<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0"
	xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
	xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
	xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
	xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom"
	xmlns:sy="http://purl.org/rss/1.0/modules/syndication/"
	xmlns:slash="http://purl.org/rss/1.0/modules/slash/"
	>

<channel>
	<title>Bajki Opowiadania &#187; Nowele</title>
	<atom:link href="http://www.bajkiopowiadania.com/Bajki_Opowiadania/nowele/feed/" rel="self" type="application/rss+xml" />
	<link>http://www.bajkiopowiadania.com</link>
	<description>Bajki Opowiadania</description>
	<lastBuildDate>Sun, 06 Mar 2011 01:12:18 +0000</lastBuildDate>
	<language>en</language>
	<sy:updatePeriod>hourly</sy:updatePeriod>
	<sy:updateFrequency>1</sy:updateFrequency>
	<generator>http://wordpress.org/?v=3.1.3</generator>
		<item>
		<title>Bia?e Kwiaty &#8211; Cyprian Kamil Norwid</title>
		<link>http://www.bajkiopowiadania.com/2006/01/20/biale-kwiaty-cyprian-kamil-norwid/</link>
		<comments>http://www.bajkiopowiadania.com/2006/01/20/biale-kwiaty-cyprian-kamil-norwid/#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 19 Jan 2006 23:20:34 +0000</pubDate>
		<dc:creator>bajkiopowiadania</dc:creator>
				<category><![CDATA[Nowele]]></category>
		<category><![CDATA[Opowiadania]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.bajkiopowiadania.com/opowiadania/biale-kwiaty-cyprian-kamil-norwid/</guid>
		<description><![CDATA[BIA?E &#8211; KWIATY Na pewno tego nie pami?tam, gdzie widzia?em p?askorze?b wyobra?aj?cy wychodz?cego z ?wi?tyni Zachariasza, a nie mog?cego otaczaj?cym mówi?, i? zaniemia? do czasu narodzenia si? Jana ?. Chrzciciela, syna jego; zdaje mi si?, ?e to we Florencji, na tych br?zowych bramach Chrzcielnicy ?. Jana, o których Micha? Anio? Buonarroti rzek? by?, i? oczekuj?cymi [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p class="MsoNormal"><strong><span style="font-family: Arial"> </span></strong></p>
<p class="MsoNormal">
<h1 align="center" style="text-align: center"><span style="font-size: 14pt; color: #99ccff">BIA?E &#8211; KWIATY</span></h1>
<p><img width="125" height="146" align="right" alt="bia?e kwiaty" src="http://www.parkigry.com/wp-content/biae_kwiaty.gif" /></p>
<p>Na pewno tego nie pami?tam, gdzie widzia?em p?askorze?b wyobra?aj?cy wychodz?cego z ?wi?tyni Zachariasza, a nie mog?cego otaczaj?cym mówi?, i? zaniemia? do czasu narodzenia si? Jana ?. Chrzciciela, syna jego; zdaje mi si?, ?e to we Florencji, na tych br?zowych bramach Chrzcielnicy<br />
?. Jana, o których Micha? Anio? Buonarroti rzek? by?, i? oczekuj?cymi raju na ziemi bramami s?, które przenie?? jeszcze, gdzie raj jest, zaniechano.</p>
<p>Za pewne jednak uwa?am, i? tak trudnej rzeczy, jak? jest <strong>rze?ba-chrze?cija?ska</strong>, to niew?tpliwie najpi?kniejszy mo?e przedmiot. Starzec niemy jest &#8211; cisza wielka woko?o &#8211; wszystkie osoby s?uchaj? i pytaj? razem, i od-powiadaj? razem&#8230; milcz?c&#8230;</p>
<p>Otó? &#8211; w jednej niesko?czenie wa?nej kwestii estetycznej pod obecne czasy, u nas i na ?wiecie, w kwestii, dlaczego (sumiennie rzecz bior?c) <strong>nie ma nigdzie prawdziwego dramatu</strong>, przyszed? mi na pami?? ze wzgl?du na sztuk?, mówi?, ów p?askorze?b florencki.</p>
<p>Kto si? nie zgorszy prostot? szczerej prawdy, ten zgadnie ?atwo bardzo, dlaczego w literaturze naszej <strong>dramatu by? nie mo?e</strong>&#8230; Ale dlaczego w ?adnej innej dzi? go nie ma?</p>
<p>Na to (doprawdy, ?e bawi mi?, i? ja jeden) ?miem odpowiedzie?, te <strong>kwiaty bia?e</strong> zapisuj?c, aby Francuz z czasem i inny obcy literat prze?o?y? sobie na j?zyk swój wiadomo??, sk?d ta u nich nieobecno?? <strong>prawdziwego-dramatu</strong> powsta?a.</p>
<p>U nas bowiem to z przyczyny niezmiernie prostej, czyli i? literatura nasza nie okre?li?a jeszcze ani jednego sko?czonego typu kobiety, a jako? bez kobiety dramat by? ma? Nawet sama <em>Maria</em> Malczewskiego to tylko krzyk jeden kobiety, która <strong>kochank?</strong> nie ?mia?a by? jeszcze, <strong>?on?</strong> nie mia?a i nie mog?a. Aldona jest to wie?a ?piewaj?ca &#8211; Gra?yna w he?mie swym zamkni?tym nic a nic ju? nie mówi nawet&#8230; Inne za? innych kobiety s? tylko przegrywkami w antraktach opery <strong>poza ich udzia?em</strong> dziej?cej si?.</p>
<p>Najja?niej przeto wida? przyczyn? estetyczn? nieobecno?ci pe?nego dramatu u nas, lubo najnieja?niej mistyczne i realne, to jest spo?eczne, wyj?tkowego zjawiska tego ?ród?o, i zupe?n? natur? jego, tak dalece, i? skrz?tnie bardzo skracam to.</p>
<p>Ale? &#8211; u dzisiejszych pisarzów innego narodu, gdzie ze wszech miar szeroko ka?dy romansista najmniej s?awny na wszelaki mo?ebny i niemo?ebny sposób <strong>przedmiot ten</strong> traktuje i uprawia!!!&#8230; czemu ? &#8211; mówi? &#8211; tam, serio uwa?aj?c, pe?nej dramy nie ma, tego, ile wiem, nikt dot?d niezbicie nie okaza?&#8230;</p>
<p>Ja te? nie dowiod? bynajmniej po akademicku, bo tu wcale nie my?l? o tym, tak dalece, i? wynikiem tylko jest prawie bezw?asnowolnym ta, o nieobecno?ci dramatu u cudzoziemców i przyczynie jej g?ównej uwaga. Powiem jednak pokrótce, dlaczego to jest tak, z powodu i? odpowied? na to krytyczne zapytanie pos?u?y mi do toku g?ównej rzeczy w tych kilku kartkach zawartej.</p>
<p><strong>Dramy prawdziwej</strong> nie mo?e by?, ilekro? si? zatraci poj?cie dramatyczne <strong>ciszy</strong> i poj?cia jej natur &#8211; czyli, <strong>ja?niej</strong> t?umacz?c, albo raczej szerzej t?umacz?c za?o?enie powy?sze: kiedy si? zatraci <em>basso</em> w muzyce, a kolor bia?y na palecie malarza, a pion w rysunku. Có? zupe?nego tak niezupe?ne ?rodki otrzyma? s? w stanie? Nadanie stanowczego kierunku i stopnia <strong>ciszy</strong> w dramatyzowaniu jest dla dzie?a tej natury tym, czym w obrocie planety niedotkliwa i niewidzialna planety <strong>o?</strong>.</p>
<p>Kto ma uszy ku wys?uchaniu prawdy, ten niech ca?o?? jej wys?ucha. Ja, ?e za wst?p jedynie u?y?em jej tu do prostego spisu kilku wra?e?, wspomn? tylko, dla korzysta? chc?cego innostronnie z wzmianki powy?szej czytelnika, i? nie wiem, który by dzi? autor, bez potkni?cia si? w ?mieszno??, potrafi? doci?gn?? tam a? dramy pochód, gdzie Calderon zamyka swój i wychodzi ju? sam na scen? mówi?c:</p>
<p>&#8220;Dalej &#8211; pisarz dramatu podnie?? si? nie b?d?c w stanie&#8230; sko?czy?.&#8221;</p>
<p>U Szyllera bezmowne zupe?nie chwile dramy mo?e najwy?szymi s? poetycznymi jego polotami. Zdaje si?, ?e to nie in?d, ale t?dy <strong>drama w rze?b? przechodzi</strong> &#8211; co zazwyczaj w ta?cu raczej poszukiwano, akrobatyzuj?c przeto monumentaln? rze?biarstwa powag?. Jaki? barbarzy?ski b??d tych systematyzuj?cych tak estetyków!&#8230;</p>
<p><span id="more-53"></span><br />
Gdzie? by <strong>Niobe</strong> podzia?a swoj? twarz, gdyby rze?biarstwo przez sam taniec z dram? o?enione by?o?&#8230;</p>
<p>Albo &#8211; zapytanie rubaszne i beztre?ciwe, nic nie opiewaj?ce jako my?l, zapytanie Hamleta patrz?cego, gdy aktor ?zy wylewa, zapytanie to : &#8220;&#8230; Co <strong>jemu do Hekuby</strong>?&#8230;&#8221; &#8211; by?o?by tak wysokie w prozie jego?&#8230;</p>
<p>*</p>
<p>Jako? &#8211; susz?c dopiero natury <strong>cicho?ci</strong> rozmaitych; przychodzi si? potem do us?yszenia dramy i g??boko?ci wyrazów bezmy?lnych, bezkolorowych, <strong>bia?ych</strong> (?e tak je nazw?), i to zda si? by? w?tkiem wszelkiego dramatyzowania prawdziwego.</p>
<p>T?dy id?c &#8211; doszed?bym jeszcze do daleko wa?niejszej rzeczy &#8211; to jest do <strong>mianownikowania filologicznego</strong>, i ?e to jedynie t? drog? kres swój znachodzi? mo?e, czego zas?u?ony i genialny Kami?ski nie wiedzia? jeszcze, acz my przez jego zas?ugi po?o?one w rozk?adaniu wyrazów dowiedzieli?my si? &#8211; ale by?oby to za wiele o tym pisa? &#8211; wspomn? tylko, ?e-? <strong>g??b</strong> wszelka jest to i <strong>k??b</strong>, i <strong>go??b</strong>, ale dalej&#8230; uciszam si? ju? jako Calderon w dramie swej&#8230; wiadomo jest wszelako, i? w tej pracy to, co jest filozoficznym jej kamieniem, to w?a?nie ?e ta znajomo?? <strong>kresu</strong>, <strong>do którego, rozk?adaj?c wyrazy, obja?nia si?, a od którego ju?, rozk?adaj?c je, zaciemnia si?</strong>, zamiast obja?nienia &#8211; i ten to kres mianownikiem ja zowi?.</p>
<p>Patetyczno?? nie pochodzi <em>pathos</em> (choroba). Patetyczno?? pochodzi od <em>pasho</em>&#8230;</p>
<p>Tylko <strong>zdrowe-cierpienia</strong> dramatycznymi zdaj? si? by?&#8230; choroba ma na polu wiedzy patologi? raczej, nie patetyczno??.</p>
<p>Ró?nice tu, na polu sztuki, s? takie mi?dzy powy?szymi okre?lnikami, jak na polu ?ycia np. mi?dzy historycznym a histerycznym fenomenem jakim&#8230;</p>
<p>. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .</p>
<p>Je?eli mówi? : <strong>cisze ró?ne, to i wyrazy one</strong> bia?e, bezmy?lne, nie opowiadaj?ce nic, a których kilka tu i owdzie s?ysza?em, albo których raczej ?wiadkiem by?em, bo od t?a, na którym miejsca swe znajdowa?y, nieod??cznymi s?.</p>
<p>To &#8211; pami?tam, ?e dawno, dawno &#8211; by?o to jeszcze w roku oko?o 1836, kiedy tak odmienne by?o ca?e t?o my?li w Europie, a <em>Dziady</em> pana Adama by?y mi pot??n?, <strong>jedyn? nut? my?li i uczu?</strong>, jak ka?demu&#8230; te czyta?em&#8230;</p>
<p>By?o to w dzie? najprozaiczniejszej barwy, ni suchy, ni d?d?ysty, o dobie oko?o po?udniowej i bardzo powszedni? barw? maj?cej, na zagrodzie ubogiej ojców moich, gdzie urodzi?em si? &#8211; na prostej, bezpoetycznej, obwodu stanis?awowskiego w Mazowszu, równej jak piaski ziemi. Szed?em wzd?u? alei, która sad owocowy od warzywnej ogrodu cz??ci przedziela?a &#8211; alei bynajmniej z drzew s?dziwych i sadu wcale szczup?ego &#8211; nie my?li?em o niczym w tak nijakim miejscu pod ka?dym wzgl?dem &#8211; gdy naraz dziewczyna, za alej? w ogrodzie warzywnym onym piel?c, g?osem bynajmniej pi?knym i nie doko?czonym tokiem urwanej pie?ni zanuci?a:</p>
<p>&#8230;a odjecha? od niej nudno,<br />
a przyjecha? do niej trudno!&#8230;</p>
<p>Stan??em jak wryty, my?l?c, ?e g?os do naczytania si? w dramacie pana Adama piosenki onej zastosowa?em w sobie s?uchem moim &#8211; ale po chwili znowu najwyra?niej te? s?owa tym g?o?niej mi? dosz?y:</p>
<p>&#8230;a odjecha? od niej nudno,<br />
a przyjecha? do niej trudno!&#8230;</p>
<p>&#8220;Prosta pie?? &#8211; rzek?em &#8211; ale dobr? my?l zawiera&#8230;&#8221; (wida? st?d tak?e, ?e Mickiewicz z pie?ni gminnej j? przybra?).</p>
<p>. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .</p>
<p>Niebieskiej uroczysto?ci cisze s? w Albano za Rzymem, nad jeziorem, które odbija w sobie <strong>Castel Gandolfo</strong> &#8211; tam, kiedy zadzwoni? na <em>Angelus</em>, a niebo jest chmurki nie?wiadome i jezioro nie?wiadome zmarszczki, laury wtedy wi?niowe nieporuszonymi i szerokimi li??mi swymi cie?, jak one cich?, rozrzucaj? po ?cie?ce kr?tej nad wod?, a przy skale, jak gzyms u gmachu staro?ytnego, uczepionej.</p>
<p>Po ?cie?ce tej pojecha?em by? raz o po?udniu ku <strong>Grotta Ferrata</strong> i powraca?em wieczór t?? sam? ?cie?k?, a jad?c na o?le, zw?aszcza w górach, pami?ta si? dobrze szczegó? wszelki na drodze spotkany. Dzwoniono na <em>Angelus</em>, kiedy zjawi? si? obok mnie wie?niak w?oski na o?le swoim i obadwa zdj?li?my kapelusze, po krótkiej modlitwie wraz przez to? uczestnictwo w rozmow? wprowadzeni.</p>
<p>Widz?c albowiem wie?niak ów, W?och, ?e katolik jestem, nie my?li?, abym by? obcym cz?owiekum, i mówi? pocz?li?my, jad?c spo?em, o tym i o owym &#8211; nawet o niedoperzach, które ju? ?wista? pocz??y nam wko?o kapeluszów, ?e mrok zapada?&#8230; Jako? pomn?, i? W?och ludowym opowiada? mi sposobem staro?ytn? bajk? greck? o Prometeuszu i Epimeteuszu, przet?umaczon? na ten sposób, i? Pan Bóg ptaszka stwarzaj?c b?ogos?awi? mu, a z?y duch, co? lepszego wymy?li? chc?c, da? ?ycie niedoperzowi&#8230; Takie to ró?ne rzeczy mówili?my, nogi maj?c wolno w strzemionach naszych i opu?ciwszy cugle niepotrzebne, gdy osio?ki po w?skiej jak miedza polska, skalistej wiszarze &#8211; pod spadzist? ska??, a nad jeziorem &#8211; próbowa?y uwa?nym kopytem ra?no zd??a?&#8230;</p>
<p>Naraz &#8211; osio?ki stanowczo wstrzyma?y si?, a my siedz?c na nich poczuli?my, ?e o zapor? uderzamy, lubo, dla mroku zupe?nego, dostrzec od razu trudno by?o, co zamurowa?o ?cie?k? w?sk?, tam jad?c tak dobrze ju? poznan?. By? to zaiste od?am ska?y, tak jak szeroka droga, na któr? si? ze szczytu góry stoczy?, wielki, zupe?nie wi?c zamykaj?cy przej?cie&#8230;</p>
<p>Kiedy przeto, siod?a opu?ciwszy, oprowadzali?my, jak mo?na by?o, os?y nasze, sami przez g?az prze?a??c.., rzek?em do towarzysza W?ocha: &#8220;&#8230;Przed kilkoma godzinami przeje?d?a?em t?dy cwa?em za dnia i pami?tam na pewno, i? tego g?azu nie by?o tu&#8230;&#8221; A on chwil? przemilcza? &#8211; potem, uchylaj?c nieco kapelusza (jak przy zagajeniu rozmowy naszej na <em>Angelus</em>), wpó? monologowym akcentem rzek?: &#8220;&#8230;Ten kamieni rodzaj nie upada, kiedy chrze?cijanie s? na drodze&#8230; ale&#8230; kiedy nikogo nie ma, to one si? tu staczaj? z wierzchu ska?&#8230; bywa?o&#8230;&#8221;</p>
<p>*</p>
<p><!--more--></p>
<p>Teatr i drama wspó?czesna, aby s?dzi? do ila, z tego punktu widzenia uwa?aj?c je, krytyki nie wytrzymuj? i umar?ymi s?, to trzeba i <strong>innej natury</strong> cisz? jak?, z teatru deskami zbli?on?, uczu? i dotkn?? jej.</p>
<p>Kiedy &#8211; o po?udniu, w?ród t?oku i gwaru, na wschodach do izby poselskiej wiod?cych ?mierci? Cezara upad? minister Rossi, a krew wst?g? krzyw? od szyi mu si? na ?cian? zatoczy?a, do odpasanej szarfy podobna&#8230; nadszed? po niewielu godzinach i on harmonijny wieczór w?oski, i ksi??yc za nim o chwili sobie w?a?ciwej wytoczy? si? na niebo, tylko ?e przes?oniony (pami?tam) chmur? w?sk?, jak kiedy prosty cz?ek r?kawem ociera czo?o swoje &#8211; albo oczy przys?ania&#8230;</p>
<p>Minister mia? by? zwyczaj w znanym k?cie lo?y, czerwonym aksamitem wybitej, jemu tylko nale?nej, w teatrze o spó?nionej godzinie siadywa?; a ktokolwiek ucz?szcza? na oper?, pami?ta? mimowolnie, ?e medalowej czysto?ci rysów profil, z wiadomej strony, od wchodu do sali, o pewnej godzinie nale?y mu si? widzie?. Nocy tej &#8211; takim, jako si? rzek?o, ksi??ycem o?wieconej &#8211; czemu grano <strong>po pierwszy raz</strong> na oper? przerobionego Macbetha&#8230; to kazuistyczne tylko dziejów teatru filiacje wyt?umaczy? by (nie najzupe?niej na pró?no) mo?e i potrafi?y.</p>
<p>Pami?tam &#8211; ?e przez ciche, bez pie?ni i mandoxlinów, i rozmów zazwyczaj ro?nych, ulice &#8211; mo?e i nie ja jeden dlatego si? uda?em <strong>do teatru</strong>, <strong>aby publiczno?? widzie?</strong>&#8230;</p>
<p>Chwila otworzenia kurtyny wedle codziennego programu gdy nadesz?a, znaczna liczba widzów w przysionku teatru nie najja?niej o?wieconym i po kawiarniach bliskich, <strong>gdzie nikt dziennika ze sto?u nie podejmowa?</strong>, nieporz?dnie przechadza?a si?&#8230; Po niejakim czasie wesz?a garstka, a po?owa jej wysz?a i wesz?a znów &#8211; muzyka rozpocz??a uwertur?&#8230; W wy?szych lo?ach, tu, owdzie, par? osób niestrojnych albo niespodziewanie strojnych dam par? pokaza?o si?. Niektórzy wychylali si? i ogl?dali naoko?o, jakoby afektuj?c, i? widzie? chc? oblicze i liczb? publiczno?ci; nareszcie za rozwini?ciem opery sformowa?a si? pewna ca?o?? go?ci u?ywaj?cych teatru z nawyknienia, jak gdy o pewnej dobie higienicznie kto nawyk? w wiadomym kierunku bez celu przechadza? si?&#8230;</p>
<p>W miar? jednak jak opera przez tre?? sw? w dram? i tragedi? przechodzi? z czasem zaczyna?a, pusta lo?a ministra Rossi, nie o?wiecona jako inne (i? familijna by?a), ciemnopurpurowe, aksamitne wn?trze swoje ku ?wiat?u, jak wielka rana, odmykaj?c, uprzedzi?a wra?eniem magiczn? on? Shakespeare&#8217;owskiej tragedii chwil?, kiedy cie? zasztyletowanego Banka na pustym krze?le przy uczcie teatralnej zasiada? ma&#8230;</p>
<p>I pocz??o si? gra? pomi?dzy publiczno?ci? a scen? to, co Shakespeare w <em>Hamlecie</em> obmy?li? by?, aby zagra? tragedi? na dworze, scen? na scenie daj?c&#8230; i kto wtedy publiczno?? a scen? widzie? tam przyszed? by?, to w czasie, kiedy aktor Banka cie? przedstawiaj?cy wynika z trapy swej, ran? czerwon? pokazuj?c, znajdowa? si? sam pomi?dzy teatru pe?ni? a pustk? lo?y ministra, jako Hamlet u nóg Ofelii&#8230; i nie dowierza? sobie sam, ?e widzem przytomnym jest, albo: i tu, i tam Shakespeare&#8217;a tylko aktorów graj?cych widz?c, baczy?, azali sam jeden Shakespeare chyba widzem prywatnym gdzie nie stoi&#8230;</p>
<p>. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .</p>
<p>Takich to cisz akordy straszne s? sam? g??boko?ci? s?dnych kombinacji swych, przytoczy?em za? on powy?szy zarys na to, aby <em>Bia?e kwiaty</em> stosowny sobie mia?y cie?, <strong>lubo nic tu si? nie pisze, co by nie by?o uszczkni?te, ?e tak powiem, z niw natury rzeczy</strong>, i je?eli zmniejsza jest cokolwiek nieobecno?? stylu, jak? u?y?em w <em>Czarnych kwiatach</em>, to o tyle tylko, o ile jest wcale niemo?ebnym unikn?? sztuki, owszem, o ile ta w tej sferze sprawuje prawd? przedstawienia.</p>
<p>B?ogos?awiony i szcz??liwy pisarz, który prawdziwej patetyczno?ci bezbarwne s?owa zna i strze?e &#8211; <strong>pisarz i cz?owiek ka?dy</strong>! &#8211; lubo cz?sto te nieledwo wcale od nas zale?e? nie zdaj? si?.</p>
<p>A s? tym pi?kniejsze, z tego je stanowiska ceni?c, im mniej jako idea i my?l zawieraj?ce w sobie &#8211; im nijaksze&#8230;</p>
<p>Cz?sto: ?e je okre?la? trudno, zapominane s? i ma?o baczone&#8230; zaiste -nie kryj?, i? uprzytomnianie ich sztuk? pisania bacznej bardzo pilno?ci wymaga&#8230;</p>
<p>Mniemam wszak?e, ?e by?oby zarówno pi?knie jak, <strong>zdaje mi si?, koniecznie prawie</strong>, aby sztuka polska, pod tym wzgl?dem pierwsz? si? w europejskiej dzisiejszej literaturze jawi?c, s?upy swe ?elazne zakopywa?a stanowczo i wyra?nie. Nowego budynku estetyki niebezpieczna jest systematami, najbezpieczniejsza prostotliw? parabol?, z ?ycia bezstronnie przyj?t?, uczuciem utwierdza?&#8230; A za? <strong>?wiadomo??</strong> <strong>paraboli</strong> sama przez si? coraz dalsze poka?e kresy, braki, dobytki&#8230;</p>
<p>Pami?tam kilka s?ów zasz?ych mi w drog? tu i owdzie, które najdobitniej oprzytomnie? mog? ogólny zarys moralny i estetyczny tych notatek. A przytacza si? je (jako ka?dy dobrej woli czytelnik zauwa?y? potrafi) z wdzi?czno?ci? nawet, i? za wskazówk? poszukiwa? prawd estetycznych pos?u?y?y. ?adnej my?li nie okre?laj?ce s?owa powiedzia? mi raz jeden z najpowa?niejszych obywateli w Europie, kiedy w onych niedawnych, ?unami rewolucji ?wietnych latach przyby?em z Rzymu do Pary?a.</p>
<p>Starzec ów znakomity, pogodnie rozmow? zagaiwszy, pyta? mi? o Rzym staro?ytny: ile? &#8211; gdzie? &#8211; jako? odkopywanie staro?ytno?ci post?pi?o&#8230; Odpowiada?em by? jako osobie dotykalnie rzecz znaj?cej i jako si? mówi z kim?, co w rozmowy celu niknie przez to, i? przedmiot szczerze zna.</p>
<p>?e taka: rozmowa w sobie samej ?ywot ma,, wypad?o mi najpro?ciej dla porównania post?pu prac zapyta?: &#8220;<strong>A kiedy? ksi??? jegomo?? ono Forum-Romanom widzia?e?</strong>?.. Odpowied? by?a najpro?ciejsza, któr? jednak w notatki s?ów onych powy?ej okre?lonych zamie?ci?em &#8211; odpowiedzia? mi by? ksi???: &#8220;<strong>To by?o w przesz?ym stuleciu</strong>.&#8221;</p>
<p>Trzeba by? zaiste wywik?anym z fa?szów estetyki schorza?ej formu?ek, aby ?mie? wytyka? i poszukiwa? dróg odbudowania szko?y nowej w <strong>sztuce</strong> czy to w <strong>literaturze-sztuce</strong>, wszelako, coraz bli?ej (?miem to zapowiada?) zobaczycie ju? w Europie kierunki te na jaw wychodz?ce; trzeba wi?c, aby m?oda szko?a polska baczn? by?a.</p>
<p>A inne znowu s?owa, w Londynie np. które przytrafi?y mi si?, da?y mi to dostrzec, jak jest ?atwo podda? si? formu?kom czczym bezpatetycznej dramy.</p>
<p>Artysta, te? i ludowego pierwiastku czciciel, mieszka?em tam w najubo?szym prawie domku najubo?szej miasta cz??ci.</p>
<p>Wieczorem raz, przy ?wietle sam zostaj?c, nie uwa?a?em, i? kto? wszed?, zw?aszcza i? angielski klimat wilgoci? sw? przyg?uchni?cie moje chwilowe zwi?kszy?&#8230; M?? postaci zacnej (i rycerskiej nawet twardo?ci? rysów swych) sta? przede mn?, lask? grub? trzymaj?c &#8211; wsta?em i przywita?em. &#8220;<strong>Nie wiem</strong> &#8211; rzek? go?? &#8211; <strong>jak si? odezwa? mam : obywatelu, ziomku, rodaku czy panie</strong>.&#8221; Dekoracje tej sceny by?y wi?cej ni? zaniedbane, a ja mniej starannie od go?cia os?oni?ty.</p>
<p>&#8220;Prosz? usi???&#8221; &#8211; odrzek?em. &#8220;Nie! &#8211; na to przychodzie? &#8211; pierwej niech wiem odpowied?&#8230;&#8221; &#8220;Otó? &#8211; rzek?em &#8211; widzi pan, mo?na powiedzie? <strong>panie</strong> i powiedzie? <strong>bracie</strong>, powiedzie? <strong>bracie</strong> i rzec przez to <strong>panie</strong>, i wszystko w tym (wedle estetyki polskiej) zale?y od tego, jako si? powiada albo s?yszy ? a k&#8217;temu, <strong>aby widziano, dotykano i s?yszano s?usznie, to? s? sztuki pi?kne odpowiadaj?ce wzrokowi, dotykaniu, s?uchowi</strong>&#8230; tych sprawiedliwe uprawianie czyni . . . . . . . . a muzyka ju? u nas przecie kwitnie&#8230;&#8221;</p>
<p>Tak oto co? pocz??em mówi? &#8211; gdy przychodzie? pi?knym m?skim g?osem rzecze: &#8220;To najlepiej: <strong>rodaku</strong>!&#8221; &#8211; ale przycisk taki by? na literze pierwszej, i? w g?uchocie mej dalsze mi znikn??y, ?wiat?o przy tym md?e i postawa, i laska gruba uczyni?y razem, i? zda?o mi si? nie <strong>rodaku</strong>, ale <strong>rrrobaku</strong>! us?ysze?.</p>
<p>?e bez ?miechu to notuj?, jako potrzebny odcie? w zarysie tym, prosz? równie? tak przyj??; <strong>nie celem mi tu ?miech, ani ?rodkiem nawet</strong>. Innych, pewniejszych ?rodków bliskie jest to pisemko z siebie samego. Bia?y-? i to kwiat!&#8230; bo zarysem jego by?o serio i drama, ale widno do ila w?asnego tu wyrobu estetycznego i poj?cia patetyczno?ci w?asnej zbywa! Mo?e w innych poszukiwaniach innych dróg na innych polach pos?u?? i ja komu za obja?niaj?ce ?mieszno?ci? sw? ?wiate?ko&#8230; wszyscy s?u?ymy&#8230; estetyka zaiste ?e narodowa polega na tym&#8230;</p>
<p>. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .</p>
