?<br />
Wzrostem wysmuk?ej dorówna kibici.<br />
Ksi???ca para, kiedy j? okoli<br />
S?u?ebne grono &#8211; jak w poziomym lesie<br />
S?siednia para dorodnych topoli -<br />
Nad wszystkich g?ow? wystrzelon? niesie.</strong></p>
<p><strong>Twarz? podobna i równa z postawy,<br />
Sercem te? ca?ym wydawa?a m??a.<br />
Ig??, wrzeciono, niewie?cie zabawy<br />
Gardz?c, twardego ima?a or??a;<br />
Cz?sto, my?liwa, na ?mudzkim rumaku,<br />
W szorstkim, ze skóry nied?wiedziej kirysie,<br />
Spi?wszy na czole bia?e szpony rysie,<br />
Po?ród strzelczego hasa?a orszaku;<br />
Z pociech? m??a nieraz w tym ubiorze,<br />
Wracaj?c z pola, oczy myli gminne,<br />
Nieraz od s?u?by zwiedzionej na dworze<br />
Odbiera ho?dy, ksi???ciu powinne.</strong></p>
<p><strong>Tak zjednoczona zabaw? i trudem,<br />
Os?oda smutku, spólniczka wesela,<br />
Nie tylko ?o?e i serce podziela,<br />
Lecz my?li jego i w?adz? nad ludem.<br />
Wojny i s?dy i tajne uk?ady<br />
Cz?stokro? od jej zale?a?y rady -<br />
Acz innym rzecz ta nie by?a ?wiadoma,<br />
Bo ksi??na, wy?sza nad ?on prostych rz?dy,<br />
Które, zbyt rade, ?e panuj? doma,<br />
Chcia?yby z tym si? popisowa? wsz?dy, -<br />
Owszem, cudzemu pilnie kry?a oku,<br />
Z jak? pot?g? w sercu m??a w?adnie;<br />
Nawet baczniejsi i bli?si jej boku<br />
Na pr?dko mogli zbada? i nie snadnie.</strong></p>
<p><strong>Mimo to Rymwid m?dry odgadywa?,<br />
Gdzie mu jedyne pozosta?o wsparcie;<br />
Szed? wi?c i ksi??nej wynurzy? otwarcie<br />
Wszystko, co widzia? i co przewidywa?,<br />
Jaka st?d dawnym zwyczajom obraza,<br />
Ksi???ciu ha?ba, narodowi skaza.</strong></p>
<p><strong>Mocno Gra?yn? wie?? nowa uderzy,<br />
Lecz, pani? swojej b?d?c postaci,<br />
Udaje wrzekomo, i? temu nie wierzy,<br />
Pokoju w g?osie i w twarzy nie traci.<br />
&#8220;Nie wiem ja &#8211; rzek?a &#8211; czyli nad rycerzy<br />
Wi?cej u pana s?owo niewiast p?aci:<br />
To wiem, ?e sobie sam radzi roztropnie;<br />
Wiem jeszcze lepiej; co uradzi, dopnie.<br />
Wreszcie, je?eli nag?a gniewu flaga<br />
Doczesn? burz? w sercu jego wzbudzi,<br />
Je?li niekiedy, lotem m?odych ludzi,<br />
Ch?? sw? nad s?uszno?? lub nad mo?no?? wzmaga:<br />
Zostawmy, niech czas i cicha uwaga<br />
Rozja?ni my?li, zapa?y przystudzi,<br />
Pierzchliwe s?owa niepami?? pogrzebie -<br />
Tymczasem drugich nie twó?my i siebie!&#8221;</strong></p>
<p><strong>- &#8220;Wybaczaj, ksi??no! O, nie s? to s?owa,<br />
Co z ust w gor?cej pryskaj? godzinie,<br />
Których, zagas?ych, pami?? nie dochowa;<br />
Nie jest to zamiar, który w pl?taninie<br />
Ch?ci niewczesnych rodzi my?l ja?owa,<br />
Który, jako dym, zamroczy i zginie.<br />
Ten dym strasznego zwiastunem wybuchu!</strong></p>
<p><strong>Nie dzisiaj jestem przy pa?skiej osobie:<br />
Od lat dwunastu zna? mi? wiernym s?ug?;<br />
Przecie? na pami?? nie przywiod? sobie,<br />
By ze mn? mówi? tak szczerze, tak d?ugo.<br />
Odk?ada? pró?no; co rozkaza?, zrobi?.<br />
Bo ju? rozkaza?, bym przed gwiazd? drug?<br />
Zgromadzi? wojska nad grób Peresieka;<br />
Noc b?dzie widna, droga niedaleka&#8221;.</strong></p>
<p><strong>- &#8220;Co s?ysz?! Jutro? Biada mojej g?owie!<br />
Nie chc?, a?eby po Litwie gadano,<br />
?e brat na bratnie nast?powa? zdrowie,<br />
Wzi?? gard?o, lub da? za Gra?yny wiano!<br />
Pójd? i w pierwszej z ksi???ciem rozmowie&#8230;<br />
Owszem, dzi? id?, chocia? ju? nierano&#8230;<br />
Wprzód, ni?li nocn? ?wit op?dzi ros?,<br />
Tusz?, i? dobr? odpowied? przynios?&#8221;.</strong></p>
<p><strong>?egnaj? siebie po tym rozhoworze,<br />
A w jedno miejsce d??yli oboje:<br />
Ksi??na, i chwili nie bawi?c w komorze,<br />
Spieszy w gmach pa?ski przez tajne pokoje -<br />
Rymwid, nie bawi?c i chwili na dworze,<br />
Spieszy kru?gankiem i &#8211; w pa?skie podwoje<br />
?e nie ?mia? wst?pi? &#8211; na progu usiada,<br />
Szczelin? patrzy i ucha dok?ada.</strong></p>
<p><strong>Nied?ugo czeka?. Klamka zaszele?ci,<br />
Z ubocznych progów mignie posta? w bieli.<br />
&#8220;Kto?&#8221; &#8211; wo?a ksi???, zerwa? si? z po?cieli -<br />
&#8220;Kto?&#8221; &#8211; &#8220;Ja&#8221; &#8211; odpowie znany g?os niewie?ci.<br />
Potem co? d?u?ej rozmawia? zacz?li,<br />
A chocia? Rymwid domy?la? si? tre?ci,<br />
G?osu nie z?owi?, bo, w echo wpl?tany,<br />
Po?kn??o miejsce, lub odbi?y ?ciany.</strong></p>
<p><strong>Rozmowa coraz ?wawsza i zmieszana,<br />
Coraz zwolnia?a, coraz trudniej s?ycha?,<br />
Cz??ciej g?os pani, bardzo rzadko pana;<br />
Milcza?, niekiedy zdawa? si? u?miecha?.<br />
Nakniec ksi??na pad?a na kolana -<br />
Wsta?, nie wiadomo: podnie??, czy odpycha? -<br />
Kilka s?ów potem wymówi? gor?cej,<br />
A potem milcza? i nie mówi? wi?cej.<br />
I by?o cicho. Znowu posta? w bieli<br />
Przemknie si? ku drzwiom, klamk? zaszele?ci;<br />
Czy uprosi?a, czy si? nie o?mieli<br />
Prosi? do d?u?ej &#8211; ju? w swój gmach niewie?ci<br />
Odesz?a ksi??na. Ksi??? do po?cieli<br />
Wróci?, leg?. Cicho &#8211; i wida? z tej cisze,<br />
?e go sen twardy wpr?dce uko?ysze.</strong></p>
<p><strong>Rymwid daremnie jeszcze chwil? bada? -<br />
Odszed? nareszcie i w lewym balkonie<br />
Giermka obaczy, który z Niemcy gada?.<br />
S?ucha ciekawie, lubo ku tej stronie<br />
Nie sz?a rozmowa i wiatr j? okrada?;<br />
Wtem giermek r?k? ukaza? ku bronie&#8230;<br />
Coby oznacza?, Rymwid ?acno zgada?.<br />
Strasznie to pych? Krzy?aków ubod?o:<br />
Zbieg?, chwyci? konia, poskoczy? na siod?o,<br />
&#8220;Przysi?gam &#8211; wrzeszcz?c &#8211; gdybym nie by? pos?em,<br />
Przysi?gam na ten krzy?, komtura znami?,<br />
I? za obelg?, któr? dzi? ponios?em,<br />
Pr?dkoby zemst? znalaz?o to rami?!<br />
Mi?dzy monarchy na poselstwach wzros?em -<br />
Ni przy cesarskiej, ni papieskiej bramie<br />
Nie spotka?o mi?, co u twego panka:<br />
Pod go?ym niebem doczeka? si? ranka,<br />
I?? precz, za czyim &#8211; za giermka rozkazem!<br />
Ale ostrzegam, ?e nas nie u?owi<br />
Poga?ski wykr?t i nie minie p?azem!<br />
Wo?a? nas wrzakomo przeciw Wito?dowi,<br />
A potem wspólnym otoczy? ?elazem!<br />
No, obaczymy, czy Wito?d odbije<br />
Ten miecz, zanadto waszej bliski szyje!</strong></p>
<p><strong>Powiedz ksi???ciu, je?li nie dowierza,<br />
Sam niechaj spyta, powtórzy? gotowym,<br />
Cho? razy dziesi?? tym?e samym s?owem,<br />
Teraz i zawsze &#8211; bo ze s?ów rycerza<br />
Nic nie wyrzuci?, jak ze s?ów pacierza!<br />
A, com rzek? usty, prawic? dowiod?.<br />
Jama, któr??cie pod nami kopali,<br />
Na wasz? w?asn? wykopana szkod?,<br />
Dzi? jeszcze, jeszcze tej nocy si? zwali,<br />
Tak, jakem Ditrich Halstark von Kniprode,<br />
Komtur Zakonu! &#8211; Za mn? knechty, dalej!&#8221;</strong></p>
<p><strong>Zaczeka? jednak. Lecz po krótkiej zw?oce,<br />
Gdy nic nie s?ysza?, bram? w pole goni;<br />
Kiedy niekiedy zbroja zamigoce,<br />
Kiedy niekiedy s?ycha? r?enie koni;<br />
Coraz znikaj? w dali i w pomroce,<br />
Las ich nakoniec i góra zas?oni.</strong></p>
<p><strong>&#8220;Jed?cie szcz??liwie! Bodaj wasza noga<br />
Nigdy w litewskiej nie posta?a ziemi!&#8221; -<br />
Rzek? Rymwid, patrz?c z u?miechem za niemi. -<br />
&#8220;Dzi?ki o ksi??no! Jaka zmiana b?oga,<br />
Jak niespodziana! Prosz? teraz, kto tu<br />
Pochlebi sobie, ?e zna serce cudze?<br />
Ów g?os gniewliwy, owa posta? sroga -<br />
S?owa wiernemu nie da? wyrzec s?udze!<br />
Ptaszego, zda si?, chcia? po?yczy? lotu,<br />
By spa?? co pr?dzej na Wito?da g?ow? -<br />
Wtem or??, zmusza do powrotu!&#8230;<br />
Nie dziw zapomnia? starzec siwobrody,<br />
?e ksi??na pi?kna a Litawor m?ody!&#8221;</strong></p>
<p><strong>Tak mówi?c z sob?, wzniós? do góry oczy -<br />
Mo?e si? lampka za krat? uka?e&#8230;<br />
Napró?no patrzy?: ciemno?? okna mroczy -<br />
Wraca wi?c znowu i na ganek kroczy,<br />
Azali ksi??? wo?a? nie rozka?e.<br />
Napró?no czeka?, zapytywa? stra?e;<br />
Zbli?a si? ku drzwiom: w pokoju noc cicha,<br />
A ksi??? dot?d snem twardym oddycha.</strong></p>
<p><strong>&#8220;Cuda prawdziwe! Nie odgadn? cale,<br />
Jakim dzi? wszystko idzie u nas torem:<br />
Niedawno wo?a? w najwi?kszym zapale,<br />
Rozkaza? wojsko zgromadzi? wieczorem,<br />
A sam ?pi dot?d? Mia? wyci?gn?? rano,<br />
Stoj? rycerze od Niemców wezwani -<br />
A Niemcom z niczym odjecha? kazano?<br />
Któ? zaniós? rozkaz? Oto giermek pani!&#8230;</strong></p>
<p><strong>Ile z wczorajszej wró?y?am rozmowy&#8230;<br />
Wprawdzie ?adnegom nie s?ysza? wyrazu,<br />
Lecz d?ugie pro?by, g?os pana surowy&#8230;<br />
Mia?aby? ksi??na pomimo rozkazu<br />
Wa?y? si? sama a? na krok takowy,<br />
Ufna pot?dze niewie?cich pie?cide??&#8230;<br />
L?kam si? bardzo, aby tego razu<br />
Zbytniej ?mia?o?ci nie pu?ci?a skrzyde?&#8230;<br />
Prawda, i? nieraz poczyna?a ?miele -<br />
Lecz to by?oby wi?cej, ni? za wiele!&#8221;</strong></p>
<p><strong>Dalsze rozmowy przerwa? mu pos?aniec,<br />
Którym wszed? cicho i z daleka mruga -<br />
Wi?c oba ?piesz? w zamku lewy kraniec;<br />
Stamt?d kru?gankiem zbieg?a ksi??nej s?uga,<br />
Wprowadza i drzwi za sob? zamyka.</strong></p>
<p><strong>&#8220;Radco s?dziwy, niedobrze si? dzieje,<br />
Ale rozpaczy odda? si? nie godzi;<br />
Je?li nas dzisiaj zawiod?y nadzieje,<br />
Szcz??liwsze jutro mo?e wynagrodzi.<br />
B?d?my cierpliwi; nie robi? ha?asu<br />
Mi?dzy ?o?nierstwem i dworsk? gawiedzi?!<br />
Pos?y odprawim do innego czasu,<br />
A?eby ksi??? nag?? odpowiedzi?<br />
Nie przyrzek? Niemcom, póki zemst? p?onie,<br />
Coby rad cofn??, gdy z gniewu och?onie.</strong></p>
<p><strong>Ty si? nie l?kaj! Jakkolwiek wypadnie,<br />
Zamiarom pana nic si? nie uszkodzi.<br />
I potem wojsko mo?e zwo?a? snadnie,<br />
Je?eli czas mu serca nie och?odzi.<br />
Dzisiaj mia? jecha?, ale, wyznam szczerze,<br />
Ja tak kwapionej wyprawie nie wierz?.<br />
Ledwie w domowe powrócony progi,<br />
Wczora zaledwie z piersi z?o?y? zbroje,<br />
Z dalekiej jeszcze nie wytchn?wszy drogi,<br />
Mia??eby znowu dzi? rusza? na boje?&#8221;</strong></p>
<p><strong>- &#8220;Co s?ysz?, ksi??no? Ty mówisz o zw?okach?<br />
Jak ci?, niestety, rachuba omyli!<br />
Ju? jest za pó?no, ju? po tylu krokach<br />
Nie b?dzie czeka? godziny, pó? chwili!<br />
Wreszcie obaczym&#8230;Lecz wprzód chcia?bym wiedzie?,<br />
Jak przyj?? ksi??? wczorajsz? namow??&#8221; -<br />
Gra?yna w?a?nie mia?a odpowiedzie?,<br />
Gdy ich zdarzenie pomiesza?o nowe.</strong></p>
<p><strong>T?tent jezdnego s?ycha? na dziedzi?cu,<br />
Zdyszany giermek dopada komnaty,<br />
Przynosi wie?ci od litewskiej czaty,<br />
Która, po lidzkim biegaj?c go?ci?cu,<br />
Teraz od Niemca dosta?a j?zyka,<br />
?e wódz krzy?aków jazd? z lasu ruszy?,<br />
A za ni? knechtów i obóz pomyka -<br />
I ?e przed ?witem, jak czatownik tuszy?<br />
I jak niemieckie wyznawa?y bra?ce,<br />
Chce miasto ubiec i szturmowa? sza?ce.</strong></p>
<p><strong>Niechaj wi?c Rymwid wraz do pana skoczy,<br />
By go przebudzi? i pr?dko rozsadzi?,<br />
Czyli na polu Niemcom zajrze? w oczy.<br />
Czatownik radzi, aby?my si? skradali<br />
Do nich z ubocza, bo s? niedaleko;<br />
Wprzód, nim si? knechty z dzia?ami przewlek?,<br />
Aby?my z nag?a na lud jezdny padli;<br />
Tak zap?dzonym na chrapy i rowy,<br />
?acno rajtarom i bratom ?by zmieciem.<br />
Potem fussknechtów wzi?wszy pod podkowy,<br />
Do szcz?tu plemi? jaszczurze wygnieciem. -</strong></p>
<p><strong>Mocno Rymwida dziwi ta nowina,<br />
Daleko mocniej dziwi si? Gra?yna.</strong></p>
<p><strong>&#8220;Giermku &#8211; zawo?a &#8211; k?dy? s? pos?owie?&#8221;<br />
Umilkn?? giermek, a niepewne lice<br />
I pytaj?ce topi?c w niej ?renice:<br />
&#8220;Co s?ysz?, ksi??no? &#8211; zdumiony odpowie -<br />
Albo? o w?asnym zapomnia?a? s?owie?<br />
Niedawno, kiedy pia?y drugie kury,<br />
Sama? mi rozkaz ksi???cy przynios?a,<br />
A?ebym biega? co pr?dzej do pos?a<br />
I wyprawi? go przed ?witem za mury!&#8221;</strong></p>
<p><strong>&#8220;Tak&#8221; &#8211; rzecz ksi??na, twarz odwraca zblad??,<br />
Lecz pomieszanie, widne w jej osobie,<br />
Do ust wyrazy nieporz?dne k?ad?o -<br />
&#8220;Tak, prawd? mówisz, przypominam sobie&#8230;<br />
Jak?e to wszystko z g?owy mi wypad?o!<br />
Biegn? &#8211; nie, stójmy &#8211; albo, wiem, co zrobi?&#8230;&#8221;<br />
Stan??a, milczy, przymkniona powieka,<br />
Czo?o pochy?e, w którym si? przebija<br />
Jaka? my?l, jeszcze ciemna i daleka,<br />
W niepewnych rysach oka?e si?, mija<br />
I znowu wschodzi, ca?? twarz obleka&#8230;<br />
Dojrzewa zamiar, staje si? wyrokiem&#8230;<br />
Ju? umy?li?a, post?pi?a krokiem.</strong></p>
<p><strong>&#8220;Tak jest, raz jeszcze id? budzi? m??a&#8230;<br />
Wojsko niech zaraz w drog? si? wybiera!<br />
Ty, giermku, rozka? osiod?a? hestera<br />
I wynie?? reszt? pa?skiego or??a!<br />
Wszystko to ma by? natychmiast gotowe!<br />
Przykazuj? wam imieniem ksi???cia,<br />
Odpowied?, starcze, wk?adam na tw? g?ow?.<br />
Jaki cel, k?dy mierz? przedsi?wzi?cia,<br />
Nie gada?, ani pyta? do poranku!<br />
Id?cie i pana czekajcie na ganku!&#8221;</strong></p>
<p><strong>Wybieg?a, drzwiczki za sob? zatrzas?a.<br />
Wybiega Rymwid, a my?li po drodze:<br />
&#8220;Gdzie id?? po co? Wszak wojska i wodze<br />
Ju? zgromadzone, ju? wydane has?a!&#8221;<br />
Odetchn?? tedy, zwolni? nieco kroku,<br />
Stan?? z nagi?tym ku ziemi obliczem<br />
I, my?l?c d?ugo, nie my?la? o niczem,<br />
Bo w mnogich zdarze? i wnioskach nat?oku<br />
My?li samopas pl?cz? si? bezw?adnie,<br />
Ani ich rozum znu?ony ow?adnie.</strong></p>
<p><strong>&#8220;Pró?no tu czekam. Ju? bliski poranek -<br />
Wkrótce si? ca?a zagadka rozwi??e.<br />
Musze z nim mówi?, ?pi, czy nie ?pi ksi???&#8221;.<br />
Wi?c st?pa? prosto na pa?acu ganek.<br />
A wtem si? z lekka rozwar?y podwoje -<br />
Litawor wyszed? sam jeden do sieni.<br />
Szat? mia?, w jak? stroi si? na boje,<br />
Ca?? od sutej b?yszcz?c? czerwieni;<br />
G?ow? pod he?mem, piersi miasto zbroje<br />
Pancerz obwija? z ?elaznych pier?cieni,<br />
W lewicy tarcz? mniejszego ob??ku,<br />
A pas od miecza na prawym niós? r?ku.</strong></p>
<p><strong>Gniewem lub trosk? zda? si? ko?atany,<br />
Nierównym st?pa? i niepewnym krokiem;<br />
Gdy si? zbli?y?y rycerze i pany,<br />
Uczci? ?askawym nie raczy? ich okiem.<br />
Dr??cy z r?k giermka wzi?? ?uk i ko?czany,<br />
Miecz nawet zwiesi? ponad prawy bokiem,<br />
A chocia? wszyscy omy?k? widzieli.<br />
Przestrzega? pana nikt si? nie o?mieli.</strong></p>
<p><strong>Ju? zst?pi? z ganku, ju? chor?giew z?ota,<br />
Wzniesiona, pocznie na dzie? krwawy ?wita? -<br />
Ju? dosiad? konia, ju? przyboczna rota<br />
Mia?a go wrzaskiem i tr?bami wita? -<br />
Lecz da? znak r?k?, aby zamkn?? wrota,<br />
Jecha? w milczeniu i o nic nie pyta?,<br />
A pacholiki i nadworne s?ugi<br />
A? za most wywiód? na dziedziniec drugi.</strong></p>
<p><strong>St?d nie go?ci?cem pu?cili rumaki,<br />
Ale, na pewno skr?caj?c si? do?em,<br />
Przepadli mi?dzy kurhany i krzaki,<br />
Znowu ku drodze nawracaj?c ko?em.<br />
W?wóz ciemnymi wiedzie ich zatoki,<br />
|cienione coraz rozsuwaj? boki.</strong></p>
<p><strong>Jest od przykopów miejskich tak daleka,<br />
Jako niemieckiej broni grzmot doniesie,<br />
Ma?a, zaledwie znana komu rzeka,<br />
W?skim korytem b??dz?ca po lesie;<br />
Ku drodze jednak coraz szerzej ?cieka,<br />
Gubi?c si? w wielkim jeziora okresie;<br />
Puszcza okrywa z boków jej zwierciad?a,<br />
A z przodu góra wynios?a usiad?a.</strong></p>
<p><strong>Tam, gdy litewskie wymkn??y si? roty,<br />
Ujrz? ?ród góry przy blasku ksi??yca<br />
Zbroje, chor?gwie, szyszaki i groty.<br />
B?syn??o, zagrzmi na has?o rusznica;<br />
Sypi? si? m??e, ?ciskaj? si? roty,<br />
Murem krzy?acka stan??a konnica.</strong></p>
<p><strong>Tak w noc miesi?czn? wygl?daj? ?wietnie<br />
Na czole Ponar zasadzone bory,<br />
Gdy z nich oskubie wicher szaty letnie,<br />
A rosa, jasne wieszaj?c bisiory,<br />
Nagle si? mrozem w szron per?owy zetnie;<br />
B??dnym przechodniom zdaj? si? u wnij?cia<br />
Lasy ze srebra, a z kryszta?u li?cia.</strong></p>
<p><strong>Ten widok gniewny w ksi???ciu poduszcza.<br />
Skoczy? z wynios?ym nad g?ow? ?elazem -<br />
Wali si? zbrojna w ?lady jego t?uszcza,<br />
Ale si? wodze dziwi?, ?e tym razem<br />
Wojsko bez sprawy ladajako puszcza,<br />
Ani ich zwyk?ym ostrze?e rozkazem,<br />
K?dy sam my?li na czele ugodzi?,<br />
A jakie skrzyd?a odda im przywodzi?.</strong></p>
<p><strong>Wi?c Rymwid, pa?sk? zast?puj?c wol?,<br />
Obiega hufy, szykuje ?ród drogi,<br />
Wkl?s?e ku górze ?ciskaj?c pó?kole,<br />
Pancernych w ?rodek, ?uczników na rogi:<br />
Tak zawsze Litwa zwyk?a stawi? pole.<br />
Warkn??y struny, ?wisn??a strza? chmura&#8230;<br />
&#8220;Jezus! Marya! Naprzód! Hop hop, ura!&#8221;</strong></p>
<p><strong>Dopiero?, drzewca u?o?ywszy w toku,<br />
Zerw? si? bli?ej &#8211; pier? na pier? uderzy&#8230;<br />
Zacó? wydar?a potomnemu oku<br />
Noc i zwyci?stwa i kl?ski rycerzy?<br />
Swoi i cudzy zmieszani w nat?oku -<br />
Zewsz?d szcz?k razów, wrzask, chrz?sty pancerzy, -<br />
Pryskaj? bronie, lec? he?my, g?owy -<br />
Co miecz oszcz?dza, druzgoc? podkowy.</strong></p>
<p><strong>Ksi???, jak skoczy?, tak goni na czele,<br />
Ani si? jeden mi?dzy t?umem boi;<br />
Znaj? czerwony p?aszcz nieprzyjaciele,<br />
Poznali god?a na he?mie i zbroi:<br />
Cofa si?, walcz?c, nie?mia?a gromada -<br />
Zwyci?zca p?dzi i na karki wsiada.</strong></p>
<p><strong>Lecz który? z bogów si?? w nim os?abi??<br />
Có? st?d, ?e zbieg?ych natarczywie goni?<br />
Có? st?d, ?e bije? &#8211; Nikogo nie zabi?!<br />
Bezw?adna szabla po pancerzach dzwoni,<br />
Albo si? zwija, odbita ?elazem,<br />
Albo uchybia, albo idzie p?azem.</strong></p>
<p><strong>Czuj?c Krzy?acy tak s?abe natarcie,<br />
Odzyszcz? serce; z okropnym ha?asem<br />
Nawróc? czo?a, potkn? si? za?arcie<br />
I g?stych w?óczni otocz? go lasem;<br />
Czy przel?kniony, czy spl?tany w t?umie,<br />
Bra? ich na szable i tarcze nie umie.</strong></p>
<p><strong>Trudno mu by?o ca?? unie?? szyj?:<br />
Krzy?actwo zewsz?d kole, strzela, siecze;<br />
Wtem huf litewski nawa?? rozbije,<br />
Bior?c go mi?dzy puklerze i miecze:<br />
Ten s?abe razy swoimi poprawia,<br />
A ten od cudzych razów go zastawia.</strong></p>
<p><strong>Ju? noc pierzcha?a, ju? ró?ane w?osy<br />
Zorza na wschodnim roztacza ob?oki -<br />
Bitwa wre dot?d, ?lepe lec? ciosy,<br />
Ni w ty?, ni naprzód nie ruszono kroku,<br />
A bóg zwyci?stwa, przysz?e wa??c losy,<br />
Równy krwi ci??ar st?d i zow?d bierze,<br />
I szala dot?d w równej stoi mierze.</strong></p>
<p><strong>Tak ojciec Niemen, mnogich piastun ?odzi,<br />
Gdy Rumszyskiego napotka olbrzyma,<br />
Wko?o go mokrym ramieniem obchodzi,<br />
Dnem podkopuje, pier? gór? wydyma;<br />
Ten, natarczywej bior?c si? powodzi,<br />
Na twardych barkach gwa?t jej dot?d trzyma,<br />
Ani si? ruszy ska?a, w piasek wryta,<br />
Ani jej rzeka ust?pi koryta.</strong></p>
<p><strong>Krzy?actwo, d?ugiej niecierpliwe bitwy,<br />
Na wierzchu góry stoj?cy odwodem, Ostatni hufiec<br />
p?dz? w ?rodek Litwy:<br />
Komtur ich wiedzie, sam uderza przodem,<br />
A zmordowanych d?ugimi gonitwy<br />
Gdy napar? ?wie?ym i dzielnym narodem,<br />
?ami? si? szyki, krzy?actwo zwyci??a.<br />
Wtem z góry zagrzmia? straszliwy g?os m??a&#8230;</strong></p>
<p><strong>Ku niemu wszystkich podnosz? si? oczy:<br />
Stoi na koniu, a, jako rozwiod?a<br />
Szeroko cienie stercz?cych warkoczy<br />
Na ?nie?nej górze wybuja?a jod?a,<br />
Tak go szeroki p?aszcz doko?a mroczy -<br />
Czarny p?aszcz, czarny ko? i he?m i god?a.<br />
Trzykro? zawo?a?, zlecia? nakszta?t gromu,<br />
Nie wiedzie?, za kim, albo przeciw komu.</strong></p>
<p><strong>Dobiega Niemców mi?dzy t?umem tonie.<br />
Bitwy nie ujrzysz, ale zgie?k i j?ki<br />
Daj? odgadn?? w jakiej walka stronie<br />
I jak straszliwy piorun jego r?ki:<br />
Tam szyszak zniknie, ówdzie sztandar padnie&#8230;<br />
T?oczy si? hufiec, miesza si? bezw?adnie.</strong></p>
<p><strong>Jako, le?nicy gdy sosny lub d?by<br />
Siek? wzd?u? puszczy, s?ycha? ?oskot w dali,<br />
J?cz? topory, chroboc? pi? z?by,<br />
Kiedy niekiedy wierzcho?ek si? zwali,<br />
Nakoniec, mi?dzy wyci?tymi zr?by,<br />
Ujrzysz i m??ów i b?yskanie stali -<br />
Takie wysiek?szy ?rodkiem Niemców ?omy,<br />
Dar? si? ku Litwie rycerz nieznajomy.</strong></p>
<p><strong>|pieszaj, rycerzu, o?ywi? duch m?ski,<br />
Krzepi? s?abn?cych! Spieszaj, jeszcze pora!<br />
Litwini bliscy ostatecznej kl?ski:<br />
Dzid i puklerzów warowna zapora<br />
Ju? roz?amana, sam komtur zwyci?ski<br />
Po ca?ym polu szuka Litawora:<br />
On si? nie kryje &#8211; oba konie bod?,<br />
Wkrótce ?miertelny pojedynek zwiod?.</strong></p>
<p><strong>Litawor szabl? wynosi do ci?cia,<br />
Komtur da? ognia z piorunowej broni&#8230;<br />
Zadr?? Litwini, pojrz? na ksi???cia -<br />
Niestety, szabla wypad?a mu z d?oni,<br />
Cugle z s?abego wyciek?y uj?cia;<br />
Ju? pod szyszakiem nie dotrzyma skroni,<br />
Sp?ywaj?c z siod?a, ju? si? bokiem chyli,<br />
Kiedy mu swoi na pomoc skoczyli.</strong></p>
<p><strong>J?kn?? m?? czarny, a &#8211; jak czarna chmura,<br />
Rykn?wszy, b?y?nie piorunowym gradem -<br />
Z tak? szybko?ci? leci na komtura.<br />
Zaledwie pierwszym zwarli si? napadem,<br />
Pojrze? &#8211; ali?ci komtur ju? pod koniem,<br />
A rycerz bie?y i tratuje po nim!</strong></p>
<p><strong>Gdzie obskoczy?y ksi???cia dworzany,<br />
Przybiega, chwyta, rwie pancerza w?z?y,<br />
Ostro?nie zdziera blach zafarbowany,<br />
Wy?ledza postrza?, g??boko ugrz?z?y.<br />
Wtem krew na nowo wytrysn??a z rany -<br />
Ból zemdlonego do zmys?ów przywo?a;<br />
Otwiera oczy, spoziera doko?a<br />
I znowu wciska na oczy przy?bic?;<br />
Z gniewem ?o?nierze i s?ugi odpycha,<br />
A Rymwidowi ?ciskaj?c prawic?:<br />
&#8220;Ju? jest po wszystkim, starcze &#8211; mówi z cicha -<br />
precz mi od piersi, szanuj tajemnic?!<br />
Ratunek pró?ny, wkrótce umrze? musz?&#8230;<br />
Wie?cie do zamku, tam wyzion? dusz?!&#8221;<br />
Rymwid szerokie oczy w nim utopi? -<br />
Ledwie ?mie wierzy?, od zmys?ów odchodzi,<br />
Upuszcza r?k?, któr? ?zami kropi?,<br />
Dreszcz ko?ci wstrz?sa, pot mu czo?o ch?odzi.<br />
Teraz poznaje g?os, nieznany wczora -<br />
Niestety, nie by? to g?os Litawora!</strong></p>
<p><strong>Tymczasem rycerz upuszczone wodze<br />
Starcowi wr?czy?, sam do pana skoczy? -<br />
Rumaki ka?e nawróci? ku drodze,<br />
Chwiej?cego si? ramieniem otoczy?,<br />
Sk?ada na piersiach, krew d?oni? zaciska -<br />
Da? znak, samotrze? p?dz? z bojowiska.</strong></p>
<p><strong>I zbli?aj? si? pod okopy grodu.<br />
Zaszli im drog? ciekawi mieszka?ce;<br />
Ci, bod?c konie, przez t?umy narodu<br />
W milczeniu ?piesz? na zamkowe sza?ce,<br />
A skoro wpadli, uchylono zwodu.<br />
Rycerz stra?nikom przykazuje srogo,<br />
Ni tam, ni za si? nie puszcza? nikogo.<br />
Wnet z reszt? hufców ci?gn? bojo</strong></p>
<p class="MsoNormal"><strong><span style="font-size: 11pt; color: navy"> </span></strong></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.bajkiopowiadania.com/2006/01/23/grazyna-adam-mickiewicz/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Pierwszy krok w chmurach &#8211; Marek H?asko</title>
		<link>http://www.bajkiopowiadania.com/2006/01/20/pierwszy-krok-w-chmurach-marek-hlasko/</link>
		<comments>http://www.bajkiopowiadania.com/2006/01/20/pierwszy-krok-w-chmurach-marek-hlasko/#comments</comments>
		<pubDate>Fri, 20 Jan 2006 12:18:22 +0000</pubDate>
		<dc:creator>bajkiopowiadania</dc:creator>
				<category><![CDATA[Lektury i literatura szkolna]]></category>
		<category><![CDATA[Opowiadania]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.bajkiopowiadania.com/opowiadania/pierwszy-krok-w-chmurach-marek-hlasko/</guid>
		<description><![CDATA[ 
Pierwszy krok w chmurach

W sobot? centrum miasto wygl?da tak samo jak w ka?dy inny dzie? tygodnia. Jest tylko wi?cej pijanych; w knajpach i barach, autobusach i bramach &#8211; wsz?dzie unosi si? zapach przetrawionego alkoholu. W sobot? miasto traci swoj? pracowit? twarz &#8211; w sobot? miasto ma pijan? mord?. Natomiast w centrum miasta, w sobot?
