<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0"
	xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
	xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
	xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
	xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom"
	xmlns:sy="http://purl.org/rss/1.0/modules/syndication/"
	xmlns:slash="http://purl.org/rss/1.0/modules/slash/"
	>

<channel>
	<title>Bajki Opowiadania &#187; Opowiadania</title>
	<atom:link href="http://www.bajkiopowiadania.com/Bajki_Opowiadania/opowiadania/feed/" rel="self" type="application/rss+xml" />
	<link>http://www.bajkiopowiadania.com</link>
	<description>Bajki Opowiadania</description>
	<lastBuildDate>Sun, 06 Mar 2011 01:12:18 +0000</lastBuildDate>
	<language>en</language>
	<sy:updatePeriod>hourly</sy:updatePeriod>
	<sy:updateFrequency>1</sy:updateFrequency>
	<generator>http://wordpress.org/?v=3.1.3</generator>
		<item>
		<title>Pierwszy krok w chmurach &#8211; Marek H?asko</title>
		<link>http://www.bajkiopowiadania.com/2006/01/20/pierwszy-krok-w-chmurach-marek-hlasko/</link>
		<comments>http://www.bajkiopowiadania.com/2006/01/20/pierwszy-krok-w-chmurach-marek-hlasko/#comments</comments>
		<pubDate>Fri, 20 Jan 2006 12:18:22 +0000</pubDate>
		<dc:creator>bajkiopowiadania</dc:creator>
				<category><![CDATA[Lektury i literatura szkolna]]></category>
		<category><![CDATA[Opowiadania]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.bajkiopowiadania.com/opowiadania/pierwszy-krok-w-chmurach-marek-hlasko/</guid>
		<description><![CDATA[Pierwszy krok w chmurach W sobot? centrum miasto wygl?da tak samo jak w ka?dy inny dzie? tygodnia. Jest tylko wi?cej pijanych; w knajpach i barach, autobusach i bramach &#8211; wsz?dzie unosi si? zapach przetrawionego alkoholu. W sobot? miasto traci swoj? pracowit? twarz &#8211; w sobot? miasto ma pijan? mord?. Natomiast w centrum miasta, w sobot? [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p class="MsoNormal"><strong><span style="font-size: 10pt"> </span></strong></p>
<p align="center" style="text-align: center"><strong><u><span style="color: #66ccff">Pierwszy krok w chmurach</span></u></strong><strong><span style="color: #66ccff" /></strong></p>
<p><strong><span style="font-size: 10pt" /></strong></p>
<p><strong>W sobot? centrum miasto wygl?da tak samo jak w ka?dy inny dzie? tygodnia. Jest tylko wi?cej pijanych; w knajpach i barach, autobusach i bramach &#8211; wsz?dzie unosi si? zapach przetrawionego alkoholu. W sobot? miasto traci swoj? pracowit? twarz &#8211; w sobot? miasto ma pijan? mord?. Natomiast w centrum miasta, w sobot?<br />
nie ma ludzi, którzy lubi? obserwowa? ?ycie: sta? w bramach, w?óczy? si? po ulicach, siedzie? na ?awce w parku godzinami i tylko po to, aby za lat dwadzie?cia móc sobie przypomnie?, ?e tego to a tego dnia widzia?o si? mniej lub bardziej dziwny traf ?yciowy.<br />
Tak jak wys?a?cy chadzaj? jeszcze podczas okupacji w czerwonych czapkach, tak jak handluj?cy suchym piaskiem, jak podwórzowi ?piewacy o przepitych tenorach &#8211; centrum miasta wymarli obecnie obiektywni obserwatorzy ?ycia.<br />
Obserwatorów mo?na spotka? jedynie na przedmie?ciu. ?ycie przedmie?cia zawsze by?o i jest bardziej zag?szczone; na przedmie?ciu w ka?d? sobot?, kiedy jest pogoda, ludzie wynosz? krzes?a przed domy; odwracaj? si? ty?em i usiad?szy okrakiem, obserwuj? ?ycie. Upór obserwatorów nosi czasem znamiona generalnego ob??du: czasem siedz? w ten sposób przez ca?e ?ycie i nie widz? nic oprócz twarzy obserwatora z przeciwka. Potem umieraj? z g??bokim ?alem do ?wiata, z rzekonaniem o jego szarzy?nie i nudzie, gdy? rzadko kiedy przyjdzie im namy?l, ?e mo?na podnie?? si? i pój?? na s?siedni? ulic?. Obserwatorzy ?ycia na staro?? staj? si? niespokojni. Miotaj? si?, patrz? na zegarki; jest to jeden ze ?miesznych nawyków starych ludzi &#8211; pragn? ratowa? czas. W pewnym okresie chciwo?? ?ycia i wra?e? staje si? u nich silniejsza ni? u dwudziestolatków. Du?o gadaj?, du?o my?l?: uczucia ich s? dzikie i t?pe zarazem. Potem gasn? szybko i spokojnie. Umieraj?c wmawiaj? wszystkim, ?e ?yli szeroko. Impotenci chwal? si? sukcesami u kobiet, tchórze &#8211; bohaterstwem, kretyni &#8211; m?dro?ci? ?ycia.</p>
<p>Pan Gienek &#8211; z zawodu malarz pokojowy &#8211; od czterdziestu lat mieszka? na Marymoncie i od tylu? lat obserwowa? ?ycie swej dzielnicy. Owej soboty pan Gienek tak?e siedzia? przed swoim domem w ogródku i bezmy?lnie patrzy? w ulic?. Od czasu do czasu spluwa? i oblizywa? spieczone wargi; wygasaj?cy dzie? by? upalny i dr?cz?cy. Pan Gienek by? rozdra?niony: nie zdarzy?o si? nic ciekawego w dniu dzisiejszym, nikt nie z?ama? r?ki, nikt nikogo nie pobi? i pana Gienka ssa?o uczucie pustki i nudy &#8211; kopn?? psa, który nawin?? mu si? po nog? i ponuro ziewaj?c patrzy? na ulic?. By?a pusta, przeje?d?aj?ce z rzadka samochody podnosi?y tumany rozparzonego piasku. Kiedy straci? ju? ca?a nadziej? na ujrzenie kawa?ka ?ycia, uczu?, ?e kto? tr?ca go w rami?. Podniós? oczy i zobaczy? swego s?siada, Maliszewskiego.<br />
- Chod? pan &#8211; powiedzia? Maliszewski.<br />
- Gdzie?<br />
- Niedaleko<br />
- Po co?<br />
- Chcesz pan co? zobaczy?? &#8211; powiedzia? Maliszewski.<br />
By? to niski cz?owiek dobrodusznej twarzy i chytrych oczkach. Ruchy jego &#8211; mimo pozornej oci??a?o?ci &#8211; by?y szybkie i zwinne jak ruchy m?odego kota.<br />
- Co jest? &#8211; zapyta? pan Gienek; ziewn?? by? zm?czony upa?em.<br />
- Ch?opak? &#8211; powiedzia? Maliszewski<br />
- I co z tego?<br />
- Satyra &#8211; powiedzia? Maliszewski &#8211; On jest z dziewczyn?. Ju? pan rozumiesz?<br />
- Jasne &#8211; rzek? pan Gienek. Podniós? si?; w serce jego wst?pi?a nadzieja.<br />
Zapyta? z o?ywieniem: &#8211; ?adna?<br />
- I ?adna i m?oda &#8211; rzek? Maliszewski. &#8211; Mówi? panu, dobra robota tam chodzi. &#8211; Nagle zniecierpliwi? si?: &#8211; Idziesz pan czy nie? &#8211; zapyta?.<br />
- Nic z tego nie b?dzie &#8211; powiedzia? pan Gienek &#8211; Zanim my tam dojdziemy ,to oni sko?cz?. Mówi? panu, ?e nic z tego nie b?dzie.<br />
- Oni nie maj? po pi??dziesi?tce tak jak pan &#8211; powiedzia? Maliszewski. &#8211; Mog? bardzo d?ugo bawi? si? w ten sposób. Ja jak by?em m?ody, tote? mog?em si? w ten sposób bawi? godzinami. Naprawd? tak by?o. Wst?pimy po mojego szwagra i podskoczymy tam, chce pan? On ju? wróci? z roboty i ch?tnie pójdzie z nami. O, patrz pan, ju? idzie!<br />
Rzeczywi?cie, ulic? szed? m?ody, t?gi m??czyzna. R?kawy koszuli mia?<br />
podwini?te, w z?bach trzyma? trawk?. Oczy jego by?y senne i drwi?ce, powieki &#8211; ci??kie.<br />
- Heniek &#8211; zawo?a? Maliszewski &#8211; pozwól tu na chwilk?!<br />
Heniek zbli?y? si? i opar? o p?ot. Czo?o jego by?o mokre od potu.<br />
- Cze?? powiedzia?. &#8211; Co u pana, panie Gienku?<br />
- Heniek &#8211; powiedzia? Maliszewski &#8211; chod? z nami.<br />
- Gor?co &#8211; powiedzia? Heniek; obliza? wargi i westchn??: &#8211; Nie ma czym<br />
oddycha?. W taki upa? nawet ?wi?temu by nie stan??. Gdzie chcecie skoczy??<br />
- By?em na dzia?ce &#8211; rzek? Maliszewski. &#8211; Widzia?em ch?opaka z dziewczyn?.<br />
- Szmata? &#8211; zapyta? Heniek. Wyplu? trawk?, potem zerwa? now? i przygryz? j? mocnymi z?bami.<br />
- Sk?d &#8211; powiedzia? Maliszewski. &#8211; Mówi? ci: m?oda i ?adna.<br />
- Mo?emy podskoczy? &#8211; powiedzia? Heniek. &#8211; Ty mnie znasz: ja lubi?<br />
popatrzy? na ?ycie. Je?li dziewczyna b?dzie brzydka &#8211; zwróci? si? do Maliszewskiego &#8211; to ty co? dzisiaj postawisz.<br />
Ruszyli i szli szybko w?ród dzia?kowych ogródków. Ludzie przychodzili tu po pracy, aby dogl?da? swych kartofli, pomidorów i marchwi. Teraz jednak by?o pusto: parny, dr?twy dzie? zm?czy? wszystkich &#8211; ludzie siedzieli w domu.<br />
- Duszno &#8211; powiedzia? Heniek. &#8211; Ja nic nie mog? robi? w taki dzie?.<br />
G?owa mnie boli ca?y czas.<br />
- Tamtym te? chyba gor?co &#8211; powiedzia? pan Gienek.<br />
- My?l? &#8211; rzek? Maliszewski. &#8211; My ich och?odzimy. Tak, Heniek?<br />
- W zesz?ym roku &#8211; powiedzia? Heniek &#8211; tutaj te? przychodzi? taki jeden go?? z dziewczyn?. Ca?e lato tu przychodzili.<br />
- I co?<br />
- Nic. Pewnie nie mieli mieszkania.<br />
- Pobrali si?? &#8211; zapyta? z wysi?kiem Gienek; marzy? o szklance zimnego,<br />
gorzkawego piwa.<br />
- Nie wiem. Mo?e i tak, ?e si? pobrali. Te? by?a ?adna dziewczyna.<br />
- Blondynka? &#8211; zapyta? znów Gienek; nic a nic go to nie obchodzi?o.<br />
W dalszym ci?gu czu? dr?cz?c? pustk? i niesmak.<br />
- Brunetka &#8211; rzek? Heniek. Pami?tam jak dzi?. Ten facet by? blondyn. Nie<br />
mog?em zrozumie?, dlaczego taka ?adna dziewczyna chodzi z takim ?achudr?.<br />
- Nie wiem &#8211; mrukn?? pan Gienek. Splun?? g?st? ?lin?. By? z?y na He?ka:<br />
przypomnia? mu, ?e on sam ma brzydk? i do?? g?upi? ?on?. Powiedzia?: &#8211; pewnie jaka? szmata.<br />
- Mo?e?&#8230; Teraz cicho &#8211; rzek? Maliszewski. Poszed? przodem, oni szli za nim wolno, staraj?c si? nie robi? ha?asu. By?o ju? szarawo: s?o?ce uciek?o, na trawie k?ad?y si? b??kitnawe cienie. Maliszewski w pewnym momencie odwróci? g?ow? i zawo?a? cicho &#8211; Chod?cie!<br />
Podeszli na palcach kilka kroków i zobaczyli ch?opaka z dziewczyn?. Le?eli obok siebie. Dziewczyna opar?a swoj? g?ow? o rami? ch?opaka i przytuli?a si? do niego ca?ym cia?em. Le?eli zm?czeni mi?o?ci? i upa?em, byli m?odzi i ?adni oboje &#8211; jedno ciemne, drugie jasne. Sukienka dziewczyny by?a uniesiona; mia?a d?ugie, mocne br?zowe nogi.<br />
- ?adna &#8211; rzek? Heniek. &#8211; Bardzo ?adna.<br />
- Mówi?em &#8211; powiedzia? szeptem Maliszewski.<br />
Stali w milczeniu: pan Gienek znów obliza? wargi i pomy?la? o swojej ?onie z dreszczem nag?ego wstr?tu. Maliszewski u?miechn?? si? g?upkowato. Heniek jeszcze bardziej opu?ci? ci??kie powieki i post?powa? z nogi na nog?. Nagle zapyta? z rozdra?nieniem:<br />
- Robimy co??<br />
- Ty &#8211; powiedzia? Maliszewski &#8211; Zrób im co? takiego, ?eby si? nie pozbierali ze ?miechu do ko?ca ?ycia. Ty to mo?esz zrobi?, Heniek<br />
- Heniu? &#8211; powiedzia? pan Gienek &#8211; najlepiej ich nastraszy?. &#8211; Przytakn??<br />
palcami i powtórzy?: &#8211; Ona jest strasznie ?adna. Ju? dawno nie widzia?em takiej lalki. Jeszcze dziecko. Nie powinni tego robi?. &#8211; Nagle zniecierpliwi? si? i rzek? do He?ka:<br />
- Zrób im pan co, bo jak nie, to ja im bomb? zasun?.<br />
- Czekaj pan &#8211; powiedzia? Heniek. &#8211; To ju? lepiej ja.<br />
Patrzy? przez chwil? na br?zowe uda dziewczyny i na twarzy jego malowa?a si? m?ka. Potem wyszed? zza drzewa i stan?? przed m?odymi. Zmru?ywszy oczy, rzek?:<br />
- W tat? i mam? si? bawicie? Smacznego!<br />
Maliszewski i pan Gienek wybuchn?li ?miechem. Ch?opak zerwa? si? na nogi i wyj?ka?:<br />
-    Czego pan chce?<br />
- Niczego &#8211; powiedzia? bardzo wolno Heniek. Stan?? przed ch?opakiem i ko?ysa? si? na nogach. Gryz? w dalszym ci?gu trawk? i spluwa? zielonkaw? ?lin?. Potem powiedzia?:<br />
- Uwa?aj, jak jedziesz kochany. To ci przyszed?em powiedzie?. Zawsze<br />
uwa?aj, jak jedziesz.<br />
Maliszewski wyszed? zza drzewa i stan?? obok He?ka.<br />
- ?adna dziewczyna &#8211; powiedzia? patrz?c na ni? burymi oczkami &#8211; Ja bym sam chcia? tak? pozna?. Mo?e si? zapoznamy, prosz? pani?.<br />
- Idiota &#8211; powiedzia?a dziewczyna. Stan??a za ch?opakiem; by?a czerwona i zdenerwowana; pan Gienek patrzy?, jak dr?? jej szczup?e plecy i raz jeszcze pomy?la? ze wstr?tem o swojej brzydkiej, grubej i nieforemnej ?onie.<br />
- Ty, ty, szmata &#8211; powiedzia? Maliszewski; oczy nabieg?y mu krwi? ze<br />
w?ciek?o?ci. Rzek? szybko, jakby si? dusz?c: &#8211; Ty jeste? zwyczajna kurwa, rozumiesz? Ja mam córk? starsz? od ciebie , ty kurewko.<br />
- Niech pan st?d odejdzie &#8211; powiedzia? ch?opak, b?agalnie patrz?c im w oczy. &#8211; Ja pana prosz?, niech pan stad odejdzie. My?my panu niczego nie zrobili. Ja pana strasznie prosz?.<br />
- Kogo ty prosisz, Janek? &#8211; powiedzia?a dziewczyna. &#8211; Tego starego durnia?<br />
- Zamknij swojej pani mord? &#8211; powiedzia? Heniek &#8211; bo inaczej ja jej zamkn?. I sam te? nie pajacuj. Mowie ci, zamknij jej mord?.<br />
- Sam masz mord? &#8211; powiedzia?a dziewczyna. Patrzy?a na niego z pogard?. By?a nieprzytomna ze zdenerwowania, lecz usi?owa?a si? roze?mia? szyderczo &#8211; Bydlak &#8211; powiedzia?a i wybuchn??a p?aczem.<br />
- Ej, ty &#8211; powiedzia? Heniek i szarpn?? j? za r?k?. &#8211; Komu ty wymy?lasz?<br />
Przychodzisz si? tutaj puszcza? i jeszcze co? mówisz?<br />
Ch?opak szarpn?? si?; uderzy? He?ka w twarz &#8211; raz i drugi. Sta?o si? to tak szybko, ?e Heniek zd??y? tylko zamruga? oczami. Lecz w nast?pnej chwili z?apa? ch?opaka za w?osy i trzasn?? twarz? w swoje kolano. Potem uderzy? go pi??ci? w usta i rzuci? na ziemi?.<br />
- Dosy?, prosz? klienta? &#8211; zapyta?. &#8211; Jak nie dosy?, to ja mog? klienta obs?u?y? dodatkowo. Taryfa ulgowa; tu jest bardzo mi?y cmentarz. &#8211; I wybuchn?? stekiem najplugawszych obelg. Zamkn?? oczy, lecz ci?gle widzia? br?zowe, d?ugie nogi dziewczyny.<br />
- Chod?, Janek &#8211; powiedzia?a dziewczyna. Otar?a ch?opakowi twarz z krwi. Rzek?a do nich:<br />
- Policzymy si? jeszcze. &#8211; I kiedy odeszli ju? par? kroków, krzykn??a<br />
histerycznie:<br />
- Jeste?cie stare szmaty nie m??czy?ni!<br />
Wracali do domu. Znów szli w?ród ogródków dzia?kowych.<br />
- Parno &#8211; powiedzia? Heniek. &#8211; Prawdopodobnie, ?e b?dzie pada?. &#8211; Westchn?? i rzek?: &#8211; To by?a ?adna dziewczyna. Dlaczego jej powiedzia?e?, ?e jest kurw??<br />
Przecie? jej nie znasz. Sk?d mog?e? wiedzie??<br />
- Ja przecie? nie powiedzia?em, ?e ona jest taka &#8211; rzek? Maliszewski. &#8211; To ty powiedzia?e?.<br />
- Ja?<br />
- Ty.<br />
- Nie wyg?upiaj si?. Ja jej wcale nie zna?em.<br />
- Ja j? zna?em &#8211; powiedzia? Maliszewski. &#8211; Ja ju? ich tutaj widzia?em nie<br />
pierwszy raz. Oni si? bardzo kochaj?.<br />
- Co b?dzie dalej? &#8211; zapyta? pan Gienek.<br />
- Nie wiem, co b?dzie dalej. Ale wiem, ?e oni z sob? chodz?. I wiem ,?e oni dzisiaj pierwszy raz z sob?.<br />
- Sk?d? &#8211; zapyta? leniwie pan Gienek.<br />
- S?ysza?em, jak j? prosi?. I on si? ba?, i ona si? ba?a. S?ysza?em, jak si?<br />
namawiali. Bali si? dziecka, tak mówili. Ale chyba bardziej siebie.<br />
- Tak zawsze bywa ten pierwszy raz &#8211; powiedzia? Heniek. &#8211; Ja si? te? ba?em.<br />
- Ka?dy si? ba? tego pierwszego razu &#8211; powiedzia? Maliszewski. &#8211; Ale po co ty go zaprawi?e??<br />
- Sam chcia?e?.<br />
- Nie wiedzia?em, ?e to tak wyjdzie. On do niej tak dziwnie mówi?&#8230;<br />
- Jak?<br />
- Nie pami?tam.<br />
- Chmurzy si? i powiedzia? pan Gienek.<br />
- On w?a?nie cos mówi? o chmurach &#8211; powiedzia? Maliszewski. &#8211; Jaki? wiersz. Mówi? wam, oni si? kochaj?.<br />
- Ju? teraz nie b?d? si? kocha? &#8211; powiedzia? Gienek. &#8211; B?d? siebie mieli dosy? na zawsze. Po takim czy?? nie b?d? mogli patrze? na siebie. Niepotrzebnie to wszystko wysz?o.<br />
- Ja ju? wiem &#8211; powiedzia? Maliszewski &#8211; Przypomnia?o mi si?. On tak jej mówi?, ?e jak on j? tego, to b?dzie ich pierwszy krok w chmury. On tak jej mówi?, tylko, ?e do wiersza. A ona tylko: &#8220;Boj? si?. Boj? si?.&#8221; i p?aka?a.<br />
- Mo?e si? ba? bólu?<br />
- Nie my?l? &#8211; rzek? Maliszewski &#8211; Nie my?l?, ?eby si? ba?a bólu. To przychodzi potem. ?ycie, inni ludzie, plotka. Ale ten pierwszy raz, to naprawd? jest w chmurach. Zakochani niczego nie widz?.<br />
- My te?? &#8211; zapyta? Heniek.<br />
- Oni teraz ju? nie b?d? si? kocha? &#8211; powiedzia? pan Gienek. &#8211; Ja sam wiem, ?e jakby mnie co? takiego spotka?o, to bym ju? potem nie kocha? dziewczyny. Zmarkotnia? nagle: znów ssa?a go pustka Wyszli z ogródków i znów szli ulic?.<br />
- Nie &#8211; powiedzia? Heniek. &#8211; Oni ju? teraz nie b?d? si? kocha?. Mnie te?<br />
spotka?o kiedy? co? takiego. I nie kocha?em ju? potem tej dziewczyny.<br />
- Ka?dego z nas spotka?o kiedy? co? takiego &#8211; powiedzia? Maliszewski. &#8211; Ale po co ty mu da?e? w jap??<br />
- On mnie pierwszy uderzy? &#8211; rzek? Heniek. &#8211; Zajdziemy na to piwo?<br />
- Mo?emy zaj??. Ta dziewczyna to ju? chyba nie przyjdzie.<br />
- Chyba nie &#8211; powiedzia? pan Gienek. &#8211; I za co pan j? tak nazwa?e??<br />
- Moj? dziewczyn? te? tak kto? kiedy? nazwa? &#8211; powiedzia? Maliszewski. &#8211; Jak Boga kocham, do dzi? nie wiem za co.<br />
- I nie kocha?e? si? pan ju? potem?<br />
- Nie &#8211; powiedzia? Maliszewski. Milcza?, potem rzek? z nag?? z?o?ci?: &#8211; Dajcie mi spokój, do cholery! Nie wierz? w ?adna mi?o??. Kobiecie swojej te? nie wierz?. Nikomu nie wierz?.<br />
- G?upia sprawa &#8211; powiedzia? Heniek. Spojrza? w niebo i powiedzia?: Chmurzy si?. To jak on tam mówi??<br />
- Zdaje si?, ?e krok w deszcz czy co? takiego &#8211; powiedzia? zm?czonym g?osem Maliszewski. &#8211; Chod?cie na to piwo&#8230; Albo o deszczu, albo o burzy&#8230; Nie pami?tam. Nie chc? niczego pami?ta?. Gdybym nie pami?ta?, nie by?oby tej ca?ej awantury.<br />
- B?dzie jutro deszcz &#8211; powiedzia? Heniek.<br />
- Zawsze w niedziel? pada deszcz &#8211; powiedzia? pan Gienek. Skrzywi? si?: raz jeszcze pomy?la? o swojej ohydnej ?onie, o ch?opaku, o dniu jutrzejszym, o ?licznej dziewczynie, o jej d?ugich, brunatnych nogach, o jej piersiach, o jej czerwonych, ?wie?ych ustach, o jej opalonym, silnym karku, o jej zielonych, przera?onych oczach i powtórzy? be?kotem, gdy? musia? co? powiedzie?: W niedziele zawsze pada deszcz&#8230;</strong></p>
<p class="MsoNormal"><strong><span style="font-size: 10pt"> </span></strong></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.bajkiopowiadania.com/2006/01/20/pierwszy-krok-w-chmurach-marek-hlasko/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Gloria Victis &#8211; Eliza Orzeszkowa</title>
		<link>http://www.bajkiopowiadania.com/2006/01/20/gloria-victis-eliza-orzeszkowa/</link>
		<comments>http://www.bajkiopowiadania.com/2006/01/20/gloria-victis-eliza-orzeszkowa/#comments</comments>
		<pubDate>Fri, 20 Jan 2006 12:13:45 +0000</pubDate>
		<dc:creator>bajkiopowiadania</dc:creator>
				<category><![CDATA[Lektury i literatura szkolna]]></category>
		<category><![CDATA[Opowiadania]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.bajkiopowiadania.com/opowiadania/gloria-victis-eliza-orzeszkowa/</guid>
		<description><![CDATA[Gloria Victis Lecia? wiatr ?wiatem, ciekawy, niespokojny, s?ucha? gwarze?, opowiada? wód, zbó?, kwiatów polnych, drzew przydro?nych i &#8211; szumia?. Szumia? o wszystkim, co widzia?, co s?ysza? na szerokim, wielkim, na przedziwnym ?wiecie, i lecia?, a? przylecia? do krainy w wody, trawy i drzewa bogatej, która nazywa si? Polesie litewskie. Hej, przestworza wolne, przestworza roz?o?yste wiatrowi [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p align="center"><strong><span style="color: teal">Gloria Victis</span></strong><strong><span style="color: teal" /></strong></p>
<p><strong><span style="font-size: 10pt">    Lecia? wiatr ?wiatem, ciekawy, niespokojny, s?ucha? gwarze?, opowiada? wód, zbó?, kwiatów polnych, drzew przydro?nych i &#8211; szumia?. Szumia? o wszystkim, co widzia?, co s?ysza? na szerokim, wielkim, na przedziwnym ?wiecie, i lecia?, a? przylecia? do krainy w wody, trawy i drzewa bogatej, która nazywa si? Polesie litewskie.<br />
Hej, przestworza wolne, przestworza roz?o?yste wiatrowi pr?dkiemu, na równinach, co skraje niebios doko?a podpieraj?, bez przeszkód, bez zas?on. Nie uderzy si? tu wiatr pr?dki o ?adn? gór? ani o ?aden pagórek, nie powstrzyma lotu jego ?adne wysokie miasto i chyba tylko las przed nim stanie z obliczem ciemnym i nad ??kami bezkresnymi, nad rozlanymi po nich wodami zaszepcze s?owo: tajemnica!<br />
Ale dla wiatru las tajemnic nie ma. S? to dwaj przyjaciele. Przenika wiatr le?ne g?stwiny od skraju do skraju i one mu wszystko, co widzia?y, s?ysza?y, opowiadaj?. Przenikaj? si? wzajemnie i w noce gwie?dziste, w d?onie od ?niegu bia?e, w wieczory jesienne od chmur pos?pne, od deszczu szemrz?ce wiod? ze sob? d?ugie przyjació? rozmowy.<br />
Lecia? tedy wiatr nad Polesiem, gdy letnie s?o?ce mia?o si? ku zachodowi i w blasku jego smó?ki na ??kach sta?y zarumienione jak zorze, a wody obleka?y si? w barwy t?czowe. Na wodach w szyby wieloramienne, w strugi leniwe rozlanych, ja?nia?y fiolek, purpura i z?oto, a nad nimi w powietrzu rozpo?ciera?a si? cisza b??kitna, g??boka.<br />
Wiatr ciszy nie m?ci?, albowiem nie by? z wiatrów takich, co grzmi? i hucz?, wstrz?saj? i obalaj?, ale z takich, co kochaj? ?wiat. Lata? po ?wiecie, a?eby zbiera? jego prawdy i ba?nie, minione dzieje, wyronione j?ki, echa staczanych walk, a?eby zbiera? py?ki jego nadziei, ?u?le jego ?alów, tony jego pie?ni i nie?? je w przestrze?, w dal, w czas, w pami?ci, w serca&#8230;<br />
Przelecia? wiatr pr?dki nad lakami rozleg?ymi, ?agodn? pieszczot? muskaj?c w locie rumiane smó?ki i czerwone szczawie, ?agodn? swawol? w drobne fale marszcz?c t?czowe wód powierzchnie, a? rozwin??a si? przed nim wst?ga wody wcale ni? tamte innej, cicho stoj?cej w korycie r?koma ludzkimi wy??obionym.<br />
Wiedzia? wiatr, co to za woda i jak si? nazywa. Przed po?ow? stulecia tu by? i wiedzia?, ?e jest to Kana? Królewski. Hej, hej, ten pasek wody bladob??kitnej, sennej, jaka? mu to przeszkoda!<br />
Zanim motyl zdo?a? wzbi? si? z przybrze?nej trawy na szczyt situ, u którego zwin?? do snu poz?acane skrzyd?a, wiatr przelecia? nad Królewskim Kana?em i oko w oko spotka? si? z roztoczonym jak wzrokiem si?gn??, wysokopiennym, cienistym, przezroczystym lasem. Odk?d tu by?, pó? stulecia up?yn??o, jednak pozna? przyjaciela.<br />
- Jak si? masz? &#8211; zadmucha? weso?o.<br />
Las w odpowied? zaszumia?:<br />
- Witaj, mi?y latawcze!<br />
I wlecia? wiatr do lasu uradowany, zwinny, przelatywa? w?ród ?wierków, brzóz, olch, d?bów, ramionami owijaj?c pnie starych przyjació? i skrzyd?ami na ich konarach sk?adaj?c poca?unki przywitalne.<br />
- Jak si? macie? &#8211; szemra? i szepta?. &#8211; Co?cie przez czas ten widzia?y, s?ysza?y? Co si? tu u was, doko?a was, dzia?o, stawa?o?<br />
A stare ?wierki, d?by, brzozy roz?o?yste, ramionami powiewaj?c, odpowiada?y:<br />
- Dzia?y si? tu i stawa?y rzeczy dziwne, rzeczy g?o?ne, dzwoni?ce, p?acz?ce, rozlegaj?ce si? krzykami, j?kami&#8230;<br />
- Co, co, co si? dzia?o? Jakie, jakie, jakie rzeczy? &#8211; z szybko?ci? niezmiern? szumia?, pyta? wiatr, gdy? po to tylko istnia?, aby dzieje ziemskie zbiera? i po ziemi je roznosi? albo nawet niekiedy pod samo niebo wznosi? i niebu pokazywa?.</span></strong></p>
<p><strong><span style="font-size: 10pt">Po lesie b??ka?y si? ?wiat?a zachodz?cego s?o?ca, w szerokie, z?ote pasy ubieraj?c pnie drzew starych, na mchach i paprociach migocz?c mnóstwem iskier, w rozkwit?ych ró?ach dzikich zapalaj?c rubinowe serca.<br />
Ró? dzikich, traw, paproci pe?n? by?a polana bardzo rozleg?a, wynios?ymi drzewami zewsz?d otoczona, na któr? wiatr wlecia? i wnet po niej uwija? si? pocz??, z szybko?ci? nadzwyczajn?, wznosz?c si? i opadaj?c, biadaj?c, szukaj?c, na ró?ne tony szumi?c:<br />
- Co si? tu dzia?o? Co si? tu, na tej polanie dzia?o? Co? osobliwego, co? niecodziennego dzia? si? tu musia?o: Czuj? krew! O! d?ugo, przed?ugo ziemia wydaje z siebie wo? krwi swych dzieci, ludzi! S?ysz? j?ki! O, d?ugo, przed?ugo powietrze trzyma pod obliczem nieba j?ki dzieci jego, ludzi! Tu by? bój jaki? i tu by?y zgony! Tu by?y rany, t?tenty koni, krzyki. Mówcie, drzewa kochane, opowiadajcie, mówcie!<br />
Drzewa milcza?y, tylko po ich ga??ziach przebieg? dreszcz lekki, krótki, jakby z zimna nag?ego powsta?y, co dziwnym by?o w ten ciep?y dzie? letni.<br />
A w?a?nie w tej chwili wiatr z gwa?towno?ci? u niego niezwyk??, z szumem nami?tnym zapytywa? pocz??:<br />
- A to? co? A to co jest takiego? Tego natura nie uczyni?a! To uczyni?y r?ce ludzkie! Tu nigdzie natura pagórków nie usypywa?a! Ten usypany jest przez ludzi! Kto? po co? dlaczego? A ten?e krzy?yk na pagórku, w?ród liliowych dzwonków, Bo?e, jak ma?y, prosty, biedny! &#8211; co znaczy? Mówcie, drzewa, o mówcie, b?agam!<br />
Wtedy d?b, wynios?y i silny, któremu k?pa zwisaj?cych w dó? ga??zi czyni?a brod? d?ug?, brzoza wysmuk?a i ca?a w d?ugich, ku ziemi opadaj?cych warkoczach, ?wierk wyprostowany, w he?mie z iglic? strzelist? na szczycie, odpowiedzieli chórem przyciszonym szumów:<br />
- To jest mogi?a!<br />
- Taka wielka, taka wielka, taka wielka mogi?a! &#8211; zadziwi? si? wiatr.<br />
Brzoza westchn??a:<br />
- A krzy?yk tak ma?y!<br />
A d?b zagada?:<br />
- ?pi w niej wiele serc m??nych, spalonych na o?tarzu&#8230;<br />
- Wiele serc, a krzy?yk jeden &#8211; zadziwi? si? znowu wiatr.<br />
A brzoza znowu westchn??a:<br />
- I taki ma?y, biedny!<br />
Wyprostowany ?wierk potrz?sn?? he?mem zdobnym w strzelist? iglic? i przemówi?:<br />
- Jam najwy?szy w tym lesie, najdalej widz?, wiem: s? na ziemi bohaterzy wie?czeni i niewie?czeni, maj?cy pomniki i ich nie maj?cy.<br />
Nabo?nie wiatr wyszepta? pytanie:<br />
- Jest?e to mogi?a bohaterów?<br />
- Bezimiennych &#8211; odpowiedzia? ?wierk.<br />
A dzwonki liliowe, g?sto doko?a krzy?yka rosn?ce, cicho zadzwoni?y:<br />
- Pomar?ych m?odo, m?odo&#8230;<br />
- I w m?kach &#8211; szepta?a ró?a u szczytu pagórka rosn?ca, przy czym od rubinowego serca swego oderwa?a p?atek jeden i na pagórek go rzuci?a.<br />
Upad? p?atek, do motyla podobny, na trawy wysokie, a ró?a westchn??a:<br />
- Ja jedna kwiaty na t? mogi?? rzucam. Co lato, od pó?stulecia prawie, rzucam na ni? wonne p?atki moje, Ja jedna!<br />
Tu znowu odezwa?y si? dzwonki liliowe:<br />
- A my dzwonimy pacierz ?a?obny. Co lato, od pó?stulecia prawie, wydzwaniamy nad t? mogi?? pacierz ?a?obny&#8230; my jedne!<br />
