Friday, January 20th 2006
Bia?e Kwiaty – Cyprian Kamil Norwid
posted @ 12:20 am in [ Nowele -
Opowiadania ]
BIA?E – KWIATY

Na pewno tego nie pami?tam, gdzie widzia?em p?askorze?b wyobra?aj?cy wychodz?cego z ?wi?tyni Zachariasza, a nie mog?cego otaczaj?cym mówi?, i? zaniemia? do czasu narodzenia si? Jana ?. Chrzciciela, syna jego; zdaje mi si?, ?e to we Florencji, na tych br?zowych bramach Chrzcielnicy
?. Jana, o których Micha? Anio? Buonarroti rzek? by?, i? oczekuj?cymi raju na ziemi bramami s?, które przenie?? jeszcze, gdzie raj jest, zaniechano.
Za pewne jednak uwa?am, i? tak trudnej rzeczy, jak? jest rze?ba-chrze?cija?ska, to niew?tpliwie najpi?kniejszy mo?e przedmiot. Starzec niemy jest – cisza wielka woko?o – wszystkie osoby s?uchaj? i pytaj? razem, i od-powiadaj? razem… milcz?c…
Otó? – w jednej niesko?czenie wa?nej kwestii estetycznej pod obecne czasy, u nas i na ?wiecie, w kwestii, dlaczego (sumiennie rzecz bior?c) nie ma nigdzie prawdziwego dramatu, przyszed? mi na pami?? ze wzgl?du na sztuk?, mówi?, ów p?askorze?b florencki.
Kto si? nie zgorszy prostot? szczerej prawdy, ten zgadnie ?atwo bardzo, dlaczego w literaturze naszej dramatu by? nie mo?e… Ale dlaczego w ?adnej innej dzi? go nie ma?
Na to (doprawdy, ?e bawi mi?, i? ja jeden) ?miem odpowiedzie?, te kwiaty bia?e zapisuj?c, aby Francuz z czasem i inny obcy literat prze?o?y? sobie na j?zyk swój wiadomo??, sk?d ta u nich nieobecno?? prawdziwego-dramatu powsta?a.
U nas bowiem to z przyczyny niezmiernie prostej, czyli i? literatura nasza nie okre?li?a jeszcze ani jednego sko?czonego typu kobiety, a jako? bez kobiety dramat by? ma? Nawet sama Maria Malczewskiego to tylko krzyk jeden kobiety, która kochank? nie ?mia?a by? jeszcze, ?on? nie mia?a i nie mog?a. Aldona jest to wie?a ?piewaj?ca – Gra?yna w he?mie swym zamkni?tym nic a nic ju? nie mówi nawet… Inne za? innych kobiety s? tylko przegrywkami w antraktach opery poza ich udzia?em dziej?cej si?.
Najja?niej przeto wida? przyczyn? estetyczn? nieobecno?ci pe?nego dramatu u nas, lubo najnieja?niej mistyczne i realne, to jest spo?eczne, wyj?tkowego zjawiska tego ?ród?o, i zupe?n? natur? jego, tak dalece, i? skrz?tnie bardzo skracam to.
Ale? – u dzisiejszych pisarzów innego narodu, gdzie ze wszech miar szeroko ka?dy romansista najmniej s?awny na wszelaki mo?ebny i niemo?ebny sposób przedmiot ten traktuje i uprawia!!!… czemu ? – mówi? – tam, serio uwa?aj?c, pe?nej dramy nie ma, tego, ile wiem, nikt dot?d niezbicie nie okaza?…
Ja te? nie dowiod? bynajmniej po akademicku, bo tu wcale nie my?l? o tym, tak dalece, i? wynikiem tylko jest prawie bezw?asnowolnym ta, o nieobecno?ci dramatu u cudzoziemców i przyczynie jej g?ównej uwaga. Powiem jednak pokrótce, dlaczego to jest tak, z powodu i? odpowied? na to krytyczne zapytanie pos?u?y mi do toku g?ównej rzeczy w tych kilku kartkach zawartej.
