piątek, styczeń 20th 2006


Pierwszy krok w chmurach - Marek H?asko
posted @ 1:18 pm in [ Lektury i literatura szkolna - Opowiadania ]

Pierwszy krok w chmurach

W sobot? centrum miasto wygl?da tak samo jak w ka?dy inny dzie? tygodnia. Jest tylko wi?cej pijanych; w knajpach i barach, autobusach i bramach - wsz?dzie unosi si? zapach przetrawionego alkoholu. W sobot? miasto traci swoj? pracowit? twarz - w sobot? miasto ma pijan? mord?. Natomiast w centrum miasta, w sobot?
nie ma ludzi, którzy lubi? obserwowa? ?ycie: sta? w bramach, w?óczy? si? po ulicach, siedzie? na ?awce w parku godzinami i tylko po to, aby za lat dwadzie?cia móc sobie przypomnie?, ?e tego to a tego dnia widzia?o si? mniej lub bardziej dziwny traf ?yciowy.
Tak jak wys?a?cy chadzaj? jeszcze podczas okupacji w czerwonych czapkach, tak jak handluj?cy suchym piaskiem, jak podwórzowi ?piewacy o przepitych tenorach - centrum miasta wymarli obecnie obiektywni obserwatorzy ?ycia.
Obserwatorów mo?na spotka? jedynie na przedmie?ciu. ?ycie przedmie?cia zawsze by?o i jest bardziej zag?szczone; na przedmie?ciu w ka?d? sobot?, kiedy jest pogoda, ludzie wynosz? krzes?a przed domy; odwracaj? si? ty?em i usiad?szy okrakiem, obserwuj? ?ycie. Upór obserwatorów nosi czasem znamiona generalnego ob??du: czasem siedz? w ten sposób przez ca?e ?ycie i nie widz? nic oprócz twarzy obserwatora z przeciwka. Potem umieraj? z g??bokim ?alem do ?wiata, z rzekonaniem o jego szarzy?nie i nudzie, gdy? rzadko kiedy przyjdzie im namy?l, ?e mo?na podnie?? si? i pój?? na s?siedni? ulic?. Obserwatorzy ?ycia na staro?? staj? si? niespokojni. Miotaj? si?, patrz? na zegarki; jest to jeden ze ?miesznych nawyków starych ludzi - pragn? ratowa? czas. W pewnym okresie chciwo?? ?ycia i wra?e? staje si? u nich silniejsza ni? u dwudziestolatków. Du?o gadaj?, du?o my?l?: uczucia ich s? dzikie i t?pe zarazem. Potem gasn? szybko i spokojnie. Umieraj?c wmawiaj? wszystkim, ?e ?yli szeroko. Impotenci chwal? si? sukcesami u kobiet, tchórze - bohaterstwem, kretyni - m?dro?ci? ?ycia.

Pan Gienek - z zawodu malarz pokojowy - od czterdziestu lat mieszka? na Marymoncie i od tylu? lat obserwowa? ?ycie swej dzielnicy. Owej soboty pan Gienek tak?e siedzia? przed swoim domem w ogródku i bezmy?lnie patrzy? w ulic?. Od czasu do czasu spluwa? i oblizywa? spieczone wargi; wygasaj?cy dzie? by? upalny i dr?cz?cy. Pan Gienek by? rozdra?niony: nie zdarzy?o si? nic ciekawego w dniu dzisiejszym, nikt nie z?ama? r?ki, nikt nikogo nie pobi? i pana Gienka ssa?o uczucie pustki i nudy - kopn?? psa, który nawin?? mu si? po nog? i ponuro ziewaj?c patrzy? na ulic?. By?a pusta, przeje?d?aj?ce z rzadka samochody podnosi?y tumany rozparzonego piasku. Kiedy straci? ju? ca?a nadziej? na ujrzenie kawa?ka ?ycia, uczu?, ?e kto? tr?ca go w rami?. Podniós? oczy i zobaczy? swego s?siada, Maliszewskiego.
- Chod? pan - powiedzia? Maliszewski.
- Gdzie?
- Niedaleko
- Po co?
- Chcesz pan co? zobaczy?? - powiedzia? Maliszewski.
By? to niski cz?owiek dobrodusznej twarzy i chytrych oczkach. Ruchy jego - mimo pozornej oci??a?o?ci - by?y szybkie i zwinne jak ruchy m?odego kota.
- Co jest? - zapyta? pan Gienek; ziewn?? by? zm?czony upa?em.
- Ch?opak? - powiedzia? Maliszewski
- I co z tego?
- Satyra - powiedzia? Maliszewski - On jest z dziewczyn?. Ju? pan rozumiesz?
- Jasne - rzek? pan Gienek. Podniós? si?; w serce jego wst?pi?a nadzieja.
Zapyta? z o?ywieniem: - ?adna?
- I ?adna i m?oda - rzek? Maliszewski. - Mówi? panu, dobra robota tam chodzi. - Nagle zniecierpliwi? si?: - Idziesz pan czy nie? - zapyta?.
- Nic z tego nie b?dzie - powiedzia? pan Gienek - Zanim my tam dojdziemy ,to oni sko?cz?. Mówi? panu, ?e nic z tego nie b?dzie.
- Oni nie maj? po pi??dziesi?tce tak jak pan - powiedzia? Maliszewski. - Mog? bardzo d?ugo bawi? si? w ten sposób. Ja jak by?em m?ody, tote? mog?em si? w ten sposób bawi? godzinami. Naprawd? tak by?o. Wst?pimy po mojego szwagra i podskoczymy tam, chce pan? On ju? wróci? z roboty i ch?tnie pójdzie z nami. O, patrz pan, ju? idzie!
Rzeczywi?cie, ulic? szed? m?ody, t?gi m??czyzna. R?kawy koszuli mia?
podwini?te, w z?bach trzyma? trawk?. Oczy jego by?y senne i drwi?ce, powieki - ci??kie.
- Heniek - zawo?a? Maliszewski - pozwól tu na chwilk?!
Heniek zbli?y? si? i opar? o p?ot. Czo?o jego by?o mokre od potu.
- Cze?? powiedzia?. - Co u pana, panie Gienku?
- Heniek - powiedzia? Maliszewski - chod? z nami.
- Gor?co - powiedzia? Heniek; obliza? wargi i westchn??: - Nie ma czym
oddycha?. W taki upa? nawet ?wi?temu by nie stan??. Gdzie chcecie skoczy??
- By?em na dzia?ce - rzek? Maliszewski. - Widzia?em ch?opaka z dziewczyn?.
- Szmata? - zapyta? Heniek. Wyplu? trawk?, potem zerwa? now? i przygryz? j? mocnymi z?bami.
- Sk?d - powiedzia? Maliszewski. - Mówi? ci: m?oda i ?adna.
- Mo?emy podskoczy? - powiedzia? Heniek. - Ty mnie znasz: ja lubi?
popatrzy? na ?ycie. Je?li dziewczyna b?dzie brzydka - zwróci? si? do Maliszewskiego - to ty co? dzisiaj postawisz.
Ruszyli i szli szybko w?ród dzia?kowych ogródków. Ludzie przychodzili tu po pracy, aby dogl?da? swych kartofli, pomidorów i marchwi. Teraz jednak by?o pusto: parny, dr?twy dzie? zm?czy? wszystkich - ludzie siedzieli w domu.
- Duszno - powiedzia? Heniek. - Ja nic nie mog? robi? w taki dzie?.
G?owa mnie boli ca?y czas.
- Tamtym te? chyba gor?co - powiedzia? pan Gienek.
- My?l? - rzek? Maliszewski. - My ich och?odzimy. Tak, Heniek?
- W zesz?ym roku - powiedzia? Heniek - tutaj te? przychodzi? taki jeden go?? z dziewczyn?. Ca?e lato tu przychodzili.
- I co?
- Nic. Pewnie nie mieli mieszkania.
- Pobrali si?? - zapyta? z wysi?kiem Gienek; marzy? o szklance zimnego,
gorzkawego piwa.
- Nie wiem. Mo?e i tak, ?e si? pobrali. Te? by?a ?adna dziewczyna.
- Blondynka? - zapyta? znów Gienek; nic a nic go to nie obchodzi?o.
W dalszym ci?gu czu? dr?cz?c? pustk? i niesmak.
- Brunetka - rzek? Heniek. Pami?tam jak dzi?. Ten facet by? blondyn. Nie
mog?em zrozumie?, dlaczego taka ?adna dziewczyna chodzi z takim ?achudr?.
- Nie wiem - mrukn?? pan Gienek. Splun?? g?st? ?lin?. By? z?y na He?ka:
przypomnia? mu, ?e on sam ma brzydk? i do?? g?upi? ?on?. Powiedzia?: - pewnie jaka? szmata.
- Mo?e?… Teraz cicho - rzek? Maliszewski. Poszed? przodem, oni szli za nim wolno, staraj?c si? nie robi? ha?asu. By?o ju? szarawo: s?o?ce uciek?o, na trawie k?ad?y si? b??kitnawe cienie. Maliszewski w pewnym momencie odwróci? g?ow? i zawo?a? cicho - Chod?cie!
Podeszli na palcach kilka kroków i zobaczyli ch?opaka z dziewczyn?. Le?eli obok siebie. Dziewczyna opar?a swoj? g?ow? o rami? ch?opaka i przytuli?a si? do niego ca?ym cia?em. Le?eli zm?czeni mi?o?ci? i upa?em, byli m?odzi i ?adni oboje - jedno ciemne, drugie jasne. Sukienka dziewczyny by?a uniesiona; mia?a d?ugie, mocne br?zowe nogi.
- ?adna - rzek? Heniek. - Bardzo ?adna.
- Mówi?em - powiedzia? szeptem Maliszewski.
Stali w milczeniu: pan Gienek znów obliza? wargi i pomy?la? o swojej ?onie z dreszczem nag?ego wstr?tu. Maliszewski u?miechn?? si? g?upkowato. Heniek jeszcze bardziej opu?ci? ci??kie powieki i post?powa? z nogi na nog?. Nagle zapyta? z rozdra?nieniem:
- Robimy co??
- Ty - powiedzia? Maliszewski - Zrób im co? takiego, ?eby si? nie pozbierali ze ?miechu do ko?ca ?ycia. Ty to mo?esz zrobi?, Heniek
- Heniu? - powiedzia? pan Gienek - najlepiej ich nastraszy?. - Przytakn??
palcami i powtórzy?: - Ona jest strasznie ?adna. Ju? dawno nie widzia?em takiej lalki. Jeszcze dziecko. Nie powinni tego robi?. - Nagle zniecierpliwi? si? i rzek? do He?ka:
- Zrób im pan co, bo jak nie, to ja im bomb? zasun?.
- Czekaj pan - powiedzia? Heniek. - To ju? lepiej ja.
Patrzy? przez chwil? na br?zowe uda dziewczyny i na twarzy jego malowa?a si? m?ka. Potem wyszed? zza drzewa i stan?? przed m?odymi. Zmru?ywszy oczy, rzek?:
- W tat? i mam? si? bawicie? Smacznego!
Maliszewski i pan Gienek wybuchn?li ?miechem. Ch?opak zerwa? si? na nogi i wyj?ka?:
- Czego pan chce?
- Niczego - powiedzia? bardzo wolno Heniek. Stan?? przed ch?opakiem i ko?ysa? si? na nogach. Gryz? w dalszym ci?gu trawk? i spluwa? zielonkaw? ?lin?. Potem powiedzia?:
- Uwa?aj, jak jedziesz kochany. To ci przyszed?em powiedzie?. Zawsze
uwa?aj, jak jedziesz.
Maliszewski wyszed? zza drzewa i stan?? obok He?ka.
- ?adna dziewczyna - powiedzia? patrz?c na ni? burymi oczkami - Ja bym sam chcia? tak? pozna?. Mo?e si? zapoznamy, prosz? pani?.
- Idiota - powiedzia?a dziewczyna. Stan??a za ch?opakiem; by?a czerwona i zdenerwowana; pan Gienek patrzy?, jak dr?? jej szczup?e plecy i raz jeszcze pomy?la? ze wstr?tem o swojej brzydkiej, grubej i nieforemnej ?onie.
- Ty, ty, szmata - powiedzia? Maliszewski; oczy nabieg?y mu krwi? ze
w?ciek?o?ci. Rzek? szybko, jakby si? dusz?c: - Ty jeste? zwyczajna kurwa, rozumiesz? Ja mam córk? starsz? od ciebie , ty kurewko.
- Niech pan st?d odejdzie - powiedzia? ch?opak, b?agalnie patrz?c im w oczy. - Ja pana prosz?, niech pan stad odejdzie. My?my panu niczego nie zrobili. Ja pana strasznie prosz?.
- Kogo ty prosisz, Janek? - powiedzia?a dziewczyna. - Tego starego durnia?
- Zamknij swojej pani mord? - powiedzia? Heniek - bo inaczej ja jej zamkn?. I sam te? nie pajacuj. Mowie ci, zamknij jej mord?.
- Sam masz mord? - powiedzia?a dziewczyna. Patrzy?a na niego z pogard?. By?a nieprzytomna ze zdenerwowania, lecz usi?owa?a si? roze?mia? szyderczo - Bydlak - powiedzia?a i wybuchn??a p?aczem.
- Ej, ty - powiedzia? Heniek i szarpn?? j? za r?k?. - Komu ty wymy?lasz?
Przychodzisz si? tutaj puszcza? i jeszcze co? mówisz?
Ch?opak szarpn?? si?; uderzy? He?ka w twarz - raz i drugi. Sta?o si? to tak szybko, ?e Heniek zd??y? tylko zamruga? oczami. Lecz w nast?pnej chwili z?apa? ch?opaka za w?osy i trzasn?? twarz? w swoje kolano. Potem uderzy? go pi??ci? w usta i rzuci? na ziemi?.
- Dosy?, prosz? klienta? - zapyta?. - Jak nie dosy?, to ja mog? klienta obs?u?y? dodatkowo. Taryfa ulgowa; tu jest bardzo mi?y cmentarz. - I wybuchn?? stekiem najplugawszych obelg. Zamkn?? oczy, lecz ci?gle widzia? br?zowe, d?ugie nogi dziewczyny.
- Chod?, Janek - powiedzia?a dziewczyna. Otar?a ch?opakowi twarz z krwi. Rzek?a do nich:
- Policzymy si? jeszcze. - I kiedy odeszli ju? par? kroków, krzykn??a
histerycznie:
- Jeste?cie stare szmaty nie m??czy?ni!
Wracali do domu. Znów szli w?ród ogródków dzia?kowych.
- Parno - powiedzia? Heniek. - Prawdopodobnie, ?e b?dzie pada?. - Westchn?? i rzek?: - To by?a ?adna dziewczyna. Dlaczego jej powiedzia?e?, ?e jest kurw??
Przecie? jej nie znasz. Sk?d mog?e? wiedzie??
- Ja przecie? nie powiedzia?em, ?e ona jest taka - rzek? Maliszewski. - To ty powiedzia?e?.
- Ja?
- Ty.
- Nie wyg?upiaj si?. Ja jej wcale nie zna?em.
- Ja j? zna?em - powiedzia? Maliszewski. - Ja ju? ich tutaj widzia?em nie
pierwszy raz. Oni si? bardzo kochaj?.
- Co b?dzie dalej? - zapyta? pan Gienek.
- Nie wiem, co b?dzie dalej. Ale wiem, ?e oni z sob? chodz?. I wiem ,?e oni dzisiaj pierwszy raz z sob?.
- Sk?d? - zapyta? leniwie pan Gienek.
- S?ysza?em, jak j? prosi?. I on si? ba?, i ona si? ba?a. S?ysza?em, jak si?
namawiali. Bali si? dziecka, tak mówili. Ale chyba bardziej siebie.
- Tak zawsze bywa ten pierwszy raz - powiedzia? Heniek. - Ja si? te? ba?em.
- Ka?dy si? ba? tego pierwszego razu - powiedzia? Maliszewski. - Ale po co ty go zaprawi?e??
- Sam chcia?e?.
- Nie wiedzia?em, ?e to tak wyjdzie. On do niej tak dziwnie mówi?…
- Jak?
- Nie pami?tam.
- Chmurzy si? i powiedzia? pan Gienek.
- On w?a?nie cos mówi? o chmurach - powiedzia? Maliszewski. - Jaki? wiersz. Mówi? wam, oni si? kochaj?.
- Ju? teraz nie b?d? si? kocha? - powiedzia? Gienek. - B?d? siebie mieli dosy? na zawsze. Po takim czy?? nie b?d? mogli patrze? na siebie. Niepotrzebnie to wszystko wysz?o.
- Ja ju? wiem - powiedzia? Maliszewski - Przypomnia?o mi si?. On tak jej mówi?, ?e jak on j? tego, to b?dzie ich pierwszy krok w chmury. On tak jej mówi?, tylko, ?e do wiersza. A ona tylko: “Boj? si?. Boj? si?.” i p?aka?a.
- Mo?e si? ba? bólu?
- Nie my?l? - rzek? Maliszewski - Nie my?l?, ?eby si? ba?a bólu. To przychodzi potem. ?ycie, inni ludzie, plotka. Ale ten pierwszy raz, to naprawd? jest w chmurach. Zakochani niczego nie widz?.
- My te?? - zapyta? Heniek.
- Oni teraz ju? nie b?d? si? kocha? - powiedzia? pan Gienek. - Ja sam wiem, ?e jakby mnie co? takiego spotka?o, to bym ju? potem nie kocha? dziewczyny. Zmarkotnia? nagle: znów ssa?a go pustka Wyszli z ogródków i znów szli ulic?.
- Nie - powiedzia? Heniek. - Oni ju? teraz nie b?d? si? kocha?. Mnie te?
spotka?o kiedy? co? takiego. I nie kocha?em ju? potem tej dziewczyny.
- Ka?dego z nas spotka?o kiedy? co? takiego - powiedzia? Maliszewski. - Ale po co ty mu da?e? w jap??
- On mnie pierwszy uderzy? - rzek? Heniek. - Zajdziemy na to piwo?
- Mo?emy zaj??. Ta dziewczyna to ju? chyba nie przyjdzie.
- Chyba nie - powiedzia? pan Gienek. - I za co pan j? tak nazwa?e??
- Moj? dziewczyn? te? tak kto? kiedy? nazwa? - powiedzia? Maliszewski. - Jak Boga kocham, do dzi? nie wiem za co.
- I nie kocha?e? si? pan ju? potem?
- Nie - powiedzia? Maliszewski. Milcza?, potem rzek? z nag?? z?o?ci?: - Dajcie mi spokój, do cholery! Nie wierz? w ?adna mi?o??. Kobiecie swojej te? nie wierz?. Nikomu nie wierz?.
- G?upia sprawa - powiedzia? Heniek. Spojrza? w niebo i powiedzia?: Chmurzy si?. To jak on tam mówi??
- Zdaje si?, ?e krok w deszcz czy co? takiego - powiedzia? zm?czonym g?osem Maliszewski. - Chod?cie na to piwo… Albo o deszczu, albo o burzy… Nie pami?tam. Nie chc? niczego pami?ta?. Gdybym nie pami?ta?, nie by?oby tej ca?ej awantury.
- B?dzie jutro deszcz - powiedzia? Heniek.
- Zawsze w niedziel? pada deszcz - powiedzia? pan Gienek. Skrzywi? si?: raz jeszcze pomy?la? o swojej ohydnej ?onie, o ch?opaku, o dniu jutrzejszym, o ?licznej dziewczynie, o jej d?ugich, brunatnych nogach, o jej piersiach, o jej czerwonych, ?wie?ych ustach, o jej opalonym, silnym karku, o jej zielonych, przera?onych oczach i powtórzy? be?kotem, gdy? musia? co? powiedzie?: W niedziele zawsze pada deszcz…