Wtedy wiatr pr?dki po?o?y? si? na pagórku mogilnym, znieruchomia?. Ludzie widzie? by go nie mogli, lecz drzewa, trawy, kwiaty widzia?y.<br />
Cia?o jego przezroczyste, powiewne, z kryszta?u i szronu utkane wyd?u?y?o si? na pagórku w skr?tach w??owych i tysi?cem z?otych odbi? za?wieci?y w nim blaski zachodz?cego s?o?ca. ?wieci?y i migota?y b?yszcz?ce odbicia te w skrzyd?ach jego ogromnych, które jak fale p?ynnego kryszta?u opad?y na trawy polany, we w?osach jego, które jak paj?cza tka? ze szronu rozpostar?y si? nad polan?, w ramionach jego, które jak kryszta?owe kolumny wznosi?y si? ku drzewom, gdy w powietrzu p?yn??o szemranie b?agalne, ciche.<br />
- Mówcie, o, starzy wiatru pr?dkiego przyjaciele! Wy, co przez wieki mieszkacie w ?wi?tyni dumania i czo?ami niebotycznymi podpieracie stropy samotni niesko?czonych, zamy?leni ?wiadkowie dziejów ziemi, tysi?custni a milcz?cy stró?e mogli le?nych, bezimiennych, zapomnianych, nieuczczonych, wy?piewajcie mi o tej mogile strof? ?ycia i strof? ?mierci, abym móg? unie?? j? pod niebo i pokaza? niebu, a potem nie?? nad ziemi? w przestrze?, w dal, w czas, w pami?cie, w serca&#8230;<br />
Ostatni r?bek tarczy s?onecznej za skraj ziemi zasun?? si? i znikn??. Natomiast zorza wieczorna w purpurze i p?omieniach podnios?a si? za lasem i las nape?ni?a ?wiat?ami po?ogi. W powietrzu, pomi?dzy li??mi drzew, na krzakach i trawach rozsypa?y si? okruchy ?wietlnej ?uny niebieskiej, maj?ce czerwono?? i ognisto?? p?on?cych kropel krwi.<br />
Stary, pot??ny d?b, pa?aj?cymi kroplami krwi na ga??zistej brodzie ?wiec?c, rozwar? szerokie ramiona, powia? nimi w powietrzu i tak szumie? zacz??:<br />
</span></strong></p>
<p align="center" style="text-align: center"><strong><span style="font-size: 10pt">*</span></strong></p>
<p align="center" style="text-align: center"><span id="more-54"></span></p>
<p><strong><span style="font-size: 10pt">- Przyszli tu w kilkuset ludzi i roz?o?yli si? obozem gwarnym, t?umnym, pstrym od odzie?y rozmaitej, pob?yskuj?cym or??em rozmaitym.<br />
Jedn? tylko cz??? odzie?y mieli jednostajn?: czapki czworok?tne barwy amarantusów albo polnych chabrów i jedn? cech? wspóln? wszystkim:, m?odo??. Samo lato ?ycia, lato gor?ce, kwitn?ce patrza?o z ich twarzy, jeszcze znojem trudów i walk nie dotkni?tych, ja?nia?o w oczach po brzegi pe?nych zapa?u i nadziei. Roz?o?yli si? obozem, zbudowali ze splecionych ga??zi namiotów kilka: dla wodza, dla co lepszych koni, dla przysz?ych rannych; u rozpalonego ogniska zgotowali sobie posi?ek wieczorny i gdy roboty by?y ju? sko?czone, a na niebo nad lasem wzesz?y gwiazdy, wzbili ku niebu i ku gwiazdom chór silnych g?osów ?piewaj?cych hymn skargi, ufno?ci i pro?by. Hymnu tego my, drzewa, s?ucha?y?my zdumione, wtóruj?c mu szeptem ciekawo?ci pe?nym: &#8220;Co to b?dzie, co to b?dzie?&#8221;<br />
Wodzem ich by? cz?owiek ?wi?tego imienia, które brzmia?o: Romuald Traugutt. Pytasz, dlaczego ?wi?tym jest to imi?? Albowiem wed?ug przykazania Pana opu?ci? on ?on? i dzieci, dostatki i spokój, wszystko, co pie?ci, wszystko, co raduje i jest ?ycia pon?t?, czarem, skarbem, szcz??ciem, a wzi?wszy na ramiona krzy? narodu swego poszed? za id?cym ziemi? t? s?upem ognistym i w nim zgorza?. Nie tutaj zgorza?. Nie w tej mogile ?pi. K?dy? daleko. Ale wówczas na czele hufca tego na t? polan? przyszed? i patrza?y?my na niego my, drzewa.<br />
Po razy wiele w czasach dalekich spod g?azu niewoli, który t? ziemi? t?oczy?, wzbija? si? by? s?up ognisty ku obiecanej krainie wolno?ci wiod?cy i gromady ludzi za nim sz?y. Wzbi? si? i teraz, gromady ludzi za nim posz?y, ta by?a jedn? z nich, a on jej przywodzi?. Widzia?y?my jego czarnow?os? g?ow? z oczyma my?liciela i u?miechem dziecka. Oczy mia? m?dre, smutne &#8211; podobno bratem bli?niaczym m?dro?ci bywa u ludzi smutek &#8211; a u?miech ?wie?y, per?owy, z kropl? s?odyczy dzieci?cej albo niewie?ciej. Przez czo?o ?niade palec tragicznych przeznacze? wcze?nie przeci?gn?? mu zmarszczk? surow?, niekiedy a? gro?n?.<br />
I g?os jego s?ysza?y?my z brzmieniem jak stal dzwoni?cym, rozkazuj?cym, niekiedy a? gro?nym. Tak grzmie? musia? w w?wozie termopilskim g?os Leonidasa.<br />
Sk?d wiemy o Leonidasie? Pra-pra-ojcom naszym opowiada?y o nim pra-pra-ojce wiatrów pr?dkich i nikt nie zgadnie, k?dy, jak, kiedy o rzeczach wielkich i o rzeczach wiecznych rozpowiadaj? wiatry drzewom, drzewa chmurom, chmury gwiazdom, gwiazdy duchom, a ba?nie i pie?ni, wie?ci i powie?ci p?yn? jak ?wiat szeroko i jak wieczno?? d?ugo&#8230;<br />
Czy Leonidas wiedzia?, ?e gdy w?wóz termopilski trupami hufca swojego zasypia, stopa niewoli ziemi greckiej nie dosi??e! Je?eli wiedzia?, b?ogo mu by?o u?cie?a? t? krwaw? zapor? i jako piecz?? sk?ada? na niej siebie!<br />
Ten nie wiedzia?. W or??nych sprawach ludzkich bieg?ym by?, bieg?o?? ta w dalekowidztwo wzrok mu zaostrza?a, spostrzega? wy?aniaj?c? si? zza dnia ofiar i boju potworn? czarn? noc. Jednak szed? i prowadzi?, bo tak? by?a moc s?upa ognistego, który wówczas nad ziemi? wzbi? si?, tak? t?sknota za obiecan? krain? wolno?ci i takim by? krzy? narodu jego, ci??ki, niezno?ny&#8230;<br />
Ale nie o nim teraz opowiada? b?d?. O nim potem, d?ugo. D?ug? by? winna powie?? o m??u wielkim, który po sobie zostawi? imi? g?o?ne.<br />
Teraz o jednym z bezimiennych, z najmniejszych, z najm?odszych, o tym, nad którego g?ow? niemal ch?opi?c? r?ka niewie?cia ten ma?y krzy?yk zasadzi?a.<br />
Pi?kny maj by? na ?wiecie, kiedy tu przyszli. Konwalie kwit?y obficie jak nigdy, niedaleko st?d nad b??kitn? strug? w kalinowych krzakach ?piewa? s?owik. Zielono by?o na tej polanie od m?odych traw i paproci, kwiecisto od konwalij i ró? dzikich, wonno, z?oto i ciep?o od wiosny. Gdy oni przyszli, uczyni?o si? na niej szumnie, dumnie i weso?o. Tak, tak, weso?o.<br />
Nie niewolnicy to byli na arkanie przemocy do boju ci?gni?ci, lecz dobrowolni ofiarnicy wysokich o?tarzy. Ze ?wiat?em idei w g?owach, z ogniem mi?o?ci, w sercach, g?owy i serca nie?li wysoko. Byli silni, ?mieli, gwarni i czy uwierzysz, wietrze pr?dki? &#8211; byli szcz??liwi. Zapewne uwierzysz, bo wiedzie? o tym musisz, ?e na. Gwie?dzie, która nazywa si? Ziemi?, dusze ludzkie i szcz??cia ludzkie istniej? w mnóstwie odmian i ?e jak motyl na kwiat wybrany dusza ludzka zlatuje zazwyczaj na t? odmian? szcz??cia, która najwi?cej do niej samej jest podobn?. Ich dusz? przyci?gn??o ku sobie to szcz??cie, co rozkwita na wysokich górach i ma kielich purpurowy, a koron? uplecion? z cierni. Nie tylko przyszli, lecz tak?e i przyjechali. Grzmia?a ziemia od biegu osiod?anych koni i powietrze iskrzy?o si? od b?ysków obna?onych szabel, ilekro? stalowy g?os wodza zawo?a?:<br />
- Jazda!<br />
Na czele jazdy wybór wodza postawi? m?odzie?ca o postawie wynios?ej i czarnym, iskrz?cym si? oku. M?ody Herkules z kszta?tów, Scypio rzymski z rysów. Rodzinny dom jego sta? niezbyt st?d daleko od podstaw do szczytu opleciony bluszczem, otoczony g?stwin? drzew odwiecznych, roz?ogiem pól ?yznych. Spod zielonych bluszczów wyszed?, tutaj przyby? i z pos?usze?stwem dziecka, z po?piechem kochanka bieg? na swym strojnym, ognistym arabie, ilekro? rozleg? si? g?os wodza wo?aj?cy:<br />
- Jagmin!<br />
Wtedy czapka kwadratowa krwawi?a si? mu nad czarnymi jak noc w?osami, d?o? le?a?a na g?owni szabli, a za silnymi ramiony lecia? poszum niewidzialnych skrzyde?&#8230; owych dawnych.<br />
Ale ten mój, ten mój ma?y&#8230; (ma?ym Tar?owskim nazywano go w obozie) ani tak silny by?, ani tak urodziwy, ani nawet tak bogaty, aby na drogocennym, strojnie przybranym biegunie tu przyby?. Dlatego w?a?nie ulubie?cem moim sta? si?, ?e by? w?t?y, drobny, na twarzy ró?owy i bia?y, a oczy mia? jak u dziewczyny, ?agodne, nie?mia?e, czyste i tak b??kitne, jak te niezapominajki, które tu czasem u stóp moich rosn?. Przebrana dziewczyna czy ledwie doros?e ch?opie! Wcale te? niedawno min??o mu lat dwadzie?cia. Jednak mo?e i dlatego jeszcze ulubie?cem moim rych?o sta? si?, ?e we mnie ciekawo?? obudza?.<br />
Dziwne w wieku tak m?odym przepastne zadumy osiad?y mu niekiedy w oczach dziewiczych, ?agodnych, o po twarzy ró?owej i bia?ej przep?ywa?y takie ?uny gor?ce, jakby tam w nim, we wn?trzu tej jego w?t?ej, ch?opi?cej postaci co? p?on??o, gorza?o.<br />
I przedtem zreszt?, zanim tu przyby?, ju? go lubi?em. Mówi?y o nim pomi?dzy sob? te trawy rozczochrane, które wiecznie pochylaj? si? ku sobie i o czym? mówi? jedne drugim musz?. Mówi?y o nim rzeczy mile, ?adne. W ciche wieczory szeptów ich s?ucha?em.<br />
Urodzi? si? nie w tych stronach, k?dy? daleko, a w te strony przywia? go ów pr?d górny, który wówczas ?wiatem p?yn?? i ludzi wysokich rzuca? w ramiona i pod stopy maluczkich. On, ten ma?y, wysokim by? wiedz? i my?l?. Szybko podbija? musia? ich krain?, skoro tak wcze?nie sta? si? jednym z jej mieszka?ców. By? m?odym uczonym, takim, co si? u ludzi nazywa naturalist?. Móg?by by? na szerokim ?wiecie wst?powa? na drogi wysokie. Wst?pi? na niziutk?. Przyby? w te strony, aby sw? my?l i wiedz? rozdawa? maluczkim. Dlaczego w te strony w?a?nie? Nie wiem. Ale to rzecz pomniejsza. Przeznaczenie welonem tajemnicy os?oni?te trzyma w d?oni ko?czan z tysi?cem trafów, którymi uderza w ludzi i rzuca nimi jak pi?kami po ?wiecie przestrzeni i po ?wiecie zdarze?.<br />
Przyjecha? by? do pobliskiego st?d miasteczka i uwi? tam sobie gniazdo niedu?e, codziennie nape?niaj?ce si? szczebiotaniem piskl?t ludzkich. Nie przyjecha? sam jeden. Przywióz? ze sob? dziewczyn?, siostr? m?odsz?, w sposób bajeczny, prawie a? zabawny do niego podobn?. Ta sama drobno?? wzrostów, w?t?o?? kszta?tów, te same rysy cery i na rysach rozlane wyrazy. I kochali? si?, kochali! Podobno odumarli im wszyscy bliscy i byli na ?wiecie tylko we dwoje. Samotno?? serc sierocych i wspólno?? zagrody rodzinnej, k?dy? daleko starymi lipami ocienionej, skrzepia?y w?ze? u kolebek zadzierzgni?ty. Skrzepia?a go jeszcze zapewne jednostajno?? tych gwiazd, które rz?dz? ludzkimi ukochaniami, ch?ciami, pracami. Pracowali razem. Brat uczy? siostr?, siostra pomaga?a bratu i zawsze byli razem, we dwoje: w szkole, w domu, na ulicach miasteczka, na drogach polnych i le?nych. A? zabawnie by?o patrze? na t? park? ludzi m?odziute?k?, ma??, jasnow?os?, ró?owotwarz?, wiecznie ze sob? sprz?gni?t? i wiecznie z b?yskami w b??kitnych oczach i weso?ymi u?miechami na rumianych ustach. Ona go nazywa?a Marysi?, a on j? Anielk?.<br />
Dobrze im by?o ze sob? i ka?dy z ?atwo?ci? móg? zgadn??, ?e dobrze im by?o na ?wiecie.<br />
Wkrótce jednak przyszed? czas, ?e na ulicach miasteczka, na polnych i le?nych drogach pocz?li ukazywa? si? nie we dwoje ju?, ale we troje. Towarzyszem ich cz?sto bywa? zacz?? ów m?odzieniec spod zielonych bluszczów, z postaw? wynios??, siln? i ze ?niadym profilem Rzymianina, który to potem na tej polanie mia? dowodzi? jazd?. Ten zewn?trznie wcale do nich podobnym nie by?; owszem, jakby innej rasy by?, czerwie?szej krwi, spod zamaszystszego, pot??niejszego m?ota natury. Pomimo to zawi?zywa?o si? pomi?dzy tym trojgiem co? coraz serdecznie j szego: przyja??? mi?o??? jedna i druga razem? &#8211; a? dnia pewnego za spraw? nowego towarzysza dziewczyna zap?aka?a krótko, lecz rozpacznie.<br />
By?o to tak. W lesie tym, co tu? za miasteczkiem, siedzia?a z bratem na obalonej k?odzie i oboje z g?owami ku sobie pochylonymi przygl?dali si? jakiej? pierzastej trawie, po której pe?za? drobny jaki? owadek, gdy tamten spiesznie nadszed? i przed nimi stan??. Szuka? ich i znalaz?. Od do?? ju? dawna wiedzia?, gdzie, kiedy naj?atwiej znale?? ich mo?e. Zmieniony by?, jaki? nie taki jak co dzie?. Oczy mu gorza?y, spod czarnego w?sa usta zdawa?y si? krwi? tryska?, burza uczu? wstrz?sa?a ?niadym czo?em. Stan?? przed nimi, bez s?owa powitania odkry? g?ow? i r?k? po kruczych w?osach powiód?, a r?ka ta, du?a, silna, bia?a, herbowym sygnetem na palcu b?yszcz?ca, troch? dr?a?a. Zrozumieli i &#8211; zawi?za?a si? szybka rozmowa.<br />
- Ju? dzie? oznaczony?<br />
- Oznaczony.<br />
-Kiedy?<br />
- Za dni dziesi??.<br />
- Gdzie?<br />
- W Dziatkowiczach.<br />
- Dok?d?<br />
- Za Kana? Królewski, do lasów horeckich.<br />
Tu g?os dziewczyny zawo?a?:<br />
- Ju?!<br />
A on brata jej zapyta?:<br />
- Postanowienia nie zmieni?e??<br />
- Chyba by dusza moja zmieni?a si? na inn?!<br />
- Wi?c razem?<br />
- Razem.<br />
- Za dni dziesi?? do mnie i ze mn? tam, gdzie b?d? wszyscy&#8230;<br />
Zamilkli, bo rozmow? przerwa? im p?acz niewie?ci. Z twarz? ukryt? w drobnych d?oniach Anielka ?ka?a i by?o to ?kanie rozpaczne.</span></strong></p>
<p><strong>Wiedzia?a, ?e to si? stanie, lecz kiedy, ju?, ju? stawa? si? mia?o, tak p?aka? pocz??a, ?e a? ca?e w?t?e jej cia?o w tym p?akaniu kurczy?o si? i dr?a?o, a? jasne w?osy rozsypywa?y si? po ramionach i na szar? sukienk? przez palce przecieka?y strumienie ?ez. Ale nied?ugo, nied?ugo. Mocowa?a si? z ?kaniami, ze ?zami &#8211; i usta?y. Wsta?a i ramionami otoczy?a szyj? brata. Przycisn??a si? do piersi jego mocno, mocno i odrywaj?c si? od niej powtórzy?a kilka razy:<br />
- Id?, Marysiu, id?!<br />
Twarz jej, od ?ez mokra, stan??a w u?miechu takim, co to bólem usta kurczy, i rumie?ce z niej znikn??y. Ale posta? drobn? z ca?ej si?y wyprostowywa?a i w oczach brata topi?c swe biedne, m??nie ze ?zami walcz?ce oczy powtarza?a:<br />
- Id?, Marysiu, id?! Trzeba!<br />
W wieczór dnia tego w ma?ym ogródku, gdzie ros?o kilka jab?oni i troch? bzów kwit?o, dwa g?osy z cicha z sob? rozmawia?y. G?os dziewcz?cy prosi?:<br />
- On silny duchem, ale cia?em s?aby, w ?wiczenia m?skie niewprawny&#8230; Od dzieci?stwa ksi??ka, nauka, górne my?li i zamiary&#8230; Odwa?ny, lecz si?a sk?d? Kocha, jak kocha, ja jedna tylko wiem, ale czy zdo?a? Nie tu urodzony, nikogo tam swego mie? nie b?dzie. Pan nigdy niczego si? nie l?ka?, to pozna? ?atwo. Wi?c pan nie wie, co to trwoga taka&#8230; jak szyba lodu na sercu, jak nó? w sercu&#8230; O, panie&#8230; b?d?cie wy tam cz?sto razem&#8230;<br />
On przyrzeka?:<br />
- Tam, gdzie nikogo swego mie? nie b?dzie, ja b?d? mu swoim. Przyjacielem mu b?d?, bratem, w potrzebie obro?c?. I jak razem odchodzimy, tak razem tam b?dziemy pier? z piersi?, dusza z dusz?&#8230; I razem powrócimy&#8230; albo&#8230;<br />
Z szerokiej piersi nami?tne westchnienie wzbi?o si? pomi?dzy wonie bzów i bzy tylko widzia?y, jak nad dwojgiem r?k dziewcz?cych drobnych, dr??cych nisko pochyli?a si? m?ska twarz z rzymskim profilem i jak usta m?skie purpurowe, gor?ce lgn??y si? do nich poca?unkami d?ugimi&#8230; Pierwsze to by?y poca?unki na r?kach tych przez te usta sk?adane. Czy i ostatnie tak?e? Potem oczy ich zaton??y jedne w drugich i przy ?wietle gwiazd wiele sobie powiedzia?y. Mo?e usta powiedzie? pragn??y wi?cej jeszcze, lecz w tej godzinie wyrocznej&#8230; nie mog?y. Czy kiedykolwiek powiedz?? Przeznaczenie stoi za lud?mi, welonem tajemnicy zas?oni?te, i w d?oni trzyma ko?czan z tysi?cem zdarze?&#8230;<br />
Lecz daj mi spocz?? chwil?, wietrze pr?dki! S? ludzie i losy, o których bez spoczynku d?ugo mówi? nie mog?, takie nawet jak ja d?by silne. Dreszcze po konarach mi biegn? i na li?cie wyst?puj? krople ch?odne.<br />
</strong></p>
<p align="center" style="text-align: center"><strong><span style="font-size: 10pt">*</span></strong></p>
<p align="center" style="text-align: center"><!--more--></p>
<p><strong><span style="font-size: 10pt">Ch?odna rosa na las spada?a i bujne jej krople g?sto usia?y ga??zist? brod? silnego d?bu. Toczy?y si? te? one z wolna po d?ugich warkoczach brzozy, rozpylonym srebrem ?wieci?y na trawach, krzakach, liliowych dzwonkach, na p?atkach ró? dzikich, których serca, niedawno rubinowe, przygasa?y, ciemnia?y.<br />
Przygas?o, ciemnia?o równie? nad lasem niebo, z przezroczyst? zas?on? drzew ja?niej?c ju? nie krwawym p?omieniem, lecz bladym z?otem zorzy. Od tego bladoz?otego jeziora na niebie zawieszonego sz?y lasem ?wiat?a sm?tne, blade, przedwst?pne go?ce nocy, i rozp?ywa?a si? od nich po lesie melancholia, zadumana, t?skna&#8230;<br />
Ale noc nie nadchodzi?a jeszcze i na niebie nie by?o gwiazd, tylko gdzieniegdzie p?yn??y po nim od zorzy ob?oki przezroczyste, do piór z?otawych albo do bladych rumie?ców podobne.<br />
Pod z?otawym piórem niebieskim w mdlej?cych blaskach dziennych wyprostowany ?wierk zachwia? szczytem ciemnym, ramiona jego zadr?a?y i wkrótce rozwar?y si? szeroko, a nad polan? pop?yn?? szum g??boki i dumny najwy?szego z le?nych drzew.<br />
- Jam najwy?szy w tym lesie, najdalej wzrokiem si?gam i widz? najwi?cej.<br />
Widywa?em walki, które staczali oni w oddaleniu to wi?kszym, to mniejszym, niekiedy tak wielkim, ?e ich odg?osy dochodzi?y tu jak g?uche turkoty, tocz?ce si? za skrajem firmamentu lub jak wzd?te poszumy lasów, gdy targa nimi przelatuj?cy Wicher &#8211; Gwa?t.<br />
Wtedy tu, na tej polanie, panowa?y cisze letnie, gor?ce i wonne, motyle wiesza?y si? na kwiatach, a na mchach i trawach igra?y w promieniach s?onecznych skrzydlate owadki.<br />
S?owik te? w kalinach ?piewa? zaczyna? i drobne ptactwo, przez gwar odegnane, przywabione przez cisz?, pomi?dzy ga??zie nasze powraca?o.<br />
A tam, we w?ciek?o?ciach zwierz?cych, w podrzutach ?miertelnych k??bi?y si? cia?a ludzkie i we wrzawie bojowej, w stuku gromów, w ulewie ogromnych b?yskawic krew z nich ciek?a na trawy, mchy, kwiaty i wsi?ka?a w dr??c? od huku i ha?asu ziemi?&#8230;<br />
Ale ja tobie, wietrze pr?dki, rzeczy tych, niegdy? widzianych, s?yszanych nie opowiem. Gamami szumów swoich cz?sto opowiadam ziemi o jej smutkach, zagadkach, p?onnych nadziejach i pewnych mogi?ach albo w wichrzyste noce o rzeczach g??bokich i wiecznych rozmawiam z chmurami.<br />
Lecz zwyk?ych walk krwawych opiewa? nie umiem. Nie do tegom stworzony, ja, mieszkaniec pokojów le?nych, daj?cy gniazdom ptasim przytu?ek bezpieczny i cienie koj?ce roztaczaj?cy nad wszystkim, co od skwarów usycha i mdleje.<br />
Tylkom dr?a? od rado?ci i szumem swym ?piewa? niebu dzi?kczynne: hosanna! ilekro? tu powracali ?ywi i zwyci?scy.<br />
Zwyci?skimi powracali nieraz i cho? im na uznojonych czo?ach rozlewa?a si? duma triumfu, w szeregi karne wyci?gali si? na g?os wodza, w milczeniu oczekuj?c s?ów jego rozkazów.<br />
On serca ich w r?ku swym trzyma? i umia? podbija? je w gór?. Odkrywa? przed szeregami czarnow?os? g?ow? i za to, ?e by?y pos?uszne jak dzieci a jak lwy odwa?ne, ?e sile przemagaj?cej rozproszy? si? nie da?y, ?e wstydem nie splami?y krzy?a, który przyj??y na swe ramiona &#8211; dzi?kowa?. Ale i wtedy jeszcze, gdy dzi?kowa?, g?os jego rozlega? si? jak bojowe d?wi?ki i nie by?o w nim s?odyczy ani pieszczoty, hart tylko by? i wola ?elazna, trzymaj?ca mocno wodze ich woli. Im za? od tych dzi?kczynie? stalowych i krótkich na twarze, znojem oblane, prochem opalone, kurzaw? okryte, spada? blask wniebobior?cej rado?ci.<br />
A potem by?y tu opowiadania, rozmowy gwarne, ogniska, buchaj?ce wonnym dymem ja?owców, weso?e r?enie koni, b?ogie spoczynki na mchach i trawach, szepty modlitw w ?wietle gwiazd i brzmienia przyciszonych hymnów chóralnych, z p?omienn? pokera wzbijaj?ce si? ku Temu, który jest nad gwiazdami. Raz gdy wrócili tak, nie rozproszeni, nie os?abli, lecz owszem, w odwadze i wytrwaniu umocnieni, a na gios wodza: &#8220;W szeregi formuj si?!&#8221; stan?li przed nim murem zwartym, on jednego z nich przez chwil? wzrokiem szuka? i znalaz?szy skinieniem ku sobie przywo?a?.<br />
I któ? wtedy, jak my?lisz, wietrze pr?dki, przed nim stan??? Oto ten ma?y Tar?owski w tej chwili, o! wcale, wcale do bia?ej i ró?owej dziewczyny niepodobny. Plamy krwi mia? na odzie?y i r?kach, a po?ród twarzy, przez dymy i kurzaw? uczernionej, oczy b?yska?y mu niespokojnie, bole?nie, prawie ponuro. Stan?? w zwyczajnej sobie postawie, nieco nie?mia?ej, i czeka?.<br />
Wódz w milczeniu patrza? na t? posta? w?t??, ?ladami walki ci??kiej okryt?, na te r?ce drobne, a zakrwawione i co? z czu?o?ci ojcowskich albo z braterskich rozrzewnie? przep?ywa?o mu po surowym czole. Potem wskazuj?c go wyci?gni?tym w milczeniu szeregom rzek?:<br />
- ?ycie mi dzi? uratowa?. Cudem odwagi je uratowa?; cud, ?e nie zgin?? sam. Dziw, ?e w tym dziecku mieszka taki lew! Nie za to wdzi?cznym mu, ?e ?yj?, lecz za to, ?e was jeszcze jako klamra sprz?gam i ?e jeszcze razem z wami s?u?? nie ?adnemu panu ziemskiemu, ale Um?czonej, ?e jeszcze s?u??. Uczcijcie w nim dzielnego rycerza Um?czonej! Ja mu dzi?kuj?.<br />
Tu ramieniem szyj? tego ma?ego otoczy? i co? z anielskich tkliwo?ci czy rado?ci wykwita? pocz??o mu na usta, a? rozkwit?o w u?miech serdeczny, per?owy, ?wie?y i bardzo dziwny pod czo?em tragicznym.<br />
By?o? tam, by?o potem doko?a tego ma?ego powinszowa?, uniesie?, u?cisków, zapyta?, opowiada?. Kto widzia?, opowiada?; kto nie widzia?, zapytywa?. Zdaje si?, ?e tam za olchami na r?ce go porwali i wysoko na r?kach podnie?li, ?e dowódca jazdy, w herkulesowym u?cisku go trzymaj?c, d?ugo mu co? o siostrze, o pannie Anieli szepta?!&#8230; Jak?e! Uratowa? klamr? t? drogocenn?, która ich sprz?ga?a, wiedz?, która ich wiod?a, wol?, która ich wol? trzyma? umia?a w okowach wytrwania i rozp?omienia? ogniem nadziei &#8211; cho?by przeciwko samej nadziei! Powszechn? tu by?a wieczoru tego jaka? dziwna, dobra, braterska rado??.<br />
I na nim jednym tylko, który rado?ci tej by? przyczyn?, wcale jej zna? nie by?o. Wygl?da? tak, jakby podziela? j? chcia?, a nie móg?. Na pytania ledwie s?owem krótkim odpowiada? lub nie odpowiada? nic; u?ciski odwzajemnia?, lecz by? ?ród nich jakby we ?nie, jakby w zamy?leniu roztargnionym.<br />
Omy? z siebie w strudze b??kitnej kurzaw?, krew, dym prochowy i mia? twarz znowu bia?? i ró?ow?, nawet nie ogorza??, bo jak u niektórych niewiast bywa, nie ima?y si? jej bia?o?ci spieki s?oneczne. Lecz my?la? o czym? ci?gle, niespokojnie, prawie pos?pnie, jakby dusza jego ko?ysa?a si? nad przepa?ci? pe?n? w?tpie?, zapyta?, zagadek.<br />
Tak, gdy gwiazdy wzesz?y, po?o?y? si? pod t? brzoz? i gdy wszyscy ju? spali, nie spa?.<br />
?adne z nas, drzew, tego niepokoju i smutku jego zrazu nie zrozumia?o. Jam pierwszy zrozumia?. Nie do tego by? stworzony. Jak ja, który z niebem cz?sto o rzeczach wielkich i wiecznych rozmawiam, nie stworzonym do opiewania krwawych bojów ludzkich, tak on, w geniuszu natury i górnych my?lach ludzkich rozkochany, do bojów tych stworzony nie by?. Do czego innego by? stworzony.</span></strong></p>
<p align="center" style="text-align: center"><strong><span style="font-size: 10pt">*</span></strong></p>
<p><strong><span style="font-size: 10pt">- Zna?am go z bliska, zna?am dobrze jego my?li i mi?o?ci &#8211; zaszepta?a brzoza, której g?ste listowie, w sp?ywaj?ce ku ziemi warkocze zaplecione, srebrzy?o si? jeszcze gdzieniegdzie od wieczornej rosy, a suknia z bia?ej rosy prze?wieca?a zza d?ugich warkoczy.<br />
Zna?am go z bliska, zna?am dobrze jego my?li i mi?o?ci, bo doko?a mnie, z ziemi od pobliskiego strumienia wilgotnej wyrasta t?um ogromny ro?linek przerozmaitych, przyziemnych, drobnych, w?ród których krz?ta si?, pe?za, biega, podlatuje drugi t?um równie? malutkich, przyziemnych, przerozmaitych owadków, robaczków, a on, ten ma?y, z drobiazgiem tym przebywa? lubi? dziwnie i wówczas tylko na ró?owej twarzy jego ja?nia?o szcz??cie spokojne, b?ogie, gdy z nim przebywa?. On doprawdy drobiazg ten kocha? i kszta?tów jego, ?ycia jego ciekaw by? nami?tnie.<br />
S?usznie powiedzia? ?wierk wysoki, ?e by? on rozkochany w geniuszu natury, ale ja tylko wiem, bom temu przygl?da?a si? nieraz, jakie on z tym geniuszem rozmowy d?ugie, ciekawe prowadzi?. I mi?osne równie?, bo tak ju? jest pomi?dzy lud?mi, ?e ciekawe i d?ugie rozmowy prowadzi? oni zwykli tylko z przedmiotami swojego kochania. Przedmiotem kochania jego by?a natura, lecz powsta?o przeciw niej kochanie drugie, tym p?omienniejsze, ?e bolesne, i tu go przywiod?o. O tamtej kochance zupe?nie zapomnie? nie zdo?a? i przed obliczem ?mierci, która co dzie? spotka? go mog?a, stoj?c, wzrokiem i dusz? wpatrywa? si? jeszcze w jej oblicze. W przerwach s?u?by obozowej, w godzinach odpoczynku to bywa?o.<br />
Inni, odpoczynkowi po ci??kich trudach radzi, zbieraj? si? w gromadki, gwarz?, wspominaj? i nieraz ?miech weso?y wzbija si? od nich nad tym polem bliskiej ?mierci, a on jak zwykle ch?tnie milcz?cy, cichy, chodzi w pobli?u moim pod tymi olchami cienistymi, po tym gaju kalinowym, nad strumieniem i co chwil? na ziemi? pochylony czego? mi?dzy zió?kami czy owadkami upatruje, szuka, a znalaz?szy w palcach albo w d?oni podnosi i przygl?da si?, wzrok i pami?? w tym zatapiaj?c &#8211; szcz??liwy!<br />
Raz trzej, czterej towarzysze jego przyszli tam i zapytali, czego szuka tak pilnie i czemu tak bacznie si? przypatruje? Trzyma? wtedy w palcach jakie? piórko zielone, w dziwnie subtelny sposób wykrojone i wyr?bkowane, wi?c swoim cichym, ?agodnym g?osem mówi? im zacz?? o tym, jaka to jest ro?lina rzadka, jak on pragn?? znale?? j? kiedykolwiek, nie zasuszon? w zielniku, lecz ?yw?, jaki kraj oddalony, zamorski Jest jej krajem rodzinnym, jak przez l?dy i oceany wiatr nasiona jej tu przyniós? i jaki to cud natury te w?drówki na skrzyd?ach wiatru, od bieguna do bieguna ziemi, nasionek tak drobnych jak py?ki. Innego dnia to samo powtórzy?o si? z powodu owadka z?otawego, który trwo?nie uwija? si? mu po d?oni, a innego jeszcze z powodu wspania?ej korony nenufaru, która u brzegu strumienia rozkwit?a, a któr? on zerwa? i w r?ku trzyma?, twarz pochylon? w upajaj?cej woni jej zatapiaj?c.<br />
Towarzysze w ?cis?? gromadk? wokó? niego skupieni patrzali, s?uchali, wszyscy go wzrostem, szeroko?ci? ramion, m?skimi zabarwieniami twarzy przewy?szaj?c. Czapki ich czworok?tne wygl?da?y na tle zielonym jak ogromne chabry i amarantusy, na odzie?y mieli twarde, szerokie pasy i u pasów ?elazem pob?yskuj?c? bro?. I dziwnie by?o patrze?, jak te twarze ogorza?e, pi?tnem zm?cze? i niepokojów trawi?cych naznaczone, pochyla?y si? ciekawie nad drobnym piórkiem ro?linki, albo z?otawym cia?kiem owada i jak na te skazane g?owy ukojenie i odpoczynek sp?ywa?y z cichych s?ów ma?ego towarzysza, z zielonych tkanek ro?liny, ze z?otawych skrzyde?ek owada, ze ?nie?nych p?atków wonnej lilii wodnej.<br />