Dramy prawdziwej nie mo?e by?, ilekro? si? zatraci poj?cie dramatyczne ciszy i poj?cia jej natur – czyli, ja?niej t?umacz?c, albo raczej szerzej t?umacz?c za?o?enie powy?sze: kiedy si? zatraci basso w muzyce, a kolor bia?y na palecie malarza, a pion w rysunku. Có? zupe?nego tak niezupe?ne ?rodki otrzyma? s? w stanie? Nadanie stanowczego kierunku i stopnia ciszy w dramatyzowaniu jest dla dzie?a tej natury tym, czym w obrocie planety niedotkliwa i niewidzialna planety o?.
Kto ma uszy ku wys?uchaniu prawdy, ten niech ca?o?? jej wys?ucha. Ja, ?e za wst?p jedynie u?y?em jej tu do prostego spisu kilku wra?e?, wspomn? tylko, dla korzysta? chc?cego innostronnie z wzmianki powy?szej czytelnika, i? nie wiem, który by dzi? autor, bez potkni?cia si? w ?mieszno??, potrafi? doci?gn?? tam a? dramy pochód, gdzie Calderon zamyka swój i wychodzi ju? sam na scen? mówi?c:
“Dalej – pisarz dramatu podnie?? si? nie b?d?c w stanie… sko?czy?.”
U Szyllera bezmowne zupe?nie chwile dramy mo?e najwy?szymi s? poetycznymi jego polotami. Zdaje si?, ?e to nie in?d, ale t?dy drama w rze?b? przechodzi – co zazwyczaj w ta?cu raczej poszukiwano, akrobatyzuj?c przeto monumentaln? rze?biarstwa powag?. Jaki? barbarzy?ski b??d tych systematyzuj?cych tak estetyków!…
(more…)
Thursday, January 19th 2006
Kamizelka – Boles?aw Prus
posted @ 11:57 pm in [ Lektury i literatura szkolna -
Nowele ]
KAMIZELKA

Niektórzy ludzie maj? poci?g do zbierania osobliwo?ci kosztowniejszych lub mniej kosztownych, na jakie kogo sta?. Ja tak?e posiadam zbiorek, lecz skromny, jak zwykle w pocz?tkach.
Jest tam mój dramat, który pisa?em jeszcze w gimnazjum na lekcjach j?zyka ?aci?skiego… Jest kilka zasuszonych kwiatów, które trzeba b?dzie zast?pi? nowymi, jest…
Zdaje si?, ?e nie ma nic wi?cej oprócz pewnej bardzo starej i zniszczonej kamizelki.
Oto ona. Przód sp?owia?y, a ty? przetarty. Du?o plam, brak guzików, na brzegu dziurka, wypalona zapewne papierosem. Ale najciekawsze w niej s? ?ci?gacze. Ten, na którym znajduje si? sprz?czka, jest skrócony i przyszyty do kamizelki wcale nie po krawiecku, a ten drugi, prawie na ca?ej d?ugo?ci, jest pok?uty z?bami sprz?czki.
Patrz?c na to od razu domy?lasz si?, ?e w?a?ciciel odzienia j zapewne co dzie? chudn?? i wreszcie dosi?gn?!, tego stopnia, na którym kamizelka przestaje by? niezb?dn?, ale natomiast okazuje si? bardzo potrzebnym zapi?ty pod szyj? frak z magazynu pogrzebowego.
Wyznaj?, ?e dzi? ch?tnie odst?pi?bym komu ten szmat sukna, który mi robi troch? k?opotu. Szaf na zbiory jeszcze nie mam, a nie chcia?bym znowu trzyma? chorej kamizelczyny mi?dzy w?asnymi rzeczami. By? jednak czas, ?em j? kupi? za cen? znakomicie wy?sz? od warto?ci, a da?bym nawet i dro?ej, gdyby umiano si? targowa?. Cz?owiek miewa w ?yciu takie chwile, ?e lubi otacza? si? przedmiotami, które przypominaj? smutek.