<p>Kto by my?li?, ?e poszukiwania ?wiadome nowych estetyki zdobytków by?oby na polu szerszym, po francusku na przyk?ad, stosowniej wypowiedzie?, myli si?. Swobodnie tu jest i przyst?pne wszystko w tym wielkim i zacnym narodzie, dla którego szacunek mam ?wiadomy siebie, ale&#8230; mo?e by trzeba w?adz? pierw mie? albo systemat s?awny na to, a obie te rzeczy wprost przeciwne s? celom takowej i mojej pracy.</p>
<p>Mistrze za? wielcy w sztuce, cho? to i us?ysz?, i zrozumiej?, <strong>cierpie? b?d?, ?e nic k&#8217;temu nie uczynili, a nie uczyni? nic</strong>!.., czekaj?c zawsze, a? ucze? mistrza, a pokolenie zakasuje pokolenie, sk?d <strong>ci?gu</strong> nie ma i mie? nie mo?e tak rozwijana sztuka. <strong>Konkurencja na polu post?powi</strong> jedynie dost?pnym jest najprostszym <em>absurdum</em>, a <strong>emulacj?</strong> zabije zawsze <strong>konkurencja</strong> i energi? twórcz? wyniszczy.</p>
<p>Lubo &#8211; nie ma co si? tam przecie ?ciga?, gdzie dróg jest niesko?czona liczba &#8211; to tylko, jak si? jedn? drog? widzi, ?ciga? si? mo?e jest koniecznym, i to jeszcze: mo?e!&#8230; Przy tym <strong>nie?wiadomo?? warto?ci elementów komiki i satyry</strong> wyniszczy tu zawsze siew tej niwy&#8230;</p>
<p>. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Ciszy</strong> w najkolosalniejszym s?owa tego tonie nie dozna?em nigdzie jeszcze wy?szej nad cisz? o jednej nocy, acz zimowej, na Oceanie&#8230; ?e s?ów na to nie ma, mimo i? twarda to i prawie g?odna podró? dwumiesi?czna przesz?o by?a i uprozaicznia?a dobrze&#8230; pomn?, i? obejrzawszy si? wko?o ani modli? si? nawet s?ów nie mia?em &#8211; i <strong>zap?aka?em tylko</strong>&#8230; <strong>?e mo?e by? tak wielka cicho??</strong>&#8230; a przecie? tyle mórz pierw innych zna?em&#8230;</p>
<p>Izraelicie, towarzyszowi podró?y, którego raz w ?yciu napotka?em, i to na okr?cie, patetyczne rzeczywi?cie winienem tak?e s?owo. By? to m?odzieniec ?wiat?y, w filologii i filozofii. tak?e niemieckiej bieg?y, histori? te? zna? i o sztuce mia? wyobra?enie &#8211; umia? on i po polsku par? wyrazów, bo, acz za granic? wzrós?, pami?ta?, ?e dzieci?ciem w Polsce by?; jak to mówi si? czasem u nas szlachty: by? to <strong>?ydziak</strong>.</p>
<p>Jedli?my nieraz razem z jednego naczynia ry? gotowany, zw?aszcza kiedy trudno by?o gotowa?, z powodu i? burze kuchni? rozbija?y, a <strong>fale wy?sze masztów</strong> przechodniem na statku pomiata?y. Bo to by?a te? niebezpieczna ?egluga : dwa okr?ty wspó?p?yn?ce rozbi?y si?, j eden <strong>rozbity</strong> widzieli?my na w?asne oczy.</p>
<p>Wiele razy na zwojach sznurów z Izraelit? owyn ca?e noce rozmawiali?my po francusku o polityce, historii, filozofii, estetyce, o Religii Chrystusa Pana, i o Talmudzie, i o Moj?eszowym prawie, i o nie wiem ju? czym. Gdy nadesz?a niedziela (jedna z tylu <strong>niedziel</strong>!), ?e, ubieraj?c si? w kajucie, przymkn??em nieco drzwi, patrz?, a? r?ka si? przez szpar? z niedomkni?cia drzwi wynik?? wsuwa, podaj?c mi <strong>ró?ow? flaszk? olejku do w?osów i bielizn? ?wie??</strong>: rzeczy, domy?li? si? ?atwo, jak kosztowne i rzadkie tam, gdzie ju? wod? bardzo oszcz?dnie rozdawano, i przy broni nabitej, aby ludzie si? o wod? nie pobili&#8230; Izraelita wszak?e, przynosz?c mi te rzeczy, wiedzia? z innych niedziel, po samej ksi??ce do nabo?e?stwa spotykanej u mnie, i? dzie? ten wyró?nia? zwyk?em. Otó? mówi?em z nim wiele, wiele ró?nych rzeczy&#8230;</p>
<p>Jednego razu, wpod?u? statku miotanego ogromnymi falami chodz?c, ?e spodziewano si? znaczniejszej burzy w nocy, ruch by? wielki i krzyki rozkazów szczególniejsze ni? dot?d&#8230; a ?e chodz?c tak przed on? oczekiwan? burz? mówili?my ?wawo co? o Bo?ocz?owiecze?stwie Chrystusa Pana naszego, interlokutor znój przymilk? jako? na chwil?, i ja za nim; potem, wskazuj?c mi na fale, rzek?: &#8220;A wi?c wierzysz i w to, ?e Mesjasz chodzi? po falach jak po ziemi?&#8230;&#8221;</p>
<p>&#8220;Wierz?&#8221; &#8211; odpowiedzia?em&#8230;</p>
<p>. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .</p>
<p>Po niejakim przestanku obustronnym, widz?c, i? mój interlokutor izraelskiego jest wyznania, a ?wiat?y cz?ek, doda?em:</p>
<p>&#8220;Przypominasz sobie zapewne moment i okoliczno??, w których Pan przez morze szed? (bo? czytujesz Ewangeli? ze mn? razem, kiedy mi hebrajskie czytanie na t?umaczeniu Nowego Testamentu w wolnych chwilach pokazujesz), by? to wi?c moment, kiedy ju? rzesze ca?e w najwy?szym stopniu zacz??y si? za Chrystusem Panem porywa? w <strong>zapale t?umnym</strong> &#8211; lada chwila królem ju? ziemskim móg? by? okrzykni?ty&#8230; otó? uchadza? w ten czas drogami najmniej od rzeszy znanymi&#8230; w takim to po?o?eniu raz przez powierzchni? morza szed?&#8230; akt by? logicznie naturalny, wynik? z rzeczy samej, je?eli, jako widzisz, na <strong>male?kiej ziemi</strong> syryjskiej zostawszy Panem, to wystarczy?o ju?, aby panem oto by? <strong>wszechziem</strong> &#8211; tam wi?c, gdzie owa ziemia male?ka, ko?czy?a si? te? i ca?a ziemia z l?dami swymi, a zaczyna?o si? morze&#8230; Powiesz mi (lubo filozof jeste?): ?A czemu to tak nie pójdziesz, bracie, aby pokaza? mi, ?e tak jest?? &#8211; <strong>Zmierz-?e pierwej proporcj? moj? do Pana mego, tudzie? uwa?, azali on, aby pokaza? to, czyni? t? spraw?, czy nie raczej, aby ukry? dostojno?? sw?</strong>&#8230;&#8221;</p>
<p>&#8220;<strong>To jedno ci powiem</strong> &#8211; (mile tu wspominany, a raz spotkany) Izraelita rzecze mi &#8211; <strong>?e ju?ci Chrystus wasz by? to mo?e najidealniejszy cz?owiek</strong>&#8230;&#8221;</p>
<p>. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .</p>
<p>Ksi??? pewny, z zacnego a wielmo?nie historycznego szczepu (bo hetmanów rycerskich mi?dzy swymi dziady maj?cy), by? te? od niejakiego czasu w Ameryce, <strong>obywatelem Rzeczypospolitej zostawszy</strong>, i na pi?knym przedmie?ciu miasta New-York, które to przedmie?cie zowie si? Brooklyn, zamieszkiwa?. Wiele mu winienem chwil przyjemnych i przyjacielskich us?ug, a us?ugi mówi? dlatego, bo jest rzadkiej uprzejmo?ci serca cz?owiek.</p>
<p>Kiedy wielkim smutkiem dotkni?ty po onym wybrze?u przechadza? si? raz ze mn?, a s?o?ce w?a?nie ku zachodowi mia?o si?, chmur? mocnymi promieniami przeszyt? os?oni?te, wida? by?o opodal <strong>wzgórze ma?e</strong>, zielonym wówczas poros?e ?ytem, w k?osach w?a?nie b?d?cym &#8211; dalej szeroka rzeka srebrzy?a si? pod s?o?ca jasno?ci?, <strong>fortecy ma?ej mury na brzegu jej i okr?tu tu? resztka czerni?y si?</strong>&#8230;</p>
<p>Nie pami?tam, o czym mówili?my&#8230; ale mówi?c rzeczy rozmaite pami?tali?my, doko?a spozieraj?c, ?e okr?t ten zachowa?a do dzi? Ameryka na pami?tk? m??a, co na nim przyp?yn?? z Europy&#8230;</p>
<p>Wzgórze zielone i forteczka pami?tkami s? narodowymi, k?dy m?? ów Anglików zbi?, a cofaj?cych si? ?o?nierzy swych utrzyma? tam nieraz odwag? osobist?&#8230; I pami?tali?my jeszcze, ?e towarzysz przechadzki mej, z powa?nie historycznego a ksi???cego rodu pochodz?c, liczy? pomi?dzy ?e?skimi przodki swymi w?a?nie ?e onego ws?awionego w Ameryce polskiego bohatyra najukocha?szego ulubion?&#8230;</p>
<p>Bohater ów &#8211; ?acno jest wiedzie?, ?e Ko?ciuszko, a za? [ksi??? Marceli Lubomirski, powinowaty] ulubionej wielkiego wygna?ca tego (przez ród jej niegdy? wzgardzonego)&#8230; by? w?a?nie ze mn? tam wygna?cem i zamieszka?ym nieledwie ?e na pobojowisku, które s?aw? Ko?ciuszce zjedna?o!</p>
<p><strong>Ksi??? obywatel Rzeczypospolitej Ameryka?skiej przyjmowa? rado?nie to wet za wet po wieku</strong>&#8230;</p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal"><span style="font-family: Arial"> </span></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.bajkiopowiadania.com/2006/01/20/biale-kwiaty-cyprian-kamil-norwid/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Kamizelka &#8211; Boles?aw Prus</title>
		<link>http://www.bajkiopowiadania.com/2006/01/19/kamizelka-boleslaw-prus/</link>
		<comments>http://www.bajkiopowiadania.com/2006/01/19/kamizelka-boleslaw-prus/#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 19 Jan 2006 22:57:46 +0000</pubDate>
		<dc:creator>bajkiopowiadania</dc:creator>
				<category><![CDATA[Lektury i literatura szkolna]]></category>
		<category><![CDATA[Nowele]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.bajkiopowiadania.com/nowele/kamizelka-boleslaw-prus/</guid>
		<description><![CDATA[KAMIZELKA Niektórzy ludzie maj? poci?g do zbierania osobliwo?ci kosztowniejszych lub mniej kosztownych, na jakie kogo sta?. Ja tak?e posiadam zbiorek, lecz skromny, jak zwykle w pocz?tkach. Jest tam mój dramat, który pisa?em jeszcze w gimnazjum na lekcjach j?zyka ?aci?skiego&#8230; Jest kilka zasuszonych kwiatów, które trzeba b?dzie zast?pi? nowymi, jest&#8230; Zdaje si?, ?e nie ma nic [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p align="center" class="MsoNormal"><strong> <span style="font-size: 13.5pt; color: #0000cc">KAMIZELKA</span></strong></p>
<p align="center" class="MsoNormal"><img width="489" height="28" alt="linia_3" src="http://www.parkigry.com/wp-content/linia12.gif" /></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt"> </span><br />
<span style="font-size: 13.5pt">Niektórzy ludzie maj? poci?g do zbierania osobliwo?ci kosztowniejszych lub mniej kosztownych, na jakie kogo sta?. Ja tak?e posiadam zbiorek, lecz skromny, jak zwykle w pocz?tkach.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">Jest tam mój dramat, który pisa?em jeszcze w gimnazjum na lekcjach j?zyka ?aci?skiego&#8230; Jest kilka zasuszonych kwiatów, które trzeba b?dzie zast?pi? nowymi, jest&#8230;</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">Zdaje si?, ?e nie ma nic wi?cej oprócz pewnej bardzo starej i zniszczonej kamizelki.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">Oto ona. Przód sp?owia?y, a ty? przetarty. Du?o plam, brak guzików, na brzegu dziurka, wypalona zapewne papierosem. Ale  najciekawsze w niej s? ?ci?gacze. Ten, na którym znajduje si? sprz?czka, jest skrócony i przyszyty do kamizelki wcale nie po krawiecku, a ten drugi, prawie na ca?ej d?ugo?ci, jest pok?uty z?bami sprz?czki.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">Patrz?c na to od razu domy?lasz si?, ?e w?a?ciciel odzienia j zapewne co dzie? chudn?? i wreszcie dosi?gn?!, tego stopnia, na którym kamizelka przestaje by? niezb?dn?, ale natomiast okazuje si? bardzo potrzebnym zapi?ty pod szyj? frak z magazynu pogrzebowego.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">Wyznaj?, ?e dzi? ch?tnie odst?pi?bym komu ten szmat sukna, który mi robi troch? k?opotu. Szaf na zbiory jeszcze nie mam, a nie chcia?bym znowu trzyma? chorej kamizelczyny mi?dzy w?asnymi rzeczami. By? jednak czas, ?em j? kupi? za cen? znakomicie wy?sz? od warto?ci, a da?bym nawet i dro?ej, gdyby umiano si? targowa?. Cz?owiek miewa w ?yciu takie chwile, ?e lubi otacza? si? przedmiotami, które przypominaj? smutek.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">Smutek ten nie gnie?dzi? si? mnie, ale w mieszkaniu bliskich s?siadów. Z okna mog?em co dzie? spogl?da? do wn?trza ich pokoiku.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">Jeszcze w kwietniu by?o ich troje: pan, pani i ma?a s?u??ca, która sypia?a, o ile wiem, na kuferku za szaf?. Szafa by?a ciemnowi?niowa. W lipcu, je?eli mnie pami?? nie zwodzi, zosta?o ich tylko dwoje: pani i pan, bo s?u??ca przenios?a si? do takich pa?stwa, którzy p?acili jej trzy ruble na rok i co dzie? gotowali obiady.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">W pa?dzierniku zosta?a ju? tylko &#8211; pani, sama jedna. To jest niezupe?nie sama, poniewa? w pokoju znajdowa?o si? jeszcze du?o sprz?tów: dwa ?ó?ka, stó?, szafa&#8230; Ale na pocz?tku listopada sprzedano z licytacji niepotrzebne rzeczy, a przy pani ze wszystkich pami?tek po m??u zosta?a tylko kamizelka, któr? obecnie posiadam.</span></p>
<p><span id="more-52"></span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">Lecz w ko?cu listopada pewnego dnia pani zawo?a?a do pustego mieszkania handlarza starzyzny i sprzeda?a mu swój parasol za dwa z?ote i kamizelk? po m??u za czterdzie?ci groszy. Potem zamkn??a mieszkanie na klucz, powoli przesz?a na dziedziniec, w bramie odda?a klucz stró?owi, chwil? popatrzy?a w swoje niegdy? okno, na które pada?y drobne p?atki ?niegu, i &#8211; znik?a za bram?.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">Na dziedzi?cu zosta? handlarz starzyzny. Podniós? do góry wielki ko?nierz kapoty, pod pach? wetkn?? dopiero co kupiony parasol i owin?wszy w kamizelk? r?ce czerwone z zimna, mrucza?:</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- Handel, panowie&#8230; handel!&#8230; Zawo?a?em go.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- Pan dobrodziej ma co do sprzedania? &#8211; zapyta? wchodz?c.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- Nie, chc? od ciebie co? kupi?.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- Pewnie wielmo?ny pan chce parasol?&#8230; &#8211; odpar? ?ydek. Rzuci? na ziemi? kamizelk?, otrz?sn?? ?nieg z ko?nierza i z wielk? usilno?ci? pocz?? otwiera? parasol.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- A fajn mebel!&#8230; &#8211; mówi?. &#8211; Na taki ?nieg to tylko taki parasol&#8230; Ja wiem, ?e wielmo?ny pan mo?e mie? ca?kiem jedwabny parasol, nawet ze dwa. Ale to dobre tylko na lato!&#8230;</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- Co chcesz za kamizelk?? &#8211; spyta?em.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- Jake kamyzelkie?&#8230; &#8211; odpar? zdziwiony, my?l?c zapewne o swojej w?asnej.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">Ale wnet opami?ta? si? i szybko podniós? le??c? na ziemi.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- Za te kamyzelkie?&#8230; Pan dobrodziej pyta si? o te kamyzelkie?&#8230;</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">A potem, jakby zbudzi?o si? w nim podejrzenie, spyta?:</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- Co wielmo?nego pana po take kamyzelkie?!&#8230;</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- Ile chcesz za ni??</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">?ydowi b?ysn??y ?ó?te bia?ka, a koniec wyci?gni?tego nosa poczerwienia? jeszcze bardziej.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- Da wielmo?ny pan&#8230; rubelka! &#8211; odpar? roztaczaj?c mi przed oczyma towar w taki sposób, a?eby okaza? wszystkie jego zalety.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- Dam ci pó? rubla.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- Pó? rubla?&#8230; taky ubjór?&#8230; To nie mo?e by?! &#8211; mówi? handlarz.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- Ani grosza wi?cej.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- Niech wielmo?ny pan ?artuje zdrów!&#8230; &#8211; rzek? klepi?c mnie po ramieniu. &#8211; Pan sam wi, co taka rzecz jest warta. To przecie nie jest ubjór na ma?e dziecko, to jest na doros?e osoby&#8230;</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- No, je?eli nie mo?esz odda? za pó? rubla, to ju? id?. Ja wi?cej nie dam.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- Ino niech si? pan nie gniewa! &#8211; przerwa? mi?kn?c. &#8211; Na moje sumienie, za pó? rubelka nie mog?, ale &#8211; ja zdaj? si? na pa?ski rozum&#8230; Niech pan sam powie: co to jest wart, a ja si? zgodz?!&#8230; &#8216;Ja wol? do?o?y?, byle to si? sta?o, co pan chce.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- Kamizelka jest warta pi??dziesi?t groszy, a ja d daj? pól rubla.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- Pó? rubla?&#8230; Niech b?dzie ju? pó? rubla!&#8230; &#8211; westchn?? wpychaj?c mi kamizelk? w r?ce. &#8211; Niech b?dzie moja strata, byle ja z g?by nie robi?&#8230; ten wjatr!&#8230;</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">I wskaza? r?k? na okno, za którym k??bi? si? tuman ?niegu. Gdym si?gn?? po pieni?dze, handlarz, widocznie co? przypomniawszy sobie, wyrwa? mi jeszcze raz kamizelk? i pocz?? szybko rewidowa? jej kieszonki.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- Czegó? ty tam szukasz?</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- Mo?em co zostawi? w kieszeni, nie pami?tam! &#8211; odpar? najnaturalniejszym tonem, a zwracaj?c mi nabytek doda?:</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- Niech ja?nie pan do?o?y cho? dziesi?tk?!&#8230;</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- No, bywaj zdrów! &#8211; rzek?em otwieraj?c drzwi.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- Upadam do nóg!&#8230; Mam jeszcze w domu bardzo porz?dne futro&#8230;</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">I jeszcze zza progu, wytkn?wszy g?ow?, zapyta?:</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- A mo?e wielmo?ny pan ka?e przynie?? serki owczych?&#8230;</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">&#8216;W par? minut znowu wo?a? na podwórzu: &#8220;Handel! handel!&#8230;&#8221; &#8211; a gdym stan?? w oknie, uk?oni? mi si? z przyjacielskim u?miechem.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">?nieg zacz?? tak mocno pada?, ?e prawie zmierzch?o si?. Po?o?y?em kamizelk? na stole i pocz??em marzy? to o pani, która wysz?a za bram? nie wiadomo dok?d, to o mieszkaniu, stoj?cym pustk? obok mego, to znowu o w?a?cicielu kamizelki, nad którym coraz g?stsza warstwa ?niegu narasta&#8230;</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">Jeszcze trzy miesi?ce temu s?ysza?em, jak w pogodny dzie? wrze?niowy rozmawiali ze sob?. W maju pani raz nawet &#8211; nuci?a jak?? piosenk?, on ?mia? si? czytaj?c &#8220;Kuriera ?wi?tecznego&#8221;. A dzi?&#8230;</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">Do naszej kamienicy sprowadzili si? na pocz?tku kwietnia. Wstawali do?? rano, pili herbat? z blaszanego samowaru i razem wychodzili do miasta. Ona na lekcje, on do biura.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">By? to drobny urz?dniczek, który na naczelników wydzia?owych patrzy? z takim podziwem jak podró?nik na Tatry. Za to musia? du?o pracowa?, po ca?ych dniach. Widywa?em nawet go i o pó?nocy, przy lampie, zgi?tego nad stolikiem.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">?ona zwykle siedzia?a przy nim i szy?a. Niekiedy spojrzawszy na niego przerywa?a swoj? robot? i mówi?a tonem upominaj?cym:</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- No, ju? do?? b?dzie, po?ó? si? spa?.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- A ty kiedy pójdziesz spa??&#8230;</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- Ja&#8230; jeszcze tylko doko?cz? par? ?ciegów&#8230;</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- No&#8230; to i ja napisz? par? wierszy&#8230; Znowu oboje pochylali g?owy i robili swoje. I znowu po niejakim czasie pani mówi?a:</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- K?ad? si?!&#8230; k?ad? si?!&#8230;</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">Niekiedy na jej s?owa odpowiada? mój zegar wybijaj?c pierwsz?.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">Byli to ludzie m?odzi, ani ?adni, ani brzydcy, w ogóle spokojni. O ile pami?tam, pani by?a znacznie szczuplejsza od m??a, który mia? budow? wcale t?g?. Powiedzia?bym, ?e nawet za t?g? na tak ma?ego urz?dnika.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">Co niedziel?, oko?o po?udnia, wychodzili na spacer trzymaj?c si? pod r?ce i wracali do domu pó?no wieczór. Obiad zapewne jedli w mie?cie. Raz spotka?em ich przy bramie oddzielaj?cej Ogród Botaniczny od ?azienek. Kupili sobie dwa kufle doskona?ej wody i dwa du?e pierniki, maj?c przy tym spokojne fizjognomi? mieszczan, którzy zwykli jada? przy herbacie gor?c? szynk? z chrzanem.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">W ogóle biednym ludziom niewiele potrzeba do utrzymania duchowej równowagi. Troch? ?ywno?ci, du?o roboty i du?o zdrowia. Reszta sama si? jako? znajduje.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">Moim s?siadom, o ile si? zdaje, nie brak?o ?ywno?ci, a przynajmniej roboty. Ale zdrowie nie zawsze dopisywa?o.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">Jako? w lipcu pan zazi?bi? si?, zreszt? nie bardzo. Dziwnym jednak zbiegiem okoliczno?ci dosta? jednocze?nie tak silnego krwotoku, ?e a? straci? przytomno??.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">By?o to ju? w nocy. ?ona, utuliwszy go na ?ó?ku, sprowadzi?a do pokoju stró?ow?, a sama pobieg?a po doktora. Dowiadywa?a si? o pi?ciu, ale znalaz?a ledwie jednego, i to wypadkiem, na ulicy.</span></p>