nie [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p class="MsoNormal"><strong><span style="font-size: 10pt"> </span></strong></p>
<p align="center" style="text-align: center"><strong><u><span style="color: #66ccff">Pierwszy krok w chmurach</span></u></strong><strong><span style="color: #66ccff" /></strong></p>
<p><strong><span style="font-size: 10pt" /></strong></p>
<p><strong>W sobot? centrum miasto wygl?da tak samo jak w ka?dy inny dzie? tygodnia. Jest tylko wi?cej pijanych; w knajpach i barach, autobusach i bramach &#8211; wsz?dzie unosi si? zapach przetrawionego alkoholu. W sobot? miasto traci swoj? pracowit? twarz &#8211; w sobot? miasto ma pijan? mord?. Natomiast w centrum miasta, w sobot?<br />
nie ma ludzi, którzy lubi? obserwowa? ?ycie: sta? w bramach, w?óczy? si? po ulicach, siedzie? na ?awce w parku godzinami i tylko po to, aby za lat dwadzie?cia móc sobie przypomnie?, ?e tego to a tego dnia widzia?o si? mniej lub bardziej dziwny traf ?yciowy.<br />
Tak jak wys?a?cy chadzaj? jeszcze podczas okupacji w czerwonych czapkach, tak jak handluj?cy suchym piaskiem, jak podwórzowi ?piewacy o przepitych tenorach &#8211; centrum miasta wymarli obecnie obiektywni obserwatorzy ?ycia.<br />
Obserwatorów mo?na spotka? jedynie na przedmie?ciu. ?ycie przedmie?cia zawsze by?o i jest bardziej zag?szczone; na przedmie?ciu w ka?d? sobot?, kiedy jest pogoda, ludzie wynosz? krzes?a przed domy; odwracaj? si? ty?em i usiad?szy okrakiem, obserwuj? ?ycie. Upór obserwatorów nosi czasem znamiona generalnego ob??du: czasem siedz? w ten sposób przez ca?e ?ycie i nie widz? nic oprócz twarzy obserwatora z przeciwka. Potem umieraj? z g??bokim ?alem do ?wiata, z rzekonaniem o jego szarzy?nie i nudzie, gdy? rzadko kiedy przyjdzie im namy?l, ?e mo?na podnie?? si? i pój?? na s?siedni? ulic?. Obserwatorzy ?ycia na staro?? staj? si? niespokojni. Miotaj? si?, patrz? na zegarki; jest to jeden ze ?miesznych nawyków starych ludzi &#8211; pragn? ratowa? czas. W pewnym okresie chciwo?? ?ycia i wra?e? staje si? u nich silniejsza ni? u dwudziestolatków. Du?o gadaj?, du?o my?l?: uczucia ich s? dzikie i t?pe zarazem. Potem gasn? szybko i spokojnie. Umieraj?c wmawiaj? wszystkim, ?e ?yli szeroko. Impotenci chwal? si? sukcesami u kobiet, tchórze &#8211; bohaterstwem, kretyni &#8211; m?dro?ci? ?ycia.</p>
<p>Pan Gienek &#8211; z zawodu malarz pokojowy &#8211; od czterdziestu lat mieszka? na Marymoncie i od tylu? lat obserwowa? ?ycie swej dzielnicy. Owej soboty pan Gienek tak?e siedzia? przed swoim domem w ogródku i bezmy?lnie patrzy? w ulic?. Od czasu do czasu spluwa? i oblizywa? spieczone wargi; wygasaj?cy dzie? by? upalny i dr?cz?cy. Pan Gienek by? rozdra?niony: nie zdarzy?o si? nic ciekawego w dniu dzisiejszym, nikt nie z?ama? r?ki, nikt nikogo nie pobi? i pana Gienka ssa?o uczucie pustki i nudy &#8211; kopn?? psa, który nawin?? mu si? po nog? i ponuro ziewaj?c patrzy? na ulic?. By?a pusta, przeje?d?aj?ce z rzadka samochody podnosi?y tumany rozparzonego piasku. Kiedy straci? ju? ca?a nadziej? na ujrzenie kawa?ka ?ycia, uczu?, ?e kto? tr?ca go w rami?. Podniós? oczy i zobaczy? swego s?siada, Maliszewskiego.<br />
- Chod? pan &#8211; powiedzia? Maliszewski.<br />
- Gdzie?<br />
- Niedaleko<br />
- Po co?<br />
- Chcesz pan co? zobaczy?? &#8211; powiedzia? Maliszewski.<br />
By? to niski cz?owiek dobrodusznej twarzy i chytrych oczkach. Ruchy jego &#8211; mimo pozornej oci??a?o?ci &#8211; by?y szybkie i zwinne jak ruchy m?odego kota.<br />
- Co jest? &#8211; zapyta? pan Gienek; ziewn?? by? zm?czony upa?em.<br />
- Ch?opak? &#8211; powiedzia? Maliszewski<br />
- I co z tego?<br />
- Satyra &#8211; powiedzia? Maliszewski &#8211; On jest z dziewczyn?. Ju? pan rozumiesz?<br />
- Jasne &#8211; rzek? pan Gienek. Podniós? si?; w serce jego wst?pi?a nadzieja.<br />
Zapyta? z o?ywieniem: &#8211; ?adna?<br />
- I ?adna i m?oda &#8211; rzek? Maliszewski. &#8211; Mówi? panu, dobra robota tam chodzi. &#8211; Nagle zniecierpliwi? si?: &#8211; Idziesz pan czy nie? &#8211; zapyta?.<br />
- Nic z tego nie b?dzie &#8211; powiedzia? pan Gienek &#8211; Zanim my tam dojdziemy ,to oni sko?cz?. Mówi? panu, ?e nic z tego nie b?dzie.<br />
- Oni nie maj? po pi??dziesi?tce tak jak pan &#8211; powiedzia? Maliszewski. &#8211; Mog? bardzo d?ugo bawi? si? w ten sposób. Ja jak by?em m?ody, tote? mog?em si? w ten sposób bawi? godzinami. Naprawd? tak by?o. Wst?pimy po mojego szwagra i podskoczymy tam, chce pan? On ju? wróci? z roboty i ch?tnie pójdzie z nami. O, patrz pan, ju? idzie!<br />
Rzeczywi?cie, ulic? szed? m?ody, t?gi m??czyzna. R?kawy koszuli mia?<br />
podwini?te, w z?bach trzyma? trawk?. Oczy jego by?y senne i drwi?ce, powieki &#8211; ci??kie.<br />
- Heniek &#8211; zawo?a? Maliszewski &#8211; pozwól tu na chwilk?!<br />
Heniek zbli?y? si? i opar? o p?ot. Czo?o jego by?o mokre od potu.<br />
- Cze?? powiedzia?. &#8211; Co u pana, panie Gienku?<br />
- Heniek &#8211; powiedzia? Maliszewski &#8211; chod? z nami.<br />
- Gor?co &#8211; powiedzia? Heniek; obliza? wargi i westchn??: &#8211; Nie ma czym<br />
oddycha?. W taki upa? nawet ?wi?temu by nie stan??. Gdzie chcecie skoczy??<br />
- By?em na dzia?ce &#8211; rzek? Maliszewski. &#8211; Widzia?em ch?opaka z dziewczyn?.<br />
- Szmata? &#8211; zapyta? Heniek. Wyplu? trawk?, potem zerwa? now? i przygryz? j? mocnymi z?bami.<br />
- Sk?d &#8211; powiedzia? Maliszewski. &#8211; Mówi? ci: m?oda i ?adna.<br />
- Mo?emy podskoczy? &#8211; powiedzia? Heniek. &#8211; Ty mnie znasz: ja lubi?<br />
popatrzy? na ?ycie. Je?li dziewczyna b?dzie brzydka &#8211; zwróci? si? do Maliszewskiego &#8211; to ty co? dzisiaj postawisz.<br />
Ruszyli i szli szybko w?ród dzia?kowych ogródków. Ludzie przychodzili tu po pracy, aby dogl?da? swych kartofli, pomidorów i marchwi. Teraz jednak by?o pusto: parny, dr?twy dzie? zm?czy? wszystkich &#8211; ludzie siedzieli w domu.<br />
- Duszno &#8211; powiedzia? Heniek. &#8211; Ja nic nie mog? robi? w taki dzie?.<br />
G?owa mnie boli ca?y czas.<br />
- Tamtym te? chyba gor?co &#8211; powiedzia? pan Gienek.<br />
- My?l? &#8211; rzek? Maliszewski. &#8211; My ich och?odzimy. Tak, Heniek?<br />
- W zesz?ym roku &#8211; powiedzia? Heniek &#8211; tutaj te? przychodzi? taki jeden go?? z dziewczyn?. Ca?e lato tu przychodzili.<br />
- I co?<br />
- Nic. Pewnie nie mieli mieszkania.<br />
- Pobrali si?? &#8211; zapyta? z wysi?kiem Gienek; marzy? o szklance zimnego,<br />
gorzkawego piwa.<br />
- Nie wiem. Mo?e i tak, ?e si? pobrali. Te? by?a ?adna dziewczyna.<br />
- Blondynka? &#8211; zapyta? znów Gienek; nic a nic go to nie obchodzi?o.<br />
W dalszym ci?gu czu? dr?cz?c? pustk? i niesmak.<br />
- Brunetka &#8211; rzek? Heniek. Pami?tam jak dzi?. Ten facet by? blondyn. Nie<br />
mog?em zrozumie?, dlaczego taka ?adna dziewczyna chodzi z takim ?achudr?.<br />
- Nie wiem &#8211; mrukn?? pan Gienek. Splun?? g?st? ?lin?. By? z?y na He?ka:<br />
przypomnia? mu, ?e on sam ma brzydk? i do?? g?upi? ?on?. Powiedzia?: &#8211; pewnie jaka? szmata.<br />
- Mo?e?&#8230; Teraz cicho &#8211; rzek? Maliszewski. Poszed? przodem, oni szli za nim wolno, staraj?c si? nie robi? ha?asu. By?o ju? szarawo: s?o?ce uciek?o, na trawie k?ad?y si? b??kitnawe cienie. Maliszewski w pewnym momencie odwróci? g?ow? i zawo?a? cicho &#8211; Chod?cie!<br />
Podeszli na palcach kilka kroków i zobaczyli ch?opaka z dziewczyn?. Le?eli obok siebie. Dziewczyna opar?a swoj? g?ow? o rami? ch?opaka i przytuli?a si? do niego ca?ym cia?em. Le?eli zm?czeni mi?o?ci? i upa?em, byli m?odzi i ?adni oboje &#8211; jedno ciemne, drugie jasne. Sukienka dziewczyny by?a uniesiona; mia?a d?ugie, mocne br?zowe nogi.<br />
- ?adna &#8211; rzek? Heniek. &#8211; Bardzo ?adna.<br />
- Mówi?em &#8211; powiedzia? szeptem Maliszewski.<br />
Stali w milczeniu: pan Gienek znów obliza? wargi i pomy?la? o swojej ?onie z dreszczem nag?ego wstr?tu. Maliszewski u?miechn?? si? g?upkowato. Heniek jeszcze bardziej opu?ci? ci??kie powieki i post?powa? z nogi na nog?. Nagle zapyta? z rozdra?nieniem:<br />
- Robimy co??<br />
- Ty &#8211; powiedzia? Maliszewski &#8211; Zrób im co? takiego, ?eby si? nie pozbierali ze ?miechu do ko?ca ?ycia. Ty to mo?esz zrobi?, Heniek<br />
- Heniu? &#8211; powiedzia? pan Gienek &#8211; najlepiej ich nastraszy?. &#8211; Przytakn??<br />
palcami i powtórzy?: &#8211; Ona jest strasznie ?adna. Ju? dawno nie widzia?em takiej lalki. Jeszcze dziecko. Nie powinni tego robi?. &#8211; Nagle zniecierpliwi? si? i rzek? do He?ka:<br />
- Zrób im pan co, bo jak nie, to ja im bomb? zasun?.<br />
- Czekaj pan &#8211; powiedzia? Heniek. &#8211; To ju? lepiej ja.<br />
Patrzy? przez chwil? na br?zowe uda dziewczyny i na twarzy jego malowa?a si? m?ka. Potem wyszed? zza drzewa i stan?? przed m?odymi. Zmru?ywszy oczy, rzek?:<br />
- W tat? i mam? si? bawicie? Smacznego!<br />
Maliszewski i pan Gienek wybuchn?li ?miechem. Ch?opak zerwa? si? na nogi i wyj?ka?:<br />
-    Czego pan chce?<br />
- Niczego &#8211; powiedzia? bardzo wolno Heniek. Stan?? przed ch?opakiem i ko?ysa? si? na nogach. Gryz? w dalszym ci?gu trawk? i spluwa? zielonkaw? ?lin?. Potem powiedzia?:<br />
- Uwa?aj, jak jedziesz kochany. To ci przyszed?em powiedzie?. Zawsze<br />
uwa?aj, jak jedziesz.<br />
Maliszewski wyszed? zza drzewa i stan?? obok He?ka.<br />
- ?adna dziewczyna &#8211; powiedzia? patrz?c na ni? burymi oczkami &#8211; Ja bym sam chcia? tak? pozna?. Mo?e si? zapoznamy, prosz? pani?.<br />
- Idiota &#8211; powiedzia?a dziewczyna. Stan??a za ch?opakiem; by?a czerwona i zdenerwowana; pan Gienek patrzy?, jak dr?? jej szczup?e plecy i raz jeszcze pomy?la? ze wstr?tem o swojej brzydkiej, grubej i nieforemnej ?onie.<br />
- Ty, ty, szmata &#8211; powiedzia? Maliszewski; oczy nabieg?y mu krwi? ze<br />
w?ciek?o?ci. Rzek? szybko, jakby si? dusz?c: &#8211; Ty jeste? zwyczajna kurwa, rozumiesz? Ja mam córk? starsz? od ciebie , ty kurewko.<br />
- Niech pan st?d odejdzie &#8211; powiedzia? ch?opak, b?agalnie patrz?c im w oczy. &#8211; Ja pana prosz?, niech pan stad odejdzie. My?my panu niczego nie zrobili. Ja pana strasznie prosz?.<br />
- Kogo ty prosisz, Janek? &#8211; powiedzia?a dziewczyna. &#8211; Tego starego durnia?<br />
- Zamknij swojej pani mord? &#8211; powiedzia? Heniek &#8211; bo inaczej ja jej zamkn?. I sam te? nie pajacuj. Mowie ci, zamknij jej mord?.<br />
- Sam masz mord? &#8211; powiedzia?a dziewczyna. Patrzy?a na niego z pogard?. By?a nieprzytomna ze zdenerwowania, lecz usi?owa?a si? roze?mia? szyderczo &#8211; Bydlak &#8211; powiedzia?a i wybuchn??a p?aczem.<br />
- Ej, ty &#8211; powiedzia? Heniek i szarpn?? j? za r?k?. &#8211; Komu ty wymy?lasz?<br />
Przychodzisz si? tutaj puszcza? i jeszcze co? mówisz?<br />
Ch?opak szarpn?? si?; uderzy? He?ka w twarz &#8211; raz i drugi. Sta?o si? to tak szybko, ?e Heniek zd??y? tylko zamruga? oczami. Lecz w nast?pnej chwili z?apa? ch?opaka za w?osy i trzasn?? twarz? w swoje kolano. Potem uderzy? go pi??ci? w usta i rzuci? na ziemi?.<br />
- Dosy?, prosz? klienta? &#8211; zapyta?. &#8211; Jak nie dosy?, to ja mog? klienta obs?u?y? dodatkowo. Taryfa ulgowa; tu jest bardzo mi?y cmentarz. &#8211; I wybuchn?? stekiem najplugawszych obelg. Zamkn?? oczy, lecz ci?gle widzia? br?zowe, d?ugie nogi dziewczyny.<br />
- Chod?, Janek &#8211; powiedzia?a dziewczyna. Otar?a ch?opakowi twarz z krwi. Rzek?a do nich:<br />
- Policzymy si? jeszcze. &#8211; I kiedy odeszli ju? par? kroków, krzykn??a<br />
histerycznie:<br />
- Jeste?cie stare szmaty nie m??czy?ni!<br />
Wracali do domu. Znów szli w?ród ogródków dzia?kowych.<br />
- Parno &#8211; powiedzia? Heniek. &#8211; Prawdopodobnie, ?e b?dzie pada?. &#8211; Westchn?? i rzek?: &#8211; To by?a ?adna dziewczyna. Dlaczego jej powiedzia?e?, ?e jest kurw??<br />
Przecie? jej nie znasz. Sk?d mog?e? wiedzie??<br />
- Ja przecie? nie powiedzia?em, ?e ona jest taka &#8211; rzek? Maliszewski. &#8211; To ty powiedzia?e?.<br />
- Ja?<br />
- Ty.<br />
- Nie wyg?upiaj si?. Ja jej wcale nie zna?em.<br />
- Ja j? zna?em &#8211; powiedzia? Maliszewski. &#8211; Ja ju? ich tutaj widzia?em nie<br />
pierwszy raz. Oni si? bardzo kochaj?.<br />
- Co b?dzie dalej? &#8211; zapyta? pan Gienek.<br />
- Nie wiem, co b?dzie dalej. Ale wiem, ?e oni z sob? chodz?. I wiem ,?e oni dzisiaj pierwszy raz z sob?.<br />
- Sk?d? &#8211; zapyta? leniwie pan Gienek.<br />
- S?ysza?em, jak j? prosi?. I on si? ba?, i ona si? ba?a. S?ysza?em, jak si?<br />
namawiali. Bali si? dziecka, tak mówili. Ale chyba bardziej siebie.<br />
- Tak zawsze bywa ten pierwszy raz &#8211; powiedzia? Heniek. &#8211; Ja si? te? ba?em.<br />
- Ka?dy si? ba? tego pierwszego razu &#8211; powiedzia? Maliszewski. &#8211; Ale po co ty go zaprawi?e??<br />
- Sam chcia?e?.<br />
- Nie wiedzia?em, ?e to tak wyjdzie. On do niej tak dziwnie mówi?&#8230;<br />
- Jak?<br />
- Nie pami?tam.<br />
- Chmurzy si? i powiedzia? pan Gienek.<br />
- On w?a?nie cos mówi? o chmurach &#8211; powiedzia? Maliszewski. &#8211; Jaki? wiersz. Mówi? wam, oni si? kochaj?.<br />
- Ju? teraz nie b?d? si? kocha? &#8211; powiedzia? Gienek. &#8211; B?d? siebie mieli dosy? na zawsze. Po takim czy?? nie b?d? mogli patrze? na siebie. Niepotrzebnie to wszystko wysz?o.<br />
- Ja ju? wiem &#8211; powiedzia? Maliszewski &#8211; Przypomnia?o mi si?. On tak jej mówi?, ?e jak on j? tego, to b?dzie ich pierwszy krok w chmury. On tak jej mówi?, tylko, ?e do wiersza. A ona tylko: &#8220;Boj? si?. Boj? si?.&#8221; i p?aka?a.<br />
- Mo?e si? ba? bólu?<br />
- Nie my?l? &#8211; rzek? Maliszewski &#8211; Nie my?l?, ?eby si? ba?a bólu. To przychodzi potem. ?ycie, inni ludzie, plotka. Ale ten pierwszy raz, to naprawd? jest w chmurach. Zakochani niczego nie widz?.<br />
- My te?? &#8211; zapyta? Heniek.<br />
- Oni teraz ju? nie b?d? si? kocha? &#8211; powiedzia? pan Gienek. &#8211; Ja sam wiem, ?e jakby mnie co? takiego spotka?o, to bym ju? potem nie kocha? dziewczyny. Zmarkotnia? nagle: znów ssa?a go pustka Wyszli z ogródków i znów szli ulic?.<br />
- Nie &#8211; powiedzia? Heniek. &#8211; Oni ju? teraz nie b?d? si? kocha?. Mnie te?<br />
spotka?o kiedy? co? takiego. I nie kocha?em ju? potem tej dziewczyny.<br />
- Ka?dego z nas spotka?o kiedy? co? takiego &#8211; powiedzia? Maliszewski. &#8211; Ale po co ty mu da?e? w jap??<br />
- On mnie pierwszy uderzy? &#8211; rzek? Heniek. &#8211; Zajdziemy na to piwo?<br />
- Mo?emy zaj??. Ta dziewczyna to ju? chyba nie przyjdzie.<br />
- Chyba nie &#8211; powiedzia? pan Gienek. &#8211; I za co pan j? tak nazwa?e??<br />
- Moj? dziewczyn? te? tak kto? kiedy? nazwa? &#8211; powiedzia? Maliszewski. &#8211; Jak Boga kocham, do dzi? nie wiem za co.<br />
- I nie kocha?e? si? pan ju? potem?<br />
- Nie &#8211; powiedzia? Maliszewski. Milcza?, potem rzek? z nag?? z?o?ci?: &#8211; Dajcie mi spokój, do cholery! Nie wierz? w ?adna mi?o??. Kobiecie swojej te? nie wierz?. Nikomu nie wierz?.<br />
- G?upia sprawa &#8211; powiedzia? Heniek. Spojrza? w niebo i powiedzia?: Chmurzy si?. To jak on tam mówi??<br />
- Zdaje si?, ?e krok w deszcz czy co? takiego &#8211; powiedzia? zm?czonym g?osem Maliszewski. &#8211; Chod?cie na to piwo&#8230; Albo o deszczu, albo o burzy&#8230; Nie pami?tam. Nie chc? niczego pami?ta?. Gdybym nie pami?ta?, nie by?oby tej ca?ej awantury.<br />
- B?dzie jutro deszcz &#8211; powiedzia? Heniek.<br />
- Zawsze w niedziel? pada deszcz &#8211; powiedzia? pan Gienek. Skrzywi? si?: raz jeszcze pomy?la? o swojej ohydnej ?onie, o ch?opaku, o dniu jutrzejszym, o ?licznej dziewczynie, o jej d?ugich, brunatnych nogach, o jej piersiach, o jej czerwonych, ?wie?ych ustach, o jej opalonym, silnym karku, o jej zielonych, przera?onych oczach i powtórzy? be?kotem, gdy? musia? co? powiedzie?: W niedziele zawsze pada deszcz&#8230;</strong></p>
<p class="MsoNormal"><strong><span style="font-size: 10pt"> </span></strong></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.bajkiopowiadania.com/2006/01/20/pierwszy-krok-w-chmurach-marek-hlasko/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Gloria Victis &#8211; Eliza Orzeszkowa</title>
		<link>http://www.bajkiopowiadania.com/2006/01/20/gloria-victis-eliza-orzeszkowa/</link>
		<comments>http://www.bajkiopowiadania.com/2006/01/20/gloria-victis-eliza-orzeszkowa/#comments</comments>
		<pubDate>Fri, 20 Jan 2006 12:13:45 +0000</pubDate>
		<dc:creator>bajkiopowiadania</dc:creator>
				<category><![CDATA[Lektury i literatura szkolna]]></category>
		<category><![CDATA[Opowiadania]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.bajkiopowiadania.com/opowiadania/gloria-victis-eliza-orzeszkowa/</guid>
		<description><![CDATA[Gloria Victis
    Lecia? wiatr ?wiatem, ciekawy, niespokojny, s?ucha? gwarze?, opowiada? wód, zbó?, kwiatów polnych, drzew przydro?nych i &#8211; szumia?. Szumia? o wszystkim, co widzia?, co s?ysza? na szerokim, wielkim, na przedziwnym ?wiecie, i lecia?, a? przylecia? do krainy w wody, trawy i drzewa bogatej, która nazywa si? Polesie litewskie.
Hej, przestworza wolne, przestworza [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p align="center"><strong><span style="color: teal">Gloria Victis</span></strong><strong><span style="color: teal" /></strong></p>
<p><strong><span style="font-size: 10pt">    Lecia? wiatr ?wiatem, ciekawy, niespokojny, s?ucha? gwarze?, opowiada? wód, zbó?, kwiatów polnych, drzew przydro?nych i &#8211; szumia?. Szumia? o wszystkim, co widzia?, co s?ysza? na szerokim, wielkim, na przedziwnym ?wiecie, i lecia?, a? przylecia? do krainy w wody, trawy i drzewa bogatej, która nazywa si? Polesie litewskie.<br />
Hej, przestworza wolne, przestworza roz?o?yste wiatrowi pr?dkiemu, na równinach, co skraje niebios doko?a podpieraj?, bez przeszkód, bez zas?on. Nie uderzy si? tu wiatr pr?dki o ?adn? gór? ani o ?aden pagórek, nie powstrzyma lotu jego ?adne wysokie miasto i chyba tylko las przed nim stanie z obliczem ciemnym i nad ??kami bezkresnymi, nad rozlanymi po nich wodami zaszepcze s?owo: tajemnica!<br />
Ale dla wiatru las tajemnic nie ma. S? to dwaj przyjaciele. Przenika wiatr le?ne g?stwiny od skraju do skraju i one mu wszystko, co widzia?y, s?ysza?y, opowiadaj?. Przenikaj? si? wzajemnie i w noce gwie?dziste, w d?onie od ?niegu bia?e, w wieczory jesienne od chmur pos?pne, od deszczu szemrz?ce wiod? ze sob? d?ugie przyjació? rozmowy.<br />
Lecia? tedy wiatr nad Polesiem, gdy letnie s?o?ce mia?o si? ku zachodowi i w blasku jego smó?ki na ??kach sta?y zarumienione jak zorze, a wody obleka?y si? w barwy t?czowe. Na wodach w szyby wieloramienne, w strugi leniwe rozlanych, ja?nia?y fiolek, purpura i z?oto, a nad nimi w powietrzu rozpo?ciera?a si? cisza b??kitna, g??boka.<br />
Wiatr ciszy nie m?ci?, albowiem nie by? z wiatrów takich, co grzmi? i hucz?, wstrz?saj? i obalaj?, ale z takich, co kochaj? ?wiat. Lata? po ?wiecie, a?eby zbiera? jego prawdy i ba?nie, minione dzieje, wyronione j?ki, echa staczanych walk, a?eby zbiera? py?ki jego nadziei, ?u?le jego ?alów, tony jego pie?ni i nie?? je w przestrze?, w dal, w czas, w pami?ci, w serca&#8230;<br />
Przelecia? wiatr pr?dki nad lakami rozleg?ymi, ?agodn? pieszczot? muskaj?c w locie rumiane smó?ki i czerwone szczawie, ?agodn? swawol? w drobne fale marszcz?c t?czowe wód powierzchnie, a? rozwin??a si? przed nim wst?ga wody wcale ni? tamte innej, cicho stoj?cej w korycie r?koma ludzkimi wy??obionym.<br />
Wiedzia? wiatr, co to za woda i jak si? nazywa. Przed po?ow? stulecia tu by? i wiedzia?, ?e jest to Kana? Królewski. Hej, hej, ten pasek wody bladob??kitnej, sennej, jaka? mu to przeszkoda!<br />
Zanim motyl zdo?a? wzbi? si? z przybrze?nej trawy na szczyt situ, u którego zwin?? do snu poz?acane skrzyd?a, wiatr przelecia? nad Królewskim Kana?em i oko w oko spotka? si? z roztoczonym jak wzrokiem si?gn??, wysokopiennym, cienistym, przezroczystym lasem. Odk?d tu by?, pó? stulecia up?yn??o, jednak pozna? przyjaciela.<br />
- Jak si? masz? &#8211; zadmucha? weso?o.<br />
Las w odpowied? zaszumia?:<br />
- Witaj, mi?y latawcze!<br />
I wlecia? wiatr do lasu uradowany, zwinny, przelatywa? w?ród ?wierków, brzóz, olch, d?bów, ramionami owijaj?c pnie starych przyjació? i skrzyd?ami na ich konarach sk?adaj?c poca?unki przywitalne.<br />
- Jak si? macie? &#8211; szemra? i szepta?. &#8211; Co?cie przez czas ten widzia?y, s?ysza?y? Co si? tu u was, doko?a was, dzia?o, stawa?o?<br />
A stare ?wierki, d?by, brzozy roz?o?yste, ramionami powiewaj?c, odpowiada?y:<br />
- Dzia?y si? tu i stawa?y rzeczy dziwne, rzeczy g?o?ne, dzwoni?ce, p?acz?ce, rozlegaj?ce si? krzykami, j?kami&#8230;<br />
- Co, co, co si? dzia?o? Jakie, jakie, jakie rzeczy? &#8211; z szybko?ci? niezmiern? szumia?, pyta? wiatr, gdy? po to tylko istnia?, aby dzieje ziemskie zbiera? i po ziemi je roznosi? albo nawet niekiedy pod samo niebo wznosi? i niebu pokazywa?.</span></strong></p>
<p><strong><span style="font-size: 10pt">Po lesie b??ka?y si? ?wiat?a zachodz?cego s?o?ca, w szerokie, z?ote pasy ubieraj?c pnie drzew starych, na mchach i paprociach migocz?c mnóstwem iskier, w rozkwit?ych ró?ach dzikich zapalaj?c rubinowe serca.<br />
Ró? dzikich, traw, paproci pe?n? by?a polana bardzo rozleg?a, wynios?ymi drzewami zewsz?d otoczona, na któr? wiatr wlecia? i wnet po niej uwija? si? pocz??, z szybko?ci? nadzwyczajn?, wznosz?c si? i opadaj?c, biadaj?c, szukaj?c, na ró?ne tony szumi?c:<br />
- Co si? tu dzia?o? Co si? tu, na tej polanie dzia?o? Co? osobliwego, co? niecodziennego dzia? si? tu musia?o: Czuj? krew! O! d?ugo, przed?ugo ziemia wydaje z siebie wo? krwi swych dzieci, ludzi! S?ysz? j?ki! O, d?ugo, przed?ugo powietrze trzyma pod obliczem nieba j?ki dzieci jego, ludzi! Tu by? bój jaki? i tu by?y zgony! Tu by?y rany, t?tenty koni, krzyki. Mówcie, drzewa kochane, opowiadajcie, mówcie!<br />
Drzewa milcza?y, tylko po ich ga??ziach przebieg? dreszcz lekki, krótki, jakby z zimna nag?ego powsta?y, co dziwnym by?o w ten ciep?y dzie? letni.<br />
A w?a?nie w tej chwili wiatr z gwa?towno?ci? u niego niezwyk??, z szumem nami?tnym zapytywa? pocz??:<br />
- A to? co? A to co jest takiego? Tego natura nie uczyni?a! To uczyni?y r?ce ludzkie! Tu nigdzie natura pagórków nie usypywa?a! Ten usypany jest przez ludzi! Kto? po co? dlaczego? A ten?e krzy?yk na pagórku, w?ród liliowych dzwonków, Bo?e, jak ma?y, prosty, biedny! &#8211; co znaczy? Mówcie, drzewa, o mówcie, b?agam!<br />
Wtedy d?b, wynios?y i silny, któremu k?pa zwisaj?cych w dó? ga??zi czyni?a brod? d?ug?, brzoza wysmuk?a i ca?a w d?ugich, ku ziemi opadaj?cych warkoczach, ?wierk wyprostowany, w he?mie z iglic? strzelist? na szczycie, odpowiedzieli chórem przyciszonym szumów:<br />
- To jest mogi?a!<br />
- Taka wielka, taka wielka, taka wielka mogi?a! &#8211; zadziwi? si? wiatr.<br />
Brzoza westchn??a:<br />
- A krzy?yk tak ma?y!<br />
A d?b zagada?:<br />
- ?pi w niej wiele serc m??nych, spalonych na o?tarzu&#8230;<br />
- Wiele serc, a krzy?yk jeden &#8211; zadziwi? si? znowu wiatr.<br />
A brzoza znowu westchn??a:<br />
- I taki ma?y, biedny!<br />
Wyprostowany ?wierk potrz?sn?? he?mem zdobnym w strzelist? iglic? i przemówi?:<br />
- Jam najwy?szy w tym lesie, najdalej widz?, wiem: s? na ziemi bohaterzy wie?czeni i niewie?czeni, maj?cy pomniki i ich nie maj?cy.<br />
Nabo?nie wiatr wyszepta? pytanie:<br />
- Jest?e to mogi?a bohaterów?<br />
- Bezimiennych &#8211; odpowiedzia? ?wierk.<br />
A dzwonki liliowe, g?sto doko?a krzy?yka rosn?ce, cicho zadzwoni?y:<br />
- Pomar?ych m?odo, m?odo&#8230;<br />
- I w m?kach &#8211; szepta?a ró?a u szczytu pagórka rosn?ca, przy czym od rubinowego serca swego oderwa?a p?atek jeden i na pagórek go rzuci?a.<br />
Upad? p?atek, do motyla podobny, na trawy wysokie, a ró?a westchn??a:<br />
- Ja jedna kwiaty na t? mogi?? rzucam. Co lato, od pó?stulecia prawie, rzucam na ni? wonne p?atki moje, Ja jedna!<br />
Tu znowu odezwa?y si? dzwonki liliowe:<br />
- A my dzwonimy pacierz ?a?obny. Co lato, od pó?stulecia prawie, wydzwaniamy nad t? mogi?? pacierz ?a?obny&#8230; my jedne!<br />
Wtedy wiatr pr?dki po?o?y? si? na pagórku mogilnym, znieruchomia?. Ludzie widzie? by go nie mogli, lecz drzewa, trawy, kwiaty widzia?y.<br />
Cia?o jego przezroczyste, powiewne, z kryszta?u i szronu utkane wyd?u?y?o si? na pagórku w skr?tach w??owych i tysi?cem z?otych odbi? za?wieci?y w nim blaski zachodz?cego s?o?ca. ?wieci?y i migota?y b?yszcz?ce odbicia te w skrzyd?ach jego ogromnych, które jak fale p?ynnego kryszta?u opad?y na trawy polany, we w?osach jego, które jak paj?cza tka? ze szronu rozpostar?y si? nad polan?, w ramionach jego, które jak kryszta?owe kolumny wznosi?y si? ku drzewom, gdy w powietrzu p?yn??o szemranie b?agalne, ciche.<br />
- Mówcie, o, starzy wiatru pr?dkiego przyjaciele! Wy, co przez wieki mieszkacie w ?wi?tyni dumania i czo?ami niebotycznymi podpieracie stropy samotni niesko?czonych, zamy?leni ?wiadkowie dziejów ziemi, tysi?custni a milcz?cy stró?e mogli le?nych, bezimiennych, zapomnianych, nieuczczonych, wy?piewajcie mi o tej mogile strof? ?ycia i strof? ?mierci, abym móg? unie?? j? pod niebo i pokaza? niebu, a potem nie?? nad ziemi? w przestrze?, w dal, w czas, w pami?cie, w serca&#8230;<br />
Ostatni r?bek tarczy s?onecznej za skraj ziemi zasun?? si? i znikn??. Natomiast zorza wieczorna w purpurze i p?omieniach podnios?a si? za lasem i las nape?ni?a ?wiat?ami po?ogi. W powietrzu, pomi?dzy li??mi drzew, na krzakach i trawach rozsypa?y si? okruchy ?wietlnej ?uny niebieskiej, maj?ce czerwono?? i ognisto?? p?on?cych kropel krwi.<br />
Stary, pot??ny d?b, pa?aj?cymi kroplami krwi na ga??zistej brodzie ?wiec?c, rozwar? szerokie ramiona, powia? nimi w powietrzu i tak szumie? zacz??:<br />
</span></strong></p>
<p align="center" style="text-align: center"><strong><span style="font-size: 10pt">*</span></strong></p>
<p align="center" style="text-align: center"><span id="more-54"></span></p>
<p><strong><span style="font-size: 10pt">- Przyszli tu w kilkuset ludzi i roz?o?yli si? obozem gwarnym, t?umnym, pstrym od odzie?y rozmaitej, pob?yskuj?cym or??em rozmaitym.<br />
Jedn? tylko cz??? odzie?y mieli jednostajn?: czapki czworok?tne barwy amarantusów albo polnych chabrów i jedn? cech? wspóln? wszystkim:, m?odo??. Samo lato ?ycia, lato gor?ce, kwitn?ce patrza?o z ich twarzy, jeszcze znojem trudów i walk nie dotkni?tych, ja?nia?o w oczach po brzegi pe?nych zapa?u i nadziei. Roz?o?yli si? obozem, zbudowali ze splecionych ga??zi namiotów kilka: dla wodza, dla co lepszych koni, dla przysz?ych rannych; u rozpalonego ogniska zgotowali sobie posi?ek wieczorny i gdy roboty by?y ju? sko?czone, a na niebo nad lasem wzesz?y gwiazdy, wzbili ku niebu i ku gwiazdom chór silnych g?osów ?piewaj?cych hymn skargi, ufno?ci i pro?by. Hymnu tego my, drzewa, s?ucha?y?my zdumione, wtóruj?c mu szeptem ciekawo?ci pe?nym: &#8220;Co to b?dzie, co to b?dzie?&#8221;<br />
Wodzem ich by? cz?owiek ?wi?tego imienia, które brzmia?o: Romuald Traugutt. Pytasz, dlaczego ?wi?tym jest to imi?? Albowiem wed?ug przykazania Pana opu?ci? on ?on? i dzieci, dostatki i spokój, wszystko, co pie?ci, wszystko, co raduje i jest ?ycia pon?t?, czarem, skarbem, szcz??ciem, a wzi?wszy na ramiona krzy? narodu swego poszed? za id?cym ziemi? t? s?upem ognistym i w nim zgorza?. Nie tutaj zgorza?. Nie w tej mogile ?pi. K?dy? daleko. Ale wówczas na czele hufca tego na t? polan? przyszed? i patrza?y?my na niego my, drzewa.<br />
Po razy wiele w czasach dalekich spod g?azu niewoli, który t? ziemi? t?oczy?, wzbija? si? by? s?up ognisty ku obiecanej krainie wolno?ci wiod?cy i gromady ludzi za nim sz?y. Wzbi? si? i teraz, gromady ludzi za nim posz?y, ta by?a jedn? z nich, a on jej przywodzi?. Widzia?y?my jego czarnow?os? g?ow? z oczyma my?liciela i u?miechem dziecka. Oczy mia? m?dre, smutne &#8211; podobno bratem bli?niaczym m?dro?ci bywa u ludzi smutek &#8211; a u?miech ?wie?y, per?owy, z kropl? s?odyczy dzieci?cej albo niewie?ciej. Przez czo?o ?niade palec tragicznych przeznacze? wcze?nie przeci?gn?? mu zmarszczk? surow?, niekiedy a? gro?n?.<br />
I g?os jego s?ysza?y?my z brzmieniem jak stal dzwoni?cym, rozkazuj?cym, niekiedy a? gro?nym. Tak grzmie? musia? w w?wozie termopilskim g?os Leonidasa.<br />
Sk?d wiemy o Leonidasie? Pra-pra-ojcom naszym opowiada?y o nim pra-pra-ojce wiatrów pr?dkich i nikt nie zgadnie, k?dy, jak, kiedy o rzeczach wielkich i o rzeczach wiecznych rozpowiadaj? wiatry drzewom, drzewa chmurom, chmury gwiazdom, gwiazdy duchom, a ba?nie i pie?ni, wie?ci i powie?ci p?yn? jak ?wiat szeroko i jak wieczno?? d?ugo&#8230;<br />
Czy Leonidas wiedzia?, ?e gdy w?wóz termopilski trupami hufca swojego zasypia, stopa niewoli ziemi greckiej nie dosi??e! Je?eli wiedzia?, b?ogo mu by?o u?cie?a? t? krwaw? zapor? i jako piecz?? sk?ada? na niej siebie!<br />