Smutek ten nie gnie?dzi? si? mnie, ale w mieszkaniu bliskich s?siadów. Z okna mog?em co dzie? spogl?da? do wn?trza ich pokoiku.
Jeszcze w kwietniu by?o ich troje: pan, pani i ma?a s?u??ca, która sypia?a, o ile wiem, na kuferku za szaf?. Szafa by?a ciemnowi?niowa. W lipcu, je?eli mnie pami?? nie zwodzi, zosta?o ich tylko dwoje: pani i pan, bo s?u??ca przenios?a si? do takich pa?stwa, którzy p?acili jej trzy ruble na rok i co dzie? gotowali obiady.
W pa?dzierniku zosta?a ju? tylko – pani, sama jedna. To jest niezupe?nie sama, poniewa? w pokoju znajdowa?o si? jeszcze du?o sprz?tów: dwa ?ó?ka, stó?, szafa… Ale na pocz?tku listopada sprzedano z licytacji niepotrzebne rzeczy, a przy pani ze wszystkich pami?tek po m??u zosta?a tylko kamizelka, któr? obecnie posiadam.
(more…)
Thursday, January 19th 2006
Katarynka – Boles?aw Prus
posted @ 11:48 pm in [ Lektury i literatura szkolna -
Nowele ]
KATARYNKA

Na ulicy Miodowej co dzie? oko?o po?udnia mo?na by?o spotka? jegomo?cia w pewnym wieku, który chodzi? z placu Krasi?skich ku ulicy Senatorskiej. Latem nosi? on wykwintne, ciemnogranatowe palto, popielate spodnie od pierwszorz?dnego krawca, buty po?yskuj?ce jak zwierciad?a – i – nieco wyszarzany cylinder.
Jegomo?? mia? twarz rumian?, szpakowate faworyty i siwe, ?agodne oczy. Chodzi? pochylony, trzymaj?c r?ce w kieszeniach W dzie? pogodny nosi? pod pach? lask?, w pochmurny – d?wiga? jedwabny parasol angielski.
By? zawsze g??boko zamy?lony i posuwa? si? z wolna Oko?o Kapucynów dotyka? pobo?nie r?k? kapelusza i przechodzi? na drug? stron? ulicy, a?eby zobaczy? u Pika jak stoi barometr i termometr, potem znowu zawraca? na prawy chodnik, zatrzymywa? si? przed wystaw? Mieczkowskiego, ogl?da? fotografie Modrzejewskiej – i szed? dalej.
W drodze ust?powa? ka?demu, a potr?cony u?miecha? si? ?yczliwie.
Je?eli kiedy spostrzega? ?adn? kobiet?, zak?ada? binokle, aby przypatrze? si? jej. Ale ?e robi? to flegmatycznie, wi?c zwykle spotyka? go zawód.
Ten jegomo?? by? to – pan Tomasz.
Pan Tomasz trzydzie?ci lat chodzi? ulic? Miodow? i nieraz my?la?, ?e si? na niej wiele rzeczy zmieni?o. To? samo ulica Miodowa pomy?le? by mog?a o nim.
Gdy by? leszcze obro?c?, biega? tak pr?dko, ?e nie uciek?aby przed nim ?adna szwaczka wracaj?ca z magazynu do domu By? weso?y, rozmowny, trzyma? si? prosto, mia? czupryn? i nosi? w?sy zakr?cone ostro do góry Ju? wówczas sztuki pi?kne robi?y na nim wra?enie, ale czasu im nie po?wi?ca?, bo szala? – za kobietami. Co prawda, mia? do nich szcz??cie i nieustannie by? swatany. Ale có? z tego, kiedy pan Tomasz nie móg? nigdy znale?? ani jednej chwili na o?wiadczyny b?d?c zaj?ty je?eli nie praktyk?, to – schadzkami. Od Frani szed? do s?du, z s?du bieg? do Zosi, któr? nad wieczorem opuszcza?, a?eby z Józi? i Filk? zje?? kolacj?.