Oto do czego by? stworzony. I jeszcze do tych my?li, które przyjacielowi opowiada? wtedy, gdy wszyscy spali, a on, nie ?pi?c, u stóp moich na g?stych trawach le?a?.<br />
Tamten nie spa? tak?e. Sen z oczu sp?dza?a mu my?l o tej zagadce ogromnej, w któr? ziemia ta i najlepsi jej synowie uplatali si? jak w krwaw? paj?czyn? i mo?e jeszcze o pozosta?ej daleko, t?skni?cej pewno, p?acz?cej ma?ej Anielce. Przyszed? do brata Anielki i d?ugo obaj le?eli u stóp moich, twarzami ku sobie obróceni, w milczeniu nocy rozmawiaj?c tak cicho, jak cicho p?acz? moje warkocze, gdy z lekkim szemraniem sp?ywaj? z nich na traw? majowe deszcze nocne.<br />
Cicho by?o. Na jednym z kra?ców obozu ko? czasem zar?a?, na innym z piersi u?pionego cz?owieka wyrwa? si? okrzyk g?uchy albo wion??y ci??kie westchnienie. Kto? w ostatniej bitwie raniony j?cza? pod d?bem w uplecionym z ga??zi namiocie, zza drzew otaczaj?cych polan?, na przestrzeniach md?o o?wietlanych przez gwiazdy wida? by?o czarne pos?gi uzbrojonych i nieruchomo stoj?cych stra?y.<br />
Oni dwaj na siebie wzajem albo na gwiazdy patrz?c rozmawiali o tych czasach dalekich, w przysz?o?ci dalekich, które b?d? albo nie b?d?, które je?eli b?d?, wodami ukojenia i oczyszczenia obmyj? ?wiat, w których podobno miecze maj? by? przekute na p?ugi, a jagni?ta sen spokojny znajdowa? u boku lwów&#8230;<br />
O przysz?o?ci ?wiata, po wiekach walk, zbrodni i m?k rozkwit?ej w raj niewinno?ci, pogody i zgody, mówili z t?sknot?, z zachwyceniem, upragnieniem.<br />
Szeptem cichym marzyli o tym celu przedalekim, ku któremu rzek? wrz?c? i wieczn? p?yn? marzenia ludzkich g?ów i serc najwy?szych, a nie wiedz?c nigdy, czy kiedykolwiek rzeka do celu swojego dop?ynie. Ach, ból i rozpacz tych marze? bez ziszczenia, upragnie? bez nasycenia, zagadek bez rozwi?zania! Ach, niezg??biony tego wszystkiego smutek!<br />
- Bo chocia? przedmiot walki najdro?szy jest i ?wi?ty, przelana w niej krew ludzka trucizn? w ?y?y sp?ywa i rany zadane ranami k?ad? si? na tych, co je zadaj?. Gniew, ból, ?mier? to s?py pas?ce si? na trupach rado?ci, s?odyczy i nadziei ludzkich. Z?y ród przeciw sobie samemu szpony ich wystawiaj?cy! N?dzny ród, krótko ?yj?cy, którego synowie nawzajem sobie skracaj? ?ycie! Nieszcz?sny ród, zewsz?d w ciele swym L w duchu swym zagro?ony, którego synowie nawzajem cia?om i duchom swoim gro??! O! kiedy? b?dzie inaczej? Czy kiedykolwiek b?dzie inaczej? Dlaczego? nie urodzi?em si? w tej porze pó?niej, gdy ?wiat b?dzie innym, albo w tak wczesnej, aby oczy moje nie potrafi?y otworzy? si? na to, ?e móg?by by? innym, gdyby, gdyby ludzie byli inni! Po krótkim milczeniu ze smutnym u?miechem mówi? pocz?? wiersz staro?ytnego poety:<br />
- Ba?? niesie, ?e Prometeusz do pierwiastku gliny, b?d?cej podstaw? istoty cz?owieczej, wla? po kropli ka?dego z pierwiastków zwierz?cych, samo serce cz?owiecze zaprawiaj?c chciwo?ci? wilcz? i w?ciek?o?ci? lwi?. To jest przyczyn? tych pomst i gniewów, które w ludzi uderzaj? zgonami strasznymi, i to jest przyczyn?, ?e wal? si? w gruzy gmachy wspania?e, ?e lemiesze wojsk wrogich rozorywuj? wa?y podbitych grodów.<br />
- Horacjusz? &#8211; zapyta? towarzysz mówi?cego i w tej?e chwili z porywczym gestem silnego ramienia znad trawy si? podniós?.<br />
- Podbitych grodów! &#8211; powtórzy?, chwil? milcza?, a? zawo?a?:<br />
- Teraz inaczej by? nie mo?e!&#8230; Podbitych grodów. Teraz walka to powinno??!&#8230;<br />
G?os cichy, ale stanowczo brzmi?cy, nami?tnemu wykrzykowi temu odpowiedzia?:<br />
- Teraz inaczej by? nie mo?e. Dopóki gwa?t, dopóty ?wi?ty przeciwko gwa?towi gniew! Dopóki krzywda, dopóty walka! Przez krew i ?mier?, przez ruiny i mogi?y, z nadziej? czy przeciw nadziei walka z piek?em ziemi w imi? nieba, które na ziemi? zst?pi..<br />
- Mo?e zst?pi&#8230;<br />
- Kiedy?&#8230;<br />
- Gdy nas ju? na ziemi nie b?dzie.<br />
Tak oni czasem w zmrokach nocnych rozmawiali z sob?, gdy obóz spa? i doko?a obozu na przestrzeniach md?o przez gwiazdy o?wietlonych wida? by?o czarne pos?gi uzbrojonych stra?y. A? przyszed? dzie?&#8230;</span></strong></p>
<p align="center" style="text-align: center"><strong><span style="font-size: 10pt">*</span></strong></p>
<p align="center" style="text-align: center"><!--more--></p>
<p><strong><span style="font-size: 10pt">&#8230;Szept brzozy zni?a? si?, taja?, umilk?; przemówi? w zamian brodaty, silny d?b:<br />
- A? nadszed? straszny dzie?. Stra? daleka przynios?a oznajmienie&#8230;<br />
Bo okrom bliskiej, wokó? obozu rozstawionej, mieli oni stra? swoj? dalek?, która tu przynosi?a oznajmienia, ostrze?enia, wie?ci. Przynios?a je ona tak, jak królewicz bajeczny d??y? do zamku zaczarowanej królewny: przez zaro?le cierniste, wrzaw? upiorów nape?nione, przez moczary bagniste, naje?one paszcz?kami smoków. Czasem stra?nik gin?? w u?cisku upiora lub w paszcz?ce smoka, czasem dociera? celu. Z daleka ju? s?ycha? by?o t?tent biegn?cego przez las konia.<br />
- Has?o?<br />
- Z nadziej? czy przeciw nadziei!<br />
Wpad? na polan? m?ody je?dziec na koniu zdyszanym, z twarz? oblan? potem. Po?udnie skwarem piek?o. Kilka g?osów przyja?nie zawo?a?o:<br />
- Kalis! Pan Kalikst! Jak si? masz?<br />
Ale on na powitania czasu nie mia?. Z konia zeskoczy?.<br />
- Gdzie naczelnik? Prowad?cie! Pr?dzej!<br />
Polan? szed? spiesznie, przybysza nie widz?c, m?odzieniec wysmuk?y, w szafirowej czapce na z?otych w?osach. Adiutant wodza. Kto? do niego zawo?a?:<br />
- Radowicki! Od poczty obywatelskiej&#8230; wys?aniec! Do naczelnika prowad?!<br />
Adiutant i pose? obywatelskiej poczty d?onie sobie u?cisn?li. Koledzy szkolni, s?siedzi. Razem weszli do namiotu wodza. Obóz zaleg?a cisza. Tak? cisz? martw? na powierzchni, a dr??c? w g??biach, dyszy natura w przedchwili burzy piorunowej i wichrzystej.<br />
Wkrótce do namiotu wodza weszli wezwani dowódca jazdy i paru towarzyszy innych, kunsztu or??nego mniej lub wi?cej ?wiadomych. Narada.<br />
Oczekiwanie trwa?o d?ugo, a? Romuald Traugutt przed namiot swój wyszed? i otrzymane wie?ci og?osi?.<br />
Bi?y z nich pioruny bliskiego boju i wicher ?mier? wia?.<br />
Wojsko ogromne nadci?ga, ju? opasuj? las, oddzia?y Jego piesze i konne ju? jak rzeki szumne lasem p?yn?. Przez las drzew przedzieraj? si? lasy luf, pik, bagnetów. Za godzin?, za dwie tu b?d?. Pose? wie?? przywióz? drog? d?ug? i trudn?, lecz przywióz? j? jeszcze w por?. Sto strzelb na jedn? strzelb?. Sto pik na jedn? szabl?. Jak w ba?niach. Lecz bywa to prawd?. Czy zl?kn? si? tej prawdy? Kim?e s?? Nie niewolnikami s? przez gwa?t i przemoc ci?gni?tymi na pola krwawe, ale dobrowolnymi ofiarnikami wysokich o?tarzy.<br />
Wi?c nie opu?ci ich duch ofiary i duch m?stwa! I duch tej mi?o?ci, która ich tu przywiod?a. Ci, co zgin?, b?d? siewcami, którzy samych siebie rzuc? w ziemi?, jako ziarno przysz?ych plonów. Bo nic nie ginie. Z dzi? zwyci??onych dla jutrzejszych zwyci?zców powstaj? or??e i tarcze. Lecz oni z siebie dob?d? wszystkie si?y, wszystkie swe si?y m?stwa, karno?ci, wytrwania, aby zwyci??y?. Bojowy okrzyk ich: W imi? Boga i ojczyzny! Z tym okrzykiem na ?mier? czy na zwyci?stwo do boju!<br />
Tak mówi?. S?owa jego rozlega?y si? od brzega do brzega obozu, d?wi?czne, krótkie, coraz g?o?niejsze, gor?tsze i jak iskry sypa?y si? na g?owy t?umu, a? jak ?an kwiatów na ??ce zako?ysa? si? t?um ten i wyrzuci? z setek piersi wzd?tych grzmotowy okrzyk zapa?u.<br />
Potem zakot?owa?o tu, zawrza?o. Siod?anie koni, przyodziewanie zbroi, wo?anie komend, formowanie si? szeregów, g?o?ne rozkazy, ciche zlecenia. Kipia? ruch, dzwoni?y g?osy, t?tnia?y ko?skie kopyta, bro? b?yska?a w powietrzu pe?nym s?onecznego z?ota i upa?u.<br />
Pose? poczty obywatelskiej mia? odje?d?a?, znowu drog? d?ug? i nudn? powraca? tam, sk?d przyby?. Wprzódy jednak zatrzyma? konia przed jednym ze sformowanych ju? oddzia?ów pieszych i ?o?nierzowi spomi?dzy wszystkich najmniejszemu wzrostem poda? przedmiot tak drobny, ?e zaledwie dostrzec si? daj?cy, mówi?c:<br />
- Od siostry!<br />
By? to skrawek papieru niezmiernie drobno zapisany i zwini?ty w sposób taki, aby go w potrzebie z ?atwo?ci? po?kn?? by?o mo?na. Takie wówczas listy pisano ze ?wiata do obozów.<br />
Dowódca jazdy na pi?knym swym arabie obok szeregów bieg?, zobaczy?, ku Tar?owskiemu g?ow? skin??.<br />
- Od panny Anieli?<br />
Zamienili si? spojrzeniami, na twarzach ich b?ysn?? u?miech. By? to kwiat r?k? dziewczyny z daleka rzucony na te otwarte mogi?y. Co pisa?a? Nie dowiedzia? si? o tym w tej chwili jej brat, bo rozleg?a si? g?o?na komenda, wi?c skrawek papieru spiesznie u piersi skry?. Czy dowie si? kiedykolwiek?<br />
Potem wyci?gali st?d w porz?dku, w milczeniu, a? na opustosza?ej polanie pozosta?y tylko trawy zdeptane, kwiaty konaj?ce i namioty puste. Namiot dla rannych, u stóp moich stoj?cy, w tej godzinie ich odej?cia pustym by? tak jak i inne. Nape?ni? si? mia? wkrótce.<br />
Nie odeszli daleko. Plan bitwy by? podobno kunsztowny, bieg?y. Obrona i zarazem napa??. Zasadzka ukryta w nieprzeniknionej dla oka g?stwinie, a na lu?niejszych przestrzeniach, za ka?dym drzewem przyczajone oko lufy i na ka?dym pólku mchowym czy paprociowym, w ka?dej cienistej alkowie z ga??zi dobyte z pochew szable.<br />
Dziwnie to wszystko wygl?da?o, mówi? ci, wietrze pr?dki, ?e dziwnie to wygl?da?o w?ród uc?tkowanej kwiatami zielono?ci le?nej i w?ród majowych p?dów sosen, które w milczeniu upalnej pogody swe jasne, wieloramienne ?wieczniki podnosi?y nad twarzami ciemnymi, skamienia?ymi, w milcz?cym oczekiwaniu.<br />
Chodzi?y tam po tych twarzach poruszenia i b?yski rozmaite: niecierpliwo?ci, zapa?u, wyt??onego nas?uchiwania, str?canych przez wol? na dno duszy bólów i trwóg. W powietrzu wolnym od szczebiotania ptaków, które zl?knione odlecia?y, czu? by?o oddechy kilkuset piersi ludzkich, nami?tne, niespokojne.<br />
A? z g??bi lasu przyp?ywa? pocz?? szum coraz wzrastaj?cy&#8230; wzmaga? si?, przybli?a?, coraz ogromniejszy&#8230; Jakby powietrzem nadlatywa?o, jakby do?em lasu nadchodzi?o co? straszliwego&#8230;<br />
- Baczno??! Gotowa? bro?!<br />
Rozkazowi temu, który rozleg? si? tu? prawie za mn?, odpowiedzia? z oddali g?os inny, tak samo rozkazuj?cy, krótki.<br />
I by?o ju? wida?&#8230;<br />
Szara masa ogromna, posuwaj?ca si? naprzód z trudem i powoli w?ród g?stych drzew, po ziemi naje?onej sztywnymi pr?tami latoro?li, zas?anej sieciami podst?pnych wiklin. Trudno jej by?o i??. W szumie jej kroków trzaska?y ?amane, stuka?y r?bane ga??zie.<br />
Ale ju? wyra?nie by?o wida?&#8230; I wtedy&#8230; Zastuka?y, zastuka?y za drzewami, po zaro?lach, g?ste, pojedyncze, szybko, szybko po sobie nast?puj?ce wystrza?y i rój b?yskawic krótkich, ognistych, rozsypa? si? w?ród drzew i zaro?li.<br />
Wnet od strony nadchodz?cych buchn?? i potoczy? si? ogromny, d?ugi grzmot i zarazem sun?? stamt?d pocz??y g?ste k??by dymu. Rotowy ogie? karabinów, zbity w sobie, ci??ki, odpowiedzia? posiekanemu ogniowi strzelb, na znacznej przestrzeni rozsypanych.<br />
By?a to rozmowa dwu ró?nych ze sob? grzmotów, dr?a?y od niej ze zgrozy najsilniejsze drzewa lasu.<br />
Czy d?ugo trwa?a?<br />
D?ugo. Godziny up?ywa?y.<br />
W dymach, które stawa?y si? morzem napowietrznym, k??bi?cym si? i ciemnym, szara masa, wyd?u?ona w kszta?t kolumn, to roztaczana w kszta?t pó?obr?czy, przybli?a?a si? znowu i znowu cofa?a. Niewygodnie jej by?o, ciasno i w?ród zas?on le?nych, ogniem ziej?cych, trwo?nie&#8230; Ale ros?a wci??, ros?a, g?stnia?a, na odleg?o?ciach coraz wi?kszych, dalszych. Tysi?ce coraz nowe, konne, piesze. Jak rzeki wezbrane, o wodach nieprzebranych. Ale te? tysi?c zapór, przeszkód w tym ?wiecie le?nym, nape?nionym tworami niepos?usznymi, maj?cymi we w?asnym swym królestwie swoj? wol? i swoj? moc. Tysi?ce te? tych stuków szybkich zza drzew i spomi?dzy zaro?li, które razem z rojami ognistych b?yskawic rzuca?y roje pocisków celnych.<br />
Ilekro? rozdziera?o si? na chwil? napowietrzne morze dymu, wida? by?o bli?ej i dalej, z jednej strony i z drugiej, postacie ludzkie rozci?gni?te na mchach i wiklinach, jak czarne, le??ce cienie.<br />
Po obu stronach pada?y trupy. Lecz nie wszyscy upadaj?cy byli trupami. Upad? st?d niedaleko i rozci?gn?? si? na paprociach ma?y Tar?owski. Ale ?y?&#8230; Od pocz?tku bitwy, za rosochat? olch? na jedno kolano kl?cz?c, nabija? strzelb?, celowa? i strzela?, bez ustanku, zapami?tale, szybko, z wpraw?, któr? obdarzy?y go ?wiczenia obozowe. Jakby nigdy pragnieniem by? nie bieg? ku rajskiej erze wiecznego pokoju ?wiata, jakby nigdy razem z poet? nie wyrzeka? na wlan? w serce cz?owiecze kropl? w?ciek?o?ci lwiej&#8230; Co? lwiego czy tygrysiego b?yszcza?o mu w oczach o rozpalonym b??kicie, pod czo?em ?ci?gni?tym w jedn? zmarszczk? uwagi wyt??onej i zaci?to?ci srogiej: w lini? srog? jak krwawa uraza zaciska?y mu si? usta albo rozwarte, dysz?ce, w pier? w?t?? ch?on??y w??e dymu ziej?ce prochow? woni?.<br />
Wtem nadlecia?o co? maj?cego w szarym dymie podobie?stwo do wyd?u?onego cia?a czarnej pszczo?y i w rami? go ugodzi?o. Rami? to zwis?o u boku, strzelba ? r?ki wypad?a, chcia? porwa? si? z kl?czek, zachwia? si? i na wysokie paprocie upad?. Ale ?y? i po d?ugiej chwili dwie pary silnych ramion zdj??y go z okrwawionych paproci i wnios?y do tego namiotu u stóp moich stoj?cego, który ju? nie by? pustym.<br />
Pod dachem wysokim, z zielonych ga??zi uplecionym, na mchowych i paprociowych po?cielach le?a?o ju? kilkunastu ludzi, w których trzewia lub cz?onki ??d?a swe pogr??y?y czarne pszczo?y. Nad nimi, od jednego do drugiego przechodz?c, przykl?kali dwaj ludzie z twarzami zatroskanymi, z czo?ami oblanymi potem, z r?koma czynnymi. Lekarze obozowi.<br />
Ale wówczas doko?a polany tej stawa?o si? ju? bardzo gor?co. Z coraz cz?stszymi, z coraz d?u?szymi, g?stszymi grzmotami karabinowego ognia szara masa zbli?y?a si? ju? na odleg?o??, z której mo?na by?o rozpoznawa? wzrokiem pojedyncze postacie, twarze, ubrania, bronie. Z ?elaznym prawem liczby zaokr?gla?a si? ona w obr?cz i opasywa?a polan? coraz zupe?niej, coraz bli?ej. Ludzie z tej i z tamtej strony pocz?li spotyka? si? oko w oko i zwiera? si? pier? z piersi?.<br />
W stukach i grzmotach obustronnych ogni dym g?stnia?, nape?niony ognistymi b?yskawicami, krzykami, Przekle?stwami i wybijaj?cymi si? nad wszystko g?osami komend krótkich, zdyszanych, coraz ?pieszniejszych, zapalczywszych, ?miertelniejszych. Duszno?? i ciemno?? od dymu wzrasta?y; la?y si? w nich strumienie potu, ciek?y strugi krwi. Coraz cia?niej stawa?o si? tam, wrzaskliwiej, krwawiej, w?cieklej, przekl?ciej. Piek?o, piek?o, mówi? ci, wietrze pr?dki, szala?o w tym naszym cichym, wonnym, kwiecistym, niewinnym raju le?nym. Piek?o ludzkie.<br />
I zdawa? si? mog?o, ?e nad to, co si? ju? dzia?o, nic na ziemi straszniejszego dzia? si? nie mo?e. A jednak&#8230;<br />
Kiedy na ludzi spogl?dasz, wietrze pr?dki, nie mów nigdy: &#8220;Tu kres ich tragedii!&#8221; Bo nikt w?ród wszech?wiata odgadn?? ani obliczy? nie zdo?a tego szczytu najwy?szego, na który wzbija? si? mog? ich tragedie, ich zbrodnie i ich niedorównany we wszech?wiecie ból i oto&#8230;<br />
Zza g?stwiny olch i osin, zza tej, co to, widzisz, naprzeciw mnie, spo?ród krzaczastych zaro?li wyrasta, wysun?? si? oddzia? wojska konnego, lasem pik d?ugich nad g?owami naje?ony, nad ko?skimi grzbietami pochylony i krzyk wydaj?c przera?liwy pocz?? przez pust? polan? ku temu namiotowi p?dzi?. Zoczy? namiot ten ludzi pe?en i p?dzi? ku niemu pocz??, ku namiotowi, w którym si? i broni pozbawieni le?eli ludzie ranni, a nad nimi z r?koma czynnymi kl?czeli lekarze.<br />
P?dzi? oddzia? zbrojny w piki, na koniach chy?ych pochylony, z krzykami przera?liwymi, z twarzami opalonymi w ogniu bitwy i szala?a mu w ?y?ach w?ciek?o?? lwia&#8230;<br />
Lecz za mn? tu? rozleg? si? g?os stalowy, wrzask boju przewy?szaj?cy:<br />
- Jazda! na obron? rannych.<br />
W mgnieniu oka z dowódc? swym na czele wlecieli na polan?. Czarni od dymów piekielnych, na zziajanych koniach wypadli zza drzew zaro?li, naprzeciw tamtym, z podniesionymi szablami w r?kach&#8230;<br />
S?o?ce mia?o si? ku zachodowi i zza dymu ?wieci?o tarcz? z roz?arzonej miedzi. Na ten poczet lec?cy, na jego spalone twarze i obna?one szable pad? rdzawoczerwony blask, bezpromienny, ponury. W tym blasku dopadli namiotu, ju? przez tamtych okr??onego, z w?t?? ?cian? ga??zi ju? rozwalon?. Straszliwy panowa? tam t?ok i rozlega?y si? nieludzkie wycia i ryki. Ca?? si?? rozp?du koni w t?ok ten uderzyli, z r?k sypi?c b?yskawice szabel i pistoletowe strza?y. Dowódca czarnow?osy, do Archanio?a z mieczem p?omiennym podobny, pierwszy szerokiego otworu doskoczy? i jakby nogi konia jego ziemia do siebie przyku?a &#8211; stan??.<br />
O, Jezu! Nie by?o ju? w namiocie rannych ani lekarzy. By?y tylko trupy w krwi brocz?ce i jeszcze otrzymuj?ce nowe rany, umilk?e albo w strasznym konaniu charcz?ce. A w po?rodku tego pola mordów dokonanych dokonywa? si? ju? ostatni. Na ostrzach kilku pik osadzony i wysoko wzniesiony w powietrze ma?y Tar?owski twarz bia?? jak chusta wystawia? na rdzawoczerwony blask s?o?ca. M?cze?ska twarz ta, o umieraj?cych oczach, z czerwonym sznurkiem krwi od z?otych w?osów do ust, konwulsj? wstrz?snych, pozna?a jednak przyjaciela, r?ka szybkim ruchem rzuci?a ku niemu jaki? przedmiot czerwony i g?os mdlej?cy zawo?a?:<br />
- Jagmin! siostrze!<br />
Ostatni dar, ostatnia my?l, ostatnie s?owo! Jak ptak czerwony chusta krwi? ociekaj?ca zlecia?a na szerok? pier? dowódcy jazdy, lecz w tej?e chwili upad? pod nim ko? jego, kul? ugodzony i on sam w?ród t?oku, dymu, wrzasku, stuku wystrza?ów, ulewy ognistych b?yskawic &#8211; znikn??!&#8230;<br />
&#8230;Przesta? szumie? d?b brodaty i cisza nocna zaleg?a polan?. Bo noc ju? nadesz?a, mroczna, ale nie ciemna: przezroczysta, gwia?dzista, majowa.<br />
Na pagórku mogilnym, na wysokich trawach wiatr le?a?, tak lekki, ?e nie ugina?y si? pod nim ku ziemi wysokie trawy. Ogromne skrzyd?a jego ?a?o?nie zwin??y mu si? z boków i smutnie rozsypa?y si? po ziemi w?osy ze srebrzystych szronów paj?czo uprz?dzione. W wyd?u?onych skr?tach jego kryszta?owego cia?a blado ?wieci?y odbicia gwiazd i z odbi? tych jedno tylko wzrasta?o w blask i wielko??, a? wzros?o w p?omyk gorej?cy, od którego taja? pocz?? kryszta? jego piersi. Taja? od gorej?cego p?omyka kryszta? piersi wiatru pr?dkiego i ?cieka? na wysokie trawy z szemraniem tak cichym, z jakim p?acz? warkocze brzozy, gdy z nich na ziemi? sp?ywaj? majowe deszcze nocne. Tak na bezimiennej, zapomnianej, nieznanej mogile le?nej p?aka? wiatr.<br />
I cicho znad traw zaszele?ci?:<br />
A ten krzy?yk?<br />
Ciche nad sam? ziemi? odpowiedzia?o mu dzwonienie:<br />
- My, ma?e dzwonki liliowe, my, ma?e dzwonki, lito?nie?my ch?odzi?y jej rozpalone czo?o i pi?y lej?ce si? z oczu jej ?zy.<br />
Po latach, po wielu, o sm?tnej jesieni przysz?a tu ciemna, drobna i u stóp pagórka twarz? pad?a na pod?o?e zio?a.<br />
Biedn? twarz?! Bo nie by?a ju? bia?? ani ró?ow?; bia?o?? jej i ró?owo?? wypi?o z niej ?ycie. Biedne ?ycie! Bo nie wiemy, co tam na ?wiecie czyni?a, a w oczach sta?a odbita samotno?? t?skni?ca, gorzka.<br />
Biedne r?ce, niegdy? ca?owane tak mi?o?nie! Biedne oczy, niegdy? tak podobne do b??kitnych, dziewiczych, czystych oczu brata.<br />
On nieprzespanie spa? na dnie pagórka tego, z ostatnim jej pozdrowieniem, szczypteczk? prochu na piersi w proch rozsypanej.<br />
I tamten&#8230;<br />
Le?a?a na pagórku do zió? z?ó?k?ych tul?c twarz uwi?d?? i na ich kobiercu rozci?gaj?c sukni? sw? ciemn?, biedn?&#8230;<br />
My?my wtedy nie mia?y kwiatów, jak?e? w jesieni! wi?c tylko li?ciem ch?odnym obj??y?my twarz jej od p?aczu gor?c? i ?zy pi?y?my, co d?ugo p?yn??y z oczu.<br />
D?ugo. Niepr?dko z ziemi wsta?a i ten krzy?yk ma?y, który przynios?a z sob?, w?ród ?odyg naszych utkwi?a. Potem drobna jej posta? odesz?a w zmierzch wieczorny, w?ród ?ó?tych drzew znikn??a i nie wróci?a ju? wi?cej nigdy&#8230;</span></strong></p>
<p align="center" style="text-align: center"><strong><span style="font-size: 10pt">*</span></strong></p>
<p align="center" style="text-align: center"><!--more--></p>
<p><strong><span style="font-size: 10pt">&#8230;Teraz zaszumia? pot??ny, brodaty d?b:<br />
- I p?yn??y lata za latami&#8230;<br />
O ka?dej wio?nie ptaki przylatywa?y tu gromadnie, wiewiórki po ?wierkach ta?czy?y i w trawach biega?y, pe?za?y, podlatywa?y drobne owadki, robaczki. Ró?e dzikie odkwita?y i zawiesza?y si? u koron ich motyle. S?o?ce k?ad?o na trawy szerokie p?achty z?ote. Od zórz wieczornych ?eglowa?y niebem rumie?ce ob?oków. W zmrokach nocnych ?wieci?y wysokie gwiazdy lub ci??kie, ciemne ca?uny nisko rozwiesza?y chmury. P?yn??y dnie za dniami, noce za nocami&#8230;<br />
W g??bokie jesienie hucza?y tu wichry, szumia?y ulewy, szemra?y deszcze niesko?czone, a w ?nie?yste, szkliste zimy my, drzewa, wznosi?y?my nad tym wzgórzem grobowce ze szk?a szronów i z marmuru ?niegów, zimne, bia?e, koronkami obwieszone, brylantami osypane. Czasem na te grobowce zlatywa?y stada wron lub kawek, krakaniem grobowym powietrze nape?niaj?c, albo w królewskiej postawie zatrzyma? si? w?ród nich jele? wspania?y, przebieg?o stado kóz p?ochliwych, drobny zaj?c przemkn?? znacz?c na ?niegu zygzaki ciemnych ?ladów. P?yn??y wiosny za wiosnami, zimy za zimami&#8230;<br />
I dwie rzeczy by?y niezmienne. Zawsze sta?a tu wysoka od ziemi do nieba samotno?? z obliczem niemym. I ci?gle p?yn?? t?dy nie?miertelny strumie? czasu, niestrudzenie szemrz?c: <em>Vae victis! Vae victis! vae victis!</em>&#8230;</span></strong></p>
<p align="center" style="text-align: center"><strong><span style="font-size: 10pt">*</span></strong></p>
<p><strong><span style="font-size: 10pt">&#8230;Wiatr pr?dki ju? nie p?aka?. Kryszta?owe cia?o jego wstawa? pocz??o nad wzgórzem mogilnymi coraz wy?sze, silniejsze, pot??niejsze, ros?o.<br />
Wstawa? i na kszta?t powiewnej kolumny wzrasta? do wierzcho?ków drzew, wysoko nad ich wierzcho?ki, jeszcze wy?ej, ca?y w gniewnym szumie podnosz?cych si? znad ziemi skrzyde?, w zawierusze w?osów roztaczaj?cych si? naokó? olbrzymi? sieci? paj?cz?, ?wiec?ca szklistym szronem. A?, niebotyczny, wzd?ty, niezliczonymi odbiciami gwiazd roziskrzony, roztoczy? skrzyd?a latawca-olbrzyma, na las ca?y rzucaj?c okrzyk:<br />
- <em>Gloria victis!</em><br />
I zerwa? si? z mogi?y, wzlecia? nad las, szlakiem powietrznym dotar? ciemnego nieba i do gwiazd mrugaj?cych, do srebrzystych dróg mlecznych zawo?a?:<br />
- <em>Gloria victis!</em><br />
A potem znowu ku ziemi sp?yn?? i, niespokojny, gniewnym, czy ?wi?tym sza?em zdj?ty, szumi?cym szlakiem ciemno?ci przerzynaj?c, nad polami, nad wodami, nad lasami, nad miastami i wioskami, na ca?? kul? powietrzn?, która obejmuje ziemi?, i na ca?e sklepienie niebieskie wo?a?:<br />
- <em>Gloria victis!</em><br />
Zdumiewa?y si? wo?ania tego s?uchaj?c pola, wody, lasy, wsie i miasta, zdumiewa?a si? kula ziemska i kula powietrzna, w zdumieniu zapytuj?c, kto nad ?wiatem g?osi t? ogromn?, nies?ychan?, t? fantastyczn?, niespodziewan? nowin?? Czy ba?? dosta?a skrzyde? i nocami pocz??a ?wiatu przedziwne rzeczy opowiada?? Czy tak wo?aj? duchy str?cone z planet innych? Czy senne rojenia? Zjawy bezcielesne? Z?udy? I zali? przemienienie ?wiata g?os ten zwiastuje lub jego sko?czenie?<br />
A wiatr pr?dki od nieznanej, bezimiennej, wielkiej mogi?y le?nej lecia? i lecia?, nios?c i nios?c w przestrze?, w czas, w pami?cie, w serca, w przysz?o?? ?wiata triumfem dalekiej przysz?o?ci rozbrzmiewaj?cy, okrzyk:<br />
- <em>Gloria victis!</em></span></strong></p>
<p class="MsoNormal"><strong><span style="font-size: 10pt"> </span></strong></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.bajkiopowiadania.com/2006/01/20/gloria-victis-eliza-orzeszkowa/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Bia?e Kwiaty &#8211; Cyprian Kamil Norwid</title>
		<link>http://www.bajkiopowiadania.com/2006/01/20/biale-kwiaty-cyprian-kamil-norwid/</link>
		<comments>http://www.bajkiopowiadania.com/2006/01/20/biale-kwiaty-cyprian-kamil-norwid/#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 19 Jan 2006 23:20:34 +0000</pubDate>
		<dc:creator>bajkiopowiadania</dc:creator>
				<category><![CDATA[Nowele]]></category>
		<category><![CDATA[Opowiadania]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.bajkiopowiadania.com/opowiadania/biale-kwiaty-cyprian-kamil-norwid/</guid>
		<description><![CDATA[BIA?E &#8211; KWIATY Na pewno tego nie pami?tam, gdzie widzia?em p?askorze?b wyobra?aj?cy wychodz?cego z ?wi?tyni Zachariasza, a nie mog?cego otaczaj?cym mówi?, i? zaniemia? do czasu narodzenia si? Jana ?. Chrzciciela, syna jego; zdaje mi si?, ?e to we Florencji, na tych br?zowych bramach Chrzcielnicy ?. Jana, o których Micha? Anio? Buonarroti rzek? by?, i? oczekuj?cymi [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p class="MsoNormal"><strong><span style="font-family: Arial"> </span></strong></p>
<p class="MsoNormal">
<h1 align="center" style="text-align: center"><span style="font-size: 14pt; color: #99ccff">BIA?E &#8211; KWIATY</span></h1>
<p><img width="125" height="146" align="right" alt="bia?e kwiaty" src="http://www.parkigry.com/wp-content/biae_kwiaty.gif" /></p>
<p>Na pewno tego nie pami?tam, gdzie widzia?em p?askorze?b wyobra?aj?cy wychodz?cego z ?wi?tyni Zachariasza, a nie mog?cego otaczaj?cym mówi?, i? zaniemia? do czasu narodzenia si? Jana ?. Chrzciciela, syna jego; zdaje mi si?, ?e to we Florencji, na tych br?zowych bramach Chrzcielnicy<br />
?. Jana, o których Micha? Anio? Buonarroti rzek? by?, i? oczekuj?cymi raju na ziemi bramami s?, które przenie?? jeszcze, gdzie raj jest, zaniechano.</p>
<p>Za pewne jednak uwa?am, i? tak trudnej rzeczy, jak? jest <strong>rze?ba-chrze?cija?ska</strong>, to niew?tpliwie najpi?kniejszy mo?e przedmiot. Starzec niemy jest &#8211; cisza wielka woko?o &#8211; wszystkie osoby s?uchaj? i pytaj? razem, i od-powiadaj? razem&#8230; milcz?c&#8230;</p>