Ten nie wiedzia?. W or??nych sprawach ludzkich bieg?ym by?, bieg?o?? ta w dalekowidztwo wzrok mu zaostrza?a, spostrzega? wy?aniaj?c? si? zza dnia ofiar i boju potworn? czarn? noc. Jednak szed? i prowadzi?, bo tak? by?a moc s?upa ognistego, który wówczas nad ziemi? wzbi? si?, tak? t?sknota za obiecan? krain? wolno?ci i takim by? krzy? narodu jego, ci??ki, niezno?ny&#8230;<br />
Ale nie o nim teraz opowiada? b?d?. O nim potem, d?ugo. D?ug? by? winna powie?? o m??u wielkim, który po sobie zostawi? imi? g?o?ne.<br />
Teraz o jednym z bezimiennych, z najmniejszych, z najm?odszych, o tym, nad którego g?ow? niemal ch?opi?c? r?ka niewie?cia ten ma?y krzy?yk zasadzi?a.<br />
Pi?kny maj by? na ?wiecie, kiedy tu przyszli. Konwalie kwit?y obficie jak nigdy, niedaleko st?d nad b??kitn? strug? w kalinowych krzakach ?piewa? s?owik. Zielono by?o na tej polanie od m?odych traw i paproci, kwiecisto od konwalij i ró? dzikich, wonno, z?oto i ciep?o od wiosny. Gdy oni przyszli, uczyni?o si? na niej szumnie, dumnie i weso?o. Tak, tak, weso?o.<br />
Nie niewolnicy to byli na arkanie przemocy do boju ci?gni?ci, lecz dobrowolni ofiarnicy wysokich o?tarzy. Ze ?wiat?em idei w g?owach, z ogniem mi?o?ci, w sercach, g?owy i serca nie?li wysoko. Byli silni, ?mieli, gwarni i czy uwierzysz, wietrze pr?dki? &#8211; byli szcz??liwi. Zapewne uwierzysz, bo wiedzie? o tym musisz, ?e na. Gwie?dzie, która nazywa si? Ziemi?, dusze ludzkie i szcz??cia ludzkie istniej? w mnóstwie odmian i ?e jak motyl na kwiat wybrany dusza ludzka zlatuje zazwyczaj na t? odmian? szcz??cia, która najwi?cej do niej samej jest podobn?. Ich dusz? przyci?gn??o ku sobie to szcz??cie, co rozkwita na wysokich górach i ma kielich purpurowy, a koron? uplecion? z cierni. Nie tylko przyszli, lecz tak?e i przyjechali. Grzmia?a ziemia od biegu osiod?anych koni i powietrze iskrzy?o si? od b?ysków obna?onych szabel, ilekro? stalowy g?os wodza zawo?a?:<br />
- Jazda!<br />
Na czele jazdy wybór wodza postawi? m?odzie?ca o postawie wynios?ej i czarnym, iskrz?cym si? oku. M?ody Herkules z kszta?tów, Scypio rzymski z rysów. Rodzinny dom jego sta? niezbyt st?d daleko od podstaw do szczytu opleciony bluszczem, otoczony g?stwin? drzew odwiecznych, roz?ogiem pól ?yznych. Spod zielonych bluszczów wyszed?, tutaj przyby? i z pos?usze?stwem dziecka, z po?piechem kochanka bieg? na swym strojnym, ognistym arabie, ilekro? rozleg? si? g?os wodza wo?aj?cy:<br />
- Jagmin!<br />
Wtedy czapka kwadratowa krwawi?a si? mu nad czarnymi jak noc w?osami, d?o? le?a?a na g?owni szabli, a za silnymi ramiony lecia? poszum niewidzialnych skrzyde?&#8230; owych dawnych.<br />
Ale ten mój, ten mój ma?y&#8230; (ma?ym Tar?owskim nazywano go w obozie) ani tak silny by?, ani tak urodziwy, ani nawet tak bogaty, aby na drogocennym, strojnie przybranym biegunie tu przyby?. Dlatego w?a?nie ulubie?cem moim sta? si?, ?e by? w?t?y, drobny, na twarzy ró?owy i bia?y, a oczy mia? jak u dziewczyny, ?agodne, nie?mia?e, czyste i tak b??kitne, jak te niezapominajki, które tu czasem u stóp moich rosn?. Przebrana dziewczyna czy ledwie doros?e ch?opie! Wcale te? niedawno min??o mu lat dwadzie?cia. Jednak mo?e i dlatego jeszcze ulubie?cem moim rych?o sta? si?, ?e we mnie ciekawo?? obudza?.<br />
Dziwne w wieku tak m?odym przepastne zadumy osiad?y mu niekiedy w oczach dziewiczych, ?agodnych, o po twarzy ró?owej i bia?ej przep?ywa?y takie ?uny gor?ce, jakby tam w nim, we wn?trzu tej jego w?t?ej, ch?opi?cej postaci co? p?on??o, gorza?o.<br />
I przedtem zreszt?, zanim tu przyby?, ju? go lubi?em. Mówi?y o nim pomi?dzy sob? te trawy rozczochrane, które wiecznie pochylaj? si? ku sobie i o czym? mówi? jedne drugim musz?. Mówi?y o nim rzeczy mile, ?adne. W ciche wieczory szeptów ich s?ucha?em.<br />
Urodzi? si? nie w tych stronach, k?dy? daleko, a w te strony przywia? go ów pr?d górny, który wówczas ?wiatem p?yn?? i ludzi wysokich rzuca? w ramiona i pod stopy maluczkich. On, ten ma?y, wysokim by? wiedz? i my?l?. Szybko podbija? musia? ich krain?, skoro tak wcze?nie sta? si? jednym z jej mieszka?ców. By? m?odym uczonym, takim, co si? u ludzi nazywa naturalist?. Móg?by by? na szerokim ?wiecie wst?powa? na drogi wysokie. Wst?pi? na niziutk?. Przyby? w te strony, aby sw? my?l i wiedz? rozdawa? maluczkim. Dlaczego w te strony w?a?nie? Nie wiem. Ale to rzecz pomniejsza. Przeznaczenie welonem tajemnicy os?oni?te trzyma w d?oni ko?czan z tysi?cem trafów, którymi uderza w ludzi i rzuca nimi jak pi?kami po ?wiecie przestrzeni i po ?wiecie zdarze?.<br />
Przyjecha? by? do pobliskiego st?d miasteczka i uwi? tam sobie gniazdo niedu?e, codziennie nape?niaj?ce si? szczebiotaniem piskl?t ludzkich. Nie przyjecha? sam jeden. Przywióz? ze sob? dziewczyn?, siostr? m?odsz?, w sposób bajeczny, prawie a? zabawny do niego podobn?. Ta sama drobno?? wzrostów, w?t?o?? kszta?tów, te same rysy cery i na rysach rozlane wyrazy. I kochali? si?, kochali! Podobno odumarli im wszyscy bliscy i byli na ?wiecie tylko we dwoje. Samotno?? serc sierocych i wspólno?? zagrody rodzinnej, k?dy? daleko starymi lipami ocienionej, skrzepia?y w?ze? u kolebek zadzierzgni?ty. Skrzepia?a go jeszcze zapewne jednostajno?? tych gwiazd, które rz?dz? ludzkimi ukochaniami, ch?ciami, pracami. Pracowali razem. Brat uczy? siostr?, siostra pomaga?a bratu i zawsze byli razem, we dwoje: w szkole, w domu, na ulicach miasteczka, na drogach polnych i le?nych. A? zabawnie by?o patrze? na t? park? ludzi m?odziute?k?, ma??, jasnow?os?, ró?owotwarz?, wiecznie ze sob? sprz?gni?t? i wiecznie z b?yskami w b??kitnych oczach i weso?ymi u?miechami na rumianych ustach. Ona go nazywa?a Marysi?, a on j? Anielk?.<br />
Dobrze im by?o ze sob? i ka?dy z ?atwo?ci? móg? zgadn??, ?e dobrze im by?o na ?wiecie.<br />
Wkrótce jednak przyszed? czas, ?e na ulicach miasteczka, na polnych i le?nych drogach pocz?li ukazywa? si? nie we dwoje ju?, ale we troje. Towarzyszem ich cz?sto bywa? zacz?? ów m?odzieniec spod zielonych bluszczów, z postaw? wynios??, siln? i ze ?niadym profilem Rzymianina, który to potem na tej polanie mia? dowodzi? jazd?. Ten zewn?trznie wcale do nich podobnym nie by?; owszem, jakby innej rasy by?, czerwie?szej krwi, spod zamaszystszego, pot??niejszego m?ota natury. Pomimo to zawi?zywa?o si? pomi?dzy tym trojgiem co? coraz serdecznie j szego: przyja??? mi?o??? jedna i druga razem? &#8211; a? dnia pewnego za spraw? nowego towarzysza dziewczyna zap?aka?a krótko, lecz rozpacznie.<br />
By?o to tak. W lesie tym, co tu? za miasteczkiem, siedzia?a z bratem na obalonej k?odzie i oboje z g?owami ku sobie pochylonymi przygl?dali si? jakiej? pierzastej trawie, po której pe?za? drobny jaki? owadek, gdy tamten spiesznie nadszed? i przed nimi stan??. Szuka? ich i znalaz?. Od do?? ju? dawna wiedzia?, gdzie, kiedy naj?atwiej znale?? ich mo?e. Zmieniony by?, jaki? nie taki jak co dzie?. Oczy mu gorza?y, spod czarnego w?sa usta zdawa?y si? krwi? tryska?, burza uczu? wstrz?sa?a ?niadym czo?em. Stan?? przed nimi, bez s?owa powitania odkry? g?ow? i r?k? po kruczych w?osach powiód?, a r?ka ta, du?a, silna, bia?a, herbowym sygnetem na palcu b?yszcz?ca, troch? dr?a?a. Zrozumieli i &#8211; zawi?za?a si? szybka rozmowa.<br />
- Ju? dzie? oznaczony?<br />
- Oznaczony.<br />
-Kiedy?<br />
- Za dni dziesi??.<br />
- Gdzie?<br />
- W Dziatkowiczach.<br />
- Dok?d?<br />
- Za Kana? Królewski, do lasów horeckich.<br />
Tu g?os dziewczyny zawo?a?:<br />
- Ju?!<br />
A on brata jej zapyta?:<br />
- Postanowienia nie zmieni?e??<br />
- Chyba by dusza moja zmieni?a si? na inn?!<br />
- Wi?c razem?<br />
- Razem.<br />
- Za dni dziesi?? do mnie i ze mn? tam, gdzie b?d? wszyscy&#8230;<br />
Zamilkli, bo rozmow? przerwa? im p?acz niewie?ci. Z twarz? ukryt? w drobnych d?oniach Anielka ?ka?a i by?o to ?kanie rozpaczne.</span></strong></p>
<p><strong>Wiedzia?a, ?e to si? stanie, lecz kiedy, ju?, ju? stawa? si? mia?o, tak p?aka? pocz??a, ?e a? ca?e w?t?e jej cia?o w tym p?akaniu kurczy?o si? i dr?a?o, a? jasne w?osy rozsypywa?y si? po ramionach i na szar? sukienk? przez palce przecieka?y strumienie ?ez. Ale nied?ugo, nied?ugo. Mocowa?a si? z ?kaniami, ze ?zami &#8211; i usta?y. Wsta?a i ramionami otoczy?a szyj? brata. Przycisn??a si? do piersi jego mocno, mocno i odrywaj?c si? od niej powtórzy?a kilka razy:<br />
- Id?, Marysiu, id?!<br />
Twarz jej, od ?ez mokra, stan??a w u?miechu takim, co to bólem usta kurczy, i rumie?ce z niej znikn??y. Ale posta? drobn? z ca?ej si?y wyprostowywa?a i w oczach brata topi?c swe biedne, m??nie ze ?zami walcz?ce oczy powtarza?a:<br />
- Id?, Marysiu, id?! Trzeba!<br />
W wieczór dnia tego w ma?ym ogródku, gdzie ros?o kilka jab?oni i troch? bzów kwit?o, dwa g?osy z cicha z sob? rozmawia?y. G?os dziewcz?cy prosi?:<br />
- On silny duchem, ale cia?em s?aby, w ?wiczenia m?skie niewprawny&#8230; Od dzieci?stwa ksi??ka, nauka, górne my?li i zamiary&#8230; Odwa?ny, lecz si?a sk?d? Kocha, jak kocha, ja jedna tylko wiem, ale czy zdo?a? Nie tu urodzony, nikogo tam swego mie? nie b?dzie. Pan nigdy niczego si? nie l?ka?, to pozna? ?atwo. Wi?c pan nie wie, co to trwoga taka&#8230; jak szyba lodu na sercu, jak nó? w sercu&#8230; O, panie&#8230; b?d?cie wy tam cz?sto razem&#8230;<br />
On przyrzeka?:<br />
- Tam, gdzie nikogo swego mie? nie b?dzie, ja b?d? mu swoim. Przyjacielem mu b?d?, bratem, w potrzebie obro?c?. I jak razem odchodzimy, tak razem tam b?dziemy pier? z piersi?, dusza z dusz?&#8230; I razem powrócimy&#8230; albo&#8230;<br />
Z szerokiej piersi nami?tne westchnienie wzbi?o si? pomi?dzy wonie bzów i bzy tylko widzia?y, jak nad dwojgiem r?k dziewcz?cych drobnych, dr??cych nisko pochyli?a si? m?ska twarz z rzymskim profilem i jak usta m?skie purpurowe, gor?ce lgn??y si? do nich poca?unkami d?ugimi&#8230; Pierwsze to by?y poca?unki na r?kach tych przez te usta sk?adane. Czy i ostatnie tak?e? Potem oczy ich zaton??y jedne w drugich i przy ?wietle gwiazd wiele sobie powiedzia?y. Mo?e usta powiedzie? pragn??y wi?cej jeszcze, lecz w tej godzinie wyrocznej&#8230; nie mog?y. Czy kiedykolwiek powiedz?? Przeznaczenie stoi za lud?mi, welonem tajemnicy zas?oni?te, i w d?oni trzyma ko?czan z tysi?cem zdarze?&#8230;<br />
Lecz daj mi spocz?? chwil?, wietrze pr?dki! S? ludzie i losy, o których bez spoczynku d?ugo mówi? nie mog?, takie nawet jak ja d?by silne. Dreszcze po konarach mi biegn? i na li?cie wyst?puj? krople ch?odne.<br />
</strong></p>
<p align="center" style="text-align: center"><strong><span style="font-size: 10pt">*</span></strong></p>
<p align="center" style="text-align: center"><!--more--></p>
<p><strong><span style="font-size: 10pt">Ch?odna rosa na las spada?a i bujne jej krople g?sto usia?y ga??zist? brod? silnego d?bu. Toczy?y si? te? one z wolna po d?ugich warkoczach brzozy, rozpylonym srebrem ?wieci?y na trawach, krzakach, liliowych dzwonkach, na p?atkach ró? dzikich, których serca, niedawno rubinowe, przygasa?y, ciemnia?y.<br />
Przygas?o, ciemnia?o równie? nad lasem niebo, z przezroczyst? zas?on? drzew ja?niej?c ju? nie krwawym p?omieniem, lecz bladym z?otem zorzy. Od tego bladoz?otego jeziora na niebie zawieszonego sz?y lasem ?wiat?a sm?tne, blade, przedwst?pne go?ce nocy, i rozp?ywa?a si? od nich po lesie melancholia, zadumana, t?skna&#8230;<br />
Ale noc nie nadchodzi?a jeszcze i na niebie nie by?o gwiazd, tylko gdzieniegdzie p?yn??y po nim od zorzy ob?oki przezroczyste, do piór z?otawych albo do bladych rumie?ców podobne.<br />
Pod z?otawym piórem niebieskim w mdlej?cych blaskach dziennych wyprostowany ?wierk zachwia? szczytem ciemnym, ramiona jego zadr?a?y i wkrótce rozwar?y si? szeroko, a nad polan? pop?yn?? szum g??boki i dumny najwy?szego z le?nych drzew.<br />
- Jam najwy?szy w tym lesie, najdalej wzrokiem si?gam i widz? najwi?cej.<br />
Widywa?em walki, które staczali oni w oddaleniu to wi?kszym, to mniejszym, niekiedy tak wielkim, ?e ich odg?osy dochodzi?y tu jak g?uche turkoty, tocz?ce si? za skrajem firmamentu lub jak wzd?te poszumy lasów, gdy targa nimi przelatuj?cy Wicher &#8211; Gwa?t.<br />
Wtedy tu, na tej polanie, panowa?y cisze letnie, gor?ce i wonne, motyle wiesza?y si? na kwiatach, a na mchach i trawach igra?y w promieniach s?onecznych skrzydlate owadki.<br />
S?owik te? w kalinach ?piewa? zaczyna? i drobne ptactwo, przez gwar odegnane, przywabione przez cisz?, pomi?dzy ga??zie nasze powraca?o.<br />
A tam, we w?ciek?o?ciach zwierz?cych, w podrzutach ?miertelnych k??bi?y si? cia?a ludzkie i we wrzawie bojowej, w stuku gromów, w ulewie ogromnych b?yskawic krew z nich ciek?a na trawy, mchy, kwiaty i wsi?ka?a w dr??c? od huku i ha?asu ziemi?&#8230;<br />
Ale ja tobie, wietrze pr?dki, rzeczy tych, niegdy? widzianych, s?yszanych nie opowiem. Gamami szumów swoich cz?sto opowiadam ziemi o jej smutkach, zagadkach, p?onnych nadziejach i pewnych mogi?ach albo w wichrzyste noce o rzeczach g??bokich i wiecznych rozmawiam z chmurami.<br />
Lecz zwyk?ych walk krwawych opiewa? nie umiem. Nie do tegom stworzony, ja, mieszkaniec pokojów le?nych, daj?cy gniazdom ptasim przytu?ek bezpieczny i cienie koj?ce roztaczaj?cy nad wszystkim, co od skwarów usycha i mdleje.<br />
Tylkom dr?a? od rado?ci i szumem swym ?piewa? niebu dzi?kczynne: hosanna! ilekro? tu powracali ?ywi i zwyci?scy.<br />
Zwyci?skimi powracali nieraz i cho? im na uznojonych czo?ach rozlewa?a si? duma triumfu, w szeregi karne wyci?gali si? na g?os wodza, w milczeniu oczekuj?c s?ów jego rozkazów.<br />
On serca ich w r?ku swym trzyma? i umia? podbija? je w gór?. Odkrywa? przed szeregami czarnow?os? g?ow? i za to, ?e by?y pos?uszne jak dzieci a jak lwy odwa?ne, ?e sile przemagaj?cej rozproszy? si? nie da?y, ?e wstydem nie splami?y krzy?a, który przyj??y na swe ramiona &#8211; dzi?kowa?. Ale i wtedy jeszcze, gdy dzi?kowa?, g?os jego rozlega? si? jak bojowe d?wi?ki i nie by?o w nim s?odyczy ani pieszczoty, hart tylko by? i wola ?elazna, trzymaj?ca mocno wodze ich woli. Im za? od tych dzi?kczynie? stalowych i krótkich na twarze, znojem oblane, prochem opalone, kurzaw? okryte, spada? blask wniebobior?cej rado?ci.<br />
A potem by?y tu opowiadania, rozmowy gwarne, ogniska, buchaj?ce wonnym dymem ja?owców, weso?e r?enie koni, b?ogie spoczynki na mchach i trawach, szepty modlitw w ?wietle gwiazd i brzmienia przyciszonych hymnów chóralnych, z p?omienn? pokera wzbijaj?ce si? ku Temu, który jest nad gwiazdami. Raz gdy wrócili tak, nie rozproszeni, nie os?abli, lecz owszem, w odwadze i wytrwaniu umocnieni, a na gios wodza: &#8220;W szeregi formuj si?!&#8221; stan?li przed nim murem zwartym, on jednego z nich przez chwil? wzrokiem szuka? i znalaz?szy skinieniem ku sobie przywo?a?.<br />
I któ? wtedy, jak my?lisz, wietrze pr?dki, przed nim stan??? Oto ten ma?y Tar?owski w tej chwili, o! wcale, wcale do bia?ej i ró?owej dziewczyny niepodobny. Plamy krwi mia? na odzie?y i r?kach, a po?ród twarzy, przez dymy i kurzaw? uczernionej, oczy b?yska?y mu niespokojnie, bole?nie, prawie ponuro. Stan?? w zwyczajnej sobie postawie, nieco nie?mia?ej, i czeka?.<br />
Wódz w milczeniu patrza? na t? posta? w?t??, ?ladami walki ci??kiej okryt?, na te r?ce drobne, a zakrwawione i co? z czu?o?ci ojcowskich albo z braterskich rozrzewnie? przep?ywa?o mu po surowym czole. Potem wskazuj?c go wyci?gni?tym w milczeniu szeregom rzek?:<br />
- ?ycie mi dzi? uratowa?. Cudem odwagi je uratowa?; cud, ?e nie zgin?? sam. Dziw, ?e w tym dziecku mieszka taki lew! Nie za to wdzi?cznym mu, ?e ?yj?, lecz za to, ?e was jeszcze jako klamra sprz?gam i ?e jeszcze razem z wami s?u?? nie ?adnemu panu ziemskiemu, ale Um?czonej, ?e jeszcze s?u??. Uczcijcie w nim dzielnego rycerza Um?czonej! Ja mu dzi?kuj?.<br />
Tu ramieniem szyj? tego ma?ego otoczy? i co? z anielskich tkliwo?ci czy rado?ci wykwita? pocz??o mu na usta, a? rozkwit?o w u?miech serdeczny, per?owy, ?wie?y i bardzo dziwny pod czo?em tragicznym.<br />
By?o? tam, by?o potem doko?a tego ma?ego powinszowa?, uniesie?, u?cisków, zapyta?, opowiada?. Kto widzia?, opowiada?; kto nie widzia?, zapytywa?. Zdaje si?, ?e tam za olchami na r?ce go porwali i wysoko na r?kach podnie?li, ?e dowódca jazdy, w herkulesowym u?cisku go trzymaj?c, d?ugo mu co? o siostrze, o pannie Anieli szepta?!&#8230; Jak?e! Uratowa? klamr? t? drogocenn?, która ich sprz?ga?a, wiedz?, która ich wiod?a, wol?, która ich wol? trzyma? umia?a w okowach wytrwania i rozp?omienia? ogniem nadziei &#8211; cho?by przeciwko samej nadziei! Powszechn? tu by?a wieczoru tego jaka? dziwna, dobra, braterska rado??.<br />
I na nim jednym tylko, który rado?ci tej by? przyczyn?, wcale jej zna? nie by?o. Wygl?da? tak, jakby podziela? j? chcia?, a nie móg?. Na pytania ledwie s?owem krótkim odpowiada? lub nie odpowiada? nic; u?ciski odwzajemnia?, lecz by? ?ród nich jakby we ?nie, jakby w zamy?leniu roztargnionym.<br />
Omy? z siebie w strudze b??kitnej kurzaw?, krew, dym prochowy i mia? twarz znowu bia?? i ró?ow?, nawet nie ogorza??, bo jak u niektórych niewiast bywa, nie ima?y si? jej bia?o?ci spieki s?oneczne. Lecz my?la? o czym? ci?gle, niespokojnie, prawie pos?pnie, jakby dusza jego ko?ysa?a si? nad przepa?ci? pe?n? w?tpie?, zapyta?, zagadek.<br />
Tak, gdy gwiazdy wzesz?y, po?o?y? si? pod t? brzoz? i gdy wszyscy ju? spali, nie spa?.<br />
?adne z nas, drzew, tego niepokoju i smutku jego zrazu nie zrozumia?o. Jam pierwszy zrozumia?. Nie do tego by? stworzony. Jak ja, który z niebem cz?sto o rzeczach wielkich i wiecznych rozmawiam, nie stworzonym do opiewania krwawych bojów ludzkich, tak on, w geniuszu natury i górnych my?lach ludzkich rozkochany, do bojów tych stworzony nie by?. Do czego innego by? stworzony.</span></strong></p>
<p align="center" style="text-align: center"><strong><span style="font-size: 10pt">*</span></strong></p>
<p><strong><span style="font-size: 10pt">- Zna?am go z bliska, zna?am dobrze jego my?li i mi?o?ci &#8211; zaszepta?a brzoza, której g?ste listowie, w sp?ywaj?ce ku ziemi warkocze zaplecione, srebrzy?o si? jeszcze gdzieniegdzie od wieczornej rosy, a suknia z bia?ej rosy prze?wieca?a zza d?ugich warkoczy.<br />
Zna?am go z bliska, zna?am dobrze jego my?li i mi?o?ci, bo doko?a mnie, z ziemi od pobliskiego strumienia wilgotnej wyrasta t?um ogromny ro?linek przerozmaitych, przyziemnych, drobnych, w?ród których krz?ta si?, pe?za, biega, podlatuje drugi t?um równie? malutkich, przyziemnych, przerozmaitych owadków, robaczków, a on, ten ma?y, z drobiazgiem tym przebywa? lubi? dziwnie i wówczas tylko na ró?owej twarzy jego ja?nia?o szcz??cie spokojne, b?ogie, gdy z nim przebywa?. On doprawdy drobiazg ten kocha? i kszta?tów jego, ?ycia jego ciekaw by? nami?tnie.<br />
S?usznie powiedzia? ?wierk wysoki, ?e by? on rozkochany w geniuszu natury, ale ja tylko wiem, bom temu przygl?da?a si? nieraz, jakie on z tym geniuszem rozmowy d?ugie, ciekawe prowadzi?. I mi?osne równie?, bo tak ju? jest pomi?dzy lud?mi, ?e ciekawe i d?ugie rozmowy prowadzi? oni zwykli tylko z przedmiotami swojego kochania. Przedmiotem kochania jego by?a natura, lecz powsta?o przeciw niej kochanie drugie, tym p?omienniejsze, ?e bolesne, i tu go przywiod?o. O tamtej kochance zupe?nie zapomnie? nie zdo?a? i przed obliczem ?mierci, która co dzie? spotka? go mog?a, stoj?c, wzrokiem i dusz? wpatrywa? si? jeszcze w jej oblicze. W przerwach s?u?by obozowej, w godzinach odpoczynku to bywa?o.<br />
Inni, odpoczynkowi po ci??kich trudach radzi, zbieraj? si? w gromadki, gwarz?, wspominaj? i nieraz ?miech weso?y wzbija si? od nich nad tym polem bliskiej ?mierci, a on jak zwykle ch?tnie milcz?cy, cichy, chodzi w pobli?u moim pod tymi olchami cienistymi, po tym gaju kalinowym, nad strumieniem i co chwil? na ziemi? pochylony czego? mi?dzy zió?kami czy owadkami upatruje, szuka, a znalaz?szy w palcach albo w d?oni podnosi i przygl?da si?, wzrok i pami?? w tym zatapiaj?c &#8211; szcz??liwy!<br />
Raz trzej, czterej towarzysze jego przyszli tam i zapytali, czego szuka tak pilnie i czemu tak bacznie si? przypatruje? Trzyma? wtedy w palcach jakie? piórko zielone, w dziwnie subtelny sposób wykrojone i wyr?bkowane, wi?c swoim cichym, ?agodnym g?osem mówi? im zacz?? o tym, jaka to jest ro?lina rzadka, jak on pragn?? znale?? j? kiedykolwiek, nie zasuszon? w zielniku, lecz ?yw?, jaki kraj oddalony, zamorski Jest jej krajem rodzinnym, jak przez l?dy i oceany wiatr nasiona jej tu przyniós? i jaki to cud natury te w?drówki na skrzyd?ach wiatru, od bieguna do bieguna ziemi, nasionek tak drobnych jak py?ki. Innego dnia to samo powtórzy?o si? z powodu owadka z?otawego, który trwo?nie uwija? si? mu po d?oni, a innego jeszcze z powodu wspania?ej korony nenufaru, która u brzegu strumienia rozkwit?a, a któr? on zerwa? i w r?ku trzyma?, twarz pochylon? w upajaj?cej woni jej zatapiaj?c.<br />
Towarzysze w ?cis?? gromadk? wokó? niego skupieni patrzali, s?uchali, wszyscy go wzrostem, szeroko?ci? ramion, m?skimi zabarwieniami twarzy przewy?szaj?c. Czapki ich czworok?tne wygl?da?y na tle zielonym jak ogromne chabry i amarantusy, na odzie?y mieli twarde, szerokie pasy i u pasów ?elazem pob?yskuj?c? bro?. I dziwnie by?o patrze?, jak te twarze ogorza?e, pi?tnem zm?cze? i niepokojów trawi?cych naznaczone, pochyla?y si? ciekawie nad drobnym piórkiem ro?linki, albo z?otawym cia?kiem owada i jak na te skazane g?owy ukojenie i odpoczynek sp?ywa?y z cichych s?ów ma?ego towarzysza, z zielonych tkanek ro?liny, ze z?otawych skrzyde?ek owada, ze ?nie?nych p?atków wonnej lilii wodnej.<br />
Oto do czego by? stworzony. I jeszcze do tych my?li, które przyjacielowi opowiada? wtedy, gdy wszyscy spali, a on, nie ?pi?c, u stóp moich na g?stych trawach le?a?.<br />
Tamten nie spa? tak?e. Sen z oczu sp?dza?a mu my?l o tej zagadce ogromnej, w któr? ziemia ta i najlepsi jej synowie uplatali si? jak w krwaw? paj?czyn? i mo?e jeszcze o pozosta?ej daleko, t?skni?cej pewno, p?acz?cej ma?ej Anielce. Przyszed? do brata Anielki i d?ugo obaj le?eli u stóp moich, twarzami ku sobie obróceni, w milczeniu nocy rozmawiaj?c tak cicho, jak cicho p?acz? moje warkocze, gdy z lekkim szemraniem sp?ywaj? z nich na traw? majowe deszcze nocne.<br />
Cicho by?o. Na jednym z kra?ców obozu ko? czasem zar?a?, na innym z piersi u?pionego cz?owieka wyrwa? si? okrzyk g?uchy albo wion??y ci??kie westchnienie. Kto? w ostatniej bitwie raniony j?cza? pod d?bem w uplecionym z ga??zi namiocie, zza drzew otaczaj?cych polan?, na przestrzeniach md?o o?wietlanych przez gwiazdy wida? by?o czarne pos?gi uzbrojonych i nieruchomo stoj?cych stra?y.<br />
Oni dwaj na siebie wzajem albo na gwiazdy patrz?c rozmawiali o tych czasach dalekich, w przysz?o?ci dalekich, które b?d? albo nie b?d?, które je?eli b?d?, wodami ukojenia i oczyszczenia obmyj? ?wiat, w których podobno miecze maj? by? przekute na p?ugi, a jagni?ta sen spokojny znajdowa? u boku lwów&#8230;<br />
O przysz?o?ci ?wiata, po wiekach walk, zbrodni i m?k rozkwit?ej w raj niewinno?ci, pogody i zgody, mówili z t?sknot?, z zachwyceniem, upragnieniem.<br />
Szeptem cichym marzyli o tym celu przedalekim, ku któremu rzek? wrz?c? i wieczn? p?yn? marzenia ludzkich g?ów i serc najwy?szych, a nie wiedz?c nigdy, czy kiedykolwiek rzeka do celu swojego dop?ynie. Ach, ból i rozpacz tych marze? bez ziszczenia, upragnie? bez nasycenia, zagadek bez rozwi?zania! Ach, niezg??biony tego wszystkiego smutek!<br />
- Bo chocia? przedmiot walki najdro?szy jest i ?wi?ty, przelana w niej krew ludzka trucizn? w ?y?y sp?ywa i rany zadane ranami k?ad? si? na tych, co je zadaj?. Gniew, ból, ?mier? to s?py pas?ce si? na trupach rado?ci, s?odyczy i nadziei ludzkich. Z?y ród przeciw sobie samemu szpony ich wystawiaj?cy! N?dzny ród, krótko ?yj?cy, którego synowie nawzajem sobie skracaj? ?ycie! Nieszcz?sny ród, zewsz?d w ciele swym L w duchu swym zagro?ony, którego synowie nawzajem cia?om i duchom swoim gro??! O! kiedy? b?dzie inaczej? Czy kiedykolwiek b?dzie inaczej? Dlaczego? nie urodzi?em si? w tej porze pó?niej, gdy ?wiat b?dzie innym, albo w tak wczesnej, aby oczy moje nie potrafi?y otworzy? si? na to, ?e móg?by by? innym, gdyby, gdyby ludzie byli inni! Po krótkim milczeniu ze smutnym u?miechem mówi? pocz?? wiersz staro?ytnego poety:<br />
- Ba?? niesie, ?e Prometeusz do pierwiastku gliny, b?d?cej podstaw? istoty cz?owieczej, wla? po kropli ka?dego z pierwiastków zwierz?cych, samo serce cz?owiecze zaprawiaj?c chciwo?ci? wilcz? i w?ciek?o?ci? lwi?. To jest przyczyn? tych pomst i gniewów, które w ludzi uderzaj? zgonami strasznymi, i to jest przyczyn?, ?e wal? si? w gruzy gmachy wspania?e, ?e lemiesze wojsk wrogich rozorywuj? wa?y podbitych grodów.<br />
- Horacjusz? &#8211; zapyta? towarzysz mówi?cego i w tej?e chwili z porywczym gestem silnego ramienia znad trawy si? podniós?.<br />
- Podbitych grodów! &#8211; powtórzy?, chwil? milcza?, a? zawo?a?:<br />
- Teraz inaczej by? nie mo?e!&#8230; Podbitych grodów. Teraz walka to powinno??!&#8230;<br />
G?os cichy, ale stanowczo brzmi?cy, nami?tnemu wykrzykowi temu odpowiedzia?:<br />
- Teraz inaczej by? nie mo?e. Dopóki gwa?t, dopóty ?wi?ty przeciwko gwa?towi gniew! Dopóki krzywda, dopóty walka! Przez krew i ?mier?, przez ruiny i mogi?y, z nadziej? czy przeciw nadziei walka z piek?em ziemi w imi? nieba, które na ziemi? zst?pi..<br />
- Mo?e zst?pi&#8230;<br />
- Kiedy?&#8230;<br />
- Gdy nas ju? na ziemi nie b?dzie.<br />
Tak oni czasem w zmrokach nocnych rozmawiali z sob?, gdy obóz spa? i doko?a obozu na przestrzeniach md?o przez gwiazdy o?wietlonych wida? by?o czarne pos?gi uzbrojonych stra?y. A? przyszed? dzie?&#8230;</span></strong></p>
<p align="center" style="text-align: center"><strong><span style="font-size: 10pt">*</span></strong></p>
<p align="center" style="text-align: center"><!--more--></p>
<p><strong><span style="font-size: 10pt">&#8230;Szept brzozy zni?a? si?, taja?, umilk?; przemówi? w zamian brodaty, silny d?b:<br />
- A? nadszed? straszny dzie?. Stra? daleka przynios?a oznajmienie&#8230;<br />
Bo okrom bliskiej, wokó? obozu rozstawionej, mieli oni stra? swoj? dalek?, która tu przynosi?a oznajmienia, ostrze?enia, wie?ci. Przynios?a je ona tak, jak królewicz bajeczny d??y? do zamku zaczarowanej królewny: przez zaro?le cierniste, wrzaw? upiorów nape?nione, przez moczary bagniste, naje?one paszcz?kami smoków. Czasem stra?nik gin?? w u?cisku upiora lub w paszcz?ce smoka, czasem dociera? celu. Z daleka ju? s?ycha? by?o t?tent biegn?cego przez las konia.<br />
- Has?o?<br />
- Z nadziej? czy przeciw nadziei!<br />
Wpad? na polan? m?ody je?dziec na koniu zdyszanym, z twarz? oblan? potem. Po?udnie skwarem piek?o. Kilka g?osów przyja?nie zawo?a?o:<br />
- Kalis! Pan Kalikst! Jak si? masz?<br />
Ale on na powitania czasu nie mia?. Z konia zeskoczy?.<br />
- Gdzie naczelnik? Prowad?cie! Pr?dzej!<br />
Polan? szed? spiesznie, przybysza nie widz?c, m?odzieniec wysmuk?y, w szafirowej czapce na z?otych w?osach. Adiutant wodza. Kto? do niego zawo?a?:<br />
- Radowicki! Od poczty obywatelskiej&#8230; wys?aniec! Do naczelnika prowad?!<br />
Adiutant i pose? obywatelskiej poczty d?onie sobie u?cisn?li. Koledzy szkolni, s?siedzi. Razem weszli do namiotu wodza. Obóz zaleg?a cisza. Tak? cisz? martw? na powierzchni, a dr??c? w g??biach, dyszy natura w przedchwili burzy piorunowej i wichrzystej.<br />
Wkrótce do namiotu wodza weszli wezwani dowódca jazdy i paru towarzyszy innych, kunsztu or??nego mniej lub wi?cej ?wiadomych. Narada.<br />
Oczekiwanie trwa?o d?ugo, a? Romuald Traugutt przed namiot swój wyszed? i otrzymane wie?ci og?osi?.<br />
Bi?y z nich pioruny bliskiego boju i wicher ?mier? wia?.<br />
Wojsko ogromne nadci?ga, ju? opasuj? las, oddzia?y Jego piesze i konne ju? jak rzeki szumne lasem p?yn?. Przez las drzew przedzieraj? si? lasy luf, pik, bagnetów. Za godzin?, za dwie tu b?d?. Pose? wie?? przywióz? drog? d?ug? i trudn?, lecz przywióz? j? jeszcze w por?. Sto strzelb na jedn? strzelb?. Sto pik na jedn? szabl?. Jak w ba?niach. Lecz bywa to prawd?. Czy zl?kn? si? tej prawdy? Kim?e s?? Nie niewolnikami s? przez gwa?t i przemoc ci?gni?tymi na pola krwawe, ale dobrowolnymi ofiarnikami wysokich o?tarzy.<br />
Wi?c nie opu?ci ich duch ofiary i duch m?stwa! I duch tej mi?o?ci, która ich tu przywiod?a. Ci, co zgin?, b?d? siewcami, którzy samych siebie rzuc? w ziemi?, jako ziarno przysz?ych plonów. Bo nic nie ginie. Z dzi? zwyci??onych dla jutrzejszych zwyci?zców powstaj? or??e i tarcze. Lecz oni z siebie dob?d? wszystkie si?y, wszystkie swe si?y m?stwa, karno?ci, wytrwania, aby zwyci??y?. Bojowy okrzyk ich: W imi? Boga i ojczyzny! Z tym okrzykiem na ?mier? czy na zwyci?stwo do boju!<br />
Tak mówi?. S?owa jego rozlega?y si? od brzega do brzega obozu, d?wi?czne, krótkie, coraz g?o?niejsze, gor?tsze i jak iskry sypa?y si? na g?owy t?umu, a? jak ?an kwiatów na ??ce zako?ysa? si? t?um ten i wyrzuci? z setek piersi wzd?tych grzmotowy okrzyk zapa?u.<br />