Gdy zosta? mecenasem, czo?o, skutkiem nat??onej pracy umys?owej, uros?o mu a? do ciemienia, a na w?sach pokaza?o si? kilka srebrnych w?osów. Pan Tomasz pozby? si? ju? wówczas m?odzie?czej gor?czki, mia? maj?tek i ustalon? opini? znawcy sztuk pi?knych. A ?e kobiety wci?? kocha?, wi?c pocz?? my?le? o ma??e?stwie. Naj?? nawet mieszkanie z sze?ciu pokojów z?o?one, urz?dzi? w nim na w?asny koszt posadzki, sprawi? obicia, pi?kne meble – i szuka? ?ony.
Ale cz?owiekowi dojrza?emu trudno zrobi? wybór. Ta by?a za m?oda, a tamt? uwielbia? ju? zbyt d?ugo. Trzecia mia?a wdzi?ki i wiek w?a?ciwy, ale nieodpowiedni temperament, a czwarta posiada?a wdzi?ki, wiek i temperament nale?yty, ale nie czekaj?c na o?wiadczyny mecenasa wysz?a za doktora.
Pan Tomasz jednak nie martwi? si?, poniewa? panien me brak?o. Ekwipowa? si? powoli, coraz usilniej dbaj?c o to, a?eby ka?dy szczegó? jego mieszkania posiada? warto?? artystyczn?. Zmienia? meble, przestawia? zwierciad?a, kupowa? obrazy.
Nareszcie porz?dki jego sta?y si? s?awne. Sam me wiedz?c kiedy, stworzy? u siebie galeri? sztuk pi?knych, któr? coraz liczniej odwiedzali ciekawi. ?e za? by? go?cinny, przyj?cia robi? ?wietne i utrzymywa? stosunki z muzykami, wi?c nieznacznie zorganizowa?y si? u mego wieczory koncertowe, które nawet damy zaszczyca?y swoj? obecno?ci?.
(more…)
Thursday, January 19th 2006
Nasz Szkapa – Maria Konopnicka
posted @ 11:32 pm in [ Dla dzieci -
Lektury i literatura szkolna -
Nowele ]
NASZA SZKAPA

Zacz??o si? to od starego ?ó?ka, co?my na nim we trzech sypiali.
Tego dnia ojciec z?y czego? z rzeki wróci? i siad?szy na ?awie, r?k? g?ow? podpar?. Pyta?a si? matka raz i drugi, co mu, ale dopiero za trzecim razem odpowiedzia?, ?e si? ta robota ko?o ?wiru sko?czy?a i ?e szkapa tylko piasek teraz wozi? b?dzie. Zaraz mnie Felek szturchn?? w bok, a matka j?kn??a z cicha.
Mia? ojciec nad wieczorem po doktora i??, ale mu jako? niesporo by?o. Chodzi?, medytowa?, po k?tach poziera?, a? stan?? przed matk? i rzek?:
- Co ch?opakom po ?ó?ku, Anulka? Sypiam ja na ziemi, to? i oni mog?.
Spojrzeli?my po sobie. Dwie z?ote iskry zab?ys?y w siwych oczach Felka. Prawda! Co nam po ?ó?ku? Piotrusia tylko pilnowa? trzeba, ?eby z niego nie spad?.
- Dalej! jazda! – krzykn?? Felek i zanim matka odpowiedzie? zd??y?a, ju?e?my we trzech siennik na ziemi? ?ci?gn?li, a Fe?ek koz?y wywraca? na nim zacz??.
Po ?ci?gni?ciu wszak?e siennika okaza?o si?, ?e desek w ?ó?ku brakuje dwóch, a bok jeden ze wszystkim od?azi. Nie chcia? tedy “handel”, którego mi ojciec zawo?a? kaza?, o ?ó?ku ani gada?, pieni?dze naliczone miedziakami zgarn?? w mieszek, zwi?za? i za cha?at na piersi zasun??. Opu?ci? mu ojciec dziesi?tk?, potem dwie, potem z?otówk? ca??, ale si? ?ydzisko upar?o. Z sieni dopiero brod? do izby wsadzi?, post?puj?c pó? rubla bez siedmiu groszy, je?li mu ojciec i poduszk? sprzeda.