<p><!--more--></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">Doktor, spojrzawszy na ni? przy blasku migotliwej latami, uzna? za stosowne j? przede wszystkim uspokoi?. A poniewa? chwilami zatacza?a si?, zapewne ze zm?czenia, a doro?ki na ulicy nie by?o, wi?c poda? jej r?k? i id?c t?omaczy?, ?e krwotok jeszcze niczego nie dowodzi.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- Krwotok mo?e by? z krtani, z ?o??dka, z nosa, z p?uc rzadko kiedy. Zreszt?, je?eli cz?owiek zawsze by? zdrów, nigdy nie kaszla?&#8230;</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- O, tylko czasami! &#8211; szepn??a pani zatrzymuj?c si? dla nabrania tchu.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- Czasami? to jeszcze nic. Mo?e mie? lekki katar oskrzeli.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- Tak&#8230; to katar! &#8211; powtórzy?a pani ju? g?o?no.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- Zapalenia p?uc nie mia? nigdy?&#8230;</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- Owszem!&#8230; &#8211; odpar?a pani, znowu staj?c. Troch? si? nogi pod ni? chwia?y.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- Tak, ale zapewne ju? dawno?&#8230; &#8211; pochwyci? lekarz.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- O, bardzo&#8230; bardzo dawno!&#8230; &#8211; potwierdzi?a z po?piechem. &#8211; Jeszcze tamtej zimy.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- Pó?tora roku temu.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- Nie&#8230; Ale jeszcze przed Nowym Rokiem&#8230; O, ju? dawno!</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- A!&#8230; Jaka to ciemna ulica, a w dodatku niebo troch? zas?oni?te&#8230; &#8211; mówi? lekarz.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">Weszli do domu. Pani z trwog? zapyta?a stró?a: co s?ycha?? -i dowiedzia?a si?, ?e nic. W mieszkaniu stró?owa tak?e powiedzia?a jej, ?e nic nie s?ycha?, a chory drzema?.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">Lekarz ostro?nie obudzi? go, wybada? i tak?e powiedzia?, ?e to nic.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- Ja zaraz mówi?em, ?e to nic! &#8211; odezwa? si? chory.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- O, nic!&#8230; &#8211; powtórzy?a pani ?ciskaj?c jego spotnia?e r?ce. -Wiem przecie, ?e krwotok mo?e by? z ?o??dka albo z nosa. U ciebie pewnie z nosa&#8230; Ty? taki t?gi, potrzebujesz ruchu, a ci?gle siedzisz&#8230; Prawda, panie doktorze, ?e on potrzebuje ruchu?&#8230;</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- Tak! tak!&#8230; Ruch jest w ogóle potrzebny, ale ma??onek pani musi par? dni pole?y?. Czy mo?e wyjecha? na wie??</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- Nie mo?e&#8230; &#8211; szepn??a pani ze smutkiem.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- No &#8211; to nic! Wi?c zostanie w Warszawie. Ja b?d? go odwiedza?, a tymczasem &#8211; niech sobie pole?y i odpocznie. Gdyby si? za? krwotok powtórzy?&#8230; &#8211; doda? lekarz.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- To co, panie? &#8211; spyta?a ?ona bledn?c jak wosk.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- No, to nic. M?? pani wypocznie, tam si? zasklepi&#8230;</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- Tam&#8230; w nosie? &#8211; mówi?a pani sk?adaj?c przed doktorem r?ce.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- Tak&#8230; w nosie! Rozumie si?. Niech pani uspokoi si?, a reszt? zda? na Boga. Dobranoc.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">S?owa doktora tak uspokoi?y pani?, ?e po trwodze, jak? przechodzi?a od kilku godzin, zrobi?o si? jej prawie weso?o.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- No, i có? to tak wielkiego! &#8211; rzek?a, troch? ?miej?c si?, a troch? pop?akuj?c.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">Ukl?k?a przy ?ó?ku chorego i zacz??a ca?owa? go po r?kach.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- Có? tak wielkiego! &#8211; powtórzy? pan cicho i u?miechn?? si?. -Ile to krwi na wojnie z cz?owieka up?ywa, a jednak jest potem zdrów!&#8230;</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- Ju? tylko nic nie mów &#8211; prosi?a go pani.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">Na dworze zacz??o ?wita?. W lecie, jak wiadomo, noce s? bardzo krótkie.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">Choroba przeci?gn??a si? znacznie d?u?ej, ni? my?lano. M?? nie chodzi? ju? do biura, co mu tym mniej robi?o k?opotu, ?e jako urz?dnik najemny, nie potrzebowa? bra? urlopu, a móg? wróci?, kiedy by mu si? podoba?o i &#8211; o ile znalaz?by miejsce. Poniewa? gdy siedzia? w mieszkaniu, by? zdrowszy, wi?c pani wystara?a si? jeszcze o kilka lekcy j na tydzie? i za ich pomoc? op?dza?a domowe potrzeby.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">Wychodzi?a zwykle do miasta o ósmej rano. Oko?o pierwszej wraca?a na par? godzin do domu, a?eby ugotowa? m??owi obiad na maszynce, a potem znowu wybiega?a na jaki? czas.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">Za to ju? wieczory sp?dzali razem. Pani za?, aby nie pró?nowa?, bra?a troch? wi?cej do szycia.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">Jako? w ko?cu sierpnia spotka?a si? pani z doktorem na ulicy. D?ugo chodzili razem. W ko?cu pani schwyci?a doktora za r?k? i rzek?a b?agalnym tonem:</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- Ale swoj? drog? niech pan do nas przychodzi. Mo?e te? Bóg da!&#8230; On tak si? uspakaja po ka?dej pa?skiej wizycie&#8230;</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">Doktor obieca?, a pani wróci?a do domu jakby sp?akana. Pan te?, skutkiem przymusowego siedzenia, zrobi? si? jaki? dra?liwy i zw?tpia?y. Zacz?? wymawia? ?onie, ?e jest zanadto o niego troskliwa, ?e on mimo to umrze, a w ko?cu zapyta?:</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- Czy nie powiedzia? ci doktor, ?e ja nie prze?yj? kilku miesi?cy?</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">Pani zdr?twia?a.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- Co ty mówisz? &#8211; rzek?a. &#8211; Sk?d ci takie my?li?&#8230; Chory wpad? w gniew.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- Oo, chod??e tu do mnie, o tu!&#8230; &#8211; mówi? gwa?townie, chwytaj?c j? za r?ce. &#8211; Patrz mi prosto w oczy i odpowiadaj: nie mówi? ci doktor?</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">I utopi? w niej rozgor?czkowane spojrzenie. Zdawa?o si?, ?e pod tym wzrokiem mur wyszepta?by tajemnic?, gdyby j? posiada?.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">Na twarzy kobiety ukaza? si? dziwny spokój. U?miecha?a si? ?agodnie, wytrzymuj?c to dzikie spojrzenie. Tylko jej oczy jakby szk?em zasz?y.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- Doktor mówi? &#8211; odparta &#8211; ?e to nic, tylko ?e musisz troch? wypocz??&#8230;</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">M?? nagle pu?ci? j?, zacz?? dr?e? i ?mia? si?, a potem machaj?c r?k? rzek?:</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- No widzisz, jakim j a nerwowy!&#8230; Koniecznie ubrda?o mi si?, ?e doktor zw?tpi? o mnie&#8230; Ale&#8230; przekona?a? mnie&#8230; Ju? jestem spokojny!&#8230;</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">I coraz weselej ?mia? si? ze swoich przywidze?.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">Zreszt? taki atak podejrzliwo?ci nigdy si? ju? nie powtórzy?. ?agodny spokój ?ony by? przecie najlepsz? dla chorego wskazówk?, ?e stan jego nie jest z?ym.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">Bo i z jakiej racji mia? by? z?y?</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">By? wprawdzie kaszel, ale &#8211; to z kataru oskrzeli. Czasami, skutkiem d?ugiego siedzenia, pokazywa?a si? krew &#8211; z nosa. No, miewa? te? jakby gor?czk?, ale w?a?ciwie nie by?a to gor?czka, tylko &#8211; taki stan nerwowy.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">W ogóle czu? si? coraz zdrowszym. Mia? nieprzepart? ch?? do jakich? dalekich wycieczek, lecz &#8211; troch? si? mu brak?o. Przyszed? nawet czas, ?e w dzie? nie chcia? le?y? w ?ó?ku, tylko siedzia? na krze?le ubrany, gotowy do wyj?cia, byle go opu?ci?o to chwilowe os?abienie.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">Niepokoi? go tylko jeden szczegó?.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">Pewnego dnia k?ad?c kamizelk? uczu?, ?e jest jako? bardzo lu?na.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- Czybym a? tak schud??&#8230; &#8211; szepn??.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- No, naturalnie, ?e musia?e? troch? zmizernie? &#8211; odpar?a ?ona. &#8211; Ale przecie? nie mo?na przesadza?&#8230;</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">M?? bacznie spojrza? na ni?. Nie oderwa?a nawet oczu od roboty. Nie, ten spokój nie móg? by? udany!&#8230; ?ona wie od doktora, ?e on nie jest tak znowu bardzo chory, wi?c nie ma powodu martwi? si?.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">W pocz?tkach wrze?nia nerwowe stany, podobne do gor?czki, wyst?powa?y coraz silniej, prawie po ca?ych dniach.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- To g?upstwo! &#8211; mówi? chory. &#8211; Na przej?ciu od lata do jesieni najzdrowszemu cz?owiekowi trafia si? jakie? rozdra?nienie, ka?dy jest nieswój&#8230; To mnie tylko dziwi: dlaczego moja kamizelka le?y na mnie coraz lu?niej?&#8230; Strasznie musia?em schudn??, i naturalnie dopóty nie mog? by? zdrowym, dopóki mi cia?a nie przyb?dzie, to darmo!&#8230;</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">?ona bacznie przys?uchiwa?a si? temu i musia?a przyzna?, ?e m?? ma s?uszno??.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">Chory co dzie? wstawa? z ?ó?ka i ubiera? si?, pomimo ?e bez pomocy ?ony nie móg? wci?gn?? na siebie ?adnej sztuki ubrania. Tyle przynajmniej wymog?a na nim, ?e na wierzch nie k?ad? surduta, tylko paltot.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- Dziwi? si? tu &#8211; mówi? nieraz, patrz?c w lustro &#8211; dziwi? si? tu, ?e ja nie mam sil. Ale? jak wygl?dam!&#8230;</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- No, twarz zawsze ?atwo si? zmienia &#8211; wtr?ci?a ?ona.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- Prawda, tylko ?e ja i w sobie chudn?&#8230;</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- Czy ci si? nie zdaje? &#8211; spyta?a pani z akcentem wielkiej w?tpliwo?ci. Zamy?li? si?.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- Ha! mo?e i masz racj?&#8230; Bo nawet&#8230; od kilku dni uwa?am, ?e&#8230; co?&#8230; moja kamizelka&#8230;</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- Daj?e pokój! &#8211; przerwa?a pani &#8211; przecie? nie uty?e?&#8230;</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- Kto wie? Bo, o ile uwa?am po kamizelce, to&#8230;</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- W takim razie powinny by ci wraca? si?y.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- Oho! chcia?aby? tak zaraz&#8230; Pierwej musz? przecie? cho? cokolwiek nabra? cia?a. Nawet powiem ci, ?e cho? i odzyskam cia?o, to i wtedy jeszcze nie zaraz nabior? si?&#8230;</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">A co ty tam robisz za szaf??&#8230; &#8211; spyta? nagle.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- Nic. Szukam w kufrze r?cznika, a nie wiem&#8230; czy jest czysty. •&#8217;</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- Nie wysilaj?e si? tak, bo a? ci si? g?os zmienia&#8230; To przecie? ci??ki kufer&#8230;</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">Istotnie, kufer musia? by? ci??ki, bo pani a? porobi?y si? wypieki na twarzy. Ale by?a spokojna.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">Odt?d chory coraz pilniejsz? zwraca? uwag? na swoj? kamizelk?. Co par? za? dni wo?a? do siebie ?on? i mówi?:</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- No&#8230; patrzaj?e. Sama si? przekonaj: wczoraj mog?em tu jeszcze w?o?y? palec, o &#8211; tu&#8230; A dzi? ju? nie mog?. Ja istotnie zaczynam nabiera? cia?a!&#8230;</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">Ale pewnego dnia rado?? chorego nie mia?a granic. Kiedy ?ona wróci?a z lekcy j, powita? j? z b?yszcz?cymi oczyma i rzek? bardzo wzruszony:</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- Pos?uchaj mnie, powiem ci jeden sekret&#8230; Ja z t? kamizelk?, widzisz, troch? szachrowa?em. A?eby ciebie uspokoi?, co dzie? sam ?ci?ga?em pasek, i dlatego &#8211; kamizelka by?a ciasna&#8230; tym sposobem doci?gn??em wczoraj pasek do ko?ca. Ju? martwi?em si? my?l?c, ?e si? wyda sekret, gdy wtem dzi?&#8230; Wiesz, co d powiem?&#8230; Ja dzi?, daj? ci naj?wi?tsze s?owo, zamiast ?ci?ga? pasek, musia?em go troch? rozlu?ni?!&#8230; By?o mi formalnie ciasno, cho? jeszcze wczoraj by?o cokolwiek lu?niej&#8230;</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">No, teraz i ja wierz?, ?e b?d? zdrów&#8230; Ja sam!&#8230; Niech doktor my?li, co chce&#8230;</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">D?uga mowa tak go wysili?a, ?e musia? przej?? na ?ó?ko. Tam jednak, jako cz?owiek, który bez ?ci?gania pasków zaczyna nabiera? cia?a, nie po?o?y? si?, ale jak w fotelu opar? si? w obj?ciach ?ony.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- No, no!&#8230; &#8211; szepta? &#8211; kto by si? spodziewa??&#8230; Przez dwa tygodnie oszukiwa?em moj? ?on?, ?e kamizelka jest ciasna, a ona dzi? naprawd? sama ciasna!&#8230;</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- No&#8230; no!&#8230;</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">I przesiedzieli tul?c si? jedno do drugiego ca?y wieczór.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">Chory by? wzruszony jak nigdy.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- Mój Bo?e! &#8211; szepta? ca?uj?c ?on? po r?kach &#8211; a ja my?la?em, ?e ju? tak b?d? chudn?? do&#8230; ko?ca. Od dwu miesi?cy dzi? dopiero, pierwszy raz, uwierzy?em w to, ?e mog? by? zdrów.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">Bo to przy chorym wszyscy k?ami?, a ?ona najwi?cej. Ale kamizelka &#8211; ta ju? nie sk?amie!&#8230;</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">- &#8211; - &#8211; - &#8211; - &#8211; - &#8211; - &#8211; - &#8211; - &#8211; - &#8211; - &#8211; - &#8211; - &#8211; - &#8211; - &#8211; - &#8211; - &#8211; - &#8211; - &#8211; -</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">Dzi? patrz?c na star? kamizelk? widz?, ?e nad jej ?ci?gaczami pracowa?y dwie osoby. Pan &#8211; co dzie? posuwa? sprz?czk?, a?eby uspokoi? ?on?, a pani co dzie? &#8211; skraca?a pasek, aby m??owi doda? otuchy.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">&#8220;Czy znowu zejd? si? kiedy oboje, a?eby powiedzie? sobie ca?y sekret o kamizelce?&#8230;&#8221; &#8211; my?la?em patrz?c na niebo.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">Nieba prawie ju? nie by?o nad ziemi?. Pada? tylko ?nieg taki g?sty i zimny, ?e nawet w grobach marz?y ludzkie popio?y.</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">Któ? jednak powie, ?e za tymi chmurami nie ma s?o?ca?&#8230;</span></p>
<p><span style="font-size: 13.5pt">Potem ?miech zamieni? si? w weso?? rozmow?, potem wielokrotnie powtórzono stówko: &#8220;dobranoc!&#8221; &#8211; i nareszcie wszystko umilk?o. Zbudzony ptak mocniej obj?? palcami ga??zk? i znowu zasn??. I ?ni?o mu si? w g?ówce schowanej pod skrzyd?o, ?e jest, jak niegdy?, ma?ym ptaszkiem i ?e ?pi w gnie?dzie, otulony gor?c? piersi? matki.</span></p>
<p><img width="489" height="28" alt="linia_3" src="http://www.parkigry.com/wp-content/linia12.gif" /></p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal">
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.bajkiopowiadania.com/2006/01/19/kamizelka-boleslaw-prus/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>1</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Katarynka &#8211; Boles?aw Prus</title>
		<link>http://www.bajkiopowiadania.com/2006/01/19/katarynka-boleslaw-prus/</link>
		<comments>http://www.bajkiopowiadania.com/2006/01/19/katarynka-boleslaw-prus/#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 19 Jan 2006 22:48:49 +0000</pubDate>
		<dc:creator>bajkiopowiadania</dc:creator>
				<category><![CDATA[Lektury i literatura szkolna]]></category>
		<category><![CDATA[Nowele]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.bajkiopowiadania.com/nowele/katarynka-boleslaw-prus/</guid>
		<description><![CDATA[KATARYNKA Na ulicy Miodowej co dzie? oko?o po?udnia mo?na by?o spotka? jegomo?cia w pewnym wieku, który chodzi? z placu Krasi?skich ku ulicy Senatorskiej. Latem nosi? on wykwintne, ciemnogranatowe palto, popielate spodnie od pierwszorz?dnego krawca, buty po?yskuj?ce jak zwierciad?a &#8211; i &#8211; nieco wyszarzany cylinder. Jegomo?? mia? twarz rumian?, szpakowate faworyty i siwe, ?agodne oczy. Chodzi? [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p align="center" class="MsoNormal"><strong> </strong><span style="font-size: 12pt; color: #cc9900"><strong>KATARYNKA</strong></span></p>
<p><img width="425" height="20" alt="linia_2" src="http://www.parkigry.com/wp-content/linia15.gif" /></p>
<p><strong>Na ulicy Miodowej co dzie? oko?o po?udnia mo?na by?o spotka? jegomo?cia w pewnym wieku, który chodzi? z placu Krasi?skich ku ulicy Senatorskiej. Latem nosi? on wykwintne, ciemnogranatowe palto, popielate spodnie od pierwszorz?dnego krawca, buty po?yskuj?ce jak zwierciad?a &#8211; i &#8211; nieco wyszarzany cylinder.</strong></p>
<p><strong>Jegomo?? mia? twarz rumian?, szpakowate faworyty i siwe, ?agodne oczy. Chodzi? pochylony, trzymaj?c r?ce w kieszeniach W dzie? pogodny nosi? pod pach? lask?, w pochmurny &#8211; d?wiga? jedwabny parasol angielski.</strong></p>
<p><strong>By? zawsze g??boko zamy?lony i posuwa? si? z wolna Oko?o Kapucynów dotyka? pobo?nie r?k? kapelusza i przechodzi? na drug? stron? ulicy, a?eby zobaczy? u Pika jak stoi barometr i termometr, potem znowu zawraca? na prawy chodnik, zatrzymywa? si? przed wystaw? Mieczkowskiego, ogl?da? fotografie Modrzejewskiej &#8211; i szed? dalej.</strong></p>
<p><strong>W drodze ust?powa? ka?demu, a potr?cony u?miecha? si? ?yczliwie.</strong></p>
<p><strong>Je?eli kiedy spostrzega? ?adn? kobiet?, zak?ada? binokle, aby przypatrze? si? jej. Ale ?e robi? to flegmatycznie, wi?c zwykle spotyka? go zawód.</strong></p>
<p><strong>Ten jegomo?? by? to &#8211; pan Tomasz.</strong></p>
<p><strong>Pan Tomasz trzydzie?ci lat chodzi? ulic? Miodow? i nieraz my?la?, ?e si? na niej wiele rzeczy zmieni?o. To? samo ulica Miodowa pomy?le? by mog?a o nim.</strong></p>
<p><strong>Gdy by? leszcze obro?c?, biega? tak pr?dko, ?e nie uciek?aby przed nim ?adna szwaczka wracaj?ca z magazynu do domu By? weso?y, rozmowny, trzyma? si? prosto, mia? czupryn? i nosi? w?sy zakr?cone ostro do góry Ju? wówczas sztuki pi?kne robi?y na nim wra?enie, ale czasu im nie po?wi?ca?, bo szala? &#8211; za kobietami. Co prawda, mia? do nich szcz??cie i nieustannie by? swatany. Ale có? z tego, kiedy pan Tomasz nie móg? nigdy znale?? ani jednej chwili na o?wiadczyny b?d?c zaj?ty je?eli nie praktyk?, to &#8211; schadzkami. Od Frani szed? do s?du, z s?du bieg? do Zosi, któr? nad wieczorem opuszcza?, a?eby z Józi? i Filk? zje?? kolacj?.</strong></p>
<p><strong>Gdy zosta? mecenasem, czo?o, skutkiem nat??onej pracy umys?owej, uros?o mu a? do ciemienia, a na w?sach pokaza?o si? kilka srebrnych w?osów. Pan Tomasz pozby? si? ju? wówczas m?odzie?czej gor?czki, mia? maj?tek i ustalon? opini? znawcy sztuk pi?knych. A ?e kobiety wci?? kocha?, wi?c pocz?? my?le? o ma??e?stwie. Naj?? nawet mieszkanie z sze?ciu pokojów z?o?one, urz?dzi? w nim na w?asny koszt posadzki, sprawi? obicia, pi?kne meble &#8211; i szuka? ?ony.</strong></p>
<p><strong>Ale cz?owiekowi dojrza?emu trudno zrobi? wybór. Ta by?a za m?oda, a tamt? uwielbia? ju? zbyt d?ugo. Trzecia mia?a wdzi?ki i wiek w?a?ciwy, ale nieodpowiedni temperament, a czwarta posiada?a wdzi?ki, wiek i temperament nale?yty, ale nie czekaj?c na o?wiadczyny mecenasa wysz?a za doktora.</strong></p>
<p><strong>Pan Tomasz jednak nie martwi? si?, poniewa? panien me brak?o. Ekwipowa? si? powoli, coraz usilniej dbaj?c o to, a?eby ka?dy szczegó? jego mieszkania posiada? warto?? artystyczn?. Zmienia? meble, przestawia? zwierciad?a, kupowa? obrazy.</strong></p>
<p><strong>Nareszcie porz?dki jego sta?y si? s?awne. Sam me wiedz?c kiedy, stworzy? u siebie galeri? sztuk pi?knych, któr? coraz liczniej odwiedzali ciekawi. ?e za? by? go?cinny, przyj?cia robi? ?wietne i utrzymywa? stosunki z muzykami, wi?c nieznacznie zorganizowa?y si? u mego wieczory koncertowe, które nawet damy zaszczyca?y swoj? obecno?ci?.</strong></p>
<p><span id="more-51"></span></p>
<p><strong>Pan Tomasz by? wszystkim rad, a widz?c w zwierciad?ach, ?e czo?o przeros?o mu ju? ciemi?, i si?ga w ty? do bia?ego jak ?nieg ko?nierzyka, coraz cz??ciej przypomina? sobie, ?e b?d? co b?d? trzeba si? o?eni?. Tym bardziej, ?e dla kobiet wci?? czu? ?yczliwo??.</strong></p>
<p><strong>Raz, kiedy przyjmowa? liczniejsze ni? zwykle towarzystwo, jedna z m?odych pan rozejrzawszv si? po salonach zawo?a?a:</strong></p>
<p><strong>- Co za obrazy! A jakie g?adkie posadzki! ?ona pana mecenasa b?dzie bardzo szcz??liwa.</strong></p>
<p><strong>- Je?eli do szcz??cia wystarcz? jej g?adkie posadzki &#8211; odezwa? si? na to pó?g?osem serdeczny przyjaciel mecenasa. W salonie zrobi?o si? bardzo weso?o. Pan Tomasz tak?e u?miechn?? si?, ale od tej pory, gdy mu kto wspomnia? o ma??e?stwie, macha? niedbale r?k?, mówi?c:</strong></p>
<p><strong>- Iii!&#8230;</strong></p>
<p><strong>W tych czasach ogoli? w?sy i zapu?ci? faworyty. O kobietach wyra?a? si? zawsze z szacunkiem, a dla ich wad okazywa? du?? wyrozumia?o??.</strong></p>
<p><strong>Nie spodziewaj?c si? niczego od ?wiata, bo ju? i praktyk? porzuci?, mecenas ca?e spokojne uczucie swoje skierowa? do sztuki. Pi?kny obraz, dobry koncert, nowe przedstawienie teatralne by?y jakby wiorstowymi s?upami na drodze jego ?ycia. Nie zapala? si? on, nie unosi?, ale &#8211; smakowa?.</strong></p>
<p><strong>Na koncertach wybiera? miejsca odleg?e od estrady, a?eby s?ucha? muzyki me s?ysz?c ha?asów i nie widz?c artystów. Gdy szed? do teatru, obeznawa? si? wprzódy z utworem dramatycznym, a?eby bez gor?czkowej ciekawo?ci ?ledzi? gr? aktorów. Obrazy ogl?da? wówczas, gdy by?o najmniej widzów, i sp?dza? w galerii ca?e godziny.</strong></p>
<p><strong>Je?eli podoba?o mu si? co?, mówi?:</strong></p>
<p><strong>- Wiecie, pa?stwo, ?e to jest wcale ?adne. Nale?a? do tych niewielu, którzy najpierwej poznaj? si? na talencie. Ale utworów miernych nigdy nie pot?pia?.</strong></p>
<p><strong>- Czekajcie, mo?e si? jeszcze wyrobi! &#8211; mówi?, gdy inni ganili artyst?.</strong></p>
<p><strong>I tak zawsze by? pob?a?liwy dla niedoskona?o?ci ludzkiej, a o wyst?pkach nie rozmawia?.</strong></p>
<p><strong>Na nieszcz??cie, ?aden ?miertelnik nie jest wolny od jakiego? dziwactwa, a pan Tomasz mia? tak?e swoje. Oto &#8211; nienawidzi? kataryniarzy i katarynek.</strong></p>
<p><strong>Gdy mecenas us?ysza? na ulicy katarynk?, przy?piesza? kroku i na par? godzin traci? humor. On, cz?owiek spokojny &#8211; zapala? si?, jak by? cichy &#8211; krzycza?, a jak by? ?agodny &#8211; wpada? w gniew na pierwszy odg?os katarynkowych d?wi?ków.</strong></p>
<p><strong>Z tej swojej s?abo?ci nie robi? przed nikim tajemnicy, nawet t?omaczy? si?.</strong></p>
<p><strong>- Muzyka &#8211; mówi? wzburzony &#8211; stanowi najsubtelniejsze cia?o ducha, w katarynce za? duch ten przeradza si? w funkcj? machiny i narz?dzie rozboju. Bo kataryniarze s? po prostu rabusie!</strong></p>
<p><strong>Zreszt? &#8211; dodawa? &#8211; katarynka rozdra?nia mnie, a ja mam tylko jedno ?ycie, którego mi nie wypada trwoni? na s?uchanie obrzydliwej muzyki.</strong></p>
<p><strong>Kto? z?o?liwy, wiedz?c o wstr?cie mecenasa do graj?cych machin, wymy?li? niesmaczny za? &#8211; i&#8230; wys?a? mu pod okna dwu kataryniarzy. Pan Tomasz zachorowa? z gniewu, a nast?pnie odkrywszy sprawc? wyzwa? go na pojedynek.</strong></p>
<p><strong>A? s?d honorowy trzeba by?o zwo?ywa? dla zapobie?enia rozlewowi krwi o rzecz tak ma?? na pozór.</strong></p>