piątek, styczeń 20th 2006


Gloria Victis - Eliza Orzeszkowa
posted @ 1:13 pm in [ Lektury i literatura szkolna - Opowiadania ]

Gloria Victis

Lecia? wiatr ?wiatem, ciekawy, niespokojny, s?ucha? gwarze?, opowiada? wód, zbó?, kwiatów polnych, drzew przydro?nych i - szumia?. Szumia? o wszystkim, co widzia?, co s?ysza? na szerokim, wielkim, na przedziwnym ?wiecie, i lecia?, a? przylecia? do krainy w wody, trawy i drzewa bogatej, która nazywa si? Polesie litewskie.
Hej, przestworza wolne, przestworza roz?o?yste wiatrowi pr?dkiemu, na równinach, co skraje niebios doko?a podpieraj?, bez przeszkód, bez zas?on. Nie uderzy si? tu wiatr pr?dki o ?adn? gór? ani o ?aden pagórek, nie powstrzyma lotu jego ?adne wysokie miasto i chyba tylko las przed nim stanie z obliczem ciemnym i nad ??kami bezkresnymi, nad rozlanymi po nich wodami zaszepcze s?owo: tajemnica!
Ale dla wiatru las tajemnic nie ma. S? to dwaj przyjaciele. Przenika wiatr le?ne g?stwiny od skraju do skraju i one mu wszystko, co widzia?y, s?ysza?y, opowiadaj?. Przenikaj? si? wzajemnie i w noce gwie?dziste, w d?onie od ?niegu bia?e, w wieczory jesienne od chmur pos?pne, od deszczu szemrz?ce wiod? ze sob? d?ugie przyjació? rozmowy.
Lecia? tedy wiatr nad Polesiem, gdy letnie s?o?ce mia?o si? ku zachodowi i w blasku jego smó?ki na ??kach sta?y zarumienione jak zorze, a wody obleka?y si? w barwy t?czowe. Na wodach w szyby wieloramienne, w strugi leniwe rozlanych, ja?nia?y fiolek, purpura i z?oto, a nad nimi w powietrzu rozpo?ciera?a si? cisza b??kitna, g??boka.
Wiatr ciszy nie m?ci?, albowiem nie by? z wiatrów takich, co grzmi? i hucz?, wstrz?saj? i obalaj?, ale z takich, co kochaj? ?wiat. Lata? po ?wiecie, a?eby zbiera? jego prawdy i ba?nie, minione dzieje, wyronione j?ki, echa staczanych walk, a?eby zbiera? py?ki jego nadziei, ?u?le jego ?alów, tony jego pie?ni i nie?? je w przestrze?, w dal, w czas, w pami?ci, w serca…
Przelecia? wiatr pr?dki nad lakami rozleg?ymi, ?agodn? pieszczot? muskaj?c w locie rumiane smó?ki i czerwone szczawie, ?agodn? swawol? w drobne fale marszcz?c t?czowe wód powierzchnie, a? rozwin??a si? przed nim wst?ga wody wcale ni? tamte innej, cicho stoj?cej w korycie r?koma ludzkimi wy??obionym.
Wiedzia? wiatr, co to za woda i jak si? nazywa. Przed po?ow? stulecia tu by? i wiedzia?, ?e jest to Kana? Królewski. Hej, hej, ten pasek wody bladob??kitnej, sennej, jaka? mu to przeszkoda!
Zanim motyl zdo?a? wzbi? si? z przybrze?nej trawy na szczyt situ, u którego zwin?? do snu poz?acane skrzyd?a, wiatr przelecia? nad Królewskim Kana?em i oko w oko spotka? si? z roztoczonym jak wzrokiem si?gn??, wysokopiennym, cienistym, przezroczystym lasem. Odk?d tu by?, pó? stulecia up?yn??o, jednak pozna? przyjaciela.
- Jak si? masz? - zadmucha? weso?o.
Las w odpowied? zaszumia?:
- Witaj, mi?y latawcze!
I wlecia? wiatr do lasu uradowany, zwinny, przelatywa? w?ród ?wierków, brzóz, olch, d?bów, ramionami owijaj?c pnie starych przyjació? i skrzyd?ami na ich konarach sk?adaj?c poca?unki przywitalne.
- Jak si? macie? - szemra? i szepta?. - Co?cie przez czas ten widzia?y, s?ysza?y? Co si? tu u was, doko?a was, dzia?o, stawa?o?
A stare ?wierki, d?by, brzozy roz?o?yste, ramionami powiewaj?c, odpowiada?y:
- Dzia?y si? tu i stawa?y rzeczy dziwne, rzeczy g?o?ne, dzwoni?ce, p?acz?ce, rozlegaj?ce si? krzykami, j?kami…
- Co, co, co si? dzia?o? Jakie, jakie, jakie rzeczy? - z szybko?ci? niezmiern? szumia?, pyta? wiatr, gdy? po to tylko istnia?, aby dzieje ziemskie zbiera? i po ziemi je roznosi? albo nawet niekiedy pod samo niebo wznosi? i niebu pokazywa?.