Zawaha? si? ojciec, spojrza? na nas, spojrza? na matk?; wszystkiego razem mia?o by? jedena?cie z?otych.
- Có? ch?opaki? – zapyta? wreszcie – obejdziecie si? bez poduszki tymczasem, póki matka chora?
- Ojej’. – wrzasn?? Felek przyduszonym g?osem, gdy? w?a?nie na g?owie sta?, a nie zmieniaj?c pozycji poduszk? na izb? cisn??. Chwyci? j? Piotru? i na Felka rzuci?, Felek znów na mnie, a? nam j? .,handel” z r?k wyrwa?, ?eby?my nie poszarpali.
- Ale bez poszewki! – odezwa?a si? s?abym g?osem matka.
Natychmiast wyrwali?my “handlowi” poduszk?, któr? ju? pod pach? trzyma?- i zacz?li?my i niej poszewk? ?ci?ga?.
Po ?ci?gni?ciu wszak?e poszewki okaza?o si?, ?e poduszka w jednym rogu rozpruta i ?e si? z niej pierze sypie, Znów tedy “handel” jedenastu z?otych da? nic chcia?, tylko dziesi?? bez pi?tnastu groszy.
Targ w targ. zgodzi? si? z ojcem na ca?e dwa ruble, ale ?eby mu jeszcze ko?dr? nasz? doda?.
Ojciec spojrza? na matk?. By?a tak os?abion? i blad?, ?e wygl?da?a jak martwa, le??c na wznak, z g??boko zapad?ymi oczami,
- Anulka?… – szepn?? ojciec pytaj?co.
Ale matk? chwyci? kaszel, wi?c odpowiedzie? nie mog?a.
- My tam ko?dry, prosz? ojca. nie chcemy! – krzykn?? Felek. – My si? tylko o t? ko?dr? co noc bi? musimy. Niech Wicek powie!…
- Prawda, prosz? ojca! – potwierdzi?em gorliwie. – Co noc si? bi? musimy, bo spada…
“Handel” ju? ko?dr? zwin?? i pod pach? wsadzi?. Wybiegli?my za nim z tryumfem na podwórko.
- Wiecie? – krzykn?? Felek ch?opakom, co tam w klip? grali – “handel” kupi? nasze ?ó?ko, ko?dr? i poduszk?! B?dziemy teraz na ziemi na sienniku spali!…
- Wielka parada! – odkrzykn?? blady Józiek od krawca z lewej oficyny. – Ja ju? dwa lata u majstra na ziemi sypiam i bez siennika nawet.
Zaimponowa? nam. Sypianie takie nie by?o wi?c ju?, wida?, wynalazkiem naszym.
(more…)
Thursday, January 19th 2006
Sachem – Henryk Sienkiewicz
posted @ 12:40 am in [ Lektury i literatura szkolna -
Nowele ]
SACHEM
W mie?cie Antylopie, po?o?onym nad rzek? tego? nazwiska, w stanie Teksas, spieszy? kto ?yw na przedstawienie cyrkowe. Zaj?cie mieszka?ców by?o tym wi?ksze, ?e od czasu za?o?enia miasta pierwszy raz zjecha? do niego cyrk tancerek, minstreli i linochodów. Miasto by?o niedawne. Pi?tna?cie lat temu nie tylko nie sta? tu ani jeden dom, ale w ca?ej bli?szej okolicy nie by?o bia?ych. Natomiast w wid?ach rzeki, na tym samym miejscu, na którym stoi Antylopa, wznosi?a si? osada indyjska zwana Chiavatta. By?a to stolica Czarnych W??ów, którzy w swoim czasie dali si? tak we znaki granicznym osadom niemieckim, Berlinowi, Grundenau i Harmonii, ?e osadnicy d?u?ej nie mogli wytrzyma?. Indianie bronili wprawdzie tylko swego “terytorium”, które rz?d stanowy Teksasu przyzna? im na wieczne czasy najuroczystszymi traktatami; ale có? to mog?o obchodzi? kolonistów z Berlina, Grundenau i Harmonii? Pewnym jest, ?e odbierali oni Czarnym W??om ziemi?, wod? i powietrze, ale natomiast wnosili cywilizacj?; czerwonoskórzy za? okazywali im wdzi?czno?? na swój sposób, to jest zdzieraj?c im skalpy z g?