<p>Otó? &#8211; w jednej niesko?czenie wa?nej kwestii estetycznej pod obecne czasy, u nas i na ?wiecie, w kwestii, dlaczego (sumiennie rzecz bior?c) <strong>nie ma nigdzie prawdziwego dramatu</strong>, przyszed? mi na pami?? ze wzgl?du na sztuk?, mówi?, ów p?askorze?b florencki.</p>
<p>Kto si? nie zgorszy prostot? szczerej prawdy, ten zgadnie ?atwo bardzo, dlaczego w literaturze naszej <strong>dramatu by? nie mo?e</strong>&#8230; Ale dlaczego w ?adnej innej dzi? go nie ma?</p>
<p>Na to (doprawdy, ?e bawi mi?, i? ja jeden) ?miem odpowiedzie?, te <strong>kwiaty bia?e</strong> zapisuj?c, aby Francuz z czasem i inny obcy literat prze?o?y? sobie na j?zyk swój wiadomo??, sk?d ta u nich nieobecno?? <strong>prawdziwego-dramatu</strong> powsta?a.</p>
<p>U nas bowiem to z przyczyny niezmiernie prostej, czyli i? literatura nasza nie okre?li?a jeszcze ani jednego sko?czonego typu kobiety, a jako? bez kobiety dramat by? ma? Nawet sama <em>Maria</em> Malczewskiego to tylko krzyk jeden kobiety, która <strong>kochank?</strong> nie ?mia?a by? jeszcze, <strong>?on?</strong> nie mia?a i nie mog?a. Aldona jest to wie?a ?piewaj?ca &#8211; Gra?yna w he?mie swym zamkni?tym nic a nic ju? nie mówi nawet&#8230; Inne za? innych kobiety s? tylko przegrywkami w antraktach opery <strong>poza ich udzia?em</strong> dziej?cej si?.</p>
<p>Najja?niej przeto wida? przyczyn? estetyczn? nieobecno?ci pe?nego dramatu u nas, lubo najnieja?niej mistyczne i realne, to jest spo?eczne, wyj?tkowego zjawiska tego ?ród?o, i zupe?n? natur? jego, tak dalece, i? skrz?tnie bardzo skracam to.</p>
<p>Ale? &#8211; u dzisiejszych pisarzów innego narodu, gdzie ze wszech miar szeroko ka?dy romansista najmniej s?awny na wszelaki mo?ebny i niemo?ebny sposób <strong>przedmiot ten</strong> traktuje i uprawia!!!&#8230; czemu ? &#8211; mówi? &#8211; tam, serio uwa?aj?c, pe?nej dramy nie ma, tego, ile wiem, nikt dot?d niezbicie nie okaza?&#8230;</p>
<p>Ja te? nie dowiod? bynajmniej po akademicku, bo tu wcale nie my?l? o tym, tak dalece, i? wynikiem tylko jest prawie bezw?asnowolnym ta, o nieobecno?ci dramatu u cudzoziemców i przyczynie jej g?ównej uwaga. Powiem jednak pokrótce, dlaczego to jest tak, z powodu i? odpowied? na to krytyczne zapytanie pos?u?y mi do toku g?ównej rzeczy w tych kilku kartkach zawartej.</p>
<p><strong>Dramy prawdziwej</strong> nie mo?e by?, ilekro? si? zatraci poj?cie dramatyczne <strong>ciszy</strong> i poj?cia jej natur &#8211; czyli, <strong>ja?niej</strong> t?umacz?c, albo raczej szerzej t?umacz?c za?o?enie powy?sze: kiedy si? zatraci <em>basso</em> w muzyce, a kolor bia?y na palecie malarza, a pion w rysunku. Có? zupe?nego tak niezupe?ne ?rodki otrzyma? s? w stanie? Nadanie stanowczego kierunku i stopnia <strong>ciszy</strong> w dramatyzowaniu jest dla dzie?a tej natury tym, czym w obrocie planety niedotkliwa i niewidzialna planety <strong>o?</strong>.</p>
<p>Kto ma uszy ku wys?uchaniu prawdy, ten niech ca?o?? jej wys?ucha. Ja, ?e za wst?p jedynie u?y?em jej tu do prostego spisu kilku wra?e?, wspomn? tylko, dla korzysta? chc?cego innostronnie z wzmianki powy?szej czytelnika, i? nie wiem, który by dzi? autor, bez potkni?cia si? w ?mieszno??, potrafi? doci?gn?? tam a? dramy pochód, gdzie Calderon zamyka swój i wychodzi ju? sam na scen? mówi?c:</p>
<p>&#8220;Dalej &#8211; pisarz dramatu podnie?? si? nie b?d?c w stanie&#8230; sko?czy?.&#8221;</p>
<p>U Szyllera bezmowne zupe?nie chwile dramy mo?e najwy?szymi s? poetycznymi jego polotami. Zdaje si?, ?e to nie in?d, ale t?dy <strong>drama w rze?b? przechodzi</strong> &#8211; co zazwyczaj w ta?cu raczej poszukiwano, akrobatyzuj?c przeto monumentaln? rze?biarstwa powag?. Jaki? barbarzy?ski b??d tych systematyzuj?cych tak estetyków!&#8230;</p>
<p><span id="more-53"></span><br />
Gdzie? by <strong>Niobe</strong> podzia?a swoj? twarz, gdyby rze?biarstwo przez sam taniec z dram? o?enione by?o?&#8230;</p>
<p>Albo &#8211; zapytanie rubaszne i beztre?ciwe, nic nie opiewaj?ce jako my?l, zapytanie Hamleta patrz?cego, gdy aktor ?zy wylewa, zapytanie to : &#8220;&#8230; Co <strong>jemu do Hekuby</strong>?&#8230;&#8221; &#8211; by?o?by tak wysokie w prozie jego?&#8230;</p>
<p>*</p>
<p>Jako? &#8211; susz?c dopiero natury <strong>cicho?ci</strong> rozmaitych; przychodzi si? potem do us?yszenia dramy i g??boko?ci wyrazów bezmy?lnych, bezkolorowych, <strong>bia?ych</strong> (?e tak je nazw?), i to zda si? by? w?tkiem wszelkiego dramatyzowania prawdziwego.</p>
<p>T?dy id?c &#8211; doszed?bym jeszcze do daleko wa?niejszej rzeczy &#8211; to jest do <strong>mianownikowania filologicznego</strong>, i ?e to jedynie t? drog? kres swój znachodzi? mo?e, czego zas?u?ony i genialny Kami?ski nie wiedzia? jeszcze, acz my przez jego zas?ugi po?o?one w rozk?adaniu wyrazów dowiedzieli?my si? &#8211; ale by?oby to za wiele o tym pisa? &#8211; wspomn? tylko, ?e-? <strong>g??b</strong> wszelka jest to i <strong>k??b</strong>, i <strong>go??b</strong>, ale dalej&#8230; uciszam si? ju? jako Calderon w dramie swej&#8230; wiadomo jest wszelako, i? w tej pracy to, co jest filozoficznym jej kamieniem, to w?a?nie ?e ta znajomo?? <strong>kresu</strong>, <strong>do którego, rozk?adaj?c wyrazy, obja?nia si?, a od którego ju?, rozk?adaj?c je, zaciemnia si?</strong>, zamiast obja?nienia &#8211; i ten to kres mianownikiem ja zowi?.</p>
<p>Patetyczno?? nie pochodzi <em>pathos</em> (choroba). Patetyczno?? pochodzi od <em>pasho</em>&#8230;</p>
<p>Tylko <strong>zdrowe-cierpienia</strong> dramatycznymi zdaj? si? by?&#8230; choroba ma na polu wiedzy patologi? raczej, nie patetyczno??.</p>
<p>Ró?nice tu, na polu sztuki, s? takie mi?dzy powy?szymi okre?lnikami, jak na polu ?ycia np. mi?dzy historycznym a histerycznym fenomenem jakim&#8230;</p>
<p>. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .</p>
<p>Je?eli mówi? : <strong>cisze ró?ne, to i wyrazy one</strong> bia?e, bezmy?lne, nie opowiadaj?ce nic, a których kilka tu i owdzie s?ysza?em, albo których raczej ?wiadkiem by?em, bo od t?a, na którym miejsca swe znajdowa?y, nieod??cznymi s?.</p>
<p>To &#8211; pami?tam, ?e dawno, dawno &#8211; by?o to jeszcze w roku oko?o 1836, kiedy tak odmienne by?o ca?e t?o my?li w Europie, a <em>Dziady</em> pana Adama by?y mi pot??n?, <strong>jedyn? nut? my?li i uczu?</strong>, jak ka?demu&#8230; te czyta?em&#8230;</p>
<p>By?o to w dzie? najprozaiczniejszej barwy, ni suchy, ni d?d?ysty, o dobie oko?o po?udniowej i bardzo powszedni? barw? maj?cej, na zagrodzie ubogiej ojców moich, gdzie urodzi?em si? &#8211; na prostej, bezpoetycznej, obwodu stanis?awowskiego w Mazowszu, równej jak piaski ziemi. Szed?em wzd?u? alei, która sad owocowy od warzywnej ogrodu cz??ci przedziela?a &#8211; alei bynajmniej z drzew s?dziwych i sadu wcale szczup?ego &#8211; nie my?li?em o niczym w tak nijakim miejscu pod ka?dym wzgl?dem &#8211; gdy naraz dziewczyna, za alej? w ogrodzie warzywnym onym piel?c, g?osem bynajmniej pi?knym i nie doko?czonym tokiem urwanej pie?ni zanuci?a:</p>
<p>&#8230;a odjecha? od niej nudno,<br />
a przyjecha? do niej trudno!&#8230;</p>
<p>Stan??em jak wryty, my?l?c, ?e g?os do naczytania si? w dramacie pana Adama piosenki onej zastosowa?em w sobie s?uchem moim &#8211; ale po chwili znowu najwyra?niej te? s?owa tym g?o?niej mi? dosz?y:</p>
<p>&#8230;a odjecha? od niej nudno,<br />
a przyjecha? do niej trudno!&#8230;</p>
<p>&#8220;Prosta pie?? &#8211; rzek?em &#8211; ale dobr? my?l zawiera&#8230;&#8221; (wida? st?d tak?e, ?e Mickiewicz z pie?ni gminnej j? przybra?).</p>
<p>. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .</p>
<p>Niebieskiej uroczysto?ci cisze s? w Albano za Rzymem, nad jeziorem, które odbija w sobie <strong>Castel Gandolfo</strong> &#8211; tam, kiedy zadzwoni? na <em>Angelus</em>, a niebo jest chmurki nie?wiadome i jezioro nie?wiadome zmarszczki, laury wtedy wi?niowe nieporuszonymi i szerokimi li??mi swymi cie?, jak one cich?, rozrzucaj? po ?cie?ce kr?tej nad wod?, a przy skale, jak gzyms u gmachu staro?ytnego, uczepionej.</p>
<p>Po ?cie?ce tej pojecha?em by? raz o po?udniu ku <strong>Grotta Ferrata</strong> i powraca?em wieczór t?? sam? ?cie?k?, a jad?c na o?le, zw?aszcza w górach, pami?ta si? dobrze szczegó? wszelki na drodze spotkany. Dzwoniono na <em>Angelus</em>, kiedy zjawi? si? obok mnie wie?niak w?oski na o?le swoim i obadwa zdj?li?my kapelusze, po krótkiej modlitwie wraz przez to? uczestnictwo w rozmow? wprowadzeni.</p>
<p>Widz?c albowiem wie?niak ów, W?och, ?e katolik jestem, nie my?li?, abym by? obcym cz?owiekum, i mówi? pocz?li?my, jad?c spo?em, o tym i o owym &#8211; nawet o niedoperzach, które ju? ?wista? pocz??y nam wko?o kapeluszów, ?e mrok zapada?&#8230; Jako? pomn?, i? W?och ludowym opowiada? mi sposobem staro?ytn? bajk? greck? o Prometeuszu i Epimeteuszu, przet?umaczon? na ten sposób, i? Pan Bóg ptaszka stwarzaj?c b?ogos?awi? mu, a z?y duch, co? lepszego wymy?li? chc?c, da? ?ycie niedoperzowi&#8230; Takie to ró?ne rzeczy mówili?my, nogi maj?c wolno w strzemionach naszych i opu?ciwszy cugle niepotrzebne, gdy osio?ki po w?skiej jak miedza polska, skalistej wiszarze &#8211; pod spadzist? ska??, a nad jeziorem &#8211; próbowa?y uwa?nym kopytem ra?no zd??a?&#8230;</p>
<p>Naraz &#8211; osio?ki stanowczo wstrzyma?y si?, a my siedz?c na nich poczuli?my, ?e o zapor? uderzamy, lubo, dla mroku zupe?nego, dostrzec od razu trudno by?o, co zamurowa?o ?cie?k? w?sk?, tam jad?c tak dobrze ju? poznan?. By? to zaiste od?am ska?y, tak jak szeroka droga, na któr? si? ze szczytu góry stoczy?, wielki, zupe?nie wi?c zamykaj?cy przej?cie&#8230;</p>
<p>Kiedy przeto, siod?a opu?ciwszy, oprowadzali?my, jak mo?na by?o, os?y nasze, sami przez g?az prze?a??c.., rzek?em do towarzysza W?ocha: &#8220;&#8230;Przed kilkoma godzinami przeje?d?a?em t?dy cwa?em za dnia i pami?tam na pewno, i? tego g?azu nie by?o tu&#8230;&#8221; A on chwil? przemilcza? &#8211; potem, uchylaj?c nieco kapelusza (jak przy zagajeniu rozmowy naszej na <em>Angelus</em>), wpó? monologowym akcentem rzek?: &#8220;&#8230;Ten kamieni rodzaj nie upada, kiedy chrze?cijanie s? na drodze&#8230; ale&#8230; kiedy nikogo nie ma, to one si? tu staczaj? z wierzchu ska?&#8230; bywa?o&#8230;&#8221;</p>
<p>*</p>
<p><!--more--></p>
<p>Teatr i drama wspó?czesna, aby s?dzi? do ila, z tego punktu widzenia uwa?aj?c je, krytyki nie wytrzymuj? i umar?ymi s?, to trzeba i <strong>innej natury</strong> cisz? jak?, z teatru deskami zbli?on?, uczu? i dotkn?? jej.</p>
<p>Kiedy &#8211; o po?udniu, w?ród t?oku i gwaru, na wschodach do izby poselskiej wiod?cych ?mierci? Cezara upad? minister Rossi, a krew wst?g? krzyw? od szyi mu si? na ?cian? zatoczy?a, do odpasanej szarfy podobna&#8230; nadszed? po niewielu godzinach i on harmonijny wieczór w?oski, i ksi??yc za nim o chwili sobie w?a?ciwej wytoczy? si? na niebo, tylko ?e przes?oniony (pami?tam) chmur? w?sk?, jak kiedy prosty cz?ek r?kawem ociera czo?o swoje &#8211; albo oczy przys?ania&#8230;</p>
<p>Minister mia? by? zwyczaj w znanym k?cie lo?y, czerwonym aksamitem wybitej, jemu tylko nale?nej, w teatrze o spó?nionej godzinie siadywa?; a ktokolwiek ucz?szcza? na oper?, pami?ta? mimowolnie, ?e medalowej czysto?ci rysów profil, z wiadomej strony, od wchodu do sali, o pewnej godzinie nale?y mu si? widzie?. Nocy tej &#8211; takim, jako si? rzek?o, ksi??ycem o?wieconej &#8211; czemu grano <strong>po pierwszy raz</strong> na oper? przerobionego Macbetha&#8230; to kazuistyczne tylko dziejów teatru filiacje wyt?umaczy? by (nie najzupe?niej na pró?no) mo?e i potrafi?y.</p>
<p>Pami?tam &#8211; ?e przez ciche, bez pie?ni i mandoxlinów, i rozmów zazwyczaj ro?nych, ulice &#8211; mo?e i nie ja jeden dlatego si? uda?em <strong>do teatru</strong>, <strong>aby publiczno?? widzie?</strong>&#8230;</p>
<p>Chwila otworzenia kurtyny wedle codziennego programu gdy nadesz?a, znaczna liczba widzów w przysionku teatru nie najja?niej o?wieconym i po kawiarniach bliskich, <strong>gdzie nikt dziennika ze sto?u nie podejmowa?</strong>, nieporz?dnie przechadza?a si?&#8230; Po niejakim czasie wesz?a garstka, a po?owa jej wysz?a i wesz?a znów &#8211; muzyka rozpocz??a uwertur?&#8230; W wy?szych lo?ach, tu, owdzie, par? osób niestrojnych albo niespodziewanie strojnych dam par? pokaza?o si?. Niektórzy wychylali si? i ogl?dali naoko?o, jakoby afektuj?c, i? widzie? chc? oblicze i liczb? publiczno?ci; nareszcie za rozwini?ciem opery sformowa?a si? pewna ca?o?? go?ci u?ywaj?cych teatru z nawyknienia, jak gdy o pewnej dobie higienicznie kto nawyk? w wiadomym kierunku bez celu przechadza? si?&#8230;</p>
<p>W miar? jednak jak opera przez tre?? sw? w dram? i tragedi? przechodzi? z czasem zaczyna?a, pusta lo?a ministra Rossi, nie o?wiecona jako inne (i? familijna by?a), ciemnopurpurowe, aksamitne wn?trze swoje ku ?wiat?u, jak wielka rana, odmykaj?c, uprzedzi?a wra?eniem magiczn? on? Shakespeare&#8217;owskiej tragedii chwil?, kiedy cie? zasztyletowanego Banka na pustym krze?le przy uczcie teatralnej zasiada? ma&#8230;</p>
<p>I pocz??o si? gra? pomi?dzy publiczno?ci? a scen? to, co Shakespeare w <em>Hamlecie</em> obmy?li? by?, aby zagra? tragedi? na dworze, scen? na scenie daj?c&#8230; i kto wtedy publiczno?? a scen? widzie? tam przyszed? by?, to w czasie, kiedy aktor Banka cie? przedstawiaj?cy wynika z trapy swej, ran? czerwon? pokazuj?c, znajdowa? si? sam pomi?dzy teatru pe?ni? a pustk? lo?y ministra, jako Hamlet u nóg Ofelii&#8230; i nie dowierza? sobie sam, ?e widzem przytomnym jest, albo: i tu, i tam Shakespeare&#8217;a tylko aktorów graj?cych widz?c, baczy?, azali sam jeden Shakespeare chyba widzem prywatnym gdzie nie stoi&#8230;</p>
<p>. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .</p>
<p>Takich to cisz akordy straszne s? sam? g??boko?ci? s?dnych kombinacji swych, przytoczy?em za? on powy?szy zarys na to, aby <em>Bia?e kwiaty</em> stosowny sobie mia?y cie?, <strong>lubo nic tu si? nie pisze, co by nie by?o uszczkni?te, ?e tak powiem, z niw natury rzeczy</strong>, i je?eli zmniejsza jest cokolwiek nieobecno?? stylu, jak? u?y?em w <em>Czarnych kwiatach</em>, to o tyle tylko, o ile jest wcale niemo?ebnym unikn?? sztuki, owszem, o ile ta w tej sferze sprawuje prawd? przedstawienia.</p>
<p>B?ogos?awiony i szcz??liwy pisarz, który prawdziwej patetyczno?ci bezbarwne s?owa zna i strze?e &#8211; <strong>pisarz i cz?owiek ka?dy</strong>! &#8211; lubo cz?sto te nieledwo wcale od nas zale?e? nie zdaj? si?.</p>
<p>A s? tym pi?kniejsze, z tego je stanowiska ceni?c, im mniej jako idea i my?l zawieraj?ce w sobie &#8211; im nijaksze&#8230;</p>
<p>Cz?sto: ?e je okre?la? trudno, zapominane s? i ma?o baczone&#8230; zaiste -nie kryj?, i? uprzytomnianie ich sztuk? pisania bacznej bardzo pilno?ci wymaga&#8230;</p>
<p>Mniemam wszak?e, ?e by?oby zarówno pi?knie jak, <strong>zdaje mi si?, koniecznie prawie</strong>, aby sztuka polska, pod tym wzgl?dem pierwsz? si? w europejskiej dzisiejszej literaturze jawi?c, s?upy swe ?elazne zakopywa?a stanowczo i wyra?nie. Nowego budynku estetyki niebezpieczna jest systematami, najbezpieczniejsza prostotliw? parabol?, z ?ycia bezstronnie przyj?t?, uczuciem utwierdza?&#8230; A za? <strong>?wiadomo??</strong> <strong>paraboli</strong> sama przez si? coraz dalsze poka?e kresy, braki, dobytki&#8230;</p>
<p>Pami?tam kilka s?ów zasz?ych mi w drog? tu i owdzie, które najdobitniej oprzytomnie? mog? ogólny zarys moralny i estetyczny tych notatek. A przytacza si? je (jako ka?dy dobrej woli czytelnik zauwa?y? potrafi) z wdzi?czno?ci? nawet, i? za wskazówk? poszukiwa? prawd estetycznych pos?u?y?y. ?adnej my?li nie okre?laj?ce s?owa powiedzia? mi raz jeden z najpowa?niejszych obywateli w Europie, kiedy w onych niedawnych, ?unami rewolucji ?wietnych latach przyby?em z Rzymu do Pary?a.</p>
<p>Starzec ów znakomity, pogodnie rozmow? zagaiwszy, pyta? mi? o Rzym staro?ytny: ile? &#8211; gdzie? &#8211; jako? odkopywanie staro?ytno?ci post?pi?o&#8230; Odpowiada?em by? jako osobie dotykalnie rzecz znaj?cej i jako si? mówi z kim?, co w rozmowy celu niknie przez to, i? przedmiot szczerze zna.</p>
<p>?e taka: rozmowa w sobie samej ?ywot ma,, wypad?o mi najpro?ciej dla porównania post?pu prac zapyta?: &#8220;<strong>A kiedy? ksi??? jegomo?? ono Forum-Romanom widzia?e?</strong>?.. Odpowied? by?a najpro?ciejsza, któr? jednak w notatki s?ów onych powy?ej okre?lonych zamie?ci?em &#8211; odpowiedzia? mi by? ksi???: &#8220;<strong>To by?o w przesz?ym stuleciu</strong>.&#8221;</p>
<p>Trzeba by? zaiste wywik?anym z fa?szów estetyki schorza?ej formu?ek, aby ?mie? wytyka? i poszukiwa? dróg odbudowania szko?y nowej w <strong>sztuce</strong> czy to w <strong>literaturze-sztuce</strong>, wszelako, coraz bli?ej (?miem to zapowiada?) zobaczycie ju? w Europie kierunki te na jaw wychodz?ce; trzeba wi?c, aby m?oda szko?a polska baczn? by?a.</p>
<p>A inne znowu s?owa, w Londynie np. które przytrafi?y mi si?, da?y mi to dostrzec, jak jest ?atwo podda? si? formu?kom czczym bezpatetycznej dramy.</p>
<p>Artysta, te? i ludowego pierwiastku czciciel, mieszka?em tam w najubo?szym prawie domku najubo?szej miasta cz??ci.</p>
<p>Wieczorem raz, przy ?wietle sam zostaj?c, nie uwa?a?em, i? kto? wszed?, zw?aszcza i? angielski klimat wilgoci? sw? przyg?uchni?cie moje chwilowe zwi?kszy?&#8230; M?? postaci zacnej (i rycerskiej nawet twardo?ci? rysów swych) sta? przede mn?, lask? grub? trzymaj?c &#8211; wsta?em i przywita?em. &#8220;<strong>Nie wiem</strong> &#8211; rzek? go?? &#8211; <strong>jak si? odezwa? mam : obywatelu, ziomku, rodaku czy panie</strong>.&#8221; Dekoracje tej sceny by?y wi?cej ni? zaniedbane, a ja mniej starannie od go?cia os?oni?ty.</p>
<p>&#8220;Prosz? usi???&#8221; &#8211; odrzek?em. &#8220;Nie! &#8211; na to przychodzie? &#8211; pierwej niech wiem odpowied?&#8230;&#8221; &#8220;Otó? &#8211; rzek?em &#8211; widzi pan, mo?na powiedzie? <strong>panie</strong> i powiedzie? <strong>bracie</strong>, powiedzie? <strong>bracie</strong> i rzec przez to <strong>panie</strong>, i wszystko w tym (wedle estetyki polskiej) zale?y od tego, jako si? powiada albo s?yszy ? a k&#8217;temu, <strong>aby widziano, dotykano i s?yszano s?usznie, to? s? sztuki pi?kne odpowiadaj?ce wzrokowi, dotykaniu, s?uchowi</strong>&#8230; tych sprawiedliwe uprawianie czyni . . . . . . . . a muzyka ju? u nas przecie kwitnie&#8230;&#8221;</p>
<p>Tak oto co? pocz??em mówi? &#8211; gdy przychodzie? pi?knym m?skim g?osem rzecze: &#8220;To najlepiej: <strong>rodaku</strong>!&#8221; &#8211; ale przycisk taki by? na literze pierwszej, i? w g?uchocie mej dalsze mi znikn??y, ?wiat?o przy tym md?e i postawa, i laska gruba uczyni?y razem, i? zda?o mi si? nie <strong>rodaku</strong>, ale <strong>rrrobaku</strong>! us?ysze?.</p>
<p>?e bez ?miechu to notuj?, jako potrzebny odcie? w zarysie tym, prosz? równie? tak przyj??; <strong>nie celem mi tu ?miech, ani ?rodkiem nawet</strong>. Innych, pewniejszych ?rodków bliskie jest to pisemko z siebie samego. Bia?y-? i to kwiat!&#8230; bo zarysem jego by?o serio i drama, ale widno do ila w?asnego tu wyrobu estetycznego i poj?cia patetyczno?ci w?asnej zbywa! Mo?e w innych poszukiwaniach innych dróg na innych polach pos?u?? i ja komu za obja?niaj?ce ?mieszno?ci? sw? ?wiate?ko&#8230; wszyscy s?u?ymy&#8230; estetyka zaiste ?e narodowa polega na tym&#8230;</p>
<p>. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .</p>
<p>Kto by my?li?, ?e poszukiwania ?wiadome nowych estetyki zdobytków by?oby na polu szerszym, po francusku na przyk?ad, stosowniej wypowiedzie?, myli si?. Swobodnie tu jest i przyst?pne wszystko w tym wielkim i zacnym narodzie, dla którego szacunek mam ?wiadomy siebie, ale&#8230; mo?e by trzeba w?adz? pierw mie? albo systemat s?awny na to, a obie te rzeczy wprost przeciwne s? celom takowej i mojej pracy.</p>
<p>Mistrze za? wielcy w sztuce, cho? to i us?ysz?, i zrozumiej?, <strong>cierpie? b?d?, ?e nic k&#8217;temu nie uczynili, a nie uczyni? nic</strong>!.., czekaj?c zawsze, a? ucze? mistrza, a pokolenie zakasuje pokolenie, sk?d <strong>ci?gu</strong> nie ma i mie? nie mo?e tak rozwijana sztuka. <strong>Konkurencja na polu post?powi</strong> jedynie dost?pnym jest najprostszym <em>absurdum</em>, a <strong>emulacj?</strong> zabije zawsze <strong>konkurencja</strong> i energi? twórcz? wyniszczy.</p>
<p>Lubo &#8211; nie ma co si? tam przecie ?ciga?, gdzie dróg jest niesko?czona liczba &#8211; to tylko, jak si? jedn? drog? widzi, ?ciga? si? mo?e jest koniecznym, i to jeszcze: mo?e!&#8230; Przy tym <strong>nie?wiadomo?? warto?ci elementów komiki i satyry</strong> wyniszczy tu zawsze siew tej niwy&#8230;</p>
<p>. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Ciszy</strong> w najkolosalniejszym s?owa tego tonie nie dozna?em nigdzie jeszcze wy?szej nad cisz? o jednej nocy, acz zimowej, na Oceanie&#8230; ?e s?ów na to nie ma, mimo i? twarda to i prawie g?odna podró? dwumiesi?czna przesz?o by?a i uprozaicznia?a dobrze&#8230; pomn?, i? obejrzawszy si? wko?o ani modli? si? nawet s?ów nie mia?em &#8211; i <strong>zap?aka?em tylko</strong>&#8230; <strong>?e mo?e by? tak wielka cicho??</strong>&#8230; a przecie? tyle mórz pierw innych zna?em&#8230;</p>
<p>Izraelicie, towarzyszowi podró?y, którego raz w ?yciu napotka?em, i to na okr?cie, patetyczne rzeczywi?cie winienem tak?e s?owo. By? to m?odzieniec ?wiat?y, w filologii i filozofii. tak?e niemieckiej bieg?y, histori? te? zna? i o sztuce mia? wyobra?enie &#8211; umia? on i po polsku par? wyrazów, bo, acz za granic? wzrós?, pami?ta?, ?e dzieci?ciem w Polsce by?; jak to mówi si? czasem u nas szlachty: by? to <strong>?ydziak</strong>.</p>
<p>Jedli?my nieraz razem z jednego naczynia ry? gotowany, zw?aszcza kiedy trudno by?o gotowa?, z powodu i? burze kuchni? rozbija?y, a <strong>fale wy?sze masztów</strong> przechodniem na statku pomiata?y. Bo to by?a te? niebezpieczna ?egluga : dwa okr?ty wspó?p?yn?ce rozbi?y si?, j eden <strong>rozbity</strong> widzieli?my na w?asne oczy.</p>
<p>Wiele razy na zwojach sznurów z Izraelit? owyn ca?e noce rozmawiali?my po francusku o polityce, historii, filozofii, estetyce, o Religii Chrystusa Pana, i o Talmudzie, i o Moj?eszowym prawie, i o nie wiem ju? czym. Gdy nadesz?a niedziela (jedna z tylu <strong>niedziel</strong>!), ?e, ubieraj?c si? w kajucie, przymkn??em nieco drzwi, patrz?, a? r?ka si? przez szpar? z niedomkni?cia drzwi wynik?? wsuwa, podaj?c mi <strong>ró?ow? flaszk? olejku do w?osów i bielizn? ?wie??</strong>: rzeczy, domy?li? si? ?atwo, jak kosztowne i rzadkie tam, gdzie ju? wod? bardzo oszcz?dnie rozdawano, i przy broni nabitej, aby ludzie si? o wod? nie pobili&#8230; Izraelita wszak?e, przynosz?c mi te rzeczy, wiedzia? z innych niedziel, po samej ksi??ce do nabo?e?stwa spotykanej u mnie, i? dzie? ten wyró?nia? zwyk?em. Otó? mówi?em z nim wiele, wiele ró?nych rzeczy&#8230;</p>
<p>Jednego razu, wpod?u? statku miotanego ogromnymi falami chodz?c, ?e spodziewano si? znaczniejszej burzy w nocy, ruch by? wielki i krzyki rozkazów szczególniejsze ni? dot?d&#8230; a ?e chodz?c tak przed on? oczekiwan? burz? mówili?my ?wawo co? o Bo?ocz?owiecze?stwie Chrystusa Pana naszego, interlokutor znój przymilk? jako? na chwil?, i ja za nim; potem, wskazuj?c mi na fale, rzek?: &#8220;A wi?c wierzysz i w to, ?e Mesjasz chodzi? po falach jak po ziemi?&#8230;&#8221;</p>
<p>&#8220;Wierz?&#8221; &#8211; odpowiedzia?em&#8230;</p>
<p>. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .</p>
<p>Po niejakim przestanku obustronnym, widz?c, i? mój interlokutor izraelskiego jest wyznania, a ?wiat?y cz?ek, doda?em:</p>
<p>&#8220;Przypominasz sobie zapewne moment i okoliczno??, w których Pan przez morze szed? (bo? czytujesz Ewangeli? ze mn? razem, kiedy mi hebrajskie czytanie na t?umaczeniu Nowego Testamentu w wolnych chwilach pokazujesz), by? to wi?c moment, kiedy ju? rzesze ca?e w najwy?szym stopniu zacz??y si? za Chrystusem Panem porywa? w <strong>zapale t?umnym</strong> &#8211; lada chwila królem ju? ziemskim móg? by? okrzykni?ty&#8230; otó? uchadza? w ten czas drogami najmniej od rzeszy znanymi&#8230; w takim to po?o?eniu raz przez powierzchni? morza szed?&#8230; akt by? logicznie naturalny, wynik? z rzeczy samej, je?eli, jako widzisz, na <strong>male?kiej ziemi</strong> syryjskiej zostawszy Panem, to wystarczy?o ju?, aby panem oto by? <strong>wszechziem</strong> &#8211; tam wi?c, gdzie owa ziemia male?ka, ko?czy?a si? te? i ca?a ziemia z l?dami swymi, a zaczyna?o si? morze&#8230; Powiesz mi (lubo filozof jeste?): ?A czemu to tak nie pójdziesz, bracie, aby pokaza? mi, ?e tak jest?? &#8211; <strong>Zmierz-?e pierwej proporcj? moj? do Pana mego, tudzie? uwa?, azali on, aby pokaza? to, czyni? t? spraw?, czy nie raczej, aby ukry? dostojno?? sw?</strong>&#8230;&#8221;</p>
<p>&#8220;<strong>To jedno ci powiem</strong> &#8211; (mile tu wspominany, a raz spotkany) Izraelita rzecze mi &#8211; <strong>?e ju?ci Chrystus wasz by? to mo?e najidealniejszy cz?owiek</strong>&#8230;&#8221;</p>
<p>. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .</p>
<p>Ksi??? pewny, z zacnego a wielmo?nie historycznego szczepu (bo hetmanów rycerskich mi?dzy swymi dziady maj?cy), by? te? od niejakiego czasu w Ameryce, <strong>obywatelem Rzeczypospolitej zostawszy</strong>, i na pi?knym przedmie?ciu miasta New-York, które to przedmie?cie zowie si? Brooklyn, zamieszkiwa?. Wiele mu winienem chwil przyjemnych i przyjacielskich us?ug, a us?ugi mówi? dlatego, bo jest rzadkiej uprzejmo?ci serca cz?owiek.</p>
<p>Kiedy wielkim smutkiem dotkni?ty po onym wybrze?u przechadza? si? raz ze mn?, a s?o?ce w?a?nie ku zachodowi mia?o si?, chmur? mocnymi promieniami przeszyt? os?oni?te, wida? by?o opodal <strong>wzgórze ma?e</strong>, zielonym wówczas poros?e ?ytem, w k?osach w?a?nie b?d?cym &#8211; dalej szeroka rzeka srebrzy?a si? pod s?o?ca jasno?ci?, <strong>fortecy ma?ej mury na brzegu jej i okr?tu tu? resztka czerni?y si?</strong>&#8230;</p>