<p><strong>Dom, w którym mecenas mieszka?, przechodzi? kilka razy z r?k do r?k. Rozumie si?, ?e ka?dy nowy w?a?ciciel uwa?a? za obowi?zek podwy?sza? wszystkim komorne, a najpierwej panu Tomaszowi. Mecenas z rezygnacj? p?aci? podwy?k?, ale pod tym warunkiem wyra?nie zapisanym w umowie, ?e katarynki grywa? w domu nie b?d?.</strong></p>
<p><strong>Niezale?nie od kontraktowych zastrze?e? pan Tomasz wzywa? do siebie ka?dego nowego stró?a i przeprowadza? z nim tak? mniej wi?cej rozmow?:</strong></p>
<p><strong>- S?uchaj no, kochanku&#8230; A jak ci na imi??&#8230;</strong></p>
<p><strong>- Kazimierz, prosz? pana.</strong></p>
<p><strong>- S?uchaj?e, Kazimierzu! Ile razy wróc? do domu pó?no, a ty otworzysz mi bram?, dostaniesz dwadzie?cia groszy. Rozumiesz?&#8230;</strong></p>
<p><strong>- Rozumiem, wielmo?ny panie.</strong></p>
<p><strong>- A oprócz tego b?dziesz bra? ode mnie dziesi?? z?otych na miesi?c, ale wiesz za co?&#8230;</strong></p>
<p><strong>- Nie mog? wiedzie?, ja?nie panie &#8211; odpowiedzia? wzruszony stró?.</strong></p>
<p><strong>- Za to, a?eby? na podwórze nigdy nie wpuszcza? katarynek. Rozumiesz?&#8230;</strong></p>
<p><strong>- Rozumiem, ja?nie wielmo?ny panie.</strong></p>
<p><strong>Lokal mecenasa sk?ada? si? z dwu cz??ci. Cztery wi?ksze pokoje mia?y okna od ulicy, dwa mniejsze &#8211; od podwórza. Paradna po?owa mieszkania przeznaczona by?a dla go?ci. W niej odbywa?y si? rauty, przyjmowani byli interesanci i stawali krewni albo znajomi mecenasa ze wsi. Sam pan Tomasz ukazywa? si? tu rzadko i tylko dla sprawdzenia, czy wywoskowano posadzki, czy starto kurz i nie uszkodzono mebli.</strong></p>
<p><!--more--></p>
<p><strong>Ca?e za? dnie, o ile nie przep?dza? ich za domem, przesiadywa? w gabinecie od podwórza. Tam czytywa? ksi??ki, pisywa? listy albo przegl?da? dokumenta znajomych, którzy prosili go o rad?. A gdy nie chcia? forsowa? wzroku, siada? na fotelu naprzeciw okna i zapaliwszy cygaro zatapia? si? w rozmy?laniach. Wiedzia? on, ?e my?lenie jest wa?n? funkcj? ?yciow?, której nie powinien lekcewa?y? cz?owiek dbaj?cy o zdrowie.</strong></p>
<p><strong>Z drugiej strony podwórza, wprost okien pana Tomasza, znajdowa? si? lokal, wynajmowany osobom mniej zamo?nym. D?ugi czas mieszka? tu stary urz?dnik s?dowy, który spad?szy z etatu przeniós? si? na Prag?. Po nim naj?? pokoiki krawiec; lecz ?e ten lubi? niekiedy upija? si? i ha?asowa?, wi?c wymówiono mu mieszkanie. Pó?niej sprowadzi?a si? tu jaka? emerytka, wiecznie k?óc?ca si? ze swoj? s?ug?.</strong></p>
<p><strong>Ale od ?w. Jana staruszk?, ju? bardzo zgrzybia?? i wcale zasobn?, pomimo jej k?ótliwego usposobienia wzi?li na wie? krewni, a do lokalu sprowadzi?y si? dwie panie z ma??, mo?e o?mioletni? dziewczynk?.</strong></p>
<p><strong>Kobiety utrzymywa?y si? z pracy. Jedna szy?a, druga wyrabia?a po?czochy i kaftaniki na maszynie. M?odsz? z nich i przystojniejsz? dziewczynka nazywa?a mam?, a starszej mówi?a: pani.</strong></p>
<p><strong>I u mecenasa, i u nowych lokatorów okna przez ca?y dzie? by?y otwarte. Kiedy wi?c pan Tomasz usiad? na swoim fotelu, doskonale móg? widzie?, co si? dzieje u jego s?siadek.</strong></p>
<p><strong>By?y tam sprz?ty ubogie. Na sto?kach i krzes?ach, na kanapie i na komodzie le?a?y tkaniny przeznaczone do szycia i k??bki bawe?ny na po?czochy.</strong></p>
<p><strong>Z rana kobiety same zamiata?y mieszkanie, a oko?o po?udnia najemnica przynosi?a im niezbyt obfity obiad. Zreszt? ka?da z nich prawie nie odst?powa?a od swojej turkocz?cej maszyny.</strong></p>
<p><strong>Dziewczynka zwykle siedzia?a przy oknie. By?o to dziecko z ciemnymi w?osami i ?adn? twarzyczk?, ale blade i jakie? nieruchawe. Czasami dziewczynka za pomoc? dwu drutów wi?za?a pasek z bawe?nianych nici. Niekiedy bawi?a si? lalk?, któr? ubiera?a i rozbiera?a powoli, jakby z trudno?ci?. Czasami nie robi?a nic, tylko siedz?c w oknie przys?uchiwa?a si? czemu?.</strong></p>
<p><strong>Pan Tomasz nie widzia? nigdy, a?eby dzieci? to ?piewa?o lub biega?o po pokoju, nie widzia? nawet u?miechu na bledziutkich ustach i nieruchomej twarzy.</strong></p>
<p><strong>&#8220;Dziwne dziecko!&#8221; &#8211; mówi? do siebie mecenas i pocz?? przypatrywa? si? jej uwa?niej.</strong></p>
<p><strong>Spostrzeg? raz (by?o to w niedziel?), ?e matka dala jej ma?y bukiecik. Dziewczynka o?ywi?a si? nieco. Rozk?ada?a i uk?ada?a kwiaty, ca?owa?a je. W ko?cu zwi?za?a na powrót w bukiecik, w?o?y?a go w szklank? wody i usiad?szy w swoim oknie rzek?a:</strong></p>
<p><strong>- Prawda, mamo, ?e tu jest smutno&#8230;</strong></p>
<p><strong>Mecenas zgorszy? si?. Jak mog?o by? smutno w domu, w którym on od tylu lat mia? dobry humor!</strong></p>
<p><strong>Jednego dnia mecenas znalaz? si? w swoim gabinecie oko?o czwartej. W tej godzinie s?o?ce sta?o naprzeciw mieszkania jego s?siadek, a ?wieci?o i dogrzewa?o bardzo mocno. Pan Tomasz spojrza? na drug? stron? podwórza i wida? zobaczy? co? niezwyk?ego, gdy? z po?piechem za?o?y? na nos binokle.</strong></p>
<p><strong>Oto, co spostrzeg?:</strong></p>
<p><strong>Mizerna dziewczynka opar?szy g?ow? na r?ku po?o?y?a si? prawie na wznak w swoim oknie &#8211; i &#8211; szeroko otwartymi oczyma patrzy?a prosto w s?o?ce. Na jej twarzyczce, zwykle tak nieruchomej, gra?y teraz jakie? uczucia: niby rado??, a niby ?al&#8230;</strong></p>
<p><strong>- Ona nie widzi! &#8211; szepn?? mecenas opuszczaj?c binokle. W tej chwili do?wiadczy? k?ucia w oczach na sam? my?l, ?e kto? mo?e wpatrywa? si? w s?o?ce, które zia?o ?ywym ogniem.</strong></p>
<p><strong>Istotnie, dziewczynka by?a niewidom? od dwu lat. W szóstym roku ?ycia zachorowa?a na jak?? gor?czk?; przez kilka tygodni by?a nieprzytomna, a nast?pnie tak opad?a z sil, ?e le?a?a jak martwa, nie poruszaj?c si? i nic nie mówi?c.</strong></p>
<p><strong>Pojono j? winem i bulionami, wi?c stopniowo przychodzi?a do siebie. Ale pierwszego dnia, kiedy j? posadzono na poduszce, zapyta?a matki:</strong></p>
<p><strong>- Mamo, czy to jest noc?&#8230;</strong></p>
<p><strong>- Nie, moje dziecko&#8230; A dlaczego ty tak mówisz? Ale dziewczynka nie odpowiedzia?a: spa? si? jej chcia?o. Tylko nazajutrz, gdy w po?udnie przyszed? lekarz, spyta?a znowu:</strong></p>
<p><strong>- Czy to jeszcze jest noc?&#8230;</strong></p>
<p><strong>Wtedy zrozumiano, ?e dziewczynka nie widzi. Lekarz zbada? jej oczy i zaopiniowa?, ?e trzeba czeka?.</strong></p>
<p><strong>Ale chora im bardziej odzyskiwa?a si?y, tym mocniej niepokoi?a si? swoim kalectwem&#8230;</strong></p>
<p><strong>- Mamo, dlaczego ja mamy nie widz??&#8230;</strong></p>
<p><strong>- Bo tobie oczki zas?oni?o. Ale to przejdzie.</strong></p>
<p><strong>- Kiedy przejdzie?&#8230;</strong></p>
<p><strong>- Nied?ugo. . &#8211; Mo?e jutro, prosz? mamy?</strong></p>
<p><strong>- Za kilka dni, moja dziecino.</strong></p>
<p><strong>- A jak przejdzie, to niech mi mama zaraz powie. Bo mi jest bardzo smutno!&#8230;</strong></p>
<p><!--more--></p>
<p><strong>Mija?y dnie i tygodnie w ci?g?ym oczekiwaniu. Dziewczynka pocz??a ju? wstawa? z ?ó?eczka. Nauczy?a si? chodzi? po pokoju omackiem; sama ubiera?a si? i rozbiera?a powoli i ostro?nie. &#8216; Ale wzrok nie wraca?.</strong></p>
<p><strong>Jednego razu. mówi?a:</strong></p>
<p><strong>- Prawda, mamo, ?e ja mam niebiesk? sukienk??&#8230;</strong></p>
<p><strong>- Nie, dziecko, masz popielat?.</strong></p>
<p><strong>- Mama j? widzi?</strong></p>
<p><strong>- Widz?, moje kochanie.</strong></p>
<p><strong>- Tak jak i w dzie??</strong></p>
<p><strong>- Tak.</strong></p>
<p><strong>- Ja tak?e b?d? widzia?a wszystko za kilka dni?&#8230; Nie, mo?e za miesi?c&#8230;</strong></p>
<p><strong>Ale poniewa? matka nie odpowiedzia?a jej nic, wi?c mówi?a dalej:</strong></p>
<p><strong>- Prawda, mamo, ?e na dworze ci?gle jest dzie??&#8230; A w ogrodzie s? drzewa, tak jak dawniej?&#8230; Czy do nas przychodzi ten bia?y kotek z czarnymi ?apami?&#8230; Prawda, mamo, ?e ja widzia?am siebie w lustrze?&#8230; Nie ma tu lustra?&#8230;</strong></p>
<p><strong>Matka podaje jej lusterko.</strong></p>
<p><strong>- Trzeba patrze? tutaj, o tu, gdzie jest g?adkie &#8211; mówi?a dziewczynka przyk?adaj?c lustro do twarzy. &#8211; Nic nie widz?! -rzek?a. &#8211; Czy i mama nie widzi mnie w lusterku?</strong></p>
<p><strong>- Widz? ci?, moja ptaszyno.</strong></p>
<p><strong>- Jakim sposobem?&#8230; &#8211; zawo?a?a dziewczynka ?a?o?nie. -Przecie je?eli ja nie widz? siebie, to ju? w lustrze nie powinno by? nic&#8230;</strong></p>
<p><strong>A tamta, co jest w lustrze, czy ona mnie widzi, czy nie widzi?&#8230;</strong></p>
<p><strong>Ale matka rozp?aka?a si? i wybieg?a z pokoju.</strong></p>
<p><strong>Najmilszym zaj?ciem kaleki by?o dotyka? r?koma drobnych przedmiotów i poznawa? je.</strong></p>
<p><strong>Jednego dnia przynios?a jej matka lalk? porcelanow?, ?adnie ubran?, za rubla. Dziewczynka nie wypuszcza?a jej z r?k, dotyka?a jej noska, ust, oczu, pie?ci?a si? ni?.</strong></p>
<p><strong>Posz?a spa? bardzo pó?no wci?? my?l?c o swej lalce, któr? u?o?y?a w pude?ku wys?anym wat?.</strong></p>
<p><strong>W nocy zbudzi? matk? szmer i szept. Zerwa?a si? z po?cieli, zapali?a ?wiec? i zobaczy?a w k?ciku swoj? córk? ju? ubran? i bawi?c? si? lalk?.</strong></p>
<p><strong>- Co ty robisz, dziecino? &#8211; zawo?a?a. &#8211; Dlaczego nie ?pisz?</strong></p>
<p><strong>- Bo ju? przecie jest dzie?, prosz? mamy &#8211; odpar?a kaleka.</strong></p>
<p><strong>Dla niej dzie? i noc zla?y si? w jedno i trwa?y zawsze&#8230;</strong></p>
<p><strong>Stopniowo pami?? wzrokowych wra?e? pocz??a zaciera? si? w dziewczynce. Czerwona wi?nia sta?a si? dla niej wi?ni? g?adk?, okr?g?? i mi?kk?, b?yszcz?cy pieni?dz by? twardym i d?wi?cznym kr??kiem, na którym znajdowa?y si? jakie? znaki w p?askorze?bie. Wiedzia?a, ?e pokój jest wi?kszy od niej, dom wi?kszy od pokoju, ulica od domu. Ale wszystko to jako? &#8211; skróci?o si? w jej wyobra?ni.</strong></p>
<p><strong>Uwaga jej skierowa?a si? na zmys? dotyku, powonienia i s?uchu. Jej twarz i r?ce nabra?y takiej wra?liwo?ci, ?e zbli?ywszy si? do ?ciany czu?a o kilka cali lekki ch?ód. Zjawiska odleg?e oddzia?ywa?y na ni? tylko przez s?uch. Przys?uchiwa?a si? wi?c po ca?ych dniach.</strong></p>
<p><strong>Poznawa?a posuwisty chód stró?a, który mówi? piskliwym g?osem i zamiata? podwórko. Wiedzia?a, kiedy jedzie z drzewem ch?opski wózek drabiniasty, kiedy &#8211; doro?ka, a kiedy &#8211; kary wywo??ce ?miecie.</strong></p>
<p><strong>Najmniejszy szelest, zapach, ozi?bienie si? albo rozgrzanie powietrza nie usz?o jej uwagi. Z niepoj?t? bystro?ci? pochwytywa?a drobne te zjawiska i wysnuwa?a z nich wnioski.</strong></p>
<p><strong>Raz matka zawo?a?a s?u??cej.</strong></p>
<p><strong>- Nie ma Janowej &#8211; rzek?a kaleka siedz?c jak zwykle w k?ciku. &#8211; Posz?a po wod?.</strong></p>
<p><strong>- A sk?d wiesz o tym? &#8211; zapyta?a zdziwiona matka.</strong></p>
<p><strong>- Sk?d?&#8230; Przecie? wiem, ?e bra?a konewk? z kuchni, potem posz?a na drugie podwórze i napompowa?a wody. A teraz rozmawia ze stró?em.</strong></p>
<p><strong>Istotnie zza parkanu dolatywa? szmer rozmowy dwu osób, ale tak niewyra?ny, ?e tylko z wysi?kiem mo?na go by?o us?ysze?.</strong></p>
<p><strong>Lecz nawet rozszerzona sfera zmys?ów ni?szych nie mog?a kalece zast?pi? wzroku. Dziewczynka uczu?a brak wra?e? i zacz??a t?skni?.</strong></p>
<p><strong>Pozwolono jej chodzi? po ca?ym domu i to j? nieco uspakaja?o.</strong></p>
<p><strong>Wydepta?a ka?dy kamie? na podwórzu, dotkn??a ka?dej rynny i beczki. Ale najwi?ksz? przyjemno?? robi?y jej &#8211; podró?e do dwu ca?kiem odmiennych ?wiatów: do piwnicy i na strych.</strong></p>
<p><strong>W piwnicy powietrze by?o ch?odne, ?ciany wilgotne.</strong></p>
<p><strong>Przyg?uszony turkot uliczny dolatywa? z góry; inne odg?osy nikn??y. To by?a noc dla ociemnia?ej.</strong></p>
<p><strong>Na strychu za?, szczególniej w okienku, dzia?o si? ca?kiem inaczej. Tam ha?asu by?o wi?cej ni? w pokoju. Kaleka s?ysza?a turkot wozów z kilku ulic; tu skupia?y si? krzyki z ca?ego domu. Twarz jej owiewa? ciep?y wiatr. S?ysza?a ?wiergot ptaków, szczekanie psów i szelest drzew w s?siednim ogrodzie. Tu by? dla niej dzie?&#8230;</strong></p>
<p><strong>Nie do?? na tym. Na strychu cz??ciej ni? w pokoju ?wieci?o s?o?ce, a gdy dziewczynka skierowa?a na nie przygas?e oczy, zdawa?o jej si?, ?e co? widzi. W wyobra?ni budzi?y si? cienie kszta?tów i barw, ale takie niewyra?ne i pierzchliwe, ?e nic przypomnie? sobie nie mog?a&#8230;</strong></p>
<p><strong>W tej w?a?nie epoce matka po??czy?a si? ze swoj? przyjació?k? ? przenios?a si? do domu, w którym mieszka? pan Tomasz. Obie kobiety cieszy?y si? z nowego lokalu, ale dla niewidomej zmiana miejsca by?a prawdziwym nieszcz??ciem.  Dziewczynka musia?a siedzie? w pokoju. Na strych i do piwnicy nie wolno by?o chodzi?. Nie s?ysza?a ptaków ani drzew, a na podwórzu panowa?a straszna cisza. Nigdy tu nie wst?powali handlarze starzyzny ani druciarze, ani ?mieciarki. Nie puszczano bab ?piewaj?cych pie?ni pobo?ne ani dziada, który gra? na klarnecie, ani kataryniarzy.</strong></p>
<p><strong>Jedyn? jej przyjemno?ci? by?o wpatrywanie si? w s?o?ce, które przecie nie zawsze jednakowo ?wieci?o i bardzo pr?dko kry?o si? za domami.</strong></p>
<p><strong>Dziewczynka znowu pocz??a t?skni?. Zmizernia?a w ci?gu kilku dni, a na jej twarzy ukaza? si? wyraz zniech?cenia i martwo?ci, który tak dziwi? pana Tomasza.</strong></p>
<p><strong>Nie mog?c widzie?, kaleka chcia?a przynajmniej s?ucha? wci?? najrozmaitszych odg?osów. A w domu by?o cicho&#8230;</strong></p>
<p><strong>- Biedne dziecko! &#8211; szepta? nieraz pan Tomasz przypatruj?c si? smutnemu male?stwu.</strong></p>
<p><strong>&#8220;Gdybym móg? dla niej co zrobi??&#8221; &#8211; my?la? widz?c, ?e dziecko jest coraz mizerniejsze i co dzie? niknie.</strong></p>
<p><strong>Zdarzy?o si? w tych czasach, ?e jeden z przyjació? mecenasa mia? proces i jak zwykle odda? mu do przejrzenia papiery z pro?b? o rad?. Wprawdzie pan Tomasz nie stawa? ju? w s?dach, ale jako do?wiadczony praktyk umia? wskaza? najw?a?ciwszy kierunek akcji i wybranemu przez siebie adwokatowi udziela? po?ytecznych obja?nie?.</strong></p>
<p><strong>Sprawa obecna by?a zawik?ana. Pan Tomasz im wi?cej wczytywa? si? w papiery, tym bardziej zapala? si?. W emerycie ockn?? si? adwokat. Nie wychodzi? ju? z mieszkania, nie sprawdza?, czy starto kurz w salonach, tylko zamkni?ty w swoim gabinecie, czyta? dokumenta i notowa?.</strong></p>
<p><strong>Wieczorem stary lokaj mecenasa przyszed? z codziennym raportem. Doniós?, ?e pani doktorowa wyjecha?a z dzie?mi na letnie mieszkanie, ?e zepsu? si? wodoci?g, ?e od?wierny, Kazimierz, zrobi? awantur? ze stójkowym i poszed? na tydzie? &#8211; do kozy. Zapyta? w ko?cu: czy pan mecenas nie zechce widzie? si? z nowo przyj?tym stró?em?&#8230;</strong></p>
<p><strong>Ale mecenas, pochylony nad papierami, pali? cygaro, puszcza? kó?ka dymu, a na wiernego s?ug? nawet nie spojrza?.</strong></p>
<p><strong>Na drugi dzie? pan Tomasz jeszcze siedzia? nad aktami; oko?o drugiej zjad? obiad i znowu siedzia?. Jego rumiana twarz i szpakowate faworyty na szafirowym tle pokojowego obicia przypomina?y &#8220;studia z natury&#8221;. Matka ociemnia?ej dziewczynki i jej wspólniczka robi?ca po?czochy na maszynie podziwia?y mecenasa i mówi?y, ?e wygl?da na czerstwego wdowca, który ma zwyczaj od rana do wieczora drzema? nad biurkiem.</strong></p>
<p><strong>Tymczasem -mecenas, cho? przymyka? oczy, nie drzema? wcale, tylko rozmy?la? nad spraw?.</strong></p>
<p><strong>Obywatel X w roku 1872 zapisa? swemu siostrze?cowi folwark, a w roku 1875 &#8211; synowcowi kamienic?. Synowiec twierdzi?, ?e obywatel X by? wariatem w roku 1872, a siostrzeniec dowodzi?, ?e X oszala? dopiero w roku 1875. Za? m?? rodzonej siostry nieboszczyka sk?ada? nie ulegaj?ce w?tpliwo?ci ?wiadectwa, ?e X i w roku 1872, i w 1875 dzia?a? jak ob??kany, a ca?y swój maj?tek jeszcze w roku 1869, czyli w epoce zupe?nej ?wiadomo?ci, zapisa? siostrze.</strong></p>
<p><strong>Pana Tomasza proszono o zbadanie, kiedy naprawd? X by? wariatem, a nast?pnie o pogodzenie trzech powa?nionych stron, z których ?adna nie chcia?a s?ucha? o ust?pstwach.</strong></p>
<p><strong>Gdy tak mecenas nurza? si? w powik?anych kombinacjach, zdarzy? si? dziwny, trudny do poj?cia wypadek.</strong></p>
<p><strong>Na podwórzu, pod samym oknem pana Tomasza odezwa?a si? -katarynka!&#8230;</strong></p>
<p><strong>Gdyby zmar?y X wsta? z grobu, odzyska? przytomno?? i wszed? do gabinetu, aby pomóc mecenasowi w rozwi?zywaniu trudnych zagadnie?, z pewno?ci? pan Tomasz nie dozna?by takiego uczucia jak teraz, gdy us?ysza? katarynk?!&#8230;</strong></p>
<p><strong>I ?eby to przynajmniej by?a katarynka w?oska, z przyjemnymi tonami fletowymi, dobrze zbudowana, graj?ca ?adne kawa?ki! Gdzie tam! jakby na wi?ksz? szykan? katarynka by?a popsuta, gra?a fa?szywie ordynaryjne walce i polki, a tak g?o?no, ?e szyby dr?a?y. Na domiar z?ego, tr?ba, od czasu do czasu odzywaj?ca si? w niej, rycza?a jak w?ciek?e zwierz?.</strong></p>
<p><strong>Wra?enie by?o pot??ne. Mecenas os?upia?. Nie wiedzia?, co my?le? i co pocz??. Chwilami gotów by? przypu?ci?, ?e przy odczytywaniu po?miertnych rozporz?dze? chorego na umy?le obywatela X jemu samemu pomiesza?o si? w g?owie i ?e uleg? halucynacjom.</strong></p>
<p><strong>Ale nie, to nie by?y halucynacje. To by?a rzeczywista katarynka, z popsutymi piszcza?kami i bardzo g?o?n? tr?b?!</strong></p>
<p><strong>W sercu mecenasa, tego wyrozumia?ego, tego ?agodnego cz?owieka, zbudzi?y si? dzikie instynkta. Uczu? ?al do natury, ?e go nie stworzy?a królem dahomejskim, który ma prawo zabija? swoich poddanych, i pomy?la?, z jak? rozkosz? po?o?y?by w tej chwili kataryniarza trupem!</strong></p>
<p><strong>A poniewa? u ludzi tego temperamentu, co pan Tomasz, bardzo ?atwo w gniewnym uniesieniu przechodzi si? od zuchwa?ych projektów do najstraszniejszych czynów, wi?c mecenas skoczy? jak tygrys do okna i postanowi? &#8211; zwymy?la? kataryniarza najgorszymi wyrazami.</strong></p>
<p><strong>Ju? wychyli? si? i otworzy? usta, aby krzykn??: &#8220;Ty&#8230; pró?niaku jaki?!&#8230;&#8221; &#8211; gdy wtem us?ysza? dzieci?cy g?os.</strong></p>
<p><strong>Spojrza? naprzeciwko.</strong></p>
<p><strong>Ma?a niewidoma dziewczynka ta?czy?a po pokoju klaszcz?c w r?ce. Blada jej twarz zarumieni?a si?, usta ?mia?y si?, a pomimo to z zastyg?ych oczu p?yn??y ?zy jak grad.</strong></p>
<p><strong>Ona, biedactwo, w tym domu spokojnym dawno ju? nie do?wiadczy?a tylu wra?e?! Jak pi?knym zjawiskiem wydawa?y si? jej fa?szywe tony katarynki! Jak wspania?ym by? ryk tr?by, która mecenasa ma?o nie przyprawi?a o apopleksj?.</strong></p>
<p><strong>Na dobitk?, kataryniarz widz?c uciech? dziecka zacz?? przytupywa? wielkim obcasem w bruk i od czasu do czasu pogwizdywa? niby lokomotywa przed spotkaniem si? poci?gów.</strong></p>
<p><strong>Bo?e! jak on ?licznie gwizda?&#8230;</strong></p>
<p><strong>Do gabinetu mecenasa wpad? wierny lokaj ci?gn?c za sob? stró?a i wo?aj?c:</strong></p>
<p><strong>- Ja mówi?em temu ga?ganowi, ja?nie panie, ?eby natychmiast wygna? kataryniarza! Mówi?em, ?e od ja?nie pana dostanie pensj?, ?e my mamy kontrakt&#8230; Ale ten cham! Tydzie? temu przyjecha? ze wsi i nie zna naszych obyczajów. No, teraz pos?uchaj &#8211; krzycza? lokaj targaj?c za rami? oszo?omionego stró?a &#8211; pos?uchaj, co ci sam ja?nie pan mecenas powie!</strong></p>
<p><strong>Kataryniarz gra? ju? trzeci? sztuczk? tak fa?szywie i wrzaskliwie jak dwie pierwsze.</strong></p>
<p><strong>Niewidoma dziewczynka by?a upojona.</strong></p>
<p><strong>Mecenas odwróci? si? do stró?a i rzek? ze zwyk?? sobie flegm?, cho? by? troch? blady:</strong></p>
<p><strong>- S?uchaj no, kochanku&#8230; A jak ci na imi??&#8230;</strong></p>
<p><strong>- Pawe?, ja?nie panie.</strong></p>
<p><strong>- Otó?, mój Pawle, b?d? ci p?aci? dziesi?? z?otych na miesi?c, ale wiesz za co?&#8230;</strong></p>
<p><strong>- Za to, a?eby? na podwórze nigdy nie puszcza? katarynek! -wtr?ci? spiesznie lokaj.</strong></p>
<p><strong>- Nie &#8211; rzek? pan Tomasz. &#8211; Za to, a?eby? przez jaki? czas co dzie? puszcza? katarynki. Rozumiesz?</strong></p>
<p><strong>- Co pan mówi?&#8230; &#8211; zawo?a? s?u??cy, którego nagle rozzuchwali? ten niepoj?ty rozkaz.</strong></p>
<p><strong>- A?eby, dopóki si? z nim nie rozmówi?, puszcza? co dzie? katarynki na podwórze &#8211; powtórzy? mecenas wsadzaj?c r?ce w kieszenie.</strong></p>
<p><strong>- Nie rozumiem pana!&#8230; &#8211; odezwa? si? s?u??cy z oznakami obra?aj?cego zdziwienia.</strong></p>
<p><strong>- G?upi?, mój kochany! &#8211; rzek? mu dobrotliwie pan Tomasz.</strong></p>
<p><strong>No, id?cie do roboty &#8211; doda?.</strong></p>
<p><strong>Lokaj i stró? wyszli, a mecenas spostrzeg?, ?e jego wierny s?uga co? towarzyszowi swemu szepcze do ucha i pokazuje palcem na czo?o&#8230;</strong></p>
<p><strong>Pan Tomasz u?miechn?? si? i jakby dla stwierdzenia ponurych domys?ów famulusa wyrzuci? katarynce dziesi?tk?.</strong></p>
<p><strong>Nast?pnie wzi?? kalendarz, wyszuka? w nim list? lekarzy i zapisa? na kartce adresy kilku okulistów. A ?e kataryniarz odwróci? si? teraz do jego okna i za jego dziesi?tk? pocz?? przytupywa? i wygwizdywa? jeszcze g?o?niej, co ju? okrutnie dra?ni?o mecenasa, wi?c zabrawszy kartk? z adresami doktorów wyszed? mrucz?c:</strong></p>
<p><strong>- Biedne dziecko!&#8230; Powinienem by? zaj?? si? nim od dawna..</strong>.</p>
<p><img width="425" height="20" alt="linia_2" src="http://www.parkigry.com/wp-content/linia15.gif" /></p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal">
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.bajkiopowiadania.com/2006/01/19/katarynka-boleslaw-prus/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>1</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Nasz Szkapa &#8211; Maria Konopnicka</title>
		<link>http://www.bajkiopowiadania.com/2006/01/19/nasz-szkapa-maria-konopnicka/</link>
		<comments>http://www.bajkiopowiadania.com/2006/01/19/nasz-szkapa-maria-konopnicka/#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 19 Jan 2006 22:32:57 +0000</pubDate>
		<dc:creator>bajkiopowiadania</dc:creator>
				<category><![CDATA[Dla dzieci]]></category>
		<category><![CDATA[Lektury i literatura szkolna]]></category>
		<category><![CDATA[Nowele]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.bajkiopowiadania.com/nowele/nasz-szkapa-maria-konopnicka/</guid>