Po lesie b??ka?y si? ?wiat?a zachodz?cego s?o?ca, w szerokie, z?ote pasy ubieraj?c pnie drzew starych, na mchach i paprociach migocz?c mnóstwem iskier, w rozkwit?ych ró?ach dzikich zapalaj?c rubinowe serca.
Ró? dzikich, traw, paproci pe?n? by?a polana bardzo rozleg?a, wynios?ymi drzewami zewsz?d otoczona, na któr? wiatr wlecia? i wnet po niej uwija? si? pocz??, z szybko?ci? nadzwyczajn?, wznosz?c si? i opadaj?c, biadaj?c, szukaj?c, na ró?ne tony szumi?c:
- Co si? tu dzia?o? Co si? tu, na tej polanie dzia?o? Co? osobliwego, co? niecodziennego dzia? si? tu musia?o: Czuj? krew! O! d?ugo, przed?ugo ziemia wydaje z siebie wo? krwi swych dzieci, ludzi! S?ysz? j?ki! O, d?ugo, przed?ugo powietrze trzyma pod obliczem nieba j?ki dzieci jego, ludzi! Tu by? bój jaki? i tu by?y zgony! Tu by?y rany, t?tenty koni, krzyki. Mówcie, drzewa kochane, opowiadajcie, mówcie!
Drzewa milcza?y, tylko po ich ga??ziach przebieg? dreszcz lekki, krótki, jakby z zimna nag?ego powsta?y, co dziwnym by?o w ten ciep?y dzie? letni.
A w?a?nie w tej chwili wiatr z gwa?towno?ci? u niego niezwyk??, z szumem nami?tnym zapytywa? pocz??:
- A to? co? A to co jest takiego? Tego natura nie uczyni?a! To uczyni?y r?ce ludzkie! Tu nigdzie natura pagórków nie usypywa?a! Ten usypany jest przez ludzi! Kto? po co? dlaczego? A ten?e krzy?yk na pagórku, w?ród liliowych dzwonków, Bo?e, jak ma?y, prosty, biedny! - co znaczy? Mówcie, drzewa, o mówcie, b?agam!
Wtedy d?b, wynios?y i silny, któremu k?pa zwisaj?cych w dó? ga??zi czyni?a brod? d?ug?, brzoza wysmuk?a i ca?a w d?ugich, ku ziemi opadaj?cych warkoczach, ?wierk wyprostowany, w he?mie z iglic? strzelist? na szczycie, odpowiedzieli chórem przyciszonym szumów:
- To jest mogi?a!
- Taka wielka, taka wielka, taka wielka mogi?a! - zadziwi? si? wiatr.
Brzoza westchn??a:
- A krzy?yk tak ma?y!
A d?b zagada?:
- ?pi w niej wiele serc m??nych, spalonych na o?tarzu…
- Wiele serc, a krzy?yk jeden - zadziwi? si? znowu wiatr.
A brzoza znowu westchn??a:
- I taki ma?y, biedny!
Wyprostowany ?wierk potrz?sn?? he?mem zdobnym w strzelist? iglic? i przemówi?:
- Jam najwy?szy w tym lesie, najdalej widz?, wiem: s? na ziemi bohaterzy wie?czeni i niewie?czeni, maj?cy pomniki i ich nie maj?cy.
Nabo?nie wiatr wyszepta? pytanie:
- Jest?e to mogi?a bohaterów?
- Bezimiennych - odpowiedzia? ?wierk.
A dzwonki liliowe, g?sto doko?a krzy?yka rosn?ce, cicho zadzwoni?y:
- Pomar?ych m?odo, m?odo…
- I w m?kach - szepta?a ró?a u szczytu pagórka rosn?ca, przy czym od rubinowego serca swego oderwa?a p?atek jeden i na pagórek go rzuci?a.
Upad? p?atek, do motyla podobny, na trawy wysokie, a ró?a westchn??a:
- Ja jedna kwiaty na t? mogi?? rzucam. Co lato, od pó?stulecia prawie, rzucam na ni? wonne p?atki moje, Ja jedna!
Tu znowu odezwa?y si? dzwonki liliowe:
- A my dzwonimy pacierz ?a?obny. Co lato, od pó?stulecia prawie, wydzwaniamy nad t? mogi?? pacierz ?a?obny… my jedne!
Wtedy wiatr pr?dki po?o?y? si? na pagórku mogilnym, znieruchomia?. Ludzie widzie? by go nie mogli, lecz drzewa, trawy, kwiaty widzia?y.
Cia?o jego przezroczyste, powiewne, z kryszta?u i szronu utkane wyd?u?y?o si? na pagórku w skr?tach w??owych i tysi?cem z?otych odbi? za?wieci?y w nim blaski zachodz?cego s?o?ca. ?wieci?y i migota?y b?yszcz?ce odbicia te w skrzyd?ach jego ogromnych, które jak fale p?ynnego kryszta?u opad?y na trawy polany, we w?osach jego, które jak paj?cza tka? ze szronu rozpostar?y si? nad polan?, w ramionach jego, które jak kryszta?owe kolumny wznosi?y si? ku drzewom, gdy w powietrzu p?yn??o szemranie b?agalne, ciche.
- Mówcie, o, starzy wiatru pr?dkiego przyjaciele! Wy, co przez wieki mieszkacie w ?wi?tyni dumania i czo?ami niebotycznymi podpieracie stropy samotni niesko?czonych, zamy?leni ?wiadkowie dziejów ziemi, tysi?custni a milcz?cy stró?e mogli le?nych, bezimiennych, zapomnianych, nieuczczonych, wy?piewajcie mi o tej mogile strof? ?ycia i strof? ?mierci, abym móg? unie?? j? pod niebo i pokaza? niebu, a potem nie?? nad ziemi? w przestrze?, w dal, w czas, w pami?cie, w serca…
Ostatni r?bek tarczy s?onecznej za skraj ziemi zasun?? si? i znikn??. Natomiast zorza wieczorna w purpurze i p?omieniach podnios?a si? za lasem i las nape?ni?a ?wiat?ami po?ogi. W powietrzu, pomi?dzy li??mi drzew, na krzakach i trawach rozsypa?y si? okruchy ?wietlnej ?uny niebieskiej, maj?ce czerwono?? i ognisto?? p?on?cych kropel krwi.
Stary, pot??ny d?b, pa?aj?cymi kroplami krwi na ga??zistej brodzie ?wiec?c, rozwar? szerokie ramiona, powia? nimi w powietrzu i tak szumie? zacz??:

*

(more…)




piątek, styczeń 20th 2006


Bia?e Kwiaty - Cyprian Kamil Norwid
posted @ 12:20 am in [ Nowele - Opowiadania ]

BIA?E - KWIATY

bia?e kwiaty

Na pewno tego nie pami?tam, gdzie widzia?em p?askorze?b wyobra?aj?cy wychodz?cego z ?wi?tyni Zachariasza, a nie mog?cego otaczaj?cym mówi?, i? zaniemia? do czasu narodzenia si? Jana ?. Chrzciciela, syna jego; zdaje mi si?, ?e to we Florencji, na tych br?zowych bramach Chrzcielnicy
?. Jana, o których Micha? Anio? Buonarroti rzek? by?, i? oczekuj?cymi raju na ziemi bramami s?, które przenie?? jeszcze, gdzie raj jest, zaniechano.

Za pewne jednak uwa?am, i? tak trudnej rzeczy, jak? jest rze?ba-chrze?cija?ska, to niew?tpliwie najpi?kniejszy mo?e przedmiot. Starzec niemy jest - cisza wielka woko?o - wszystkie osoby s?uchaj? i pytaj? razem, i od-powiadaj? razem… milcz?c…

Otó? - w jednej niesko?czenie wa?nej kwestii estetycznej pod obecne czasy, u nas i na ?wiecie, w kwestii, dlaczego (sumiennie rzecz bior?c) nie ma nigdzie prawdziwego dramatu, przyszed? mi na pami?? ze wzgl?du na sztuk?, mówi?, ów p?askorze?b florencki.

Kto si? nie zgorszy prostot? szczerej prawdy, ten zgadnie ?atwo bardzo, dlaczego w literaturze naszej dramatu by? nie mo?e… Ale dlaczego w ?adnej innej dzi? go nie ma?

Na to (doprawdy, ?e bawi mi?, i? ja jeden) ?miem odpowiedzie?, te kwiaty bia?e zapisuj?c, aby Francuz z czasem i inny obcy literat prze?o?y? sobie na j?zyk swój wiadomo??, sk?d ta u nich nieobecno?? prawdziwego-dramatu powsta?a.

U nas bowiem to z przyczyny niezmiernie prostej, czyli i? literatura nasza nie okre?li?a jeszcze ani jednego sko?czonego typu kobiety, a jako? bez kobiety dramat by? ma? Nawet sama Maria Malczewskiego to tylko krzyk jeden kobiety, która kochank? nie ?mia?a by? jeszcze, ?on? nie mia?a i nie mog?a. Aldona jest to wie?a ?piewaj?ca - Gra?yna w he?mie swym zamkni?tym nic a nic ju? nie mówi nawet… Inne za? innych kobiety s? tylko przegrywkami w antraktach opery poza ich udzia?em dziej?cej si?.

Najja?niej przeto wida? przyczyn? estetyczn? nieobecno?ci pe?nego dramatu u nas, lubo najnieja?niej mistyczne i realne, to jest spo?eczne, wyj?tkowego zjawiska tego ?ród?o, i zupe?n? natur? jego, tak dalece, i? skrz?tnie bardzo skracam to.

Ale? - u dzisiejszych pisarzów innego narodu, gdzie ze wszech miar szeroko ka?dy romansista najmniej s?awny na wszelaki mo?ebny i niemo?ebny sposób przedmiot ten traktuje i uprawia!!!… czemu ? - mówi? - tam, serio uwa?aj?c, pe?nej dramy nie ma, tego, ile wiem, nikt dot?d niezbicie nie okaza?…

Ja te? nie dowiod? bynajmniej po akademicku, bo tu wcale nie my?l? o tym, tak dalece, i? wynikiem tylko jest prawie bezw?asnowolnym ta, o nieobecno?ci dramatu u cudzoziemców i przyczynie jej g?ównej uwaga. Powiem jednak pokrótce, dlaczego to jest tak, z powodu i? odpowied? na to krytyczne zapytanie pos?u?y mi do toku g?ównej rzeczy w tych kilku kartkach zawartej.

Dramy prawdziwej nie mo?e by?, ilekro? si? zatraci poj?cie dramatyczne ciszy i poj?cia jej natur - czyli, ja?niej t?umacz?c, albo raczej szerzej t?umacz?c za?o?enie powy?sze: kiedy si? zatraci basso w muzyce, a kolor bia?y na palecie malarza, a pion w rysunku. Có? zupe?nego tak niezupe?ne ?rodki otrzyma? s? w stanie? Nadanie stanowczego kierunku i stopnia ciszy w dramatyzowaniu jest dla dzie?a tej natury tym, czym w obrocie planety niedotkliwa i niewidzialna planety o?.

Kto ma uszy ku wys?uchaniu prawdy, ten niech ca?o?? jej wys?ucha. Ja, ?e za wst?p jedynie u?y?em jej tu do prostego spisu kilku wra?e?, wspomn? tylko, dla korzysta? chc?cego innostronnie z wzmianki powy?szej czytelnika, i? nie wiem, który by dzi? autor, bez potkni?cia si? w ?mieszno??, potrafi? doci?gn?? tam a? dramy pochód, gdzie Calderon zamyka swój i wychodzi ju? sam na scen? mówi?c:

“Dalej - pisarz dramatu podnie?? si? nie b?d?c w stanie… sko?czy?.”

U Szyllera bezmowne zupe?nie chwile dramy mo?e najwy?szymi s? poetycznymi jego polotami. Zdaje si?, ?e to nie in?d, ale t?dy drama w rze?b? przechodzi - co zazwyczaj w ta?cu raczej poszukiwano, akrobatyzuj?c przeto monumentaln? rze?biarstwa powag?. Jaki? barbarzy?ski b??d tych systematyzuj?cych tak estetyków!…

(more…)




czwartek, styczeń 19th 2006


Czarne Kwiaty - Cyprian Kamil Norwid
posted @ 11:02 pm in [ Proza - Opowiadania ]

CZARNE KWIATY

linia_1

…Mo?na by ciekawe w tym wzgl?dzie rzeczy tu zapisa?, ale zaraz wstr?t cofa pióro i przychodzi na my?l zapytanie: “czy warto!…” Przy poj?ciach albowiem wspó?czesnych o czytelnictwie i o twórczo?ci pi?miennej zatracone jest prawie uczucie, kiedy pisarz stara si? unikn?? stylu przez uszanowanie dla rzeczy opisywanej a z siebie samej zupe?nej i zajmuj?cej, kiedy za?, przeciwnie, nie dopracowawszy formy, styl zaniedbuje… Kiedy chodzi po ziemi, okazuj?c, jak nisko zst?pi? potrafi?? - kiedy za? równie? nisko st?pa, przeto i? wznie?? si? wy?ej nie móg?? Te rozró?nia? odcienia, tak dla pewnych osób jednoznacz?ce, rzadki bardzo czytelnik dzi? potrafi, i dlatego niebezpiecznie jest w jak?kolwiek now? drog? na cal jeden post?pi?, i dlatego najbezpieczniej jest w kó?ko jedne i te? same motywa i formy proporcjonowa? tylko, nic nie wznowiwszy ani dodawszy, ani na uic si? nie odwa?ywszy.

S? wszelako w ksi?dze ?ywota i wiedzy ust?py takie, dla których formu? stylu nie ma, i to w?a?nie sztuka jest niema?a odda? je i zbli?y? takimi, jakimi s?. Maj?? one pozosta? zamkni?tymi osobistymi nabytkami przez obaw? rubasznego krytyka, przywyk?ego do dwóch tylko formu? na wszelki p?ód wyci?tych, jako obowi?zuj?ce malarzy pokojowych wyci?te patrony…

Pierwsz? z tych formu? jest jaki? ksi??kowy klasycyzm, o którym Grek Peryklejski ani Rzymianin za Caesara czasów bynajmniej nie wiedzia?; drug? - pewne formu?y czasowe dziennikarskie, to jest proste techniczne wypadki z rozwini?cia druku samego powsta?e. Jedna z tych ram wszystko obj?? jest w stanie mniej ??czno?ci? pomi?dzy ksi??k? a ?ywotem, druga - wszystko mniej istot? ?róde?, z których ono wszystko p?ynie.

St?d to: niezawodnie snadniej dzi? upowszechni si? udany pami?tnik ?redniowieczny, ni? fakt spó?czesny, sumienie obowi?zuj?cy, nale?ny mu wp?yw wywrze i nale?n? zachowa powag?. Jako? - czytelnicy podobni s? w tym do osoby oddalonej od przyjaciela swego, a maj?cej wizerunek jego na pami?tk?, która, gdy on przyjaciel z drogi wraca: “Nie przeszkadzaj?e mi”, rzecze jemu, “bowiem oto godzina jest, w której na portret patrze? zwyk?am, listy w?a?nie ?e pisa? maj?c”.