ów. Taki stan rzeczy nie móg? trwa?. Osadnicy wi?c z Berlina, Grundenau i Harmonii zebrali si? pewnej nocy ksi??ycowej w liczbie czterechset i wezwawszy na pomoc Meksykanów z La Ora, napadli na u?pion? Chiavatt?. Tryumf dobrej sprawy by? zupe?ny. Chiavatta zosta?a spalon?, a mieszka?cy bez ró?nicy wieku i p?ci w pie? wyci?ci. Ocala?y tylko ma?e oddzia?ki wojowników, które w tym. czasie wysz?y na ?owy. Z samego miasta nie ocali? si? nikt, g?ównie dlatego ?e miasto le?a?o’ w wid?ach rzeki, która, jak zwykle na wiosn?, rozlawszy otoczy?a osad? nieprzebyt? toni? wód. Ale to? samo widlaste po?o?enie, które zgubi?o Indian, podoba?o si? Niemcom. Z wide? ?le ucieka?, ale dobrze si? w nich broni?. Dzi?ki tej my?li zaraz z Berlina, Grundenau i Harmonii rozpocz??a si? emigracja do wide?, w których te? w mgnieniu oka, na miejscu dzikiej Chiavatty, powsta?a ucywilizowana Antylopa. W pi?? lat liczy?a ona dwa tysi?ce mieszka?ców.
(more…)
Thursday, January 19th 2006
H.K.T. Bajka – Henryk Sienkiewicz
posted @ 12:37 am in [ Bajki Opowiadania -
Nowele ]
H. K. T.
BAJKA

Leci sobie drapie?ny s?p, leci, leci, wreszcie siada w?ród ska?, przy sokolim gnie?dzie i poczyna kraka? na soko?a:
- W imieniu moich praw, s?uchaj mnie.
- Czego chcesz? – pyta sokó?.
- Chc? ci? zabi? i po?re? – powiada s?p.
- A có? ci po mojej zgubie?
- Co za g?upie pytanie i co za brak wykszta?cenia! Ciasno mi jest w rodzinnym gnie?dzie, wi?c chc? zabra? twoje, abym mia? gdzie umie?ci? moich m?odszych synów; po wtóre, mam swoj? s?pi? polityk?, której twoje istnienie zawadza; a po trzecie, kraczesz innym g?osem ni? ja i nie kochasz mnie.
- Co do mego g?osu, odzywam si? takim, jaki mi Bóg da?, a co do mych uczu?, za có? ja mam ci? kocha??
- Mniejsza o to. Wiem tylko, ?e mam prawo zabi? i po?re? ka?dego, kto mnie nie kocha.
- Wi?c gdybym ci? kocha?, nie zabija?by? mnie?
- Ach! – rzecze s?p – gdyby? mnie kocha?, odda?by? mi dobrowolnie swoje gniazdo, a równie? dobrowolnie da?by? mi si? po?re?, aby moja osoba mog?a nieco zaokr?gli? si? i uty?.
- W ka?dym razie nie unikn??bym zguby?
- Rozumie si?: jednak?e ?mier? z po?wi?cenia przynios?aby ci wi?kszy zaszczyt.
Chwila milczenia.
- Co ma by?, to b?dzie… – mówi wreszcie sokó?. – Ale powiedz mi te?, mój kochany, kto ci? nauczy? tak rozumowa??
Us?yszawszy to s?p podnosi g?ow? i rzecze z wielk? dum?:
- Prostaku, to chyba nie wiesz, ?e ja przez dwa lata by?em na edukacji w ogrodzie zoologicznym w Berlinie!
- Tak?… – mówi sokó?. – Ha! to w takim razie nadzieja moja tylko w Bogu – i troch? tak?e w… dziobie.