Potem zakot?owa?o tu, zawrza?o. Siod?anie koni, przyodziewanie zbroi, wo?anie komend, formowanie si? szeregów, g?o?ne rozkazy, ciche zlecenia. Kipia? ruch, dzwoni?y g?osy, t?tnia?y ko?skie kopyta, bro? b?yska?a w powietrzu pe?nym s?onecznego z?ota i upa?u.<br />
Pose? poczty obywatelskiej mia? odje?d?a?, znowu drog? d?ug? i nudn? powraca? tam, sk?d przyby?. Wprzódy jednak zatrzyma? konia przed jednym ze sformowanych ju? oddzia?ów pieszych i ?o?nierzowi spomi?dzy wszystkich najmniejszemu wzrostem poda? przedmiot tak drobny, ?e zaledwie dostrzec si? daj?cy, mówi?c:<br />
- Od siostry!<br />
By? to skrawek papieru niezmiernie drobno zapisany i zwini?ty w sposób taki, aby go w potrzebie z ?atwo?ci? po?kn?? by?o mo?na. Takie wówczas listy pisano ze ?wiata do obozów.<br />
Dowódca jazdy na pi?knym swym arabie obok szeregów bieg?, zobaczy?, ku Tar?owskiemu g?ow? skin??.<br />
- Od panny Anieli?<br />
Zamienili si? spojrzeniami, na twarzach ich b?ysn?? u?miech. By? to kwiat r?k? dziewczyny z daleka rzucony na te otwarte mogi?y. Co pisa?a? Nie dowiedzia? si? o tym w tej chwili jej brat, bo rozleg?a si? g?o?na komenda, wi?c skrawek papieru spiesznie u piersi skry?. Czy dowie si? kiedykolwiek?<br />
Potem wyci?gali st?d w porz?dku, w milczeniu, a? na opustosza?ej polanie pozosta?y tylko trawy zdeptane, kwiaty konaj?ce i namioty puste. Namiot dla rannych, u stóp moich stoj?cy, w tej godzinie ich odej?cia pustym by? tak jak i inne. Nape?ni? si? mia? wkrótce.<br />
Nie odeszli daleko. Plan bitwy by? podobno kunsztowny, bieg?y. Obrona i zarazem napa??. Zasadzka ukryta w nieprzeniknionej dla oka g?stwinie, a na lu?niejszych przestrzeniach, za ka?dym drzewem przyczajone oko lufy i na ka?dym pólku mchowym czy paprociowym, w ka?dej cienistej alkowie z ga??zi dobyte z pochew szable.<br />
Dziwnie to wszystko wygl?da?o, mówi? ci, wietrze pr?dki, ?e dziwnie to wygl?da?o w?ród uc?tkowanej kwiatami zielono?ci le?nej i w?ród majowych p?dów sosen, które w milczeniu upalnej pogody swe jasne, wieloramienne ?wieczniki podnosi?y nad twarzami ciemnymi, skamienia?ymi, w milcz?cym oczekiwaniu.<br />
Chodzi?y tam po tych twarzach poruszenia i b?yski rozmaite: niecierpliwo?ci, zapa?u, wyt??onego nas?uchiwania, str?canych przez wol? na dno duszy bólów i trwóg. W powietrzu wolnym od szczebiotania ptaków, które zl?knione odlecia?y, czu? by?o oddechy kilkuset piersi ludzkich, nami?tne, niespokojne.<br />
A? z g??bi lasu przyp?ywa? pocz?? szum coraz wzrastaj?cy&#8230; wzmaga? si?, przybli?a?, coraz ogromniejszy&#8230; Jakby powietrzem nadlatywa?o, jakby do?em lasu nadchodzi?o co? straszliwego&#8230;<br />
- Baczno??! Gotowa? bro?!<br />
Rozkazowi temu, który rozleg? si? tu? prawie za mn?, odpowiedzia? z oddali g?os inny, tak samo rozkazuj?cy, krótki.<br />
I by?o ju? wida?&#8230;<br />
Szara masa ogromna, posuwaj?ca si? naprzód z trudem i powoli w?ród g?stych drzew, po ziemi naje?onej sztywnymi pr?tami latoro?li, zas?anej sieciami podst?pnych wiklin. Trudno jej by?o i??. W szumie jej kroków trzaska?y ?amane, stuka?y r?bane ga??zie.<br />
Ale ju? wyra?nie by?o wida?&#8230; I wtedy&#8230; Zastuka?y, zastuka?y za drzewami, po zaro?lach, g?ste, pojedyncze, szybko, szybko po sobie nast?puj?ce wystrza?y i rój b?yskawic krótkich, ognistych, rozsypa? si? w?ród drzew i zaro?li.<br />
Wnet od strony nadchodz?cych buchn?? i potoczy? si? ogromny, d?ugi grzmot i zarazem sun?? stamt?d pocz??y g?ste k??by dymu. Rotowy ogie? karabinów, zbity w sobie, ci??ki, odpowiedzia? posiekanemu ogniowi strzelb, na znacznej przestrzeni rozsypanych.<br />
By?a to rozmowa dwu ró?nych ze sob? grzmotów, dr?a?y od niej ze zgrozy najsilniejsze drzewa lasu.<br />
Czy d?ugo trwa?a?<br />
D?ugo. Godziny up?ywa?y.<br />
W dymach, które stawa?y si? morzem napowietrznym, k??bi?cym si? i ciemnym, szara masa, wyd?u?ona w kszta?t kolumn, to roztaczana w kszta?t pó?obr?czy, przybli?a?a si? znowu i znowu cofa?a. Niewygodnie jej by?o, ciasno i w?ród zas?on le?nych, ogniem ziej?cych, trwo?nie&#8230; Ale ros?a wci??, ros?a, g?stnia?a, na odleg?o?ciach coraz wi?kszych, dalszych. Tysi?ce coraz nowe, konne, piesze. Jak rzeki wezbrane, o wodach nieprzebranych. Ale te? tysi?c zapór, przeszkód w tym ?wiecie le?nym, nape?nionym tworami niepos?usznymi, maj?cymi we w?asnym swym królestwie swoj? wol? i swoj? moc. Tysi?ce te? tych stuków szybkich zza drzew i spomi?dzy zaro?li, które razem z rojami ognistych b?yskawic rzuca?y roje pocisków celnych.<br />
Ilekro? rozdziera?o si? na chwil? napowietrzne morze dymu, wida? by?o bli?ej i dalej, z jednej strony i z drugiej, postacie ludzkie rozci?gni?te na mchach i wiklinach, jak czarne, le??ce cienie.<br />
Po obu stronach pada?y trupy. Lecz nie wszyscy upadaj?cy byli trupami. Upad? st?d niedaleko i rozci?gn?? si? na paprociach ma?y Tar?owski. Ale ?y?&#8230; Od pocz?tku bitwy, za rosochat? olch? na jedno kolano kl?cz?c, nabija? strzelb?, celowa? i strzela?, bez ustanku, zapami?tale, szybko, z wpraw?, któr? obdarzy?y go ?wiczenia obozowe. Jakby nigdy pragnieniem by? nie bieg? ku rajskiej erze wiecznego pokoju ?wiata, jakby nigdy razem z poet? nie wyrzeka? na wlan? w serce cz?owiecze kropl? w?ciek?o?ci lwiej&#8230; Co? lwiego czy tygrysiego b?yszcza?o mu w oczach o rozpalonym b??kicie, pod czo?em ?ci?gni?tym w jedn? zmarszczk? uwagi wyt??onej i zaci?to?ci srogiej: w lini? srog? jak krwawa uraza zaciska?y mu si? usta albo rozwarte, dysz?ce, w pier? w?t?? ch?on??y w??e dymu ziej?ce prochow? woni?.<br />
Wtem nadlecia?o co? maj?cego w szarym dymie podobie?stwo do wyd?u?onego cia?a czarnej pszczo?y i w rami? go ugodzi?o. Rami? to zwis?o u boku, strzelba ? r?ki wypad?a, chcia? porwa? si? z kl?czek, zachwia? si? i na wysokie paprocie upad?. Ale ?y? i po d?ugiej chwili dwie pary silnych ramion zdj??y go z okrwawionych paproci i wnios?y do tego namiotu u stóp moich stoj?cego, który ju? nie by? pustym.<br />
Pod dachem wysokim, z zielonych ga??zi uplecionym, na mchowych i paprociowych po?cielach le?a?o ju? kilkunastu ludzi, w których trzewia lub cz?onki ??d?a swe pogr??y?y czarne pszczo?y. Nad nimi, od jednego do drugiego przechodz?c, przykl?kali dwaj ludzie z twarzami zatroskanymi, z czo?ami oblanymi potem, z r?koma czynnymi. Lekarze obozowi.<br />
Ale wówczas doko?a polany tej stawa?o si? ju? bardzo gor?co. Z coraz cz?stszymi, z coraz d?u?szymi, g?stszymi grzmotami karabinowego ognia szara masa zbli?y?a si? ju? na odleg?o??, z której mo?na by?o rozpoznawa? wzrokiem pojedyncze postacie, twarze, ubrania, bronie. Z ?elaznym prawem liczby zaokr?gla?a si? ona w obr?cz i opasywa?a polan? coraz zupe?niej, coraz bli?ej. Ludzie z tej i z tamtej strony pocz?li spotyka? si? oko w oko i zwiera? si? pier? z piersi?.<br />
W stukach i grzmotach obustronnych ogni dym g?stnia?, nape?niony ognistymi b?yskawicami, krzykami, Przekle?stwami i wybijaj?cymi si? nad wszystko g?osami komend krótkich, zdyszanych, coraz ?pieszniejszych, zapalczywszych, ?miertelniejszych. Duszno?? i ciemno?? od dymu wzrasta?y; la?y si? w nich strumienie potu, ciek?y strugi krwi. Coraz cia?niej stawa?o si? tam, wrzaskliwiej, krwawiej, w?cieklej, przekl?ciej. Piek?o, piek?o, mówi? ci, wietrze pr?dki, szala?o w tym naszym cichym, wonnym, kwiecistym, niewinnym raju le?nym. Piek?o ludzkie.<br />
I zdawa? si? mog?o, ?e nad to, co si? ju? dzia?o, nic na ziemi straszniejszego dzia? si? nie mo?e. A jednak&#8230;<br />
Kiedy na ludzi spogl?dasz, wietrze pr?dki, nie mów nigdy: &#8220;Tu kres ich tragedii!&#8221; Bo nikt w?ród wszech?wiata odgadn?? ani obliczy? nie zdo?a tego szczytu najwy?szego, na który wzbija? si? mog? ich tragedie, ich zbrodnie i ich niedorównany we wszech?wiecie ból i oto&#8230;<br />
Zza g?stwiny olch i osin, zza tej, co to, widzisz, naprzeciw mnie, spo?ród krzaczastych zaro?li wyrasta, wysun?? si? oddzia? wojska konnego, lasem pik d?ugich nad g?owami naje?ony, nad ko?skimi grzbietami pochylony i krzyk wydaj?c przera?liwy pocz?? przez pust? polan? ku temu namiotowi p?dzi?. Zoczy? namiot ten ludzi pe?en i p?dzi? ku niemu pocz??, ku namiotowi, w którym si? i broni pozbawieni le?eli ludzie ranni, a nad nimi z r?koma czynnymi kl?czeli lekarze.<br />
P?dzi? oddzia? zbrojny w piki, na koniach chy?ych pochylony, z krzykami przera?liwymi, z twarzami opalonymi w ogniu bitwy i szala?a mu w ?y?ach w?ciek?o?? lwia&#8230;<br />
Lecz za mn? tu? rozleg? si? g?os stalowy, wrzask boju przewy?szaj?cy:<br />
- Jazda! na obron? rannych.<br />
W mgnieniu oka z dowódc? swym na czele wlecieli na polan?. Czarni od dymów piekielnych, na zziajanych koniach wypadli zza drzew zaro?li, naprzeciw tamtym, z podniesionymi szablami w r?kach&#8230;<br />
S?o?ce mia?o si? ku zachodowi i zza dymu ?wieci?o tarcz? z roz?arzonej miedzi. Na ten poczet lec?cy, na jego spalone twarze i obna?one szable pad? rdzawoczerwony blask, bezpromienny, ponury. W tym blasku dopadli namiotu, ju? przez tamtych okr??onego, z w?t?? ?cian? ga??zi ju? rozwalon?. Straszliwy panowa? tam t?ok i rozlega?y si? nieludzkie wycia i ryki. Ca?? si?? rozp?du koni w t?ok ten uderzyli, z r?k sypi?c b?yskawice szabel i pistoletowe strza?y. Dowódca czarnow?osy, do Archanio?a z mieczem p?omiennym podobny, pierwszy szerokiego otworu doskoczy? i jakby nogi konia jego ziemia do siebie przyku?a &#8211; stan??.<br />
O, Jezu! Nie by?o ju? w namiocie rannych ani lekarzy. By?y tylko trupy w krwi brocz?ce i jeszcze otrzymuj?ce nowe rany, umilk?e albo w strasznym konaniu charcz?ce. A w po?rodku tego pola mordów dokonanych dokonywa? si? ju? ostatni. Na ostrzach kilku pik osadzony i wysoko wzniesiony w powietrze ma?y Tar?owski twarz bia?? jak chusta wystawia? na rdzawoczerwony blask s?o?ca. M?cze?ska twarz ta, o umieraj?cych oczach, z czerwonym sznurkiem krwi od z?otych w?osów do ust, konwulsj? wstrz?snych, pozna?a jednak przyjaciela, r?ka szybkim ruchem rzuci?a ku niemu jaki? przedmiot czerwony i g?os mdlej?cy zawo?a?:<br />
- Jagmin! siostrze!<br />
Ostatni dar, ostatnia my?l, ostatnie s?owo! Jak ptak czerwony chusta krwi? ociekaj?ca zlecia?a na szerok? pier? dowódcy jazdy, lecz w tej?e chwili upad? pod nim ko? jego, kul? ugodzony i on sam w?ród t?oku, dymu, wrzasku, stuku wystrza?ów, ulewy ognistych b?yskawic &#8211; znikn??!&#8230;<br />
&#8230;Przesta? szumie? d?b brodaty i cisza nocna zaleg?a polan?. Bo noc ju? nadesz?a, mroczna, ale nie ciemna: przezroczysta, gwia?dzista, majowa.<br />
Na pagórku mogilnym, na wysokich trawach wiatr le?a?, tak lekki, ?e nie ugina?y si? pod nim ku ziemi wysokie trawy. Ogromne skrzyd?a jego ?a?o?nie zwin??y mu si? z boków i smutnie rozsypa?y si? po ziemi w?osy ze srebrzystych szronów paj?czo uprz?dzione. W wyd?u?onych skr?tach jego kryszta?owego cia?a blado ?wieci?y odbicia gwiazd i z odbi? tych jedno tylko wzrasta?o w blask i wielko??, a? wzros?o w p?omyk gorej?cy, od którego taja? pocz?? kryszta? jego piersi. Taja? od gorej?cego p?omyka kryszta? piersi wiatru pr?dkiego i ?cieka? na wysokie trawy z szemraniem tak cichym, z jakim p?acz? warkocze brzozy, gdy z nich na ziemi? sp?ywaj? majowe deszcze nocne. Tak na bezimiennej, zapomnianej, nieznanej mogile le?nej p?aka? wiatr.<br />
I cicho znad traw zaszele?ci?:<br />
A ten krzy?yk?<br />
Ciche nad sam? ziemi? odpowiedzia?o mu dzwonienie:<br />
- My, ma?e dzwonki liliowe, my, ma?e dzwonki, lito?nie?my ch?odzi?y jej rozpalone czo?o i pi?y lej?ce si? z oczu jej ?zy.<br />
Po latach, po wielu, o sm?tnej jesieni przysz?a tu ciemna, drobna i u stóp pagórka twarz? pad?a na pod?o?e zio?a.<br />
Biedn? twarz?! Bo nie by?a ju? bia?? ani ró?ow?; bia?o?? jej i ró?owo?? wypi?o z niej ?ycie. Biedne ?ycie! Bo nie wiemy, co tam na ?wiecie czyni?a, a w oczach sta?a odbita samotno?? t?skni?ca, gorzka.<br />
Biedne r?ce, niegdy? ca?owane tak mi?o?nie! Biedne oczy, niegdy? tak podobne do b??kitnych, dziewiczych, czystych oczu brata.<br />
On nieprzespanie spa? na dnie pagórka tego, z ostatnim jej pozdrowieniem, szczypteczk? prochu na piersi w proch rozsypanej.<br />
I tamten&#8230;<br />
Le?a?a na pagórku do zió? z?ó?k?ych tul?c twarz uwi?d?? i na ich kobiercu rozci?gaj?c sukni? sw? ciemn?, biedn?&#8230;<br />
My?my wtedy nie mia?y kwiatów, jak?e? w jesieni! wi?c tylko li?ciem ch?odnym obj??y?my twarz jej od p?aczu gor?c? i ?zy pi?y?my, co d?ugo p?yn??y z oczu.<br />
D?ugo. Niepr?dko z ziemi wsta?a i ten krzy?yk ma?y, który przynios?a z sob?, w?ród ?odyg naszych utkwi?a. Potem drobna jej posta? odesz?a w zmierzch wieczorny, w?ród ?ó?tych drzew znikn??a i nie wróci?a ju? wi?cej nigdy&#8230;</span></strong></p>
<p align="center" style="text-align: center"><strong><span style="font-size: 10pt">*</span></strong></p>
<p align="center" style="text-align: center"><!--more--></p>
<p><strong><span style="font-size: 10pt">&#8230;Teraz zaszumia? pot??ny, brodaty d?b:<br />
- I p?yn??y lata za latami&#8230;<br />
O ka?dej wio?nie ptaki przylatywa?y tu gromadnie, wiewiórki po ?wierkach ta?czy?y i w trawach biega?y, pe?za?y, podlatywa?y drobne owadki, robaczki. Ró?e dzikie odkwita?y i zawiesza?y si? u koron ich motyle. S?o?ce k?ad?o na trawy szerokie p?achty z?ote. Od zórz wieczornych ?eglowa?y niebem rumie?ce ob?oków. W zmrokach nocnych ?wieci?y wysokie gwiazdy lub ci??kie, ciemne ca?uny nisko rozwiesza?y chmury. P?yn??y dnie za dniami, noce za nocami&#8230;<br />
W g??bokie jesienie hucza?y tu wichry, szumia?y ulewy, szemra?y deszcze niesko?czone, a w ?nie?yste, szkliste zimy my, drzewa, wznosi?y?my nad tym wzgórzem grobowce ze szk?a szronów i z marmuru ?niegów, zimne, bia?e, koronkami obwieszone, brylantami osypane. Czasem na te grobowce zlatywa?y stada wron lub kawek, krakaniem grobowym powietrze nape?niaj?c, albo w królewskiej postawie zatrzyma? si? w?ród nich jele? wspania?y, przebieg?o stado kóz p?ochliwych, drobny zaj?c przemkn?? znacz?c na ?niegu zygzaki ciemnych ?ladów. P?yn??y wiosny za wiosnami, zimy za zimami&#8230;<br />
I dwie rzeczy by?y niezmienne. Zawsze sta?a tu wysoka od ziemi do nieba samotno?? z obliczem niemym. I ci?gle p?yn?? t?dy nie?miertelny strumie? czasu, niestrudzenie szemrz?c: <em>Vae victis! Vae victis! vae victis!</em>&#8230;</span></strong></p>
<p align="center" style="text-align: center"><strong><span style="font-size: 10pt">*</span></strong></p>
<p><strong><span style="font-size: 10pt">&#8230;Wiatr pr?dki ju? nie p?aka?. Kryszta?owe cia?o jego wstawa? pocz??o nad wzgórzem mogilnymi coraz wy?sze, silniejsze, pot??niejsze, ros?o.<br />
Wstawa? i na kszta?t powiewnej kolumny wzrasta? do wierzcho?ków drzew, wysoko nad ich wierzcho?ki, jeszcze wy?ej, ca?y w gniewnym szumie podnosz?cych si? znad ziemi skrzyde?, w zawierusze w?osów roztaczaj?cych si? naokó? olbrzymi? sieci? paj?cz?, ?wiec?ca szklistym szronem. A?, niebotyczny, wzd?ty, niezliczonymi odbiciami gwiazd roziskrzony, roztoczy? skrzyd?a latawca-olbrzyma, na las ca?y rzucaj?c okrzyk:<br />
- <em>Gloria victis!</em><br />
I zerwa? si? z mogi?y, wzlecia? nad las, szlakiem powietrznym dotar? ciemnego nieba i do gwiazd mrugaj?cych, do srebrzystych dróg mlecznych zawo?a?:<br />
- <em>Gloria victis!</em><br />
A potem znowu ku ziemi sp?yn?? i, niespokojny, gniewnym, czy ?wi?tym sza?em zdj?ty, szumi?cym szlakiem ciemno?ci przerzynaj?c, nad polami, nad wodami, nad lasami, nad miastami i wioskami, na ca?? kul? powietrzn?, która obejmuje ziemi?, i na ca?e sklepienie niebieskie wo?a?:<br />
- <em>Gloria victis!</em><br />
Zdumiewa?y si? wo?ania tego s?uchaj?c pola, wody, lasy, wsie i miasta, zdumiewa?a si? kula ziemska i kula powietrzna, w zdumieniu zapytuj?c, kto nad ?wiatem g?osi t? ogromn?, nies?ychan?, t? fantastyczn?, niespodziewan? nowin?? Czy ba?? dosta?a skrzyde? i nocami pocz??a ?wiatu przedziwne rzeczy opowiada?? Czy tak wo?aj? duchy str?cone z planet innych? Czy senne rojenia? Zjawy bezcielesne? Z?udy? I zali? przemienienie ?wiata g?os ten zwiastuje lub jego sko?czenie?<br />
A wiatr pr?dki od nieznanej, bezimiennej, wielkiej mogi?y le?nej lecia? i lecia?, nios?c i nios?c w przestrze?, w czas, w pami?cie, w serca, w przysz?o?? ?wiata triumfem dalekiej przysz?o?ci rozbrzmiewaj?cy, okrzyk:<br />
- <em>Gloria victis!</em></span></strong></p>
<p class="MsoNormal"><strong><span style="font-size: 10pt"> </span></strong></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.bajkiopowiadania.com/2006/01/20/gloria-victis-eliza-orzeszkowa/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Kamizelka &#8211; Boles?aw Prus</title>
		<link>http://www.bajkiopowiadania.com/2006/01/19/kamizelka-boleslaw-prus/</link>
		<comments>http://www.bajkiopowiadania.com/2006/01/19/kamizelka-boleslaw-prus/#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 19 Jan 2006 22:57:46 +0000</pubDate>
		<dc:creator>bajkiopowiadania</dc:creator>
				<category><![CDATA[Lektury i literatura szkolna]]></category>
		<category><![CDATA[Nowele]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.bajkiopowiadania.com/nowele/kamizelka-boleslaw-prus/</guid>
		<description><![CDATA[ KAMIZELKA

 
Niektórzy ludzie maj? poci?g do zbierania osobliwo?ci kosztowniejszych lub mniej kosztownych, na jakie kogo sta?. Ja tak?e posiadam zbiorek, lecz skromny, jak zwykle w pocz?tkach.
Jest tam mój dramat, który pisa?em jeszcze w gimnazjum na lekcjach j?zyka ?aci?skiego&#8230; Jest kilka zasuszonych kwiatów, które trzeba b?dzie zast?pi? nowymi, jest&#8230;
Zdaje si?, ?e nie ma nic wi?cej [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p align="center" class="MsoNormal"><strong> <span style="font-size: 13.5pt; color: #0000cc">KAMIZELKA</span></strong></p>
<p align="center" class="MsoNormal"><img width="489" height="28" alt="linia_3" src="http://www.parkigry.com/wp-content/linia12.gif" /></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt"> </span><br />
<span style="font-size: 13.5pt">Niektórzy ludzie maj? poci?g do zbierania osobliwo?ci kosztowniejszych lub mniej kosztownych, na jakie kogo sta?. Ja tak?e posiadam zbiorek, lecz skromny, jak zwykle w pocz?tkach.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">Jest tam mój dramat, który pisa?em jeszcze w gimnazjum na lekcjach j?zyka ?aci?skiego&#8230; Jest kilka zasuszonych kwiatów, które trzeba b?dzie zast?pi? nowymi, jest&#8230;</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">Zdaje si?, ?e nie ma nic wi?cej oprócz pewnej bardzo starej i zniszczonej kamizelki.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">Oto ona. Przód sp?owia?y, a ty? przetarty. Du?o plam, brak guzików, na brzegu dziurka, wypalona zapewne papierosem. Ale  najciekawsze w niej s? ?ci?gacze. Ten, na którym znajduje si? sprz?czka, jest skrócony i przyszyty do kamizelki wcale nie po krawiecku, a ten drugi, prawie na ca?ej d?ugo?ci, jest pok?uty z?bami sprz?czki.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">Patrz?c na to od razu domy?lasz si?, ?e w?a?ciciel odzienia j zapewne co dzie? chudn?? i wreszcie dosi?gn?!, tego stopnia, na którym kamizelka przestaje by? niezb?dn?, ale natomiast okazuje si? bardzo potrzebnym zapi?ty pod szyj? frak z magazynu pogrzebowego.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">Wyznaj?, ?e dzi? ch?tnie odst?pi?bym komu ten szmat sukna, który mi robi troch? k?opotu. Szaf na zbiory jeszcze nie mam, a nie chcia?bym znowu trzyma? chorej kamizelczyny mi?dzy w?asnymi rzeczami. By? jednak czas, ?em j? kupi? za cen? znakomicie wy?sz? od warto?ci, a da?bym nawet i dro?ej, gdyby umiano si? targowa?. Cz?owiek miewa w ?yciu takie chwile, ?e lubi otacza? si? przedmiotami, które przypominaj? smutek.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">Smutek ten nie gnie?dzi? si? mnie, ale w mieszkaniu bliskich s?siadów. Z okna mog?em co dzie? spogl?da? do wn?trza ich pokoiku.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">Jeszcze w kwietniu by?o ich troje: pan, pani i ma?a s?u??ca, która sypia?a, o ile wiem, na kuferku za szaf?. Szafa by?a ciemnowi?niowa. W lipcu, je?eli mnie pami?? nie zwodzi, zosta?o ich tylko dwoje: pani i pan, bo s?u??ca przenios?a si? do takich pa?stwa, którzy p?acili jej trzy ruble na rok i co dzie? gotowali obiady.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">W pa?dzierniku zosta?a ju? tylko &#8211; pani, sama jedna. To jest niezupe?nie sama, poniewa? w pokoju znajdowa?o si? jeszcze du?o sprz?tów: dwa ?ó?ka, stó?, szafa&#8230; Ale na pocz?tku listopada sprzedano z licytacji niepotrzebne rzeczy, a przy pani ze wszystkich pami?tek po m??u zosta?a tylko kamizelka, któr? obecnie posiadam.</span></p>
<p><span id="more-52"></span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">Lecz w ko?cu listopada pewnego dnia pani zawo?a?a do pustego mieszkania handlarza starzyzny i sprzeda?a mu swój parasol za dwa z?ote i kamizelk? po m??u za czterdzie?ci groszy. Potem zamkn??a mieszkanie na klucz, powoli przesz?a na dziedziniec, w bramie odda?a klucz stró?owi, chwil? popatrzy?a w swoje niegdy? okno, na które pada?y drobne p?atki ?niegu, i &#8211; znik?a za bram?.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">Na dziedzi?cu zosta? handlarz starzyzny. Podniós? do góry wielki ko?nierz kapoty, pod pach? wetkn?? dopiero co kupiony parasol i owin?wszy w kamizelk? r?ce czerwone z zimna, mrucza?:</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- Handel, panowie&#8230; handel!&#8230; Zawo?a?em go.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- Pan dobrodziej ma co do sprzedania? &#8211; zapyta? wchodz?c.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- Nie, chc? od ciebie co? kupi?.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- Pewnie wielmo?ny pan chce parasol?&#8230; &#8211; odpar? ?ydek. Rzuci? na ziemi? kamizelk?, otrz?sn?? ?nieg z ko?nierza i z wielk? usilno?ci? pocz?? otwiera? parasol.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- A fajn mebel!&#8230; &#8211; mówi?. &#8211; Na taki ?nieg to tylko taki parasol&#8230; Ja wiem, ?e wielmo?ny pan mo?e mie? ca?kiem jedwabny parasol, nawet ze dwa. Ale to dobre tylko na lato!&#8230;</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- Co chcesz za kamizelk?? &#8211; spyta?em.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- Jake kamyzelkie?&#8230; &#8211; odpar? zdziwiony, my?l?c zapewne o swojej w?asnej.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">Ale wnet opami?ta? si? i szybko podniós? le??c? na ziemi.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- Za te kamyzelkie?&#8230; Pan dobrodziej pyta si? o te kamyzelkie?&#8230;</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">A potem, jakby zbudzi?o si? w nim podejrzenie, spyta?:</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- Co wielmo?nego pana po take kamyzelkie?!&#8230;</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- Ile chcesz za ni??</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">?ydowi b?ysn??y ?ó?te bia?ka, a koniec wyci?gni?tego nosa poczerwienia? jeszcze bardziej.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- Da wielmo?ny pan&#8230; rubelka! &#8211; odpar? roztaczaj?c mi przed oczyma towar w taki sposób, a?eby okaza? wszystkie jego zalety.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- Dam ci pó? rubla.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- Pó? rubla?&#8230; taky ubjór?&#8230; To nie mo?e by?! &#8211; mówi? handlarz.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- Ani grosza wi?cej.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- Niech wielmo?ny pan ?artuje zdrów!&#8230; &#8211; rzek? klepi?c mnie po ramieniu. &#8211; Pan sam wi, co taka rzecz jest warta. To przecie nie jest ubjór na ma?e dziecko, to jest na doros?e osoby&#8230;</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- No, je?eli nie mo?esz odda? za pó? rubla, to ju? id?. Ja wi?cej nie dam.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- Ino niech si? pan nie gniewa! &#8211; przerwa? mi?kn?c. &#8211; Na moje sumienie, za pó? rubelka nie mog?, ale &#8211; ja zdaj? si? na pa?ski rozum&#8230; Niech pan sam powie: co to jest wart, a ja si? zgodz?!&#8230; &#8216;Ja wol? do?o?y?, byle to si? sta?o, co pan chce.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- Kamizelka jest warta pi??dziesi?t groszy, a ja d daj? pól rubla.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- Pó? rubla?&#8230; Niech b?dzie ju? pó? rubla!&#8230; &#8211; westchn?? wpychaj?c mi kamizelk? w r?ce. &#8211; Niech b?dzie moja strata, byle ja z g?by nie robi?&#8230; ten wjatr!&#8230;</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">I wskaza? r?k? na okno, za którym k??bi? si? tuman ?niegu. Gdym si?gn?? po pieni?dze, handlarz, widocznie co? przypomniawszy sobie, wyrwa? mi jeszcze raz kamizelk? i pocz?? szybko rewidowa? jej kieszonki.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- Czegó? ty tam szukasz?</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- Mo?em co zostawi? w kieszeni, nie pami?tam! &#8211; odpar? najnaturalniejszym tonem, a zwracaj?c mi nabytek doda?:</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- Niech ja?nie pan do?o?y cho? dziesi?tk?!&#8230;</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- No, bywaj zdrów! &#8211; rzek?em otwieraj?c drzwi.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- Upadam do nóg!&#8230; Mam jeszcze w domu bardzo porz?dne futro&#8230;</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">I jeszcze zza progu, wytkn?wszy g?ow?, zapyta?:</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- A mo?e wielmo?ny pan ka?e przynie?? serki owczych?&#8230;</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">&#8216;W par? minut znowu wo?a? na podwórzu: &#8220;Handel! handel!&#8230;&#8221; &#8211; a gdym stan?? w oknie, uk?oni? mi si? z przyjacielskim u?miechem.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">?nieg zacz?? tak mocno pada?, ?e prawie zmierzch?o si?. Po?o?y?em kamizelk? na stole i pocz??em marzy? to o pani, która wysz?a za bram? nie wiadomo dok?d, to o mieszkaniu, stoj?cym pustk? obok mego, to znowu o w?a?cicielu kamizelki, nad którym coraz g?stsza warstwa ?niegu narasta&#8230;</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">Jeszcze trzy miesi?ce temu s?ysza?em, jak w pogodny dzie? wrze?niowy rozmawiali ze sob?. W maju pani raz nawet &#8211; nuci?a jak?? piosenk?, on ?mia? si? czytaj?c &#8220;Kuriera ?wi?tecznego&#8221;. A dzi?&#8230;</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">Do naszej kamienicy sprowadzili si? na pocz?tku kwietnia. Wstawali do?? rano, pili herbat? z blaszanego samowaru i razem wychodzili do miasta. Ona na lekcje, on do biura.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">By? to drobny urz?dniczek, który na naczelników wydzia?owych patrzy? z takim podziwem jak podró?nik na Tatry. Za to musia? du?o pracowa?, po ca?ych dniach. Widywa?em nawet go i o pó?nocy, przy lampie, zgi?tego nad stolikiem.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">?ona zwykle siedzia?a przy nim i szy?a. Niekiedy spojrzawszy na niego przerywa?a swoj? robot? i mówi?a tonem upominaj?cym:</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- No, ju? do?? b?dzie, po?ó? si? spa?.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- A ty kiedy pójdziesz spa??&#8230;</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- Ja&#8230; jeszcze tylko doko?cz? par? ?ciegów&#8230;</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- No&#8230; to i ja napisz? par? wierszy&#8230; Znowu oboje pochylali g?owy i robili swoje. I znowu po niejakim czasie pani mówi?a:</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- K?ad? si?!&#8230; k?ad? si?!&#8230;</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">Niekiedy na jej s?owa odpowiada? mój zegar wybijaj?c pierwsz?.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">Byli to ludzie m?odzi, ani ?adni, ani brzydcy, w ogóle spokojni. O ile pami?tam, pani by?a znacznie szczuplejsza od m??a, który mia? budow? wcale t?g?. Powiedzia?bym, ?e nawet za t?g? na tak ma?ego urz?dnika.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">Co niedziel?, oko?o po?udnia, wychodzili na spacer trzymaj?c si? pod r?ce i wracali do domu pó?no wieczór. Obiad zapewne jedli w mie?cie. Raz spotka?em ich przy bramie oddzielaj?cej Ogród Botaniczny od ?azienek. Kupili sobie dwa kufle doskona?ej wody i dwa du?e pierniki, maj?c przy tym spokojne fizjognomi? mieszczan, którzy zwykli jada? przy herbacie gor?c? szynk? z chrzanem.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">W ogóle biednym ludziom niewiele potrzeba do utrzymania duchowej równowagi. Troch? ?ywno?ci, du?o roboty i du?o zdrowia. Reszta sama si? jako? znajduje.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">Moim s?siadom, o ile si? zdaje, nie brak?o ?ywno?ci, a przynajmniej roboty. Ale zdrowie nie zawsze dopisywa?o.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">Jako? w lipcu pan zazi?bi? si?, zreszt? nie bardzo. Dziwnym jednak zbiegiem okoliczno?ci dosta? jednocze?nie tak silnego krwotoku, ?e a? straci? przytomno??.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">By?o to ju? w nocy. ?ona, utuliwszy go na ?ó?ku, sprowadzi?a do pokoju stró?ow?, a sama pobieg?a po doktora. Dowiadywa?a si? o pi?ciu, ale znalaz?a ledwie jednego, i to wypadkiem, na ulicy.</span></p>