(more…)




czwartek, styczeń 19th 2006


Ptaki- Bruno Schulz
posted @ 12:35 am in [ Opowiadania ]

PTAKI

go??bki

Nadesz?y ?ó?te, pe?ne nudy dni zimowe. Zrudzia?? ziemi? pokrywa? dziurawy, przetarty, za krótki obrus ?niegu. Na wiele dachów nie starczy?o go i sta?y czarne lub rdzawe, gontowe strzechy i arki kryj?ce w sobie zakopcone przestrzenie strychów - czarne, zw?glone katedry, naje?one ?ebrami krokwi, p?atwi i bantów - ciemne p?uca wichrów zimowych. Ka?dy ?wit odkrywa? nowe kominy i dymniki, wyros?e w nocy, wyd?te przez wicher nocny, czarne piszcza?ki organów diabelskich. Kominiarze nie mogli op?dzi? si? od wron, które na kszta?t ?ywych czarnych li?ci obsiada?y wieczorem ga??zie drzew pod ko?cio?em, odrywa?y si? znów, trzepoc?c, by wreszcie przylgn??, ka?da do w?a?ciwego miejsca na w?a?ciwej ga??zi, a o ?wicie ulatywa?y wielkimi stadami - tumany sadzy, p?atki kopciu, faluj?ce i fantastyczne, plami?c migotliwym krakaniem m?tno?ó?te smugi ?witu. Dni stwardnia?y od zimna i nudy, jak zesz?oroczne bochenki chleba. Napoczynano je t?pymi no?ami, bez apetytu, z leniw? senno?ci?.

Ojciec nie wychodzi? ju? z domu. Pali? w piecach, studiowa? nigdy niezg??bion? istot? ognia, wyczuwa? s?ony, metaliczny posmak i w?dzony zapach zimowych p?omieni, ch?odn? pieszczot? salamander, li??cych b?yszcz?c? sadz? w gardzieli komina. Z zami?owaniem wykonywa? w owych dniach wszystkie reparatury w górnych regionach pokoju. O ka?dej porze dnia mo?na go by?o widzie?, jak - przykucni?ty na szczycie drabiny - majstrowa? co? przy suficie, przy kamiszach wysokich okien, przy kulach i ?a?cuchach lamp wisz?cych. Zwyczajem malarzy pos?ugiwa? si? drabin? jak ogromnymi szczud?ami i czu? si? dobrze w tej ptasiej perspektywie, w pobli?u malowanego nieba, arabesek i ptaków sufitu. Od spraw praktycznego ?ycia oddala? si? coraz bardziej. Gdy matka, pe?na troski i zmartwienia z powodu jego stanu, stara?a si? go wci?gn?? w rozmow? o interesach, o p?atno?ciach najbli?szego ,,ultimo”, s?ucha? jej z roztargnieniem, pe?en niepokoju, z drgawkami w nieobecnej twarzy. I bywa?o, ?e przerywa? jej nagle zaklinaj?cym gestem r?ki, a?eby pobiec w k?t pokoju, przylgn?? uchem do szpary w pod?odze i z podniesionymi palcami wskazuj?cymi obu r?k, wyra?aj?cymi najwy?sz? wa?no?? badania - nas?uchiwa?. Nie rozumieli?my wówczas jeszcze smutnego t?a tych ekstrawagancji, op?akanego kompleksu, który dojrzewa? w g??bi.

(more…)




czwartek, styczeń 19th 2006


“Rozdzióbi? nas kruki, wrony” - Stefan ?eromski
posted @ 12:27 am in [ Lektury i literatura szkolna - Opowiadania ]

“Rozdzióbi? nas kruki, wrony”

Ani jeden ?ywy promie? nie zdo?a? przebi? powodzi chmur, gnanych przez wichry. Sk?pa jasno?? poranka rozmno?y?a si? po kryjomu, uwidoczniaj?c krajobraz p?aski, rozleg?y i zupe?nie i pusty. Lecia?a ulewa deszczu, sypkiego jak ziarno. Wiatr krople jego w locie podrywa?, niós? w kierunku uko?nym i ciska? o ziemi?.

Ponura jesie? zwarzy?a ju? i wytru?a w trawach i chwastach wszystko, co ?y?o. Obdarte z li?ci, sczernia?e rokiciny ?a?o?nie szumia?y, zni?aj?c pr?ty a? do samej ziemi. Kartofliska, ?ciernie, a szczególniej role ?wie?o uprawne i zasiane, rozmi?k?y na przepa?ciste bagna. Bure ob?oki, podarte i rozczochrane, lecia?y szybko, prawie po powierzchniach tych pól obumar?ych i przez deszcz sch?ostanych.

W?a?nie o samym ?wicie Andrzej Borycki (bardziej znany pod przybranym nazwiskiem Szymona Winrycha) wyjecha? zza pagórków rajgórskich i skierowa? si? pod Nasielsk, na szerokie p?aszczyzny. Porzuciwszy zaro?la, trzyma? si? przez czas pewien ?ladu polnej dro?yny, gdy mu ta jednak zgin??a w ka?u?ach; ruszy? wprost przed siebie, na poprzek zagonów.

Przez dwie noce ju? czuwa? i trzeci dzie? wci?? szed? przy wozie. Buty mu si? w rzadkim b?ocie rozciapa?y tak misternie, ?e przyszwy sz?y swoim porz?dkiem, podeszwy swoim porz?dkiem, a bose stopy w zupe?nym odosobnieniu. Bardzo przemók? i przezi?b? do szpiku ko?ci. Któ? by zdo?a? pozna? w tym obdartusie by?ego prezesa najweselszej pod ksi??ycem konfraterni tak zwanych ?rubstaków, dawnego J?drka, króla i padyszacha syren warszawskich’? W?osy mu poros?y “w orle pióra”, paznokcie “w dzikie szpony”, chodzi? teraz w przepoconej sukmanie, ?ar? chciwie razowiec ze sperk? i ??opa? gorza?? z tak? naiwno?ci?, jakby to by?a woda sodowa z sokiem porzeczkowym.

Konie by?y g?odne i zgonione tak dalece, ?e co pewien czas ustawa?y. Nic dziwnego: ko?a zarzyna?y si? w b?oto po szynkle, a na drabiniastym wozie pod troch? olszowego chrustu, siana i s?omy le?a?o samych karabinków sztuk sze??dziesi?t i kilkana?cie pa?aszów, nie licz?c broni drobniejszej. By?y to wcale niez?e szkapy.: ros?e, podkasane, prawie chude, ale ze ?wietnej rasy poci?gowej. Mog?y jak nic robi? dziesi?? mil na dob?, byleby im pozwoli? dobrze wytchn?? dwa razy i uczciwie je popa??. Konie nale?a?y do pewnego szlachetki z okolic M?awy. Stanowi?y one znaczn? cz??? jego maj?tku, bo posiada? summa summarum trzy szkapy, jednak?e po?ycza? ich Winrychowi na ka?de zapotrzebowanie. Ten ostatni przychodzi? zazwyczaj pó?no w nocy, stuka? do okna domostwa - wychodzili obydwaj z gospodarzem, wyprowadzali konie cichaczem, aby nie budzi? parobka, wytaczali wóz i jazda! Letni? por? by?a to rzecz wcale ?atwa - owa jazda. We dnie Winrych spa? w g?szczach le?nych, a konie si? pas?y Teraz niepodobna by?o ani spa?, ani popasa?. Winrych liczy? na to, ?e go kto? zluzuje, zw?aszcza ?e najuci??liwsze posterunki i przeszkody szcz??liwie wymin??. Ale nie takie to ju? by?y czasy… Je?eli kto jeszcze na tej ziemi walczy? w ca?ym i zupe?nym znaczeniu tego s?owa, to on, Winrych. On jeden jeszcze chodzi? po bro?, jeden nie upada? na duchu. Gdyby nie on, i sama partia by?aby si? od dawna rozlecia?a na cztery strony ?wiata. Przez d?ugi czas tych ludzi ?ciganych, g?odnych, przezi?b?ych i wyl?knionych wspiera? swymi szyderczymi pó?s?owami i podnieca? jak ch?ost?. Teraz, gdy ju? wszystko run??o na ?eb w bezdenn? jam? trwogi, on si?, jak to mówi?, zawzi??. W miar? tego jak nie tylko do g??bi nastrojów i sumie?, ale do podstaw tak zwanej polityki rewolucyjnej wciska? si? pocz?ta coraz bezczelniej i natarczywiej filozoficzna zasada: fratres! rapiamus, capiamus, fugiamusque - on czu? w sobie upór coraz zuchwalszy, coraz straszliwiej bolesny i ju? prawic szalony…

(more…)




czwartek, styczeń 19th 2006


Si?aczka - Stefan ?eromski
posted @ 12:23 am in [ Lektury i literatura szkolna - Opowiadania ]

Si?aczka

W nie najlepszym humorze powróci? do domu doktór Pawe? Obarecki z winta, za po?rednictwem którego sk?ada? uroczy?cie ?yczenia ksi?dzu plcbanowi wraz z aptekarzem, poczciarzem i s?dzi? w ci?gu o?mnastu godzin z rz?du. Powróciwszy, drzwi gabinetu zamkn?? tak szczelnie, aby si? do niego nikt, nie wy??czaj?c dwudziestoczteroletniej gospodyni, wedrze? nie móg? - usiad? przy stoliku i wpatrywa? si? przede wszystkim z uporem w okno, bez ?adnego zreszt? wyra?nego powodu, nast?pnie za? zaj?? si? b?bnieniem palcami po stole. Czu? najwyra?niej, ?e opanowywa? go zaczyna “metafizyka”.

Wiadom? jest rzecz?, ?e cz?owiek kultury, wyrzucony ‘przez p?d od?rodkowy niedostatku z ogniska ?ycia umys?owego do Klwowa, Kurozw?k lub - jak doktór Obarecki - do Obrzyd?ówka, podlega z up?ywem czasu, wskutek d?d?ów jesiennych, braku ?rodków komunikacji i absolutnej niemo?no?ci mówienia w ci?gu sezonów ca?ych - stopniowemu przeistaczaniu si? w twór mi?so?erno-ro?lino?erny, wch?aniaj?cy nadmiern? ilo?? butelek piwa i poddany atakom nudy, os?abiaj?cej a? do takiego stanu, jaki graniczy z usposobieniem poprzedzaj?cym wymioty. Zwyczajn? nud? ma?omiasteczkow? po?yka si? bezwiednie, jak bezwiednie zaj?c po?yka jajka tasiemca rozproszone na trawie przez psy. Od chwili zagnie?d?enia si? w organizmie b?blowca: “najzupe?niej mi jest wszystko jedno” - zaczyna si? w?a?ciwie proces umierania. Doktór Pawe?, w epoce jego ?ycia, o której mówi?, zjedzony ju? by? przez Obrzyd?ówek wraz z mózgiem, sercem i energi? - zarówno potencjonaln?, jak kinetyczn?. Do?wiadcza? nieprzezwyci??onego wstr?tu do czytania, pisania oraz rachowania, móg? ca?ymi godzinami spacerowa? po gabinecie lub le?e? na szezlongu cho?by z nic zapalonym papierosem w z?bach, w t?sknym, dokuczliwym i bolesnym niemal oczekiwaniu na co?, co si? sta? musi, na kogo?, kto musi nadej??, mówi? cokolwiek, cho?by koz?y przewraca?, w nat??onym ws?uchiwaniu si? w szmery i szelesty zwiastuj?ce przerwanie ciszy, która d?awi i przygniata niejako do ziemi. Szczególniej dokucza?a mu zazwyczaj jesie?. W ciszy jesiennego popo?udnia, zalegaj?cej Obrzyd?ówek od przedmie?cia do przedmie?cia, by?o co? bolesnego, co?, co poduszcza?o do wo?ania o pomoc. Mózg, opleciony niby mi?kkim prz?dziwem paj?czyny, wypracowywa? my?li czasami nies?ychanie pospolite, a niejednokrotnie - stanowczo do niczego niepodobne.

Gwizdanie i dysertacje z gospodyni?, raz przyzwoitsze (o nies?ychanej na przyk?ad wy?szo?ci pieczonego prosi?cia nadzianego kasz? tatarczan?, rozumie si?, bez majeranku, nad takim?e prosi?ciem nadzianym innymi substancjami), kiedy indziej za? ohydnie nieprzystojne - stanowi?y jedyn? rozrywk?. Wytoczy si?, bywa?o, na po?ow? niebios chmura z potwornymi odnogami w kszta?cie ?ap tytanicznych i bury jej k??b zawi?nie bezw?adnie, nie mog?c rozwia? si? w przestwór i gro??c zawaleniem si? na Obrzyd?ówek i dalekie, puste pola. Od chmury tej leci niesiona przez wiatr uko?nie mg?a kropelek, które osiadaj? na szybach w postaci kryszta?ków, sprawiaj?c w szumie wiatru szelest odr?bny a przejmuj?cy, jakby obok, gdzie? za w?g?em domu ?ka?o dziecko dobywaj?ce resztki j?ku. Daleko na miedzach stoj? pozbawione li?ci samotne gruszki polne, miotaj? si? ich ga??zie, deszcz je siecze… My?l zbiera?a z tego krajobrazu smutek, w którym by?o co? chronicznie kataralnego i mglisto, niejasno, bezwiednie wyczuwan? trwog?. Ten w?a?nie nastrój kataralno-melancholijny sta? si? nastrojem dominuj?cym i rozci?ga? si? na sezony letnie i wiosenne. Zagnie?dzi? si? w duszy doktora smutek zjadliwy a nie maj?cy ?adnej podstawy. Za nim nadci?gn??o lenistwo nieopisane, lenistwo zabójcze, wytr?caj?ce z r?k ofiary nawet nowele Alexisa.