<p>Nie pami?tam, o czym mówili?my&#8230; ale mówi?c rzeczy rozmaite pami?tali?my, doko?a spozieraj?c, ?e okr?t ten zachowa?a do dzi? Ameryka na pami?tk? m??a, co na nim przyp?yn?? z Europy&#8230;</p>
<p>Wzgórze zielone i forteczka pami?tkami s? narodowymi, k?dy m?? ów Anglików zbi?, a cofaj?cych si? ?o?nierzy swych utrzyma? tam nieraz odwag? osobist?&#8230; I pami?tali?my jeszcze, ?e towarzysz przechadzki mej, z powa?nie historycznego a ksi???cego rodu pochodz?c, liczy? pomi?dzy ?e?skimi przodki swymi w?a?nie ?e onego ws?awionego w Ameryce polskiego bohatyra najukocha?szego ulubion?&#8230;</p>
<p>Bohater ów &#8211; ?acno jest wiedzie?, ?e Ko?ciuszko, a za? [ksi??? Marceli Lubomirski, powinowaty] ulubionej wielkiego wygna?ca tego (przez ród jej niegdy? wzgardzonego)&#8230; by? w?a?nie ze mn? tam wygna?cem i zamieszka?ym nieledwie ?e na pobojowisku, które s?aw? Ko?ciuszce zjedna?o!</p>
<p><strong>Ksi??? obywatel Rzeczypospolitej Ameryka?skiej przyjmowa? rado?nie to wet za wet po wieku</strong>&#8230;</p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal"><span style="font-family: Arial"> </span></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.bajkiopowiadania.com/2006/01/20/biale-kwiaty-cyprian-kamil-norwid/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Czarne Kwiaty &#8211; Cyprian Kamil Norwid</title>
		<link>http://www.bajkiopowiadania.com/2006/01/19/czarne-kwiaty-cyprian-kamil-norwid/</link>
		<comments>http://www.bajkiopowiadania.com/2006/01/19/czarne-kwiaty-cyprian-kamil-norwid/#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 19 Jan 2006 22:02:40 +0000</pubDate>
		<dc:creator>bajkiopowiadania</dc:creator>
				<category><![CDATA[Opowiadania]]></category>
		<category><![CDATA[Proza]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.bajkiopowiadania.com/opowiadania/czarne-kwiaty-cyprian-kamil-norwid/</guid>
		<description><![CDATA[CZARNE KWIATY &#8230;Mo?na by ciekawe w tym wzgl?dzie rzeczy tu zapisa?, ale zaraz wstr?t cofa pióro i przychodzi na my?l zapytanie: &#8220;czy warto!&#8230;&#8221; Przy poj?ciach albowiem wspó?czesnych o czytelnictwie i o twórczo?ci pi?miennej zatracone jest prawie uczucie, kiedy pisarz stara si? unikn?? stylu przez uszanowanie dla rzeczy opisywanej a z siebie samej zupe?nej i zajmuj?cej, [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p align="center"><strong> CZARNE KWIATY</strong></p>
<p align="center"><img width="408" height="48" alt="linia_1" src="http://www.parkigry.com/wp-content/linia11.gif" /></p>
<p>&#8230;Mo?na by ciekawe w tym wzgl?dzie rzeczy tu zapisa?, ale zaraz wstr?t cofa pióro i przychodzi na my?l zapytanie: &#8220;czy warto!&#8230;&#8221; Przy poj?ciach albowiem wspó?czesnych o czytelnictwie i o twórczo?ci pi?miennej zatracone jest prawie uczucie, kiedy pisarz stara si? unikn?? stylu przez uszanowanie dla rzeczy opisywanej a z siebie samej zupe?nej i zajmuj?cej, kiedy za?, przeciwnie, nie dopracowawszy formy, styl zaniedbuje&#8230; Kiedy chodzi po ziemi, okazuj?c, jak nisko zst?pi? potrafi?? &#8211; kiedy za? równie? nisko st?pa, przeto i? wznie?? si? wy?ej nie móg?? Te rozró?nia? odcienia, tak dla pewnych osób jednoznacz?ce, rzadki bardzo czytelnik dzi? potrafi, i dlatego niebezpiecznie jest w jak?kolwiek now? drog? na cal jeden post?pi?, i dlatego najbezpieczniej jest w kó?ko jedne i te? same motywa i formy proporcjonowa? tylko, nic nie wznowiwszy ani dodawszy, ani na uic si? nie odwa?ywszy.</p>
<p>S? wszelako w ksi?dze ?ywota i wiedzy ust?py takie, dla których formu? stylu nie ma, i to w?a?nie sztuka jest niema?a odda? je i zbli?y? takimi, jakimi s?. Maj?? one pozosta? zamkni?tymi osobistymi nabytkami przez obaw? rubasznego krytyka, przywyk?ego do dwóch tylko formu? na wszelki p?ód wyci?tych, jako obowi?zuj?ce malarzy pokojowych wyci?te patrony&#8230;</p>
<p>Pierwsz? z tych formu? jest jaki? ksi??kowy klasycyzm, o którym Grek Peryklejski ani Rzymianin za Caesara czasów bynajmniej nie wiedzia?; drug? &#8211; pewne formu?y czasowe dziennikarskie, to jest proste techniczne wypadki z rozwini?cia druku samego powsta?e. Jedna z tych ram wszystko obj?? jest w stanie mniej ??czno?ci? pomi?dzy ksi??k? a ?ywotem, druga &#8211; wszystko mniej istot? ?róde?, z których ono wszystko p?ynie.</p>
<p>St?d to: niezawodnie snadniej dzi? upowszechni si? udany pami?tnik ?redniowieczny, ni? fakt spó?czesny, sumienie obowi?zuj?cy, nale?ny mu wp?yw wywrze i nale?n? zachowa powag?. Jako? &#8211; czytelnicy podobni s? w tym do osoby oddalonej od przyjaciela swego, a maj?cej wizerunek jego na pami?tk?, która, gdy on przyjaciel z drogi wraca: &#8220;Nie przeszkadzaj?e mi&#8221;, rzecze jemu, &#8220;bowiem oto godzina jest, w której na portret patrze? zwyk?am, listy w?a?nie ?e pisa? maj?c&#8221;.</p>
<p><span id="more-42"></span></p>
<p>&#8230;To &#8211; pami?tam, jednego razu w Rzymie z katakomb powraca?em, gdzie cz?sto patrze? lubi?em na pozosta?e freski pierwo-chrze?cija?skie &#8211; rzecz, o której tu napoczyna? nie chc?, bo to by?aby historia bardzo d?uga, o ka?dym znaku i o ka?dej linii w tych rysunkach u?ywanej &#8211; ale tyle tylko oto wspomn?, i? to ogromne podziemne miasto z napisami i rysunkami swymi okaza?o mi, jako przez ca?e akta dramatu tego seraficznie-krwawego nie by?a prawie jedna kropelka krwi wylana bez uszanowania jej i omodlenia braterskiego wspó?wyznawców. Te szk?a, dzi? b??kitno-krzemiennej barwy, które jako ampu?ki rozbite (albo i ca?e) w katakombowych sarkofagach, do pó?ek biblioteki podobnych, tu i owdzie le??, b?ogie robi? wra?enie, ?wiadcz?c, jako zbierano rozpry?ni?t? po ?cianach katowni i schodach gmachów publicznych krew m?cze?sk?. Tak j? szafowano szeroko i wspaniale, jako owczarni krew bogaty pan szafowa? mo?e &#8211; a tak sk?pi jej byli!!</p>
<p>&#8230;To oko?o tego czasu spotka?em by? zst?puj?cego ze Schodów Hiszpa?skich, pochylonego jako starca i kijem pomagaj?cego chodowi swemu Stefana Witwickiego: ?liczna, m?odo?ci jakiej? wiecznej pe?na twarz jego i w?osy, jak z hebanu mistrzowsko wyrzezane ornamentacje, w grubych partiach na ramiona sp?ywaj?ce, szczególniej wygl?da?y przy tym sposobie wleczenia si? o kiju, bardzo zgrzybia?ym starcom jedynie w?a?ciwym. Nied?ugo potem odwiedzi?em go by? w mieszkaniu jego, ale ju? to zasz?o przed ?mierci? jego na jaki tydzie?. Le?a? ubrany jak zwykle na kanapie, m?czy?o go mówienie, spogl?da? tym samym wzrokiem, niezwyk?? zawsze jasno?? i zarazem kropl? ?zy maj?cym w sobie &#8211; tudzie? podnosi? si? niekiedy, podaj?c r?k? komu, aby go przeprowadzi? po pokoju. Tak to spojrzawszy ku mnie, wchodz?cemu do?, przywita? mi?, a wyci?gn?wszy r?k? posun?? mi po ziemi le??c? przy kanapie pomara?cz?, któr? (?e zwyczaj mia? mnie i Gabrielowi Ro?nieckiemu [Mowa jest o Gabrielu Ró?nieckim, muzyku.], jak mu si? co w pracach naszych podoba?o, przynosi? cygara i fraszki jakie) uprzejmie przyj??em i podnios?em. Gabriel w?a?nie ?e by? tam, bo on do ostatniej chwili ca?e noce przy ?.p. Stefanie, ju? zupe?nie zdefigurowanym osp?, siadywa?, us?ugi wszelkie mu oddaj?c. Otó? Stefan Witwicki da? zrozumie? Gabrielowi, ?e chce z kanapy wsta?, a ten mu r?k? poda? i zacz?li wko?o pokoju powoli obchodzi?&#8230; Tak to wlok?c si?, po pierwszy raz Witwicki wpad? w lekki, bardzo b?ogi, ale widzialny ob??d &#8211; i zacz?? tu i owdzie wskazywa? r?k? i zatrzymywa? si?: -</p>
<p>&#8230;A to (mówi?) co to za kwiat jest?&#8230; ten kwiat, prosz? ci? (a nie by?o kwiatów w mieszkaniu), jak to si? nazywa ten kwiat u nas?&#8230; to tego pe?no jest w Polsce&#8230; i te kwiaty&#8230; i tamte tak?e kwiaty&#8230; to jako? u nas zwyczajnie nazywaj?&#8230;</p>
<p>Potem &#8211; ju? odwiedza?em Witwickiego, kiedy le?a? zdefigurowany panuj?c? podbwezas osp? i ju? nic nie móg? mówi?. Niewiele przed ?mierci? Witwickiego umar? jenera? Klicki, ca?e dnie i noce otaczany nieledwie zbiorem wszystkich Polek i Polaków podówczas tam bawi?cych, co wspomnienie zostawia równo szacowne i rzadkie.</p>
<p>Ile razy przypominam sobie ostatnie rozmowy z osobami, co ju? w niewidzialny ?wiat odesz?y, zmar?szy tu, tyle razy nie wiem, jak pomin?? to, co ze zbioru razem wspomnie? tych samo czasem zdaje si? okre?la?, i dlatego w?a?nie w daguerotyp raczej pióro zamieniam, aby wierno?ci nie uchybi? &#8211; inaczej przysz?oby mi bowiem zacytowa? s?owa jedyne Voltaire&#8217;a, jakie kiedykolwiek na my?l mi przychodz? lub przychodzi?y z autora tego, a te s?:</p>
<p>Je tremble!&#8230; car ce que je vais dire</p>
<p>Ressemble a un systeme.</p>
<p>(Voltaire)</p>
<p>Mo?e te? to najfilozoficzniejszy filozofa tego apoftegmat.</p>
<p>To &#8211; pó?niej &#8211; pó?niej &#8211; w Pary?u Fryderyk Chopin mieszka? przy ulicy Chaillot, co, od Pól Elizejskich w gór? id?c, w lewym rz?dzie domów, na pierwszym pi?trze, mieszkania ma z oknami na ogrody i Panteonu kupol?, i ca?y Pary?&#8230; jedyny punkt, z którego napotykaj? si? widoki cokolwiek zbli?one do tych, które w Rzymie napotykasz. Takie te? i Chopin mia? mieszkanie z widokiem takim, którego to mieszkania g?ówn? cz??ci? by? salon wielki o dwóch oknach, gdzie nie?miertelny fortepian jego sta?, a fortepian bynajmniej wykwintny &#8211; do szafy lub komody podobny, ?wietnie ozdobiony jak fortepiany modne &#8211; ale owszem trójk?tny, d?ugi, na nogach trzech, jakiego, zdaje mi si?, ju? ma?o kto w ozdobnym u?ywa mieszkaniu. W tym salonie jada? te? Chopin o godzinie pi?tej, a potem zst?powa?, jak móg?, po schodach i do Bulo?skiego Lasku je?dzi?, sk?d wróciwszy, wnoszono go po schodach, i? w gór? sam i?? nie móg?.</p>
<p>Tak jada?em z nim i wyje?d?a?em po wielekro?, i raz do Bohdana Zaleskiego, który w Passy mieszka? wtedy, po drodze wst?pili?my, nie wchodz?c do? na gór? do mieszkania, bo nie by?o komu Chopina wnie??, ale pozostaj?c w ogródku przed domem, gdzie male?ki jeszcze wówczas poety synek na trawniku si? bawi?&#8230; Od zdarzenia tego ubieg?o wiele czasu, a ja nie zachodzi?em do Chopina, wiedz?c tylko zawsze, jak si? ma i ?e siostra jego z Polski przyby?a. Nareszcie zaszed?em razu jednego i odwiedzi? go chcia?em &#8211; s?u??ca Francuzka powiada mi: ?e ?pi; uciszy?em kroku, karteczk? zostawi?em i wyszed?em.</p>
<p><!--more--></p>
<p>Ledwo par? zst?pi?em schodów, s?u??ca powraca za mn?, mówi?c: i? Chopin, dowiedziawszy si?, kto by?, prosi mi? &#8211; ?e jednym s?owem nie spa?, ale przyjmowa? nie chce. Wszed?em wi?c do pokoju obok salonu b?d?cego, gdzie sypia? Chopin, bardzo wdzi?czny, i? widzie? mi? chcia?, i zasta?em go ubranego, ale do pó? le??cego w ?ó?ku, z nabrzmia?ymi nogami, co, ?e w po?czochy i trzewiki ubrane by?y, od razu pozna? mo?na by?o. Siostra artysty siedzia?a przy nim, dziwnie z profilu do? podobna&#8230; On, w cieniu g??bokiego ?ó?ka z firankami, na poduszkach oparty i okr?cony szalem, pi?kny by? bardzo, tak jak zawsze, w najpowszedniejszego ?ycia poruszeniach maj?c co? sko?czonego, co? monumentalnie zarysowanego&#8230; co?, co albo arystokracja ate?ska za religi? sobie uwa?a? mog?a by?a w najpi?kniejszej epoce cywilizacji greckiej &#8211; albo to, co genialny artysta dramatyczny wygrywa np. na klasycznych tragediach francuskich, które lubo nic s? do staro?ytnego ?wiata przez ich teoretyczn? og?ad? niepodobne, geniusz wszelako takiej np. Racheli umie je unaturalni?, uprawdopodobni? i rzeczywi?cie uklasyczni?&#8230; Tak? to naturalnie apoteotyczn? sko?czono?? gestów mia? Chopin, jakkolwiek i kiedykolwiek go zasta?em&#8230;</p>
<p>Owó? &#8211; przerywanym g?osem, dla kaszlu i dawienia, wyrzuca? mi pocz??, ?e tak dawno go nie widzia?em &#8211; potem ?artowa? co? i prze?ladowa? mi? chcia? najniewinniej o mistyczne kierunki, co, ?e mu przyjemno?? robi?o, dozwala?em &#8211; potem z siostr? jego mówi?em &#8211; potem by?y przerwy kaszlu, potem moment nadszed?, ?e nale?a?o go spokojnym zostawi?, wi?c ?egna?em go, a on, ?cisn?wszy mi? za r?k?, odrzuci? sobie w?osy z czo?a i rzek?: &#8220;&#8230;Wynosz? si?!&#8230;&#8221;- i pocz?? kas?a?, co ja, jako mówi?, us?yszawszy, a wiedz?c, i? nerwom jego dobrze si? robi?o silnie co? czasem przecz?c, u?y?em onego sztucznego tonu i ca?uj?c go w rami? rzek?em, jak si? mówi do osoby silnej i m?stwo maj?cej: &#8220;&#8230;Wynosisz si? tak co rok&#8230; a przecie?, chwa?a Bogu, ogl?damy ci? przy ?yciu.&#8221; A Chopin na to, ko?cz?c przerwane mu kaszlem s?owa, rzek?: &#8220;Mówi? ci, ?e wynosz? si? z mieszkania tego na plac Vendôme&#8230;&#8221; To by?a moja ostatnia z nim rozmowa, wkrótce bowiem przeniós? si? na plac Vendôme i tam umar?, ale ju? go wi?cej po onej wizycie na ulicy Chaillot nie widzia?em&#8230; *</p>
<p>&#8230;Przed ?mierci? jeszcze Chopina zaszed?em by? raz na ulic? Ponthieu przy Elizejskich Polach, do domu, którego od?wierny z uprzejmo?ci? odpowiada?, ile razy kto zachodz?c pyta? go, jak si? Monsieur Jules ma?&#8230; Tam na najwy?szym pi?trze pokoik by?, ile mo?na najskromniej umeblowany, a okna jego dawa?y na przestrze?, jak? si? z wysoko?ci zawsze widuje, tym jednym tylko upi?kszon?, i? czerwone s?o?ca zachody w szyby bi?y ?unami swymi. Kilka doniczek z kwiatami na ganku przed oknami tymi sta?o, a o?mielone przez mieszka?ca wróble zlatywa?y tam i szczebiota?y. Obok drugi male?ki by? pokoik &#8211; to sypialnia.</p>
<p>By?o to wi?c jako? oko?o pi?tej godziny po po?udniu, kiedy przedostatni raz by?em tam u Juliusza S?owackiego, który w?a?nie ko?czy? obiad swój, z zupy i pieczonej kury sk?adaj?cy si?. Siedzia? przeto S?owacki przy stoliku okr?g?ym na ?rodku pokoju, ubrany w d?ugie podszarzane paletot i w amarantow? sp?owia?? konfederatk?, akcentem wygody na g?ow? zarzucon?. I mówili?my tak o Rzymie, sk?d w?a?nie ?e niezbyt dawno przyby?em do Pary?a &#8211; o niektórych znajomych i przyjacio?ach &#8211; o bracie mym Ludwiku, którego ?.p. Juliusz rzewnie kocha? &#8211; o Nieboskiej komedii, któr? wysoko bardzo ceni? &#8211; o Przed?wicie, który mia? za pi?kne dzieci?stwo&#8230; Tak?e o sztuce, ?e wpad?a w mechanizm &#8211; tak?e o Chopinie (który ?y? jeszcze), a o którym Juliusz pokas?uj?c rzek? mi: &#8220;Par? miesi?cy temu spotka?em jeszcze tego morybunda&#8230;&#8221; &#8211; sam wszelako pierwej od Fryderyka Chopina odszed? ze ?wiata widzialnego, umar?szy.</p>
<p>Do pokoiku tego, który, jak Juliusz mawia?: &#8220;zupe?nie by?by dla szcz??cia cz?owieka wystarczaj?cym, gdyby nie to, ?e w jednej stronie jego k?ty nie s? zupe?nie proste, ?le b?d?c skwadratowanym&#8221; &#8211; do tego, mówi?, pokoiku innego dnia wieczorem wszed?em by?, a Juliusz sta? przy kominie, fajk? na cybuchu d?ugim pal?c, jak to u?ywa si? w Polsce na wsi; na kanapie siedzia? malarz Francuz (którego Juliusz potem egzekutorem testamentu swego zrobi?), ale ten nie mówi? i milcza? milczeniem ma?o naturalnym, i siedzia?. Nad kominkiem wisia? br?zowy medal Juliusza przedstawiaj?cy, który jest jedn? z najpi?kniejszych w tym rodzaju robót Oleszczy?skiego.</p>
<p>O Francji, o rewolucji, o rzymskich wypadkach mówili?my; on &#8211; naturalnym, ale kolorowanym s?owem, i niespodziewanymi obrotami mowy, i niekiedy akcentem zrezygnowanego ?ywota, g??bi? apostrof filozoficznych w Marii Malczewskiego napotykanych przypominaj?cym. Co wszelako nie zawsze z wielkimi jego, czarnymi, ognia pe?nymi oczyma, i z orientaln? skroni?, i z otworami energicznymi nosa orlego sprzymierza?o si?&#8230; Pod koniec rozmowy mówi? mi: &#8220;Piersi, piersi nadwer??one mam, ka?? mi ju? tylko cukierki je??, co chwilowo ?agodzi kaszel, ?o??dkowi za to o tyle? szkodz?c. Przyjd? jeszcze w przysz?ym, w zaprzysz?ym tygodniu, potem&#8230; czuj?, ?e niezad?ugo i odej?? z tego ?wiata przyjdzie mi&#8221; Wyra?nie mi to mówi?, bawi?c si? cybuchem fajki swojej, tam i owdzie powoli poruszanym jak wahad?o zegaru ?ciennego. &#8211; W nast?puj?cym tygodniu po?pieszy?em znowu zaj?? do S?owackiego, ale spotka?em kogo? (mo?na by rzec : z uczniów jego), który ode? powraca?, a by?o ju? ciemno &#8211; i ten powiedzia? mi: &#8220;Jutro lepiej zajd? do Juliusza, bo dzi? w?a?nie dlatego wyszed?em od niego, i? nieswój jest&#8230;&#8221; &#8211; &#8220;Jak?e si? zna ?&#8221; &#8211; pyta?em. &#8211; &#8220;Nie wiem &#8211; odpowiedzia? mi &#8211; ale tyle ci tylko powiem, i?, wedle s?ów Juliusza, bardzo w?tpi o zdrowiu swym i zawzywa? ju? dzisiaj pomocy i opieki ?. Micha?a Archanio?a, tusz?c, ?e mu to si? na jaki? czas u?yczy&#8221; Te s?owa us?yszawszy (lubo bez dwuznacznego zadziwienia, bo wiedzia?em, ?e S?owacki bardzo religijny by?), na inny dzie? odwiedziny moje od?o?y?em.</p>
<p>Ten inny dzie? w nast?pnym tygodniu wypad?, ale ju? to o rannej godzinie by?o i by?o to tak, ?e wszed?szy pierwszy widzia?em cia?o zimne Juliusza, bo w nocy poprzedniej, Sakramentami opatrzony (list od matki swej, nadesz?y w?a?nie w chwili skonania, odczytawszy), zasn?? ?mierci? i w niewidzialny ?wiat odszed?. Ma?o pi?kniejszych twarzy umar?ego widzi si?, jako by?a twarz S?owackiego, rysuj?ca si? bia?ym swym profilem na sp?owia?ym dywanie ciemnym, co? z historii polskiej przedstawiaj?cym, który ?o?e od ?ciany dzieli?. Ptaszki zlatywa?y na niepiel?gnowane doniczki z kwiatami &#8211; krz?tano si? oko?o pogrzebu, a pogrzeb ten, jaki by?, to ró?ni ró?nie opisali. Ja &#8211; na pogrzebie tym ?e?skich istot widzia?em dwie &#8211; jedna z tych rzewnymi ?zami zalana by?a, co mi wspomnieniem zosta?o bardzo pocieszaj?cym na wiele dni potem, kiedy liczne podówczas spo?ecze?stwo polskie w Pary?u bawi?ce si? odwiedza?em by? &#8211; bo wiele by?o (jak zawsze ?wietnych i niepospolitych) Polek podówczas w Pary?u&#8230; Mam rysunek Juliusza, który on w Egipcie rysowa? z natury, bo pejza?e zw?aszcza rysowa? wcale dobrze, ale przeci??em pami?tk? t? na dwie cz??ci i jedn? do albumu osoby z kraju przyby?ej ofiarowa?em, drug? zostawuj?c sobie &#8211; aby sprawdzi?y si? s?owa w Beniowskim napisane, i? &#8220;praw? r?kawiczk? tw? zawiesz? w muzeum jakim, a o stracon? lew? b?d? skargi!&#8230;&#8221; &#8211; ironia bowiem taka nadobnie-bez-zjadliwa jako ironia Juliusza po?miertnym bynajmniej wspomnieniom nie zawadza. Owszem, brzmi ona podobnie tym s?owom, które Filip Macedo?ski przy budzeniu si? powtarza? sobie kaza?: &#8220;Królu! s?o?ce ju? wschodzi, pomnij przez ca?y dzie?, ?e ?miertelnikiem jeste?.&#8221; *</p>
<p>To za? &#8211; przypomina mi zupe?nie odr?bn? rzecz, o osobie bynajmniej s?awnej, bynajmniej zas?u?onej talentem, prac? lub cierpieniem &#8211; o osobie, której nazwiska nawet nie wiem, a narodowo?? w?tpliwie wiem&#8230; Do??cz? tu wi?c wspomnienie osoby ?miertelnej, nie znanej mi, niemniej ?ci?le wierne, z natury wzi?te &#8211; czyni? to za? tym swobodniej, i? na wst?pie zastrzeg?em, co o krytyce, krytykach i stylu ksi??kowym trzymam i tusz? w tre?ci, jako niniejsza, w której za ca?y interes w?a?nie uwa?am ?cis?? tylko wiarogodno?? sprawozdania. Otó? &#8211; by?o to w par? lat po ?mierci powy?ej zapisanej &#8211; nie by?em w Pary?u &#8211; nie by?em we Francji ani w Londynie, ani w Anglii, ani w Europie, ani w Ameryce&#8230; by?em, na kotwicy, na pierwszym wst?pnym pasie Oceanu Atlantyckiego, pomi?dzy wyspami kredowatej bia?o?ci, po?amanymi w ?ciany prostopad?e.</p>
<p>Niedziela by?a: s?o?ce na niebiosach bez chmur, ni?ej ciemnoatramentowosafirowe ogromne fale, ale cisza taka, ?e ?agiel ?aden nie drgn??, sznur ?aden niedbale spuszczony nie poruszy? si?&#8230; Nie widzia?em jeszcze wszystkich osób ekwipa? sk?adaj?cych, a wszystkie dla s?o?ca pi?knego na pok?ad wychodzi?y w?a?nie; siedzia?em na ?awce pod masztem wielkim, przy mnie nowy znajomy, ?wiat?y m?odzieniec jaki?, z rodu Izraelita, z którym cz?sto mawia?em. P?yn?? nie mo?na by?o dla zupe?nego braku wiatru i, kiedy si? dalej pop?ynie, zgadn?? nie mo?na by?o&#8230; Kiedy tak siedzia?em, niesko?czon? przestrze? fal przed oczyma maj?c, przewia?a przed nami suknia kobieca, a obok mnie siedz?cy wspó?podró?nik rzecze mi po francusku: &#8220;&#8230;Patrz pan, który jeste? artyst?, jaka pi?kna kobieta w?a?nie przesz?a, biednemu pieskowi w t? wielk? podró? zabranemu mleka na talerzu wynosz?c w dzie?, w który wszyscy cieszyli si? pogod? i niedziel?, a to szczeni? biedne ani wiedzia?o, gdzie i na jak d?ugo zaniepodzia?o si?.&#8221; ?e nie spojrza?em, jak mi towarzysz radzi?, odpowiedzia?em mu wi?c, jak to si? mówi, kiedy o czym innym w?a?nie my?lisz: &#8220;W?a?nie ?e dlatego teraz nie pójd? jej oczyma szuka?, kobiety bowiem najpi?kniejsze s? wtedy, kiedy nie s?ysz? ani widz?, ani zgaduj?, ?e si? spogl?da na nie &#8211; b?d? wi?c uwa?a? j? innym razem &#8211; innego razu zobacz? j?&#8230;&#8221; &#8211; co powtórzy?em jeszcze z przyciskiem, aby odmieni? tok rozmowy. Ale ?e to by?a dziwnie pi?kna osoba (podobno Irlandka), to przecie? i tak, kiedy przesun??a si?, spostrzec mo?na by?o, bo? ze stereoskopów ju? wyra?nie dzi? wiemy, ile to cz?owiek obejmuje wzrokiem mimowolnie, cho?by i nie patrzy? si? wprost na przedmiot. S?o?ce potem zasz?o, wiatru nie by?o &#8211; i ksi??yc wzeszed?, i podnios?em si?, i zasn??em w kajucie ciasnej, dusznej&#8230; i stra? tylko po pomo?cie okr?tu trzymasztowego przechadza?a si?&#8230; Krzyk jaki? rozleg? si? w nocy &#8211; jacy? ludzie przybiegli z latarkami &#8211; wielki Murzyn, s?u??cy g?ówny okr?towy, tu i tam przewin?? si? po schodach, doktora szukaj?c&#8230; O ?wicie ruch by? jaki? niezwyk?y na okr?cie &#8211; wsta?em i wyszed?em na pok?ad. Ta osoba m?oda i pi?kna, któr? obieca?em by? innym razem uwa?a? i widzie?, nagle umar?a w mocy. Zwyczaj jest, ?e w takim razie przeznaczonym na to czarnosafirowym ?aglem, w wielkie bia?e gwiazdy obrzuconym, przykrywaj? to miejsce, gdzie zw?oki le??: taka plama czerni?a na ?rodku pok?adu o wschodzie s?o?ca&#8230; Tu przychodzi mi na my?l, czy poezj? t?, co prawdy rylcem ?cis?ej sama si? w ?ywotach zapisuje, warto jest dla cynicznego czytelnictwa dzisiejszego piórem z niepami?ci wywodzi? i okre?la?&#8230; Romans jaki, fantastycznie sk?amany po za?yciu indyjskiego haczysz, przyjemniejsze i po??da?sze wra?enie zrobi!!</p>
<p><!--more--></p>
<p>&#8230;Pó?niej &#8211; pó?niej &#8211; kiedy do Europy powróci?em, Adam Mickiewicz mieszka? w okolicach placu Bastylii, w gmachu Biblioteki Arsena?u, gdzie i bibliotekarzem by?. Miejsce to przepowiedziany przez niego cz?owiek: z dynastii Wielkiego Napoleona (dzisiejszy Imperator francuski), ofiarowa? ?wi?tej i wiekopomnej pami?ci Adamowi Mickiewiczowi &#8211; miejsce szczup?e, ma?o nawet jako fundusz dla familii licznej poety przynosz?ce &#8211; a ofiarowane mu, zdaje si?, dobrze ju? potem, kiedy w dziennikach czyta?o si?, i? profesor Kolegium Francuskiego Adam Mickiewicz i ma?oliczni inni odmówili przysi?gi na wierno?? Imperatorowi francuskiemu. Oko?o to pó?niejszych jeszcze tego panowania miesi?cy Bibliotekarz do Imperatora napisa? te? Horacjusza j?zykiem Od?, niesko?czenie z formy przystaj?c? do urz?du i miejsca powierzonego mu. Wi?c to &#8211; krótko przed misj? na Wschód, na jak? z bibliotekarstwa uda? si? by? pan Adam, zaszed?em do?, do gmachu Biblioteki Arsena?u, gmachu ciemnego, z korytarzami i kamiennymi wschodami &#8211; by?o to w niedziel?, bo pami?tam, ?e ze mszy szed?em i ksi??k? z sob? mia?em. A szed?em go przywita? wi?cej ni? kiedykolwiek serdecznie, bo bli?ej&#8230; bli?ej za? z powodu, i? dochodzi?o mi? by?o, ?e wspomina? mi?, kiedy w Ameryce zostawa?em &#8211; a kiedy tam odp?yn??em, powiedzia? tylko komu? : &#8220;&#8230;To on tak jakby na Pere Lachaise pojecha?!&#8230;&#8221; &#8211; co, ?e zrozumia?em, by?o mi przyjemnie, i? kto? mi? wspomina? w Europie, i dlatego te? przyjemnie szed?em przywita? go. Weso?o spojrza? na mnie i u?cisn??, i rozmawia?em z nim do zachodu s?o?ca, bo pami?tam, ?e czerwono zrobi?o si? w oknie, kiedy my?li?em odej??. Pokoik to by? ma?y z piecykiem dobrze zapalonym, gdzie od razu do razu pan Adam poprawia? nieco w?gle kijem.</p>
<p>Ubrany by? pan Adam w futerko wytarte, szaraczkowym suknem powleczone, które sk?d w Pary?u mo?na by?o dosta?, tej barwy, kroju i pod?y?o?ci?&#8230; pytanie ciekawe &#8211; bowiem: by?a to, zdaje si?, kapota, jak? zagonowa szlachta zim? nosi w prowincjach dobrze od Warszawy oddalonych. W pokoiku wisia?a pi?kna rycina przedstawiaj?ca ?. Micha?a Archanio?a pod?ug orygina?u, który jest u Kapucynów w Rzymie &#8211; czy te? pod?ug tego obrazu Rafaela, który w Luwrze jest, tego dobrze nie pami?tam. Tak?e Ostrobramska Matka Naj?wi?tsza i Dominikina oryginalny rysunek, komuni? ?. Hieronima przedstawiaj?cy &#8211; jeszcze tak?e rycinka ma?a z Napoleona I-go przed generalstwem jego portretowana, a pod ni? daguerotyp m??czyzny s?dziwego, prosto stoj?cego, w surducie zapi?tym, jak chodz? francuskie inwalidy, a by? to czas w?a?nie pierwszych wojennych kroków ostatniej wojny&#8230; Na biurku za?, od czasu niedawnego dopiero widzialne u pana Adama, dwa nied?wiedzie pasuj?ce si? &#8211; odlew z gipsu. To by?o jeszcze przed ?mierci? ma??onki Adama Mickiewicza, po której to ?mierci i pogrzebie na jakie dwa tygodnie zaszed?em znów do pana Adama o godzinie mo?e dziesi?tej rano i zasta?em go w progu drzwi, wychodz?cego w?a?nie, tak ?e drzwi kiedy otworzy?em, wpad?em na? &#8211; wróci? wi?c na jakie pó?tory godziny jeszcze, przez które z nim mówi?em, a potem razem te? wyszli?my, bo mia? by? gdzie? i?? jeszcze one pó?tory godziny pierwej. Mówi? mi o ?mierci ?ony, szczegó?owo, bardzo pogodnie, ma?e zboczenie robi?c: ?e nie?wiadomo?? prawdy tylko daje przera?enie zgonu i rzeczy ?mierci dotycz?cych&#8230; a? kiedy przy jednej z ulic ja mia?em inaczej obróci? drog?, a on gdzie indziej i??, ?cisn?? mi? za r?k? i mocnym g?osem rzek? mi: &#8220;No&#8230; adieu!&#8221; ?e nigdy ani po francusku, ani tym tonem nie ?egna? mi? by?, a tyle? razy rozchodzili?my si?, przeszed?em potem nieledwie na drugi koniec miasta i, na schody do siebie wst?puj?c, s?ysza?em jeszcze to s?owo: &#8220;&#8230;Adieu!&#8221;</p>
<p>Przypadek zrz?dzi?, ?e nie mog?em widzie? odt?d pana Adama, ani po?egna? go, kiedy na Wschód wyje?d?a? &#8211; s?owem, ?e to ostatnie by?o one dziwnie mi podówczas brzmi?ce po?egnanie&#8230; Co aby ja?niejszym by?o, doda? trzeba, ?e nieboszczyk pan Adam mia? to do siebie, i? nie tylko, co mawia?, ale i: jak mawia?, zatrzymywa?o si? w pami?ci.<br />