<p><!--more--></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">Doktor, spojrzawszy na ni? przy blasku migotliwej latami, uzna? za stosowne j? przede wszystkim uspokoi?. A poniewa? chwilami zatacza?a si?, zapewne ze zm?czenia, a doro?ki na ulicy nie by?o, wi?c poda? jej r?k? i id?c t?omaczy?, ?e krwotok jeszcze niczego nie dowodzi.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- Krwotok mo?e by? z krtani, z ?o??dka, z nosa, z p?uc rzadko kiedy. Zreszt?, je?eli cz?owiek zawsze by? zdrów, nigdy nie kaszla?&#8230;</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- O, tylko czasami! &#8211; szepn??a pani zatrzymuj?c si? dla nabrania tchu.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- Czasami? to jeszcze nic. Mo?e mie? lekki katar oskrzeli.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- Tak&#8230; to katar! &#8211; powtórzy?a pani ju? g?o?no.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- Zapalenia p?uc nie mia? nigdy?&#8230;</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- Owszem!&#8230; &#8211; odpar?a pani, znowu staj?c. Troch? si? nogi pod ni? chwia?y.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- Tak, ale zapewne ju? dawno?&#8230; &#8211; pochwyci? lekarz.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- O, bardzo&#8230; bardzo dawno!&#8230; &#8211; potwierdzi?a z po?piechem. &#8211; Jeszcze tamtej zimy.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- Pó?tora roku temu.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- Nie&#8230; Ale jeszcze przed Nowym Rokiem&#8230; O, ju? dawno!</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- A!&#8230; Jaka to ciemna ulica, a w dodatku niebo troch? zas?oni?te&#8230; &#8211; mówi? lekarz.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">Weszli do domu. Pani z trwog? zapyta?a stró?a: co s?ycha?? -i dowiedzia?a si?, ?e nic. W mieszkaniu stró?owa tak?e powiedzia?a jej, ?e nic nie s?ycha?, a chory drzema?.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">Lekarz ostro?nie obudzi? go, wybada? i tak?e powiedzia?, ?e to nic.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- Ja zaraz mówi?em, ?e to nic! &#8211; odezwa? si? chory.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- O, nic!&#8230; &#8211; powtórzy?a pani ?ciskaj?c jego spotnia?e r?ce. -Wiem przecie, ?e krwotok mo?e by? z ?o??dka albo z nosa. U ciebie pewnie z nosa&#8230; Ty? taki t?gi, potrzebujesz ruchu, a ci?gle siedzisz&#8230; Prawda, panie doktorze, ?e on potrzebuje ruchu?&#8230;</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- Tak! tak!&#8230; Ruch jest w ogóle potrzebny, ale ma??onek pani musi par? dni pole?y?. Czy mo?e wyjecha? na wie??</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- Nie mo?e&#8230; &#8211; szepn??a pani ze smutkiem.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- No &#8211; to nic! Wi?c zostanie w Warszawie. Ja b?d? go odwiedza?, a tymczasem &#8211; niech sobie pole?y i odpocznie. Gdyby si? za? krwotok powtórzy?&#8230; &#8211; doda? lekarz.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- To co, panie? &#8211; spyta?a ?ona bledn?c jak wosk.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- No, to nic. M?? pani wypocznie, tam si? zasklepi&#8230;</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- Tam&#8230; w nosie? &#8211; mówi?a pani sk?adaj?c przed doktorem r?ce.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- Tak&#8230; w nosie! Rozumie si?. Niech pani uspokoi si?, a reszt? zda? na Boga. Dobranoc.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">S?owa doktora tak uspokoi?y pani?, ?e po trwodze, jak? przechodzi?a od kilku godzin, zrobi?o si? jej prawie weso?o.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- No, i có? to tak wielkiego! &#8211; rzek?a, troch? ?miej?c si?, a troch? pop?akuj?c.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">Ukl?k?a przy ?ó?ku chorego i zacz??a ca?owa? go po r?kach.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- Có? tak wielkiego! &#8211; powtórzy? pan cicho i u?miechn?? si?. -Ile to krwi na wojnie z cz?owieka up?ywa, a jednak jest potem zdrów!&#8230;</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- Ju? tylko nic nie mów &#8211; prosi?a go pani.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">Na dworze zacz??o ?wita?. W lecie, jak wiadomo, noce s? bardzo krótkie.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">Choroba przeci?gn??a si? znacznie d?u?ej, ni? my?lano. M?? nie chodzi? ju? do biura, co mu tym mniej robi?o k?opotu, ?e jako urz?dnik najemny, nie potrzebowa? bra? urlopu, a móg? wróci?, kiedy by mu si? podoba?o i &#8211; o ile znalaz?by miejsce. Poniewa? gdy siedzia? w mieszkaniu, by? zdrowszy, wi?c pani wystara?a si? jeszcze o kilka lekcy j na tydzie? i za ich pomoc? op?dza?a domowe potrzeby.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">Wychodzi?a zwykle do miasta o ósmej rano. Oko?o pierwszej wraca?a na par? godzin do domu, a?eby ugotowa? m??owi obiad na maszynce, a potem znowu wybiega?a na jaki? czas.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">Za to ju? wieczory sp?dzali razem. Pani za?, aby nie pró?nowa?, bra?a troch? wi?cej do szycia.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">Jako? w ko?cu sierpnia spotka?a si? pani z doktorem na ulicy. D?ugo chodzili razem. W ko?cu pani schwyci?a doktora za r?k? i rzek?a b?agalnym tonem:</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- Ale swoj? drog? niech pan do nas przychodzi. Mo?e te? Bóg da!&#8230; On tak si? uspakaja po ka?dej pa?skiej wizycie&#8230;</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">Doktor obieca?, a pani wróci?a do domu jakby sp?akana. Pan te?, skutkiem przymusowego siedzenia, zrobi? si? jaki? dra?liwy i zw?tpia?y. Zacz?? wymawia? ?onie, ?e jest zanadto o niego troskliwa, ?e on mimo to umrze, a w ko?cu zapyta?:</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- Czy nie powiedzia? ci doktor, ?e ja nie prze?yj? kilku miesi?cy?</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">Pani zdr?twia?a.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- Co ty mówisz? &#8211; rzek?a. &#8211; Sk?d ci takie my?li?&#8230; Chory wpad? w gniew.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- Oo, chod??e tu do mnie, o tu!&#8230; &#8211; mówi? gwa?townie, chwytaj?c j? za r?ce. &#8211; Patrz mi prosto w oczy i odpowiadaj: nie mówi? ci doktor?</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">I utopi? w niej rozgor?czkowane spojrzenie. Zdawa?o si?, ?e pod tym wzrokiem mur wyszepta?by tajemnic?, gdyby j? posiada?.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">Na twarzy kobiety ukaza? si? dziwny spokój. U?miecha?a si? ?agodnie, wytrzymuj?c to dzikie spojrzenie. Tylko jej oczy jakby szk?em zasz?y.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- Doktor mówi? &#8211; odparta &#8211; ?e to nic, tylko ?e musisz troch? wypocz??&#8230;</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">M?? nagle pu?ci? j?, zacz?? dr?e? i ?mia? si?, a potem machaj?c r?k? rzek?:</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- No widzisz, jakim j a nerwowy!&#8230; Koniecznie ubrda?o mi si?, ?e doktor zw?tpi? o mnie&#8230; Ale&#8230; przekona?a? mnie&#8230; Ju? jestem spokojny!&#8230;</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">I coraz weselej ?mia? si? ze swoich przywidze?.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">Zreszt? taki atak podejrzliwo?ci nigdy si? ju? nie powtórzy?. ?agodny spokój ?ony by? przecie najlepsz? dla chorego wskazówk?, ?e stan jego nie jest z?ym.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">Bo i z jakiej racji mia? by? z?y?</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">By? wprawdzie kaszel, ale &#8211; to z kataru oskrzeli. Czasami, skutkiem d?ugiego siedzenia, pokazywa?a si? krew &#8211; z nosa. No, miewa? te? jakby gor?czk?, ale w?a?ciwie nie by?a to gor?czka, tylko &#8211; taki stan nerwowy.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">W ogóle czu? si? coraz zdrowszym. Mia? nieprzepart? ch?? do jakich? dalekich wycieczek, lecz &#8211; troch? si? mu brak?o. Przyszed? nawet czas, ?e w dzie? nie chcia? le?y? w ?ó?ku, tylko siedzia? na krze?le ubrany, gotowy do wyj?cia, byle go opu?ci?o to chwilowe os?abienie.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">Niepokoi? go tylko jeden szczegó?.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">Pewnego dnia k?ad?c kamizelk? uczu?, ?e jest jako? bardzo lu?na.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- Czybym a? tak schud??&#8230; &#8211; szepn??.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- No, naturalnie, ?e musia?e? troch? zmizernie? &#8211; odpar?a ?ona. &#8211; Ale przecie? nie mo?na przesadza?&#8230;</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">M?? bacznie spojrza? na ni?. Nie oderwa?a nawet oczu od roboty. Nie, ten spokój nie móg? by? udany!&#8230; ?ona wie od doktora, ?e on nie jest tak znowu bardzo chory, wi?c nie ma powodu martwi? si?.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">W pocz?tkach wrze?nia nerwowe stany, podobne do gor?czki, wyst?powa?y coraz silniej, prawie po ca?ych dniach.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- To g?upstwo! &#8211; mówi? chory. &#8211; Na przej?ciu od lata do jesieni najzdrowszemu cz?owiekowi trafia si? jakie? rozdra?nienie, ka?dy jest nieswój&#8230; To mnie tylko dziwi: dlaczego moja kamizelka le?y na mnie coraz lu?niej?&#8230; Strasznie musia?em schudn??, i naturalnie dopóty nie mog? by? zdrowym, dopóki mi cia?a nie przyb?dzie, to darmo!&#8230;</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">?ona bacznie przys?uchiwa?a si? temu i musia?a przyzna?, ?e m?? ma s?uszno??.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">Chory co dzie? wstawa? z ?ó?ka i ubiera? si?, pomimo ?e bez pomocy ?ony nie móg? wci?gn?? na siebie ?adnej sztuki ubrania. Tyle przynajmniej wymog?a na nim, ?e na wierzch nie k?ad? surduta, tylko paltot.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- Dziwi? si? tu &#8211; mówi? nieraz, patrz?c w lustro &#8211; dziwi? si? tu, ?e ja nie mam sil. Ale? jak wygl?dam!&#8230;</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- No, twarz zawsze ?atwo si? zmienia &#8211; wtr?ci?a ?ona.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- Prawda, tylko ?e ja i w sobie chudn?&#8230;</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- Czy ci si? nie zdaje? &#8211; spyta?a pani z akcentem wielkiej w?tpliwo?ci. Zamy?li? si?.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- Ha! mo?e i masz racj?&#8230; Bo nawet&#8230; od kilku dni uwa?am, ?e&#8230; co?&#8230; moja kamizelka&#8230;</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- Daj?e pokój! &#8211; przerwa?a pani &#8211; przecie? nie uty?e?&#8230;</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- Kto wie? Bo, o ile uwa?am po kamizelce, to&#8230;</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- W takim razie powinny by ci wraca? si?y.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- Oho! chcia?aby? tak zaraz&#8230; Pierwej musz? przecie? cho? cokolwiek nabra? cia?a. Nawet powiem ci, ?e cho? i odzyskam cia?o, to i wtedy jeszcze nie zaraz nabior? si?&#8230;</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">A co ty tam robisz za szaf??&#8230; &#8211; spyta? nagle.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- Nic. Szukam w kufrze r?cznika, a nie wiem&#8230; czy jest czysty. •&#8217;</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- Nie wysilaj?e si? tak, bo a? ci si? g?os zmienia&#8230; To przecie? ci??ki kufer&#8230;</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">Istotnie, kufer musia? by? ci??ki, bo pani a? porobi?y si? wypieki na twarzy. Ale by?a spokojna.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">Odt?d chory coraz pilniejsz? zwraca? uwag? na swoj? kamizelk?. Co par? za? dni wo?a? do siebie ?on? i mówi?:</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- No&#8230; patrzaj?e. Sama si? przekonaj: wczoraj mog?em tu jeszcze w?o?y? palec, o &#8211; tu&#8230; A dzi? ju? nie mog?. Ja istotnie zaczynam nabiera? cia?a!&#8230;</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">Ale pewnego dnia rado?? chorego nie mia?a granic. Kiedy ?ona wróci?a z lekcy j, powita? j? z b?yszcz?cymi oczyma i rzek? bardzo wzruszony:</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- Pos?uchaj mnie, powiem ci jeden sekret&#8230; Ja z t? kamizelk?, widzisz, troch? szachrowa?em. A?eby ciebie uspokoi?, co dzie? sam ?ci?ga?em pasek, i dlatego &#8211; kamizelka by?a ciasna&#8230; tym sposobem doci?gn??em wczoraj pasek do ko?ca. Ju? martwi?em si? my?l?c, ?e si? wyda sekret, gdy wtem dzi?&#8230; Wiesz, co d powiem?&#8230; Ja dzi?, daj? ci naj?wi?tsze s?owo, zamiast ?ci?ga? pasek, musia?em go troch? rozlu?ni?!&#8230; By?o mi formalnie ciasno, cho? jeszcze wczoraj by?o cokolwiek lu?niej&#8230;</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">No, teraz i ja wierz?, ?e b?d? zdrów&#8230; Ja sam!&#8230; Niech doktor my?li, co chce&#8230;</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">D?uga mowa tak go wysili?a, ?e musia? przej?? na ?ó?ko. Tam jednak, jako cz?owiek, który bez ?ci?gania pasków zaczyna nabiera? cia?a, nie po?o?y? si?, ale jak w fotelu opar? si? w obj?ciach ?ony.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- No, no!&#8230; &#8211; szepta? &#8211; kto by si? spodziewa??&#8230; Przez dwa tygodnie oszukiwa?em moj? ?on?, ?e kamizelka jest ciasna, a ona dzi? naprawd? sama ciasna!&#8230;</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- No&#8230; no!&#8230;</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">I przesiedzieli tul?c si? jedno do drugiego ca?y wieczór.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">Chory by? wzruszony jak nigdy.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- Mój Bo?e! &#8211; szepta? ca?uj?c ?on? po r?kach &#8211; a ja my?la?em, ?e ju? tak b?d? chudn?? do&#8230; ko?ca. Od dwu miesi?cy dzi? dopiero, pierwszy raz, uwierzy?em w to, ?e mog? by? zdrów.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">Bo to przy chorym wszyscy k?ami?, a ?ona najwi?cej. Ale kamizelka &#8211; ta ju? nie sk?amie!&#8230;</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- &#8211; - &#8211; - &#8211; - &#8211; - &#8211; - &#8211; - &#8211; - &#8211; - &#8211; - &#8211; - &#8211; - &#8211; - &#8211; - &#8211; - &#8211; - &#8211; - &#8211; - &#8211; -</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">Dzi? patrz?c na star? kamizelk? widz?, ?e nad jej ?ci?gaczami pracowa?y dwie osoby. Pan &#8211; co dzie? posuwa? sprz?czk?, a?eby uspokoi? ?on?, a pani co dzie? &#8211; skraca?a pasek, aby m??owi doda? otuchy.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">&#8220;Czy znowu zejd? si? kiedy oboje, a?eby powiedzie? sobie ca?y sekret o kamizelce?&#8230;&#8221; &#8211; my?la?em patrz?c na niebo.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">Nieba prawie ju? nie by?o nad ziemi?. Pada? tylko ?nieg taki g?sty i zimny, ?e nawet w grobach marz?y ludzkie popio?y.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">Któ? jednak powie, ?e za tymi chmurami nie ma s?o?ca?&#8230;</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">Potem ?miech zamieni? si? w weso?? rozmow?, potem wielokrotnie powtórzono stówko: &#8220;dobranoc!&#8221; &#8211; i nareszcie wszystko umilk?o. Zbudzony ptak mocniej obj?? palcami ga??zk? i znowu zasn??. I ?ni?o mu si? w g?ówce schowanej pod skrzyd?o, ?e jest, jak niegdy?, ma?ym ptaszkiem i ?e ?pi w gnie?dzie, otulony gor?c? piersi? matki.</span></p>
<p><img width="489" height="28" alt="linia_3" src="http://www.parkigry.com/wp-content/linia12.gif" /></p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal">
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.bajkiopowiadania.com/2006/01/19/kamizelka-boleslaw-prus/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>1</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Katarynka &#8211; Boles?aw Prus</title>
		<link>http://www.bajkiopowiadania.com/2006/01/19/katarynka-boleslaw-prus/</link>
		<comments>http://www.bajkiopowiadania.com/2006/01/19/katarynka-boleslaw-prus/#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 19 Jan 2006 22:48:49 +0000</pubDate>
		<dc:creator>bajkiopowiadania</dc:creator>
				<category><![CDATA[Lektury i literatura szkolna]]></category>
		<category><![CDATA[Nowele]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.bajkiopowiadania.com/nowele/katarynka-boleslaw-prus/</guid>
		<description><![CDATA[ KATARYNKA

Na ulicy Miodowej co dzie? oko?o po?udnia mo?na by?o spotka? jegomo?cia w pewnym wieku, który chodzi? z placu Krasi?skich ku ulicy Senatorskiej. Latem nosi? on wykwintne, ciemnogranatowe palto, popielate spodnie od pierwszorz?dnego krawca, buty po?yskuj?ce jak zwierciad?a &#8211; i &#8211; nieco wyszarzany cylinder.
Jegomo?? mia? twarz rumian?, szpakowate faworyty i siwe, ?agodne oczy. Chodzi? pochylony, [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p align="center" class="MsoNormal"><strong> </strong><span style="font-size: 12pt; color: #cc9900"><strong>KATARYNKA</strong></span></p>
<p><img width="425" height="20" alt="linia_2" src="http://www.parkigry.com/wp-content/linia15.gif" /></p>
<p><strong>Na ulicy Miodowej co dzie? oko?o po?udnia mo?na by?o spotka? jegomo?cia w pewnym wieku, który chodzi? z placu Krasi?skich ku ulicy Senatorskiej. Latem nosi? on wykwintne, ciemnogranatowe palto, popielate spodnie od pierwszorz?dnego krawca, buty po?yskuj?ce jak zwierciad?a &#8211; i &#8211; nieco wyszarzany cylinder.</strong></p>
<p><strong>Jegomo?? mia? twarz rumian?, szpakowate faworyty i siwe, ?agodne oczy. Chodzi? pochylony, trzymaj?c r?ce w kieszeniach W dzie? pogodny nosi? pod pach? lask?, w pochmurny &#8211; d?wiga? jedwabny parasol angielski.</strong></p>
<p><strong>By? zawsze g??boko zamy?lony i posuwa? si? z wolna Oko?o Kapucynów dotyka? pobo?nie r?k? kapelusza i przechodzi? na drug? stron? ulicy, a?eby zobaczy? u Pika jak stoi barometr i termometr, potem znowu zawraca? na prawy chodnik, zatrzymywa? si? przed wystaw? Mieczkowskiego, ogl?da? fotografie Modrzejewskiej &#8211; i szed? dalej.</strong></p>
<p><strong>W drodze ust?powa? ka?demu, a potr?cony u?miecha? si? ?yczliwie.</strong></p>
<p><strong>Je?eli kiedy spostrzega? ?adn? kobiet?, zak?ada? binokle, aby przypatrze? si? jej. Ale ?e robi? to flegmatycznie, wi?c zwykle spotyka? go zawód.</strong></p>
<p><strong>Ten jegomo?? by? to &#8211; pan Tomasz.</strong></p>
<p><strong>Pan Tomasz trzydzie?ci lat chodzi? ulic? Miodow? i nieraz my?la?, ?e si? na niej wiele rzeczy zmieni?o. To? samo ulica Miodowa pomy?le? by mog?a o nim.</strong></p>
<p><strong>Gdy by? leszcze obro?c?, biega? tak pr?dko, ?e nie uciek?aby przed nim ?adna szwaczka wracaj?ca z magazynu do domu By? weso?y, rozmowny, trzyma? si? prosto, mia? czupryn? i nosi? w?sy zakr?cone ostro do góry Ju? wówczas sztuki pi?kne robi?y na nim wra?enie, ale czasu im nie po?wi?ca?, bo szala? &#8211; za kobietami. Co prawda, mia? do nich szcz??cie i nieustannie by? swatany. Ale có? z tego, kiedy pan Tomasz nie móg? nigdy znale?? ani jednej chwili na o?wiadczyny b?d?c zaj?ty je?eli nie praktyk?, to &#8211; schadzkami. Od Frani szed? do s?du, z s?du bieg? do Zosi, któr? nad wieczorem opuszcza?, a?eby z Józi? i Filk? zje?? kolacj?.</strong></p>
<p><strong>Gdy zosta? mecenasem, czo?o, skutkiem nat??onej pracy umys?owej, uros?o mu a? do ciemienia, a na w?sach pokaza?o si? kilka srebrnych w?osów. Pan Tomasz pozby? si? ju? wówczas m?odzie?czej gor?czki, mia? maj?tek i ustalon? opini? znawcy sztuk pi?knych. A ?e kobiety wci?? kocha?, wi?c pocz?? my?le? o ma??e?stwie. Naj?? nawet mieszkanie z sze?ciu pokojów z?o?one, urz?dzi? w nim na w?asny koszt posadzki, sprawi? obicia, pi?kne meble &#8211; i szuka? ?ony.</strong></p>
<p><strong>Ale cz?owiekowi dojrza?emu trudno zrobi? wybór. Ta by?a za m?oda, a tamt? uwielbia? ju? zbyt d?ugo. Trzecia mia?a wdzi?ki i wiek w?a?ciwy, ale nieodpowiedni temperament, a czwarta posiada?a wdzi?ki, wiek i temperament nale?yty, ale nie czekaj?c na o?wiadczyny mecenasa wysz?a za doktora.</strong></p>
<p><strong>Pan Tomasz jednak nie martwi? si?, poniewa? panien me brak?o. Ekwipowa? si? powoli, coraz usilniej dbaj?c o to, a?eby ka?dy szczegó? jego mieszkania posiada? warto?? artystyczn?. Zmienia? meble, przestawia? zwierciad?a, kupowa? obrazy.</strong></p>
<p><strong>Nareszcie porz?dki jego sta?y si? s?awne. Sam me wiedz?c kiedy, stworzy? u siebie galeri? sztuk pi?knych, któr? coraz liczniej odwiedzali ciekawi. ?e za? by? go?cinny, przyj?cia robi? ?wietne i utrzymywa? stosunki z muzykami, wi?c nieznacznie zorganizowa?y si? u mego wieczory koncertowe, które nawet damy zaszczyca?y swoj? obecno?ci?.</strong></p>
<p><span id="more-51"></span></p>
<p><strong>Pan Tomasz by? wszystkim rad, a widz?c w zwierciad?ach, ?e czo?o przeros?o mu ju? ciemi?, i si?ga w ty? do bia?ego jak ?nieg ko?nierzyka, coraz cz??ciej przypomina? sobie, ?e b?d? co b?d? trzeba si? o?eni?. Tym bardziej, ?e dla kobiet wci?? czu? ?yczliwo??.</strong></p>
<p><strong>Raz, kiedy przyjmowa? liczniejsze ni? zwykle towarzystwo, jedna z m?odych pan rozejrzawszv si? po salonach zawo?a?a:</strong></p>
<p><strong>- Co za obrazy! A jakie g?adkie posadzki! ?ona pana mecenasa b?dzie bardzo szcz??liwa.</strong></p>
<p><strong>- Je?eli do szcz??cia wystarcz? jej g?adkie posadzki &#8211; odezwa? si? na to pó?g?osem serdeczny przyjaciel mecenasa. W salonie zrobi?o si? bardzo weso?o. Pan Tomasz tak?e u?miechn?? si?, ale od tej pory, gdy mu kto wspomnia? o ma??e?stwie, macha? niedbale r?k?, mówi?c:</strong></p>
<p><strong>- Iii!&#8230;</strong></p>
<p><strong>W tych czasach ogoli? w?sy i zapu?ci? faworyty. O kobietach wyra?a? si? zawsze z szacunkiem, a dla ich wad okazywa? du?? wyrozumia?o??.</strong></p>
<p><strong>Nie spodziewaj?c si? niczego od ?wiata, bo ju? i praktyk? porzuci?, mecenas ca?e spokojne uczucie swoje skierowa? do sztuki. Pi?kny obraz, dobry koncert, nowe przedstawienie teatralne by?y jakby wiorstowymi s?upami na drodze jego ?ycia. Nie zapala? si? on, nie unosi?, ale &#8211; smakowa?.</strong></p>
<p><strong>Na koncertach wybiera? miejsca odleg?e od estrady, a?eby s?ucha? muzyki me s?ysz?c ha?asów i nie widz?c artystów. Gdy szed? do teatru, obeznawa? si? wprzódy z utworem dramatycznym, a?eby bez gor?czkowej ciekawo?ci ?ledzi? gr? aktorów. Obrazy ogl?da? wówczas, gdy by?o najmniej widzów, i sp?dza? w galerii ca?e godziny.</strong></p>
<p><strong>Je?eli podoba?o mu si? co?, mówi?:</strong></p>
<p><strong>- Wiecie, pa?stwo, ?e to jest wcale ?adne. Nale?a? do tych niewielu, którzy najpierwej poznaj? si? na talencie. Ale utworów miernych nigdy nie pot?pia?.</strong></p>
<p><strong>- Czekajcie, mo?e si? jeszcze wyrobi! &#8211; mówi?, gdy inni ganili artyst?.</strong></p>
<p><strong>I tak zawsze by? pob?a?liwy dla niedoskona?o?ci ludzkiej, a o wyst?pkach nie rozmawia?.</strong></p>
<p><strong>Na nieszcz??cie, ?aden ?miertelnik nie jest wolny od jakiego? dziwactwa, a pan Tomasz mia? tak?e swoje. Oto &#8211; nienawidzi? kataryniarzy i katarynek.</strong></p>
<p><strong>Gdy mecenas us?ysza? na ulicy katarynk?, przy?piesza? kroku i na par? godzin traci? humor. On, cz?owiek spokojny &#8211; zapala? si?, jak by? cichy &#8211; krzycza?, a jak by? ?agodny &#8211; wpada? w gniew na pierwszy odg?os katarynkowych d?wi?ków.</strong></p>
<p><strong>Z tej swojej s?abo?ci nie robi? przed nikim tajemnicy, nawet t?omaczy? si?.</strong></p>
<p><strong>- Muzyka &#8211; mówi? wzburzony &#8211; stanowi najsubtelniejsze cia?o ducha, w katarynce za? duch ten przeradza si? w funkcj? machiny i narz?dzie rozboju. Bo kataryniarze s? po prostu rabusie!</strong></p>
<p><strong>Zreszt? &#8211; dodawa? &#8211; katarynka rozdra?nia mnie, a ja mam tylko jedno ?ycie, którego mi nie wypada trwoni? na s?uchanie obrzydliwej muzyki.</strong></p>
<p><strong>Kto? z?o?liwy, wiedz?c o wstr?cie mecenasa do graj?cych machin, wymy?li? niesmaczny za? &#8211; i&#8230; wys?a? mu pod okna dwu kataryniarzy. Pan Tomasz zachorowa? z gniewu, a nast?pnie odkrywszy sprawc? wyzwa? go na pojedynek.</strong></p>
<p><strong>A? s?d honorowy trzeba by?o zwo?ywa? dla zapobie?enia rozlewowi krwi o rzecz tak ma?? na pozór.</strong></p>
<p><strong>Dom, w którym mecenas mieszka?, przechodzi? kilka razy z r?k do r?k. Rozumie si?, ?e ka?dy nowy w?a?ciciel uwa?a? za obowi?zek podwy?sza? wszystkim komorne, a najpierwej panu Tomaszowi. Mecenas z rezygnacj? p?aci? podwy?k?, ale pod tym warunkiem wyra?nie zapisanym w umowie, ?e katarynki grywa? w domu nie b?d?.</strong></p>
<p><strong>Niezale?nie od kontraktowych zastrze?e? pan Tomasz wzywa? do siebie ka?dego nowego stró?a i przeprowadza? z nim tak? mniej wi?cej rozmow?:</strong></p>
<p><strong>- S?uchaj no, kochanku&#8230; A jak ci na imi??&#8230;</strong></p>
<p><strong>- Kazimierz, prosz? pana.</strong></p>
<p><strong>- S?uchaj?e, Kazimierzu! Ile razy wróc? do domu pó?no, a ty otworzysz mi bram?, dostaniesz dwadzie?cia groszy. Rozumiesz?&#8230;</strong></p>
<p><strong>- Rozumiem, wielmo?ny panie.</strong></p>
<p><strong>- A oprócz tego b?dziesz bra? ode mnie dziesi?? z?otych na miesi?c, ale wiesz za co?&#8230;</strong></p>
<p><strong>- Nie mog? wiedzie?, ja?nie panie &#8211; odpowiedzia? wzruszony stró?.</strong></p>
<p><strong>- Za to, a?eby? na podwórze nigdy nie wpuszcza? katarynek. Rozumiesz?&#8230;</strong></p>
<p><strong>- Rozumiem, ja?nie wielmo?ny panie.</strong></p>
<p><strong>Lokal mecenasa sk?ada? si? z dwu cz??ci. Cztery wi?ksze pokoje mia?y okna od ulicy, dwa mniejsze &#8211; od podwórza. Paradna po?owa mieszkania przeznaczona by?a dla go?ci. W niej odbywa?y si? rauty, przyjmowani byli interesanci i stawali krewni albo znajomi mecenasa ze wsi. Sam pan Tomasz ukazywa? si? tu rzadko i tylko dla sprawdzenia, czy wywoskowano posadzki, czy starto kurz i nie uszkodzono mebli.</strong></p>
<p><!--more--></p>
<p><strong>Ca?e za? dnie, o ile nie przep?dza? ich za domem, przesiadywa? w gabinecie od podwórza. Tam czytywa? ksi??ki, pisywa? listy albo przegl?da? dokumenta znajomych, którzy prosili go o rad?. A gdy nie chcia? forsowa? wzroku, siada? na fotelu naprzeciw okna i zapaliwszy cygaro zatapia? si? w rozmy?laniach. Wiedzia? on, ?e my?lenie jest wa?n? funkcj? ?yciow?, której nie powinien lekcewa?y? cz?owiek dbaj?cy o zdrowie.</strong></p>
<p><strong>Z drugiej strony podwórza, wprost okien pana Tomasza, znajdowa? si? lokal, wynajmowany osobom mniej zamo?nym. D?ugi czas mieszka? tu stary urz?dnik s?dowy, który spad?szy z etatu przeniós? si? na Prag?. Po nim naj?? pokoiki krawiec; lecz ?e ten lubi? niekiedy upija? si? i ha?asowa?, wi?c wymówiono mu mieszkanie. Pó?niej sprowadzi?a si? tu jaka? emerytka, wiecznie k?óc?ca si? ze swoj? s?ug?.</strong></p>
<p><strong>Ale od ?w. Jana staruszk?, ju? bardzo zgrzybia?? i wcale zasobn?, pomimo jej k?ótliwego usposobienia wzi?li na wie? krewni, a do lokalu sprowadzi?y si? dwie panie z ma??, mo?e o?mioletni? dziewczynk?.</strong></p>
<p><strong>Kobiety utrzymywa?y si? z pracy. Jedna szy?a, druga wyrabia?a po?czochy i kaftaniki na maszynie. M?odsz? z nich i przystojniejsz? dziewczynka nazywa?a mam?, a starszej mówi?a: pani.</strong></p>
<p><strong>I u mecenasa, i u nowych lokatorów okna przez ca?y dzie? by?y otwarte. Kiedy wi?c pan Tomasz usiad? na swoim fotelu, doskonale móg? widzie?, co si? dzieje u jego s?siadek.</strong></p>
<p><strong>By?y tam sprz?ty ubogie. Na sto?kach i krzes?ach, na kanapie i na komodzie le?a?y tkaniny przeznaczone do szycia i k??bki bawe?ny na po?czochy.</strong></p>
<p><strong>Z rana kobiety same zamiata?y mieszkanie, a oko?o po?udnia najemnica przynosi?a im niezbyt obfity obiad. Zreszt? ka?da z nich prawie nie odst?powa?a od swojej turkocz?cej maszyny.</strong></p>
<p><strong>Dziewczynka zwykle siedzia?a przy oknie. By?o to dziecko z ciemnymi w?osami i ?adn? twarzyczk?, ale blade i jakie? nieruchawe. Czasami dziewczynka za pomoc? dwu drutów wi?za?a pasek z bawe?nianych nici. Niekiedy bawi?a si? lalk?, któr? ubiera?a i rozbiera?a powoli, jakby z trudno?ci?. Czasami nie robi?a nic, tylko siedz?c w oknie przys?uchiwa?a si? czemu?.</strong></p>