“Metafizyka”, jakiej doktór Pawe? do?wiadcza? ostatnimi czasy raz, czasami dwa razy do roku - to kilka godzin ?wiadomego samobadania bystro, z szalon? gwa?towno?ci? nap?ywaj?cych wspomnie?, niecierpliwego zbierania strz?pów wiedzy, szamotania si? granicz?cego z w?ciek?o?ci?, szlachetnych porywów przywalonych glin? bezczynno?ci, rozmy?la?, wybuchów goryczy, postanowie? niez?omnych, ?lubów, zamiarów… Wszystko to, rozumie si?, nie prowadzi?o do ?adnej zmiany na lepsze i przemija?o, jako pewna miara czasu mniej lub wi?cej dotkliwego cierpienia. Z “metafizyki” mo?na si? by?o wyspa? jak z bólu g?owy, by wsta? nazajutrz z umys?em od?wie?onym, energiczniejszym i uzdolnionym lepiej do podj?cia zwyczajnego jarzma nudów oraz zu?ywania wszystkiej energii mózgu na wymy?lanie najsmaczniejszego jad?a. Endemia “metafizyki” wskazywa?a jednak naszemu doktorowi, ?e w jego egzystencji ro?linnej, najedzonej, niejako nasyconej filozofi? mocnego, zdrowego rozs?dku, kryje si? jaka? rana nieuleczalna, niewidoczna, a dolegaj?ca nad wyraz, niby ranka nad próchniej?c? ko?ci?.

Doktór Obarecki przyby? do Obrzyd?ówka przed sze?cioma laty, zaraz po uko?czeniu studiów, z umys?em rozwidnionym zorz? niewielu wprawdzie, ale nadzwyczajnie po?ytecznych my?li, tudzie? z kilkoma rublami w kieszeni. Mówiono podówczas bez przerwy o konieczno?ci osiedlania si? w lasach i Obrzyd?ówkach. Pos?ucha? aposto?ów. By? ?mia?y, m?ody, szlachetny i energiczny. W pierwszym zaraz po osiedleniu si? miesi?cu wyda? niebacznie wojn? aptekarzowi i felczerom miejscowym, uzdrawiaj?cym za pomoc? ?rodków wkraczaj?cych w dziedzin? misterii. Aptekarz obrzyd?owski, “eksploatuj?c sytuacj?” (do najbli?szej aptek? przez cywilizacj? obdarzonej miejscowo?ci by?o mil pi??) - nak?ada? haracz na jednostki pragn?ce powróci? do zdrowia dzi?ki jego olejom, balwierze za? wybudowali, trzymaj?c si? z farmaceut? za r?ce, wspania?e domostwa; w “kacabajach” nied?wiadkami podbitych chadzali, zachowuj?c na obliczach wyraz takiej powagi, jak gdyby w ka?dej chwili ?ywota prowadzili ksi?dza plebana na procesji Bo?ego Cia?a.

Gdy delikatne i ogl?dne perswazje, skierowane do farmaceuty a wypowiadane patetycznie z rozmaitych “punktów widzenia”, traktowane by?y jako idylle m?odzie?cze i skutku ?adnego nie odnios?y - doktór Obarecki uzbierawszy nieco grosza kupi? apteczk? podr?czn? i zabiera? j? ze sob? jad?c do chorych na wie?. Sam przygotowywa? na miejscu lekarstwa, udziela? ich za bezcen, je?eli nie za darmo, uczy? higieny, bada?, pracowa? z fanatyzmem, z uporem, bez snu i odpoczynku. Rzecz prosta, ?e natychmiast po rozej?ciu si? wie?ci o apteczkach przeno?nych, udzielaniu pomocy za darmo i tym podobnych punktach widzenia - wybito mu wszystkie szyby, jakie istnia?y w ubogim mieszkaniu. Poniewa? za? Borach Pokoik, jedyny szklarz w Obrzyd?ówku, odprawia? w owym czasie ?wi?to Kuczek - trzeba by?o okna wyklei? bibu?? i czuwa? noc? z rewolwerem w prawicy. Wprawione wreszcie szyby wybito powtórnie i wybijano je odt?d periodycznie a? do chwili sprawienia d?bowych okiennic. Rozpuszczono mi?dzy ludno?ci? miasteczka wie??, jakoby m?ody doktór obcowa? z duchami ciemno?ci, oczerniono go w opinii inteligencji okolicznej jako nies?ychanego nieuka, odci?gano przemoc? chorych zmierzaj?cych do jego mieszkania, wyprawiano w majowe wieczory kocie muzyki itp. M?ody doktór nie zwraca? na to wszystko uwagi, ufaj?c w zwyci?stwo prawdy. Zwyci?stwo prawdy nie nast?pi?o. Nie wiadomo dlaczego… Ju? po up?ywie roku doktór poczu?, ?e jego energia staje si? z wolna “dziedzictwem robaków”. Zetkni?cie bliskie z ciemn? mas? ludu rozczarowa?o go nad wyraz: jego pro?by, namowy, istne prelekcje z zakresu higieny upada?y jak ziarna na opok?. Robi?, co tylko móg? - na pró?no! Szczerze mówi?c - trudno nawet wymaga?, aby cz?owiek nie maj?cy butów na zim?, wygrzebuj?cy w marcu z cudzych pól zgni?e, zesz?oroczne kartofle w celu czynienia sobie z nich podp?omyków, miel?cy na przednówku kor? olszow? na m?k?, aby tej domiesza? do zbyt szczup?ej miary m?ki ?ytniej, gotuj?cy kasz? z niedojrza?ego ziarna, nabranego o ?wicie “sposobem kradzionym” - móg? zreformowa? w sensie dodatnim zaniedbane zdrowie swoje pod wp?ywem cho?by najzrozumialej wy?o?onych praw zdrowotno?ci. Nieznacznie doktorowi zacz??o by? “wszystko jedno”… Jedz? zgni?e kartofle - có? pocz?? - niechaj jedz?, je?eli im smakuj?. Mog? nawet jada? surowe - to trudno…

Ludno?? ?ydowska miasteczka leczy?a si? u marzyciela, poniewa? nie odstrasza?y jej duchy ciemno?ci, a zach?ca?a nadzwyczajna tanio?? “medycyny”.

Pewnego pi?knego poranku doktór skonstatowa?, ?e ów p?omyczek nad jego g?ow?, z którym tu przyszed? i którym chcia? rozwidni? dro?yn? swoj? - zgas?. Zgas? sam przez si? - wypali? si?. Wówczas apteczka podr?czna zosta?a na klucz do szafy zamkni?ta i doktór sam jedynie z niej korzysta?.

Co za m?czarnia jednak da? si? pokona? farmaceucie i balwierzom, usta?, zako?czy? wojny obrzyd?owskie zamkni?ciem apteczki do szafy!

Zwyci?zcami maj? prawo si? okrzykn?? i zbiera? ?upy, lecz nie oni go pokonali: sam si? pokona?. Zadusi? proste i wysokie my?li i uczynki mo?e dlatego, ?e si? w jad?o zbytecznie wdawa? zacz?? - do??, ?e zadusi?. Co? tam jeszcze robi?, leczy? my?l?c -me mia? ju? jednak nikt z ca?ej jego ówczesnej “dzia?alno?ci” za pó? papierosa po?ytku.

W okolicznych siedzibach pa?skich przemieszkiwali dziwnym zbiegiem okoliczno?ci sami troglodyci “z dziada pradziada”, którzy doktorów w ogóle traktowali w sposób cokolwiek niewspó?czesny. Jednemu z nich z?o?y? doktór Pawe? wizyt?, co by?o pomys?em chybionym, poniewa? troglodyta przyj?? go u siebie w gabinecie, siedzia? podczas wizyty w kamizelce i jad? spokojnie szynk? kraj?c j? scyzorykiem. Doktór poczu? w sobie nap?yw ducha demokratyzmu, powiedzia? pó?hrabi co? cierpkiego i nie sk?ada? wi?cej wizyt w okolicy.

Pozosta? tedy do wymiany my?li ksi?dz proboszcz i s?dzia. Obcowa? jednak zbyt cz?sto z plebanem - markotnie jest nieco; s?dzia za? by? cz?owiekiem mówi?cym rzeczy, których zupe?nie nie mo?na by?o poj?? - pozosta?a tedy w?a?ciwie samotno??. Aby unikn?? z?ych nast?pstw absolutnego przebywania z samym sob?, usi?owa? zbli?y? si? do przyrody, odzyska? spokój, harmoni? wewn?trzn?. ducha, poczucie si?y i odwagi, wynalaz?szy te ?elazne ogniwa, jakie cz?owieka zespalaj? z przyrod?. ?adnych jednak ogniw ?elaznych nie odnalaz?, pomimo ?e b??ka? si? po polach, dociera? nawet do por?b w lesie i zagrz?z? pewnego razu w bagnie na pastwisku.

P?aski krajobraz otacza?o zewsz?d sinawe pasmo lasu. Bli?ej, na wydmuchach szarego piasku, ros?y samotne chojaki, a naokó? ci?gn??y si? nie wiedzie? do kogo nale??ce zagony. Pastwiska poros?e “kozic?” i ?ó?tawymi trawami, umieraj?cymi przedwcze?nie, jakby do rozwoju ga?eczek zieleni w ich p?dach zabrak?o ?wiat?a - stanowi?y jedyne upi?kszenie Obrzyd?ówka. Zdawa?o si?, ?e s?o?ce o?wietla to pustkowie po to jedynie, aby okaza? jego bezp?odno??, nago?? i pos?pno??…

Brzegiem drogi, okrytej brudnym piaskiem, porytej wybojami i wygrodzonej ruinami p?otu, wlók? si? codziennie biedny doktór z parasolem… Droga ta nie prowadzi?a, zdawa?o si?, do ?adnych osad ludzkich, rozszczepia?a si? bowiem w?ród pastwiska na kilkana?cie ?cie?ek i gin??a mi?dzy kretowiskami. Zjawia?a si? znowu dopiero na szczycie wydmy piaszczystej w postaci dwu trójk?tnych wy??obie? w piasku i sz?a w las kar?owatych sosenek.

Jaka? niecierpliwa z?o?? ogarnia?a doktora, gdy patrzy? na ten krajobraz, i po?era?a mu spokój nieokre?lona obawa…

Lata up?ywa?y. Zarz?dzono z inicjatywy ksi?dza plebana zgod? mi?dzy aptekarzem a doktorem, gdy skonstatowano dodatnie zjawisko “och?oni?cia” tego ostatniego. Antagoni?ci zacz?li odt?d wspólnie “ora?” w wincie, cho? doktór z obrzydzeniem zawsze patrzy? na farmaceut?. Stopniowo i obrzydzenie nieco si? zmniejszy?o. Zacz?? chodzi? z wizyt? do aptekarza i emablowa? jego ?on?. Pewnego razu przerazi? si? nawet wynikiem analizy w?asnego serca, która okaza?a, ?e zdolnym jest do platonicznego rozmi?owania si? w pani aptekarzowej, damie t?pej umys?owo jak siekiera do r?bania cukru, gotowej da? si? ukrzy?owa? za przekonanie, zupe?nie nawet bezzasadne, ?e jest wiotk?, powabn? i niebezpieczn?, i opowiadaj?cej z przedziwnym zapa?em, a bez przerwy, o grzechach g?ównych swojej pokojówki. S?ucha? doktór Pawe? ca?ymi godzinami wymowy pani Anieli, zachowuj?c na obliczu u?miech md?o uprzejmy, taki w?a?nie u?miech, jaki ogl?da? mo?na na ustach m?odzie?ca emabluj?cego grono pi?knych dam, w chwili gdy mu najstraszliwiej dokucza ból z?bów.

Do czynów bohaterskich w zakresie demokratyzacji w Obrzyd?ówku poj??, cho?by w imi? zno?niejszego przep?dzania czasu, nie by? ju? zdolnym. Za ?adn? cen? nie by?by sk?ada? wizyt rze?nikom, jak to zamierza? swojego czasu; je?eli móg? rozmawia?, to jedynie z lud?mi b?d?cymi w jakiej takiej kulturze.

Wówczas to nie tylko ju? energia ulega?a zniszczeniu - znik?o i poszanowanie dla wszelkiej my?li szerszej. Z wielkich widnokr?gów, ledwie daj?cych si? zmierzy? rozmarzonymi oczyma, zosta? widnokr?g tak dalece ma?y, ?e mo?na go by?o zakre?li? ko?cem modnego kamaszka. Na rozbrzmiewaj?ce po artyku?ach szukanie “prawdy jasnego promienia i nowych, nie odkrytych dróg” zapatrywa? si? w pocz?tkach umierania z gorycz?, ?alem, zawi?ci?, nast?pnie - z ostro?no?ci? cz?owieka maj?cego pewien zasób do?wiadczenia, pó?niej z niedowierzaniem, wkrótce potem z pó?u?miechem, potem ze zdecydowanym lekcewa?eniem, a koniec ko?ców nie zapatrywa? si? wcale, poniewa? by?o mu najzupe?niej wszystko jedno. Leczy? wed?ug wskazówek rutyny, praktyk? jak? tak? wyrobi? sobie zdo?a?, przywyk? jako? do Obrzyd?ówka, do samotno?ci, do nudy nawet, do prosi?t pieczonych, i nie kwapi? si? bynajmniej do ogniska ?ycia umys?owego.