. . Przy ulicy Tour des Dames na wzgórzu jest dom, do którego dopiero wszed?szy, rozk?ad schodów i fragmenta z gliny polewanej czternastowieczne, florenckie, okazuj?, i? powa?nego artysty to mieszkanie&#8230; Tam gdy niedawno wszed?em by? &#8211; a potem na najwy?sze pi?tro do atelier p. Delaroche&#8217;a, wielki artysta raczy? mi pokaza? ostatni obraz swój, w?a?nie ?e sko?czony. By?a to rzecz wielko?ci du?ego pó?-arkusza, malowana na drzewie. W zau?ku jerozolimskim dawa?o si? wi?cej czu?, ni? widzie? przez podobn? do okna szczelin?, i? cz?owiek, którego zwano Mistrzem, Rabbim, Mesjaszem, królem i prorokiem, i uzdrawiaj?cym pewnym lekarzem, a który by? Chrystus, syn Boga ?ywego, w?a?nie ?e jest wzi?ty przez stra?e i prowadzony od urz?du do urz?du, a mo?e w?a?nie na Gór? Trupich G?ów. Piotr ?wi?ty, najbli?ej okna owego stoj?c, porywa si? jak cz?owiek szabli szukaj?cy, a Jan ?wi?ty, na piersiach k?ad?c mu r?ce swe, uspokaja ksi?cia aposto?a i sam za?, przeze? czuwaj?c, w okno patrzy.</p>
<p>Ta grupa jest przy ?cianie okna &#8211; po niej ust?p, jak w Stabat Mater ust?py strof &#8211; dalej kl?czy Matka Naj?wi?tsza, jak si? kl?czy przed o?tarzem w ko?ciele, kiedy jest wystawienie Naj?wi?tszego Sakramentu &#8211; za ni? ust?p znowu &#8211; i grupa ?wi?tych niewiast w katakumbowej jakiej? architektury cieniach&#8230; Oto obraz ca?y z m?ki Pa?skiej, w którym osoby Zbawiciela widocznej nie ma, ale jest ona tylko w gamie-wyrazów-twarzy osób, m?k? Pa?sk? widz?cych, wyra?ona. Wielce uradowany, i? jest przecie na ?wiecie artysta&#8230; patrzy?em na ten male?ki obrazek, a ?e ?. p. Delaroche (tak jak, bywa?o kiedy?, Ary-Scheffer) raczy? mi pozwala?, abym, ogl?daj?c utwory jego, mówi? wszystko, co mi si? zdaje, ja za?, na tym ju? stopniu stoj?cym artystom, nie mniemam, aby inaczej si? mówi?o, d?ugo wi?c my?lenie moje okre?la?em w s?owach ?ci?le wiernych. I sko?czy?em na tym &#8211; ?e s?dz?, i? obraz taki nast?pstwa swoje mie? powinien i ?e sam jeden oderwanie wzi?ty niepe?n? jest rzecz? &#8211; na co mi p. Delaroche odpowie: &#8220;Trzy w?a?nie takie robi? chc?, aby to sformowa?o trylogi?&#8230;&#8221; Potem pokaza? mi jeszcze portret Thiersa, wyborny pod wszelkim wzgl?dem, i &#8211; znów do ma?ego obrazka powróciwszy &#8211; rzek? mi tonem ?egnalnym (bo w?a?nie kto? nadchodzi? jeszcze): &#8220;Tak, trzy dopiero obrazy tego rodzaju razem wzi?te oka?? ca?o??&#8230;&#8221; &#8211; i par? kroków ku drzwiom ze mn? robi?c, po dwakro? doda?: &#8220;Skoro tylko dwa inne obrazki zrobi?&#8230; poka?? je panu &#8211; poka?? je&#8221;, co zwyk? by? okre?la? dobitnie, bo nie eksponowa? publicznie dzie? swoich ani nie ka?demu je pokazywa?, zw?aszcza od niejakiego czasu&#8230; Odt?d nie widzia?em ju? pana Delaroche&#8217;a, w którego ?mierci ostatni promyczek Leonarda da Vinci mrokiem si? okry?&#8230; Dowiadywa?em si?, czy dwa inne obrazki zacz?te by?y przed ?mierci? wielkiego artysty, ale nie&#8230; mo?e w szkicach&#8230;</p>
<p>* Rzeczy tu opisane Czarnymi Kwiatami zw?: wierne s? jak podpisy ?wiadków, którzy, pisa? nie umiej?c, znakami krzy?a niekszta?tnie nakre?lonego podpisuj? si?; kiedy? i&#8230; w literaturze, któr? mo?e zobacz? innym razem&#8230; pisma takie nie b?d? dziwnie wygl?da?y dla szukaj?cych powiastek czytelników. &#8211; S? bowiem powie?ci i romanse, i dramy, i tragedie w ?wiecie niepisanym i nieliterackim, o których si? naszym literatom ani ?ni?o, ale &#8211; te okre?la? &#8211; czy warto?&#8230; ju??&#8230; 1856 r.</p>
<p><img width="408" height="48" alt="linia_1" src="http://www.parkigry.com/wp-content/linia11.gif" /></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.bajkiopowiadania.com/2006/01/19/czarne-kwiaty-cyprian-kamil-norwid/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Ptaki- Bruno Schulz</title>
		<link>http://www.bajkiopowiadania.com/2006/01/19/ptaki-bruno-schulz/</link>
		<comments>http://www.bajkiopowiadania.com/2006/01/19/ptaki-bruno-schulz/#comments</comments>
		<pubDate>Wed, 18 Jan 2006 23:35:25 +0000</pubDate>
		<dc:creator>bajkiopowiadania</dc:creator>
				<category><![CDATA[Opowiadania]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.bajkiopowiadania.com/?p=38</guid>
		<description><![CDATA[PTAKI Nadesz?y ?ó?te, pe?ne nudy dni zimowe. Zrudzia?? ziemi? pokrywa? dziurawy, przetarty, za krótki obrus ?niegu. Na wiele dachów nie starczy?o go i sta?y czarne lub rdzawe, gontowe strzechy i arki kryj?ce w sobie zakopcone przestrzenie strychów &#8211; czarne, zw?glone katedry, naje?one ?ebrami krokwi, p?atwi i bantów &#8211; ciemne p?uca wichrów zimowych. Ka?dy ?wit odkrywa? [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p class="MsoNormal">
<h1 align="center" style="text-align: center"><span style="font-size: 14pt; color: purple">PTAKI</span></h1>
<p align="center"><img width="169" height="174" alt="go??bki" src="http://www.parkigry.com/wp-content/gobki.gif" /></p>
<p>Nadesz?y ?ó?te, pe?ne nudy dni zimowe. Zrudzia?? ziemi? pokrywa? dziurawy, przetarty, za krótki obrus ?niegu. Na wiele dachów nie starczy?o go i sta?y czarne lub rdzawe, gontowe strzechy i arki kryj?ce w sobie zakopcone przestrzenie strychów &#8211; czarne, zw?glone katedry, naje?one ?ebrami krokwi, p?atwi i bantów &#8211; ciemne p?uca wichrów zimowych. Ka?dy ?wit odkrywa? nowe kominy i dymniki, wyros?e w nocy, wyd?te przez wicher nocny, czarne piszcza?ki organów diabelskich. Kominiarze nie mogli op?dzi? si? od wron, które na kszta?t ?ywych czarnych li?ci obsiada?y wieczorem ga??zie drzew pod ko?cio?em, odrywa?y si? znów, trzepoc?c, by wreszcie przylgn??, ka?da do w?a?ciwego miejsca na w?a?ciwej ga??zi, a o ?wicie ulatywa?y wielkimi stadami &#8211; tumany sadzy, p?atki kopciu, faluj?ce i fantastyczne, plami?c migotliwym krakaniem m?tno?ó?te smugi ?witu. Dni stwardnia?y od zimna i nudy, jak zesz?oroczne bochenki chleba. Napoczynano je t?pymi no?ami, bez apetytu, z leniw? senno?ci?.</p>
<p>Ojciec nie wychodzi? ju? z domu. Pali? w piecach, studiowa? nigdy niezg??bion? istot? ognia, wyczuwa? s?ony, metaliczny posmak i w?dzony zapach zimowych p?omieni, ch?odn? pieszczot? salamander, li??cych b?yszcz?c? sadz? w gardzieli komina. Z zami?owaniem wykonywa? w owych dniach wszystkie reparatury w górnych regionach pokoju. O ka?dej porze dnia mo?na go by?o widzie?, jak &#8211; przykucni?ty na szczycie drabiny &#8211; majstrowa? co? przy suficie, przy kamiszach wysokich okien, przy kulach i ?a?cuchach lamp wisz?cych. Zwyczajem malarzy pos?ugiwa? si? drabin? jak ogromnymi szczud?ami i czu? si? dobrze w tej ptasiej perspektywie, w pobli?u malowanego nieba, arabesek i ptaków sufitu. Od spraw praktycznego ?ycia oddala? si? coraz bardziej. Gdy matka, pe?na troski i zmartwienia z powodu jego stanu, stara?a si? go wci?gn?? w rozmow? o interesach, o p?atno?ciach najbli?szego ,,ultimo”, s?ucha? jej z roztargnieniem, pe?en niepokoju, z drgawkami w nieobecnej twarzy. I bywa?o, ?e przerywa? jej nagle zaklinaj?cym gestem r?ki, a?eby pobiec w k?t pokoju, przylgn?? uchem do szpary w pod?odze i z podniesionymi palcami wskazuj?cymi obu r?k, wyra?aj?cymi najwy?sz? wa?no?? badania &#8211; nas?uchiwa?. Nie rozumieli?my wówczas jeszcze smutnego t?a tych ekstrawagancji, op?akanego kompleksu, który dojrzewa? w g??bi.</p>
<p><span id="more-38"></span></p>
<p>Matka nie mia?a na? ?adnego wp?ywu, natomiast wielk? czci? i uwag? darzy? Adel?. Sprz?tanie pokoju by?o dla? wielk? i wa?n? ceremoni?, której nie zaniedbywa? nigdy by? ?wiadkiem, ?ledz?c z mieszanin? strachu i rozkosznego dreszczu wszystkie manipulacje Adeli. Wszystkim jej czynno?ciom przypisywa? g??bsze, symboliczne znaczenie. Gdy dziewczyna m?odymi i ?mia?ymi ruchami posuwa?a szczotk? na d?ugim dr??ku po pod?odze, by?o to niemal ponad jego si?y. Z oczu jego la?y si? wówczas ?zy, twarz zanosi?a si? od cichego ?miechu, a cia?em wstrz?sa? rozkoszny spazm orgazmu. Jego wra?liwo?? na ?askotki dochodzi?a do szale?stwa. Wystarczy?o, by Adela skierowa?a do? palec ruchem oznaczaj?cym ?askotanie, a ju? w dzikim pop?ochu ucieka? przez wszystkie pokoje, zatrzaskuj?c za sob? drzwi, by wreszcie w ostatnim pa?? brzuchem na ?ó?ko i wi? si? w konwulsjach ?miechu pod wp?ywem samego obrazu wewn?trznego, któremu nie móg? si? oprze?. Dzi?ki temu mia?a Adela nad ojcem w?adz? niemal nieograniczon?.</p>
<p>W tym to czasie zauwa?yli?my u ojca po raz pierwszy nami?tne zainteresowanie dla zwierz?t. By?a to pocz?tkowo nami?tno?? my?liwego i artysty zarazem, by?a mo?e tak?e g??bsza, zoologiczna sympatia kreatury dla pokrewnych, a tak odmiennych form ?ycia, eksperymentowanie w nie wypróbowanych rejestrach bytu. Dopiero w pó?niejszej fazie wzi??a sprawa ten niesamowity, zapl?tany, g??boko grzeszny i przeciwny naturze obrót, którego lepiej nie wywleka? na ?wiat?o dzienne.</p>
<p>Zacz??o si? to od wyl?gania jaj ptasich.</p>
<p>Z wielkim nak?adem trudu i pieni?dzy sprowadza? ojciec z Hamburga, z Holandii, z afryka?skich stacji zoologicznych zap?odnione jaja ptasie, które dawa? do wyl?gania ogromnym kurom belgijskim. By? to proceder nader zajmuj?cy i dla mnie &#8211; to wykluwanie si? piskl?t, prawdziwych dziwotworów w kszta?cie i ubarwieniu. Nie podobna by?o dopatrzy? si? w tych monstrach o ogromnych, fantastycznych dziobach, które natychmiast po urodzeniu rozdziera?y si? szeroko, sycz?c ?ar?ocznie czelu?ciami gard?a, w tych jaszczurach o w?t?ym, nagim ciele garbusów &#8211; przysz?ych pawi, ba?antów, g?uszców i kondorów. Umieszczony w koszykach, w wacie, smoczy ten pomiot podnosi? na cienkich szyjach ?lepe, bielmem zarosle g?owy, kwacz?c bezg?o?nie z niemych gardzieli. Mój ojciec chodzi? wzd?u? pó?ek w zielonym fartuchu, jak ogrodnik wzd?u? inspektów z kaktusami, i wywabia? z nico?ci te p?cherze ?lepe, pulsuj?ce ?yciem, te niedo???ne brzuchy, przyjmuj?ce ?wiat zewn?trzny tylko w formie jedzenia, te naro?le ?ycia, pn?ce si? omackiem ku ?wiat?u. W par? tygodni pó?niej, gdy te ?lepe p?czki ?ycia p?k?y do ?wiat?a, nape?ni?y si? pokoje kolorowym pogwarem, migotliwym ?wiergotem swych nowych mieszka?ców. Obsiada?y one karnisze firanek, gzymsy szaf, gnie?dzi?y si? w g?stwinie cynowych ga??zi i arabesek wieloramiennych lamp wisz?cych.</p>
<p>Gdy ojciec studiowa? wielkie ornitologiczne kompendia i wertowa? kolorowe tablice, zdawa?y si? ulatywa? z nich te pierzaste fantazmaty i nape?nia? pokój kolorowym trzepotem, p?atami purpury, strz?pami szafiru, grynszpanu i srebra. Podczas karmienia tworzy?y one na pod?odze barwn?, faluj?c? grz?dk?, dywan ?ywy, który za czyim? niebacznym wej?ciem rozpada? si?, rozlatywa? w ruchome kwiaty, trzepoc?ce w powietrzu, aby w ko?cu rozmie?ci? si? w górnych regionach pokoju. W pami?ci pozosta? mi szczególnie jeden kondor, ogromny ptak o szyi nagiej, twarzy pomarszczonej i wybuja?ej naro?lami. By? to chudy asceta, lama buddyjski, pe?en niewzruszonej godno?ci w ca?ym zachowaniu, kieruj?cy si? ?elaznym ceremonia?em swego wielkiego rodu. Gdy siedzia? naprzeciw ojca, nieruchomy w swej monumentalnej pozycji odwiecznych bóstw egipskich, z okiem zawleczonym bia?awym bielmem, które zasuwa? z boku na ?renice, a?eby zamkn?? si? zupe?nie w kontemplacji swej dostojnej samotno?ci &#8211; wydawa? si? ze swym kamiennym profilem starszym bratem mego ojca. Ta sama materia cia?a, ?ci?gien i pomarszczonej twardej skóry, ta sama twarz wysch?a i ko?cista, te same zrogowacia?e, g??bokie oczodo?y. Nawet r?ce, silne w w?z?ach, d?ugie, chude d?onie ojca, z wypuk?ymi paznokciami, mia?y swój analogon w szponach kondora. Nie mog?em si? oprze? wra?eniu, widz?c go tak u?pionego, ?e mam przed sob? mumi? &#8211; wysch?? i dlatego pomniejszon? mumi? mego ojca. S?dz?, ?e i uwagi matki nie usz?o to przedziwne podobie?stwo, chocia? nigdy nie poruszali?my tego tematu. Charakterystyczne jest, ?e kondor u?ywa? wspólnego z moim ojcem naczynia nocnego.</p>
<p>Nie poprzestaj?c na wyl?ganiu coraz nowych egzemplarzy, ojciec mój urz?dza? na strychu wesela ptasie, wysy?a? swatów, uwi?zywa? w lukach i dziurach strychu pon?tne, st?sknione narzeczone i osi?gn?? w samej rzeczy to, ?e dach naszego domu, ogromny, dwuspadowy dach gontowy, sta? si? prawdziw? gospod? ptasi?, ark? Noego, do której zlatywa?y si? wszelkiego rodzaju skrzydlacze z dalekich stron. Nawet d?ugo po zlikwidowaniu ptasiego gospodarstwa utrzymywa?a si? w ?wiecie ptasim ta tradycja naszego domu i w okresie wiosennych w?drówek spada?y nieraz na nasz dach ca?e chmary ?urawi, pelikanów, pawi i wszelkiego ptactwa.</p>
<p>Impreza ta wzi??a jednak niebawem &#8211; po krótkiej ?wietno?ci &#8211; smutny obrót. Wkrótce okaza?a si? bowiem konieczna translokacja ojca do dwóch pokojów na poddaszu, które s?u?y?y za rupieciarnie. Stamt?d dochodzi? ju? o wczesnym ?wicie zmieszany klangor g?osów ptasich. Drewniane pud?a pokojów na strychu, wspomagane rezonansem przestrzeni dachowej, d?wi?cza?y ca?e od szumu, trzepotu, piania, tokowania i gulgotu. Tak stracili?my ojca z widoku na przeci?g kilku tygodni. Rzadko tylko schodzi? do mieszkania i wtedy mogli?my zauwa?y?, ?e zmniejszy? si? jakoby, schud? i skurczy?. Niekiedy przez zapomnienie zrywa? si? z krzes?a przy stole i trzepi?c r?koma jak skrzyd?ami, wydawa? pianie przeci?g?e, a oczy zachodzi?y mu mg?? bielma. Potem, zawstydzony, ?mia? si? razem z nami i stara? si? ten incydent obróci? w ?art.</p>
<p>Pewnego razu w okresie generalnych porz?dków zjawi?a si? niespodzianie Adela w pa?stwie ptasim ojca. Stan?wszy we drzwiach, za?ama?a r?ce nad fetorem, który si? unosi? w powietrzu, oraz nad kupami ka?u, zalegaj?cego pod?ogi, sto?y i meble. Szybko zdecydowana otworzy?a okno, po czym przy pomocy d?ugiej szczotki wprawi?a ca?? mas? ptasi? w wirowanie. Wzbi? si? piekielny tuman piór, skrzyde? i krzyku, w którym Adela, podobna do szalej?cej Menady, zakrytej m?y?cem swego tyrsu, ta?czy?a taniec zniszczenia. Razem z ptasi? gromad? ojciec mój, trzepi?c r?koma, w przera?eniu próbowa? wznie?? si? w powietrze. Zwolna przerzedza? si? tuman skrzydlaty, a? w ko?cu na pobojowisku zosta?a sama Adela, wyczerpana, dysz?ca, oraz mój ojciec z min? zafrasowan? i zawstydzon?, gotów do przyj?cia ka?dej kapitulacji.</p>
<p>W chwil? pó?niej schodzi? mój ojciec ze schodów swojego dominium &#8211; cz?owiek z?amany, król-banita, który straci? tron i królowanie.</p>
<p class="MsoNormal">
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.bajkiopowiadania.com/2006/01/19/ptaki-bruno-schulz/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>&#8220;Rozdzióbi? nas kruki, wrony&#8221; &#8211; Stefan ?eromski</title>
		<link>http://www.bajkiopowiadania.com/2006/01/19/rozdziobia-nas-kruki-wrony-stefan-zeromski/</link>
		<comments>http://www.bajkiopowiadania.com/2006/01/19/rozdziobia-nas-kruki-wrony-stefan-zeromski/#comments</comments>
		<pubDate>Wed, 18 Jan 2006 23:27:41 +0000</pubDate>
		<dc:creator>bajkiopowiadania</dc:creator>
				<category><![CDATA[Lektury i literatura szkolna]]></category>
		<category><![CDATA[Opowiadania]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.bajkiopowiadania.com/?p=37</guid>
		<description><![CDATA[&#8220;Rozdzióbi? nas kruki, wrony&#8221; Ani jeden ?ywy promie? nie zdo?a? przebi? powodzi chmur, gnanych przez wichry. Sk?pa jasno?? poranka rozmno?y?a si? po kryjomu, uwidoczniaj?c krajobraz p?aski, rozleg?y i zupe?nie i pusty. Lecia?a ulewa deszczu, sypkiego jak ziarno. Wiatr krople jego w locie podrywa?, niós? w kierunku uko?nym i ciska? o ziemi?. Ponura jesie? zwarzy?a ju? [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<h1 align="center" style="text-align: center"><span style="font-size: 14pt; color: olive">&#8220;Rozdzióbi? nas kruki, wrony&#8221;</span></h1>
<p><strong> Ani jeden ?ywy promie? nie zdo?a? przebi? powodzi chmur, gnanych przez wichry. Sk?pa jasno?? poranka rozmno?y?a si? po kryjomu, uwidoczniaj?c krajobraz p?aski, rozleg?y i zupe?nie i pusty. Lecia?a ulewa deszczu, sypkiego jak ziarno. Wiatr krople jego w locie podrywa?, niós? w kierunku uko?nym i ciska? o ziemi?.</strong></p>
<p><strong>Ponura jesie? zwarzy?a ju? i wytru?a w trawach i chwastach wszystko, co ?y?o. Obdarte z li?ci, sczernia?e rokiciny ?a?o?nie szumia?y, zni?aj?c pr?ty a? do samej ziemi. Kartofliska, ?ciernie, a szczególniej role ?wie?o uprawne i zasiane, rozmi?k?y na przepa?ciste bagna. Bure ob?oki, podarte i rozczochrane, lecia?y szybko, prawie po powierzchniach tych pól obumar?ych i przez deszcz sch?ostanych.</strong></p>
<p><strong>W?a?nie o samym ?wicie Andrzej Borycki (bardziej znany pod przybranym nazwiskiem Szymona Winrycha) wyjecha? zza pagórków rajgórskich i skierowa? si? pod Nasielsk, na szerokie p?aszczyzny. Porzuciwszy zaro?la, trzyma? si? przez czas pewien ?ladu polnej dro?yny, gdy mu ta jednak zgin??a w ka?u?ach; ruszy? wprost przed siebie, na poprzek zagonów.</strong></p>
<p><strong>Przez dwie noce ju? czuwa? i trzeci dzie? wci?? szed? przy wozie. Buty mu si? w rzadkim b?ocie rozciapa?y tak misternie, ?e przyszwy sz?y swoim porz?dkiem, podeszwy swoim porz?dkiem, a bose stopy w zupe?nym odosobnieniu. Bardzo przemók? i przezi?b? do szpiku ko?ci. Któ? by zdo?a? pozna? w tym obdartusie by?ego prezesa najweselszej pod ksi??ycem konfraterni tak zwanych ?rubstaków, dawnego J?drka, króla i padyszacha syren warszawskich&#8217;? W?osy mu poros?y &#8220;w orle pióra&#8221;, paznokcie &#8220;w dzikie szpony&#8221;, chodzi? teraz w przepoconej sukmanie, ?ar? chciwie razowiec ze sperk? i ??opa? gorza?? z tak? naiwno?ci?, jakby to by?a woda sodowa z sokiem porzeczkowym.</strong></p>
<p><strong>Konie by?y g?odne i zgonione tak dalece, ?e co pewien czas ustawa?y. Nic dziwnego: ko?a zarzyna?y si? w b?oto po szynkle, a na drabiniastym wozie pod troch? olszowego chrustu, siana i s?omy le?a?o samych karabinków sztuk sze??dziesi?t i kilkana?cie pa?aszów, nie licz?c broni drobniejszej. By?y to wcale niez?e szkapy.: ros?e, podkasane, prawie chude, ale ze ?wietnej rasy poci?gowej. Mog?y jak nic robi? dziesi?? mil na dob?, byleby im pozwoli? dobrze wytchn?? dwa razy i uczciwie je popa??. Konie nale?a?y do pewnego szlachetki z okolic M?awy. Stanowi?y one znaczn? cz??? jego maj?tku, bo posiada? summa summarum trzy szkapy, jednak?e po?ycza? ich Winrychowi na ka?de zapotrzebowanie. Ten ostatni przychodzi? zazwyczaj pó?no w nocy, stuka? do okna domostwa &#8211; wychodzili obydwaj z gospodarzem, wyprowadzali konie cichaczem, aby nie budzi? parobka, wytaczali wóz i jazda! Letni? por? by?a to rzecz wcale ?atwa &#8211; owa jazda. We dnie Winrych spa? w g?szczach le?nych, a konie si? pas?y Teraz niepodobna by?o ani spa?, ani popasa?. Winrych liczy? na to, ?e go kto? zluzuje, zw?aszcza ?e najuci??liwsze posterunki i przeszkody szcz??liwie wymin??. Ale nie takie to ju? by?y czasy&#8230; Je?eli kto jeszcze na tej ziemi walczy? w ca?ym i zupe?nym znaczeniu tego s?owa, to on, Winrych. On jeden jeszcze chodzi? po bro?, jeden nie upada? na duchu. Gdyby nie on, i sama partia by?aby si? od dawna rozlecia?a na cztery strony ?wiata. Przez d?ugi czas tych ludzi ?ciganych, g?odnych, przezi?b?ych i wyl?knionych wspiera? swymi szyderczymi pó?s?owami i podnieca? jak ch?ost?. Teraz, gdy ju? wszystko run??o na ?eb w bezdenn? jam? trwogi, on si?, jak to mówi?, zawzi??. W miar? tego jak nie tylko do g??bi nastrojów i sumie?, ale do podstaw tak zwanej polityki rewolucyjnej wciska? si? pocz?ta coraz bezczelniej i natarczywiej filozoficzna zasada: fratres! rapiamus, capiamus, fugiamusque &#8211; on czu? w sobie upór coraz zuchwalszy, coraz straszliwiej bolesny i ju? prawic szalony&#8230;</strong></p>
<p><span id="more-37"></span></p>
<p><strong>Gdy tak zmokni?ty, g?odny i bardzo znu?ony brn?? przy wozie, pocz??o, jakoby wraz z zimnem, wsi?ka? w niego uczucie n?dzy. W kieszeni nie mia? ju? ani okruszyny chleba i ani kropli wódki we flaszce. Dziurawe buty, absolutnie wzi?te (je?eli, notabene, by? w nich milimetr rzemienia zas?uguj?cy na to, aby by? absolutnie czy tam inaczej brany), nie mog?y by? przyczyn? owego uczucia n?dzy. Nie sam g?ód równie? i nie samo zimno je wywo?ywa?o. Ale po ?ladach, zostawionych na b?ocie przez te dziurawe buty, sz?a za Winrychem ironia spostrze?e?, owa bieda okrutna, co nie waha si? wtargn?? do miejsca ?wi?tego ?wi?tych, co odwa?nie, jak plugawy lichwiarz, bierze w szachrajsk? sw? r?k? bezcenne klejnoty ludzkiego ducha i drwi z ich warto?ci ubieraj?c t? pod?o?? w najlogiczniejsze sylogizmy.</strong></p>
<p><strong>- Wszystko prze?ajdaczone &#8211; szepce Winrych pogwizduj?c &#8211; przegrane nie tylko do ostatniej nitki, ale do ostatniego westchnienia wolnego. Teraz dopiero wyleci na ?wiat strach o wielkich ?lepiach, ze stoj?cymi na ?bie w?osami i wyp?dzi z mysich nor wszystkich metafizyków reakcji i proroków ciemnoty. Czego dawniej nie wa?y?by si? jeden drugiemu do ucha powiedzie?, to teraz b?d? opiewali heksametrem. Ile w cz?owieku jest zbója i zdrajcy, tyle z niego wywlek? na widok publiczny, uka?? i ku czci oraz na?ladowaniu podadz?. I pomy?le?, ?e to my taki sprawili?my post?p wyobra?e?, poniewa? przegrali?my&#8230;</strong></p>
<p><strong>Mocniej zacisn?? pas we?niany, os?oni? piersi sukman? i ruszy? dalej, zwiesiwszy g?ow?. Czasami j? podnosi? i mówi? przez z?by:</strong></p>
<p><strong>- Psy parszywe!</strong></p>
<p><strong>Deszcz ostry nacich? i sia? tylko ów py? wodny, nieustanny, zawieszaj?cy tu? przed okiem jakby nieprzejrzyst? zas?on?. Podmuchy wiatru szala?y doko?a wozu, gwizda?y mi?dzy sprychami, wydyma?y d?ugie po?y sukmany i targa?y koszul? na Winrychu.</strong></p>
<p><strong>Za zas?on? mg?y da? si? nagle postrzec jaki? ruch jednostajny, równoleg?y do ledwie widocznego horyzontu. Móg? to by? szereg wozów, stado byd?a albo &#8211; wojsko.</strong></p>
<p><strong>Winrych patrza? przez chwil?, przymru?ywszy powieki. Doznawa? takiego wra?enia, jakby kto? zagi?? palec pod ?y?? krwiono?n? w jego piersiach i wydziera? j? na zewn?trz.</strong></p>
<p><strong>- Moskale&#8230; &#8211; wyszepta?.</strong></p>
<p><strong>Da? koniom po siarczystym bacie, ?ci?gn?? lejce, zawróci? prawie na miejscu i zacz?? ucieka?. Nie chcia?, a raczej nie móg? odwróci? g?owy, a?eby si? obejrze? poza siebie i zbada?, co si? tam dzieje. Zdawa?o mu si?, ?e umknie na bok nie postrze?ony. Nieszcz??cie chcia?o, ?e miejsce by?o go?e i puste w promieniu wiorst kilku.</strong></p>
<p><strong>Uciekaj?cy wóz spostrze?ono. Z szeregów post?puj?cego wojska od?ama?a si? grupa je?d?ców, wysun??a przed front i pomkn??a co ko? skoczy. Winrych, patrz?c ju? na to zjawisko, nie móg? zrozumie?, czy ci ludzie sadz? ku niemu, czy si? oddalaj? w kierunku przeciwleg?ym. Dopiero zobaczywszy chor?giewki przy schylonych lancach i ?by ko?skie, zorientowa?, si? dobrze. Wtedy krew szarpi?ca si? w jego pulsach &#8211; jakby st??a?a i stan??a w biegu&#8230; Zatrzyma? konie, omota? doko?a lu?ni parciane lejce i namy?la? si?, co wywlec z wozu do obrony: pa?asz czy sztucer nie nabity?</strong></p>
<p><strong>Zanim wszak?e cokolwiek przedsi?wzi?? zdo?a?, machinalnie zbli?y? si? do zmordowanych koni swoich i zacz?? jednemu z nich zdejmowa? kantar ze ?ba i ?ci?ga? chom?to, jakby z zamiarem puszczenia na wolno?? tych towarzyszów niewoli. Czyni?c to, na chwil? przytuli? si? do szyi ko?skiej i westchn??.</strong></p>
<p><strong>O?miu u?anów rosyjskich na pi?knych gniadych koniach dopad?o wozu i w mgnieniu oka ze wszystkich stron go otoczy?o. Jeden z nich, nie mówi?c ani s?owa, pocz?? zrzuca? lanc? suche ga??zie oraz snopki k?oci i sondowa? g??b wozu.</strong></p>
<p><strong>Gdy grot d?wi?kn?? uderzywszy o lufy sztucerów &#8211; ?o?nierz poklepa? Winrycha po ramieniu i mrugn?? na towarzyszów. Tamci si?gn?li po karabinki za?o?one na plecy. Winrych sta? na miejscu jak przedtem, obejmuj?c ramieniem kark konia. Usta mu si? skrzywi?y wzgardliwie i w sercu zsiad?o si? nie to m?stwo, lecz pogarda, pogarda bezbrze?na, pogarda wszystkiego na tej ziemi.</strong></p>
<p><strong>- Ty do czyjej partii to wioz?e?? -zapyta? go ów rewiduj?cy. &#8211; G?upi?! &#8211; odrzek? Winrych nie podnosz?c g?owy.</strong></p>
<p><strong>- Do czyjej partii to wioz?e?? S?ysz, polaczyszka! &#8211; G?upi?!</strong></p>
<p><strong>- To nie ch?op &#8211; rzek? do podw?adnych starszy, z naszywk? na ramieniu &#8211; to powstaniec.</strong></p>
<p><strong>- G?upi?! &#8211; rzek? Winrych patrz?c w ziemi?. &#8211; Bierz psiego syna! &#8211; wrzasn?? ?o?dak.</strong></p>
<p><strong>Dwu z nich odsadzi?o si? natychmiast o kilkadziesi?t kroków i szybkim ruchem nastawi?o lance poziomo. Skazany spojrza? na nich, gdy mieli uk?u? konie ostrogami, i zaraz, jak ma?e dziecko, zas?aniaj?c g?ow? r?kami, cichym, szczególnym g?osem wymówi?:</strong></p>
<p><strong>- Nie zabijajcie mnie&#8230;</strong></p>
<p><strong>Zerwali si? w skok z miejsca zgodnym susem i wraz go przebili. Jeden ohydnie rozp?ata? mu brzuch, a drugi z?ama? dek? piersiow?. Trzeci u?an odjecha? o kilkana?cie kroków i gdy dwaj pierwsi, wyrwawszy lance i splun?wszy, usun?li si? na bok, wzi?? na cel g?ow? powsta?ca. Poci?gn?? za cyngiel wtedy w?a?nie, gdy nieszcz?sny zsun?? si? w bruzd?. Kula, przeszywszy czaszk? nar?cznego konia, zabi?a go na miejscu. Zwierz? st?kn??o ?a?o?nie i pad?o bez tchu na nogi konaj?cego Andrzeja. ?o?nierze zsiedli z koni i zrewidowali puste kieszenie sukmany. Rozgniewani o to, ?e Winrych wypi? wszystk? gorza?k?, rozbili butelk? na jego czaszce i podarli mu ostrogami policzki. Na g?os sygna?u, wzywaj?cego ich do powrotu, wskoczyli na siod?a i nabrawszy z wozu po kilka sztuk dobrych pa?aszów belgijskich odjechali za oddzia?em, który zanurzy? si? ju? we mg?? i szarug?. Dowódca szwadronu ?ciga? forsownie jaki? topniej?cy oddzia?ek powsta?czy, tote? nie mia? czasu zawróci? po bro? zostawion? w polu na wozie Winrychowym. Tymczasem deszcz rz?sisty pu?ci? si? znowu i na ma?? chwil? ocuci? powsta?ca.</strong></p>