		<description><![CDATA[NASZA SZKAPA Zacz??o si? to od starego ?ó?ka, co?my na nim we trzech sypiali. Tego dnia ojciec z?y czego? z rzeki wróci? i siad?szy na ?awie, r?k? g?ow? podpar?. Pyta?a si? matka raz i drugi, co mu, ale dopiero za trzecim razem odpowiedzia?, ?e si? ta robota ko?o ?wiru sko?czy?a i ?e szkapa tylko piasek [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p class="MsoNormal">
<h1 align="center" style="text-align: center"><strong><span style="font-size: 12pt; color: maroon">NASZA SZKAPA</span></strong></h1>
<p><img width="408" height="48" alt="linia_1" src="http://www.parkigry.com/wp-content/linia11.gif" /></p>
<p><strong>Zacz??o si? to od starego ?ó?ka, co?my na nim we trzech sypiali.<br />
Tego dnia ojciec z?y czego? z rzeki wróci? i siad?szy na ?awie, r?k? g?ow? podpar?. Pyta?a si? matka raz i drugi, co mu, ale dopiero za trzecim razem odpowiedzia?, ?e si? ta robota ko?o ?wiru sko?czy?a i ?e szkapa tylko piasek teraz wozi? b?dzie. Zaraz mnie Felek szturchn?? w bok, a matka j?kn??a z cicha.<br />
Mia? ojciec nad wieczorem po doktora i??, ale mu jako? niesporo by?o. Chodzi?, medytowa?, po k?tach poziera?, a? stan?? przed matk? i rzek?:<br />
- Co ch?opakom po ?ó?ku, Anulka? Sypiam ja na ziemi, to? i oni mog?.<br />
Spojrzeli?my po sobie. Dwie z?ote iskry zab?ys?y w siwych oczach Felka. Prawda! Co nam po ?ó?ku? Piotrusia tylko pilnowa? trzeba, ?eby z niego nie spad?.<br />
- Dalej! jazda! &#8211; krzykn?? Felek i zanim matka odpowiedzie? zd??y?a, ju?e?my we trzech siennik na ziemi? ?ci?gn?li, a Fe?ek koz?y wywraca? na nim zacz??.<br />
Po ?ci?gni?ciu wszak?e siennika okaza?o si?, ?e desek w ?ó?ku brakuje dwóch, a bok jeden ze wszystkim od?azi. Nie chcia? tedy &#8220;handel&#8221;, którego mi ojciec zawo?a? kaza?, o ?ó?ku ani gada?, pieni?dze naliczone miedziakami zgarn?? w mieszek, zwi?za? i za cha?at na piersi zasun??. Opu?ci? mu ojciec dziesi?tk?, potem dwie, potem z?otówk? ca??, ale si? ?ydzisko upar?o. Z sieni dopiero brod? do izby wsadzi?, post?puj?c pó? rubla bez siedmiu groszy, je?li mu ojciec i poduszk? sprzeda.<br />
Zawaha? si? ojciec, spojrza? na nas, spojrza? na matk?; wszystkiego razem mia?o by? jedena?cie z?otych.<br />
- Có? ch?opaki? &#8211; zapyta? wreszcie &#8211; obejdziecie si? bez poduszki tymczasem, póki matka chora?<br />
- Ojej&#8217;. &#8211; wrzasn?? Felek przyduszonym g?osem, gdy? w?a?nie na g?owie sta?, a nie zmieniaj?c pozycji poduszk? na izb? cisn??. Chwyci? j? Piotru? i na Felka rzuci?, Felek znów na mnie, a? nam j? .,handel&#8221; z r?k wyrwa?, ?eby?my nie poszarpali.<br />
- Ale bez poszewki! &#8211; odezwa?a si? s?abym g?osem matka.<br />
Natychmiast wyrwali?my &#8220;handlowi&#8221; poduszk?, któr? ju? pod pach? trzyma?- i zacz?li?my i niej poszewk? ?ci?ga?.<br />
Po ?ci?gni?ciu wszak?e poszewki okaza?o si?, ?e poduszka w jednym rogu rozpruta i ?e si? z niej pierze sypie, Znów tedy &#8220;handel&#8221; jedenastu z?otych da? nic chcia?, tylko dziesi?? bez pi?tnastu groszy.<br />
Targ w targ. zgodzi? si? z ojcem na ca?e dwa ruble, ale ?eby mu jeszcze ko?dr? nasz? doda?.<br />
Ojciec spojrza? na matk?. By?a tak os?abion? i blad?, ?e wygl?da?a jak martwa, le??c na wznak, z g??boko zapad?ymi oczami,<br />
- Anulka?&#8230; &#8211; szepn?? ojciec pytaj?co.<br />
Ale matk? chwyci? kaszel, wi?c odpowiedzie? nie mog?a.<br />
- My tam ko?dry, prosz? ojca. nie chcemy! &#8211; krzykn?? Felek. &#8211; My si? tylko o t? ko?dr? co noc bi? musimy. Niech Wicek powie!&#8230;<br />
- Prawda, prosz? ojca! &#8211; potwierdzi?em gorliwie. &#8211; Co noc si? bi? musimy, bo spada&#8230;<br />
&#8220;Handel&#8221; ju? ko?dr? zwin?? i pod pach? wsadzi?. Wybiegli?my za nim z tryumfem na podwórko.<br />
- Wiecie? &#8211; krzykn?? Felek ch?opakom, co tam w klip? grali &#8211; &#8220;handel&#8221; kupi? nasze ?ó?ko, ko?dr? i poduszk?! B?dziemy teraz na ziemi na sienniku spali!&#8230;<br />
- Wielka parada! &#8211; odkrzykn?? blady Józiek od krawca z lewej oficyny. &#8211; Ja ju? dwa lata u majstra na ziemi sypiam i bez siennika nawet.<br />
Zaimponowa? nam. Sypianie takie nie by?o wi?c ju?, wida?, wynalazkiem naszym.</strong></p>
<p><strong><span id="more-50"></span><br />
Tego dnia by? u nas doktor, a ja biega?em a? dwa razy do apteki, bo matce znów by?o gorzej; ale kiedy przyszed? wieczór, to?my ledwie ziemniaki doje?? mogli, tak nam pilno by?o na siennik, który?my sobie u?o?yli w k?ciku za piecem. Felek to nawet z chlebem w r?ku do pacierza kl?kn?? i ogl?daj?c si? raz w raz na siennik, w trzy migi &#8221; Ojcze nasz&#8221; i &#8220;Zdrowa?&#8221; przetrzepa?, tak, ?em ja jeszcze ofiarowania nie zacz??, a on ju? si? w piersi bi? a? dudnia?o w izbie, i tylko katank? zrzuciwszy zaraz si? od pieca po?o?y?. Co prawda, to i ja mia?em my?l, ?eby si? od pieca po?o?y?, ale mi si? ju? z Felkiem zaczyna? nie chcia?o, wi?c go tylko paln??em w ucho i po?o?y?em si? od ?ciany, a Piotrusia to?my mi?dzy siebie wzi?li. Zrazu zdawa?o mi si?. ?e mi g?owa gdzie? z karku ucieka- bom do poduszki nawyk?, ale potem pod?o?y?em sobie ?okie? i dobrze.<br />
- Czym?e ja was, robaki, odziej?? &#8211; rzek? ojciec patrz?c, jake?my si? jeden do drugiego tulili.<br />
Obejrza? si? po izbie, zdj?? z ko?ka swój p?aszcz granatowy i rzuci? go na nas.<br />
Wrzasn?li?my z uciechy i natychmiast powsadzali?my r?ce w r?kawy. Piotru? tylko piszcza? nic mog?c do nich trafi?, ale?my go z g?ow? peleryn? nakryli, wi?c ucich?. Ojciec, nim si? po?o?y?, raz jeszcze podszed? do nas.<br />
- No i có?? Ciep?o wam. b?ki? &#8211; zapyta?.<br />
- Mnie tam ciep?o! &#8211; odpowiedzia?em z g??bi p?aszcza.<br />
- A mnie jak! &#8211; krzykn?? Felek. &#8211; O, prosz? ojca, jak mi to gor?co,<br />
I wystawi? swoje d?ugie, chude nogi, ?eby okaza?, jako o przykrycie nie dba.<br />
Istotnie, przyjemne ciep?o sz?o na nas z. pieca, bo ojciec koksu przed wieczorem przyniós?, ogie? rozpali? i matce herbat? gotowa?. Usn?li?my te? zaraz. Ale nad ranem zrobi?o si? nagle bardzo ch?odno. Poci?gn??em tedy p?aszcz w swoj? stron?. Felek zrazu skurczy? si? przez sen. ale potem i on p?aszcz ci?gn?? zacz??; a gdym nie puszcza?, bo ju?ci? od pieca cieplej jemu ni?eli mnie by?o, sam si? g??biej pod niego wsun?? usi?owa?.<br />
Przy tym wsuwaniu si? musia? jako? nacisn?? Piotrusia, bo malec nagle piszcze? zacz??, a potem si? na dobre rozbecza?.<br />
Matka st?kn??a z cicha raz i drugi.<br />
- Filipie! Filipie!-rzek?a s?abym g?osem-a zajrzyj no do ch?opców, bo Piotru? czego? p?acze&#8230;<br />
Ale ojciec spa?.<br />
- Ch?opcy! &#8211; odezwa?a si? znowu matka &#8211; a czego tam Piotru? p?acze?<br />
- To Felek, prosz? mamy! &#8211; odrzek?em.<br />
- Nieprawda, prosz? mamy, to Wicek! &#8211; zaprzeczy? natychmiast zaspanym g?osem.<br />
Matka ci??ej jeszcze st?kn??a, a gdy malec nie przestawa? p?aka?, zwlok?a si? z ?ó?ka, wzi??a Piotrusia na r?ce i zanios?a go na swoj? po?ciel. Zaraz te? nam si? placu wi?cej zrobi?o, wi?c mi Felek da? sójk? w bok, ja mu te? i odwróciwszy si? od siebie spali?my wybornie do samego rana.<br />
W par? dni potem znowu przyszed? &#8220;handel&#8221;. Nikt go nie wo?a?, ale przyszed? tak, z grzeczno?ci, jak mówi?, dowiedzie? si?, czy matka zdrowsza. Zaraz te? zacz?? chodzi? po izbie, ogl?da? szaf?, sto?ki. Ale ojciec pochmurny by? czego? i gada? wiele z nim nie chcia?.<br />
Nazajutrz &#8220;handel&#8221; znowu przyszed?. Tego dnia mieli?my na obiad ziemniaki z sol? tylko, bo okrasy brak?o; chleb te? si? jako? sko?czy?, a Piotru? do ochrony bez ?niadania poszed?. Mnie ojciec kaza? worek na w?gle szykowa?. Szturchn?? mnie Felek w bok, ?e to niby ciep?o b?dziemy mieli, bo wiatr strasznie po izbie ?wista?, i zaraz my si? roz?mieli. Sta?em ju? z workiem chwil?, ale ojciec zapomnia? wida? o w?glach, bo siedz?c na matczynym ?ó?ku zaduma? si? i w?sy skuba?. Chrz?kn??em raz, nic spojrza? nawet w moj? stron?: chrz?kn??em drugi raz, spojrza?, jakby mnie nie widzia?; a na to w?a?nie &#8220;handel&#8221; wszed? i szaf? targowa? zacz??.<br />
Przest?puj?c z nogi na nog? czeka?em jeszcze chwil?, ale mi okrutnie pilno by?o, bo woda ko?o pompy zamarz?a i Felek polecia? je?dzi?; zaryzykowa?em tedy i chrz?kn??em raz trzeci. Jak si? te? ojciec nie odwróci, ??k nie palnie pi??ci? w stó?! Skoczy?em duchem do sieni, ma?om przez próg nie pad?, a &#8220;handel&#8221; te? wyszed? nie bawi?c i na ?ydka z przeciwka palcem kiwa? zacz??. Ojciec mnie tymczasem zawo?a?, cho? mu si? jeszcze r?ce trz?s?y czego?, szesna?cie groszy odliczy? i po w?gle biec mi kaza?.<br />
Kiedym wróci?, ,,handel&#8221; i ?ydek z przeciwka wynosili szaf?. Ojciec ode drzwi zast?pi?, ?eby du?o mrozu nie nasz?o, matka odwróci?a g?ow? do ?ciany i st?ka?a z cicha.<br />
Usuni?cie szafy z k?ta, gdzie sta?a, jak tylko zapami?ta? mog?, odkry?o nam nowe widoki; przykucn?li?my tedy w?ród nagromadzonych tam ?mieci i rozpocz??y si? poszukiwania. Felek znalaz? guzik blaszany, który sobie zaraz na r?kawie przyszy?, a ja wygrzeba?em patykiem ze szpary du??, zardzewia?? ig?? oraz bo?? krówk? z podkurczonymi pod siebie nó?kami i wyszczerbionym skrzyde?kiem. Natychmiast zacz?li?my na ni? chucha?, ale by?a zdech?a.</strong></p>
<p><strong><!--more--><br />
Za ka?dym z tych odkry? wykrzykiwali?my rado?nie, a ojciec nie móg? nas nap?dzi? do kaszy, któr? nam zgotowa? na obiad i której tylko matka je?? nie chcia?a. Przetrz?sn?li?my nareszcie wszystko, a przekonawszy si?, ?e ju? ?adnych wi?cej skarbów w k?cie nie ma. wymietli?my reszt? ?mieci do sionki.<br />
Teraz dopiero spostrzeg?em, ?e w miejscu, gdzie sta?a szafa, kawa? ?ciany bielszy si? wydawa? ni?eli reszta izby; udzieli?em lej wiadomo?ci Felkowi, a ?e i matka w k?t ten patrzy?a smutnym wzrokiem, wsta? tedy ojciec od kaszy, wyszuka? w skrzynce dwa gwo?dzie i w ów ja?niejszy kawa? ?ciany wbiwszy, powiesi? na nich matczyn? sukni? br?zow? od ?wi?ta i t? drug? modr?, codzienn?, chustk? je pi?knie okry? i z boków obcisn??. Wygl?da?o to bardzo dobrze, a Felek z Piotrusiem zaraz si? &#8220;w chowanego&#8221; bawi? tam zacz?li.<br />
Matce w tych czasach pogorszy?o si? jako?; doktor jej kaza? dobry rosó? i ?wie?e mi?so je??, a cho? p?aka?a na tak? utrat? i jak mog?a ojcu broni?a, to jednak co? przez tydzie? do rze?nika co dzie? lata?em, kupuj?c czasem i ca?e pó? funta.<br />
A ,,handel&#8221; to ju? tak do nas przywyk?, ?e czy go kto wo?a?, czy nie wo?a?, co dzie? cho? przez drzwi zajrza?. Ju? nawet Hultaj, pies stró?a, nie szczeka? na niego. Po szafie kupi? od nas &#8220;handel&#8221; cztery na orzech bejcowane krzes?a, co?my na nich do obiadu siadali. Przy tych krzes?ach to?my mieli uciech?, bo &#8220;handel&#8221; nie móg? wi?cej wzi?? sam jak dwa, a drugie dwa sami?my nie?li a? na Ordynackie.<br />
Na g?owach my z nimi paradowali samym ?rodkiem ulicy, a Felek tak wrzeszcza?; ,,na bok! na bok!&#8221;, ?e a? doro?ki stawa?y. &#8220;Handla&#8221; zostawili?my za sob? het precz, cho? ?ydzisko p?dzi?o za nami krzycz?c, ?e?my rozbójniki, szwarcjury i inne tam takie ?ydowskie wymys?y. Dopiero? na Ordynackiem dalej b?bni? w sto?ki. Rozlatywali si? ludzie, my?leli, ?e ,,sztuki&#8221;; a? przecie nas &#8220;handel&#8221; dopad? i chwyciwszy si? za brod? na ono zbiegowisko przy sto?kach, trzygroszniak nam da?, ?eby?my sobie poszli.<br />
Tak nam ta wyprawa zasmakowa?a, ?e?my si? tylko pytali, co trzeba wynosi?.<br />
Szczególniej Felek coraz mia? nowe pomys?y. Jak tylko wróci? z ochrony zaraz r?ce za plecy zak?ada?, po izbie chodzi? i po k?tach jak taksator patrzy?.<br />
- A mo?e by, prosz? ojca. garnek ?elazny? A mo?e by bali? albo zegar?<br />
- Poszed? precz! &#8211; fukn?? na niego ojciec, który teraz prawie ci?gle by? czego? z?y i smutny.<br />
- Felek! Co ty gadasz? &#8211; odezwa?a si? s?abym g?osem matka, &#8211; A to? by? ty nied?ugo dusz? w ciele przeda??<br />
Ja i Piotru? zacz?li?my tak?e silnie protestowa?.<br />
- Ale!&#8230; Garnek!&#8230; jeszcze czego!&#8230;- A w czym to b?dziemy gotowali kasz? albo i ziemniaki?<br />
- Albo zegar!&#8230;- &#8211; doda? z oburzeniem Piotru?. &#8211; A jak?e b?dziesz bez zegara wiedzia?, kiedy ci si? je?? chce albo spa??&#8230;<br />
- Ojej!&#8230; &#8211; wo?a? Felek z min? sko?czonego libertyna &#8211; ?eby o co, jak o to!&#8230; A ty, czy zegar pokazuje, czy nie pokazuje, to tylko by? ci?gle jad?.<br />
- A ty sklepikarce po bu?ki latasz, ?eby ci &#8220;kadryla&#8221; da?a.<br />
- Nie latam! &#8211; odpar? zaczerwieniwszy si? Felek.<br />
- Latasz!<br />
- Nie latam!<br />
- Owszem, latasz!. Sam widzia?em, jake? &#8220;kadryla&#8221; jad?&#8230;<br />
- Ja &#8220;kadryla&#8221;? Jak Boga kocham, tak nie jad?em!&#8230;<br />
Tu uderzy? si? pi??ci? w piersi, a? echo j?k?o.<br />
- No to chuchnij!&#8230;<br />
Nastawi? si? Felek i chuchn??, a? para posz?a. Z próby tej wyszed? z triumfem. Nic nie zdradza?o spo?ycia &#8220;kadryla&#8221;, a z g??bi zapad?ej brzuszyny doby?a si? tylko czczo?? wielka.<br />
Wszak?e przeg?osowany Felek nie traci? miny. Pewnego dnia obchodz?c izb? i pogl?daj?c po ?cianach, wykrzykn?? nagle:<br />
- A rondel, prosz? ojca! A mo?dzierz! A ?elazko!&#8230;<br />
Struchleli?my, s?uchaj?c. Rondel, mo?dzierz i ?elazko-to by?y niemal klejnoty rodzinne. Na pó?ce wprost drzwi ustawione, b?yszcza?y ol?niewaj?ce z?ote prawie. ?rodkowe miejsce zajmowa? rondel. Jak zapami?ta? mog? nigdym nic widzia?, ?eby si? w tym rondlu co gotowa?o- By?oby to profanacj? po prostu. Co sobot? wszak?e czy?ci?a go matka ceg?? lub popio?em i tak ?wiec?cy sta? z wystawionym na izb? uchem b?yskaj?c w same oczy, gdy si? do stancji wchodzi?o. Przy nim sta? mo?dzierz z t?uczkiem z jednej strony, a ?elazko z drugiej. Mo?dzierz by? rówie?nikiem moim. Kupi? go ojciec, gdym na ?wiat przyszed?, aby matk? uradowa? i dobre jej serce za syna okaza?. ?adnego wszak?e z jednolatków moich w podwórzu, ba, na ca?ej ulicy, nie szanowa?em tak, jak szanowa?em ten mo?dzierz. Matka zdejmowa?a go raz do roku tylko, w Wielki Pi?tek, aby w nim ut?uc cynamon do wielkanocnego placka. Wtedy to zwykle powtarza?o si? to opowiadanie, w którym ja i mo?dzierz byli?my bohaterami, W?a?ciwie ró?nili?my si? tym tylko, ?e mnie przyniós? bocian darmo, a za mo?dzierz trzeba by?o zap?aci?. Nic wi?c dziwnego, ?e istnienie tego mo?dzierza uwa?a?em jako wa?niejsze ani?eli moje w?asne, zw?aszcza patrz?c na poszanowanie, jakiego sta?e u?ywa?, podczas gdy ze mn? ró?nie bywa?o i wówczas, i potem&#8230;<br />
?elazko tak?e nader rzadko zst?powa?o z wy?yn pó?ki na poziom naszego codziennego ?ycia. Matka prasowa?a nim tylko pó?koszulki niedzielne ojca i swoje tiulowe czepki; reszta bielizny sz?a pod maglownic?. Raz nawet o to ?elazko pogniewa?a si? matka ze stró?k?, która je od nas po?yczy? chcia?a.<br />
- Moja pani! -powiedzia?a jej matka bardzo stanowczym g?osem. -<br />
Taki &#8220;porz?dek&#8221; to nie na po?yczki, nie na ludzkie r?ce!&#8230; To kosztuje! To raz na ca?e ?ycie sprawunek!&#8230;<br />
Wszyscy?my przecie? pami?tali, jak na to stró?ka drzwiami trzasn??a jak w sieni j?zyk rozpu?ci?a i jak si? matce z gniewu i z oburzenia r?ce trz?s?y, kiedy nam w chwil? potem chleb na ?niadanie kraja?a. Od tej te? chwili ?elazko niezmiernie posz?o w gór? w moim rozumieniu. Zaliczy?em je nawet w my?li do tych rzeczy, które s? raz na ca?e ?ycie, jak chrzest na przyk?ad, bierzmowanie i granatowy p?aszcz, o którym ojciec te? mówi?, ?e jest raz na ca?e ?ycie. A teraz, patrzcie? pa?stwo. Felek tak o ?elazku mówi?, jakby to by?a warz?chew albo stara miot?a.</strong></p>
<p><strong><!--more--><br />
Spojrza?em na ojca; by?em pewny, ?e si? Folkowi po uszach oberwie. Ale ojciec oczy w ziemi? wbi?. skuba? w?sy. Dobrze jeszcze, ?e matka spa?a na t? chwil?.<br />
Tego dnia nie lata?em po mi?so dla matki. Ko?ci mi tylko ojciec za trojaka kupi? da? i krupnik z nich uwarzy?.<br />
Nazajutrz przyszed? zzi?bni?ty i zacieraj?c skostnia?e r?ce. od proga<br />
zawo?a?:<br />
- Ciesz si?, Anulku! Wis?a tylko patrze? jak pu?ci, bo si? wiatr na zachód obróci?.<br />
Ale matka spojrzawszy na ojca klasn??a w r?ce i a? na po?cieli siad?a.<br />
- Filip&#8217;. &#8211; krzykn??a &#8211; a ko?uch?<br />
Teraz dopiero zobaczy?em, ?e ojciec bez ko?ucha wróci?. Nie mia?em jednak czasu wielce si? rozgl?da?, gdy? ojciec Piotrusia za r?ce chwyci? i siarczystego m?ynka z nim wywin??. Potem g?o?no si? roz?mia?, Piotrusia pu?ci? i na ?ó?ku matczynym siad?szy ?mia? si? a? mu ?zy po twarzy sczernia?ej pociek?y- Otar? je pr?dko r?kawem starego Spencerka.<br />
- I có?. Anulku? Jak ci tam?&#8230; &#8211; zapyta?,<br />
Ale matka na poduszki opad?szy le?a?a jak nie?ywa.<br />
- Filip! &#8211; szepn??a wreszcie z wyrzutem. &#8211; Co ty?&#8230; Ko?uch przeda??&#8230;<br />
- Ko?uch! Ko?uch! &#8211; powtórzy? ojciec. &#8211; No i có? ko?uch?&#8230; Wielka parada ko?uch! Do?? go si? nad?wiga?em przez tyle czasu- A to ci??ki, psianoga, jak m?ynarskie sumienie&#8230; A? l?ej cz?owiekowi, ?e go z siebie zrzuci?!<br />
A gdy matka j?kn??a z cicha, po w?osach j? pog?adzi? r?k? i doda?:<br />
- A te? z ciebie, Anulku, krzywe drewno, ?e lada czego st?kasz&#8230;<br />
By? ko?uch, nie ma, ta i straszna historia! Có? to? Da mi ko?uch je?? albo za mnie komorne zap?aci, albo co? Wiosna za pasem, tylko patrze?, jak rzeka pu?ci, a ja si? tam b?d? w ko?uchy fundowa?&#8230; A to, poczekawszy, i w Spencerze za gor?co b?dzie, jak si? robota otworzy&#8230;<br />
Tego dnia znów by? u nas pan doktor i znów do apteki biega?em.<br />
- Zimno tu jako? &#8211; mówi? pan doktor wychodz?c &#8211; i wilgo? czu?. Trzeba by lepiej pali?&#8230;<br />
I wstrz?sn?? si? otulaj?c krótkim futerkiem. Ojciec s?ucha? ze spuszczon? g?ow?. Ca?y ten dzie? by? ojciec bardzo wesó?; ale równo musia?o mu co? by?, bo jak tylko matka nie patrzy?a na niego, odmienia? si? na twarzy, zwiesza? g?ow?, a oczy to mu si? z siwych a? czarne robi?y, tak? w nich ?a?o?? mia?.<br />
Ca?e pó? puda w?gla kupili?my na odwieczerz w sklepiku i ogie? taki by?, ?e a? hucza?o w piecu. Ojciec law? przysun?? do naszego siennika i siad? sobie na niej, matka te? si? obróci?a, ?eby na ogie? patrze?, i take?my si? wszyscy wygrzali, ?e to ha!<br />
Up?yn??o znów ze dwa tygodnie. Ojciec niewiele co zarobku mia?; a to i w domu roboty by?o do??: tu szmaty upierz, tu straw? uwarz, cho? si? tam i nie zawsze warzy?o, ot, nie jedno, to drugie, a z nas to najwi?cej je?li posy?ka jaka&#8230; Matce le? nie by?o ni lepiej, ni gorzej; wysch?a tylko strasznie i na twarzy zbiela?a jak chusta; ci??kie kaszle te? na ni? przychodzi?y coraz cz??ciej, osobliwie na ?witaniu.<br />
Zagl?da?y czasem s?siadki do izby. dziwuj?c si? matce, ?e taka zmizerowana.<br />
- ?eby ju? albo w t?. albo w t? stron? Pan Jezus da?! &#8211; mówi?a gwo?dziarka do ojca.<br />
- Tfu! &#8211; splun?? ojciec. &#8211; Co tam pani takie rzeczy b?dzie gada?a? Có? to, przykrzy mi si?, czy co? Czy my to tylko na zdrowe czasy przysi?gali sobie, a na te chore to nie? Czy to ona przy kim, nie przy mnie, nie przy moich dzieciach zdrowie straci?a?&#8230;<br />
I na tym si? sko?czy?o.<br />
A mróz trzyma?. Cho? si? i wiatr na zachód obróci?, zimnisko takie by?o w izbie, ?e a? para sz?a- A zel?a?o troch? pod wieczór, to znów ?niegiem miot?o tak, ?e ?wiata wida? nie by?o. Piotru? to ju? i do ochronki nie szed?, tylko za piecem albo w nogach matczynego ?ó?ka siedzia?, taki delikacik! A my z Felkiem pigu?y ze ?niegu robili i walili w siebie na rozgrzewk?.<br />
Jako? si? jednego dnia nie pali?o w piecu. Ojciec matk? przyodzia? derk?, a mnie do s?siadki pos?a? po kawa?ek cukru do zió?ek. Ale s?siadka nie mia?a. Otworzy? tedy ojciec do kuferka, czy jeszcze gdzie nie wytrz??nie jakiej okruszyny, bo matka kaszla?a tak, ?e a? si? w piersiach co? rwa?o. Zaraz my we trzech obst?pili ojca, bo w kuferku bywa?y ró?ne rzeczy, które?my rzadko kiedy widywali. By?y w pude?ku brzytwy ojca, by?y w drugim korale matczyne, by?a czarna jedwabna chustka, co j? ojciec w wielkie ?wi?ta na szyj? wi?za?; by?a szuba matczyna z czerwon? podszewk?, by?a ?ó?ta serweta w kwiaty na stó?, by?a kapa na ?ó?ko z zielonego persu.<br />
Ale tym razem zupe?nie?my si? zawiedli; kuferek by? pusty. W k?tku tylko, w czerwon? chusteczk? zawi?zana, le?a?a kawalerska harmonijka ojca. Ojciec potr?ci? j? raz i drugi, szukaj?c odrobiny cukru, jakby si? ba? j? podnie?? i usun?? z k?tka. Brz?k?a i umilk?a. Ale Felek ju? wsadzi? r?k? do kuferka.<br />
- A harmonijka, prosz? ojca! &#8211; krzykn?? podnosz?c czerwone zawini?tko. &#8211; Nie mo?na by harmonijki?&#8230;<br />
- Felek!&#8230; &#8211; zawo?a? matka s?abym g?osem z ?ó?ka.<br />
Ojciec si? zaczerwieni?. Felkowi chustczyn? z harmonijk? odebra? i w?o?ywszy do kuferka, zamkn?? go na klucz.<br />
Tego dnia bardzo?my d?ugo ?niadania nie jedli: a obiadu to te? nie by?o. My?la?em, ?e mnie ojciec cho? po chleb po?le, ale nie. Piotrusiowi tylko dosta?a si? wczorajsza kromka. Poszli?my z Felkiem do sieni w klasy gra?, bo nam si? d?u?y?o jako?. Druga ju? mo?e by?a albo i trzecia, kiedy matka zawo?a?a mnie do ?ó?ka i rzek?a zm?czonym, przerywanym g?osem:<br />
- Wpadnij no, Wicu?, do maglarki na Szczyg?? &#8211; wiesz?<br />
- Ojej&#8230; Co nie mam wiedzie?&#8230; Pod trzeci&#8230;<br />
- Pod trzeci &#8211; powtórzy?a matka. -To porz?dna kobieta, mo?e kupi ?elazko&#8230;<br />
- ?elazko?&#8230; -powtórzy?em, niepewny, czy dobrze s?ysz?.<br />
- Tylko ?eby dopiero zmierzchem przysz?a, ?eby w podwórzu stró?ka nie widzia?a&#8230; No, id?&#8230;<br />
Chwyci?em czapk?, kiedy mnie zawo?a?a raz drugi:<br />
- Wicu?!&#8230;<br />
Ale kiedym podszed?, popatrzy?a na mnie i rzek?a:<br />
- Nic ju?, nic! Id?&#8230;<br />
By?em we drzwiach, kiedy mnie zawo?a?a raz jeszcze. By?a wpó?podniesiona na ?ó?ku, zapad?e jej oczy otwarte by?y szeroko.<br />
- I mo?dzierz&#8230; &#8211; szepta?a tak cicho, ?em dos?ysza? ledwie.<br />
Skamienia?em. Dozna?em wra?enia, jakby mnie samego sprzedawa? miano.<br />
- Mo?dzierz? &#8211; powtórzy?em te? szeptem nachylaj?c si? ku twarzy matki.<br />
Dysza?a ci??ko, nierówno, w- piersiach s?ycha? by?o ?wist ostry. Nic odpowiedzia?a nic, tylko mnie przytrzyma?a za r?k?. D?o? jej by?a zimna, wilgotna. Dwa czy trzy razy otwar?a usta bez g?osu, po?ó?k?e jej czo?o potem si? okry?o.<br />
Chwyci?a powietrza g??bokim, do westchnienia podobnym oddechem,<br />
- I rondel&#8230; &#8211; szepn??a z wysi?kiem.<br />
- Rondel?&#8230; &#8211; rzek?em równie cichym g?osem.<br />
Skin??a tylko r?k?, g?owa jej opad?a na poduszk?, oczy si? przymkn??y.<br />
Wylecia?em jak oparzony trzymaj?c czapk? w gar?ci. W sieni spotka?em Felka.<br />