Zasad?, do której, niby do wspólnego mianownika, sprowadza?y si? czyny i my?li doktora Obareckiego, sta?a si? ta: - dawajcie pieni?dze i wyno?cie si?…

A jednak w chwili, gdy siedzia? po powrocie z imienin ksi?dza proboszcza, zaj?ty b?bnieniem palcami po stole, “metafizyka” opanowywa?a go z dawn? si??. Ju? podczas jakiej? szesnastej godziny wintowej doktór czu? si? niedobrze. Wywo?a? to aptekarz znowu, który zacz?? ni z tego, ni z owego studiowa? Histori? powszechn? Cezara Cantu (w przek?adzie Leona Rogalskiego) i wyrobiwszy w sobie bardzo radykalny pogl?d na dzia?alno?? Aleksandra VI, w bezwyznaniowo?? jakoby popad?.

Doktór Obarecki wiedzia? a? nadto dobrze, dlaczego farmaceuta dysputami destrukcyjnymi rozbestwia ksi?dza proboszcza; przeczuwa?, ?e s? to preludia do zbli?enia si?, zaprzyja?nienia na mocy jedno?ci pogl?dów… Przeczuwa?, ?e odwiedzi go kiedykolwiek, b?dzie, z daleka zachodz?c, wskazywa? umiej?tnie na brak kapita?u, ?ród?o “stagnacji”, a zni?ywszy loty do spraw obrzyd?owskich wyka?e, ile by oni dwaj, trzymaj?c si? za r?ce, korzy?ci spo?ecze?stwu przynie?li: jeden pisaniem recept na ?okcie, drugi eksploatowaniem sytuacji… Kto wie - mo?e zaproponuje szczerze i otwarcie, “nó?ki k?ad?c na stó?”, za?o?enie czysto wekslowej spó?ki, której celem b?dzie wspólne maszerowanie w tonie gnojówki. Przeczuwa? tak?e doktór, ?e nie b?dzie mia? si?y do zako?czenia propozycji aptekarzowych nakr?caniem mu z lekka ko?ci policzkowej, poniewa? nie wiedzie? w imi? czego ko?? t? nakr?ca?… Przypuszcza? nawet, ?e spó?ka ta stanie - któ? wie… Gorycz zala?a mu serce. Co si? sta?o, jakim sposobem a? dot?d zaszed?, dlaczego nie wyrywa si? z tego b?ota, czemu jest leniuchem, marzycielem, refleksjonist?, psowaczem w?asnych my?li, karykatur? wstr?tn? samego siebie?…

I zacz??o si?, podczas wpatrywania si? w okno, nadzwyczajnie szczegó?owe, pilne, badawcze, bezlitosne i subtelne ogl?danie w?asnej bezsilno?ci. ?nieg pada? wielkimi p?atkami, przes?aniaj?c smutny krajobraz zimow? mg?? i zmrokiem.

* * *

Chimeryczn? a bezp?odn? gonitw? my?li przerwa?y nagle wykrzykniki gospodyni, usi?uj?cej przekona? kogo?, ?e doktora w domu nie ma. Doktór jednak wyszed? do kuchni, aby rozerwa? pasmo m?cz?cych go my?li.

Ogromny ch?op w ?ó?tym ko?uchu zmiót? “w?ciek?? czap?” py? spod jego nóg w g??bokim pok?onie, odgarn?? pi??ci? w?osy z czo?a. wyprostowa? si? i zamierza? rozpocz?? oracj?.

- Czego? - zapyta? doktór.

- A to, wielmo?ny doktorze, so?tys mi? tu przys?a?… - Po co?

- A po wielmo?nego doktora. - Kto chory?

- Nauczycielka ta u nas we wsi zachorza?a. spar?o j? cosi. Prcyszed? so?tys… jed?cie, pada, Ignacy, do Obrzyd?ówka po wielmo?nego doktora, mo?e, pada…

- Pojad?. Konie dobre?

- A konie ta, jak konie: ?warne gady.

Podoba?a si? doktorowi my?l jazdy, zm?czenia si?, cho?by nawet niebezpiecze?stwa. Wdzia? z nag?ym o?ywieniem grube buty, ko?uszek, futro, którym mo?na by by?o otuli? wiatrak, pasem si? opasa? i wyszed? przed dom. “Gady” ch?opskie niewielkie by?y, ale okr?g?e, wypasione - was?g olbrzymi na saniach, s?om? wy?adowany i okryty kilimkiem. Zanurzy? si? w s?om?, otuli?, ch?op przysiad? bokiem na przednim siedzeniu, odmota? parciane lejce z k?onicy, konie zaci??. Pomkn?li.

- Daleko to? - zagadn?? doktór.

- B?dzie ta mo?e z trzy mile, mo?e nie ma… - Nie zb??dzisz?

Ch?op obejrza? si? z u?miechem ironicznym. - Któ?… j a?

Wiatr d?? w polu przejmuj?cy. Niekute, uko?ne, ledwo ociosane siekier? sanice wrzyna?y si? w g??boki, ?wie?o spad?y ?nieg, odwracaj?c na bok bia?e jego skiby. Drog? zanios?o.

Ch?op “w?ciek?? czap?” na bok przechyli? i zaci?? konie. Doktór czu? si? dobrze. Min?wszy lasek, który zdawa? si? ton?? w ?niegu, wyjechali na pusty, bezludny przestwór, oprawny w ramy lasu, ledwie widzianego na kra?cu widnokr?gu. Zmrok zapada?, powlekaj?c ten nagi i surowy obraz pustkowia niebieskawym kolorytem, który ciemnia? nad lasem. Grudki zbitego ?niegu wyrzucane kopytami koni przelatywa?y ko?o uszu doktora. Nie wiedzie? czemu chcia?o mu si? stan?? na saniach i wo?a? po ch?opsku, z ca?ych si? w ten g?uchy, niemy, niesko?czony przestwór, urzekaj?cy ogromem jak przepa??. Nachyla?a si? szybko noc dzika i ponura, noc pól nie zamieszkanych.

Wiatr si? wzmóg?, da? jednostajnie, z hukiem przechodz?cym od czasu do czasu w g?uche largo; ?nieg zacina? z boku.

- Strze?cie drogi, gospodarzu, bo mo?e by? ?le - zauwa?y? doktór kryj?c nos w futro.

- A no, malu?kie! - wrzasn?? ch?op na konie zamiast odpowiedzi.

G?os ten ledwo ju? mo?na by?o dos?ysze? w wichrze. Konie bieg?y w cwa?.

Zamie? rozszala?a si? nagle. Ba?wanami miota? si? pocz?? wicher, uderza? w sanie, skowycza? mi?dzy sanicami, t?umi? oddech. S?ycha? by?o parskanie koni, lecz ani ich, ani furmana doktór nie móg? dostrzec. K??by ?niegu, zdzierane z ziemi przez wiatr, lecia?y jak stado koni i s?ycha? by?o niby t?tent ich tytanicznych skoków; chwilami wywiera?o si? z ziemi piek?o huku i sz?a ta melodia uderza? wszystk? pot?g? tonów w chmury, ?ama? je i upada? nagle z ?oskotem. Wtedy rozpryska?o si? w puch pos?anie ?niegowe i otacza?o podró?nych naszych wiruj?cymi s?upami. Wydawa?o si?, ?e jakie? potwory zataczaj? w szalonym ta?cu olbrzymie ko?a, ?e doganiaj? z ty?u, zabiegaj? z przodu, z boku i sypi? po szczypcie ?niegu na sanie. Gdzie? najwy?ej, w zenicie, uderza? niby wielki, rozko?ysany dzwon przeci?gle, g?ucho, jednostajnie.

Doktór poczu?, ?e nie jad? ju? po drodze; sanie posuwa?y si? z wolna, uderzaj?c ko?cami sanic o grzbiety zagonów.

- Gospodarzu! - zawo?a? z trwog? - a gdzie my jeste?my? - Jad? polem do lasu - odpowiedzia? ch?op - w lesie ciszej b?dzie… pod sam? wie? lasem zajedziemy…

Rzeczywi?cie wiatr wkrótce ucich? i dawa? si? s?ysze? tylko huk podniebny i trzask ?ami?cych si? ga??zi. Na czarnym tle nocy majaczy?y osypane ?niegiem drzewa. Pr?dzej jecha? nie mo?na by?o, dro?yna bowiem le?na, zawalona zaspami, przeciska?a si? ?ród pniaków i ga??zi. Nareszcie po up?ywie jakiej? godziny, podczas której doktór szczerze namartwi? si? i naobawia?, da?y si? s?ysze? powtarzaj?ce si? g?uche odg?osy: - psy szczeka?y.

- Nasza wie?, wielmo?ny panie…

Zamigota?y ?wiate?ka w oddali, podobne do chwiej?cych si? w ró?ne strony punkcików, dym zapachnia?.

- Nu?e, ma?e! - zawo?a? weso?o na konie wo?nica, rozgrzewaj?c si? za pomoc? obijania boków pi??ciami.

Za chwil? mijali p?dem szereg chat, do strzech zasypanych ?niegiem. Na tle szyb zamarzni?tych okien, od których pada?y na drog? kr?gi ?wiat?a, rysowa?y si? cienie g?ów.

- Wieczerz? ludzie jedz?… - bez ?adnej potrzeby zauwa?y? ch?op, przypominaj?c doktorowi czas “wieczerzy”, której spo?ywa? dnia tego nie mia? nadziei.

Zatrzyma?y si? konie przed jakim? domostwem; ch?op wprowadzi? doktora Paw?a do sieni i znik?. Namacawszy klamk? doktór wszed? do ma?ej, n?dznej izby, o?wietlonej kagankiem naftowym.

Zgrzybia?a i zgarbiona jak r?czka parasola kobiecina zerwa?a si?, ujrzawszy go, z ?ó?ka, poprawi?a chustk? na g?owie i j??a mruga? powiekami, a wytrzeszcza? czerwone oczy ze ?le tajonym przera?eniem.

- Gdzie chora? - spyta?. - Samowar macie?

Stara w przera?eniu swym do s?owa przyj?? nie mog?a. - Samowar macie, herbaty mo?ecie mi zrobi??

- Jest ten ta samowar… jeno cukru… - Masz tobie! Cukru nie ma?

- A nie ma… chybaby Walkowa mieli, bo to panienka… - Gdzie? ta wasza panienka?

- A dy w stancyi nieboga le?y. - Dawno chora?

- Pok?ada si? to ta ju? ze dwie niedziele, a teraz ani r?k?, ani nog?. ?cisn??o i pokój.

Uchyli?a drzwi do izby s?siedniej.

- Zaraz! ogrza? si? musz? - zawo?a? gniewnie doktór zdejmuj?c futro.

Ogrza? si? w tej norze nie by?o trudno: z pieca rozchodzi?o si? takie gor?co, ?e doktór co pr?dzej wsun?? si? do pokoju “panienki”. Ma?? t? i nadzwyczajnie ubog? izdebk? o?wietla?a lampa przy?miona, stoj?ca na stole obok wezg?owia chorej. Rysów twarzy nauczycielki nie mo?na by?o rozezna?, gdy? pada? na nie cie? jakiej? du?ej ksi?gi. Doktór zbli?y? si? ostro?nie, lamp? roz?wietli?, usun?? ksi??k? i przygl?da? si? zacz?? pacjentce. By?a to m?oda dziewczyna, pogr??ona we ?nie gor?czkowym. Szkar?atem powleczona by?a jej twarz, szyja, r?ce - na tle tym zna? by?o jak?? wysypk?. Jasnopopielate, niezmiernie bujne w?osy le?a?y popl?tanymi pasmami na poduszce, wi?y si? na twarzy. R?ce bezwiednie i niecierpliwie szarpa?y ko?dr?.

Doktór Pawe? pochyli? si? a? do samej twarzy chorej i zacz?? nagle mówi? g?osem, który przecina?o i dusi?o przera?enie:

- Panno Stanis?awo, panno Stanis?awo, panno Stanis?awo… Chora leniwie i z wysi?kiem d?wign??a powieki, lecz zamkn??a je natychmiast. Przeci?ga?a si?, przesuwa?a g?ow? od jednego ko?ca poduszki do drugiego i jako? cicho, bole?nie, g?ucho j?cza?a. Co chwila otwiera?a usta, z wysi?kiem, jak karp, po?ykaj?c powietrze.

Doktór powiód? oczami po nagich, wapnem wybielonych ?cianach izby, dostrzeg? okno ?le opatrzone, przemok?e i zeschni?te trzewiki chorej - stosy ksi??ek le??ce wsz?dzie: na ziemi, na stoliku, na szafce…

- Ach, ty szalona, ty g?upia! - szepta? za?amuj?c r?ce. Gor?czkowo, z trwog? i ?alem zacz?? j? bada?, mierzy? dr??cymi r?kami temperatur?.

- Tyfus… - wyszepta? bledn?c.