<p><strong>Powieki jego, zaci?ni?te przez ból i pop?och ?miertelny, d?wign??y si? i oczy po raz ostatni zobaczy?y ob?oki. Usta mu drgn??y i wymówi?y do tych chmur szybko p?dz?cych ostatni? my?l</strong></p>
<p><strong>&#8220;&#8230;Odpu?? nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom&#8230;&#8221;</strong></p>
<p><strong>Wielka nadzieja nie?miertelno?ci ogarn??a umieraj?cego, niby przestrze? bez ko?ca. Z t? nadziej? w sercu umar?. G?owa jego wygniot?a w b?ocie do?ek, do którego teraz sp?ywa? pocz??y male?kie strumyki i tworzy?y coraz wi?ksz? ka?u??. Krople, trzepi?c w ni?, wzbija?y du?e, wysoko wzd?te ba?ki, rozpryskuj?ce si? w nico?? tak szybko i zupe?nie, jak ludzkie ?wi?te z?udzenia. Zabity ko? styg? szybko na zimnie, a pozosta?y przy ?yciu szarpa? si? w zaprz?gu tak gwa?townie, jakby go kto smaga? rzemiennym batem. Nagle pochyli? si? przez dyszel, przez martwego towarzysza i obw?cha? g?ow? Winrycha. Skoro poczu? trupa, ?lepie mu krwi? nabieg?y, grzywa na karku wzburzy?a si? dziko, szarpn?? si? w ty?, potem cisn?? naprzód ca?ym korpusem, bi? nogami w ziemi? i wierzga? na wszystkie strony w takiej furii, ?e tylna jego noga wpad?a mi?dzy sprychy przedniego ko?a wozu. Szarpn?? j? z ca?ej mocy i okropnie z?ama? powy?ej p?ciny. Ból wprawi? go we w?ciek?o?? tym wi?ksz?. Rozjuszony, w?ciek?ymi skokami rzuca? si? pocz??. Ko?? p?k?a na dwoje w taki sposób, ?e ostry i jak nó? ?piczasty jej kawa?ek przebi? skór? i coraz bardziej, wskutek targania, j? okrawa?.</strong></p>
<p><strong>Dopiero nazajutrz rano pluchota bi? przesta?a, cho? wiatr wcale nie ucich?. Chmury lecia?y wysoko, poprzedzielane g??biami cieniów o kszta?tach dziwacznych. Pod wiatr i jakby na spotkanie ob?oków ci?gn??y ju? stadami, ju? pojedynczo kruki i wrony. Podmuchy wichrów odnosi?y je i odpycha?y na powrót, nieraz zabawnie wy?amywa?y im skrzyd?a do góry albo kamieniem ciska?y ku ziemi. Nad padlin? w polu le??c? ptactwo kr??y? pocz??o, zni?a?o lot usilnie i po d?ugim mocowaniu si? z wichur? siada?o na zagonach z daleka.</strong></p>
<p><strong>Ko? ?yj?cy wci?? sta? ze z?aman? nog?, zamkni?t? mi?dzy sprychami. Wyci?gn?? jej dla wielkiego bólu ju? nie usi?owa?. Obna?ona ko?? przy ka?dym poruszeniu zaczepia?a si? o drzewo i kraja?a skór?.</strong></p>
<p><strong>Ujrzawszy wrony, powolnymi kroki, z nogi na nog? post?puj?ce ku wozowi, ko? zar?a?. Zdawa? si? wo?a? na ludzi osiad?ych, na plemi? ludzkie:</strong></p>
<p><strong>- O ludzie nikczemni, o rodzie wyst?pny, o plemi? morderców!&#8230;</strong></p>
<p><strong>Krzyk ten rozlega? si? nad pust? okolic? i gin?? w szalonym g?osie wiatru, tylko na chwil? wstrzymuj?c post?p trupojadów. Wrony z wielk? rozwag?, taktem, statkiem, cierpliwo?ci? i dyplomacj? zbli?a?y si?, przekrzywiaj?c g?owy i uwa?nie badaj?c stan rzeczy. Szczególnie jedna zdradza?a najwi?kszy zasób energii, ??dzy odznaczenia si? czy nienawi?ci. By?o to mo?e zreszt? po prostu nami?tne odczuwanie interesów w?asnego dzióba i ?o??dka, czyli, jak przywykli?my mówi?, odwagi (co &#8220;by?o dawniej paradoksem, ale w nowszych czasach okaza?o si? pewnikiem&#8230;&#8221;). Przymaszerowa?a a? do nozdrzy zabitego konia, z których s?czy? si? jeszcze sopel krwi skrzep?ej, okrytej b?on? rudaw?. Bystre i przenikliwe jej oczy dojrza?y, co nale?y. Wtedy bez namys?u skoczy?a na g?ow? zabitej szkapy, podnios?a ?eb do góry, rozkraczy?a nogi jak drwal zabieraj?cy si? do r?bania, nakierowa?a dziób prostopadle i jak ?elaznym kilofem paln??a nim martwe oko trupa. Za przyk?adem ?mia?ej wrony ruszy?y si? jej towarzyszki. Ta preparowa?a ?ebro, inna szczypa?a nog?, jeszcze inna rozrabia?a ran? w czaszce. Najbardziej przecie? ze wszystkich odznaczy?a si? ta (nale?y jej si? tytu? wrony &#8220;tej miary&#8221;), co zapragn??a zajrze? do wn?trza mózgu, do siedliska wolnej my?li i zupe?nie je ze?re?. Ta wst?pi?a majestatycznie na nog? Winrycha, przemaszerowa?a po nim, dotar?a szcz??liwie a? do g?owy i pocz??a dobija? si? zapami?tale do wn?trza tej czaszki, do tej ostatniej fortecy polskiego powstania.</strong></p>
<p><strong>Nim wszak?e skosztowa?a warcholskiego mózgu i zd??y?a osi?gn?? tak zwany tytu? do s?awy, sp?oszy? j? nowy przybysz, co zbli?a? si? niepostrze?enie, chy?kiem, podobny do du?ej, szarej bestii. Nie by? to wcale poetyczny szakal, lecz cz?owiek ubogi, ch?op z wioski najbli?szej. Na dzia?ku, który odt?d mia? do niego nale?e? na zawsze, znalaz?y si? trupy &#8211; szed? tedy zabra? je stamt?d.</strong></p>
<p><strong>Ba? si? srodze Moskali, tote? prawie pe?za? na czworakach. Pali?a go ??dza poucinania rzemieni i podnieca?a s?odka nadzieja znalezienia jeszcze, pomimo lustracji ?o?nierskiej, ?elastwa, postronków i odzie?y na trupie. Stan?wszy wreszcie nad zw?okami Winrycha, pocz?? kiwa? g?ow? i wzdycha? &#8211; potem ukl?k? na ziemi, zdj?? kaszkiet, prze?egna? si? i zmówi? g?o?no pacierz.</strong></p>
<p><strong>Wyrzek?szy ostatnie amen, ju? z b?yskiem po??dliwo?ci w oczach, rzuci? si? przede wszystkim do kieszeni i zanadrza i pocz?? szuka? trzosa. Nic tam ju? nie znalaz?. Obdar? tedy trupa z sukmany, szmat zgrzebnych, zzu? mu buty, zabra? nawet zb?ocone onuczki, owin?? tymi ?achmanami cz??? broni i szybko si? w oddali?. Po up?ywie godziny wróci?, aby zabra? reszt? zdobyczy. Oko?o po?udnia przyprowadzi? par? koni i wyprz?g? konia kalek?. Obejrzawszy jak najstaranniej jego przetr?con? nog?, przyszed? do wniosku, ?e jest zepsut? zupe?nie. Trzeba by?o szkap? na nic niezdatn? udusi?. Za?o?y? jej te?, nie zwlekaj?c, link? na kark, przywi?za? j? do wagi od orczyków, wlok?cej si? za par? jego koni, plun?? w gar?? i pop?dzi? je, tn?c z ca?ej mocy. Konie nagle szarpn??y, p?tlica zdusi?a gardziel skaza?ca i zwali?a go na ziemi?. Za chwil? jednak moriturus zerwa? si? i pobieg? cwa?em za ci?gn?c? go par?, st?paj?c ostrym szpicem nagiej piszczeli po b?ocie i po kamieniach.</strong></p>
<p><strong>Ch?op spojrza? i a? zakry? sobie oczy z obrzydzenia. Zaraz odwi?za? link? i da? pokój egzekucji. Zaprz?g? konie do wozu i odjecha?. Po po?udniu zjawi? si? z kozikiem i zdj?? skór? z konia zastrzelonego przez u?anów. Zosta?a tylko do wzi?cia skóra na koniu jeszcze ?ywym. Ch?opowina medytowa?, roztrz?sa? spraw? i rozpatrywa? j? z rozmaitych punktów. Móg?by zdechlaka zarzn?? kozikiem i za?atwi? ca?? rzecz za jednym zamachem, ale nie chcia?o mu si? &#8220;papra?&#8221; moralnie i fizycznie. Z drugiej strony &#8211; ba? si? nie na ?arty, aby kto? w nocy nie zakrad? si? cichaczem, nie zat?uk? szkapy i skóry z niej nie ?ci?gn??. Koniec ko?ców, tkni?ty jakim? skrupu?em, rzek? do le??cej:</strong></p>
<p><strong>- Ej &#8211; a dychaj se tu&#8230; I tak na jutro na rano kopyta wyci?gniesz. Spracowa?em si?. Pan Jezus mi?osierny pob?ogos?awi? mnie grzesznemu&#8230; Mo?e i nikt nie widzia?, mo?e i nie przyjdzie po skór?. Dobre i to. Dychaj se tu, niebogo, dychaj&#8230;</strong></p>
<p><strong>Na uboczu wzgl?dnie do tego kierunku, w jakim zd??a? Winrych, by?y w równym polu do?y kartoflane. Poniewa? okaza?o si?, ?e grunt przepuszcza? wod? do wn?trza tych dworskich piwnic zimowych, wi?c przeniesiono je w inne miejsce, a jamy owe chwastem zaros?y. Krzaki berberysu zagai?y ich dno i ?ciany. Belki ocembrowania pozapada?y si? wraz z bry?ami gliny, tworz?c lochy i katakumby, pe?ne teraz wodnistego b?ota. Do jednej z tych dziur zaci?gn?? w?o?cianin nad wieczorem trupa powsta?ca i zw?oki konia obdartego ze skóry. Zepchn?? je pospo?u do jednego lochu, uwik?a? ?erdzi? mi?dzy dylami i zielskiem i narzuci? z wierzchu troch? gliny, aby tego ?eru wrony nie wytropi?y.</strong></p>
<p><strong>Tak bez wiedzy i woli zem?ciwszy si? za tylowieczne niewolnictwo, za szerzenie ciemnoty, za wyzysk, za ha?b? i za cierpienie ludu, szed? ku domowi z odkryt? g?ow? i z modlitw? na ustach. Dziwnie rzewna rado?? zst?powa?a do jego duszy i ubiera?a mu ca?y widnokr?g, ca?y zakres umys?owego obj?cia, ca?? ziemi? barwami cudnie pi?knymi. G??boko, prawdziwie z ca?ej duszy wielbi? Boga za to, ?e w bezgranicznym mi?osierdziu swoim zes?a? mu tyle ?elastwa i rzemienia&#8230;</strong></p>
<p><strong>Nagle w ?miertelnej ciszy jesiennego zmroku przelecia?o nad ziemi? rozpaczliwe ko?skie r?enie. Ch?op si? zatrzyma? i nakrywszy oczy d?oni? od blasku, patrza? pod zachód s?o?ca.</strong></p>
<p><strong>Na tle zorzy liliowej wida? by?o konia, wspartego na przednich nogach. Miota? ?bem, wykr?ca? go w stron? grobu Winrycha i r?a?.</strong></p>
<p><strong>Trzepa?y si? nad tym ?ywym trupem, wzlatywa?y, spada?y i kr??y?y wron ca?e gromady. Zorza szybko gas?a. Zza ?wiata sz?a noc, rozpacz i ?mier?.</strong></p>
<p class="MsoNormal"><strong> </strong></p>
<p align="center" style="text-align: center"><strong><br />
<!--[if !supportLineBreakNewLine]--><br />
<!--[endif]--></strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p class="MsoNormal"><strong> </strong></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.bajkiopowiadania.com/2006/01/19/rozdziobia-nas-kruki-wrony-stefan-zeromski/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Si?aczka &#8211; Stefan ?eromski</title>
		<link>http://www.bajkiopowiadania.com/2006/01/19/silaczka-stefan-zeromski/</link>
		<comments>http://www.bajkiopowiadania.com/2006/01/19/silaczka-stefan-zeromski/#comments</comments>
		<pubDate>Wed, 18 Jan 2006 23:23:18 +0000</pubDate>
		<dc:creator>matteoraggi</dc:creator>
				<category><![CDATA[Lektury i literatura szkolna]]></category>
		<category><![CDATA[Opowiadania]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.bajkiopowiadania.com/?p=36</guid>
		<description><![CDATA[Si?aczka W nie najlepszym humorze powróci? do domu doktór Pawe? Obarecki z winta, za po?rednictwem którego sk?ada? uroczy?cie ?yczenia ksi?dzu plcbanowi wraz z aptekarzem, poczciarzem i s?dzi? w ci?gu o?mnastu godzin z rz?du. Powróciwszy, drzwi gabinetu zamkn?? tak szczelnie, aby si? do niego nikt, nie wy??czaj?c dwudziestoczteroletniej gospodyni, wedrze? nie móg? &#8211; usiad? przy stoliku [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<h1 />
<h1 align="center" style="text-align: center"><span style="font-size: 14pt; color: #0033cc">Si?aczka</span></h1>
<p>W nie najlepszym humorze powróci? do domu doktór Pawe? Obarecki z winta, za po?rednictwem którego sk?ada? uroczy?cie ?yczenia ksi?dzu plcbanowi wraz z aptekarzem, poczciarzem i s?dzi? w ci?gu o?mnastu godzin z rz?du. Powróciwszy, drzwi gabinetu zamkn?? tak szczelnie, aby si? do niego nikt, nie wy??czaj?c dwudziestoczteroletniej gospodyni, wedrze? nie móg? &#8211; usiad? przy stoliku i wpatrywa? si? przede wszystkim z uporem w okno, bez ?adnego zreszt? wyra?nego powodu, nast?pnie za? zaj?? si? b?bnieniem palcami po stole. Czu? najwyra?niej, ?e opanowywa? go zaczyna &#8220;metafizyka&#8221;.</p>
<p>Wiadom? jest rzecz?, ?e cz?owiek kultury, wyrzucony &#8216;przez p?d od?rodkowy niedostatku z ogniska ?ycia umys?owego do Klwowa, Kurozw?k lub &#8211; jak doktór Obarecki &#8211; do Obrzyd?ówka, podlega z up?ywem czasu, wskutek d?d?ów jesiennych, braku ?rodków komunikacji i absolutnej niemo?no?ci mówienia w ci?gu sezonów ca?ych &#8211; stopniowemu przeistaczaniu si? w twór mi?so?erno-ro?lino?erny, wch?aniaj?cy nadmiern? ilo?? butelek piwa i poddany atakom nudy, os?abiaj?cej a? do takiego stanu, jaki graniczy z usposobieniem poprzedzaj?cym wymioty. Zwyczajn? nud? ma?omiasteczkow? po?yka si? bezwiednie, jak bezwiednie zaj?c po?yka jajka tasiemca rozproszone na trawie przez psy. Od chwili zagnie?d?enia si? w organizmie b?blowca: &#8220;najzupe?niej mi jest wszystko jedno&#8221; &#8211; zaczyna si? w?a?ciwie proces umierania. Doktór Pawe?, w epoce jego ?ycia, o której mówi?, zjedzony ju? by? przez Obrzyd?ówek wraz z mózgiem, sercem i energi? &#8211; zarówno potencjonaln?, jak kinetyczn?. Do?wiadcza? nieprzezwyci??onego wstr?tu do czytania, pisania oraz rachowania, móg? ca?ymi godzinami spacerowa? po gabinecie lub le?e? na szezlongu cho?by z nic zapalonym papierosem w z?bach, w t?sknym, dokuczliwym i bolesnym niemal oczekiwaniu na co?, co si? sta? musi, na kogo?, kto musi nadej??, mówi? cokolwiek, cho?by koz?y przewraca?, w nat??onym ws?uchiwaniu si? w szmery i szelesty zwiastuj?ce przerwanie ciszy, która d?awi i przygniata niejako do ziemi. Szczególniej dokucza?a mu zazwyczaj jesie?. W ciszy jesiennego popo?udnia, zalegaj?cej Obrzyd?ówek od przedmie?cia do przedmie?cia, by?o co? bolesnego, co?, co poduszcza?o do wo?ania o pomoc. Mózg, opleciony niby mi?kkim prz?dziwem paj?czyny, wypracowywa? my?li czasami nies?ychanie pospolite, a niejednokrotnie &#8211; stanowczo do niczego niepodobne.</p>
<p>Gwizdanie i dysertacje z gospodyni?, raz przyzwoitsze (o nies?ychanej na przyk?ad wy?szo?ci pieczonego prosi?cia nadzianego kasz? tatarczan?, rozumie si?, bez majeranku, nad takim?e prosi?ciem nadzianym innymi substancjami), kiedy indziej za? ohydnie nieprzystojne &#8211; stanowi?y jedyn? rozrywk?. Wytoczy si?, bywa?o, na po?ow? niebios chmura z potwornymi odnogami w kszta?cie ?ap tytanicznych i bury jej k??b zawi?nie bezw?adnie, nie mog?c rozwia? si? w przestwór i gro??c zawaleniem si? na Obrzyd?ówek i dalekie, puste pola. Od chmury tej leci niesiona przez wiatr uko?nie mg?a kropelek, które osiadaj? na szybach w postaci kryszta?ków, sprawiaj?c w szumie wiatru szelest odr?bny a przejmuj?cy, jakby obok, gdzie? za w?g?em domu ?ka?o dziecko dobywaj?ce resztki j?ku. Daleko na miedzach stoj? pozbawione li?ci samotne gruszki polne, miotaj? si? ich ga??zie, deszcz je siecze&#8230; My?l zbiera?a z tego krajobrazu smutek, w którym by?o co? chronicznie kataralnego i mglisto, niejasno, bezwiednie wyczuwan? trwog?. Ten w?a?nie nastrój kataralno-melancholijny sta? si? nastrojem dominuj?cym i rozci?ga? si? na sezony letnie i wiosenne. Zagnie?dzi? si? w duszy doktora smutek zjadliwy a nie maj?cy ?adnej podstawy. Za nim nadci?gn??o lenistwo nieopisane, lenistwo zabójcze, wytr?caj?ce z r?k ofiary nawet nowele Alexisa.</p>
<p>&#8220;Metafizyka&#8221;, jakiej doktór Pawe? do?wiadcza? ostatnimi czasy raz, czasami dwa razy do roku &#8211; to kilka godzin ?wiadomego samobadania bystro, z szalon? gwa?towno?ci? nap?ywaj?cych wspomnie?, niecierpliwego zbierania strz?pów wiedzy, szamotania si? granicz?cego z w?ciek?o?ci?, szlachetnych porywów przywalonych glin? bezczynno?ci, rozmy?la?, wybuchów goryczy, postanowie? niez?omnych, ?lubów, zamiarów&#8230; Wszystko to, rozumie si?, nie prowadzi?o do ?adnej zmiany na lepsze i przemija?o, jako pewna miara czasu mniej lub wi?cej dotkliwego cierpienia. Z &#8220;metafizyki&#8221; mo?na si? by?o wyspa? jak z bólu g?owy, by wsta? nazajutrz z umys?em od?wie?onym, energiczniejszym i uzdolnionym lepiej do podj?cia zwyczajnego jarzma nudów oraz zu?ywania wszystkiej energii mózgu na wymy?lanie najsmaczniejszego jad?a. Endemia &#8220;metafizyki&#8221; wskazywa?a jednak naszemu doktorowi, ?e w jego egzystencji ro?linnej, najedzonej, niejako nasyconej filozofi? mocnego, zdrowego rozs?dku, kryje si? jaka? rana nieuleczalna, niewidoczna, a dolegaj?ca nad wyraz, niby ranka nad próchniej?c? ko?ci?.</p>
<p>Doktór Obarecki przyby? do Obrzyd?ówka przed sze?cioma laty, zaraz po uko?czeniu studiów, z umys?em rozwidnionym zorz? niewielu wprawdzie, ale nadzwyczajnie po?ytecznych my?li, tudzie? z kilkoma rublami w kieszeni. Mówiono podówczas bez przerwy o konieczno?ci osiedlania si? w lasach i Obrzyd?ówkach. Pos?ucha? aposto?ów. By? ?mia?y, m?ody, szlachetny i energiczny. W pierwszym zaraz po osiedleniu si? miesi?cu wyda? niebacznie wojn? aptekarzowi i felczerom miejscowym, uzdrawiaj?cym za pomoc? ?rodków wkraczaj?cych w dziedzin? misterii. Aptekarz obrzyd?owski, &#8220;eksploatuj?c sytuacj?&#8221; (do najbli?szej aptek? przez cywilizacj? obdarzonej miejscowo?ci by?o mil pi??) &#8211; nak?ada? haracz na jednostki pragn?ce powróci? do zdrowia dzi?ki jego olejom, balwierze za? wybudowali, trzymaj?c si? z farmaceut? za r?ce, wspania?e domostwa; w &#8220;kacabajach&#8221; nied?wiadkami podbitych chadzali, zachowuj?c na obliczach wyraz takiej powagi, jak gdyby w ka?dej chwili ?ywota prowadzili ksi?dza plebana na procesji Bo?ego Cia?a.</p>
<p>Gdy delikatne i ogl?dne perswazje, skierowane do farmaceuty a wypowiadane patetycznie z rozmaitych &#8220;punktów widzenia&#8221;, traktowane by?y jako idylle m?odzie?cze i skutku ?adnego nie odnios?y &#8211; doktór Obarecki uzbierawszy nieco grosza kupi? apteczk? podr?czn? i zabiera? j? ze sob? jad?c do chorych na wie?. Sam przygotowywa? na miejscu lekarstwa, udziela? ich za bezcen, je?eli nie za darmo, uczy? higieny, bada?, pracowa? z fanatyzmem, z uporem, bez snu i odpoczynku. Rzecz prosta, ?e natychmiast po rozej?ciu si? wie?ci o apteczkach przeno?nych, udzielaniu pomocy za darmo i tym podobnych punktach widzenia &#8211; wybito mu wszystkie szyby, jakie istnia?y w ubogim mieszkaniu. Poniewa? za? Borach Pokoik, jedyny szklarz w Obrzyd?ówku, odprawia? w owym czasie ?wi?to Kuczek &#8211; trzeba by?o okna wyklei? bibu?? i czuwa? noc? z rewolwerem w prawicy. Wprawione wreszcie szyby wybito powtórnie i wybijano je odt?d periodycznie a? do chwili sprawienia d?bowych okiennic. Rozpuszczono mi?dzy ludno?ci? miasteczka wie??, jakoby m?ody doktór obcowa? z duchami ciemno?ci, oczerniono go w opinii inteligencji okolicznej jako nies?ychanego nieuka, odci?gano przemoc? chorych zmierzaj?cych do jego mieszkania, wyprawiano w majowe wieczory kocie muzyki itp. M?ody doktór nie zwraca? na to wszystko uwagi, ufaj?c w zwyci?stwo prawdy. Zwyci?stwo prawdy nie nast?pi?o. Nie wiadomo dlaczego&#8230; Ju? po up?ywie roku doktór poczu?, ?e jego energia staje si? z wolna &#8220;dziedzictwem robaków&#8221;. Zetkni?cie bliskie z ciemn? mas? ludu rozczarowa?o go nad wyraz: jego pro?by, namowy, istne prelekcje z zakresu higieny upada?y jak ziarna na opok?. Robi?, co tylko móg? &#8211; na pró?no! Szczerze mówi?c &#8211; trudno nawet wymaga?, aby cz?owiek nie maj?cy butów na zim?, wygrzebuj?cy w marcu z cudzych pól zgni?e, zesz?oroczne kartofle w celu czynienia sobie z nich podp?omyków, miel?cy na przednówku kor? olszow? na m?k?, aby tej domiesza? do zbyt szczup?ej miary m?ki ?ytniej, gotuj?cy kasz? z niedojrza?ego ziarna, nabranego o ?wicie &#8220;sposobem kradzionym&#8221; &#8211; móg? zreformowa? w sensie dodatnim zaniedbane zdrowie swoje pod wp?ywem cho?by najzrozumialej wy?o?onych praw zdrowotno?ci. Nieznacznie doktorowi zacz??o by? &#8220;wszystko jedno&#8221;&#8230; Jedz? zgni?e kartofle &#8211; có? pocz?? &#8211; niechaj jedz?, je?eli im smakuj?. Mog? nawet jada? surowe &#8211; to trudno&#8230;</p>
<p>Ludno?? ?ydowska miasteczka leczy?a si? u marzyciela, poniewa? nie odstrasza?y jej duchy ciemno?ci, a zach?ca?a nadzwyczajna tanio?? &#8220;medycyny&#8221;.</p>
<p>Pewnego pi?knego poranku doktór skonstatowa?, ?e ów p?omyczek nad jego g?ow?, z którym tu przyszed? i którym chcia? rozwidni? dro?yn? swoj? &#8211; zgas?. Zgas? sam przez si? &#8211; wypali? si?. Wówczas apteczka podr?czna zosta?a na klucz do szafy zamkni?ta i doktór sam jedynie z niej korzysta?.</p>
<p>Co za m?czarnia jednak da? si? pokona? farmaceucie i balwierzom, usta?, zako?czy? wojny obrzyd?owskie zamkni?ciem apteczki do szafy!</p>
<p>Zwyci?zcami maj? prawo si? okrzykn?? i zbiera? ?upy, lecz nie oni go pokonali: sam si? pokona?. Zadusi? proste i wysokie my?li i uczynki mo?e dlatego, ?e si? w jad?o zbytecznie wdawa? zacz?? &#8211; do??, ?e zadusi?. Co? tam jeszcze robi?, leczy? my?l?c -me mia? ju? jednak nikt z ca?ej jego ówczesnej &#8220;dzia?alno?ci&#8221; za pó? papierosa po?ytku.</p>
<p>W okolicznych siedzibach pa?skich przemieszkiwali dziwnym zbiegiem okoliczno?ci sami troglodyci &#8220;z dziada pradziada&#8221;, którzy doktorów w ogóle traktowali w sposób cokolwiek niewspó?czesny. Jednemu z nich z?o?y? doktór Pawe? wizyt?, co by?o pomys?em chybionym, poniewa? troglodyta przyj?? go u siebie w gabinecie, siedzia? podczas wizyty w kamizelce i jad? spokojnie szynk? kraj?c j? scyzorykiem. Doktór poczu? w sobie nap?yw ducha demokratyzmu, powiedzia? pó?hrabi co? cierpkiego i nie sk?ada? wi?cej wizyt w okolicy.</p>
<p>Pozosta? tedy do wymiany my?li ksi?dz proboszcz i s?dzia. Obcowa? jednak zbyt cz?sto z plebanem &#8211; markotnie jest nieco; s?dzia za? by? cz?owiekiem mówi?cym rzeczy, których zupe?nie nie mo?na by?o poj?? &#8211; pozosta?a tedy w?a?ciwie samotno??. Aby unikn?? z?ych nast?pstw absolutnego przebywania z samym sob?, usi?owa? zbli?y? si? do przyrody, odzyska? spokój, harmoni? wewn?trzn?. ducha, poczucie si?y i odwagi, wynalaz?szy te ?elazne ogniwa, jakie cz?owieka zespalaj? z przyrod?. ?adnych jednak ogniw ?elaznych nie odnalaz?, pomimo ?e b??ka? si? po polach, dociera? nawet do por?b w lesie i zagrz?z? pewnego razu w bagnie na pastwisku.</p>
<p>P?aski krajobraz otacza?o zewsz?d sinawe pasmo lasu. Bli?ej, na wydmuchach szarego piasku, ros?y samotne chojaki, a naokó? ci?gn??y si? nie wiedzie? do kogo nale??ce zagony. Pastwiska poros?e &#8220;kozic?&#8221; i ?ó?tawymi trawami, umieraj?cymi przedwcze?nie, jakby do rozwoju ga?eczek zieleni w ich p?dach zabrak?o ?wiat?a &#8211; stanowi?y jedyne upi?kszenie Obrzyd?ówka. Zdawa?o si?, ?e s?o?ce o?wietla to pustkowie po to jedynie, aby okaza? jego bezp?odno??, nago?? i pos?pno??&#8230;</p>
<p>Brzegiem drogi, okrytej brudnym piaskiem, porytej wybojami i wygrodzonej ruinami p?otu, wlók? si? codziennie biedny doktór z parasolem&#8230; Droga ta nie prowadzi?a, zdawa?o si?, do ?adnych osad ludzkich, rozszczepia?a si? bowiem w?ród pastwiska na kilkana?cie ?cie?ek i gin??a mi?dzy kretowiskami. Zjawia?a si? znowu dopiero na szczycie wydmy piaszczystej w postaci dwu trójk?tnych wy??obie? w piasku i sz?a w las kar?owatych sosenek.</p>
<p>Jaka? niecierpliwa z?o?? ogarnia?a doktora, gdy patrzy? na ten krajobraz, i po?era?a mu spokój nieokre?lona obawa&#8230;</p>
<p>Lata up?ywa?y. Zarz?dzono z inicjatywy ksi?dza plebana zgod? mi?dzy aptekarzem a doktorem, gdy skonstatowano dodatnie zjawisko &#8220;och?oni?cia&#8221; tego ostatniego. Antagoni?ci zacz?li odt?d wspólnie &#8220;ora?&#8221; w wincie, cho? doktór z obrzydzeniem zawsze patrzy? na farmaceut?. Stopniowo i obrzydzenie nieco si? zmniejszy?o. Zacz?? chodzi? z wizyt? do aptekarza i emablowa? jego ?on?. Pewnego razu przerazi? si? nawet wynikiem analizy w?asnego serca, która okaza?a, ?e zdolnym jest do platonicznego rozmi?owania si? w pani aptekarzowej, damie t?pej umys?owo jak siekiera do r?bania cukru, gotowej da? si? ukrzy?owa? za przekonanie, zupe?nie nawet bezzasadne, ?e jest wiotk?, powabn? i niebezpieczn?, i opowiadaj?cej z przedziwnym zapa?em, a bez przerwy, o grzechach g?ównych swojej pokojówki. S?ucha? doktór Pawe? ca?ymi godzinami wymowy pani Anieli, zachowuj?c na obliczu u?miech md?o uprzejmy, taki w?a?nie u?miech, jaki ogl?da? mo?na na ustach m?odzie?ca emabluj?cego grono pi?knych dam, w chwili gdy mu najstraszliwiej dokucza ból z?bów.</p>
<p>Do czynów bohaterskich w zakresie demokratyzacji w Obrzyd?ówku poj??, cho?by w imi? zno?niejszego przep?dzania czasu, nie by? ju? zdolnym. Za ?adn? cen? nie by?by sk?ada? wizyt rze?nikom, jak to zamierza? swojego czasu; je?eli móg? rozmawia?, to jedynie z lud?mi b?d?cymi w jakiej takiej kulturze.</p>
<p>Wówczas to nie tylko ju? energia ulega?a zniszczeniu &#8211; znik?o i poszanowanie dla wszelkiej my?li szerszej. Z wielkich widnokr?gów, ledwie daj?cych si? zmierzy? rozmarzonymi oczyma, zosta? widnokr?g tak dalece ma?y, ?e mo?na go by?o zakre?li? ko?cem modnego kamaszka. Na rozbrzmiewaj?ce po artyku?ach szukanie &#8220;prawdy jasnego promienia i nowych, nie odkrytych dróg&#8221; zapatrywa? si? w pocz?tkach umierania z gorycz?, ?alem, zawi?ci?, nast?pnie &#8211; z ostro?no?ci? cz?owieka maj?cego pewien zasób do?wiadczenia, pó?niej z niedowierzaniem, wkrótce potem z pó?u?miechem, potem ze zdecydowanym lekcewa?eniem, a koniec ko?ców nie zapatrywa? si? wcale, poniewa? by?o mu najzupe?niej wszystko jedno. Leczy? wed?ug wskazówek rutyny, praktyk? jak? tak? wyrobi? sobie zdo?a?, przywyk? jako? do Obrzyd?ówka, do samotno?ci, do nudy nawet, do prosi?t pieczonych, i nie kwapi? si? bynajmniej do ogniska ?ycia umys?owego.</p>
<p>Zasad?, do której, niby do wspólnego mianownika, sprowadza?y si? czyny i my?li doktora Obareckiego, sta?a si? ta: &#8211; dawajcie pieni?dze i wyno?cie si?&#8230;</p>
<p>A jednak w chwili, gdy siedzia? po powrocie z imienin ksi?dza proboszcza, zaj?ty b?bnieniem palcami po stole, &#8220;metafizyka&#8221; opanowywa?a go z dawn? si??. Ju? podczas jakiej? szesnastej godziny wintowej doktór czu? si? niedobrze. Wywo?a? to aptekarz znowu, który zacz?? ni z tego, ni z owego studiowa? Histori? powszechn? Cezara Cantu (w przek?adzie Leona Rogalskiego) i wyrobiwszy w sobie bardzo radykalny pogl?d na dzia?alno?? Aleksandra VI, w bezwyznaniowo?? jakoby popad?.</p>
<p>Doktór Obarecki wiedzia? a? nadto dobrze, dlaczego farmaceuta dysputami destrukcyjnymi rozbestwia ksi?dza proboszcza; przeczuwa?, ?e s? to preludia do zbli?enia si?, zaprzyja?nienia na mocy jedno?ci pogl?dów&#8230; Przeczuwa?, ?e odwiedzi go kiedykolwiek, b?dzie, z daleka zachodz?c, wskazywa? umiej?tnie na brak kapita?u, ?ród?o &#8220;stagnacji&#8221;, a zni?ywszy loty do spraw obrzyd?owskich wyka?e, ile by oni dwaj, trzymaj?c si? za r?ce, korzy?ci spo?ecze?stwu przynie?li: jeden pisaniem recept na ?okcie, drugi eksploatowaniem sytuacji&#8230; Kto wie &#8211; mo?e zaproponuje szczerze i otwarcie, &#8220;nó?ki k?ad?c na stó?&#8221;, za?o?enie czysto wekslowej spó?ki, której celem b?dzie wspólne maszerowanie w tonie gnojówki. Przeczuwa? tak?e doktór, ?e nie b?dzie mia? si?y do zako?czenia propozycji aptekarzowych nakr?caniem mu z lekka ko?ci policzkowej, poniewa? nie wiedzie? w imi? czego ko?? t? nakr?ca?&#8230; Przypuszcza? nawet, ?e spó?ka ta stanie &#8211; któ? wie&#8230; Gorycz zala?a mu serce. Co si? sta?o, jakim sposobem a? dot?d zaszed?, dlaczego nie wyrywa si? z tego b?ota, czemu jest leniuchem, marzycielem, refleksjonist?, psowaczem w?asnych my?li, karykatur? wstr?tn? samego siebie?&#8230;</p>