- S?ysz, ty! &#8211; krzykn??em mu w ucho. &#8211; I rondel, i mo?dzierz, i ?elazko, wszystko ci het przedajem!<br />
- Siarczyste! &#8211; roz?mia? si? Felek i wyskoczy? w gór? na t? uciech?. trzasn?wszy si? d?oniami po udach. Ten skok to by?a najlepsza sztuka w ca?ym repertuarze jego. Nigdy mu w nim dorówna? nie mog?em. Rzuca? si? w powietrze tak ?atwo, jak ryba w wod?. Zaraz tez we dwóch polecieli?my na Szczyg??, bo Felek ambitny by? i nigdy mi o w?os .przed sob? nie da?.<br />
Ale maglarka nie chcia?a wielce ze mn? gada?- Powiedzia?a, ?e jej rondel niepotrzebny, a mo?dzierz i ?elazko ma swoje. Wyszli?my oburzeni.<br />
- Dzisz bab?! &#8211; krzykn?? Felek. &#8211; Rondel jej niepotrzebny! Taki<br />
rondel jak nasz i jej niepotrzebny.<br />
Z b?yszcz?cymi oczami czeka?a matka, a gdym jej o skutku naszej wyprawy powiedzia?, westchn??a, jakby doznawszy wielkiej jakiej? ulgi.<br />
Przed wieczorem jednak znów mnie zawo?a?a i kaza?a bie?e? po &#8220;handla&#8221;. Wylecieli?my obaj z Felkiem. uszcz??liwieni, ?e si? jeszcze ta sprawa nie ko?czy. &#8220;Handel&#8221; przyszed?, obejrza? ?elazko, obejrza? mo?dzierz, obejrza? rondel i wykrzywiwszy wzgardliwie usta powiedzia?, ?e to wszystko szmelc tylko chyba. ?elazko przepalone, mo?dzierz ma?y, rondel cienki i nitowany z boku&#8230; Za trzy te sztuki razem dawa? dziesi?? z?otych.<br />
Porwa?a si? matka i na ?ó?ku siad?a.<br />
- Co?&#8230; Dziesi?? z?otych?&#8230; Sam mo?dzierz kosztowa? pi?? z?otych i trzyna?cie groszy! A ?elazko!&#8230; A rondel!.,.<br />
- Nu, na szmelc&#8230; &#8211; zacz?? &#8220;handel&#8221;.<br />
Ale nie dopu?ci?a go do s?owa i trz?s?c? si? r?k? drzwi mu pokazywa?a,<br />
- Id?cie!&#8230; Id?cie!&#8230; Niech was moje oczy nie widz?!&#8230; Nie wy jedni na ?wiecie. &#8211; i pos?a?a nas natychmiast po innego &#8220;handla&#8221;, po rudego, co od nas stó? ostatni kupi?.<br />
Lubili?my bardzo tego ?ydka, bo koncepty ró?ne, kupuj?c ów stó?, prawi?, a za odniesienie go na drug? ulic? mnie i Felkowi po orzechu da?. Prawda, ?e Felków by? dziurawy, ale ca?y dzie? na nim gwizda?, ?e to niby kolej odchodzi. Polecieli?my tedy po rudego. Szwargota? na rogu przed sklepikiem z tym pierwszym, który od nas wyszed?. Zaraz jednak worek z butelkami na plecach poprawi? i za nami poszed?.<br />
Ale obejrzawszy mo?dzierz, rondel i ?elazko, dawa? za nic tylko dziewi?? z?otych i szesna?cie groszy; mówi? te?, ?e mo?dzierz to si? i na szmelc nie zda. Matk? a? febra trz?s?a i cho? si? ruszy? prawic nie mog?a na ?ó?ku, wyrwa?a przecie? Rudemu rondel i pu?ci?a go na ziemi?. J?kn?? jak dzwon rozbity.<br />
Dziwnego wra?enia dozna?em s?uchaj?c tego j?ku. Zdawa?o mi si?, ?e j?kn??y w?g?y naszej izby.<br />
Matka zas?oni?a oczy i zacz??a p?aka?.<br />
Nim wieczór przyszed?, by?o u nas jeszcze z pi?ciu &#8220;handlów&#8221;; ale co jeden, to mniej dawa?; cho? o dwa, o trzy grosze, ale mniej. Szwargotali, k?ócili si? mi?dzy sob?. wyrywali sobie mo?dzierz i nasze ?elazko, ha?as by? wi?kszy ni? na Pociejowie.<br />
Felek tylko mnie poszczypywa? z tej uciechy.<br />
- To ci heca! &#8211; wo?a? dusz?c si? od t?umionego ?miechu i dla ul?enia sobie wywin?? pysznego koz?a.<br />
Powynosi?y si? nareszcie ?ydy, zaduchu w izbie narobiwszy; rondel, ?elazko i mo?dzierz sta?y rz?dem przy matce na ?awie. Patrzy?a na mnie wzrokiem smutnym, zm?czonym, os?upia?ym prawie. A gdy mróz coraz wi?kszy na noc bra?. a Piotru?, zwyczajnie b?k niewytrzyma?y, piszcze? zacz??, ?e mu zimno, ?e g?odny, kaza?a mi matka bie?e? do stró?ki i zapyta?, czy ?elazka nie kupi.</strong></p>
<p><strong><!--more--><br />
Ale stró?ka mie zapomnia?a wida? owej matczynej omowy. Od??a si? te? zaraz jak karmelicka bania.<br />
- Jak b?d? mia?a kupowa?, to se nowe kupi?! Co mi tam po starym gracie!<br />
Kiedym to powtórzy? matce, ognie uderzy?y na ni?.<br />
- Nic, to nie! &#8211; zawo?a?a g?osem dr??cym z gniewu. &#8211; Widzicie j?! Grat!&#8230; stary grat!&#8230; Jaka pani! Jak po?yczy?, to jej by?o dobre, a jak kupi?, to stary grat! Poczekaj, ty fl?dro&#8230; j?dzo&#8230;<br />
Zakaszla?a si? i za piersi chwyci?a, ale jej nie by?o co popi? da?, bo zió?ka dawno wysz?y.<br />
- A to ci tyjatr!&#8230; &#8211; szepn?? Felek szczypn?wszy mi? do bol?cego.<br />
- Wicu?! &#8211; odezwa?a si? matka przerywanym g?osem &#8211; biegaj do tego najpierwszego ,,hand1a&#8221;, co dziesi?? z?otych dawa?. Do tego czarnego, wiesz? Niech przychodzi. &#8211; I przymkn?wszy zoczone oczy szepta?a :<br />
- Za psie pieni?dze przedam, zmarnuj?, a tobie, j?dzo, fl?dro, jedna wara od starych gratów na ludzki dobytek wydziwia?&#8230; Nie u?yjesz! Nie u?yjesz!<br />
I umilk?a wyczerpana zupe?nie.<br />
Felek a? si? pi?tami po ?ydkach bi?, tak ze mn? po ?yda lecia?. My?leli?my, ?e go, Bóg wie gdzie, szuka? przyjdzie, a on prawie wprost naszej bramy sta?. r?ce za pas u cha?ata za?o?y? i bokami spluwa?. Zupe?nie jakby czeka? na nas. Kiedy Felek podleciawszy szturchn?? go w ?okie?, b?ysn??y mu oczy zmru?one jak kotu i poci?gn?? nosem. Poszed? za nami pr?dko, skwapliwie. Ale i on teraz wi?cej da? nie chcia?, jak &#8220;równe dziewi?? z?otych&#8221;. To ,,równe&#8221; mówi? takim g?osem jakby do onych dziewi?ciu z?otych przynajmniej z pó? rubla dok?ada?.<br />
Matka znów si? zapali?a na twarzy.<br />
- Cz?owieku! &#8211; krzykn??a. &#8211; A to??e tego nie uby?o. A to??e?cie pierw dziesi?? z?otych dawali! A to??? to samo!<br />
- Nu, to co, ?e to samo? &#8211; odrzek? flegmatyczie &#8220;handel&#8221;. &#8211; Ja si? namy?la?&#8230;<br />
- Dajcie? ju? tak dziesi?? z?otych, jake?cie dawali. Miejcie? sumienie!&#8230;<br />
- Nu. ja sumienie mam! ?eby ja sumienie nie mia?, toby ja o?m z?otych da?, a ?e ja sumienie mam. to ja dam równe dziewi??.<br />
- A ?eby was Bóg ci??ko skara? za moj? krzywd? -j?kn??a matka.<br />
- Co to skara?! &#8211; szarpn?? si? &#8220;handel&#8221;. &#8211; Za co skara??&#8230; Czy ja darmo chc? wzi??? Czy ja plewy daj?? Nu, ja daj? gotowe pieni?dze.<br />
Matka nic ju? nie odpowiedzia?a, twarz jej by?a tak bia?a, jak kr??ek op?atka. Kiedy ?yd liczy? pieni?dze, Felkowi oczy lata?y za ka?d? dziesi?tk?. Co tylko która by?a cho? troch? starta, natychmiast j? z szeregu wyrzuca?, krzycz?c, ?e fa?szywa. ?yd syka? z pocz?tku, potem rozczerwieni? si? tak, jakby go apopleksja tkn?? mia?a, zamierzy? si? raz nawet na Felka, doprowadzony do ostatniej pasji, a? nagle u?miechn?? si?, doby? z kamizelki grosz dobrze sczernia?y i podaj?c go Folkowi rzek?:<br />
- Nu, ty m?dry ch?opiec! Ty urz?dnikiem b?dziesz! Na, tobie na piernik!<br />
Ale Felek grosza me bra?.<br />
- Tu patrzcie, gdzie?cie nie do?o?yli trojaka &#8211; rzek? stukaj?c palcem w kupk? groszaków maj?c? przedstawia? z?otówk?. &#8211; Tu do?ó?cie, a mnie nie zawracajcie piernikami g?owy!<br />
?yd cmoka? coraz silniej z podziwu.<br />
- A kluger Bub &#8211; szepn?? sam do siebie.<br />
Nareszcie doliczyli si? jako?. ?yd z ?oskotem ?elazko, mo?dzierz i rondel do brudnego worka wrzuci?, a mnie matka pos?a?a po w?gle i po chleb.<br />
Kiedy ojciec przyszed?, pali? si? ju? w piecu ogie?, a my popijali?my<br />
kolejno wodziank? z ?elaznego garnczka.<br />
Ojciec w progu przystan??, popatrzy? na ogie?, na nas. potem po izbie spojrza?, a kiedy wzrok jego zatrzyma? si? na opró?nionej pó?ce, spu?ci? oczy i na palcach do ?ó?ka matczynego podszed?.<br />
Nied?ugo jako? potem zel?a?o. Ogromny huk p?kaj?cych lodów na Wi?le s?ycha? by?o nocami. W?giel jednak ci?gle?my jeszcze kupowali, bo wilgo? w izbie by?a taka. ?e si? po ?cianach s?czy?o.<br />
Stancja nasza wypró?ni?a si? do czysta.<br />
- Na glanc&#8230; -jak mówi? Felek.<br />
Posz?a gorsza matczyna suknia, poszed? zegar, posz?a balia, a kiedy i p?aszcz ojca granatowy poszed?, straci?em zupe?nie wiar? w te rzeczy, które s? ,,raz na ca?e ?ycie&#8221;, zw?aszcza po niedawnym do?wiadczeniu z ?elazkiem.<br />
Chodzili?my teraz po pustej izbie, jakby po ko?ciele, a Felek huka? z?o?ywszy przy ustach d?onie, ?eby mu echo odpowiada?o. Pan doktor wszak?e przychodzi? do matki, a i do apteki lata?em. Garnek ?elazny te? jeszcze by?. ale?my rzadko kiedy obiad gotowali; uwarzy?o si? ziemniaków na rano. to i na wieczór by?y. a w po?udnie to?my latali za kotami gospodarza, bo okrutnie po dachach wrzeszcza?y.<br />
Jednego razu ojciec u kuferka na ziemi przysiad?, otworzy? go i d?ugo medytowa? nad nim.<br />
A by?a tego dnia du?a odwil?. Z dachów ciek?o, wróble si? dar?y, a s?o?ce pierwszy raz tej zimy do naszej suteryny zajrza?o. Ale matce by?o znowu gorzej. Ca?? noc kaszel j? m?czy?, a pi? to wo?a?a wi?cej ni? pi?? razy. Lekarstwa nie by?o. Felek wspi?? si? na palce i ojcu przez rami? patrzy?, My?la?, ?e Bóg wie, co zobaczy, a tymczasem nic. Ojciec tylko g?ow? kiwa?, w?sy skuba? i patrzy? w milczeniu na czerwone, le??ce na dnie zawini?tko. Si?gn?? wreszcie po nie, harmonijk? wyj?? i siad?szy na matczyny m ?ó?ku gra? zacz??.<br />
Matka o?ywi?a si? nieco s?uchaj?c, kaza?a sobie Piotrusia poda? do<br />
?ó?ka, a i my stan?li?my w pobli?u.<br />
Zrazu gra? ojciec weso?o, a graj?c tak mówi? do matki:<br />
- Pami?tasz. Anulka, Bielany? Pami?tasz, jak my si? to poznali? Jakem ci to przygrywa? id?cy?<br />
- Pami?tam, serce &#8211; rzek?a matka z cicha.<br />
- Albo to, pami?tasz?&#8230; To ci by?o w Trójc?, na odpu?cie, na Solcu&#8230;<br />
- Pami?tam &#8211; szepn??a matka.<br />
- T?gi sztajer&#8217;! &#8211; mrukn?? do mnie Felek szturchn?wszy mnie pod ?ebro.<br />
- Mia?a? wtedy t? ró?ow? w kratk? sukni? i okrutnie mi si? potem bez ciebie cni?o, co? ze trzy dni &#8211; mówi? ojciec mi?kkim g?osem. &#8211; A to Anulka?&#8230;<br />
- Tego nic wiem&#8230;<br />
- Jak nie wiesz?&#8230; To przecie by?o na Woli, co my tam ze szwagrem poszli, com to kuflem cisn?? w tego Niemca, ?e si? do ciebie przysiad?&#8230;<br />
- A prawda!&#8211;. -o szepn??a matka.<br />
Ojciec gra? dalej. Harmonijk? na kolanie trzyma?, rozci?ga? j? i zesuwa?, a po klapeczkach drobniutko palcami przebiera?.<br />
Jak ?yj?, nie s?ysza?em pi?kniejszej muzyki.<br />
- Anulka! A to?&#8230; Jak?e?&#8230;<br />
- Pami?tam, Filipku! &#8211; mówi?a matka &#8211; to by?o tej niedzieli, kiedy? na zapowiedzie da?. W Czerniakowie my byli z nieboszczk? matk?&#8230;<br />
- Po miesi?cu?my ju? wracali -doda? ojciec. -Grali?my w zielone&#8230;<br />
- A jak wtedy bez pachnia?!&#8230; A co s?owików ?piewa?o&#8230;<br />
- A jaka ty wtedy ?liczna by?a&#8230; Jak ta ró?a w kwiecie&#8230;<br />
Felek szturchn?? mnie w ?ebro.<br />
- A jak ty wtedy gra?. serce&#8230; Jak ty gra?&#8230;<br />
U?miechn??a si?, westchn??a, zdawa?a si? zasypia?.<br />
Ojciec i teraz gra? ?licznie. Z pocz?tku weso?o, ra?nie, jak gdyby do ta?ca same nogi nam podrygiwa?y. Potem jakby si? do tej weso?o?ci co przymiesza?o, coraz smutniej, coraz smutniej, jakoby do p?aczu, tak ?e i Felek pi??ci? oczy raz i drugi wytar?; a? rozci?gn?? ojciec harmonijk? raz ze stron obu i doby? z niej g?os tak ?a?osny, jak na organach, kiedy umar?emu graj?.<br />
Matka spa?a. Cz?sto na ni? teraz przychodzi? sen taki, jakby nagle kto makiem oczy jej posypa?. A budzi?a si? potem os?ab?a, blada, z zimnym potem na wychud?ej twarzy.<br />
Posiedzia? tedy ojciec ze zwieszon? g?ow?, posiedzia?, po czym westchn?wszy wsta?, harmonijk? w ow? czerwon? chustczyn? owin??, pod pach? j? wsadzi?, a nasun?wszy czapk?, na palcach wyszed?.<br />
Kiedy?my si? we trzech na sienniku pod matczyn? chustk? znale?li, mtr?ci? mnie Felek w bok i rzek? pó?g?osem:<br />
- Wicek!<br />
- A co?<br />
- Wiesz?&#8230; Stary to ci p?aka? przy tym graniu!<br />
- E-e-e&#8230;<br />
- Dalibóg! &#8211; przysi?g? Felek paln?wszy si? pi??ci? w piersi, a? mu w nich co? j?k?o. &#8211; Przeciem nie ?lepy, widzia?em&#8230; Tylko mu te ?zy po w?sach kipia?y&#8230;<br />
- A có? chcesz! &#8211; doda? po chwili -jak sobie cz?owiek tak wszystko jedno po drugim rozpomni&#8230;<br />
Westchn?? ci??ko, pole?a? chwil? cicho i na bok si? do pieca obróci?; zaraz potem us?ysza?em jego chrapanie. Ojciec tego wieczora pó?no do domu wróci?, ale przyniós? matce lekarstwo, ogie? rozpali? i zrobi? herbaty. D?ugo tej nocy usn?? nie mog?em, a w g?owie ci?gle mi co? gra?o, to smutno, to weso?o. ?ni?y mi si? te? ró?no?ci do bia?ego rana. A to ?e ogród jest w izbie i ?e bez na piecu kwitnie, a to ?e w&#8217; sieni s?owiki ?piewaj?, a to ?e na ?cianie, tam gdzie dawniej zegar wisia?, teraz stoi srebrny ksi??yc w pe?ni&#8230;<br />
Kiedym si? obudzi?, Felek ju? sta? na sienniku i zapina? pasek na opadaj?cych go porci?tach. Przez otwart?, srodze po?atan? koszul? stercza?y mu wychudzone ?ebra, z ko?nierza wychyla?a si? szyja cienka jak u wróbla, a niezmiernie chude nogi czyni?y go znacznie wy?szym, ni?li by? w istocie.<br />
- Felek! &#8211; zawo?a?em. &#8211; Có?e? ty tak jak tyka przez ten miesi?c urós??<br />
- G?upi! &#8211; roz?mia? si? Felek, &#8211; Ja tylko si? wyci?gam, ?eby brzuch mniejszy by?.<br />
Wyci?gn?? si? przede mn? jak struna.<br />
- A co? &#8211; zapyta?.<br />
- A to wygl?dasz jak ?led? marynowany.<br />
- To dobrze! &#8211; zawo?a? Felek. &#8211; Wal? na pajaca.<br />
A kiedym si? ?mia?:<br />
- A co? &#8211; rzek? &#8211; z?y chleb, my?lisz?<br />
I trzasn?wszy si? r?kami po udach w gór? wyskoczy?, koz?a w powietrzu przewróci?, po czym na cztery ?apy jak kot cicho pad?.<br />
- Wiesz? &#8211; rzeki &#8211; to przez tego p?draka takem si? wyci?gn?? i wskaza? g?ow? na Piotrusia, który zwykle najwcze?niej si? budzi? i do garnka patrze? szed?, czy tam czego od wczoraj nie znajdzie.<br />
- Jak idziem do ochrony &#8211; mówi? dalej Felek &#8211; to ci ca?? drog? skomli, ?e g?odny. Musz? ci mu co dzie? pó? mego chleba fasowa?, ?eby cicho by?.<br />
- E-e-e? &#8211; zapyta?em niedowierzaj?co, czuj?c, ?e ja bym si? mo?e na bohaterstwo takie nie zdoby?.<br />
- Jak Pana Boga kocham! &#8211; przysi?g? si? natychmiast Felek, grzmotn?wszy si? ku?akiem w suche jak szczapa piersi.<br />
I patrz?c na Piotrusia, który na swoich krótkich, pa??kowatych nogach, z du?ym, rozd?tym ziemniakami brzuchem przez izb? si? toczy?, wybuchn?li?my obydwaj szalonym, niepowstrzymanym ?miechem.<br />
- Czego wy si? tam tak ?miejecie, ch?opcy? &#8211; zapyta?a s?abym g?osem matka.<br />
- A to z Piotrusia &#8211; odrzek? Felek &#8211; ?e taki gruby&#8230;<br />
- Gdzie on tam gruby, biedaczysko! Z czegó? by on by? gruby! &#8211; mówi?a matka. &#8211; Piotru?! &#8211; doda?a. &#8211; A pójd??e do mamy, sieroto,<br />
I u?miechn??a si? do niego, g?aszcz?c go po g?owie, podczas kiedy my obaj dusili?my si? od ?miechu z tej &#8220;hecy&#8221; -jak mówi? Felek.<br />
Weso?o?? nasza jednak wkrótce zas?pion? zosta?a.<br />
- Wiesz co, Anulku? &#8211; rzek? tego dnia ojciec, siadaj?c na matczynym ?ó?ku. &#8211; Trza b?dzie chyba szkap? mi?dzy ludzi pu?ci?.<br />
- Szkap?? &#8211; zawo?a?a matka i a? si? na ?ó?ku podnios?a. &#8211; Bój si? Boga, Filip! A to? nas ona wszystkich ?ywi!&#8230;<br />
Ojciec si? ci??ko na r?ku wspar? i w?sy w milczeniu skuba?.<br />
- ?ywi albo i nie?ywi! &#8211; odezwa? si? po chwili. -Z kacierzem na rzece si? nie poka?, woda rwie tak. ?e to ha! Ko?o ?wiru nijakiej roboty nie ma. piasku te? licho co odchodzi, na plecach by to cz?owiek rozniós?, a tu na ka?dy dzie? sieczki kup, a i otr?b cho? z garstk?, bo? to owsa nie uwidzi w ??obie; tera pomieszczenie, tera ?ció?ka, a wszystko drogo.<br />
Matka j?kn??a tylko.<br />
Struchleli?my s?uchaj?c. Piotru? oczy na ojca wytrzeszczy? i otworzy? usta; ja sta?em jakby skamienia?y.<br />
Dopiero Felek taka mi sójk? w buk wsadzi?, ?e mnie a? zamroczy?o.<br />
- S?yszysz. Wicek! &#8211; krzykn?? mi w samo ucho.<br />
A to??em nie g?uchy! &#8211; hukn??em mu w ucho g?o?niej jeszcze.<br />
I zaraz my wylecieli do sieni, bo nas taka ?a?o?? zdj??a, ?e tylko si? za ?by drze?.<br />
Szkap? kochali?my niezmiernie. Jak tylko zapami?tam, na ?wiecie zawsze by? ojciec, matka i szkapa. Felka potem dopiero bociany przynios?y, Piotrusia tako?: ale szkapa nale?a?a do rz?du tych istot, które zawsze s?, bo s?. Wyobrazi? sobie po prostu nie mog?em ani jej pocz?tku, ani te? jej ko?ca. Szkapa nale?a?a do nas, a my do niej: ani my od niej ani ona od nas ni? mog?a si? od??czy?. By?o to tak naturalnym, ?em zgo?a nie pojmowa? innego porz?dku rzeczy. Kogo by tam brak?o w naszej gromadce, to by brak?o, ale nigdy szkapy. To? to by?a ca?a<br />
nasza uciecha.<br />
Kiedy ojciec z rzeki do domu wraca?, wybiegali?my &#8211; gdzie! a? w pó? drogi, byle pr?dzej szkap? zobaczy?. Co który mia?, to jej niós? i do pyska wtyka?: kawa?ek chleba, ziemniak, znalezion? w podwórzu skórk? z cytryny&#8230;<br />
I szkapa nas kocha?a bardzo. Z daleka ju? r?a?a ku nam i przy?piesza?a kroku, strzyg?c rado?nie uszami, a kiedy?my j? po szyi, po bokach klepali, rozumia?a wybornie t? pieszczot? i zwiesiwszy ?eb swój ci??ki, skuba?a nas po w?osach, po kurtkach Piotru? zw?aszcza by? jej ulubie?com; po prostu r?a?a na ojca, ?eby go wzi?? z sob?.<br />
Kiedy j? ojciec wyprz?g?, zaczyna?a si? dopiero heca. Natychmiast Felek wskakiwa? na jej grzbiet ko?cisty, od starego chom?ta obdarty, i podczas kiedy szkapa zanurza?a swój ?eb ogromny w g??binach uwi?zanego jej u karku worka z chud? sieczk?, on. przykl?kn?wszy na jedno kolano lub stan?wszy na jednej nodze, wywija? czapk? i krzycza?:<br />
- A to jest s?awny je?dziec z suteryny, co nigdy nie traci miny! Nazywa si? Feliks Mostowiak, herbu gnat! Ja chudy, ale chwat! Kto da wi?cej?&#8230; Na to &#8220;kto da wi?cej&#8221; &#8211; wybuchali?my tak piekieln? wrzaw?, ?e a? ludzie wybiegali z oficyny.<br />
Po Felku gramoli? si? na szkap? Piotru?, ale?my go ledwie podsadzi? mogli, tak go przewa?a?a rozd?ta brzuszyna. Szkap? z Piotrusiem oprowadzali?my w tryumfie po podwórzu, nie dawszy jej spokojnie sieczki owej spo?y?, a Felek znów wywija? czapk? i wrzeszcza?:<br />
- A to jest Piotru? herbu szczur! Ma dwie laty i osiem dziur! Dwóch<br />
z?bów nie ma na przedzie i na szkapie jedzie!&#8230; Kto da wi?cej?&#8230;<br />
Sk?d on tu to &#8220;kto da wi?cej&#8221; przyczepi?, nigdym odgadn?? nie móg?: Felek sam utrzymywa?, ?e to ju? tak jedno do drugiego pasuje. I znów wybuchali?my szata?sk? wrzawa, jakby nas nie trzech, ale ze trzydziestu by?o.<br />
- Przypatrzta si?. moi ludzie &#8211; mówi?a stoj?c we drzwiach t?usta sklepikarka &#8211; co te? te bestie ch?opaki Mostowiaków nie wyprawiaj? z t? koby??! A to? to czyste ma?py z &#8220;meranzieryi&#8221;.<br />
I chwyta?a si? za boki, trz?s?c od ?miechu, a? jej oczy w t?ustej twarzy<br />
zupe?nie gin??y.<br />
- Oj, batem, batem &#8211; skrzecza?a chuda kucharka z drugiego pi?tra. &#8211; Ma tu dobrze na ?wiecie by?, ma tu Pan Bóg b?ogos?awi?, kiedy to ledwo od ziemi odro?nie, a ju? si? rozpusty chwyta! Nie poszed?by to jeden z drugim do roboty, do &#8220;rzemies?a&#8221;, do ksi??ki? W g?b? to co wetkn?? nie ma, a tak? sodom?-gomor? po ?wiecie robi!<br />
A Felek nu? si? w lewo i w prawo k?ania?, nu? chudej kucharce od ust buziaki posy?a?, a? baba w najwi?kszej pasji trzasn??a lufcikiem i z okna posz?a.<br />
Do szkapy odnosili?my wszystkie sprawy ?ycia, o jej wzgl?dy i ?aski ubiegali?my si? jeden przed drugim. Ona by?a ostatni? instancj? w naszych sporach.<br />
Korzysta? z tego Piotru? niecnota i, kiedy si? za pokrzywdzonego przez nas mia?, nie mówi? ,,powiem ojcu&#8221; albo &#8220;powiem mamie&#8221;, ale ,,powiem szkapie&#8221;.<br />
Tej pogró?ki nie lekcewa?yli?my bynajmniej; i cz?sto g?sto dosta? Piotru? jaki k?sek, szczególniej od Felka, byle tylko &#8220;nie powiada? szkapie&#8221;.<br />
Nie mogli?my bowiem znie??, kiedy tak patrzy?a na nas smutnie jednym okiem swoim, podczas kiedy na drugim, ?lepym i zbiela?ym, powieka o siwej rz?sie podnosi?a si? i opada?a z wolna, jak gdyby z wyrzutem&#8230;</strong></p>
<p><strong><!--more--><br />
- S?ysz, Wicek! &#8211; mawia? Felek. &#8211; Co ta szkapa takiego w tym ?lepiu ma, co tak ?widruje?&#8230; A to bym ci wola?, ?eby mnie ojciec paskiem przemierzy?, ni? kiedy ona tak patrzy. Do samego ci hunoru cz?owiekowi si?ga&#8230;<br />
Szkap? czy?cili?my co dzie?. Ale nigdy nie obesz?o si? przy tym bez bijatyki o szczotk? i zgrzeb?o. Co?my jej wtedy sier?ci nadarli! Co?my napl?tali grzywy! Sta?a jednak szkapa cierpliwie, zmru?ywszy zdrowe oko, i tylko od czasu do czasu macha?a wype?z?ym ogonem, jakby si? ogania?a od b?ków.<br />
Zaraz po Wielkiej Nocy zaczyna?o si? p?awienie szkapy. Jeszcze woda zimna by?a jak lód, a my ju? zawijamy porci?ta i dalej do rzeki. Jaki by? tryumfalny pochód! Ch?opaki z ca?ej ulicy chcieli i. nami lecie?, ale?my ich odp?dzali biczem.<br />
Dopiero? szkap? wod? chlusta?, dopiero? jej p?ciny i boki wyciera?, dopiero? jej przygwizdywa?, jake?my to u ojca s?yszeli. Najwi?ksza bieda by?a kiedy szkapa dla uwolnienia si? od nas i naszej opieki par? kroków w wod? dalej posz?a.<br />
- Utopi si?! utopi! &#8211; wrzeszcza? Piotru? i a? sinia?, i przysiada? na ziemi? obu si? r?kami brzucha w?asnego trzymaj?c. Brn?li?my tedy po ni? i za ogon ku brzegowi ci?gn?li, po czym zziajani, zm?czeni, wracali?my do domu, szkapa naprzód, my za ni?, mokrzy, ociekaj?cy wod? jak topielcy.<br />
I t? to nasz? kochan? szkap? ojciec by przeda? mia??<br />
By?o to w naszym rozumieniu co? jakby sko?czenie ?wiata.<br />
Zaraz te? wyleciawszy do sieni, paln??em Felka w ucho, on mnie na odlew w kark, ja znów nie bawi?cy grzmotn??em go w plecy, on znów mnie pi??ci? w bok, a? mi ?wieczki w oczach stan??y. Za czym my si? oba za czupryny chwycili i spl?tali jak k??bek, potoczyli razem do progu. A taka w nas ?a?o?? by?a, taka z tej ?a?o?ci srogo??, ?e ?aden pary nie pu?ci!, me pisn?? nawet.<br />
Zaraz te? nam si? po tej dzierce l?ej na sercu sta?o.<br />
Ju?e?my do izby wrócili, bo zimnisko ze dworu gna?o, a ojciec precz jeszcze perswadowa? matce:<br />
- Tera ci si? za ni? siaki taki grosina we?mie; a jak przychudnie, bo? ju? i sieczki ujmuj?, to kto co za ni? da? Có?. Anulka! Jak se my?lisz, serce? Matka westchn??a ci??ko.<br />
- I có? ja se mam my?le?, mój Filipie?&#8230; My?l?, ?e nas Bóg ci??ko dotkn?? t? chorob?. My?l?, ?em ci si? kamieniem u szyi sta?a i do dna ci? ci?gn?&#8230; O tych sierotach my?l?&#8230;<br />
Zakry?a oczy r?k? i zaszlocha?a g?o?no. Ojciec ca?owa? j? po g?owie.<br />
- Anulka!&#8230; Serce!&#8230; Anulka!&#8230; &#8211; powtarza?, a? nagle sam rykn?? p?aczem.<br />
- Siarczyste!&#8230; &#8211; mrukn?? za mn? Felek wycieraj?c oczy ku?akiem. Kilka dni min??o, a o sprzedaniu szkapy nie by?o jako? mowy.<br />