<p><strong>Pan Tomasz nie widzia? nigdy, a?eby dzieci? to ?piewa?o lub biega?o po pokoju, nie widzia? nawet u?miechu na bledziutkich ustach i nieruchomej twarzy.</strong></p>
<p><strong>&#8220;Dziwne dziecko!&#8221; &#8211; mówi? do siebie mecenas i pocz?? przypatrywa? si? jej uwa?niej.</strong></p>
<p><strong>Spostrzeg? raz (by?o to w niedziel?), ?e matka dala jej ma?y bukiecik. Dziewczynka o?ywi?a si? nieco. Rozk?ada?a i uk?ada?a kwiaty, ca?owa?a je. W ko?cu zwi?za?a na powrót w bukiecik, w?o?y?a go w szklank? wody i usiad?szy w swoim oknie rzek?a:</strong></p>
<p><strong>- Prawda, mamo, ?e tu jest smutno&#8230;</strong></p>
<p><strong>Mecenas zgorszy? si?. Jak mog?o by? smutno w domu, w którym on od tylu lat mia? dobry humor!</strong></p>
<p><strong>Jednego dnia mecenas znalaz? si? w swoim gabinecie oko?o czwartej. W tej godzinie s?o?ce sta?o naprzeciw mieszkania jego s?siadek, a ?wieci?o i dogrzewa?o bardzo mocno. Pan Tomasz spojrza? na drug? stron? podwórza i wida? zobaczy? co? niezwyk?ego, gdy? z po?piechem za?o?y? na nos binokle.</strong></p>
<p><strong>Oto, co spostrzeg?:</strong></p>
<p><strong>Mizerna dziewczynka opar?szy g?ow? na r?ku po?o?y?a si? prawie na wznak w swoim oknie &#8211; i &#8211; szeroko otwartymi oczyma patrzy?a prosto w s?o?ce. Na jej twarzyczce, zwykle tak nieruchomej, gra?y teraz jakie? uczucia: niby rado??, a niby ?al&#8230;</strong></p>
<p><strong>- Ona nie widzi! &#8211; szepn?? mecenas opuszczaj?c binokle. W tej chwili do?wiadczy? k?ucia w oczach na sam? my?l, ?e kto? mo?e wpatrywa? si? w s?o?ce, które zia?o ?ywym ogniem.</strong></p>
<p><strong>Istotnie, dziewczynka by?a niewidom? od dwu lat. W szóstym roku ?ycia zachorowa?a na jak?? gor?czk?; przez kilka tygodni by?a nieprzytomna, a nast?pnie tak opad?a z sil, ?e le?a?a jak martwa, nie poruszaj?c si? i nic nie mówi?c.</strong></p>
<p><strong>Pojono j? winem i bulionami, wi?c stopniowo przychodzi?a do siebie. Ale pierwszego dnia, kiedy j? posadzono na poduszce, zapyta?a matki:</strong></p>
<p><strong>- Mamo, czy to jest noc?&#8230;</strong></p>
<p><strong>- Nie, moje dziecko&#8230; A dlaczego ty tak mówisz? Ale dziewczynka nie odpowiedzia?a: spa? si? jej chcia?o. Tylko nazajutrz, gdy w po?udnie przyszed? lekarz, spyta?a znowu:</strong></p>
<p><strong>- Czy to jeszcze jest noc?&#8230;</strong></p>
<p><strong>Wtedy zrozumiano, ?e dziewczynka nie widzi. Lekarz zbada? jej oczy i zaopiniowa?, ?e trzeba czeka?.</strong></p>
<p><strong>Ale chora im bardziej odzyskiwa?a si?y, tym mocniej niepokoi?a si? swoim kalectwem&#8230;</strong></p>
<p><strong>- Mamo, dlaczego ja mamy nie widz??&#8230;</strong></p>
<p><strong>- Bo tobie oczki zas?oni?o. Ale to przejdzie.</strong></p>
<p><strong>- Kiedy przejdzie?&#8230;</strong></p>
<p><strong>- Nied?ugo. . &#8211; Mo?e jutro, prosz? mamy?</strong></p>
<p><strong>- Za kilka dni, moja dziecino.</strong></p>
<p><strong>- A jak przejdzie, to niech mi mama zaraz powie. Bo mi jest bardzo smutno!&#8230;</strong></p>
<p><!--more--></p>
<p><strong>Mija?y dnie i tygodnie w ci?g?ym oczekiwaniu. Dziewczynka pocz??a ju? wstawa? z ?ó?eczka. Nauczy?a si? chodzi? po pokoju omackiem; sama ubiera?a si? i rozbiera?a powoli i ostro?nie. &#8216; Ale wzrok nie wraca?.</strong></p>
<p><strong>Jednego razu. mówi?a:</strong></p>
<p><strong>- Prawda, mamo, ?e ja mam niebiesk? sukienk??&#8230;</strong></p>
<p><strong>- Nie, dziecko, masz popielat?.</strong></p>
<p><strong>- Mama j? widzi?</strong></p>
<p><strong>- Widz?, moje kochanie.</strong></p>
<p><strong>- Tak jak i w dzie??</strong></p>
<p><strong>- Tak.</strong></p>
<p><strong>- Ja tak?e b?d? widzia?a wszystko za kilka dni?&#8230; Nie, mo?e za miesi?c&#8230;</strong></p>
<p><strong>Ale poniewa? matka nie odpowiedzia?a jej nic, wi?c mówi?a dalej:</strong></p>
<p><strong>- Prawda, mamo, ?e na dworze ci?gle jest dzie??&#8230; A w ogrodzie s? drzewa, tak jak dawniej?&#8230; Czy do nas przychodzi ten bia?y kotek z czarnymi ?apami?&#8230; Prawda, mamo, ?e ja widzia?am siebie w lustrze?&#8230; Nie ma tu lustra?&#8230;</strong></p>
<p><strong>Matka podaje jej lusterko.</strong></p>
<p><strong>- Trzeba patrze? tutaj, o tu, gdzie jest g?adkie &#8211; mówi?a dziewczynka przyk?adaj?c lustro do twarzy. &#8211; Nic nie widz?! -rzek?a. &#8211; Czy i mama nie widzi mnie w lusterku?</strong></p>
<p><strong>- Widz? ci?, moja ptaszyno.</strong></p>
<p><strong>- Jakim sposobem?&#8230; &#8211; zawo?a?a dziewczynka ?a?o?nie. -Przecie je?eli ja nie widz? siebie, to ju? w lustrze nie powinno by? nic&#8230;</strong></p>
<p><strong>A tamta, co jest w lustrze, czy ona mnie widzi, czy nie widzi?&#8230;</strong></p>
<p><strong>Ale matka rozp?aka?a si? i wybieg?a z pokoju.</strong></p>
<p><strong>Najmilszym zaj?ciem kaleki by?o dotyka? r?koma drobnych przedmiotów i poznawa? je.</strong></p>
<p><strong>Jednego dnia przynios?a jej matka lalk? porcelanow?, ?adnie ubran?, za rubla. Dziewczynka nie wypuszcza?a jej z r?k, dotyka?a jej noska, ust, oczu, pie?ci?a si? ni?.</strong></p>
<p><strong>Posz?a spa? bardzo pó?no wci?? my?l?c o swej lalce, któr? u?o?y?a w pude?ku wys?anym wat?.</strong></p>
<p><strong>W nocy zbudzi? matk? szmer i szept. Zerwa?a si? z po?cieli, zapali?a ?wiec? i zobaczy?a w k?ciku swoj? córk? ju? ubran? i bawi?c? si? lalk?.</strong></p>
<p><strong>- Co ty robisz, dziecino? &#8211; zawo?a?a. &#8211; Dlaczego nie ?pisz?</strong></p>
<p><strong>- Bo ju? przecie jest dzie?, prosz? mamy &#8211; odpar?a kaleka.</strong></p>
<p><strong>Dla niej dzie? i noc zla?y si? w jedno i trwa?y zawsze&#8230;</strong></p>
<p><strong>Stopniowo pami?? wzrokowych wra?e? pocz??a zaciera? si? w dziewczynce. Czerwona wi?nia sta?a si? dla niej wi?ni? g?adk?, okr?g?? i mi?kk?, b?yszcz?cy pieni?dz by? twardym i d?wi?cznym kr??kiem, na którym znajdowa?y si? jakie? znaki w p?askorze?bie. Wiedzia?a, ?e pokój jest wi?kszy od niej, dom wi?kszy od pokoju, ulica od domu. Ale wszystko to jako? &#8211; skróci?o si? w jej wyobra?ni.</strong></p>
<p><strong>Uwaga jej skierowa?a si? na zmys? dotyku, powonienia i s?uchu. Jej twarz i r?ce nabra?y takiej wra?liwo?ci, ?e zbli?ywszy si? do ?ciany czu?a o kilka cali lekki ch?ód. Zjawiska odleg?e oddzia?ywa?y na ni? tylko przez s?uch. Przys?uchiwa?a si? wi?c po ca?ych dniach.</strong></p>
<p><strong>Poznawa?a posuwisty chód stró?a, który mówi? piskliwym g?osem i zamiata? podwórko. Wiedzia?a, kiedy jedzie z drzewem ch?opski wózek drabiniasty, kiedy &#8211; doro?ka, a kiedy &#8211; kary wywo??ce ?miecie.</strong></p>
<p><strong>Najmniejszy szelest, zapach, ozi?bienie si? albo rozgrzanie powietrza nie usz?o jej uwagi. Z niepoj?t? bystro?ci? pochwytywa?a drobne te zjawiska i wysnuwa?a z nich wnioski.</strong></p>
<p><strong>Raz matka zawo?a?a s?u??cej.</strong></p>
<p><strong>- Nie ma Janowej &#8211; rzek?a kaleka siedz?c jak zwykle w k?ciku. &#8211; Posz?a po wod?.</strong></p>
<p><strong>- A sk?d wiesz o tym? &#8211; zapyta?a zdziwiona matka.</strong></p>
<p><strong>- Sk?d?&#8230; Przecie? wiem, ?e bra?a konewk? z kuchni, potem posz?a na drugie podwórze i napompowa?a wody. A teraz rozmawia ze stró?em.</strong></p>
<p><strong>Istotnie zza parkanu dolatywa? szmer rozmowy dwu osób, ale tak niewyra?ny, ?e tylko z wysi?kiem mo?na go by?o us?ysze?.</strong></p>
<p><strong>Lecz nawet rozszerzona sfera zmys?ów ni?szych nie mog?a kalece zast?pi? wzroku. Dziewczynka uczu?a brak wra?e? i zacz??a t?skni?.</strong></p>
<p><strong>Pozwolono jej chodzi? po ca?ym domu i to j? nieco uspakaja?o.</strong></p>
<p><strong>Wydepta?a ka?dy kamie? na podwórzu, dotkn??a ka?dej rynny i beczki. Ale najwi?ksz? przyjemno?? robi?y jej &#8211; podró?e do dwu ca?kiem odmiennych ?wiatów: do piwnicy i na strych.</strong></p>
<p><strong>W piwnicy powietrze by?o ch?odne, ?ciany wilgotne.</strong></p>
<p><strong>Przyg?uszony turkot uliczny dolatywa? z góry; inne odg?osy nikn??y. To by?a noc dla ociemnia?ej.</strong></p>
<p><strong>Na strychu za?, szczególniej w okienku, dzia?o si? ca?kiem inaczej. Tam ha?asu by?o wi?cej ni? w pokoju. Kaleka s?ysza?a turkot wozów z kilku ulic; tu skupia?y si? krzyki z ca?ego domu. Twarz jej owiewa? ciep?y wiatr. S?ysza?a ?wiergot ptaków, szczekanie psów i szelest drzew w s?siednim ogrodzie. Tu by? dla niej dzie?&#8230;</strong></p>
<p><strong>Nie do?? na tym. Na strychu cz??ciej ni? w pokoju ?wieci?o s?o?ce, a gdy dziewczynka skierowa?a na nie przygas?e oczy, zdawa?o jej si?, ?e co? widzi. W wyobra?ni budzi?y si? cienie kszta?tów i barw, ale takie niewyra?ne i pierzchliwe, ?e nic przypomnie? sobie nie mog?a&#8230;</strong></p>
<p><strong>W tej w?a?nie epoce matka po??czy?a si? ze swoj? przyjació?k? ? przenios?a si? do domu, w którym mieszka? pan Tomasz. Obie kobiety cieszy?y si? z nowego lokalu, ale dla niewidomej zmiana miejsca by?a prawdziwym nieszcz??ciem.  Dziewczynka musia?a siedzie? w pokoju. Na strych i do piwnicy nie wolno by?o chodzi?. Nie s?ysza?a ptaków ani drzew, a na podwórzu panowa?a straszna cisza. Nigdy tu nie wst?powali handlarze starzyzny ani druciarze, ani ?mieciarki. Nie puszczano bab ?piewaj?cych pie?ni pobo?ne ani dziada, który gra? na klarnecie, ani kataryniarzy.</strong></p>
<p><strong>Jedyn? jej przyjemno?ci? by?o wpatrywanie si? w s?o?ce, które przecie nie zawsze jednakowo ?wieci?o i bardzo pr?dko kry?o si? za domami.</strong></p>
<p><strong>Dziewczynka znowu pocz??a t?skni?. Zmizernia?a w ci?gu kilku dni, a na jej twarzy ukaza? si? wyraz zniech?cenia i martwo?ci, który tak dziwi? pana Tomasza.</strong></p>
<p><strong>Nie mog?c widzie?, kaleka chcia?a przynajmniej s?ucha? wci?? najrozmaitszych odg?osów. A w domu by?o cicho&#8230;</strong></p>
<p><strong>- Biedne dziecko! &#8211; szepta? nieraz pan Tomasz przypatruj?c si? smutnemu male?stwu.</strong></p>
<p><strong>&#8220;Gdybym móg? dla niej co zrobi??&#8221; &#8211; my?la? widz?c, ?e dziecko jest coraz mizerniejsze i co dzie? niknie.</strong></p>
<p><strong>Zdarzy?o si? w tych czasach, ?e jeden z przyjació? mecenasa mia? proces i jak zwykle odda? mu do przejrzenia papiery z pro?b? o rad?. Wprawdzie pan Tomasz nie stawa? ju? w s?dach, ale jako do?wiadczony praktyk umia? wskaza? najw?a?ciwszy kierunek akcji i wybranemu przez siebie adwokatowi udziela? po?ytecznych obja?nie?.</strong></p>
<p><strong>Sprawa obecna by?a zawik?ana. Pan Tomasz im wi?cej wczytywa? si? w papiery, tym bardziej zapala? si?. W emerycie ockn?? si? adwokat. Nie wychodzi? ju? z mieszkania, nie sprawdza?, czy starto kurz w salonach, tylko zamkni?ty w swoim gabinecie, czyta? dokumenta i notowa?.</strong></p>
<p><strong>Wieczorem stary lokaj mecenasa przyszed? z codziennym raportem. Doniós?, ?e pani doktorowa wyjecha?a z dzie?mi na letnie mieszkanie, ?e zepsu? si? wodoci?g, ?e od?wierny, Kazimierz, zrobi? awantur? ze stójkowym i poszed? na tydzie? &#8211; do kozy. Zapyta? w ko?cu: czy pan mecenas nie zechce widzie? si? z nowo przyj?tym stró?em?&#8230;</strong></p>
<p><strong>Ale mecenas, pochylony nad papierami, pali? cygaro, puszcza? kó?ka dymu, a na wiernego s?ug? nawet nie spojrza?.</strong></p>
<p><strong>Na drugi dzie? pan Tomasz jeszcze siedzia? nad aktami; oko?o drugiej zjad? obiad i znowu siedzia?. Jego rumiana twarz i szpakowate faworyty na szafirowym tle pokojowego obicia przypomina?y &#8220;studia z natury&#8221;. Matka ociemnia?ej dziewczynki i jej wspólniczka robi?ca po?czochy na maszynie podziwia?y mecenasa i mówi?y, ?e wygl?da na czerstwego wdowca, który ma zwyczaj od rana do wieczora drzema? nad biurkiem.</strong></p>
<p><strong>Tymczasem -mecenas, cho? przymyka? oczy, nie drzema? wcale, tylko rozmy?la? nad spraw?.</strong></p>
<p><strong>Obywatel X w roku 1872 zapisa? swemu siostrze?cowi folwark, a w roku 1875 &#8211; synowcowi kamienic?. Synowiec twierdzi?, ?e obywatel X by? wariatem w roku 1872, a siostrzeniec dowodzi?, ?e X oszala? dopiero w roku 1875. Za? m?? rodzonej siostry nieboszczyka sk?ada? nie ulegaj?ce w?tpliwo?ci ?wiadectwa, ?e X i w roku 1872, i w 1875 dzia?a? jak ob??kany, a ca?y swój maj?tek jeszcze w roku 1869, czyli w epoce zupe?nej ?wiadomo?ci, zapisa? siostrze.</strong></p>
<p><strong>Pana Tomasza proszono o zbadanie, kiedy naprawd? X by? wariatem, a nast?pnie o pogodzenie trzech powa?nionych stron, z których ?adna nie chcia?a s?ucha? o ust?pstwach.</strong></p>
<p><strong>Gdy tak mecenas nurza? si? w powik?anych kombinacjach, zdarzy? si? dziwny, trudny do poj?cia wypadek.</strong></p>
<p><strong>Na podwórzu, pod samym oknem pana Tomasza odezwa?a si? -katarynka!&#8230;</strong></p>
<p><strong>Gdyby zmar?y X wsta? z grobu, odzyska? przytomno?? i wszed? do gabinetu, aby pomóc mecenasowi w rozwi?zywaniu trudnych zagadnie?, z pewno?ci? pan Tomasz nie dozna?by takiego uczucia jak teraz, gdy us?ysza? katarynk?!&#8230;</strong></p>
<p><strong>I ?eby to przynajmniej by?a katarynka w?oska, z przyjemnymi tonami fletowymi, dobrze zbudowana, graj?ca ?adne kawa?ki! Gdzie tam! jakby na wi?ksz? szykan? katarynka by?a popsuta, gra?a fa?szywie ordynaryjne walce i polki, a tak g?o?no, ?e szyby dr?a?y. Na domiar z?ego, tr?ba, od czasu do czasu odzywaj?ca si? w niej, rycza?a jak w?ciek?e zwierz?.</strong></p>
<p><strong>Wra?enie by?o pot??ne. Mecenas os?upia?. Nie wiedzia?, co my?le? i co pocz??. Chwilami gotów by? przypu?ci?, ?e przy odczytywaniu po?miertnych rozporz?dze? chorego na umy?le obywatela X jemu samemu pomiesza?o si? w g?owie i ?e uleg? halucynacjom.</strong></p>
<p><strong>Ale nie, to nie by?y halucynacje. To by?a rzeczywista katarynka, z popsutymi piszcza?kami i bardzo g?o?n? tr?b?!</strong></p>
<p><strong>W sercu mecenasa, tego wyrozumia?ego, tego ?agodnego cz?owieka, zbudzi?y si? dzikie instynkta. Uczu? ?al do natury, ?e go nie stworzy?a królem dahomejskim, który ma prawo zabija? swoich poddanych, i pomy?la?, z jak? rozkosz? po?o?y?by w tej chwili kataryniarza trupem!</strong></p>
<p><strong>A poniewa? u ludzi tego temperamentu, co pan Tomasz, bardzo ?atwo w gniewnym uniesieniu przechodzi si? od zuchwa?ych projektów do najstraszniejszych czynów, wi?c mecenas skoczy? jak tygrys do okna i postanowi? &#8211; zwymy?la? kataryniarza najgorszymi wyrazami.</strong></p>
<p><strong>Ju? wychyli? si? i otworzy? usta, aby krzykn??: &#8220;Ty&#8230; pró?niaku jaki?!&#8230;&#8221; &#8211; gdy wtem us?ysza? dzieci?cy g?os.</strong></p>
<p><strong>Spojrza? naprzeciwko.</strong></p>
<p><strong>Ma?a niewidoma dziewczynka ta?czy?a po pokoju klaszcz?c w r?ce. Blada jej twarz zarumieni?a si?, usta ?mia?y si?, a pomimo to z zastyg?ych oczu p?yn??y ?zy jak grad.</strong></p>
<p><strong>Ona, biedactwo, w tym domu spokojnym dawno ju? nie do?wiadczy?a tylu wra?e?! Jak pi?knym zjawiskiem wydawa?y si? jej fa?szywe tony katarynki! Jak wspania?ym by? ryk tr?by, która mecenasa ma?o nie przyprawi?a o apopleksj?.</strong></p>
<p><strong>Na dobitk?, kataryniarz widz?c uciech? dziecka zacz?? przytupywa? wielkim obcasem w bruk i od czasu do czasu pogwizdywa? niby lokomotywa przed spotkaniem si? poci?gów.</strong></p>
<p><strong>Bo?e! jak on ?licznie gwizda?&#8230;</strong></p>
<p><strong>Do gabinetu mecenasa wpad? wierny lokaj ci?gn?c za sob? stró?a i wo?aj?c:</strong></p>
<p><strong>- Ja mówi?em temu ga?ganowi, ja?nie panie, ?eby natychmiast wygna? kataryniarza! Mówi?em, ?e od ja?nie pana dostanie pensj?, ?e my mamy kontrakt&#8230; Ale ten cham! Tydzie? temu przyjecha? ze wsi i nie zna naszych obyczajów. No, teraz pos?uchaj &#8211; krzycza? lokaj targaj?c za rami? oszo?omionego stró?a &#8211; pos?uchaj, co ci sam ja?nie pan mecenas powie!</strong></p>
<p><strong>Kataryniarz gra? ju? trzeci? sztuczk? tak fa?szywie i wrzaskliwie jak dwie pierwsze.</strong></p>
<p><strong>Niewidoma dziewczynka by?a upojona.</strong></p>
<p><strong>Mecenas odwróci? si? do stró?a i rzek? ze zwyk?? sobie flegm?, cho? by? troch? blady:</strong></p>
<p><strong>- S?uchaj no, kochanku&#8230; A jak ci na imi??&#8230;</strong></p>
<p><strong>- Pawe?, ja?nie panie.</strong></p>
<p><strong>- Otó?, mój Pawle, b?d? ci p?aci? dziesi?? z?otych na miesi?c, ale wiesz za co?&#8230;</strong></p>
<p><strong>- Za to, a?eby? na podwórze nigdy nie puszcza? katarynek! -wtr?ci? spiesznie lokaj.</strong></p>
<p><strong>- Nie &#8211; rzek? pan Tomasz. &#8211; Za to, a?eby? przez jaki? czas co dzie? puszcza? katarynki. Rozumiesz?</strong></p>
<p><strong>- Co pan mówi?&#8230; &#8211; zawo?a? s?u??cy, którego nagle rozzuchwali? ten niepoj?ty rozkaz.</strong></p>
<p><strong>- A?eby, dopóki si? z nim nie rozmówi?, puszcza? co dzie? katarynki na podwórze &#8211; powtórzy? mecenas wsadzaj?c r?ce w kieszenie.</strong></p>
<p><strong>- Nie rozumiem pana!&#8230; &#8211; odezwa? si? s?u??cy z oznakami obra?aj?cego zdziwienia.</strong></p>
<p><strong>- G?upi?, mój kochany! &#8211; rzek? mu dobrotliwie pan Tomasz.</strong></p>
<p><strong>No, id?cie do roboty &#8211; doda?.</strong></p>
<p><strong>Lokaj i stró? wyszli, a mecenas spostrzeg?, ?e jego wierny s?uga co? towarzyszowi swemu szepcze do ucha i pokazuje palcem na czo?o&#8230;</strong></p>
<p><strong>Pan Tomasz u?miechn?? si? i jakby dla stwierdzenia ponurych domys?ów famulusa wyrzuci? katarynce dziesi?tk?.</strong></p>
<p><strong>Nast?pnie wzi?? kalendarz, wyszuka? w nim list? lekarzy i zapisa? na kartce adresy kilku okulistów. A ?e kataryniarz odwróci? si? teraz do jego okna i za jego dziesi?tk? pocz?? przytupywa? i wygwizdywa? jeszcze g?o?niej, co ju? okrutnie dra?ni?o mecenasa, wi?c zabrawszy kartk? z adresami doktorów wyszed? mrucz?c:</strong></p>
<p><strong>- Biedne dziecko!&#8230; Powinienem by? zaj?? si? nim od dawna..</strong>.</p>
<p><img width="425" height="20" alt="linia_2" src="http://www.parkigry.com/wp-content/linia15.gif" /></p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal">
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.bajkiopowiadania.com/2006/01/19/katarynka-boleslaw-prus/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>1</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Nasz Szkapa &#8211; Maria Konopnicka</title>
		<link>http://www.bajkiopowiadania.com/2006/01/19/nasz-szkapa-maria-konopnicka/</link>
		<comments>http://www.bajkiopowiadania.com/2006/01/19/nasz-szkapa-maria-konopnicka/#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 19 Jan 2006 22:32:57 +0000</pubDate>
		<dc:creator>bajkiopowiadania</dc:creator>
				<category><![CDATA[Dla dzieci]]></category>
		<category><![CDATA[Lektury i literatura szkolna]]></category>
		<category><![CDATA[Nowele]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.bajkiopowiadania.com/nowele/nasz-szkapa-maria-konopnicka/</guid>
		<description><![CDATA[
NASZA SZKAPA

Zacz??o si? to od starego ?ó?ka, co?my na nim we trzech sypiali.
Tego dnia ojciec z?y czego? z rzeki wróci? i siad?szy na ?awie, r?k? g?ow? podpar?. Pyta?a si? matka raz i drugi, co mu, ale dopiero za trzecim razem odpowiedzia?, ?e si? ta robota ko?o ?wiru sko?czy?a i ?e szkapa tylko piasek teraz wozi? [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p class="MsoNormal">
<h1 align="center" style="text-align: center"><strong><span style="font-size: 12pt; color: maroon">NASZA SZKAPA</span></strong></h1>
<p><img width="408" height="48" alt="linia_1" src="http://www.parkigry.com/wp-content/linia11.gif" /></p>
<p><strong>Zacz??o si? to od starego ?ó?ka, co?my na nim we trzech sypiali.<br />
Tego dnia ojciec z?y czego? z rzeki wróci? i siad?szy na ?awie, r?k? g?ow? podpar?. Pyta?a si? matka raz i drugi, co mu, ale dopiero za trzecim razem odpowiedzia?, ?e si? ta robota ko?o ?wiru sko?czy?a i ?e szkapa tylko piasek teraz wozi? b?dzie. Zaraz mnie Felek szturchn?? w bok, a matka j?kn??a z cicha.<br />
Mia? ojciec nad wieczorem po doktora i??, ale mu jako? niesporo by?o. Chodzi?, medytowa?, po k?tach poziera?, a? stan?? przed matk? i rzek?:<br />
- Co ch?opakom po ?ó?ku, Anulka? Sypiam ja na ziemi, to? i oni mog?.<br />
Spojrzeli?my po sobie. Dwie z?ote iskry zab?ys?y w siwych oczach Felka. Prawda! Co nam po ?ó?ku? Piotrusia tylko pilnowa? trzeba, ?eby z niego nie spad?.<br />
- Dalej! jazda! &#8211; krzykn?? Felek i zanim matka odpowiedzie? zd??y?a, ju?e?my we trzech siennik na ziemi? ?ci?gn?li, a Fe?ek koz?y wywraca? na nim zacz??.<br />
Po ?ci?gni?ciu wszak?e siennika okaza?o si?, ?e desek w ?ó?ku brakuje dwóch, a bok jeden ze wszystkim od?azi. Nie chcia? tedy &#8220;handel&#8221;, którego mi ojciec zawo?a? kaza?, o ?ó?ku ani gada?, pieni?dze naliczone miedziakami zgarn?? w mieszek, zwi?za? i za cha?at na piersi zasun??. Opu?ci? mu ojciec dziesi?tk?, potem dwie, potem z?otówk? ca??, ale si? ?ydzisko upar?o. Z sieni dopiero brod? do izby wsadzi?, post?puj?c pó? rubla bez siedmiu groszy, je?li mu ojciec i poduszk? sprzeda.<br />
Zawaha? si? ojciec, spojrza? na nas, spojrza? na matk?; wszystkiego razem mia?o by? jedena?cie z?otych.<br />
- Có? ch?opaki? &#8211; zapyta? wreszcie &#8211; obejdziecie si? bez poduszki tymczasem, póki matka chora?<br />
- Ojej&#8217;. &#8211; wrzasn?? Felek przyduszonym g?osem, gdy? w?a?nie na g?owie sta?, a nie zmieniaj?c pozycji poduszk? na izb? cisn??. Chwyci? j? Piotru? i na Felka rzuci?, Felek znów na mnie, a? nam j? .,handel&#8221; z r?k wyrwa?, ?eby?my nie poszarpali.<br />
- Ale bez poszewki! &#8211; odezwa?a si? s?abym g?osem matka.<br />
Natychmiast wyrwali?my &#8220;handlowi&#8221; poduszk?, któr? ju? pod pach? trzyma?- i zacz?li?my i niej poszewk? ?ci?ga?.<br />
Po ?ci?gni?ciu wszak?e poszewki okaza?o si?, ?e poduszka w jednym rogu rozpruta i ?e si? z niej pierze sypie, Znów tedy &#8220;handel&#8221; jedenastu z?otych da? nic chcia?, tylko dziesi?? bez pi?tnastu groszy.<br />
Targ w targ. zgodzi? si? z ojcem na ca?e dwa ruble, ale ?eby mu jeszcze ko?dr? nasz? doda?.<br />
Ojciec spojrza? na matk?. By?a tak os?abion? i blad?, ?e wygl?da?a jak martwa, le??c na wznak, z g??boko zapad?ymi oczami,<br />
- Anulka?&#8230; &#8211; szepn?? ojciec pytaj?co.<br />
Ale matk? chwyci? kaszel, wi?c odpowiedzie? nie mog?a.<br />
- My tam ko?dry, prosz? ojca. nie chcemy! &#8211; krzykn?? Felek. &#8211; My si? tylko o t? ko?dr? co noc bi? musimy. Niech Wicek powie!&#8230;<br />
- Prawda, prosz? ojca! &#8211; potwierdzi?em gorliwie. &#8211; Co noc si? bi? musimy, bo spada&#8230;<br />
&#8220;Handel&#8221; ju? ko?dr? zwin?? i pod pach? wsadzi?. Wybiegli?my za nim z tryumfem na podwórko.<br />
- Wiecie? &#8211; krzykn?? Felek ch?opakom, co tam w klip? grali &#8211; &#8220;handel&#8221; kupi? nasze ?ó?ko, ko?dr? i poduszk?! B?dziemy teraz na ziemi na sienniku spali!&#8230;<br />
- Wielka parada! &#8211; odkrzykn?? blady Józiek od krawca z lewej oficyny. &#8211; Ja ju? dwa lata u majstra na ziemi sypiam i bez siennika nawet.<br />
Zaimponowa? nam. Sypianie takie nie by?o wi?c ju?, wida?, wynalazkiem naszym.</strong></p>
<p><strong><span id="more-50"></span><br />
Tego dnia by? u nas doktor, a ja biega?em a? dwa razy do apteki, bo matce znów by?o gorzej; ale kiedy przyszed? wieczór, to?my ledwie ziemniaki doje?? mogli, tak nam pilno by?o na siennik, który?my sobie u?o?yli w k?ciku za piecem. Felek to nawet z chlebem w r?ku do pacierza kl?kn?? i ogl?daj?c si? raz w raz na siennik, w trzy migi &#8221; Ojcze nasz&#8221; i &#8220;Zdrowa?&#8221; przetrzepa?, tak, ?em ja jeszcze ofiarowania nie zacz??, a on ju? si? w piersi bi? a? dudnia?o w izbie, i tylko katank? zrzuciwszy zaraz si? od pieca po?o?y?. Co prawda, to i ja mia?em my?l, ?eby si? od pieca po?o?y?, ale mi si? ju? z Felkiem zaczyna? nie chcia?o, wi?c go tylko paln??em w ucho i po?o?y?em si? od ?ciany, a Piotrusia to?my mi?dzy siebie wzi?li. Zrazu zdawa?o mi si?. ?e mi g?owa gdzie? z karku ucieka- bom do poduszki nawyk?, ale potem pod?o?y?em sobie ?okie? i dobrze.<br />
- Czym?e ja was, robaki, odziej?? &#8211; rzek? ojciec patrz?c, jake?my si? jeden do drugiego tulili.<br />
Obejrza? si? po izbie, zdj?? z ko?ka swój p?aszcz granatowy i rzuci? go na nas.<br />
Wrzasn?li?my z uciechy i natychmiast powsadzali?my r?ce w r?kawy. Piotru? tylko piszcza? nic mog?c do nich trafi?, ale?my go z g?ow? peleryn? nakryli, wi?c ucich?. Ojciec, nim si? po?o?y?, raz jeszcze podszed? do nas.<br />
- No i có?? Ciep?o wam. b?ki? &#8211; zapyta?.<br />
- Mnie tam ciep?o! &#8211; odpowiedzia?em z g??bi p?aszcza.<br />
- A mnie jak! &#8211; krzykn?? Felek. &#8211; O, prosz? ojca, jak mi to gor?co,<br />
I wystawi? swoje d?ugie, chude nogi, ?eby okaza?, jako o przykrycie nie dba.<br />
Istotnie, przyjemne ciep?o sz?o na nas z. pieca, bo ojciec koksu przed wieczorem przyniós?, ogie? rozpali? i matce herbat? gotowa?. Usn?li?my te? zaraz. Ale nad ranem zrobi?o si? nagle bardzo ch?odno. Poci?gn??em tedy p?aszcz w swoj? stron?. Felek zrazu skurczy? si? przez sen. ale potem i on p?aszcz ci?gn?? zacz??; a gdym nie puszcza?, bo ju?ci? od pieca cieplej jemu ni?eli mnie by?o, sam si? g??biej pod niego wsun?? usi?owa?.<br />
Przy tym wsuwaniu si? musia? jako? nacisn?? Piotrusia, bo malec nagle piszcze? zacz??, a potem si? na dobre rozbecza?.<br />
Matka st?kn??a z cicha raz i drugi.<br />
- Filipie! Filipie!-rzek?a s?abym g?osem-a zajrzyj no do ch?opców, bo Piotru? czego? p?acze&#8230;<br />
Ale ojciec spa?.<br />
- Ch?opcy! &#8211; odezwa?a si? znowu matka &#8211; a czego tam Piotru? p?acze?<br />
- To Felek, prosz? mamy! &#8211; odrzek?em.<br />
- Nieprawda, prosz? mamy, to Wicek! &#8211; zaprzeczy? natychmiast zaspanym g?osem.<br />
Matka ci??ej jeszcze st?kn??a, a gdy malec nie przestawa? p?aka?, zwlok?a si? z ?ó?ka, wzi??a Piotrusia na r?ce i zanios?a go na swoj? po?ciel. Zaraz te? nam si? placu wi?cej zrobi?o, wi?c mi Felek da? sójk? w bok, ja mu te? i odwróciwszy si? od siebie spali?my wybornie do samego rana.<br />
W par? dni potem znowu przyszed? &#8220;handel&#8221;. Nikt go nie wo?a?, ale przyszed? tak, z grzeczno?ci, jak mówi?, dowiedzie? si?, czy matka zdrowsza. Zaraz te? zacz?? chodzi? po izbie, ogl?da? szaf?, sto?ki. Ale ojciec pochmurny by? czego? i gada? wiele z nim nie chcia?.<br />
Nazajutrz &#8220;handel&#8221; znowu przyszed?. Tego dnia mieli?my na obiad ziemniaki z sol? tylko, bo okrasy brak?o; chleb te? si? jako? sko?czy?, a Piotru? do ochrony bez ?niadania poszed?. Mnie ojciec kaza? worek na w?gle szykowa?. Szturchn?? mnie Felek w bok, ?e to niby ciep?o b?dziemy mieli, bo wiatr strasznie po izbie ?wista?, i zaraz my si? roz?mieli. Sta?em ju? z workiem chwil?, ale ojciec zapomnia? wida? o w?glach, bo siedz?c na matczynym ?ó?ku zaduma? si? i w?sy skuba?. Chrz?kn??em raz, nic spojrza? nawet w moj? stron?: chrz?kn??em drugi raz, spojrza?, jakby mnie nie widzia?; a na to w?a?nie &#8220;handel&#8221; wszed? i szaf? targowa? zacz??.<br />
Przest?puj?c z nogi na nog? czeka?em jeszcze chwil?, ale mi okrutnie pilno by?o, bo woda ko?o pompy zamarz?a i Felek polecia? je?dzi?; zaryzykowa?em tedy i chrz?kn??em raz trzeci. Jak si? te? ojciec nie odwróci, ??k nie palnie pi??ci? w stó?! Skoczy?em duchem do sieni, ma?om przez próg nie pad?, a &#8220;handel&#8221; te? wyszed? nie bawi?c i na ?ydka z przeciwka palcem kiwa? zacz??. Ojciec mnie tymczasem zawo?a?, cho? mu si? jeszcze r?ce trz?s?y czego?, szesna?cie groszy odliczy? i po w?gle biec mi kaza?.<br />
Kiedym wróci?, ,,handel&#8221; i ?ydek z przeciwka wynosili szaf?. Ojciec ode drzwi zast?pi?, ?eby du?o mrozu nie nasz?o, matka odwróci?a g?ow? do ?ciany i st?ka?a z cicha.<br />
Usuni?cie szafy z k?ta, gdzie sta?a, jak tylko zapami?ta? mog?, odkry?o nam nowe widoki; przykucn?li?my tedy w?ród nagromadzonych tam ?mieci i rozpocz??y si? poszukiwania. Felek znalaz? guzik blaszany, który sobie zaraz na r?kawie przyszy?, a ja wygrzeba?em patykiem ze szpary du??, zardzewia?? ig?? oraz bo?? krówk? z podkurczonymi pod siebie nó?kami i wyszczerbionym skrzyde?kiem. Natychmiast zacz?li?my na ni? chucha?, ale by?a zdech?a.</strong></p>
<p><strong><!--more--><br />
Za ka?dym z tych odkry? wykrzykiwali?my rado?nie, a ojciec nie móg? nas nap?dzi? do kaszy, któr? nam zgotowa? na obiad i której tylko matka je?? nie chcia?a. Przetrz?sn?li?my nareszcie wszystko, a przekonawszy si?, ?e ju? ?adnych wi?cej skarbów w k?cie nie ma. wymietli?my reszt? ?mieci do sionki.<br />
Teraz dopiero spostrzeg?em, ?e w miejscu, gdzie sta?a szafa, kawa? ?ciany bielszy si? wydawa? ni?eli reszta izby; udzieli?em lej wiadomo?ci Felkowi, a ?e i matka w k?t ten patrzy?a smutnym wzrokiem, wsta? tedy ojciec od kaszy, wyszuka? w skrzynce dwa gwo?dzie i w ów ja?niejszy kawa? ?ciany wbiwszy, powiesi? na nich matczyn? sukni? br?zow? od ?wi?ta i t? drug? modr?, codzienn?, chustk? je pi?knie okry? i z boków obcisn??. Wygl?da?o to bardzo dobrze, a Felek z Piotrusiem zaraz si? &#8220;w chowanego&#8221; bawi? tam zacz?li.<br />