Z w?ciek?o?ci? ?ciska? sobie gard?o, w którym d?awi?y go, niby zwitki paku?, ?zy niezdolne wyp?yn??. Widzia?, ?e nic jej nie pomo?e, nic nie mo?e pomóc - roze?mia? si? nagle, wspomniawszy, ?e po tak? chinin? lub antypiryn? trzeba posy?a? do Obrzyd?ówka… trzy mile. Panna Stanis?awa otwiera?a od czasu do czasu oczy szklane, bezmy?lne, podobne do zastyg?ego pod powiekami p?ynu, i patrzy?a nic nie widz?c przez d?ugie, koliste rz?sy. Wo?a? na ni? najczulszymi nazwami, unosi? jej g?ow? s?abo trzymaj?cy si? na szyi - na darmo.

Usiad? bezw?adnie na sto?ku i wpatrywa? si? w p?omie? lampy. Oto nieszcz??cie jak wróg ?miertelny zada?o mu ?lepy cios i wlecze teraz bezsilnego do jakiej? mrocznej pieczary, do jakiej? szczeliny bez dna…

- Co pocz??? - szepta? dr??c.

Przez szpary okna wdziera? si? ch?ód burzy zimowej i przechodzi? przez izb? jak widmo z?owieszcze. Zdawa?o si? doktorowi, ?e go kto? dotyka, ?e prócz niego i chorej jest w izbie kto? trzeci…

Wyszed? do kuchenki i zakrzykn?? na s?u??c?, aby mu wo?a?a natychmiast so?tysa.

Stara wdzia?a co tchu olbrzymie buty, okry?a g?ow? “zapask?” i zabawnie podskakuj?c znik?a. Wkrótce potem zjawi? si? so?tys.

- S?uchajcie, nie znajdziecie mi cz?owieka, który by pojecha? do Obrzyd?ówka?

- Teraz, panie doktorze, nie pojedzie… zawieja. Na ?mier? pojedzie… Psa ci??ko wygna?.

- Ja zap?ac?, wynagrodz?.

- Nie wiem ja… przepytam si?.

Wyszed?. Doktór Pawe? ?ciska? skronie, które zdawa? si? rozsadza? nap?yw krwi. Przysiad? na skrzynce i o czym? dawnym, dalekim my?la?.

Da?y si? wkrótce s?ysze? kroki: so?tys prowadzi? parobczaka w ko?uszynie przedartej, nie dosi?gaj?cej mu do kolan, w zgrzebnych spodniach, kiepskich butach i czerwonym szaliku - Ten? - zapyta? doktór.

- Powiada, ?e pojedzie… ?mia?ek. Ja konia mog? da?, ale gdzie? to w taki czas…

- S?uchaj, je?li wrócisz za sze?? godzin, dostaniesz ode mnie dwadzie?cia pi??, trzydzie?ci rubli, dostaniesz… co chcesz… s?yszysz?

Ch?opaczyna popatrzy? na doktora - mia? zamiar co? powiedzie?, ale si? powstrzyma?. Utar? nos palcami, bokiem si? odwróci? i czeka?. Doktór powróci? do stolika nauczycielki i zacz?? pisa?. R?ce mu si? trz?s?y i skaka?y co chwila do skroni. Kombinowa?, pisa?, przekre?la?, dar? papier. Wystosowa? list do aptekarza, prosz?c, aby natychmiast wys?a? konie do miasta powiatowego po tamtejszego lekarza, prosi? o wys?anie mu chininy; nachyla? si? nad chor?, bada? j? jeszcze. Wyszed? wreszcie do kuchni i wr?czy? list ch?opakowi.

- Mój bracie - mówi? jakim? nieswoim, dziwnym g?osem, k?ad?c r?ce na ramionach wyrostka i wstrz?saj?c nim - co ko? skoczy, co tchu… S?yszysz, mój bracie!…

Ch?opiec sk?oni? mu si? do nóg i wyszed? z so?tysem.

- Ta nauczycielka dawno tu u was we wsi siedzi?… -zagadn?? doktór Pawe? babin?, przytulon? do komina.

- Trzy zimy!… jako? bodaj.

- Trzy zimy. Nikt tu z ni? nie mieszka??

- A któ? ta mia?… ja jeno. Przygarn??o mi? chudzi?tko… s?u?by, powiada, ju? nie znajdziecie, babko, a u mnie ta roboty niewiele… aby ta, aby… Teraz masz: com sobie obiecywa?a, ?e mi trumn? sprawi, to ja… módl si? za nami grzesznymi…

Zacz??a niespodziewanie szepta? modlitw?, odcinaj?c wyraz od wyrazu i poruszaj?c wargami jak wielb??d. G?owa jej si? trz?s?a, zmarszczkami wlewa?y si? ?zy do ust bezz?bnych.

- Dobra by?a…

“Babka” zacz??a chlipa? ?miesznie i macha? r?kami, jakby pragn??a doktora od siebie odegna?. Wszed? do pokoju i zacz?? na palcach chodzi? po swojemu, doko?a… chodzi?, chodzi?… Zatrzymywa? si? od czasu do czasu przy ?ó?ku i z gniewem, od którego biela?y mu wargi i wyszczerzy?y si? z?by, mówi? do chorej:

- Niem?dra by?a?! Tak ?y? nie tylko nie mo?na, ale i nie warto. Z ?ycia nie zrobisz jakiego? jednego spe?nienia obowi?zku: zjedz? ci? idioci, odprowadz? na powrozie do stada, a je?li si? im oprzesz w imi? swych g?upich z?udze?, to ci? ?mier? zabije najpierwsz?, bo? za pi?kna, zbyt ukochana…

Jak p?omie? suche drewno, obejmowa?o go dawne, prze?yte, zapomniane uczucie; zjawia?o si?… porywaj?ce jak niegdy? i zabójczo s?odkie. Wmawia? w siebie, ?e nigdy o niej nie zapomnia?, ?e do tej chwili j? uwielbia? i pami?ta?… Przypatrywa? si? tej twarzy znajomej z jak?? nienasycon? ciekawo?ci? i cichy, przeszywaj?cy ból wjada? mu si? w serce. Trzy lata tu mieszka?a obok niego - dowiaduje si? o tym, gdy mu umiera…

Wszystko, co go spotyka?o tego dnia, wydawa?o mu si? jako dalszy ci?g udr?cze? przymusowo-borsuczego istnienia. Jednocze?nie rozchyla? si? jaki? tajemniczy horyzont, jaki? ocean gin?cy we mg?ach. Po nerwach jego, a? do najdalszych ich ga??zeczek, ?cieka?y zimne dreszcze. Miota? si? jak ?liz na b?otnistym dnie strumienia wychowany, gdy go zanurzy? w wodzie morskiej…

Tote? ca?ym wysi?kiem rozpaczliwej niecierpliwo?ci uchwyci? si? wspomnie?, uciek? w nie przed niezno?n? rzeczywisto?ci?, zaton?? jak w ob?oku mg?y czerwcowego przed?witu.

Za jak? b?d? cen? pragn?? by? cho?by przez chwil? sam, aby my?le?, my?le?…

Z pokoju nauczycielki wszed? przez ma?e drzwiczki do du?ej izby, zastawionej ?awkami i stolikami. Tam usiad? w ciemno?ci i niby skupiaj?c ducha, niby obmy?laj?c ?rodki ratunku, zacz?? wspomina?. Oto, co sobie przypomnia?:

* * *

Jest ubogim studentem czwartego kursu. Idzie w poranek zimowy do szpitala, tak misternie stawiaj?c nogi, by nie wszyscy przynajmniej widzieli, i dziury w podeszwach tektur? umiej?tnie s? pozatykane. Paltocik ma ciasny jak kaftan wariata, wytarty tak dalece, ?e ?yd letni? por? o?miu za? z?otych da? nie chcia?. Bieda nastraja go pesymistycznie, wtr?ca w jaki? stan ci?g?ego smutku, który jest czym? niesko?czenie wi?kszym ni? nuda przykra, lecz daleko mniejszym ni? cierpienie. Mo?na si? z tego obudzi? natychmiast: do?? jest wypi? kilka szklanek herbaty, zje?? befsztyk - lecz herbaty nie pi? i obiadu prawdopodobnie je?? nie b?dzie. Biegnie niemal po brunatnym b?ocie z ulicy D?ugiej, aby o trzy kwadranse na dziewi?t? wchodzi? w bram? Ogrodu Saskiego. Tam spotka panienk?, przejdzie obok niej, przyjrzy si? ci??kiemu, d?ugiemu, jasnopopielatemu jej warkoczowi… Ona nie podniesie oczu, zmarszczy brwi, podobne do prostych a w?skich skrzyde?ek jakiego? ptaka.

Spotyka? j? wówczas w tym samym miejscu codziennie. Sz?a szybko na Krakowskie Przedmie?cie, wsiada?a do tramwaju i jecha?a na Prag?. Nie mia?a wi?cej nad siedmna?cie lat, a wygl?da?a jak stare pannisko, w basz?yku zarzuconym niedbale na futrzan? czapk?, w kaloszach za du?ych troch? na jej ma?e nogi, w niezgrabnej i niemodnej salopce. Nios?a zawsze pod pach? jakie? kajety, arkusze zapisane, ksi??ki, mapy. Raz jeden, czuj?c si? w posiadaniu kilku dziesi?tek przeznaczonych na obiad, postanowi? zbada?, dok?d ona je?dzi. Pu?ci? si? tedy w pogo?, wsiad? do tego samego, dziesi?ciogroszowego przedzia?u, lecz zaraz po zaj?ciu miejsca straci? ca?? odwag?. Nieznajoma zmierzy?a go wzrokiem tak okropnej pogardy, ?e niezw?ocznie wyskoczy? z tramwaju, trac?c tym sposobem wazk? roso?u i nic nie wskórawszy.

Nie czu? jednak do niej ?alu - tym wy?ej, dalej si? wznios?a. My?la? o niej pomimo woli, bezwiednie, bez przerwy. W ci?gu ca?ych godzin usi?owa? przypomnie? sobie, uprzytomni? jej w?osy, oczy, usta w kolorze torebek owocu dzikiej ró?y -i wysila? pami?? nadaremnie.

Zaledwie mu znik?a z oczu, znika?y z pami?ci jej rysy -zostawa?o natomiast natr?tne widmo, podobne do bia?ego ob?oku o niejasnych rysach, które sz?o przed nim gdzie? gór?. Ob?ok ten goni?y jego my?li z t?skn? i pokorn? boja?ni?, z odrobin? nieuchwytnego ?alu, ze smutkiem i nieodegnan? sympati?. Szed? co rano, aby ?yw? dziewczynk? ze swym widmem porównywa?. I wydawa?a mu si? ta ?ywa pi?kniejsz?, napawa?y go jakim? strachem jej kryniczne i m?dre oczy…

Podówczas jeden z jego kolegów, tak zwany “Ruch w przestrzeni”, wielki “spo?ecznik”, zaczynaj?cy wiecznie pisa? wst?pne artyku?y, których doko?czy? nie pozwala? mu brak potrzebnych po temu ksi??ek, nagle i niespodziewanie “wzi??” i o?eni? si? z ubog? jak mysz ko?cielna emancypantk?.

?ona wnios?a “Ruchowi” w posagu stary dywan, dwa rondelki, gipsowy pos?g Mickiewicza i kilkana?cie nagród gimnazjalnych. M?odzi ma??onkowie zamieszkali na czwartym pi?trze i zacz?li zaraz po ?lubie g?odem przymiera?. Udzielali oboje korepetycji z takim zapa?em, ?e rozbieg?szy si? rano spotykali si? dopiero wieczorem. Dom ich jednak sta? si? punktem, do którego zmierza? wieczorem ka?dy “spo?ecznik” w zab?oconych sanda?ach, aby si? wysiedzie? na fotelu, napali? cudzych papierosów, nagada? do ochrypni?cia i wyda? ostatnie kilka groszy na sk?adk?, za któr? uprzejma gospodyni kupowa?a bu?ki i serdelki, uk?ada?a artystycznie na talerzyku i cz?stowa?a go?cinnie. Mo?na si? tam by?o zawsze z kim? spotka?, zaznajomi? z nie znanymi do owej pory wielkimi lud?mi, z kole?ankami gospodyni, a niejednokrotnie mo?na by?o naw8t po?yczy? czterdzie?ci groszy.

Jak?e poblad? Obarecki z rado?ci, gdy wchodz?c pewnego wieczora do tak zwanego salonu ujrza? ukochan? swoj? panienk? w gronie kole?anek! Rozmawia? z ni? i a? do nieprzyzwoito?ci traci? przytomno??… Wracaj?c tego wieczora do domu pragn?? by? sam - nie marzy? ani my?le?, tylko by? z ni? ca?? dusz?, wszystk? j? mie? w oczach, w uszach mie? d?wi?k jej g?osu, tak my?le? jak ona, zamkn?? powieki i niechaj id? pod nimi te obrazy, które wydzieraj? si? z serca. Pami?ta? jej octy przedziwne, pos?pne a mi?osierne, ?agodne i tajemniczo my?l?ce, w których przera?a?a jaka? g??bina. Doznawa? uczucia rado?ci i spokoju, jakby po skwarnej i dr?cz?cej podró?y doszed? do czystego stoku, ukrytego w cieniu sosen na wy?ynie górskiej.