Matka mia?a si? coraz gorzej. Jej ci??ki, chrypi?cy kaszel z twardego snu dzieci?cego po nocach nas budzi?. Raz w raz te? zasypia?a we dnie i mimo ?e si? nagle ciep?o na ?wiecie zrobi?o, febra j? chwilami trz?s?a, a? z?by szcz?ka?y. Ojciec chodzi? po izbie zgarbiony, ?ó?ty, jakby mu z dziesi?? lat ?ycia przyby?o, a r?k? na nas tward? mia? i o byle co do czubów nam si?ga?, ale ?e?my si? tam wiele nic nastr?czali, du?? cz??? dnia sp?dzaj?c w stajence.<br />
Od kiedy zagrozi?a nam mo?no?? utracenia szkapy, sta?a si? nam ona podwójnie drog?. Rozrzewnia?o nas teraz ka?de jej parskni?cie, ka?de ruszenie ogonem.<br />
- O&#8230; je! &#8211; wo?a? Piotru? wpatrzony w ni? z zachwytem, gdy zanurza?a w ??obie ?eb swój wielki, a podniós?szy go ?u?a go?? sieczk?, mru??c zdrowe oko.<br />
- O&#8230; pije! &#8211; wola?, gdy ?eb wsadza?a do starego wiaderka, aby ??opn?? raz i drugi wody któr??my jej przynosili w?asnor?cznie.<br />
Ja i Felek siadali?my z obu jej stron na ??obie i machaj?c nogami przygl?dali?my si? ca?ymi godzinami ka?demu jej ruchowi.<br />
Ziemniaki nawet, które?my teraz ju? co dzie? bez okrasy mieli, tu?my przynosili, aby razem ze szkap? obiad je??. chocia? dzieli? si? z ni? nie by?o czym. bo nam samym jako? si? coraz szczup?ej dostawa?o.<br />
Weselej te? by?o w stajence ni? w izbie- bo s?o?ce w same z?by ?wieci?o tu nam przez drzwi na ?cie?aj otwarte, a do suteryny, do naszego k?ta, jak rok d?ugi nie zajrza?o nigdy.<br />
- Ale? tu zimno u was &#8211; mówi? pan doktor zachodz?c do matki- &#8211; I wilgo? straszna! Powinni?cie si? postara? o such? i ciep?? izb? dla ?ony &#8211; dodawa?, gdy go ojciec wyprowadza? do sieni &#8211; ?ona wasza nie mo?e w takiej izbie le?e?- Powietrze fatalne, zgni?e, ?adnej wentylacji, ?adnego ?wiat?a- Powinni?cie przecie? dba? o kobiet?, kiedy chora. Z ni? coraz gorzej i musi by? gorzej w takich warunkach.<br />
Ojciec gryz? w?sy i milcza? ze spuszczon? g?ow?.<br />
- Mleka by tez jej trzeba ?wie?ego, mi?sa, wina kieliszek czasem&#8230; Tu lekarstwa nic nie poradz?, tu diet? trzeba posiln? prowadzi?&#8230;<br />
Poszed? ju?, ju? i na drug? ulic? skr?ci?, bom patrzy? za nim, a ojciec precz jeszcze w sieni sta?, w ziemi? patrzy? i w?sy gryz?.<br />
A? nagle si? poruszywszy, koszul? na piersiach szarpn??, woreczek ze szkaplerzem rozerwa? i dobywszy z niego srebrny pieni?dz z Matk? Bosk?, mnie po w?gle i po mleko posta? przykazuj?c, ?ebym nie powiada? matce, jak i sk?d.<br />
Nazajutrz w po?udnie zabierali?my si? w?a?nie do przedstawienia i ju? si? Felek na szkap? gramoli?, gdy nagle ojciec do stajenki wszed?, a za nim pan ?ukasz Smolik, chrzestny Piotrusia naszego, doro?karz z Pragi.<br />
Zaraz mnie co? tkn??o, wi?c szturchn??em Felka i obaj stan?li?my jak trusie.<br />
Pan ?ukasz, próg przest?piwszy, bat swój w k?cie postawi?, ogromny ko?cisty nos w po?? kapoty granatowej utar? i wyci?gn?wszy chud?, d?ug? szyj?, tabak? z wolna za?ywa?- Cz?owiek to by? ju? stary, wysoki i dobrze zgarbiony; oczki mia? ma?e. czarne, ?widrowate, brwi krzaczaste i chudy, zarastaj?cy od spodu podbródek. Pod jego ko?cistym nosem stercza?y ?ó?te, saperskie w?sy. którymi, bior?c tabak?, jak królik porusza?. Spod wielkiej granatowej czapy wygl?da?y sine, bia?awym puszkiem poro?ni?te uszy, z których prawe ozdobione by?o srebrnym kolczykiem. Do nas zagl?da? pan ?ukasz rzadko, cho? go kumoterstwo z nami ??czy?o; mówi?a o nim matka, ?e kutwa, ?e na groszach siedzi; czasem znów przepowiada?a, ?e wszystko Piotrusiowi zapisze, bo wdowiec bezdzietny by?.<br />
Kiedy?my si? tak. oniemiawszy nagle, przypatrywali panu ?ukaszowi ojciec jakby nas me widzia?-do ??obu prosto poszed?, szkap? odwi?za? i po zadzie j? d?oni? uderzy?.<br />
- Ano, stara! -zawo?a? obracaj?c j? ?bem do ?wiat?a. Szkapa zmru?y?a zdrowe swoje oko, a ?lepym, os?upia?ym, szeroko otwartym, zdawa?a si? patrze? gdzie? daleko, daleko.<br />
Pan ?ukasz szczypt? tabaki u nosa trzymaj?c zacz?? si? s?odko u?miecha? a przekrzywiwszy g?ow? patrzy? na szkap? to z lewej, to z prawej strony.<br />
- He!&#8230; He!&#8230; He!&#8230; A co to kumeczek przedawac chcesz?&#8230; Skór? czy ko?ci?<br />
Spojrza? ojciec pos?pnie spod oka i zaraz mu si? w?sy podnios?y, ale prze?kn?? tylko ?lin? i rzek?:<br />
- Skóra i ko?ci zarobi? u was, kumotrze, na mi?so. Byle temu pochlebi? troch? owsem, to to b?dzie jak kluska okr?g?e.<br />
- A bodaj te? kume?ka!&#8212; &#8211; roz?mia? si? znów pan ?ukasz. &#8211; Pochlebi?! Pochlebi?! Ale to owies drogi tera, kume?ku. Pi?? z?otych ?wiarteczka, kume?ku! I siano te? drogie&#8230;<br />
- A drogie &#8211; rzek? oboj?tnie ojciec, ale widzia?em, ?e mu si? oczy zapali?y.<br />
- Nast?p! Noga! Ano!&#8230; &#8211; zawo?a? uderzaj?c szkap?, która przest?pi?a wlok?ce si? za ni? postronki.<br />
- He!&#8230; He!&#8230; He!&#8230; &#8211; roz?mia? si? s?odziej jeszcze pan ?ukasz. &#8211; I szpacik, widz?, jest&#8230;<br />
- A jest &#8211; odpar? ojciec krótko, suchym g?osem.<br />
Poci?gn??em Felka za r?kaw, jako ?e bezpieczniej mi si? zda?o bli?ej drzwi si? trzyma?, ale mnie tylko ?okciem pchn?? i szeroko otwartymi oczyma to na ojca. to na przyby?ego patrzy?.<br />
- U-u-u&#8230; szpat, psia&#8230; &#8211; mówi? tymczasem pan ?ukasz, wyci?gaj?c obrastaj?cy podbródek z ?ó?tej bawe?nianej chustki. &#8211; U-u-u&#8230; szpat!&#8230; &#8211; ustami cmoka? zacz??. &#8211; Nie wyjdzie ju? ona z niego, nie! &#8211; doda? wci?gaj?c niuch tabaki i kiwaj?c g?ow?.<br />
Ojcu podnosi?y si? w?sy coraz wy?ej, a? je r?k? w dó? szarpn??.<br />
- Ja jej tam kumotrowi nie wpieram! &#8211; rzek? patrz?c w ziemi?. -<br />
Dla mnie ona i ze szpatem dobra! ?eby nie choroba kobiety, tobym koby?y pewno nie puszcza? mi?dzy ludzi! To? ?ywicielka nasza&#8230;<br />
Pan ?ukasz zmilcza?, a schyliwszy si?. d?onie na kolanach opar? i po nogach szkapie patrzy?<br />
- ?ogawa mo?e?&#8230; He!&#8230; He!&#8230; He!&#8230; &#8211; roz?mia? si? pytaj?c.<br />
- ?ogawa! Ta kobyla ?ogawa! &#8211; krzykn?? ojciec, a ju? ca?y sta? w ogniach. -?eby mnie tak Bóg skara?. jak ona ?ogawa! Poka?, kumoter&#8230; Gdzie ona ?ogawa?&#8230;<br />
- No&#8230; no!&#8230; &#8211; u?miecha? si? s?odko pan ?ukasz -ja te? tylko si? pytam, bo? to przy kupnie konia jak przy ?eniaczce: czego nie dopatrzy?, okiem, to dop?acisz workiem&#8230;<br />
- Ja ta nie machlerz! &#8211; rzek? porywczo ojciec, a ju? mu r?ce lata? zacz??y- &#8211; Ja ta nikogo omachlowa? nie chc?! Co prawda, powiem a co nieprawda &#8211; nie.<br />
- A co ona?&#8230; ?lepa?&#8230; &#8211; zapyta? nagle prostuj?c si? pan ?ukasz i rozsun?wszy palcami zmartwia?? powiek? szkapy, z bliska jej w oczy zajrza?.<br />
Poruszy? si? Felek. a przest?piwszy z nogi na nog?, szczypn?? mnie, w s?abizn? tak, ?em omal nie wrzasn??.<br />
- A ?lepa &#8211; odrzek? na podziw spokojnym g?osem ojciec, cho? znów mu si? w?sy zje?y?y. &#8211; Na lewe oko ?lepa. Takem j? ju? kupi? i taka je. U mnie ta nie o?lep?a.<br />
- He, he, he!&#8230; &#8211; roz?mia? si? s?odko pan ?ukasz i znów do tabaki si?gn??. -Tak mi te?, kume?ku, mów! ?lepa!&#8230; U-u-u&#8230; szpetnie ?lepa!&#8230;U-u-u!&#8230;<br />
Otrz?sn?? palce i tabak? schowa?.<br />
- Jak ona ?lepa jest &#8211; rzek? poci?gaj?c nosem &#8211; to znów inszy interes, insze gadanie&#8230;<br />
Po twarzy ojca przelecia? nag?y ogie?.<br />
- A có? tam za insze gadanie ma by?? &#8211; rzek? porywczym nieco g?osem. &#8211; ?lepa, to ?lepa! Przecie jej kumoter na ksi??ce uczy? nic da, do szko?y nie po?le, A ja kumotrowi powiadam, ?e druga ?lepa szkapa lepsza je ni? ta widz?ca. A to kobyla dro?na taka, ?em jak ?yj?cy przez<br />
tyle lat dró?niejszej nie widzia?.<br />
- Ale&#8230; ale!&#8230; &#8211; ?mia? si? s?odko pan ?ukasz. &#8211; Bogdaj ci? te? kume?ku, z tak? mow?. To? by? ty, kume?ku. wmówi? we mnie chcia?. ?e ?lepa szkapa najlepsza.<br />
- Najlepsza, nie najlepsza! A równo, com dró?niejszej koby?y nie widzia?, tom nic widzia?. A co o wmawianiu to najmniej, bom przecie katolik, nie ?yd.<br />
Ojciec mówi? z wolna, hamuj?c si?. ale glos mu kipia?.<br />
Nagle, jakby nas dopiero co zobaczy?, chwyci? Felka za kark i. pchn?wszy go we drzwi, krzykn??:<br />
- A nie pójdziecie wy mi st?d, psienogi?&#8230;<br />
Dmuchn?li?my jak wiali ze stajenki i jak wiatr do izby wpadli.<br />
W par? pacierzy potem wszed? ojciec uspokojony wraz z panem ?ukaszem, jako ?e nie godzi si? o bydl? targu przybija? inaczej. tylko w izbie, pod dachem; Cygany tylko nie pilnuj? tego. Zaraz te? zacz?li sobie r?k? dawa? pan ?ukasz przez po?? swej doro?karskiej kapoty, ojciec przez<br />
Spencer, co mu w strz?pach na grzbiecie wisia?.<br />
- Bóg ?wiadkiem &#8211; mówi? ojciec &#8211; ?e bym obcemu, a jeszcze te? ?ydowi za ?adne pieni?dze koby?y tej nie przeda?. Tak wiem przynajmniej, ?e w dobre r?ce idzie&#8230;<br />
- He&#8230; He&#8230; He&#8230; &#8211; ?mia? si? pan ?ukasz &#8211; po kumoterstwie! Po kumoterstwie! Krzywdy jej nie zrobi?&#8230;<br />
- A jakby, nie daj Bo?e &#8211; tu g?ow? wskaza? na matk?, która jak martwa z zamkni?tymi oczami le?a?a &#8211; no, to? cz?owiek nie kamie?, to? ju? tak po przyjacielstwie darmo wywioz?&#8230;<br />
Nie odrzek? ojciec nic, ani w t?, ani w t? stron?, tylko oczy spu?ci? i w?sów szarpn??, a matka obudzi?a si? z j?kiem. Mo?e nie spa?a nawet.<br />
Kiedy pan ?ukasz, zgi?wszy si? we dwoje, z izby za ojcem wychodzi?, rzucili?my si? w te p?dy, ?eby do szkapy lecie?.<br />
Ale ojciec odwróci? si? nagle:<br />
- Ani mi nosem za próg! &#8211; krzykn?? ostro. &#8211; W izbie siedzie?&#8230;<br />
I trzasn?? drzwiami.<br />
Byli?my jak og?uszeni. Patrzy?em na Felka, a on patrzy? na mnie; oczy robi?y mu si? coraz wi?ksze, coraz prze?roczystsze, usta i broda jak w febrze lata?y, a? schwyciwszy si? obu gar?ciami za w?osy: &#8211; Siarczyste! -wrzasn?? i zaniós? si? wielkim p?aczem.<br />
Zacz??y si? teraz dobre czasy. W izbie zrobi?o si? ciep?o, grzyby po ?cianach ró?? przesta?y; od sklepikarki po?yczyli?my drugiego saganka na kasz?.<br />
Tylko ?e bez szkapy okrutnie si? nam widzia?o smutno, a co który na stajenk? spojrza?, to mu ?wieczki w oczach stawa?y. A i matka jako? nie mia?a wskórania.<br />
- Ju? ja b?d? umiera?, Filipie&#8230; &#8211; mówi?a takim cichuchnym g?osem jak ten wiatr letni. &#8211; Ju? si? ty nie kosztuj na mnie.<br />
To znów ni z tego, ni z owego jej si? poprawia?o; wo?a?a, ?eby jej piwa zagrza? albo i mleka z mas?em, a Piotrusia sama my?a, czesa?a; opowiada?a nam wtedy, jak to ona ozdrowieje, jak do Cz?stochowy pójdzie, jak nas ze sob? zabierze, jakie to my tam zobaczymy wie?e, jaki ko?ció?, jakie granie na organach b?dzie. A mia?a wtedy p?omie? na twarzy, a oczy ?wieci?y jej jak próchno. Bywa?o tak zwykle wieczorem.<br />
Ale gdy przyszed? ranek, le?a?a niby bez duszy, co dzie? bielsza, a jak mgie?ka prze?roczysta. Ani w niej g?osu, ani w niej tchu. ani ?adnego chcenia. Porywa si? ojciec, ucho do ust przyk?ada, przykazuje nam cicho by? &#8211; i s?ucha. A? westchnie g?o?no, jakby sam nagle o?y?, i oczy do tego czarnego krzy?a nad ?ó?kiem podniesie.<br />
A? raz si? nie dos?ucha? jako?.<br />
Matka umar?a w nocy tak cicho, ?e nikt nie s?ysza? nawet.<br />
Piotru? przy niej tej nocy spa? a i on nie s?ysza?. Wysz?a z niej duszyczka jak para; ani si? tyle nie za?opota?a co wróbel, kiedy odlata.<br />
Wi?c kiedy ojciec oderwawszy g?ow? od jej wysch?ych piersi krzykn??, ?e matka nie ?yje, stan?li?my przed ?ó?kiem w wielkim zadziwieniu patrz?c to na posinia?e usta, to na Piotrusia, który przy jej zimnych sztywnie wyci?gni?tych nogach spa? ciep?y, rumiany, perlistym polem na czo?ku okryty&#8230; Taki ci p?drak, ?e go ?mier? ?okciem tr?ci?a, a on nic!<br />
Zaraz si? w naszej izbie tumult wielki zrobi?, s?siadek si? naschodzi?o, zacz??y radzi?, g?owami kiwa?, wzdycha?, a ?e nam ojciec tego dnia kaszy nie gotowa?, a Piotru? je?? p?aka?, wi?c go sklepikarka poj??a do siebie, a i nam po bu?ce da?a.<br />
- A to ci baba skrusza?a! &#8211; szepn?? Felek, po czym j? zaraz poca?owa? i bosymi nogami szastn?? w zamaszystym uk?onie.<br />
Ca?y ten dzie? by?o mi tak, jakby mi kto do ucha szepta?: ,,Nie ma ju? matki!&#8230; umar?a ju? matka&#8230;&#8221; To zaraz wyciera?em pi??ciami oczy, bo mi si? okrutnie p?aka? chcia?o.<br />
Mimo to jednak bawili?my si? tego dnia doskonale, bo taka u nas ci?ba By?a, jak na Ordynackiem. Jak zapami?tam, nigdym tylu ludzi nie widzia? w naszej suterynie; co kto przejdzie ko?o nas, to po g?owach g?aszcze, to si? lituje, to poci?ga nosem.<br />
Wczoraj jeszcze w ca?ej kamienicy nikt na nas inaczej nie wo?a?, tylko ?obuzy albo urwipo?cie; a dzi?. jakby im kto g?by miodem posmarowa?: &#8220;Sieroty! Sierote?ki! Niebo??tka!&#8230;&#8221;<br />
A Felek tylko si? nastawia, a oczami mruga, a co kto przyjdzie, to mnie poszturchuje.<br />
- A to ci komedyje! A to tyjatr!.. &#8211; szepce i w ?ci?ni?tych pi??ciach robi dwie skandaliczne figi, a j?zyk sam mu si? spoza z?bów wysuwa, cienki i ostry jak ??d?o.<br />
Ojciec tymczasem jak nieprzytomny po izbie chodzi?, co we?mie, to po?o?y, cho? si? tam w tej pustce nie by?o wielce czego j??.<br />
A baby nu? si? po tej naszej biedzie rozgl?da?, nu? jedna drugiej na ucho szepta?, nu? ramionami rusza?, a g?owa trz???, a st?ka?.,- My?la?em, ?e temu nigdy ko?ca nie b?dzie, a? si? nareszcie rozesz?y, bo im obiad z garnków kipia?.<br />
?eby nie to ludzkie litowanie, to by?my i nie czuli tak bardzo, ?e matka umar?a. Z pó? roku ju? si? nic podnosi?a w tej chorobie, a w ostatnich czasach samo cichutko na po?cieli le?a?a, jak i teraz. I teraz, kiedym na ni? patrzy?, zdawa?o mi si?. ?e spod rz?sów za Piotrusiem oczyma wodzi i u?miecha si? leciuchno, i co tylko ma powiedzie?: &#8220;Gdzie on tam gruby, biedaczysko!&#8221; Zupe?nie jak dawniej, tylko ?e si? tak ?wiece nie pali?y przy niej.<br />
Od ?wiec tych pada?a na ni? ?ó?to?? prze?roczysta, która mnie straszy?a; czu?em te?, ?e zimne mia?a r?ce, gdy nam je ojciec poca?owa? kaza?. Ojcu jednak przy niej ciep?o by? musia?o, bo nabiegawszy si? ca?y dzie?, a to do kancelarii, a to do stolarzy, a to o furmank? &#8211; kiedy si? ludzie rozeszli na zydlu u ?ó?ka siad?, r?k? g?ow? podpar? i patrzy?: to na krzy? czarny nad ?ó?kiem matki wisz?cy, to na g??bokie cienie jej zamkni?tych oczu. Usn??em, a on jeszcze siedzia?. Ale w nocy obudzi?o mnie ciche szlochanie.<br />
To Felek, który si? przez ca?y dzie? szasta? i nastawia?, i z ludzi wydziwia?, a mnie w boki szturcha? &#8211; siedzia? teraz na sienniku, w otwartej na piersiach koszulinie, r?kami stercz?ce kolana obj??, patrzy? w pust? izb? i p?aka?.<br />
Trzeciego dnia spali?my jeszcze pod magl? w sionce, gdzie nam ojciec siennik zaci?gn?? kaza?, kiedy we ?nie us?ysza?em jak gdyby znajome r?enie.<br />
Zerwa?em si?; serce mi bi?o jak m?otem.<br />
R?enie odezwa?o si? znowu.<br />
- Felek! Szkapa r?y! &#8211; krzykn??em chwyciwszy go za rami?.<br />
Szarpn?? si? i na drugi bok przewróci?, ale gdy r?enie znów s?ysze? si? da?o, porwa? si? on tak?e, na sienniku siad? i szeroko otworzywszy oczy &#8211; s?ucha?.<br />
Przeci?g?e, ciche r?enie odezwa?o si? raz jeszcze.<br />
- Szkapa! &#8211; wrzasn?? Felek i porwawszy na siebie katank?, ku schodom suteryny si? rzuci?.<br />
Zacz??em si? na gwa?t odziewa?, a tak mi r?ce lata?y, ?em do ?adnego guzika trafi? nic móg?.<br />
- Wstawaj, Piotru? &#8211; wo?a?em &#8211; wstawaj! Szkapa przysz?a!<br />
I trz?s?em nim jak wi?zk? s?omy, bo si? nie?atwo budzi?.<br />
Istotnie, przed bram?, zaprz??ona do prostego, zas?anego kilimkiem wozu, sta?a nasza szkapa. U karku jej wisia? ju? Felek, obj?wszy go obur?cz, o ile dosta? móg?; przy wozie sta? pan ?ukasz. Smolik i cz?stowa? stró?a tabak?.<br />
Podnie?li?my zaraz wrzask nie do opisania.<br />
- Szkapa! Nasza szkapa! Nasza droga, kochana, stara! &#8211; wo?ali?my na przemian, g?aszcz?c j?, klepi?c, tul?c si? do niej. gdzie kto móg?. Piotru? gwa?tem gramoli? si? chcia? na ni?.<br />
- St?skni?a si? bez nas szkapa, co?&#8230; Przysz?a do nas szkapa? Przysz?a?&#8230; Poczciwa, dobra, stara szkapa nasza.<br />
I nu? jej zagl?da? w z?by, nu? jej obmacywa? nogi, nu? jej grzywe palcami czesa?. Ani nam w my?li posta?o, po co ta szkapa do nas przysz?a, na co to wóz ten czeka?.<br />
Ale i ona pozna?a nas tak?e, i ona cieszy?a si? nami; przedni? nog?, któr? szpat znacznie pogrubia?, uderza?a po bruku weso?o, ochoczo jakoby krzesz?c dla nas iskierki rado?ci; ?eb jej to podnosi? si?, to schyla?, nozdrza parska?y ra?no; to znów na g?osy nasze i ?miechy strzyg?a uszami, wyci?ga?a szyj?, a dono?ne jej r?enie przenika?o nas niewymown? rozkosz?.<br />
R?enie to zlewa?o si? w jedno z trynitarskim dzwonem, który w tej chwili pos?pnie bi? zacz??. Jednocze?nie rozleg? si? z suteryny g?uchy odg?os m?otka. Ani?my si? spostrzegli, kiedy na wozie ustawiono trumn?.<br />
- Wio! &#8211; zawo?a? pan ?ukasz. Szkapa ruszy?a, a my przy niej k?usem.<br />
Na rogu ulicy obejrza?em si?: gromadka s?siadek i przechodniów ju? si? rozproszy?a, a za wozem, na którym pan ?ukasz siedz?c powozi?, szed? ojciec sam, z czapk? w r?ku i zwieszon? g?ow?.<br />
Co do nas. biegli?my tu? przy szkapie weso?o, ochoczo, ani na chwil? nie przerywaj?c rozmów i pieszczoty. Poranek byt majowy, promienne s?o?ce zalewa?o blaskiem ulice, most, Wis??; z ka?dej akacji, z ka?dego gzymsu ?wierka?y wróble. G?o?niej wszak?e ni? wróble szczebiota?a nasza gromadka.<br />
- Dzisz, Wicek &#8211; wo?a? Felek &#8211; jak ci to zgrubia?a! Jakie ci to boki wy?o?one ma?&#8230; Dzisz, jakie ci nowe naszelniki&#8230; jaki ci kantar&#8230;<br />
I my znów dalej chórem:<br />
- Szkapa! nasza szkapa! Nasza droga, siara szkapa!<br />
Ludzie ogl?dali si?, za nami. Dziwnym si? wydawa? ten pogrzeb z trójk? tak dobrze bawi?cych si? dzieci na czele. Zw?aszcza na mo?cie, gdzie wolniej w t?oku trzeba by?o jecha?, robi? nasz orszak pogrzebowy szczególne wra?enie.<br />
Przechodnie stawali i wzruszali ramionami. Par? razy nawet krzykn?? na nas pan ?ukasz, ?eby za wozem i??. ale?my ani na krok szkapy odst?pi? nie chcieli.<br />
S?o?ce przygrzewa?o coraz silniej, droga sta?a si? piaszczysta, ?mudna; szkapa ci?gn??a swój ci??ar z pewnym wysileniem: zdrowe jej oko mru?y?o si? od blasku, na ?lepym, os?upia?ym, siada?y rozdra?nione gor?cem muchy. Natychmiast u?amali?my kilka wierzbowych witek i zacz?li j? skwapliwie ogania?. Sami nie czuli?my zm?czenia. Boso. w lichych szarawarkach i kurtkach ?atanych dreptali?my obok szkapy weso?o, ochoczo, a krzy?e cmentarne wci?? ros?y a ros?y przed nami.<br />
?e trumny nie mia? kto nie??, puszczono nas z wozem za bram?. Ale tu czeka? trzeba by?o, gdy? grabarz do?ka nie sko?czy? kopa? i dopiero teraz pospiesznie wyrzuca? z niego ?ó?ty piasek. Natychmiast zacz?li?my rwa? dla szkapy szczaw zaj?czy i soczyst? babk?, której pe?no by?o na dro?ynie. Tymczasem ojciec z panem ?ukaszem zdj?li z wozu trumn? i postawili j? nad brzegiem do?ka. Nie musia?a by? ci??k?, bo kumoter, cho? stary, prosto pod ni? sta?; a jednak ojca tak zgi??a do ziemi, jak ten krzy? padaj?cego Chrystusa, com go na stacjach bernardy?skich widzia?.<br />
Zaraz te? brz?kn?? cienkim g?osem dzwonek, a w chwil? potem przyszed? ksi?dz w kome?ce i ko?cielny z krzy?em i kropid?em. Spojrza? na nas ojciec surowo, wi?c my pokl?kli z Felkiem, trzymaj?c w gar?ciach p?ki ?wie?ej trawy. Pan ?ukasz i ojciec pokl?kli tak?e, grabarz ko?czy? robot?. Raz, dwa, trzy odprawi? ksi?dz swoj? ?aci?sk? modlitw?, wspomnia? imi? i nazwisko matki, ,,Ojcze nasz&#8221; mówi? kaza?, sam zacz?wszy g?o?no.<br />
Podniós? ojciec twarz i obie r?ce w niebo; z jego wzniesionych oczu pada?y ?zy ci??kie, grube. Felek, tu? przy mnie kl?cz?c, trzepa? pacierz z wzrokiem utkwionym w szkap?.<br />
Zrobi?a si? cisza taka. ?e s?ycha? by?o leciuchne szmery wierzby i cykanie ?wierszcza.<br />
- O , je!&#8230;je!&#8230; -rozleg? si? nagle w?ród tej ciszy cienki g?os Piotrusia, który pe?ne r?czyny trawy i wiosennego kwiecia szkapie przed pyskiem trzyma? rozsypuj?c bratki polne i bia?e stokrocie. Szkapa delikatnie z r?k dziecka bra?a wargami traw? i ?u?a j?, przechyliwszy ?eb i melancholijnie zwróciwszy ?lepe, zbiela?e oko w s?o?ce. Spojrza? ksi?dz, zmarszczy? si? ojciec, a poniewa? najbli?ej kl?cza?em mu pod r?k?. silnie mnie za ucho poci?gn??.<br />
Wnet Felek zacz?? si? rozg?o?nie pi??ci? w piersi bi?, na znak jako ju? pacierz i wszystko, co do niego nale?a?o, dokumentnie sko?czy?, za czym zerkn?wszy na ojca, chy?kiem do szkapy pomkn??, a i na mnie kiwn??. Ksi?dz te?, trumn? pokropiwszy, z czego i nam si? co? nieco? po?wi?cenia dosta?o, z ko?cielnym odszed?.<br />
Do?ek jeszcze nie by? wybrany. Grabarz na glin? natrafi? i po trochu j? tylko, jak mas?a na chleb, na ?opat? bra?.<br />
Ojciec modli? si? ci?gle. Wszak?e panu ?ukaszowi pilno wida? by?o, bo raz w raz tabak? niucha? i na wóz poziera?, a w g?ow? si? drapa?, a? schyliwszy si? do ojca. poszepta? z nim ma?owiele, za r?ce si? ?cisn?li, potrz??li raz i drugi z wielkim przyjacielstwem, po czym kumoter do szkapy poszed?.<br />
Ju?e?my j? wystroili jakby pann? m?oda. ?wie?e, rozkwit?e ga??zie akacji stercza?y jej za uszami, za uprz???. za chom?tem, gdzie tylko co wetkn?? si? da?o. P?k ?ó?tych mleczów tkwi? nad czo?em pod skrzy?owanym rzemieniem. Z grzywy opada?y ostró?ki i zaj?cze maczki. Reszt? zieleni trzymali?my w r?kach, aby szkap? od b?ków op?dza?.<br />
Zacz?? si? teraz prawdziwy tryumfalny pochód.<br />
Najpierw kroczy? Piotru? nie patrz?cy drogi, nadeptuj?c ma?e, ?wie?e, z ?ó?tego piasku sypane grobki dzieci?ce, ile razy si? na wóz obejrza?. Za Piotrusiem szkapa &#8211; wyrzuca?a z cichym parskaniem ?bem. obci??onym kwieciem i zieleni?, ja za? i Felek, jak giermkowie, po lewej i po prawej stronie. Wóz toczy? si? z wolna, to podnosz?c si?, to opadaj?c na zapad?ych grobach, a za nami z g?uchym, coraz g?uchszym ?oskotem pada?a ziemia na matczyn? trumn?.</strong></p>
<p><img width="408" height="48" alt="linia_1" src="http://www.parkigry.com/wp-content/linia11.gif" /></p>
<p class="MsoNormal">
<h1><span style="font-size: 12pt; color: #cc0099"> </span></h1>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.bajkiopowiadania.com/2006/01/19/nasz-szkapa-maria-konopnicka/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Sachem &#8211; Henryk Sienkiewicz</title>
		<link>http://www.bajkiopowiadania.com/2006/01/19/sachem-henryk-sienkiewicz/</link>
		<comments>http://www.bajkiopowiadania.com/2006/01/19/sachem-henryk-sienkiewicz/#comments</comments>
		<pubDate>Wed, 18 Jan 2006 23:40:01 +0000</pubDate>