Matce w tych czasach pogorszy?o si? jako?; doktor jej kaza? dobry rosó? i ?wie?e mi?so je??, a cho? p?aka?a na tak? utrat? i jak mog?a ojcu broni?a, to jednak co? przez tydzie? do rze?nika co dzie? lata?em, kupuj?c czasem i ca?e pó? funta.<br />
A ,,handel&#8221; to ju? tak do nas przywyk?, ?e czy go kto wo?a?, czy nie wo?a?, co dzie? cho? przez drzwi zajrza?. Ju? nawet Hultaj, pies stró?a, nie szczeka? na niego. Po szafie kupi? od nas &#8220;handel&#8221; cztery na orzech bejcowane krzes?a, co?my na nich do obiadu siadali. Przy tych krzes?ach to?my mieli uciech?, bo &#8220;handel&#8221; nie móg? wi?cej wzi?? sam jak dwa, a drugie dwa sami?my nie?li a? na Ordynackie.<br />
Na g?owach my z nimi paradowali samym ?rodkiem ulicy, a Felek tak wrzeszcza?; ,,na bok! na bok!&#8221;, ?e a? doro?ki stawa?y. &#8220;Handla&#8221; zostawili?my za sob? het precz, cho? ?ydzisko p?dzi?o za nami krzycz?c, ?e?my rozbójniki, szwarcjury i inne tam takie ?ydowskie wymys?y. Dopiero? na Ordynackiem dalej b?bni? w sto?ki. Rozlatywali si? ludzie, my?leli, ?e ,,sztuki&#8221;; a? przecie nas &#8220;handel&#8221; dopad? i chwyciwszy si? za brod? na ono zbiegowisko przy sto?kach, trzygroszniak nam da?, ?eby?my sobie poszli.<br />
Tak nam ta wyprawa zasmakowa?a, ?e?my si? tylko pytali, co trzeba wynosi?.<br />
Szczególniej Felek coraz mia? nowe pomys?y. Jak tylko wróci? z ochrony zaraz r?ce za plecy zak?ada?, po izbie chodzi? i po k?tach jak taksator patrzy?.<br />
- A mo?e by, prosz? ojca. garnek ?elazny? A mo?e by bali? albo zegar?<br />
- Poszed? precz! &#8211; fukn?? na niego ojciec, który teraz prawie ci?gle by? czego? z?y i smutny.<br />
- Felek! Co ty gadasz? &#8211; odezwa?a si? s?abym g?osem matka, &#8211; A to? by? ty nied?ugo dusz? w ciele przeda??<br />
Ja i Piotru? zacz?li?my tak?e silnie protestowa?.<br />
- Ale!&#8230; Garnek!&#8230; jeszcze czego!&#8230;- A w czym to b?dziemy gotowali kasz? albo i ziemniaki?<br />
- Albo zegar!&#8230;- &#8211; doda? z oburzeniem Piotru?. &#8211; A jak?e b?dziesz bez zegara wiedzia?, kiedy ci si? je?? chce albo spa??&#8230;<br />
- Ojej!&#8230; &#8211; wo?a? Felek z min? sko?czonego libertyna &#8211; ?eby o co, jak o to!&#8230; A ty, czy zegar pokazuje, czy nie pokazuje, to tylko by? ci?gle jad?.<br />
- A ty sklepikarce po bu?ki latasz, ?eby ci &#8220;kadryla&#8221; da?a.<br />
- Nie latam! &#8211; odpar? zaczerwieniwszy si? Felek.<br />
- Latasz!<br />
- Nie latam!<br />
- Owszem, latasz!. Sam widzia?em, jake? &#8220;kadryla&#8221; jad?&#8230;<br />
- Ja &#8220;kadryla&#8221;? Jak Boga kocham, tak nie jad?em!&#8230;<br />
Tu uderzy? si? pi??ci? w piersi, a? echo j?k?o.<br />
- No to chuchnij!&#8230;<br />
Nastawi? si? Felek i chuchn??, a? para posz?a. Z próby tej wyszed? z triumfem. Nic nie zdradza?o spo?ycia &#8220;kadryla&#8221;, a z g??bi zapad?ej brzuszyny doby?a si? tylko czczo?? wielka.<br />
Wszak?e przeg?osowany Felek nie traci? miny. Pewnego dnia obchodz?c izb? i pogl?daj?c po ?cianach, wykrzykn?? nagle:<br />
- A rondel, prosz? ojca! A mo?dzierz! A ?elazko!&#8230;<br />
Struchleli?my, s?uchaj?c. Rondel, mo?dzierz i ?elazko-to by?y niemal klejnoty rodzinne. Na pó?ce wprost drzwi ustawione, b?yszcza?y ol?niewaj?ce z?ote prawie. ?rodkowe miejsce zajmowa? rondel. Jak zapami?ta? mog? nigdym nic widzia?, ?eby si? w tym rondlu co gotowa?o- By?oby to profanacj? po prostu. Co sobot? wszak?e czy?ci?a go matka ceg?? lub popio?em i tak ?wiec?cy sta? z wystawionym na izb? uchem b?yskaj?c w same oczy, gdy si? do stancji wchodzi?o. Przy nim sta? mo?dzierz z t?uczkiem z jednej strony, a ?elazko z drugiej. Mo?dzierz by? rówie?nikiem moim. Kupi? go ojciec, gdym na ?wiat przyszed?, aby matk? uradowa? i dobre jej serce za syna okaza?. ?adnego wszak?e z jednolatków moich w podwórzu, ba, na ca?ej ulicy, nie szanowa?em tak, jak szanowa?em ten mo?dzierz. Matka zdejmowa?a go raz do roku tylko, w Wielki Pi?tek, aby w nim ut?uc cynamon do wielkanocnego placka. Wtedy to zwykle powtarza?o si? to opowiadanie, w którym ja i mo?dzierz byli?my bohaterami, W?a?ciwie ró?nili?my si? tym tylko, ?e mnie przyniós? bocian darmo, a za mo?dzierz trzeba by?o zap?aci?. Nic wi?c dziwnego, ?e istnienie tego mo?dzierza uwa?a?em jako wa?niejsze ani?eli moje w?asne, zw?aszcza patrz?c na poszanowanie, jakiego sta?e u?ywa?, podczas gdy ze mn? ró?nie bywa?o i wówczas, i potem&#8230;<br />
?elazko tak?e nader rzadko zst?powa?o z wy?yn pó?ki na poziom naszego codziennego ?ycia. Matka prasowa?a nim tylko pó?koszulki niedzielne ojca i swoje tiulowe czepki; reszta bielizny sz?a pod maglownic?. Raz nawet o to ?elazko pogniewa?a si? matka ze stró?k?, która je od nas po?yczy? chcia?a.<br />
- Moja pani! -powiedzia?a jej matka bardzo stanowczym g?osem. -<br />
Taki &#8220;porz?dek&#8221; to nie na po?yczki, nie na ludzkie r?ce!&#8230; To kosztuje! To raz na ca?e ?ycie sprawunek!&#8230;<br />
Wszyscy?my przecie? pami?tali, jak na to stró?ka drzwiami trzasn??a jak w sieni j?zyk rozpu?ci?a i jak si? matce z gniewu i z oburzenia r?ce trz?s?y, kiedy nam w chwil? potem chleb na ?niadanie kraja?a. Od tej te? chwili ?elazko niezmiernie posz?o w gór? w moim rozumieniu. Zaliczy?em je nawet w my?li do tych rzeczy, które s? raz na ca?e ?ycie, jak chrzest na przyk?ad, bierzmowanie i granatowy p?aszcz, o którym ojciec te? mówi?, ?e jest raz na ca?e ?ycie. A teraz, patrzcie? pa?stwo. Felek tak o ?elazku mówi?, jakby to by?a warz?chew albo stara miot?a.</strong></p>
<p><strong><!--more--><br />
Spojrza?em na ojca; by?em pewny, ?e si? Folkowi po uszach oberwie. Ale ojciec oczy w ziemi? wbi?. skuba? w?sy. Dobrze jeszcze, ?e matka spa?a na t? chwil?.<br />
Tego dnia nie lata?em po mi?so dla matki. Ko?ci mi tylko ojciec za trojaka kupi? da? i krupnik z nich uwarzy?.<br />
Nazajutrz przyszed? zzi?bni?ty i zacieraj?c skostnia?e r?ce. od proga<br />
zawo?a?:<br />
- Ciesz si?, Anulku! Wis?a tylko patrze? jak pu?ci, bo si? wiatr na zachód obróci?.<br />
Ale matka spojrzawszy na ojca klasn??a w r?ce i a? na po?cieli siad?a.<br />
- Filip&#8217;. &#8211; krzykn??a &#8211; a ko?uch?<br />
Teraz dopiero zobaczy?em, ?e ojciec bez ko?ucha wróci?. Nie mia?em jednak czasu wielce si? rozgl?da?, gdy? ojciec Piotrusia za r?ce chwyci? i siarczystego m?ynka z nim wywin??. Potem g?o?no si? roz?mia?, Piotrusia pu?ci? i na ?ó?ku matczynym siad?szy ?mia? si? a? mu ?zy po twarzy sczernia?ej pociek?y- Otar? je pr?dko r?kawem starego Spencerka.<br />
- I có?. Anulku? Jak ci tam?&#8230; &#8211; zapyta?,<br />
Ale matka na poduszki opad?szy le?a?a jak nie?ywa.<br />
- Filip! &#8211; szepn??a wreszcie z wyrzutem. &#8211; Co ty?&#8230; Ko?uch przeda??&#8230;<br />
- Ko?uch! Ko?uch! &#8211; powtórzy? ojciec. &#8211; No i có? ko?uch?&#8230; Wielka parada ko?uch! Do?? go si? nad?wiga?em przez tyle czasu- A to ci??ki, psianoga, jak m?ynarskie sumienie&#8230; A? l?ej cz?owiekowi, ?e go z siebie zrzuci?!<br />
A gdy matka j?kn??a z cicha, po w?osach j? pog?adzi? r?k? i doda?:<br />
- A te? z ciebie, Anulku, krzywe drewno, ?e lada czego st?kasz&#8230;<br />
By? ko?uch, nie ma, ta i straszna historia! Có? to? Da mi ko?uch je?? albo za mnie komorne zap?aci, albo co? Wiosna za pasem, tylko patrze?, jak rzeka pu?ci, a ja si? tam b?d? w ko?uchy fundowa?&#8230; A to, poczekawszy, i w Spencerze za gor?co b?dzie, jak si? robota otworzy&#8230;<br />
Tego dnia znów by? u nas pan doktor i znów do apteki biega?em.<br />
- Zimno tu jako? &#8211; mówi? pan doktor wychodz?c &#8211; i wilgo? czu?. Trzeba by lepiej pali?&#8230;<br />
I wstrz?sn?? si? otulaj?c krótkim futerkiem. Ojciec s?ucha? ze spuszczon? g?ow?. Ca?y ten dzie? by? ojciec bardzo wesó?; ale równo musia?o mu co? by?, bo jak tylko matka nie patrzy?a na niego, odmienia? si? na twarzy, zwiesza? g?ow?, a oczy to mu si? z siwych a? czarne robi?y, tak? w nich ?a?o?? mia?.<br />
Ca?e pó? puda w?gla kupili?my na odwieczerz w sklepiku i ogie? taki by?, ?e a? hucza?o w piecu. Ojciec law? przysun?? do naszego siennika i siad? sobie na niej, matka te? si? obróci?a, ?eby na ogie? patrze?, i take?my si? wszyscy wygrzali, ?e to ha!<br />
Up?yn??o znów ze dwa tygodnie. Ojciec niewiele co zarobku mia?; a to i w domu roboty by?o do??: tu szmaty upierz, tu straw? uwarz, cho? si? tam i nie zawsze warzy?o, ot, nie jedno, to drugie, a z nas to najwi?cej je?li posy?ka jaka&#8230; Matce le? nie by?o ni lepiej, ni gorzej; wysch?a tylko strasznie i na twarzy zbiela?a jak chusta; ci??kie kaszle te? na ni? przychodzi?y coraz cz??ciej, osobliwie na ?witaniu.<br />
Zagl?da?y czasem s?siadki do izby. dziwuj?c si? matce, ?e taka zmizerowana.<br />
- ?eby ju? albo w t?. albo w t? stron? Pan Jezus da?! &#8211; mówi?a gwo?dziarka do ojca.<br />
- Tfu! &#8211; splun?? ojciec. &#8211; Co tam pani takie rzeczy b?dzie gada?a? Có? to, przykrzy mi si?, czy co? Czy my to tylko na zdrowe czasy przysi?gali sobie, a na te chore to nie? Czy to ona przy kim, nie przy mnie, nie przy moich dzieciach zdrowie straci?a?&#8230;<br />
I na tym si? sko?czy?o.<br />
A mróz trzyma?. Cho? si? i wiatr na zachód obróci?, zimnisko takie by?o w izbie, ?e a? para sz?a- A zel?a?o troch? pod wieczór, to znów ?niegiem miot?o tak, ?e ?wiata wida? nie by?o. Piotru? to ju? i do ochronki nie szed?, tylko za piecem albo w nogach matczynego ?ó?ka siedzia?, taki delikacik! A my z Felkiem pigu?y ze ?niegu robili i walili w siebie na rozgrzewk?.<br />
Jako? si? jednego dnia nie pali?o w piecu. Ojciec matk? przyodzia? derk?, a mnie do s?siadki pos?a? po kawa?ek cukru do zió?ek. Ale s?siadka nie mia?a. Otworzy? tedy ojciec do kuferka, czy jeszcze gdzie nie wytrz??nie jakiej okruszyny, bo matka kaszla?a tak, ?e a? si? w piersiach co? rwa?o. Zaraz my we trzech obst?pili ojca, bo w kuferku bywa?y ró?ne rzeczy, które?my rzadko kiedy widywali. By?y w pude?ku brzytwy ojca, by?y w drugim korale matczyne, by?a czarna jedwabna chustka, co j? ojciec w wielkie ?wi?ta na szyj? wi?za?; by?a szuba matczyna z czerwon? podszewk?, by?a ?ó?ta serweta w kwiaty na stó?, by?a kapa na ?ó?ko z zielonego persu.<br />
Ale tym razem zupe?nie?my si? zawiedli; kuferek by? pusty. W k?tku tylko, w czerwon? chusteczk? zawi?zana, le?a?a kawalerska harmonijka ojca. Ojciec potr?ci? j? raz i drugi, szukaj?c odrobiny cukru, jakby si? ba? j? podnie?? i usun?? z k?tka. Brz?k?a i umilk?a. Ale Felek ju? wsadzi? r?k? do kuferka.<br />
- A harmonijka, prosz? ojca! &#8211; krzykn?? podnosz?c czerwone zawini?tko. &#8211; Nie mo?na by harmonijki?&#8230;<br />
- Felek!&#8230; &#8211; zawo?a? matka s?abym g?osem z ?ó?ka.<br />
Ojciec si? zaczerwieni?. Felkowi chustczyn? z harmonijk? odebra? i w?o?ywszy do kuferka, zamkn?? go na klucz.<br />
Tego dnia bardzo?my d?ugo ?niadania nie jedli: a obiadu to te? nie by?o. My?la?em, ?e mnie ojciec cho? po chleb po?le, ale nie. Piotrusiowi tylko dosta?a si? wczorajsza kromka. Poszli?my z Felkiem do sieni w klasy gra?, bo nam si? d?u?y?o jako?. Druga ju? mo?e by?a albo i trzecia, kiedy matka zawo?a?a mnie do ?ó?ka i rzek?a zm?czonym, przerywanym g?osem:<br />
- Wpadnij no, Wicu?, do maglarki na Szczyg?? &#8211; wiesz?<br />
- Ojej&#8230; Co nie mam wiedzie?&#8230; Pod trzeci&#8230;<br />
- Pod trzeci &#8211; powtórzy?a matka. -To porz?dna kobieta, mo?e kupi ?elazko&#8230;<br />
- ?elazko?&#8230; -powtórzy?em, niepewny, czy dobrze s?ysz?.<br />
- Tylko ?eby dopiero zmierzchem przysz?a, ?eby w podwórzu stró?ka nie widzia?a&#8230; No, id?&#8230;<br />
Chwyci?em czapk?, kiedy mnie zawo?a?a raz drugi:<br />
- Wicu?!&#8230;<br />
Ale kiedym podszed?, popatrzy?a na mnie i rzek?a:<br />
- Nic ju?, nic! Id?&#8230;<br />
By?em we drzwiach, kiedy mnie zawo?a?a raz jeszcze. By?a wpó?podniesiona na ?ó?ku, zapad?e jej oczy otwarte by?y szeroko.<br />
- I mo?dzierz&#8230; &#8211; szepta?a tak cicho, ?em dos?ysza? ledwie.<br />
Skamienia?em. Dozna?em wra?enia, jakby mnie samego sprzedawa? miano.<br />
- Mo?dzierz? &#8211; powtórzy?em te? szeptem nachylaj?c si? ku twarzy matki.<br />
Dysza?a ci??ko, nierówno, w- piersiach s?ycha? by?o ?wist ostry. Nic odpowiedzia?a nic, tylko mnie przytrzyma?a za r?k?. D?o? jej by?a zimna, wilgotna. Dwa czy trzy razy otwar?a usta bez g?osu, po?ó?k?e jej czo?o potem si? okry?o.<br />
Chwyci?a powietrza g??bokim, do westchnienia podobnym oddechem,<br />
- I rondel&#8230; &#8211; szepn??a z wysi?kiem.<br />
- Rondel?&#8230; &#8211; rzek?em równie cichym g?osem.<br />
Skin??a tylko r?k?, g?owa jej opad?a na poduszk?, oczy si? przymkn??y.<br />
Wylecia?em jak oparzony trzymaj?c czapk? w gar?ci. W sieni spotka?em Felka.<br />
- S?ysz, ty! &#8211; krzykn??em mu w ucho. &#8211; I rondel, i mo?dzierz, i ?elazko, wszystko ci het przedajem!<br />
- Siarczyste! &#8211; roz?mia? si? Felek i wyskoczy? w gór? na t? uciech?. trzasn?wszy si? d?oniami po udach. Ten skok to by?a najlepsza sztuka w ca?ym repertuarze jego. Nigdy mu w nim dorówna? nie mog?em. Rzuca? si? w powietrze tak ?atwo, jak ryba w wod?. Zaraz tez we dwóch polecieli?my na Szczyg??, bo Felek ambitny by? i nigdy mi o w?os .przed sob? nie da?.<br />
Ale maglarka nie chcia?a wielce ze mn? gada?- Powiedzia?a, ?e jej rondel niepotrzebny, a mo?dzierz i ?elazko ma swoje. Wyszli?my oburzeni.<br />
- Dzisz bab?! &#8211; krzykn?? Felek. &#8211; Rondel jej niepotrzebny! Taki<br />
rondel jak nasz i jej niepotrzebny.<br />
Z b?yszcz?cymi oczami czeka?a matka, a gdym jej o skutku naszej wyprawy powiedzia?, westchn??a, jakby doznawszy wielkiej jakiej? ulgi.<br />
Przed wieczorem jednak znów mnie zawo?a?a i kaza?a bie?e? po &#8220;handla&#8221;. Wylecieli?my obaj z Felkiem. uszcz??liwieni, ?e si? jeszcze ta sprawa nie ko?czy. &#8220;Handel&#8221; przyszed?, obejrza? ?elazko, obejrza? mo?dzierz, obejrza? rondel i wykrzywiwszy wzgardliwie usta powiedzia?, ?e to wszystko szmelc tylko chyba. ?elazko przepalone, mo?dzierz ma?y, rondel cienki i nitowany z boku&#8230; Za trzy te sztuki razem dawa? dziesi?? z?otych.<br />
Porwa?a si? matka i na ?ó?ku siad?a.<br />
- Co?&#8230; Dziesi?? z?otych?&#8230; Sam mo?dzierz kosztowa? pi?? z?otych i trzyna?cie groszy! A ?elazko!&#8230; A rondel!.,.<br />
- Nu, na szmelc&#8230; &#8211; zacz?? &#8220;handel&#8221;.<br />
Ale nie dopu?ci?a go do s?owa i trz?s?c? si? r?k? drzwi mu pokazywa?a,<br />
- Id?cie!&#8230; Id?cie!&#8230; Niech was moje oczy nie widz?!&#8230; Nie wy jedni na ?wiecie. &#8211; i pos?a?a nas natychmiast po innego &#8220;handla&#8221;, po rudego, co od nas stó? ostatni kupi?.<br />
Lubili?my bardzo tego ?ydka, bo koncepty ró?ne, kupuj?c ów stó?, prawi?, a za odniesienie go na drug? ulic? mnie i Felkowi po orzechu da?. Prawda, ?e Felków by? dziurawy, ale ca?y dzie? na nim gwizda?, ?e to niby kolej odchodzi. Polecieli?my tedy po rudego. Szwargota? na rogu przed sklepikiem z tym pierwszym, który od nas wyszed?. Zaraz jednak worek z butelkami na plecach poprawi? i za nami poszed?.<br />
Ale obejrzawszy mo?dzierz, rondel i ?elazko, dawa? za nic tylko dziewi?? z?otych i szesna?cie groszy; mówi? te?, ?e mo?dzierz to si? i na szmelc nie zda. Matk? a? febra trz?s?a i cho? si? ruszy? prawic nie mog?a na ?ó?ku, wyrwa?a przecie? Rudemu rondel i pu?ci?a go na ziemi?. J?kn?? jak dzwon rozbity.<br />
Dziwnego wra?enia dozna?em s?uchaj?c tego j?ku. Zdawa?o mi si?, ?e j?kn??y w?g?y naszej izby.<br />
Matka zas?oni?a oczy i zacz??a p?aka?.<br />
Nim wieczór przyszed?, by?o u nas jeszcze z pi?ciu &#8220;handlów&#8221;; ale co jeden, to mniej dawa?; cho? o dwa, o trzy grosze, ale mniej. Szwargotali, k?ócili si? mi?dzy sob?. wyrywali sobie mo?dzierz i nasze ?elazko, ha?as by? wi?kszy ni? na Pociejowie.<br />
Felek tylko mnie poszczypywa? z tej uciechy.<br />
- To ci heca! &#8211; wo?a? dusz?c si? od t?umionego ?miechu i dla ul?enia sobie wywin?? pysznego koz?a.<br />
Powynosi?y si? nareszcie ?ydy, zaduchu w izbie narobiwszy; rondel, ?elazko i mo?dzierz sta?y rz?dem przy matce na ?awie. Patrzy?a na mnie wzrokiem smutnym, zm?czonym, os?upia?ym prawie. A gdy mróz coraz wi?kszy na noc bra?. a Piotru?, zwyczajnie b?k niewytrzyma?y, piszcze? zacz??, ?e mu zimno, ?e g?odny, kaza?a mi matka bie?e? do stró?ki i zapyta?, czy ?elazka nie kupi.</strong></p>
<p><strong><!--more--><br />
Ale stró?ka mie zapomnia?a wida? owej matczynej omowy. Od??a si? te? zaraz jak karmelicka bania.<br />
- Jak b?d? mia?a kupowa?, to se nowe kupi?! Co mi tam po starym gracie!<br />
Kiedym to powtórzy? matce, ognie uderzy?y na ni?.<br />
- Nic, to nie! &#8211; zawo?a?a g?osem dr??cym z gniewu. &#8211; Widzicie j?! Grat!&#8230; stary grat!&#8230; Jaka pani! Jak po?yczy?, to jej by?o dobre, a jak kupi?, to stary grat! Poczekaj, ty fl?dro&#8230; j?dzo&#8230;<br />
Zakaszla?a si? i za piersi chwyci?a, ale jej nie by?o co popi? da?, bo zió?ka dawno wysz?y.<br />
- A to ci tyjatr!&#8230; &#8211; szepn?? Felek szczypn?wszy mi? do bol?cego.<br />
- Wicu?! &#8211; odezwa?a si? matka przerywanym g?osem &#8211; biegaj do tego najpierwszego ,,hand1a&#8221;, co dziesi?? z?otych dawa?. Do tego czarnego, wiesz? Niech przychodzi. &#8211; I przymkn?wszy zoczone oczy szepta?a :<br />
- Za psie pieni?dze przedam, zmarnuj?, a tobie, j?dzo, fl?dro, jedna wara od starych gratów na ludzki dobytek wydziwia?&#8230; Nie u?yjesz! Nie u?yjesz!<br />
I umilk?a wyczerpana zupe?nie.<br />
Felek a? si? pi?tami po ?ydkach bi?, tak ze mn? po ?yda lecia?. My?leli?my, ?e go, Bóg wie gdzie, szuka? przyjdzie, a on prawie wprost naszej bramy sta?. r?ce za pas u cha?ata za?o?y? i bokami spluwa?. Zupe?nie jakby czeka? na nas. Kiedy Felek podleciawszy szturchn?? go w ?okie?, b?ysn??y mu oczy zmru?one jak kotu i poci?gn?? nosem. Poszed? za nami pr?dko, skwapliwie. Ale i on teraz wi?cej da? nie chcia?, jak &#8220;równe dziewi?? z?otych&#8221;. To ,,równe&#8221; mówi? takim g?osem jakby do onych dziewi?ciu z?otych przynajmniej z pó? rubla dok?ada?.<br />
Matka znów si? zapali?a na twarzy.<br />
- Cz?owieku! &#8211; krzykn??a. &#8211; A to??e tego nie uby?o. A to??e?cie pierw dziesi?? z?otych dawali! A to??? to samo!<br />
- Nu, to co, ?e to samo? &#8211; odrzek? flegmatyczie &#8220;handel&#8221;. &#8211; Ja si? namy?la?&#8230;<br />
- Dajcie? ju? tak dziesi?? z?otych, jake?cie dawali. Miejcie? sumienie!&#8230;<br />
- Nu. ja sumienie mam! ?eby ja sumienie nie mia?, toby ja o?m z?otych da?, a ?e ja sumienie mam. to ja dam równe dziewi??.<br />
- A ?eby was Bóg ci??ko skara? za moj? krzywd? -j?kn??a matka.<br />
- Co to skara?! &#8211; szarpn?? si? &#8220;handel&#8221;. &#8211; Za co skara??&#8230; Czy ja darmo chc? wzi??? Czy ja plewy daj?? Nu, ja daj? gotowe pieni?dze.<br />
Matka nic ju? nie odpowiedzia?a, twarz jej by?a tak bia?a, jak kr??ek op?atka. Kiedy ?yd liczy? pieni?dze, Felkowi oczy lata?y za ka?d? dziesi?tk?. Co tylko która by?a cho? troch? starta, natychmiast j? z szeregu wyrzuca?, krzycz?c, ?e fa?szywa. ?yd syka? z pocz?tku, potem rozczerwieni? si? tak, jakby go apopleksja tkn?? mia?a, zamierzy? si? raz nawet na Felka, doprowadzony do ostatniej pasji, a? nagle u?miechn?? si?, doby? z kamizelki grosz dobrze sczernia?y i podaj?c go Folkowi rzek?:<br />
- Nu, ty m?dry ch?opiec! Ty urz?dnikiem b?dziesz! Na, tobie na piernik!<br />
Ale Felek grosza me bra?.<br />
- Tu patrzcie, gdzie?cie nie do?o?yli trojaka &#8211; rzek? stukaj?c palcem w kupk? groszaków maj?c? przedstawia? z?otówk?. &#8211; Tu do?ó?cie, a mnie nie zawracajcie piernikami g?owy!<br />
?yd cmoka? coraz silniej z podziwu.<br />
- A kluger Bub &#8211; szepn?? sam do siebie.<br />
Nareszcie doliczyli si? jako?. ?yd z ?oskotem ?elazko, mo?dzierz i rondel do brudnego worka wrzuci?, a mnie matka pos?a?a po w?gle i po chleb.<br />
Kiedy ojciec przyszed?, pali? si? ju? w piecu ogie?, a my popijali?my<br />
kolejno wodziank? z ?elaznego garnczka.<br />
Ojciec w progu przystan??, popatrzy? na ogie?, na nas. potem po izbie spojrza?, a kiedy wzrok jego zatrzyma? si? na opró?nionej pó?ce, spu?ci? oczy i na palcach do ?ó?ka matczynego podszed?.<br />
Nied?ugo jako? potem zel?a?o. Ogromny huk p?kaj?cych lodów na Wi?le s?ycha? by?o nocami. W?giel jednak ci?gle?my jeszcze kupowali, bo wilgo? w izbie by?a taka. ?e si? po ?cianach s?czy?o.<br />
Stancja nasza wypró?ni?a si? do czysta.<br />
- Na glanc&#8230; -jak mówi? Felek.<br />
Posz?a gorsza matczyna suknia, poszed? zegar, posz?a balia, a kiedy i p?aszcz ojca granatowy poszed?, straci?em zupe?nie wiar? w te rzeczy, które s? ,,raz na ca?e ?ycie&#8221;, zw?aszcza po niedawnym do?wiadczeniu z ?elazkiem.<br />
Chodzili?my teraz po pustej izbie, jakby po ko?ciele, a Felek huka? z?o?ywszy przy ustach d?onie, ?eby mu echo odpowiada?o. Pan doktor wszak?e przychodzi? do matki, a i do apteki lata?em. Garnek ?elazny te? jeszcze by?. ale?my rzadko kiedy obiad gotowali; uwarzy?o si? ziemniaków na rano. to i na wieczór by?y. a w po?udnie to?my latali za kotami gospodarza, bo okrutnie po dachach wrzeszcza?y.<br />
Jednego razu ojciec u kuferka na ziemi przysiad?, otworzy? go i d?ugo medytowa? nad nim.<br />
A by?a tego dnia du?a odwil?. Z dachów ciek?o, wróble si? dar?y, a s?o?ce pierwszy raz tej zimy do naszej suteryny zajrza?o. Ale matce by?o znowu gorzej. Ca?? noc kaszel j? m?czy?, a pi? to wo?a?a wi?cej ni? pi?? razy. Lekarstwa nie by?o. Felek wspi?? si? na palce i ojcu przez rami? patrzy?, My?la?, ?e Bóg wie, co zobaczy, a tymczasem nic. Ojciec tylko g?ow? kiwa?, w?sy skuba? i patrzy? w milczeniu na czerwone, le??ce na dnie zawini?tko. Si?gn?? wreszcie po nie, harmonijk? wyj?? i siad?szy na matczyny m ?ó?ku gra? zacz??.<br />
Matka o?ywi?a si? nieco s?uchaj?c, kaza?a sobie Piotrusia poda? do<br />
?ó?ka, a i my stan?li?my w pobli?u.<br />
Zrazu gra? ojciec weso?o, a graj?c tak mówi? do matki:<br />
- Pami?tasz. Anulka, Bielany? Pami?tasz, jak my si? to poznali? Jakem ci to przygrywa? id?cy?<br />
- Pami?tam, serce &#8211; rzek?a matka z cicha.<br />
- Albo to, pami?tasz?&#8230; To ci by?o w Trójc?, na odpu?cie, na Solcu&#8230;<br />
- Pami?tam &#8211; szepn??a matka.<br />
- T?gi sztajer&#8217;! &#8211; mrukn?? do mnie Felek szturchn?wszy mnie pod ?ebro.<br />
- Mia?a? wtedy t? ró?ow? w kratk? sukni? i okrutnie mi si? potem bez ciebie cni?o, co? ze trzy dni &#8211; mówi? ojciec mi?kkim g?osem. &#8211; A to Anulka?&#8230;<br />
- Tego nic wiem&#8230;<br />
- Jak nie wiesz?&#8230; To przecie by?o na Woli, co my tam ze szwagrem poszli, com to kuflem cisn?? w tego Niemca, ?e si? do ciebie przysiad?&#8230;<br />
- A prawda!&#8211;. -o szepn??a matka.<br />
Ojciec gra? dalej. Harmonijk? na kolanie trzyma?, rozci?ga? j? i zesuwa?, a po klapeczkach drobniutko palcami przebiera?.<br />
Jak ?yj?, nie s?ysza?em pi?kniejszej muzyki.<br />
- Anulka! A to?&#8230; Jak?e?&#8230;<br />
- Pami?tam, Filipku! &#8211; mówi?a matka &#8211; to by?o tej niedzieli, kiedy? na zapowiedzie da?. W Czerniakowie my byli z nieboszczk? matk?&#8230;<br />
- Po miesi?cu?my ju? wracali -doda? ojciec. -Grali?my w zielone&#8230;<br />
- A jak wtedy bez pachnia?!&#8230; A co s?owików ?piewa?o&#8230;<br />
- A jaka ty wtedy ?liczna by?a&#8230; Jak ta ró?a w kwiecie&#8230;<br />
Felek szturchn?? mnie w ?ebro.<br />
- A jak ty wtedy gra?. serce&#8230; Jak ty gra?&#8230;<br />
U?miechn??a si?, westchn??a, zdawa?a si? zasypia?.<br />
Ojciec i teraz gra? ?licznie. Z pocz?tku weso?o, ra?nie, jak gdyby do ta?ca same nogi nam podrygiwa?y. Potem jakby si? do tej weso?o?ci co przymiesza?o, coraz smutniej, coraz smutniej, jakoby do p?aczu, tak ?e i Felek pi??ci? oczy raz i drugi wytar?; a? rozci?gn?? ojciec harmonijk? raz ze stron obu i doby? z niej g?os tak ?a?osny, jak na organach, kiedy umar?emu graj?.<br />
Matka spa?a. Cz?sto na ni? teraz przychodzi? sen taki, jakby nagle kto makiem oczy jej posypa?. A budzi?a si? potem os?ab?a, blada, z zimnym potem na wychud?ej twarzy.<br />
Posiedzia? tedy ojciec ze zwieszon? g?ow?, posiedzia?, po czym westchn?wszy wsta?, harmonijk? w ow? czerwon? chustczyn? owin??, pod pach? j? wsadzi?, a nasun?wszy czapk?, na palcach wyszed?.<br />
Kiedy?my si? we trzech na sienniku pod matczyn? chustk? znale?li, mtr?ci? mnie Felek w bok i rzek? pó?g?osem:<br />
- Wicek!<br />
- A co?<br />
- Wiesz?&#8230; Stary to ci p?aka? przy tym graniu!<br />
- E-e-e&#8230;<br />
- Dalibóg! &#8211; przysi?g? Felek paln?wszy si? pi??ci? w piersi, a? mu w nich co? j?k?o. &#8211; Przeciem nie ?lepy, widzia?em&#8230; Tylko mu te ?zy po w?sach kipia?y&#8230;<br />
- A có? chcesz! &#8211; doda? po chwili -jak sobie cz?owiek tak wszystko jedno po drugim rozpomni&#8230;<br />
Westchn?? ci??ko, pole?a? chwil? cicho i na bok si? do pieca obróci?; zaraz potem us?ysza?em jego chrapanie. Ojciec tego wieczora pó?no do domu wróci?, ale przyniós? matce lekarstwo, ogie? rozpali? i zrobi? herbaty. D?ugo tej nocy usn?? nie mog?em, a w g?owie ci?gle mi co? gra?o, to smutno, to weso?o. ?ni?y mi si? te? ró?no?ci do bia?ego rana. A to ?e ogród jest w izbie i ?e bez na piecu kwitnie, a to ?e w&#8217; sieni s?owiki ?piewaj?, a to ?e na ?cianie, tam gdzie dawniej zegar wisia?, teraz stoi srebrny ksi??yc w pe?ni&#8230;<br />
Kiedym si? obudzi?, Felek ju? sta? na sienniku i zapina? pasek na opadaj?cych go porci?tach. Przez otwart?, srodze po?atan? koszul? stercza?y mu wychudzone ?ebra, z ko?nierza wychyla?a si? szyja cienka jak u wróbla, a niezmiernie chude nogi czyni?y go znacznie wy?szym, ni?li by? w istocie.<br />
- Felek! &#8211; zawo?a?em. &#8211; Có?e? ty tak jak tyka przez ten miesi?c urós??<br />
- G?upi! &#8211; roz?mia? si? Felek, &#8211; Ja tylko si? wyci?gam, ?eby brzuch mniejszy by?.<br />
Wyci?gn?? si? przede mn? jak struna.<br />
- A co? &#8211; zapyta?.<br />
- A to wygl?dasz jak ?led? marynowany.<br />
- To dobrze! &#8211; zawo?a? Felek. &#8211; Wal? na pajaca.<br />
A kiedym si? ?mia?:<br />
- A co? &#8211; rzek? &#8211; z?y chleb, my?lisz?<br />
I trzasn?wszy si? r?kami po udach w gór? wyskoczy?, koz?a w powietrzu przewróci?, po czym na cztery ?apy jak kot cicho pad?.<br />
- Wiesz? &#8211; rzeki &#8211; to przez tego p?draka takem si? wyci?gn?? i wskaza? g?ow? na Piotrusia, który zwykle najwcze?niej si? budzi? i do garnka patrze? szed?, czy tam czego od wczoraj nie znajdzie.<br />
- Jak idziem do ochrony &#8211; mówi? dalej Felek &#8211; to ci ca?? drog? skomli, ?e g?odny. Musz? ci mu co dzie? pó? mego chleba fasowa?, ?eby cicho by?.<br />
- E-e-e? &#8211; zapyta?em niedowierzaj?co, czuj?c, ?e ja bym si? mo?e na bohaterstwo takie nie zdoby?.<br />
- Jak Pana Boga kocham! &#8211; przysi?g? si? natychmiast Felek, grzmotn?wszy si? ku?akiem w suche jak szczapa piersi.<br />
I patrz?c na Piotrusia, który na swoich krótkich, pa??kowatych nogach, z du?ym, rozd?tym ziemniakami brzuchem przez izb? si? toczy?, wybuchn?li?my obydwaj szalonym, niepowstrzymanym ?miechem.<br />
- Czego wy si? tam tak ?miejecie, ch?opcy? &#8211; zapyta?a s?abym g?osem matka.<br />
- A to z Piotrusia &#8211; odrzek? Felek &#8211; ?e taki gruby&#8230;<br />
- Gdzie on tam gruby, biedaczysko! Z czegó? by on by? gruby! &#8211; mówi?a matka. &#8211; Piotru?! &#8211; doda?a. &#8211; A pójd??e do mamy, sieroto,<br />
I u?miechn??a si? do niego, g?aszcz?c go po g?owie, podczas kiedy my obaj dusili?my si? od ?miechu z tej &#8220;hecy&#8221; -jak mówi? Felek.<br />
Weso?o?? nasza jednak wkrótce zas?pion? zosta?a.<br />
- Wiesz co, Anulku? &#8211; rzek? tego dnia ojciec, siadaj?c na matczynym ?ó?ku. &#8211; Trza b?dzie chyba szkap? mi?dzy ludzi pu?ci?.<br />
- Szkap?? &#8211; zawo?a?a matka i a? si? na ?ó?ku podnios?a. &#8211; Bój si? Boga, Filip! A to? nas ona wszystkich ?ywi!&#8230;<br />
Ojciec si? ci??ko na r?ku wspar? i w?sy w milczeniu skuba?.<br />
- ?ywi albo i nie?ywi! &#8211; odezwa? si? po chwili. -Z kacierzem na rzece si? nie poka?, woda rwie tak. ?e to ha! Ko?o ?wiru nijakiej roboty nie ma. piasku te? licho co odchodzi, na plecach by to cz?owiek rozniós?, a tu na ka?dy dzie? sieczki kup, a i otr?b cho? z garstk?, bo? to owsa nie uwidzi w ??obie; tera pomieszczenie, tera ?ció?ka, a wszystko drogo.<br />
Matka j?kn??a tylko.<br />
Struchleli?my s?uchaj?c. Piotru? oczy na ojca wytrzeszczy? i otworzy? usta; ja sta?em jakby skamienia?y.<br />
Dopiero Felek taka mi sójk? w buk wsadzi?, ?e mnie a? zamroczy?o.<br />
- S?yszysz. Wicek! &#8211; krzykn?? mi w samo ucho.<br />
A to??em nie g?uchy! &#8211; hukn??em mu w ucho g?o?niej jeszcze.<br />
I zaraz my wylecieli do sieni, bo nas taka ?a?o?? zdj??a, ?e tylko si? za ?by drze?.<br />