Otaczano j? szacunkiem, przywi?zywano szczególn? wag? do jej s?ów. “Ruch”, przedstawiaj?c Obareckiego nieznajomej, wydeklamowa? powa?nie:

- Obarecki, refleksjonista, marzyciel, wielki leniuch, zreszt? przysz?a s?awa; panna Stanis?awa Bozowska, nasza “darwinistka”…

“Wielki leniuch” dowiedzia? si? o “darwinistce” niewiele: uko?czy?a gimnazjum, dawa?a lekcje, mia?a zamiar jecha? do Zurychu czy Pary?a na medycyn?, nie mia?a grosza przy duszy…

Spotykali si? odt?d w “salonie” cz?sto. Panna Stanis?awa przynosi?a pod salopk? funt cukru, jaki? zimny kotlet w papierze, kilka bu?ek; Obarecki nic nie przynosi?, poniewa? nic nie mia?, po?era? za to bu?ki i po?era? oczami “darwinistk?”. Raz nawet, odprowadzaj?c ukochan? do domu, o?wiadczy? si? o jej r?k?. Roze?mia?a si? serdecznie i po?egna?a go przyjacielskim u?ci?nieniem r?ki. Wkrótce potem znik?a; wyjecha?a do guberni podolskiej jako nauczycielka do jakiego? wielkopa?skiego “domu”.

Spotyka j? teraz oto w tym zapad?ym k?cie, w tej wsi ukrytej w lasach, zamieszkanej przez ch?opów samych, gdzie nie ma dworu, gdzie nie ma ?ywego ducha… Sama tu ?y?a w tej puszczy. Teraz umiera.., zapomniana…

Wszystkie dawne zachwyty, nie spe?nione sny i pragnienia zrywaj? si? nagle i bij? w niego jak porywy wichru. Serce ?ciska mu ból chorobliwy i jad nami?tno?ci ws?cza si? nieznacznie w krew wzburzon?. Powróci? na palcach do ?ó?ka chorej, opar? ?okcie na jego por?czy i nasyca? si? widokiem nagich ramion, które cudownymi liniami kojarzy?y si? z zarysem piersi i szyi. Panienka spa?a. Na skroniach jej nabrzmia?y ?y?y, z zagi?tych ku do?owi k?tów ust s?czy?a si? ?lina, gor?co od niej bi?o, powietrze wpada?o do ust z g?o?nym ?wistem. Doktór Pawe? usiad? obok niej na kraw?dzi ?ó?ka, pie?ci? r?kami mi?kkie ko?ce promieni w?osów, g?aska? si? nimi po twarzy, dotyka? ich wargami z wydzieraj?cym mu si? z piersi szlochaniem.

- Stasiu, Stachno… kochanko… - szepta? cicho, aby jej nie obudzi? - nie ucieczesz mi ju?… prawda? nigdy… moj? b?dziesz na zawsze… s?yszysz… na wieki…

Usiad? potem obok wezg?owia chorej na sto?ku i zapad? znowu w marzenia. Bujna m?odo?? zbudzi?a si? w nim z letargu. Wszystko teraz b?dzie inaczej. Czuje w sobie si?? atlety do pe?nienia uczynków, które z serca p?yn?. Bole?? i nadzieja mieszaj? si? jakby w p?omie?, który li?e mózg, trawi go, nie da mu spocz??.

* * *

Noc mija?a. Godziny up?ywa?y leniwo, lecz up?yn??o ich ju? od wyjazdu pos?a?ca wi?cej ni? sze??. By?a czwarta po pó?nocy. Doktór zacz?? nas?uchiwa?, zrywa? si? za ka?dym szelestem. Co chwila zdawa?o mu si?, ?e kto? idzie, ?e otwiera drzwi, ?e stuka w okno… Ws?uchiwa? si? ca?ym niemal organizmem. Wiatr hucza?, szyber w piecu ko?ata? - zreszt? cisza znowu. I biegn? minuty trwaj?ce po sto lat, w ci?gu których niecierpliwo?? rozpr??a nerwy i wprawia go w stan dygotania ca?ym cia?em.

Gdy po raz szósty mierzy? temperatur?, chora otwar?a z wolna oczy, które w mroku rz?s wydawa?y si? prawie czarnymi, patrzy?a w niego z uporem i wyszepta?a jakim? skrzecz?cym g?osem:

- Kto to?

Zapad?a jednak zaraz w stan poprzedniego bezczucia. Pociesza? si? jak skarbem t? sekund? ?wiadomo?ci. Ach, gdyby mie? chinin?, zmniejszy? jej ból g?owy, powróci? przytomno??! Pos?aniec nie nadje?d?a? i nie nadjecha?.

Przed ?witem doktór Obarecki szed? wzd?u? wsi, po g??bokich zaspach, ?udz?c si? ostatni? nadziej?, ?e go zobaczy. Z?e przeczucie jak koniuszek ig?y wrzyna?o mu si? w serce. W nagich ga??ziach topoli przydro?nych g?ucho hucza? wiatr, cho? burza ucich?a. Z chat wychodzi?y kobiety po wod? i d?wiga?y j? w konewkach, zagi?te powy?ej kolan. Parobcy “zadawali” byd?u, z kominów dym si? wznosi?. Tu i owdzie z otwartych na chwil? drzwi wybucha? ob?ok pary.

Doktór odnalaz? chat? so?tysa i kaza? natychmiast zaprz?ga? konie. Sprz??ono ich dwie pary i jaki? parobczak zajecha? przed szko??. Doktór po?egna? chor? oczami rozszerzonymi od znu?enia i rozpaczy, wsiad? na sanie i pojecha? do Obrzyd?ówka.

O godzinie dwunastej w po?udnie powraca? wioz?c sw? apteczk?, wino, ca?e zapasy ?ywno?ci. Stawa? co chwila na saniach, jakby pragn?? wyskoczy? i wy?cign?? konie w cwa? biegn?ce. Zajecha? wreszcie przed szko??, lecz nie wysiada?… Zd?awiony krótki wrzask wydar? mu si? z ust wykrzywionych prawie uko?nie, gdy ujrza? otwarte okna domostwa i gromadk? dzieci t?ocz?c? si? w sieni. Szed? blady jak p?ótno do okna, zajrza? i zosta? tam, ?okciami oparty o futryn?.

W obszernej izbie szkolnej le?a? na ?awce rozebrany do naga trup m?odej nauczycielki; dwie jakie? stare baby my?y go… Drobne py?ki ?niegowe wlatywa?y przez okno i osiada?y na ramionach, na zmoczonych w?osach, na pó?otwartych oczach umar?ej.

Doktór poszed? do pokoiku nieboszczki, zgarbiony, jakby na ramionach d?wiga? gór?. Usiad?, nie rozbieraj?c si?, na krzese?ku i powtarza? jeden wyraz, w który zmie?ci?a si? wszystka jego bole??:

- Czy? tak? czy? tak?

By?o mu zimno, jakby zmarz?, zmartwia?, jakby w nim krew zakrzep?a. Nie cierpia?, nie wiedzia?, co mu jest, tylko po g?owie toczy?y mu si? niby ko?a nie nasmarowane z przera?liwym skrzypieniem.

?ó?ko Stasi by?o rozmiecione: ko?dra le?a?a na ziemi, prze?cierad?o zwiesza?o si? na pod?og?, poduszka przepocona le?a?a na ?rodku ?ó?ka. Druciane haczyki okien stuka?y monotonnie o ramy szyb; listki jakiej? ro?liny, mokn?ce w doniczce, zwiesza?y si? i zwija?y od mrozu.

Przez uchylone drzwi widzia? ch?opów kl?kaj?cych doko?a ubranego ju? trupa, dzieci modl?ce si? “na ksi??ce”, stolarza zdejmuj?cego miar? na trumn?.

Wszed? tam i ochryp?ym g?osem rozkaza?, aby zbi? trumn? z czterech desek nie heblowanych, wiórów pod g?ow? nas?a?. - Nic wi?cej… s?yszysz! - mówi? do stolarza z tajon? w?ciek?o?ci? - cztery deski, nic wi?cej…

Przypomnia? sobie, ?e trzeba kogo? zawiadomi?… rodzin?. Gdzie? jest ta jej rodzina?…

Zacz?? z t?p?, idiotyczn? zapobiegliwo?ci? uk?ada? na jeden stos ksi??ki, rejestry szkolne, kajety, jakie? r?kopisy. Natrafi? w?ród papierów na pocz?tek listu.

“Kochana Helenko!

Od kilku dni czuj? si? tak ?le, ?e prawdopodobnie przenios? si? przed oblicze Minosa i Radamantesa, Eakosa i Tryptolemosa oraz innych wielu z pó?bogów, którzy itd. W razie tego ?przesiedlenia si? st?d na miejsce inne? zechciej za??da? od wójta mojej gminy, aby pozosta?? po mnie spu?cizn? ksi??kow? na r?ce twoje wys?a?. Opracowa?am nareszcie Fizyk? dla ludu, nad któr? tyle na?ama?y?my sobie g?ów dziewiczych; opracowa?am na brudno - niestety! Je?eli ci czasu starczy - zawsze w razie mego przesiedlenia si? na miejsce inne - uszykuj to do druku i zmu? Antosia, niech przepisze; on to dla mnie zrobi. Ach, co za smutek!… Prawda,!… ksi?garzowi naszemu winnam jedena?cie rubli kopiejek sze??dziesi?t pi??… wyp?a? mu… Spencerem moim, gdy? pustki u mnie w szkatule. Sobie na pami?tk? we?…”

Ostatnie wyrazy nieczytelnymi ju? by?y pisane kreskami. Nie by?o adresu - nie mo?na te? by?o listu wys?a?. W szufladzie stolika znalaz? doktór r?kopis owej Fizyki, o którym w li?cie czyta?, zwitki notatek i szparga?ów, w szafce - troch? bielizny, salopk? kotkami podbit?, jak?? star? czarn? sukienk?…

Krz?taj?c si? po pokoiku dostrzeg? w izbie szkolnej ch?opaka, który je?dzi? po lekarstwo; sta? przytulony w k?cie do pieca, przest?puj?c z nogi na nog?. Zwierz?ca nienawi?? zadrga?a w duszy doktora.

- Dlaczego? na czas nie wróci?? - zawo?a? przyskakuj?c do ch?opca.

- Zab??dzi?em na polu, ko? mi usta?… piechot? przyszed?em rano… panienka ju? wtedy…

- K?amiesz!

Ch?opiec nie odpowiedzia?. Spojrza? mu doktór w oczy i dziwnego dozna? wra?enia; oczy te by?y zm?czone i straszne, wygl?da?a z nich, jak z podziemnej jaskini, ch?opska, g?upia, zdzicza?a rozpacz, podobna do niedocieczonej tajemnicy.

- Ja tu, panie, odnios?em ksi??ki, co mi ta nauczycielka po?yczy?a - mówi? wyci?gaj?c z zanadrza kilka wyszarzanych i zabrudzonych tomików.

- Daj ty mi pokój… id? precz! - zawo?a? doktór, odwracaj?c si? od niego i uciekaj?c do pokoiku.

Tam stan?? w?ród porozrzucanych na pod?odze rupieci, papierów, ksi??ek i ze ?miechem pyta? sam siebie:

- Czego ja tu chc??… Nic tu po mnie, nie mam prawa! Obejmowa?a go cze?? g??boka, zrozumienie, wwiadywanie si? pilne, wielka pokora. Gdyby tam zostawa? cho?by godzin? d?u?ej, doszed?by do tego szczytu ?a?cucha gór, na którym siedzi szale?stwo. W sekrecie przed samym sob? wiedzia?, ?e go zdejmuje obawa o siebie. W tym wszystkim, co go mia?d?y?o owej chwili, by?a ogromna niesymetria z nim samym, co?, co wywa?a?o z g??bi jego duszy ostateczny rdze? uczu? ludzkich: egoizm i - egoizm ten dusz?c - kaza?o naprawd? da? si? otacza? t?czy, która unios?a z ziemi t? g?upi? dziewczyn?. Trzeba ucieka? co pr?dzej… Zgodziwszy si? na wyjazd natychmiastowy zacz?? rozpacza? pi?knymi frazesami, co by?o ju? ulg? znaczn?. Kaza? zajecha?…

Pochyli? si? nad trupem Stasi i szepta? na jej uczczenie najpi?kniejsze wyrazy, jakie wymarzy? mog?y na chwa?? wielko?ci puste serca ludzkie. Zatrzyma? si? raz jeszcze we drzwiach, obejrza?; przez sekund? my?la?, czy nie lepiej by by?o umrze? natychmiast, potem rozsun?? gromad? ch?opów przed drzwiami, wskoczy? na sanie, przewróci? si? na twarz i ponios?y go konie, dusz?cego si? spazmatycznym p?aczem.

?mier? panny Stanis?awy wywar?a wp?yw niejaki na usposobienie doktora Paw?a. Przez pewien czas czytywa? w wolnych chwilach Bosk? komedi? Dantego, w winta nawet nie grywa?, gospodyni? dwudziestoczteroletni? odprawi?. Stopniowo jednak uspokoi? si?. Obecnie ma si? znakomicie: uty?, pieni?dzy worek uczciwy nazbija?. O?ywi? si? nawet; dzi?ki jego usilnej agitacji wszyscy prawie optymaci obrzyd?owscy, z wyj?tkiem krzykliwych, prawda, ale te? nielicznych konserwatystów, zacz?li pali? papierosy w gilzach nie sklejanych, zaszczytnie znanych pod god?em “nieszkodliwych piersiom”. Nareszcie!…