		<dc:creator>bajkiopowiadania</dc:creator>
				<category><![CDATA[Lektury i literatura szkolna]]></category>
		<category><![CDATA[Nowele]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.bajkiopowiadania.com/?p=40</guid>
		<description><![CDATA[SACHEM W mie?cie Antylopie, po?o?onym nad rzek? tego? nazwiska, w stanie Teksas, spieszy? kto ?yw na przedstawienie cyrkowe. Zaj?cie mieszka?ców by?o tym wi?ksze, ?e od czasu za?o?enia miasta pierwszy raz zjecha? do niego cyrk tancerek, minstreli i linochodów. Miasto by?o niedawne. Pi?tna?cie lat temu nie tylko nie sta? tu ani jeden dom, ale w ca?ej [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p align="center"><strong><span style="color: maroon">SACHEM</span></strong></p>
<p><strong><span style="color: black">W mie?cie Antylopie, po?o?onym nad rzek? tego? nazwiska, w stanie Teksas, spieszy? kto ?yw na przedstawienie cyrkowe. Zaj?cie mieszka?ców by?o tym wi?ksze, ?e od czasu za?o?enia miasta pierwszy raz zjecha? do niego cyrk tancerek, minstreli i linochodów. Miasto by?o niedawne. Pi?tna?cie lat temu nie tylko nie sta? tu ani jeden dom, ale w ca?ej bli?szej okolicy nie by?o bia?ych. Natomiast w wid?ach rzeki, na tym samym miejscu, na którym stoi Antylopa, wznosi?a si? osada indyjska zwana Chiavatta. By?a to stolica Czarnych W??ów, którzy w swoim czasie dali si? tak we znaki granicznym osadom niemieckim, Berlinowi, Grundenau i Harmonii, ?e osadnicy d?u?ej nie mogli wytrzyma?. Indianie bronili wprawdzie tylko swego &#8220;terytorium&#8221;, które rz?d stanowy Teksasu przyzna? im na wieczne czasy najuroczystszymi traktatami; ale có? to mog?o obchodzi? kolonistów z Berlina, Grundenau i Harmonii? Pewnym jest, ?e odbierali oni Czarnym W??om ziemi?, wod? i powietrze, ale natomiast wnosili cywilizacj?; czerwonoskórzy za? okazywali im wdzi?czno?? na swój sposób, to jest zdzieraj?c im skalpy z g?ów. Taki stan rzeczy nie móg? trwa?. Osadnicy wi?c z Berlina, Grundenau i Harmonii zebrali si? pewnej nocy ksi??ycowej w liczbie czterechset i wezwawszy na pomoc Meksykanów z La  Ora, napadli na u?pion? Chiavatt?. Tryumf dobrej sprawy by? zupe?ny. Chiavatta zosta?a spalon?, a mieszka?cy bez ró?nicy wieku i p?ci w pie? wyci?ci. Ocala?y tylko ma?e oddzia?ki wojowników, które w tym. czasie wysz?y na ?owy. Z samego miasta nie ocali? si? nikt, g?ównie dlatego ?e miasto le?a?o&#8217; w wid?ach rzeki, która, jak zwykle na wiosn?, rozlawszy otoczy?a osad? nieprzebyt? toni? wód. Ale to? samo widlaste po?o?enie, które zgubi?o Indian, podoba?o si? Niemcom. Z wide? ?le ucieka?, ale dobrze si? w nich broni?. Dzi?ki tej my?li zaraz z Berlina, Grundenau i Harmonii rozpocz??a si? emigracja do wide?, w których te? w mgnieniu oka, na miejscu dzikiej Chiavatty, powsta?a ucywilizowana Antylopa. W pi?? lat liczy?a ona dwa tysi?ce mieszka?ców.</span></strong></p>
<p><span id="more-40"></span></p>
<p><strong><span style="color: black">Szóstego roku znaleziono z drugiej strony wide? kopalni? ?ywego srebra, którego eksploatacja podwoi?a liczb? mieszka?ców. W siódmym roku, z mocy prawa <em>lynch</em> powieszono na placu miejskim dziewi?tnastu ostatnich wojowników z pokolenia Czarnych W??ów, schwytanych w pobliskim Lesie Umar?ych &#8211; i odt?d nic nie sta?o na zawadzie rozwojowi Antylopy. W mie?cie wychodzi?y dwa &#8220;Tagblatty&#8221; i jedna &#8220;Montagsrevue&#8221;. Kolej ?elazna ??czy?a je z Rio del Norte i San Antonio; na Opuncia-Gasse wznosi?y si? trzy szko?y, z tych jedna wy?sza. Na placu, na którym powieszono ostatnich Czarnych W??ów, zbudowano zak?ad filantropijny; pastorowie w ko?cio?ach uczyli co niedziela mi?o?ci bli?niego, poszanowania cudzej w?asno?ci i innych cnót, potrzebnych ucywilizowanemu spo?ecze?stwu; pewien przejezdny prelegent mia? nawet raz na Kapitolu odczyt <em>O</em> <em>prawach narodów.</em></span></strong></p>
<p><strong><span style="color: black">Bogatsi mieszka?cy przeb?kiwali o potrzebie za?o?enia uniwersytetu, do czego i rz?d stanowy musia?by si? przyczyni?. Mieszka?com dobrze si? dzia?o. Handel ?ywym srebrem, pomara?czami, j?czmieniem i winem przynosi? im znakomite zyski. Byli uczciwi, rz?dni, pracowici, systematyczni, otyli. Kto by w pó?niejszych czasach odwiedzi? ju? kilkunastotysi?czn? Antylop?, ten by w bogatych kupcach miejscowych nie pozna? tych niemi?osiernych wojowników, którzy pi?tna?cie lat temu spalili Chiavatt?. Dzie? schodzi? im po sklepach, warsztatach, biurach; wieczory sp?dzali w piwiarni &#8220;Pod Z?otym S?o?cem&#8221; przy ulicy Grzechotników. S?uchaj?c tych g?osów troch? powolnych i gard?owych, tych: <em>Mahlzeit! Mahlzeit!,</em> tych flegmatycznych: <em>Nun ja wissen Sie, Herr Muller, is</em> <em>des</em> <em>aber moglich?,</em> tych d?wi?ków kufli, szumu piwa, tych plusków przelanej piany na pod?og?, widz?c ten spokój, powolno??, patrz?c na te filisterskie, zalane t?uszczem twarze, na te rybie oczy, mo?n? by mniema?, i? si? jest w jakiej piwiarni w Berlinie lub Monachium, nie za? na zgliszczach Chiavatty. Ale w mie?cie wszystko ju? by?o <em>ganz gemutlich</em> i o zgliszczach nikt nie my?la?. Tego wieczora ludno?? spieszy?a oto do cyrku, raz dlatego, ?e po twardej pracy rozrywka jest rzecz? równie godziw? jak przyjemn?, po wtóre, ?e mieszka?cy dumni byli z jego przyjazdu. Wiadomo, ?e cyrki nie zje?d?aj? do lada mie?ciny, przybycie wi?c trupy Hon. M. Deana stwierdza?o poniek?d wielko?? i znaczenie Antylopy. By?a jednak i trzecia, a mo?e najwa?niejsza przyczyna ogólnej ciekawo?ci.</span></strong></p>
<p><strong><span style="color: black">Oto Nr 2 programu mówi?, co nast?puje: &#8220;Spacer na drucie zawieszonym na pi?tna?cie stóp nad ziemi? (z towarzyszeniem muzyki) wykona s?ynny gimnastyk Czerwony S?p, sachem (wódz) Czarnych W??ów, ostatni potomek królów pokolenia i ostatni z pokolenia: l) Spacer. 2) Skoki Antylopy. 3) Taniec i pie?? ?mierci.&#8221; Je?eli gdzie, to w Antylopie ten sachem móg? obudza? najwy?sze zaj?cie. Hon. M. Dean opowiada? &#8220;Pod Z?otym S?o?cem&#8221;, i? przed pi?tnastu laty, w przeje?dzie do Santa Fe, znalaz? na Planos de Tornado umieraj?cego starego Indianina z dziesi?cioletnim ch?opakiem. Stary umar? istotnie z ran i wycie?czenia, przed ?mierci? jednak opowiedzia?, i? m?ody ch?opiec by? synom zabitego &#8220;sachema&#8221; Czarnych W??ów i nast?pc? jego godno?ci.</span></strong></p>
<p><strong><span style="color: black">Trupa przygarn??a sierot?, który z czasem sta? si? pierwszym jej akrobat?. Zreszt? Hon. M. Dean dopiero &#8220;Pod Z?otym S?o?cem&#8221; dowiedzia? si?, ?e Antylopa by?a niegdy? Chiavatt? &#8211; i ?e s?ynny linochód b?dzie si? popisywa? na grobach ojców. Wiadomo?? ta wprowadzi?a dyrektora w doskona?y humor, móg? bowiem teraz na pewno liczy? na <em>great attraction,</em> byle umia? tylko dobrze efekt wyzyska?. Rozumie si?, ?e filistry z Antylopy cisn?li si? do cyrku, aby importowanym z Niemiec ?onom i synom, którzy ani razu w ?yciu nie widzieli Indianina, pokaza? ostatniego z Czarnych W??ów i powiedzie?: &#8220;Patrzcie, oto takich w pie? wyr?n?li?my przed laty pi?tnastu.&#8221; <em>Ach, Herr Jeh! &#8211; </em>Mi?o jest us?ysze? taki wykrzyk podziwu zarówno z ust Amalchen, jak i ma?ego Fryca. W ca?ym te? mie?cie powtarzano bez ustanku: Sachem, sachem!</span></strong></p>
<p><!--more--></p>
<p><strong><span style="color: black">Dzieci od rana zagl?da?y przez szpary w deskach, z twarzami rozciekawionymi i przera?onymi zarazem, starsi za? ch?opcy, o?ywieni ju? bardziej wojowniczym duchem, wracaj?c ze szko?y maszerowali gro?nie, sami nie wiedz?c, dlaczego to robi?. Godzina ósma wieczór. Noc cudna, pogodna, gwia?dzista. Powiew zza miasta przynosi zapachy gajów pomara?czowych, które w mie?cie mieszaj? si? z zapachem s?odu. W cyrku bije ?una ?wiat?a. Ogromne smolne pochodnie, zatkni?te przed g?ówn? bram?, pal? si? i kopc?. Powiew chwieje pióropuszami dymu i jaskrawego p?omienia, który o?wieca ciemne kontury budowli. Jest to ?wie?o wzniesiona szopa drewniana, okr?g?a, ze ?piczastym dachem i z gwia?dzist? ameryka?sk? chor?gwi? na szczycie. Przed bram? t?umy, które nie mog?y si? dosta? lub nie mia?y za co kupi? biletów, przypatruj? si? wozom trupy, a g?ównie p?óciennej zas?onie wielkich drzwi wchodowych, na których wymalowana jest bitwa bia?ych z czerwonoskórymi. W chwilach, w których zas?ona si? uchyla, wida? o?wiecone wn?trze bufetu z setkami kufli szklanych na stole. Ale oto ?ci?gaj? zas?on? na dobre, i t?um wchodzi. Puste przej?cia mi?dzy ?awkami poczynaj? t?tni? krokami ludzkimi, i wkrótce ciemna, ruchliwa masa pokrywa wszystkie przej?cia od góry do do?u. W cyrku widno jak w dzie?, bo chocia? nie zdo?ano przeprowadzi? do niego rur gazowych, to natomiast olbrzymi ?yrandol, z?o?ony z pi??dziesi?ciu lamp naftowych, oblewa aren? i widzów potokami ?wiat?a. W tych blaskach wida? opas?e, przechylone w ty? dla folgi podbródkom g?owy piwoszów, m?ode twarze kobiece i ?liczne, zdziwione buzie dziecinne, których oczy niemal nie wychodz? na wierzch z ciekawo?ci. Zreszt? wszyscy widzowie maj? miny ciekawe, zadowolone i g?upie, jak zwykle publiczno?? cyrkowa. W?ród szmeru rozmów, przerywanych okrzykami: <em>Frisch Wasser! frisch Bier! -</em> wszyscy z niecierpliwo?ci? oczekuj? zacz?cia. Na koniec dzwonek si? odzywa, ukazuje si? sze?ciu masztalerzy w palonych butach i staje w dwóch szeregach przy wej?ciu z areny do stajen. Przez te szeregi wpada rozhukany ko? bez uzdy i siod?a, a na nim jakby ob?ok mu?linu, wst??ek i tiulu. Jest to tancerka Lina. Rozpoczynaj? si? harce przy odg?osie muzyki. Lina jest tak pi?kna, ?e m?oda Mathilde, córka piwowara z Opuncia-Gasse, zaniepokojona jej widokiem, pochyla si? do ucha m?odego grocernika Flossa z tej?e ulicy i pyta z cicha: czy j? kocha jeszcze? Tymczasem ko? galopuje i oddycha jak lokomotywa, bicze klaskaj?, b?azny, których kilku wpad?o za tancerk?, wrzeszcz? i bij? si? po twarzach, tancerka miga jak b?yskawica; brawa si? sypi?. Co za przepyszne Przedstawienie! Ale Nr l mija pr?dko. Nadchodzi Nr 2.</span></strong></p>
<p><strong><span style="color: black">Wyraz: sachem! sachem! przebiega z ust do ust mi?dzy widzami. Na b?aznów, bij?cych si? ci?gle po twarzach, nikt ju? nie zwa?a. W?ród ich ma?pich ruchów masztalerze wnosz? wysokie na kilkana?cie stóp drewniane koz?y i stawiaj? po dwóch stronach areny. Muzyka przestaje gra? <em>Yankee Doodle,</em> a gra pos?pn? ari? Komandora z <em>Don Juana,</em> zaci?gaj? drut mi?dzy koz?ami. Nagle snop czerwonego bengalskiego ?wiat?a pada od strony wej?cia i oblewa krwawym blaskiem ca?? aren?. W tym to blasku uka?e si? straszliwy sachem, ostatni z Czarnych W??ów. Ale có? to?&#8230; Wchodzi nie sachem, jeno sam dyrektor trupy, Hon. M. Dean. K?ania si? publiczno?ci i zabiera g?os. Ma on zaszczyt prosi? &#8220;?askawych i szanownych gentlemanów oraz pi?kne i niemniej szanowne <em>ladies</em> o nadzwyczaj spokojne zachowywanie si?, niedawanie brawa i zupe?n? cisz?, albowiem wódz jest nadzwyczaj rozdra?niony i dzikszy ni? zwykle&#8221;. S?owa te sprawiaj? niema?e wra?enie &#8211; i dziwna rzecz, ci sami <em>honoratiores</em> Antylopy, którzy przed pi?tnastu laty wyci?li Chiavatt?, doznaj? teraz jakiego? nader niemi?ego uczucia. Przed chwil?, gdy pi?kna Lina wykonywa?a swe skoki na koniu, cieszyli si?, ?e siedz? tak blisko, tu? ko?o parapetu, sk?d tak dobrze mo?na wszystko widzie?, a teraz spogl?daj? z pewnym ut?sknieniem na górne sfery cyrkowe i wbrew prawom fizyki znajduj?, ?e im ni?ej, tym duszniej.</span></strong></p>
<p><strong><span style="color: black">Ale ten sachem czy?by jeszcze pami?ta?? Przecie? wychowa? si? od m?odych lat w trupie Hon. M. Deana, z?o?onej przewa?nie z Niemców. Czy?by jeszcze nie zapomnia?? Wydawa?o si? to nieprawdopodobnym. Otoczenie i pi?tna?cie lat zawodu cyrkowego, pokazywania sztuk, zbierania oklasków musia?y wywrze? swój wp?yw.</span></strong></p>
<p><strong><span style="color: black">Chiavatta, Chiavatta! A to? oni, Niemcy, tak?e s? nie na swojej ziemi, daleko od ojczyzny, i nie my?l? o niej wi?cej ni? na to business pozwala. Przede&#8221; wszystkim trzeba je?? i pi?. O tej prawdzie musi pami?ta? tak dobrze ka?dy filister, jak i ostatni z Czarnych W??ów.</span></strong></p>
<p><strong><span style="color: black">Rozmy?lania te przerywa nagle jaki? dziki ?wist w stajniach &#8211; i na arenie ukazuje si? oczekiwany niespokojnie sachem. S?ycha? krótki pomruk ci?by: &#8220;To on! to on!&#8221; &#8211; i potem cisza. Syczy tylko bengalski ogie?, który przy wej?ciu pal? ci?gle. Wszystkie spojrzenia kieruj? si? na posta? wodza, który oto ma wyst?pi? w cyrku na grobach ojców. Indianin zas?uguje rzeczywi?cie, by na? patrzono. Wydaje si? dumny jak król. P?aszcz z bia?ych gronostajów &#8211; oznaka wodza &#8211; pokrywa jego wynios?? posta? i tak dzik?, ?e przypomina ?le oswojonego jaguara. Twarz ma jakby wykut? z miedzi, podobn? do g?owy or?a, a w tej twarzy ?wiec? zimnym blaskiem oczy prawdziwie indyjskie, spokojne, niby oboj?tne &#8211; a z?owrogie. Wodzi on nimi po zgromadzeniu, jakby chcia? sobie upatrzy? ofiar?. Bo zreszt? uzbrojony jest od stóp do g?ów. Na g?owie jego chwiej? si? pióra, za pasem ma topór i nó? do skalpowania, w r?ku tylko zamiast ?uku trzyma d?ugi dr?g, który s?u?y do chwytania równowagi podczas chodzenia po drucie. Zatrzymawszy si? na ?rodku sceny, nagle wydaje okrzyk wojenny. <em>Herr Gott!</em> to okrzyk Czarnych W??ów. Ci, którzy wycinali Chiavatt?, pami?taj? dobrze to straszne wycie &#8211; i co dziwniejsza, ci, którzy przed pi?tnastu laty nie ul?kli si? tysi?ca tak wyj?cych wojowników, poc? si? teraz przed jednym. Ale oto dyrektor zbli?a si? do wodza i mówi do niego, jakby chcia? go u?agodzi? i uspokoi?. Dziki zwierz uczu? munsztuk &#8211; namowa skutkuje, bo po chwili sachem ko?ysze si? ju? na drucie. Zapatrzony w ?yrandol naftowy, post?puje naprzód. Drut ugina si? silnie; chwilami nie wida? go wcale, a wtedy Indianin zdaje si? wisie? w powietrzu. Idzie jakby pod gór?; jeszcze post?puje naprzód, cofa si? i znów idzie chwytaj?c równowag?. Wyci?gni?te jego r?ce, pokryte p?aszczem, wygl?daj? jak olbrzymie skrzyd?a. Chwieje si?!&#8230; pada! &#8211; nie! Krótkie, urwane brawo zrywa si? jak wicher i milknie. Twarz wodza staje si? coraz gro?niejsza. W jego wzroku utkwionym w lampy naftowe b?yszczy jakie? straszne ?wiat?o. W cyrku niepokój, ale ciszy nikt nie przerywa. Tymczasem sachem zbli?a si? do drugiego ko?ca drutu &#8211; staje &#8211; i niespodzianie z ust jego wyrywa si? pie?? wojenna.</span></strong></p>
<p><strong><span style="color: black">Szczególna rzecz! Wódz ?piewa po niemiecku. Ale ?atwo to zrozumie?. Pewno zapomnia? j?zyka Czarnych W??ów. Zreszt? nikt na to nie zwa?a. Wszyscy s?uchaj? pie?ni, która wzmaga si? i pot??nieje. Jest to pó? ?piew, pó? jakie? wo?anie niezmiernie ?a?obne, dzikie i chrapliwe, pe?ne drapie?nych akcentów.</span></strong></p>
<p><strong><span style="color: black">S?ycha? s?owa nast?puj?ce: &#8220;Po wielkich deszczach, co rok pi?ciuset wojowników wychodzi?o z Chiavatty na ?cie?ki wojny lub na wielkie ?owy wiosenne. Gdy wracali z wojny, zdobi?y ich skalpy; gdy wracali z ?owów, przywozili mi?so i skóry bawole, a ?ony wita?y ich z rado?ci? i ta?czy?y na cze?? Wielkiego Ducha.</span></strong></p>
<p><strong><span style="color: black">Chiavatta by?a szcz??liwa! Niewiasty pracowa?y w wigwamach, dzieci wyrasta?y na pi?kne dziewcz?ta i dzielnych wojowników. Wojownicy umierali na polu s?awy i szli polowa? z duchami ojców do Srebrnych Gór. Topory ich nie broczy?y si? nigdy w krwi niewiast i dzieci, bo wojownicy Chiavatty byli szlachetnymi m??ami. Chiavatta by?a pot??n?. A? przysz?y blade twarze zza mórz dalekich i wrzuci?y ogie? do Chiavatty. Bladzi wojownicy nie pokonali Czarnych W??ów w boju, ale zakradli si? noc? jak szakale i no?e ich zbroczy?y si? w piersiach u?pionych m??ów, niewiast i dzieci.</span></strong></p>
<p><strong><span style="color: black">I oto nie ma Chiavatty, bo na ich miejsce biali wznie?li swoje kamienne wigwamy. Wymordowane pokolenie i zniszczona Chiavatta wo?aj? o zemst?.&#8221;</span></strong></p>
<p><strong><span style="color: black">G?os wodza sta? si? chrapliwy. Teraz, ko?ysz?c si? na</span></strong></p>
<p><strong><span style="color: black">tym drucie, wydawa? si? jak jaki? czerwony archanio? zemsty, unosz?cy si? nad g?owami ci?by ludzkiej. Sam dyrektor widocznie by? zaniepokojony. W cyrku zrobi?a si? ?miertelna cisza. Wódz wy? dalej:</span></strong></p>
<p><strong><span style="color: black">&#8220;Z ca?ego pokolenia zosta?o jedno dziecko. By?o ono ma?e i s?abe, ale przysi?g?o duchowi ziemi, ?e si? zem?ci. ?e ujrzy trupy bia?ych m??ów, niewiast, dzieci &#8211; po?og?, krew&#8230;.&#8221; Ostatnie s?owa zmieni?y si? w ryk w?ciek?o?ci. Po cyrku pocz??y si? zrywa? szmery podobne do nag?ych powiewów wichru. Tysi?ce pyta? bez odpowiedzi cisn??o si? do g?ów. Co zrobi ten w?ciek?y tygrys? co zapowiada? jak dokona zemsty? &#8211; on? &#8211; sam jeden? &#8211; zosta? czy ucieka?? czy si? broni? &#8211; i jak? &#8211; <em>Was ist das? was ist das?</em> &#8211; rozleg?y si? wystraszone g?osy kobiece.</span></strong></p>
<p><strong><span style="color: black">Nagle nieludzkie wycie wyrwa?o si? z piersi wodza, zako?ysa? si? silniej, wskoczy? na drewniany kozie?, stoj?cy pod ?yrandolem, i wzniós? dr?g. Straszna my?l przelecia?a jak b?yskawica przez g?owy: rozbije ?wiecznik i zaleje cyrk potokami p?on?cej nafty. Z piersi widzów wyrwa? si? jeden okrzyk. Ale có? to? Z areny wo?aj?: stój! stój&#8230;. Wodza nie ma! zeskoczy?, znik? w wyj?ciu. Nie spali? cyrku? Gdzie? si? podzia?? Oto wychodzi, wychodzi znowu, zziajany, zm?czony, straszny. W r?ku niesie blaszan? misk? i wyci?gaj?c j? ku widzom, mówi b?agalnym g?osem: <em>Was</em> <em>gefallig fur den letzten der Schwarzen Schlangen!&#8230;</em> Kamie? spada z piersi widzów. Wi?c to wszystko by?o w programie, wi?c to by?a sztuka dyrektora? efekt? Sypi? si? pó?dolary i dolary. Jak?e odmówi? ostatniemu z Czarnych W??ów &#8211; w Antylopie, na zgliszczach Chiavatty! Ludzie maj? serce.</span></strong></p>
<p><strong><span style="color: black">Po przedstawieniu sachem pi? piwo i jad? knedle &#8220;Pod Z?otym S?o?cem&#8221;. Otoczenie wp?yw widocznie wywar?o. Zyska? wielk? popularno?? w Antylopie, zw?aszcza u kobiet. Robiono nawet plotki&#8230;</span></strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p class="MsoNormal"><strong> </strong></p>
<p class="MsoNormal"><strong> </strong></p>
<p class="MsoNormal"><strong> </strong></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.bajkiopowiadania.com/2006/01/19/sachem-henryk-sienkiewicz/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>H.K.T. Bajka &#8211; Henryk Sienkiewicz</title>
		<link>http://www.bajkiopowiadania.com/2006/01/19/hkt-bajka-henryk-sienkiewicz/</link>
		<comments>http://www.bajkiopowiadania.com/2006/01/19/hkt-bajka-henryk-sienkiewicz/#comments</comments>
		<pubDate>Wed, 18 Jan 2006 23:37:02 +0000</pubDate>
		<dc:creator>bajkiopowiadania</dc:creator>
				<category><![CDATA[Bajki Opowiadania]]></category>
		<category><![CDATA[Nowele]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.bajkiopowiadania.com/?p=39</guid>
		<description><![CDATA[H. K. T. BAJKA Leci sobie drapie?ny s?p, leci, leci, wreszcie siada w?ród ska?, przy sokolim gnie?dzie i poczyna kraka? na soko?a: - W imieniu moich praw, s?uchaj mnie. - Czego chcesz? &#8211; pyta sokó?. - Chc? ci? zabi? i po?re? &#8211; powiada s?p. - A có? ci po mojej zgubie? - Co za g?upie [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<blockquote>
<div align="left" />
<h1 align="center" style="text-align: center"><span style="font-size: 12pt; color: #33cccc">                     H. K. T.<br />
</span></h1>
<div align="left" />
<h2 align="left" style="text-align: center"><span style="font-size: 12pt; color: #33cccc">BAJKA         </span></h2>
<p><span style="font-size: 12pt; color: #33cccc"> <img width="51" height="86" align="right" alt="ptak" src="http://www.parkigry.com/wp-content/ptak.gif" /><br />
</span></p>
<p><span style="color: black">Leci sobie drapie?ny s?p, leci, leci, wreszcie siada w?ród ska?, przy sokolim gnie?dzie i poczyna kraka? na soko?a:</span></p>
<p><span style="color: black">- W imieniu moich praw, s?uchaj mnie.</span></p>
<p><span style="color: black">- Czego chcesz? &#8211; pyta sokó?.</span></p>
<p><span style="color: black">- Chc? ci? zabi? i po?re? &#8211; powiada s?p.</span></p>
<p><span style="color: black">- A có? ci po mojej zgubie?</span></p>
<p><span style="color: black">- Co za g?upie pytanie i co za brak wykszta?cenia! Ciasno mi jest w rodzinnym gnie?dzie, wi?c chc? zabra? twoje, abym mia? gdzie umie?ci? moich m?odszych synów; po wtóre, mam swoj? s?pi? polityk?, której twoje istnienie zawadza; a po trzecie, kraczesz innym g?osem ni? ja i nie kochasz mnie.</span></p>
<p><span style="color: black">- Co do mego g?osu, odzywam si? takim, jaki mi Bóg da?, a co do mych uczu?, za có? ja mam ci? kocha??</span></p>
<p><span style="color: black">- Mniejsza o to. Wiem tylko, ?e mam prawo zabi? i po?re? ka?dego, kto mnie nie kocha.</span></p>
<p><span style="color: black">- Wi?c gdybym ci? kocha?, nie zabija?by? mnie?</span></p>
<p><span style="color: black">- Ach! &#8211; rzecze s?p &#8211; gdyby? mnie kocha?, odda?by? mi dobrowolnie swoje gniazdo, a równie? dobrowolnie da?by? mi si? po?re?, aby moja osoba mog?a nieco zaokr?gli? si? i uty?.</span></p>
<p><span style="color: black">- W ka?dym razie nie unikn??bym zguby?</span></p>
<p><span style="color: black">- Rozumie si?: jednak?e ?mier? z po?wi?cenia przynios?aby ci wi?kszy zaszczyt.</span></p>
<p><span style="color: black">Chwila milczenia.</span></p>
<p><span style="color: black">- Co ma by?, to b?dzie&#8230; &#8211; mówi wreszcie sokó?. &#8211; Ale powiedz mi te?, mój kochany, kto ci? nauczy? tak rozumowa??</span></p>
<p><span style="color: black">Us?yszawszy to s?p podnosi g?ow? i rzecze z wielk? dum?:</span></p>
<p><span style="color: black">- Prostaku, to chyba nie wiesz, ?e ja przez dwa lata by?em na edukacji w ogrodzie zoologicznym w Berlinie!</span></p>
<p><span style="color: black">- Tak?&#8230; &#8211; mówi sokó?. &#8211; Ha! to w takim razie nadzieja moja tylko w Bogu &#8211; i troch? tak?e w&#8230; dziobie.</span></p></blockquote>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.bajkiopowiadania.com/2006/01/19/hkt-bajka-henryk-sienkiewicz/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
	</channel>
</rss>