Szkap? kochali?my niezmiernie. Jak tylko zapami?tam, na ?wiecie zawsze by? ojciec, matka i szkapa. Felka potem dopiero bociany przynios?y, Piotrusia tako?: ale szkapa nale?a?a do rz?du tych istot, które zawsze s?, bo s?. Wyobrazi? sobie po prostu nie mog?em ani jej pocz?tku, ani te? jej ko?ca. Szkapa nale?a?a do nas, a my do niej: ani my od niej ani ona od nas ni? mog?a si? od??czy?. By?o to tak naturalnym, ?em zgo?a nie pojmowa? innego porz?dku rzeczy. Kogo by tam brak?o w naszej gromadce, to by brak?o, ale nigdy szkapy. To? to by?a ca?a<br />
nasza uciecha.<br />
Kiedy ojciec z rzeki do domu wraca?, wybiegali?my &#8211; gdzie! a? w pó? drogi, byle pr?dzej szkap? zobaczy?. Co który mia?, to jej niós? i do pyska wtyka?: kawa?ek chleba, ziemniak, znalezion? w podwórzu skórk? z cytryny&#8230;<br />
I szkapa nas kocha?a bardzo. Z daleka ju? r?a?a ku nam i przy?piesza?a kroku, strzyg?c rado?nie uszami, a kiedy?my j? po szyi, po bokach klepali, rozumia?a wybornie t? pieszczot? i zwiesiwszy ?eb swój ci??ki, skuba?a nas po w?osach, po kurtkach Piotru? zw?aszcza by? jej ulubie?com; po prostu r?a?a na ojca, ?eby go wzi?? z sob?.<br />
Kiedy j? ojciec wyprz?g?, zaczyna?a si? dopiero heca. Natychmiast Felek wskakiwa? na jej grzbiet ko?cisty, od starego chom?ta obdarty, i podczas kiedy szkapa zanurza?a swój ?eb ogromny w g??binach uwi?zanego jej u karku worka z chud? sieczk?, on. przykl?kn?wszy na jedno kolano lub stan?wszy na jednej nodze, wywija? czapk? i krzycza?:<br />
- A to jest s?awny je?dziec z suteryny, co nigdy nie traci miny! Nazywa si? Feliks Mostowiak, herbu gnat! Ja chudy, ale chwat! Kto da wi?cej?&#8230; Na to &#8220;kto da wi?cej&#8221; &#8211; wybuchali?my tak piekieln? wrzaw?, ?e a? ludzie wybiegali z oficyny.<br />
Po Felku gramoli? si? na szkap? Piotru?, ale?my go ledwie podsadzi? mogli, tak go przewa?a?a rozd?ta brzuszyna. Szkap? z Piotrusiem oprowadzali?my w tryumfie po podwórzu, nie dawszy jej spokojnie sieczki owej spo?y?, a Felek znów wywija? czapk? i wrzeszcza?:<br />
- A to jest Piotru? herbu szczur! Ma dwie laty i osiem dziur! Dwóch<br />
z?bów nie ma na przedzie i na szkapie jedzie!&#8230; Kto da wi?cej?&#8230;<br />
Sk?d on tu to &#8220;kto da wi?cej&#8221; przyczepi?, nigdym odgadn?? nie móg?: Felek sam utrzymywa?, ?e to ju? tak jedno do drugiego pasuje. I znów wybuchali?my szata?sk? wrzawa, jakby nas nie trzech, ale ze trzydziestu by?o.<br />
- Przypatrzta si?. moi ludzie &#8211; mówi?a stoj?c we drzwiach t?usta sklepikarka &#8211; co te? te bestie ch?opaki Mostowiaków nie wyprawiaj? z t? koby??! A to? to czyste ma?py z &#8220;meranzieryi&#8221;.<br />
I chwyta?a si? za boki, trz?s?c od ?miechu, a? jej oczy w t?ustej twarzy<br />
zupe?nie gin??y.<br />
- Oj, batem, batem &#8211; skrzecza?a chuda kucharka z drugiego pi?tra. &#8211; Ma tu dobrze na ?wiecie by?, ma tu Pan Bóg b?ogos?awi?, kiedy to ledwo od ziemi odro?nie, a ju? si? rozpusty chwyta! Nie poszed?by to jeden z drugim do roboty, do &#8220;rzemies?a&#8221;, do ksi??ki? W g?b? to co wetkn?? nie ma, a tak? sodom?-gomor? po ?wiecie robi!<br />
A Felek nu? si? w lewo i w prawo k?ania?, nu? chudej kucharce od ust buziaki posy?a?, a? baba w najwi?kszej pasji trzasn??a lufcikiem i z okna posz?a.<br />
Do szkapy odnosili?my wszystkie sprawy ?ycia, o jej wzgl?dy i ?aski ubiegali?my si? jeden przed drugim. Ona by?a ostatni? instancj? w naszych sporach.<br />
Korzysta? z tego Piotru? niecnota i, kiedy si? za pokrzywdzonego przez nas mia?, nie mówi? ,,powiem ojcu&#8221; albo &#8220;powiem mamie&#8221;, ale ,,powiem szkapie&#8221;.<br />
Tej pogró?ki nie lekcewa?yli?my bynajmniej; i cz?sto g?sto dosta? Piotru? jaki k?sek, szczególniej od Felka, byle tylko &#8220;nie powiada? szkapie&#8221;.<br />
Nie mogli?my bowiem znie??, kiedy tak patrzy?a na nas smutnie jednym okiem swoim, podczas kiedy na drugim, ?lepym i zbiela?ym, powieka o siwej rz?sie podnosi?a si? i opada?a z wolna, jak gdyby z wyrzutem&#8230;</strong></p>
<p><strong><!--more--><br />
- S?ysz, Wicek! &#8211; mawia? Felek. &#8211; Co ta szkapa takiego w tym ?lepiu ma, co tak ?widruje?&#8230; A to bym ci wola?, ?eby mnie ojciec paskiem przemierzy?, ni? kiedy ona tak patrzy. Do samego ci hunoru cz?owiekowi si?ga&#8230;<br />
Szkap? czy?cili?my co dzie?. Ale nigdy nie obesz?o si? przy tym bez bijatyki o szczotk? i zgrzeb?o. Co?my jej wtedy sier?ci nadarli! Co?my napl?tali grzywy! Sta?a jednak szkapa cierpliwie, zmru?ywszy zdrowe oko, i tylko od czasu do czasu macha?a wype?z?ym ogonem, jakby si? ogania?a od b?ków.<br />
Zaraz po Wielkiej Nocy zaczyna?o si? p?awienie szkapy. Jeszcze woda zimna by?a jak lód, a my ju? zawijamy porci?ta i dalej do rzeki. Jaki by? tryumfalny pochód! Ch?opaki z ca?ej ulicy chcieli i. nami lecie?, ale?my ich odp?dzali biczem.<br />
Dopiero? szkap? wod? chlusta?, dopiero? jej p?ciny i boki wyciera?, dopiero? jej przygwizdywa?, jake?my to u ojca s?yszeli. Najwi?ksza bieda by?a kiedy szkapa dla uwolnienia si? od nas i naszej opieki par? kroków w wod? dalej posz?a.<br />
- Utopi si?! utopi! &#8211; wrzeszcza? Piotru? i a? sinia?, i przysiada? na ziemi? obu si? r?kami brzucha w?asnego trzymaj?c. Brn?li?my tedy po ni? i za ogon ku brzegowi ci?gn?li, po czym zziajani, zm?czeni, wracali?my do domu, szkapa naprzód, my za ni?, mokrzy, ociekaj?cy wod? jak topielcy.<br />
I t? to nasz? kochan? szkap? ojciec by przeda? mia??<br />
By?o to w naszym rozumieniu co? jakby sko?czenie ?wiata.<br />
Zaraz te? wyleciawszy do sieni, paln??em Felka w ucho, on mnie na odlew w kark, ja znów nie bawi?cy grzmotn??em go w plecy, on znów mnie pi??ci? w bok, a? mi ?wieczki w oczach stan??y. Za czym my si? oba za czupryny chwycili i spl?tali jak k??bek, potoczyli razem do progu. A taka w nas ?a?o?? by?a, taka z tej ?a?o?ci srogo??, ?e ?aden pary nie pu?ci!, me pisn?? nawet.<br />
Zaraz te? nam si? po tej dzierce l?ej na sercu sta?o.<br />
Ju?e?my do izby wrócili, bo zimnisko ze dworu gna?o, a ojciec precz jeszcze perswadowa? matce:<br />
- Tera ci si? za ni? siaki taki grosina we?mie; a jak przychudnie, bo? ju? i sieczki ujmuj?, to kto co za ni? da? Có?. Anulka! Jak se my?lisz, serce? Matka westchn??a ci??ko.<br />
- I có? ja se mam my?le?, mój Filipie?&#8230; My?l?, ?e nas Bóg ci??ko dotkn?? t? chorob?. My?l?, ?em ci si? kamieniem u szyi sta?a i do dna ci? ci?gn?&#8230; O tych sierotach my?l?&#8230;<br />
Zakry?a oczy r?k? i zaszlocha?a g?o?no. Ojciec ca?owa? j? po g?owie.<br />
- Anulka!&#8230; Serce!&#8230; Anulka!&#8230; &#8211; powtarza?, a? nagle sam rykn?? p?aczem.<br />
- Siarczyste!&#8230; &#8211; mrukn?? za mn? Felek wycieraj?c oczy ku?akiem. Kilka dni min??o, a o sprzedaniu szkapy nie by?o jako? mowy.<br />
Matka mia?a si? coraz gorzej. Jej ci??ki, chrypi?cy kaszel z twardego snu dzieci?cego po nocach nas budzi?. Raz w raz te? zasypia?a we dnie i mimo ?e si? nagle ciep?o na ?wiecie zrobi?o, febra j? chwilami trz?s?a, a? z?by szcz?ka?y. Ojciec chodzi? po izbie zgarbiony, ?ó?ty, jakby mu z dziesi?? lat ?ycia przyby?o, a r?k? na nas tward? mia? i o byle co do czubów nam si?ga?, ale ?e?my si? tam wiele nic nastr?czali, du?? cz??? dnia sp?dzaj?c w stajence.<br />
Od kiedy zagrozi?a nam mo?no?? utracenia szkapy, sta?a si? nam ona podwójnie drog?. Rozrzewnia?o nas teraz ka?de jej parskni?cie, ka?de ruszenie ogonem.<br />
- O&#8230; je! &#8211; wo?a? Piotru? wpatrzony w ni? z zachwytem, gdy zanurza?a w ??obie ?eb swój wielki, a podniós?szy go ?u?a go?? sieczk?, mru??c zdrowe oko.<br />
- O&#8230; pije! &#8211; wola?, gdy ?eb wsadza?a do starego wiaderka, aby ??opn?? raz i drugi wody któr??my jej przynosili w?asnor?cznie.<br />
Ja i Felek siadali?my z obu jej stron na ??obie i machaj?c nogami przygl?dali?my si? ca?ymi godzinami ka?demu jej ruchowi.<br />
Ziemniaki nawet, które?my teraz ju? co dzie? bez okrasy mieli, tu?my przynosili, aby razem ze szkap? obiad je??. chocia? dzieli? si? z ni? nie by?o czym. bo nam samym jako? si? coraz szczup?ej dostawa?o.<br />
Weselej te? by?o w stajence ni? w izbie- bo s?o?ce w same z?by ?wieci?o tu nam przez drzwi na ?cie?aj otwarte, a do suteryny, do naszego k?ta, jak rok d?ugi nie zajrza?o nigdy.<br />
- Ale? tu zimno u was &#8211; mówi? pan doktor zachodz?c do matki- &#8211; I wilgo? straszna! Powinni?cie si? postara? o such? i ciep?? izb? dla ?ony &#8211; dodawa?, gdy go ojciec wyprowadza? do sieni &#8211; ?ona wasza nie mo?e w takiej izbie le?e?- Powietrze fatalne, zgni?e, ?adnej wentylacji, ?adnego ?wiat?a- Powinni?cie przecie? dba? o kobiet?, kiedy chora. Z ni? coraz gorzej i musi by? gorzej w takich warunkach.<br />
Ojciec gryz? w?sy i milcza? ze spuszczon? g?ow?.<br />
- Mleka by tez jej trzeba ?wie?ego, mi?sa, wina kieliszek czasem&#8230; Tu lekarstwa nic nie poradz?, tu diet? trzeba posiln? prowadzi?&#8230;<br />
Poszed? ju?, ju? i na drug? ulic? skr?ci?, bom patrzy? za nim, a ojciec precz jeszcze w sieni sta?, w ziemi? patrzy? i w?sy gryz?.<br />
A? nagle si? poruszywszy, koszul? na piersiach szarpn??, woreczek ze szkaplerzem rozerwa? i dobywszy z niego srebrny pieni?dz z Matk? Bosk?, mnie po w?gle i po mleko posta? przykazuj?c, ?ebym nie powiada? matce, jak i sk?d.<br />
Nazajutrz w po?udnie zabierali?my si? w?a?nie do przedstawienia i ju? si? Felek na szkap? gramoli?, gdy nagle ojciec do stajenki wszed?, a za nim pan ?ukasz Smolik, chrzestny Piotrusia naszego, doro?karz z Pragi.<br />
Zaraz mnie co? tkn??o, wi?c szturchn??em Felka i obaj stan?li?my jak trusie.<br />
Pan ?ukasz, próg przest?piwszy, bat swój w k?cie postawi?, ogromny ko?cisty nos w po?? kapoty granatowej utar? i wyci?gn?wszy chud?, d?ug? szyj?, tabak? z wolna za?ywa?- Cz?owiek to by? ju? stary, wysoki i dobrze zgarbiony; oczki mia? ma?e. czarne, ?widrowate, brwi krzaczaste i chudy, zarastaj?cy od spodu podbródek. Pod jego ko?cistym nosem stercza?y ?ó?te, saperskie w?sy. którymi, bior?c tabak?, jak królik porusza?. Spod wielkiej granatowej czapy wygl?da?y sine, bia?awym puszkiem poro?ni?te uszy, z których prawe ozdobione by?o srebrnym kolczykiem. Do nas zagl?da? pan ?ukasz rzadko, cho? go kumoterstwo z nami ??czy?o; mówi?a o nim matka, ?e kutwa, ?e na groszach siedzi; czasem znów przepowiada?a, ?e wszystko Piotrusiowi zapisze, bo wdowiec bezdzietny by?.<br />
Kiedy?my si? tak. oniemiawszy nagle, przypatrywali panu ?ukaszowi ojciec jakby nas me widzia?-do ??obu prosto poszed?, szkap? odwi?za? i po zadzie j? d?oni? uderzy?.<br />
- Ano, stara! -zawo?a? obracaj?c j? ?bem do ?wiat?a. Szkapa zmru?y?a zdrowe swoje oko, a ?lepym, os?upia?ym, szeroko otwartym, zdawa?a si? patrze? gdzie? daleko, daleko.<br />
Pan ?ukasz szczypt? tabaki u nosa trzymaj?c zacz?? si? s?odko u?miecha? a przekrzywiwszy g?ow? patrzy? na szkap? to z lewej, to z prawej strony.<br />
- He!&#8230; He!&#8230; He!&#8230; A co to kumeczek przedawac chcesz?&#8230; Skór? czy ko?ci?<br />
Spojrza? ojciec pos?pnie spod oka i zaraz mu si? w?sy podnios?y, ale prze?kn?? tylko ?lin? i rzek?:<br />
- Skóra i ko?ci zarobi? u was, kumotrze, na mi?so. Byle temu pochlebi? troch? owsem, to to b?dzie jak kluska okr?g?e.<br />
- A bodaj te? kume?ka!&#8212; &#8211; roz?mia? si? znów pan ?ukasz. &#8211; Pochlebi?! Pochlebi?! Ale to owies drogi tera, kume?ku. Pi?? z?otych ?wiarteczka, kume?ku! I siano te? drogie&#8230;<br />
- A drogie &#8211; rzek? oboj?tnie ojciec, ale widzia?em, ?e mu si? oczy zapali?y.<br />
- Nast?p! Noga! Ano!&#8230; &#8211; zawo?a? uderzaj?c szkap?, która przest?pi?a wlok?ce si? za ni? postronki.<br />
- He!&#8230; He!&#8230; He!&#8230; &#8211; roz?mia? si? s?odziej jeszcze pan ?ukasz. &#8211; I szpacik, widz?, jest&#8230;<br />
- A jest &#8211; odpar? ojciec krótko, suchym g?osem.<br />
Poci?gn??em Felka za r?kaw, jako ?e bezpieczniej mi si? zda?o bli?ej drzwi si? trzyma?, ale mnie tylko ?okciem pchn?? i szeroko otwartymi oczyma to na ojca. to na przyby?ego patrzy?.<br />
- U-u-u&#8230; szpat, psia&#8230; &#8211; mówi? tymczasem pan ?ukasz, wyci?gaj?c obrastaj?cy podbródek z ?ó?tej bawe?nianej chustki. &#8211; U-u-u&#8230; szpat!&#8230; &#8211; ustami cmoka? zacz??. &#8211; Nie wyjdzie ju? ona z niego, nie! &#8211; doda? wci?gaj?c niuch tabaki i kiwaj?c g?ow?.<br />
Ojcu podnosi?y si? w?sy coraz wy?ej, a? je r?k? w dó? szarpn??.<br />
- Ja jej tam kumotrowi nie wpieram! &#8211; rzek? patrz?c w ziemi?. -<br />
Dla mnie ona i ze szpatem dobra! ?eby nie choroba kobiety, tobym koby?y pewno nie puszcza? mi?dzy ludzi! To? ?ywicielka nasza&#8230;<br />
Pan ?ukasz zmilcza?, a schyliwszy si?. d?onie na kolanach opar? i po nogach szkapie patrzy?<br />
- ?ogawa mo?e?&#8230; He!&#8230; He!&#8230; He!&#8230; &#8211; roz?mia? si? pytaj?c.<br />
- ?ogawa! Ta kobyla ?ogawa! &#8211; krzykn?? ojciec, a ju? ca?y sta? w ogniach. -?eby mnie tak Bóg skara?. jak ona ?ogawa! Poka?, kumoter&#8230; Gdzie ona ?ogawa?&#8230;<br />
- No&#8230; no!&#8230; &#8211; u?miecha? si? s?odko pan ?ukasz -ja te? tylko si? pytam, bo? to przy kupnie konia jak przy ?eniaczce: czego nie dopatrzy?, okiem, to dop?acisz workiem&#8230;<br />
- Ja ta nie machlerz! &#8211; rzek? porywczo ojciec, a ju? mu r?ce lata? zacz??y- &#8211; Ja ta nikogo omachlowa? nie chc?! Co prawda, powiem a co nieprawda &#8211; nie.<br />
- A co ona?&#8230; ?lepa?&#8230; &#8211; zapyta? nagle prostuj?c si? pan ?ukasz i rozsun?wszy palcami zmartwia?? powiek? szkapy, z bliska jej w oczy zajrza?.<br />
Poruszy? si? Felek. a przest?piwszy z nogi na nog?, szczypn?? mnie, w s?abizn? tak, ?em omal nie wrzasn??.<br />
- A ?lepa &#8211; odrzek? na podziw spokojnym g?osem ojciec, cho? znów mu si? w?sy zje?y?y. &#8211; Na lewe oko ?lepa. Takem j? ju? kupi? i taka je. U mnie ta nie o?lep?a.<br />
- He, he, he!&#8230; &#8211; roz?mia? si? s?odko pan ?ukasz i znów do tabaki si?gn??. -Tak mi te?, kume?ku, mów! ?lepa!&#8230; U-u-u&#8230; szpetnie ?lepa!&#8230;U-u-u!&#8230;<br />
Otrz?sn?? palce i tabak? schowa?.<br />
- Jak ona ?lepa jest &#8211; rzek? poci?gaj?c nosem &#8211; to znów inszy interes, insze gadanie&#8230;<br />
Po twarzy ojca przelecia? nag?y ogie?.<br />
- A có? tam za insze gadanie ma by?? &#8211; rzek? porywczym nieco g?osem. &#8211; ?lepa, to ?lepa! Przecie jej kumoter na ksi??ce uczy? nic da, do szko?y nie po?le, A ja kumotrowi powiadam, ?e druga ?lepa szkapa lepsza je ni? ta widz?ca. A to kobyla dro?na taka, ?em jak ?yj?cy przez<br />
tyle lat dró?niejszej nie widzia?.<br />
- Ale&#8230; ale!&#8230; &#8211; ?mia? si? s?odko pan ?ukasz. &#8211; Bogdaj ci? te? kume?ku, z tak? mow?. To? by? ty, kume?ku. wmówi? we mnie chcia?. ?e ?lepa szkapa najlepsza.<br />
- Najlepsza, nie najlepsza! A równo, com dró?niejszej koby?y nie widzia?, tom nic widzia?. A co o wmawianiu to najmniej, bom przecie katolik, nie ?yd.<br />
Ojciec mówi? z wolna, hamuj?c si?. ale glos mu kipia?.<br />
Nagle, jakby nas dopiero co zobaczy?, chwyci? Felka za kark i. pchn?wszy go we drzwi, krzykn??:<br />
- A nie pójdziecie wy mi st?d, psienogi?&#8230;<br />
Dmuchn?li?my jak wiali ze stajenki i jak wiatr do izby wpadli.<br />
W par? pacierzy potem wszed? ojciec uspokojony wraz z panem ?ukaszem, jako ?e nie godzi si? o bydl? targu przybija? inaczej. tylko w izbie, pod dachem; Cygany tylko nie pilnuj? tego. Zaraz te? zacz?li sobie r?k? dawa? pan ?ukasz przez po?? swej doro?karskiej kapoty, ojciec przez<br />
Spencer, co mu w strz?pach na grzbiecie wisia?.<br />
- Bóg ?wiadkiem &#8211; mówi? ojciec &#8211; ?e bym obcemu, a jeszcze te? ?ydowi za ?adne pieni?dze koby?y tej nie przeda?. Tak wiem przynajmniej, ?e w dobre r?ce idzie&#8230;<br />
- He&#8230; He&#8230; He&#8230; &#8211; ?mia? si? pan ?ukasz &#8211; po kumoterstwie! Po kumoterstwie! Krzywdy jej nie zrobi?&#8230;<br />
- A jakby, nie daj Bo?e &#8211; tu g?ow? wskaza? na matk?, która jak martwa z zamkni?tymi oczami le?a?a &#8211; no, to? cz?owiek nie kamie?, to? ju? tak po przyjacielstwie darmo wywioz?&#8230;<br />
Nie odrzek? ojciec nic, ani w t?, ani w t? stron?, tylko oczy spu?ci? i w?sów szarpn??, a matka obudzi?a si? z j?kiem. Mo?e nie spa?a nawet.<br />
Kiedy pan ?ukasz, zgi?wszy si? we dwoje, z izby za ojcem wychodzi?, rzucili?my si? w te p?dy, ?eby do szkapy lecie?.<br />
Ale ojciec odwróci? si? nagle:<br />
- Ani mi nosem za próg! &#8211; krzykn?? ostro. &#8211; W izbie siedzie?&#8230;<br />
I trzasn?? drzwiami.<br />
Byli?my jak og?uszeni. Patrzy?em na Felka, a on patrzy? na mnie; oczy robi?y mu si? coraz wi?ksze, coraz prze?roczystsze, usta i broda jak w febrze lata?y, a? schwyciwszy si? obu gar?ciami za w?osy: &#8211; Siarczyste! -wrzasn?? i zaniós? si? wielkim p?aczem.<br />
Zacz??y si? teraz dobre czasy. W izbie zrobi?o si? ciep?o, grzyby po ?cianach ró?? przesta?y; od sklepikarki po?yczyli?my drugiego saganka na kasz?.<br />
Tylko ?e bez szkapy okrutnie si? nam widzia?o smutno, a co który na stajenk? spojrza?, to mu ?wieczki w oczach stawa?y. A i matka jako? nie mia?a wskórania.<br />
- Ju? ja b?d? umiera?, Filipie&#8230; &#8211; mówi?a takim cichuchnym g?osem jak ten wiatr letni. &#8211; Ju? si? ty nie kosztuj na mnie.<br />
To znów ni z tego, ni z owego jej si? poprawia?o; wo?a?a, ?eby jej piwa zagrza? albo i mleka z mas?em, a Piotrusia sama my?a, czesa?a; opowiada?a nam wtedy, jak to ona ozdrowieje, jak do Cz?stochowy pójdzie, jak nas ze sob? zabierze, jakie to my tam zobaczymy wie?e, jaki ko?ció?, jakie granie na organach b?dzie. A mia?a wtedy p?omie? na twarzy, a oczy ?wieci?y jej jak próchno. Bywa?o tak zwykle wieczorem.<br />
Ale gdy przyszed? ranek, le?a?a niby bez duszy, co dzie? bielsza, a jak mgie?ka prze?roczysta. Ani w niej g?osu, ani w niej tchu. ani ?adnego chcenia. Porywa si? ojciec, ucho do ust przyk?ada, przykazuje nam cicho by? &#8211; i s?ucha. A? westchnie g?o?no, jakby sam nagle o?y?, i oczy do tego czarnego krzy?a nad ?ó?kiem podniesie.<br />
A? raz si? nie dos?ucha? jako?.<br />
Matka umar?a w nocy tak cicho, ?e nikt nie s?ysza? nawet.<br />
Piotru? przy niej tej nocy spa? a i on nie s?ysza?. Wysz?a z niej duszyczka jak para; ani si? tyle nie za?opota?a co wróbel, kiedy odlata.<br />
Wi?c kiedy ojciec oderwawszy g?ow? od jej wysch?ych piersi krzykn??, ?e matka nie ?yje, stan?li?my przed ?ó?kiem w wielkim zadziwieniu patrz?c to na posinia?e usta, to na Piotrusia, który przy jej zimnych sztywnie wyci?gni?tych nogach spa? ciep?y, rumiany, perlistym polem na czo?ku okryty&#8230; Taki ci p?drak, ?e go ?mier? ?okciem tr?ci?a, a on nic!<br />
Zaraz si? w naszej izbie tumult wielki zrobi?, s?siadek si? naschodzi?o, zacz??y radzi?, g?owami kiwa?, wzdycha?, a ?e nam ojciec tego dnia kaszy nie gotowa?, a Piotru? je?? p?aka?, wi?c go sklepikarka poj??a do siebie, a i nam po bu?ce da?a.<br />
- A to ci baba skrusza?a! &#8211; szepn?? Felek, po czym j? zaraz poca?owa? i bosymi nogami szastn?? w zamaszystym uk?onie.<br />
Ca?y ten dzie? by?o mi tak, jakby mi kto do ucha szepta?: ,,Nie ma ju? matki!&#8230; umar?a ju? matka&#8230;&#8221; To zaraz wyciera?em pi??ciami oczy, bo mi si? okrutnie p?aka? chcia?o.<br />
Mimo to jednak bawili?my si? tego dnia doskonale, bo taka u nas ci?ba By?a, jak na Ordynackiem. Jak zapami?tam, nigdym tylu ludzi nie widzia? w naszej suterynie; co kto przejdzie ko?o nas, to po g?owach g?aszcze, to si? lituje, to poci?ga nosem.<br />
Wczoraj jeszcze w ca?ej kamienicy nikt na nas inaczej nie wo?a?, tylko ?obuzy albo urwipo?cie; a dzi?. jakby im kto g?by miodem posmarowa?: &#8220;Sieroty! Sierote?ki! Niebo??tka!&#8230;&#8221;<br />
A Felek tylko si? nastawia, a oczami mruga, a co kto przyjdzie, to mnie poszturchuje.<br />
- A to ci komedyje! A to tyjatr!.. &#8211; szepce i w ?ci?ni?tych pi??ciach robi dwie skandaliczne figi, a j?zyk sam mu si? spoza z?bów wysuwa, cienki i ostry jak ??d?o.<br />
Ojciec tymczasem jak nieprzytomny po izbie chodzi?, co we?mie, to po?o?y, cho? si? tam w tej pustce nie by?o wielce czego j??.<br />
A baby nu? si? po tej naszej biedzie rozgl?da?, nu? jedna drugiej na ucho szepta?, nu? ramionami rusza?, a g?owa trz???, a st?ka?.,- My?la?em, ?e temu nigdy ko?ca nie b?dzie, a? si? nareszcie rozesz?y, bo im obiad z garnków kipia?.<br />
?eby nie to ludzkie litowanie, to by?my i nie czuli tak bardzo, ?e matka umar?a. Z pó? roku ju? si? nic podnosi?a w tej chorobie, a w ostatnich czasach samo cichutko na po?cieli le?a?a, jak i teraz. I teraz, kiedym na ni? patrzy?, zdawa?o mi si?. ?e spod rz?sów za Piotrusiem oczyma wodzi i u?miecha si? leciuchno, i co tylko ma powiedzie?: &#8220;Gdzie on tam gruby, biedaczysko!&#8221; Zupe?nie jak dawniej, tylko ?e si? tak ?wiece nie pali?y przy niej.<br />
Od ?wiec tych pada?a na ni? ?ó?to?? prze?roczysta, która mnie straszy?a; czu?em te?, ?e zimne mia?a r?ce, gdy nam je ojciec poca?owa? kaza?. Ojcu jednak przy niej ciep?o by? musia?o, bo nabiegawszy si? ca?y dzie?, a to do kancelarii, a to do stolarzy, a to o furmank? &#8211; kiedy si? ludzie rozeszli na zydlu u ?ó?ka siad?, r?k? g?ow? podpar? i patrzy?: to na krzy? czarny nad ?ó?kiem matki wisz?cy, to na g??bokie cienie jej zamkni?tych oczu. Usn??em, a on jeszcze siedzia?. Ale w nocy obudzi?o mnie ciche szlochanie.<br />
To Felek, który si? przez ca?y dzie? szasta? i nastawia?, i z ludzi wydziwia?, a mnie w boki szturcha? &#8211; siedzia? teraz na sienniku, w otwartej na piersiach koszulinie, r?kami stercz?ce kolana obj??, patrzy? w pust? izb? i p?aka?.<br />
Trzeciego dnia spali?my jeszcze pod magl? w sionce, gdzie nam ojciec siennik zaci?gn?? kaza?, kiedy we ?nie us?ysza?em jak gdyby znajome r?enie.<br />
Zerwa?em si?; serce mi bi?o jak m?otem.<br />
R?enie odezwa?o si? znowu.<br />
- Felek! Szkapa r?y! &#8211; krzykn??em chwyciwszy go za rami?.<br />
Szarpn?? si? i na drugi bok przewróci?, ale gdy r?enie znów s?ysze? si? da?o, porwa? si? on tak?e, na sienniku siad? i szeroko otworzywszy oczy &#8211; s?ucha?.<br />
Przeci?g?e, ciche r?enie odezwa?o si? raz jeszcze.<br />
- Szkapa! &#8211; wrzasn?? Felek i porwawszy na siebie katank?, ku schodom suteryny si? rzuci?.<br />
Zacz??em si? na gwa?t odziewa?, a tak mi r?ce lata?y, ?em do ?adnego guzika trafi? nic móg?.<br />
- Wstawaj, Piotru? &#8211; wo?a?em &#8211; wstawaj! Szkapa przysz?a!<br />
I trz?s?em nim jak wi?zk? s?omy, bo si? nie?atwo budzi?.<br />
Istotnie, przed bram?, zaprz??ona do prostego, zas?anego kilimkiem wozu, sta?a nasza szkapa. U karku jej wisia? ju? Felek, obj?wszy go obur?cz, o ile dosta? móg?; przy wozie sta? pan ?ukasz. Smolik i cz?stowa? stró?a tabak?.<br />
Podnie?li?my zaraz wrzask nie do opisania.<br />
- Szkapa! Nasza szkapa! Nasza droga, kochana, stara! &#8211; wo?ali?my na przemian, g?aszcz?c j?, klepi?c, tul?c si? do niej. gdzie kto móg?. Piotru? gwa?tem gramoli? si? chcia? na ni?.<br />
- St?skni?a si? bez nas szkapa, co?&#8230; Przysz?a do nas szkapa? Przysz?a?&#8230; Poczciwa, dobra, stara szkapa nasza.<br />
I nu? jej zagl?da? w z?by, nu? jej obmacywa? nogi, nu? jej grzywe palcami czesa?. Ani nam w my?li posta?o, po co ta szkapa do nas przysz?a, na co to wóz ten czeka?.<br />
Ale i ona pozna?a nas tak?e, i ona cieszy?a si? nami; przedni? nog?, któr? szpat znacznie pogrubia?, uderza?a po bruku weso?o, ochoczo jakoby krzesz?c dla nas iskierki rado?ci; ?eb jej to podnosi? si?, to schyla?, nozdrza parska?y ra?no; to znów na g?osy nasze i ?miechy strzyg?a uszami, wyci?ga?a szyj?, a dono?ne jej r?enie przenika?o nas niewymown? rozkosz?.<br />
R?enie to zlewa?o si? w jedno z trynitarskim dzwonem, który w tej chwili pos?pnie bi? zacz??. Jednocze?nie rozleg? si? z suteryny g?uchy odg?os m?otka. Ani?my si? spostrzegli, kiedy na wozie ustawiono trumn?.<br />
- Wio! &#8211; zawo?a? pan ?ukasz. Szkapa ruszy?a, a my przy niej k?usem.<br />
Na rogu ulicy obejrza?em si?: gromadka s?siadek i przechodniów ju? si? rozproszy?a, a za wozem, na którym pan ?ukasz siedz?c powozi?, szed? ojciec sam, z czapk? w r?ku i zwieszon? g?ow?.<br />
Co do nas. biegli?my tu? przy szkapie weso?o, ochoczo, ani na chwil? nie przerywaj?c rozmów i pieszczoty. Poranek byt majowy, promienne s?o?ce zalewa?o blaskiem ulice, most, Wis??; z ka?dej akacji, z ka?dego gzymsu ?wierka?y wróble. G?o?niej wszak?e ni? wróble szczebiota?a nasza gromadka.<br />
- Dzisz, Wicek &#8211; wo?a? Felek &#8211; jak ci to zgrubia?a! Jakie ci to boki wy?o?one ma?&#8230; Dzisz, jakie ci nowe naszelniki&#8230; jaki ci kantar&#8230;<br />
I my znów dalej chórem:<br />
- Szkapa! nasza szkapa! Nasza droga, siara szkapa!<br />
Ludzie ogl?dali si?, za nami. Dziwnym si? wydawa? ten pogrzeb z trójk? tak dobrze bawi?cych si? dzieci na czele. Zw?aszcza na mo?cie, gdzie wolniej w t?oku trzeba by?o jecha?, robi? nasz orszak pogrzebowy szczególne wra?enie.<br />
Przechodnie stawali i wzruszali ramionami. Par? razy nawet krzykn?? na nas pan ?ukasz, ?eby za wozem i??. ale?my ani na krok szkapy odst?pi? nie chcieli.<br />
S?o?ce przygrzewa?o coraz silniej, droga sta?a si? piaszczysta, ?mudna; szkapa ci?gn??a swój ci??ar z pewnym wysileniem: zdrowe jej oko mru?y?o si? od blasku, na ?lepym, os?upia?ym, siada?y rozdra?nione gor?cem muchy. Natychmiast u?amali?my kilka wierzbowych witek i zacz?li j? skwapliwie ogania?. Sami nie czuli?my zm?czenia. Boso. w lichych szarawarkach i kurtkach ?atanych dreptali?my obok szkapy weso?o, ochoczo, a krzy?e cmentarne wci?? ros?y a ros?y przed nami.<br />
?e trumny nie mia? kto nie??, puszczono nas z wozem za bram?. Ale tu czeka? trzeba by?o, gdy? grabarz do?ka nie sko?czy? kopa? i dopiero teraz pospiesznie wyrzuca? z niego ?ó?ty piasek. Natychmiast zacz?li?my rwa? dla szkapy szczaw zaj?czy i soczyst? babk?, której pe?no by?o na dro?ynie. Tymczasem ojciec z panem ?ukaszem zdj?li z wozu trumn? i postawili j? nad brzegiem do?ka. Nie musia?a by? ci??k?, bo kumoter, cho? stary, prosto pod ni? sta?; a jednak ojca tak zgi??a do ziemi, jak ten krzy? padaj?cego Chrystusa, com go na stacjach bernardy?skich widzia?.<br />
Zaraz te? brz?kn?? cienkim g?osem dzwonek, a w chwil? potem przyszed? ksi?dz w kome?ce i ko?cielny z krzy?em i kropid?em. Spojrza? na nas ojciec surowo, wi?c my pokl?kli z Felkiem, trzymaj?c w gar?ciach p?ki ?wie?ej trawy. Pan ?ukasz i ojciec pokl?kli tak?e, grabarz ko?czy? robot?. Raz, dwa, trzy odprawi? ksi?dz swoj? ?aci?sk? modlitw?, wspomnia? imi? i nazwisko matki, ,,Ojcze nasz&#8221; mówi? kaza?, sam zacz?wszy g?o?no.<br />
Podniós? ojciec twarz i obie r?ce w niebo; z jego wzniesionych oczu pada?y ?zy ci??kie, grube. Felek, tu? przy mnie kl?cz?c, trzepa? pacierz z wzrokiem utkwionym w szkap?.<br />
Zrobi?a si? cisza taka. ?e s?ycha? by?o leciuchne szmery wierzby i cykanie ?wierszcza.<br />
- O , je!&#8230;je!&#8230; -rozleg? si? nagle w?ród tej ciszy cienki g?os Piotrusia, który pe?ne r?czyny trawy i wiosennego kwiecia szkapie przed pyskiem trzyma? rozsypuj?c bratki polne i bia?e stokrocie. Szkapa delikatnie z r?k dziecka bra?a wargami traw? i ?u?a j?, przechyliwszy ?eb i melancholijnie zwróciwszy ?lepe, zbiela?e oko w s?o?ce. Spojrza? ksi?dz, zmarszczy? si? ojciec, a poniewa? najbli?ej kl?cza?em mu pod r?k?. silnie mnie za ucho poci?gn??.<br />
Wnet Felek zacz?? si? rozg?o?nie pi??ci? w piersi bi?, na znak jako ju? pacierz i wszystko, co do niego nale?a?o, dokumentnie sko?czy?, za czym zerkn?wszy na ojca, chy?kiem do szkapy pomkn??, a i na mnie kiwn??. Ksi?dz te?, trumn? pokropiwszy, z czego i nam si? co? nieco? po?wi?cenia dosta?o, z ko?cielnym odszed?.<br />
Do?ek jeszcze nie by? wybrany. Grabarz na glin? natrafi? i po trochu j? tylko, jak mas?a na chleb, na ?opat? bra?.<br />
Ojciec modli? si? ci?gle. Wszak?e panu ?ukaszowi pilno wida? by?o, bo raz w raz tabak? niucha? i na wóz poziera?, a w g?ow? si? drapa?, a? schyliwszy si? do ojca. poszepta? z nim ma?owiele, za r?ce si? ?cisn?li, potrz??li raz i drugi z wielkim przyjacielstwem, po czym kumoter do szkapy poszed?.<br />
Ju?e?my j? wystroili jakby pann? m?oda. ?wie?e, rozkwit?e ga??zie akacji stercza?y jej za uszami, za uprz???. za chom?tem, gdzie tylko co wetkn?? si? da?o. P?k ?ó?tych mleczów tkwi? nad czo?em pod skrzy?owanym rzemieniem. Z grzywy opada?y ostró?ki i zaj?cze maczki. Reszt? zieleni trzymali?my w r?kach, aby szkap? od b?ków op?dza?.<br />
Zacz?? si? teraz prawdziwy tryumfalny pochód.<br />
Najpierw kroczy? Piotru? nie patrz?cy drogi, nadeptuj?c ma?e, ?wie?e, z ?ó?tego piasku sypane grobki dzieci?ce, ile razy si? na wóz obejrza?. Za Piotrusiem szkapa &#8211; wyrzuca?a z cichym parskaniem ?bem. obci??onym kwieciem i zieleni?, ja za? i Felek, jak giermkowie, po lewej i po prawej stronie. Wóz toczy? si? z wolna, to podnosz?c si?, to opadaj?c na zapad?ych grobach, a za nami z g?uchym, coraz g?uchszym ?oskotem pada?a ziemia na matczyn? trumn?.</strong></p>
<p><img width="408" height="48" alt="linia_1" src="http://www.parkigry.com/wp-content/linia11.gif" /></p>
<p class="MsoNormal">
<h1><span style="font-size: 12pt; color: #cc0099"> </span></h1>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.bajkiopowiadania.com/2006/01/19/nasz-szkapa-maria-konopnicka/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
	</channel>
</rss>