<p>I zacz??o si?, podczas wpatrywania si? w okno, nadzwyczajnie szczegó?owe, pilne, badawcze, bezlitosne i subtelne ogl?danie w?asnej bezsilno?ci. ?nieg pada? wielkimi p?atkami, przes?aniaj?c smutny krajobraz zimow? mg?? i zmrokiem.</p>
<p align="center" style="text-align: center">* * *</p>
<p>Chimeryczn? a bezp?odn? gonitw? my?li przerwa?y nagle wykrzykniki gospodyni, usi?uj?cej przekona? kogo?, ?e doktora w domu nie ma. Doktór jednak wyszed? do kuchni, aby rozerwa? pasmo m?cz?cych go my?li.</p>
<p>Ogromny ch?op w ?ó?tym ko?uchu zmiót? &#8220;w?ciek?? czap?&#8221; py? spod jego nóg w g??bokim pok?onie, odgarn?? pi??ci? w?osy z czo?a. wyprostowa? si? i zamierza? rozpocz?? oracj?.</p>
<p>- Czego? &#8211; zapyta? doktór.</p>
<p>- A to, wielmo?ny doktorze, so?tys mi? tu przys?a?&#8230; &#8211; Po co?</p>
<p>- A po wielmo?nego doktora. &#8211; Kto chory?</p>
<p>- Nauczycielka ta u nas we wsi zachorza?a. spar?o j? cosi. Prcyszed? so?tys&#8230; jed?cie, pada, Ignacy, do Obrzyd?ówka po wielmo?nego doktora, mo?e, pada&#8230;</p>
<p>- Pojad?. Konie dobre?</p>
<p>- A konie ta, jak konie: ?warne gady.</p>
<p>Podoba?a si? doktorowi my?l jazdy, zm?czenia si?, cho?by nawet niebezpiecze?stwa. Wdzia? z nag?ym o?ywieniem grube buty, ko?uszek, futro, którym mo?na by by?o otuli? wiatrak, pasem si? opasa? i wyszed? przed dom. &#8220;Gady&#8221; ch?opskie niewielkie by?y, ale okr?g?e, wypasione &#8211; was?g olbrzymi na saniach, s?om? wy?adowany i okryty kilimkiem. Zanurzy? si? w s?om?, otuli?, ch?op przysiad? bokiem na przednim siedzeniu, odmota? parciane lejce z k?onicy, konie zaci??. Pomkn?li.</p>
<p>- Daleko to? &#8211; zagadn?? doktór.</p>
<p>- B?dzie ta mo?e z trzy mile, mo?e nie ma&#8230; &#8211; Nie zb??dzisz?</p>
<p>Ch?op obejrza? si? z u?miechem ironicznym. &#8211; Któ?&#8230; j a?</p>
<p>Wiatr d?? w polu przejmuj?cy. Niekute, uko?ne, ledwo ociosane siekier? sanice wrzyna?y si? w g??boki, ?wie?o spad?y ?nieg, odwracaj?c na bok bia?e jego skiby. Drog? zanios?o.</p>
<p>Ch?op &#8220;w?ciek?? czap?&#8221; na bok przechyli? i zaci?? konie. Doktór czu? si? dobrze. Min?wszy lasek, który zdawa? si? ton?? w ?niegu, wyjechali na pusty, bezludny przestwór, oprawny w ramy lasu, ledwie widzianego na kra?cu widnokr?gu. Zmrok zapada?, powlekaj?c ten nagi i surowy obraz pustkowia niebieskawym kolorytem, który ciemnia? nad lasem. Grudki zbitego ?niegu wyrzucane kopytami koni przelatywa?y ko?o uszu doktora. Nie wiedzie? czemu chcia?o mu si? stan?? na saniach i wo?a? po ch?opsku, z ca?ych si? w ten g?uchy, niemy, niesko?czony przestwór, urzekaj?cy ogromem jak przepa??. Nachyla?a si? szybko noc dzika i ponura, noc pól nie zamieszkanych.</p>
<p>Wiatr si? wzmóg?, da? jednostajnie, z hukiem przechodz?cym od czasu do czasu w g?uche largo; ?nieg zacina? z boku.</p>
<p>- Strze?cie drogi, gospodarzu, bo mo?e by? ?le &#8211; zauwa?y? doktór kryj?c nos w futro.</p>
<p>- A no, malu?kie! &#8211; wrzasn?? ch?op na konie zamiast odpowiedzi.</p>
<p>G?os ten ledwo ju? mo?na by?o dos?ysze? w wichrze. Konie bieg?y w cwa?.</p>
<p>Zamie? rozszala?a si? nagle. Ba?wanami miota? si? pocz?? wicher, uderza? w sanie, skowycza? mi?dzy sanicami, t?umi? oddech. S?ycha? by?o parskanie koni, lecz ani ich, ani furmana doktór nie móg? dostrzec. K??by ?niegu, zdzierane z ziemi przez wiatr, lecia?y jak stado koni i s?ycha? by?o niby t?tent ich tytanicznych skoków; chwilami wywiera?o si? z ziemi piek?o huku i sz?a ta melodia uderza? wszystk? pot?g? tonów w chmury, ?ama? je i upada? nagle z ?oskotem. Wtedy rozpryska?o si? w puch pos?anie ?niegowe i otacza?o podró?nych naszych wiruj?cymi s?upami. Wydawa?o si?, ?e jakie? potwory zataczaj? w szalonym ta?cu olbrzymie ko?a, ?e doganiaj? z ty?u, zabiegaj? z przodu, z boku i sypi? po szczypcie ?niegu na sanie. Gdzie? najwy?ej, w zenicie, uderza? niby wielki, rozko?ysany dzwon przeci?gle, g?ucho, jednostajnie.</p>
<p>Doktór poczu?, ?e nie jad? ju? po drodze; sanie posuwa?y si? z wolna, uderzaj?c ko?cami sanic o grzbiety zagonów.</p>
<p>- Gospodarzu! &#8211; zawo?a? z trwog? &#8211; a gdzie my jeste?my? &#8211; Jad? polem do lasu &#8211; odpowiedzia? ch?op &#8211; w lesie ciszej b?dzie&#8230; pod sam? wie? lasem zajedziemy&#8230;</p>
<p>Rzeczywi?cie wiatr wkrótce ucich? i dawa? si? s?ysze? tylko huk podniebny i trzask ?ami?cych si? ga??zi. Na czarnym tle nocy majaczy?y osypane ?niegiem drzewa. Pr?dzej jecha? nie mo?na by?o, dro?yna bowiem le?na, zawalona zaspami, przeciska?a si? ?ród pniaków i ga??zi. Nareszcie po up?ywie jakiej? godziny, podczas której doktór szczerze namartwi? si? i naobawia?, da?y si? s?ysze? powtarzaj?ce si? g?uche odg?osy: &#8211; psy szczeka?y.</p>
<p>- Nasza wie?, wielmo?ny panie&#8230;</p>
<p>Zamigota?y ?wiate?ka w oddali, podobne do chwiej?cych si? w ró?ne strony punkcików, dym zapachnia?.</p>
<p>- Nu?e, ma?e! &#8211; zawo?a? weso?o na konie wo?nica, rozgrzewaj?c si? za pomoc? obijania boków pi??ciami.</p>
<p>Za chwil? mijali p?dem szereg chat, do strzech zasypanych ?niegiem. Na tle szyb zamarzni?tych okien, od których pada?y na drog? kr?gi ?wiat?a, rysowa?y si? cienie g?ów.</p>
<p>- Wieczerz? ludzie jedz?&#8230; &#8211; bez ?adnej potrzeby zauwa?y? ch?op, przypominaj?c doktorowi czas &#8220;wieczerzy&#8221;, której spo?ywa? dnia tego nie mia? nadziei.</p>
<p>Zatrzyma?y si? konie przed jakim? domostwem; ch?op wprowadzi? doktora Paw?a do sieni i znik?. Namacawszy klamk? doktór wszed? do ma?ej, n?dznej izby, o?wietlonej kagankiem naftowym.</p>
<p>Zgrzybia?a i zgarbiona jak r?czka parasola kobiecina zerwa?a si?, ujrzawszy go, z ?ó?ka, poprawi?a chustk? na g?owie i j??a mruga? powiekami, a wytrzeszcza? czerwone oczy ze ?le tajonym przera?eniem.</p>
<p>- Gdzie chora? &#8211; spyta?. &#8211; Samowar macie?</p>
<p>Stara w przera?eniu swym do s?owa przyj?? nie mog?a. &#8211; Samowar macie, herbaty mo?ecie mi zrobi??</p>
<p>- Jest ten ta samowar&#8230; jeno cukru&#8230; &#8211; Masz tobie! Cukru nie ma?</p>
<p>- A nie ma&#8230; chybaby Walkowa mieli, bo to panienka&#8230; &#8211; Gdzie? ta wasza panienka?</p>
<p>- A dy w stancyi nieboga le?y. &#8211; Dawno chora?</p>
<p>- Pok?ada si? to ta ju? ze dwie niedziele, a teraz ani r?k?, ani nog?. ?cisn??o i pokój.</p>
<p>Uchyli?a drzwi do izby s?siedniej.</p>
<p>- Zaraz! ogrza? si? musz? &#8211; zawo?a? gniewnie doktór zdejmuj?c futro.</p>
<p>Ogrza? si? w tej norze nie by?o trudno: z pieca rozchodzi?o si? takie gor?co, ?e doktór co pr?dzej wsun?? si? do pokoju &#8220;panienki&#8221;. Ma?? t? i nadzwyczajnie ubog? izdebk? o?wietla?a lampa przy?miona, stoj?ca na stole obok wezg?owia chorej. Rysów twarzy nauczycielki nie mo?na by?o rozezna?, gdy? pada? na nie cie? jakiej? du?ej ksi?gi. Doktór zbli?y? si? ostro?nie, lamp? roz?wietli?, usun?? ksi??k? i przygl?da? si? zacz?? pacjentce. By?a to m?oda dziewczyna, pogr??ona we ?nie gor?czkowym. Szkar?atem powleczona by?a jej twarz, szyja, r?ce &#8211; na tle tym zna? by?o jak?? wysypk?. Jasnopopielate, niezmiernie bujne w?osy le?a?y popl?tanymi pasmami na poduszce, wi?y si? na twarzy. R?ce bezwiednie i niecierpliwie szarpa?y ko?dr?.</p>
<p>Doktór Pawe? pochyli? si? a? do samej twarzy chorej i zacz?? nagle mówi? g?osem, który przecina?o i dusi?o przera?enie:</p>
<p>- Panno Stanis?awo, panno Stanis?awo, panno Stanis?awo&#8230; Chora leniwie i z wysi?kiem d?wign??a powieki, lecz zamkn??a je natychmiast. Przeci?ga?a si?, przesuwa?a g?ow? od jednego ko?ca poduszki do drugiego i jako? cicho, bole?nie, g?ucho j?cza?a. Co chwila otwiera?a usta, z wysi?kiem, jak karp, po?ykaj?c powietrze.</p>
<p>Doktór powiód? oczami po nagich, wapnem wybielonych ?cianach izby, dostrzeg? okno ?le opatrzone, przemok?e i zeschni?te trzewiki chorej &#8211; stosy ksi??ek le??ce wsz?dzie: na ziemi, na stoliku, na szafce&#8230;</p>
<p>- Ach, ty szalona, ty g?upia! &#8211; szepta? za?amuj?c r?ce. Gor?czkowo, z trwog? i ?alem zacz?? j? bada?, mierzy? dr??cymi r?kami temperatur?.</p>
<p>- Tyfus&#8230; &#8211; wyszepta? bledn?c.</p>
<p>Z w?ciek?o?ci? ?ciska? sobie gard?o, w którym d?awi?y go, niby zwitki paku?, ?zy niezdolne wyp?yn??. Widzia?, ?e nic jej nie pomo?e, nic nie mo?e pomóc &#8211; roze?mia? si? nagle, wspomniawszy, ?e po tak? chinin? lub antypiryn? trzeba posy?a? do Obrzyd?ówka&#8230; trzy mile. Panna Stanis?awa otwiera?a od czasu do czasu oczy szklane, bezmy?lne, podobne do zastyg?ego pod powiekami p?ynu, i patrzy?a nic nie widz?c przez d?ugie, koliste rz?sy. Wo?a? na ni? najczulszymi nazwami, unosi? jej g?ow? s?abo trzymaj?cy si? na szyi &#8211; na darmo.</p>
<p>Usiad? bezw?adnie na sto?ku i wpatrywa? si? w p?omie? lampy. Oto nieszcz??cie jak wróg ?miertelny zada?o mu ?lepy cios i wlecze teraz bezsilnego do jakiej? mrocznej pieczary, do jakiej? szczeliny bez dna&#8230;</p>
<p>- Co pocz??? &#8211; szepta? dr??c.</p>
<p>Przez szpary okna wdziera? si? ch?ód burzy zimowej i przechodzi? przez izb? jak widmo z?owieszcze. Zdawa?o si? doktorowi, ?e go kto? dotyka, ?e prócz niego i chorej jest w izbie kto? trzeci&#8230;</p>
<p>Wyszed? do kuchenki i zakrzykn?? na s?u??c?, aby mu wo?a?a natychmiast so?tysa.</p>
<p>Stara wdzia?a co tchu olbrzymie buty, okry?a g?ow? &#8220;zapask?&#8221; i zabawnie podskakuj?c znik?a. Wkrótce potem zjawi? si? so?tys.</p>
<p>- S?uchajcie, nie znajdziecie mi cz?owieka, który by pojecha? do Obrzyd?ówka?</p>
<p>- Teraz, panie doktorze, nie pojedzie&#8230; zawieja. Na ?mier? pojedzie&#8230; Psa ci??ko wygna?.</p>
<p>- Ja zap?ac?, wynagrodz?.</p>
<p>- Nie wiem ja&#8230; przepytam si?.</p>
<p>Wyszed?. Doktór Pawe? ?ciska? skronie, które zdawa? si? rozsadza? nap?yw krwi. Przysiad? na skrzynce i o czym? dawnym, dalekim my?la?.</p>
<p>Da?y si? wkrótce s?ysze? kroki: so?tys prowadzi? parobczaka w ko?uszynie przedartej, nie dosi?gaj?cej mu do kolan, w zgrzebnych spodniach, kiepskich butach i czerwonym szaliku &#8211; Ten? &#8211; zapyta? doktór.</p>
<p>- Powiada, ?e pojedzie&#8230; ?mia?ek. Ja konia mog? da?, ale gdzie? to w taki czas&#8230;</p>
<p>- S?uchaj, je?li wrócisz za sze?? godzin, dostaniesz ode mnie dwadzie?cia pi??, trzydzie?ci rubli, dostaniesz&#8230; co chcesz&#8230; s?yszysz?</p>
<p>Ch?opaczyna popatrzy? na doktora &#8211; mia? zamiar co? powiedzie?, ale si? powstrzyma?. Utar? nos palcami, bokiem si? odwróci? i czeka?. Doktór powróci? do stolika nauczycielki i zacz?? pisa?. R?ce mu si? trz?s?y i skaka?y co chwila do skroni. Kombinowa?, pisa?, przekre?la?, dar? papier. Wystosowa? list do aptekarza, prosz?c, aby natychmiast wys?a? konie do miasta powiatowego po tamtejszego lekarza, prosi? o wys?anie mu chininy; nachyla? si? nad chor?, bada? j? jeszcze. Wyszed? wreszcie do kuchni i wr?czy? list ch?opakowi.</p>
<p>- Mój bracie &#8211; mówi? jakim? nieswoim, dziwnym g?osem, k?ad?c r?ce na ramionach wyrostka i wstrz?saj?c nim &#8211; co ko? skoczy, co tchu&#8230; S?yszysz, mój bracie!&#8230;</p>
<p>Ch?opiec sk?oni? mu si? do nóg i wyszed? z so?tysem.</p>
<p>- Ta nauczycielka dawno tu u was we wsi siedzi?&#8230; -zagadn?? doktór Pawe? babin?, przytulon? do komina.</p>
<p>- Trzy zimy!&#8230; jako? bodaj.</p>
<p>- Trzy zimy. Nikt tu z ni? nie mieszka??</p>
<p>- A któ? ta mia?&#8230; ja jeno. Przygarn??o mi? chudzi?tko&#8230; s?u?by, powiada, ju? nie znajdziecie, babko, a u mnie ta roboty niewiele&#8230; aby ta, aby&#8230; Teraz masz: com sobie obiecywa?a, ?e mi trumn? sprawi, to ja&#8230; módl si? za nami grzesznymi&#8230;</p>
<p>Zacz??a niespodziewanie szepta? modlitw?, odcinaj?c wyraz od wyrazu i poruszaj?c wargami jak wielb??d. G?owa jej si? trz?s?a, zmarszczkami wlewa?y si? ?zy do ust bezz?bnych.</p>
<p>- Dobra by?a&#8230;</p>
<p>&#8220;Babka&#8221; zacz??a chlipa? ?miesznie i macha? r?kami, jakby pragn??a doktora od siebie odegna?. Wszed? do pokoju i zacz?? na palcach chodzi? po swojemu, doko?a&#8230; chodzi?, chodzi?&#8230; Zatrzymywa? si? od czasu do czasu przy ?ó?ku i z gniewem, od którego biela?y mu wargi i wyszczerzy?y si? z?by, mówi? do chorej:</p>
<p>- Niem?dra by?a?! Tak ?y? nie tylko nie mo?na, ale i nie warto. Z ?ycia nie zrobisz jakiego? jednego spe?nienia obowi?zku: zjedz? ci? idioci, odprowadz? na powrozie do stada, a je?li si? im oprzesz w imi? swych g?upich z?udze?, to ci? ?mier? zabije najpierwsz?, bo? za pi?kna, zbyt ukochana&#8230;</p>
<p>Jak p?omie? suche drewno, obejmowa?o go dawne, prze?yte, zapomniane uczucie; zjawia?o si?&#8230; porywaj?ce jak niegdy? i zabójczo s?odkie. Wmawia? w siebie, ?e nigdy o niej nie zapomnia?, ?e do tej chwili j? uwielbia? i pami?ta?&#8230; Przypatrywa? si? tej twarzy znajomej z jak?? nienasycon? ciekawo?ci? i cichy, przeszywaj?cy ból wjada? mu si? w serce. Trzy lata tu mieszka?a obok niego &#8211; dowiaduje si? o tym, gdy mu umiera&#8230;</p>
<p>Wszystko, co go spotyka?o tego dnia, wydawa?o mu si? jako dalszy ci?g udr?cze? przymusowo-borsuczego istnienia. Jednocze?nie rozchyla? si? jaki? tajemniczy horyzont, jaki? ocean gin?cy we mg?ach. Po nerwach jego, a? do najdalszych ich ga??zeczek, ?cieka?y zimne dreszcze. Miota? si? jak ?liz na b?otnistym dnie strumienia wychowany, gdy go zanurzy? w wodzie morskiej&#8230;</p>
<p>Tote? ca?ym wysi?kiem rozpaczliwej niecierpliwo?ci uchwyci? si? wspomnie?, uciek? w nie przed niezno?n? rzeczywisto?ci?, zaton?? jak w ob?oku mg?y czerwcowego przed?witu.</p>
<p>Za jak? b?d? cen? pragn?? by? cho?by przez chwil? sam, aby my?le?, my?le?&#8230;</p>
<p>Z pokoju nauczycielki wszed? przez ma?e drzwiczki do du?ej izby, zastawionej ?awkami i stolikami. Tam usiad? w ciemno?ci i niby skupiaj?c ducha, niby obmy?laj?c ?rodki ratunku, zacz?? wspomina?. Oto, co sobie przypomnia?:</p>
<p align="center" style="text-align: center">* * *</p>
<p>Jest ubogim studentem czwartego kursu. Idzie w poranek zimowy do szpitala, tak misternie stawiaj?c nogi, by nie wszyscy przynajmniej widzieli, i dziury w podeszwach tektur? umiej?tnie s? pozatykane. Paltocik ma ciasny jak kaftan wariata, wytarty tak dalece, ?e ?yd letni? por? o?miu za? z?otych da? nie chcia?. Bieda nastraja go pesymistycznie, wtr?ca w jaki? stan ci?g?ego smutku, który jest czym? niesko?czenie wi?kszym ni? nuda przykra, lecz daleko mniejszym ni? cierpienie. Mo?na si? z tego obudzi? natychmiast: do?? jest wypi? kilka szklanek herbaty, zje?? befsztyk &#8211; lecz herbaty nie pi? i obiadu prawdopodobnie je?? nie b?dzie. Biegnie niemal po brunatnym b?ocie z ulicy D?ugiej, aby o trzy kwadranse na dziewi?t? wchodzi? w bram? Ogrodu Saskiego. Tam spotka panienk?, przejdzie obok niej, przyjrzy si? ci??kiemu, d?ugiemu, jasnopopielatemu jej warkoczowi&#8230; Ona nie podniesie oczu, zmarszczy brwi, podobne do prostych a w?skich skrzyde?ek jakiego? ptaka.</p>
<p>Spotyka? j? wówczas w tym samym miejscu codziennie. Sz?a szybko na Krakowskie Przedmie?cie, wsiada?a do tramwaju i jecha?a na Prag?. Nie mia?a wi?cej nad siedmna?cie lat, a wygl?da?a jak stare pannisko, w basz?yku zarzuconym niedbale na futrzan? czapk?, w kaloszach za du?ych troch? na jej ma?e nogi, w niezgrabnej i niemodnej salopce. Nios?a zawsze pod pach? jakie? kajety, arkusze zapisane, ksi??ki, mapy. Raz jeden, czuj?c si? w posiadaniu kilku dziesi?tek przeznaczonych na obiad, postanowi? zbada?, dok?d ona je?dzi. Pu?ci? si? tedy w pogo?, wsiad? do tego samego, dziesi?ciogroszowego przedzia?u, lecz zaraz po zaj?ciu miejsca straci? ca?? odwag?. Nieznajoma zmierzy?a go wzrokiem tak okropnej pogardy, ?e niezw?ocznie wyskoczy? z tramwaju, trac?c tym sposobem wazk? roso?u i nic nie wskórawszy.</p>
<p>Nie czu? jednak do niej ?alu &#8211; tym wy?ej, dalej si? wznios?a. My?la? o niej pomimo woli, bezwiednie, bez przerwy. W ci?gu ca?ych godzin usi?owa? przypomnie? sobie, uprzytomni? jej w?osy, oczy, usta w kolorze torebek owocu dzikiej ró?y -i wysila? pami?? nadaremnie.</p>
<p>Zaledwie mu znik?a z oczu, znika?y z pami?ci jej rysy -zostawa?o natomiast natr?tne widmo, podobne do bia?ego ob?oku o niejasnych rysach, które sz?o przed nim gdzie? gór?. Ob?ok ten goni?y jego my?li z t?skn? i pokorn? boja?ni?, z odrobin? nieuchwytnego ?alu, ze smutkiem i nieodegnan? sympati?. Szed? co rano, aby ?yw? dziewczynk? ze swym widmem porównywa?. I wydawa?a mu si? ta ?ywa pi?kniejsz?, napawa?y go jakim? strachem jej kryniczne i m?dre oczy&#8230;</p>
<p>Podówczas jeden z jego kolegów, tak zwany &#8220;Ruch w przestrzeni&#8221;, wielki &#8220;spo?ecznik&#8221;, zaczynaj?cy wiecznie pisa? wst?pne artyku?y, których doko?czy? nie pozwala? mu brak potrzebnych po temu ksi??ek, nagle i niespodziewanie &#8220;wzi??&#8221; i o?eni? si? z ubog? jak mysz ko?cielna emancypantk?.</p>
<p>?ona wnios?a &#8220;Ruchowi&#8221; w posagu stary dywan, dwa rondelki, gipsowy pos?g Mickiewicza i kilkana?cie nagród gimnazjalnych. M?odzi ma??onkowie zamieszkali na czwartym pi?trze i zacz?li zaraz po ?lubie g?odem przymiera?. Udzielali oboje korepetycji z takim zapa?em, ?e rozbieg?szy si? rano spotykali si? dopiero wieczorem. Dom ich jednak sta? si? punktem, do którego zmierza? wieczorem ka?dy &#8220;spo?ecznik&#8221; w zab?oconych sanda?ach, aby si? wysiedzie? na fotelu, napali? cudzych papierosów, nagada? do ochrypni?cia i wyda? ostatnie kilka groszy na sk?adk?, za któr? uprzejma gospodyni kupowa?a bu?ki i serdelki, uk?ada?a artystycznie na talerzyku i cz?stowa?a go?cinnie. Mo?na si? tam by?o zawsze z kim? spotka?, zaznajomi? z nie znanymi do owej pory wielkimi lud?mi, z kole?ankami gospodyni, a niejednokrotnie mo?na by?o naw8t po?yczy? czterdzie?ci groszy.</p>
<p>Jak?e poblad? Obarecki z rado?ci, gdy wchodz?c pewnego wieczora do tak zwanego salonu ujrza? ukochan? swoj? panienk? w gronie kole?anek! Rozmawia? z ni? i a? do nieprzyzwoito?ci traci? przytomno??&#8230; Wracaj?c tego wieczora do domu pragn?? by? sam &#8211; nie marzy? ani my?le?, tylko by? z ni? ca?? dusz?, wszystk? j? mie? w oczach, w uszach mie? d?wi?k jej g?osu, tak my?le? jak ona, zamkn?? powieki i niechaj id? pod nimi te obrazy, które wydzieraj? si? z serca. Pami?ta? jej octy przedziwne, pos?pne a mi?osierne, ?agodne i tajemniczo my?l?ce, w których przera?a?a jaka? g??bina. Doznawa? uczucia rado?ci i spokoju, jakby po skwarnej i dr?cz?cej podró?y doszed? do czystego stoku, ukrytego w cieniu sosen na wy?ynie górskiej.</p>
<p>Otaczano j? szacunkiem, przywi?zywano szczególn? wag? do jej s?ów. &#8220;Ruch&#8221;, przedstawiaj?c Obareckiego nieznajomej, wydeklamowa? powa?nie:</p>
<p>- Obarecki, refleksjonista, marzyciel, wielki leniuch, zreszt? przysz?a s?awa; panna Stanis?awa Bozowska, nasza &#8220;darwinistka&#8221;&#8230;</p>
<p>&#8220;Wielki leniuch&#8221; dowiedzia? si? o &#8220;darwinistce&#8221; niewiele: uko?czy?a gimnazjum, dawa?a lekcje, mia?a zamiar jecha? do Zurychu czy Pary?a na medycyn?, nie mia?a grosza przy duszy&#8230;</p>
<p>Spotykali si? odt?d w &#8220;salonie&#8221; cz?sto. Panna Stanis?awa przynosi?a pod salopk? funt cukru, jaki? zimny kotlet w papierze, kilka bu?ek; Obarecki nic nie przynosi?, poniewa? nic nie mia?, po?era? za to bu?ki i po?era? oczami &#8220;darwinistk?&#8221;. Raz nawet, odprowadzaj?c ukochan? do domu, o?wiadczy? si? o jej r?k?. Roze?mia?a si? serdecznie i po?egna?a go przyjacielskim u?ci?nieniem r?ki. Wkrótce potem znik?a; wyjecha?a do guberni podolskiej jako nauczycielka do jakiego? wielkopa?skiego &#8220;domu&#8221;.</p>
<p>Spotyka j? teraz oto w tym zapad?ym k?cie, w tej wsi ukrytej w lasach, zamieszkanej przez ch?opów samych, gdzie nie ma dworu, gdzie nie ma ?ywego ducha&#8230; Sama tu ?y?a w tej puszczy. Teraz umiera.., zapomniana&#8230;</p>
<p>Wszystkie dawne zachwyty, nie spe?nione sny i pragnienia zrywaj? si? nagle i bij? w niego jak porywy wichru. Serce ?ciska mu ból chorobliwy i jad nami?tno?ci ws?cza si? nieznacznie w krew wzburzon?. Powróci? na palcach do ?ó?ka chorej, opar? ?okcie na jego por?czy i nasyca? si? widokiem nagich ramion, które cudownymi liniami kojarzy?y si? z zarysem piersi i szyi. Panienka spa?a. Na skroniach jej nabrzmia?y ?y?y, z zagi?tych ku do?owi k?tów ust s?czy?a si? ?lina, gor?co od niej bi?o, powietrze wpada?o do ust z g?o?nym ?wistem. Doktór Pawe? usiad? obok niej na kraw?dzi ?ó?ka, pie?ci? r?kami mi?kkie ko?ce promieni w?osów, g?aska? si? nimi po twarzy, dotyka? ich wargami z wydzieraj?cym mu si? z piersi szlochaniem.</p>
<p>- Stasiu, Stachno&#8230; kochanko&#8230; &#8211; szepta? cicho, aby jej nie obudzi? &#8211; nie ucieczesz mi ju?&#8230; prawda? nigdy&#8230; moj? b?dziesz na zawsze&#8230; s?yszysz&#8230; na wieki&#8230;</p>
<p>Usiad? potem obok wezg?owia chorej na sto?ku i zapad? znowu w marzenia. Bujna m?odo?? zbudzi?a si? w nim z letargu. Wszystko teraz b?dzie inaczej. Czuje w sobie si?? atlety do pe?nienia uczynków, które z serca p?yn?. Bole?? i nadzieja mieszaj? si? jakby w p?omie?, który li?e mózg, trawi go, nie da mu spocz??.</p>
<p align="center" style="text-align: center">* * *</p>
<p>Noc mija?a. Godziny up?ywa?y leniwo, lecz up?yn??o ich ju? od wyjazdu pos?a?ca wi?cej ni? sze??. By?a czwarta po pó?nocy. Doktór zacz?? nas?uchiwa?, zrywa? si? za ka?dym szelestem. Co chwila zdawa?o mu si?, ?e kto? idzie, ?e otwiera drzwi, ?e stuka w okno&#8230; Ws?uchiwa? si? ca?ym niemal organizmem. Wiatr hucza?, szyber w piecu ko?ata? &#8211; zreszt? cisza znowu. I biegn? minuty trwaj?ce po sto lat, w ci?gu których niecierpliwo?? rozpr??a nerwy i wprawia go w stan dygotania ca?ym cia?em.</p>
<p>Gdy po raz szósty mierzy? temperatur?, chora otwar?a z wolna oczy, które w mroku rz?s wydawa?y si? prawie czarnymi, patrzy?a w niego z uporem i wyszepta?a jakim? skrzecz?cym g?osem:</p>
<p>- Kto to?</p>
<p>Zapad?a jednak zaraz w stan poprzedniego bezczucia. Pociesza? si? jak skarbem t? sekund? ?wiadomo?ci. Ach, gdyby mie? chinin?, zmniejszy? jej ból g?owy, powróci? przytomno??! Pos?aniec nie nadje?d?a? i nie nadjecha?.</p>
<p>Przed ?witem doktór Obarecki szed? wzd?u? wsi, po g??bokich zaspach, ?udz?c si? ostatni? nadziej?, ?e go zobaczy. Z?e przeczucie jak koniuszek ig?y wrzyna?o mu si? w serce. W nagich ga??ziach topoli przydro?nych g?ucho hucza? wiatr, cho? burza ucich?a. Z chat wychodzi?y kobiety po wod? i d?wiga?y j? w konewkach, zagi?te powy?ej kolan. Parobcy &#8220;zadawali&#8221; byd?u, z kominów dym si? wznosi?. Tu i owdzie z otwartych na chwil? drzwi wybucha? ob?ok pary.</p>
<p>Doktór odnalaz? chat? so?tysa i kaza? natychmiast zaprz?ga? konie. Sprz??ono ich dwie pary i jaki? parobczak zajecha? przed szko??. Doktór po?egna? chor? oczami rozszerzonymi od znu?enia i rozpaczy, wsiad? na sanie i pojecha? do Obrzyd?ówka.</p>
<p>O godzinie dwunastej w po?udnie powraca? wioz?c sw? apteczk?, wino, ca?e zapasy ?ywno?ci. Stawa? co chwila na saniach, jakby pragn?? wyskoczy? i wy?cign?? konie w cwa? biegn?ce. Zajecha? wreszcie przed szko??, lecz nie wysiada?&#8230; Zd?awiony krótki wrzask wydar? mu si? z ust wykrzywionych prawie uko?nie, gdy ujrza? otwarte okna domostwa i gromadk? dzieci t?ocz?c? si? w sieni. Szed? blady jak p?ótno do okna, zajrza? i zosta? tam, ?okciami oparty o futryn?.</p>
<p>W obszernej izbie szkolnej le?a? na ?awce rozebrany do naga trup m?odej nauczycielki; dwie jakie? stare baby my?y go&#8230; Drobne py?ki ?niegowe wlatywa?y przez okno i osiada?y na ramionach, na zmoczonych w?osach, na pó?otwartych oczach umar?ej.</p>
<p>Doktór poszed? do pokoiku nieboszczki, zgarbiony, jakby na ramionach d?wiga? gór?. Usiad?, nie rozbieraj?c si?, na krzese?ku i powtarza? jeden wyraz, w który zmie?ci?a si? wszystka jego bole??:</p>
<p>- Czy? tak? czy? tak?</p>
<p>By?o mu zimno, jakby zmarz?, zmartwia?, jakby w nim krew zakrzep?a. Nie cierpia?, nie wiedzia?, co mu jest, tylko po g?owie toczy?y mu si? niby ko?a nie nasmarowane z przera?liwym skrzypieniem.</p>
<p>?ó?ko Stasi by?o rozmiecione: ko?dra le?a?a na ziemi, prze?cierad?o zwiesza?o si? na pod?og?, poduszka przepocona le?a?a na ?rodku ?ó?ka. Druciane haczyki okien stuka?y monotonnie o ramy szyb; listki jakiej? ro?liny, mokn?ce w doniczce, zwiesza?y si? i zwija?y od mrozu.</p>
<p>Przez uchylone drzwi widzia? ch?opów kl?kaj?cych doko?a ubranego ju? trupa, dzieci modl?ce si? &#8220;na ksi??ce&#8221;, stolarza zdejmuj?cego miar? na trumn?.</p>
<p>Wszed? tam i ochryp?ym g?osem rozkaza?, aby zbi? trumn? z czterech desek nie heblowanych, wiórów pod g?ow? nas?a?. &#8211; Nic wi?cej&#8230; s?yszysz! &#8211; mówi? do stolarza z tajon? w?ciek?o?ci? &#8211; cztery deski, nic wi?cej&#8230;</p>
<p>Przypomnia? sobie, ?e trzeba kogo? zawiadomi?&#8230; rodzin?. Gdzie? jest ta jej rodzina?&#8230;</p>
<p>Zacz?? z t?p?, idiotyczn? zapobiegliwo?ci? uk?ada? na jeden stos ksi??ki, rejestry szkolne, kajety, jakie? r?kopisy. Natrafi? w?ród papierów na pocz?tek listu.</p>
<p>&#8220;Kochana Helenko!</p>
<p>Od kilku dni czuj? si? tak ?le, ?e prawdopodobnie przenios? si? przed oblicze Minosa i Radamantesa, Eakosa i Tryptolemosa oraz innych wielu z pó?bogów, którzy itd. W razie tego ?przesiedlenia si? st?d na miejsce inne? zechciej za??da? od wójta mojej gminy, aby pozosta?? po mnie spu?cizn? ksi??kow? na r?ce twoje wys?a?. Opracowa?am nareszcie Fizyk? dla ludu, nad któr? tyle na?ama?y?my sobie g?ów dziewiczych; opracowa?am na brudno &#8211; niestety! Je?eli ci czasu starczy &#8211; zawsze w razie mego przesiedlenia si? na miejsce inne &#8211; uszykuj to do druku i zmu? Antosia, niech przepisze; on to dla mnie zrobi. Ach, co za smutek!&#8230; Prawda,!&#8230; ksi?garzowi naszemu winnam jedena?cie rubli kopiejek sze??dziesi?t pi??&#8230; wyp?a? mu&#8230; Spencerem moim, gdy? pustki u mnie w szkatule. Sobie na pami?tk? we?&#8230;&#8221;</p>
<p>Ostatnie wyrazy nieczytelnymi ju? by?y pisane kreskami. Nie by?o adresu &#8211; nie mo?na te? by?o listu wys?a?. W szufladzie stolika znalaz? doktór r?kopis owej Fizyki, o którym w li?cie czyta?, zwitki notatek i szparga?ów, w szafce &#8211; troch? bielizny, salopk? kotkami podbit?, jak?? star? czarn? sukienk?&#8230;</p>
<p>Krz?taj?c si? po pokoiku dostrzeg? w izbie szkolnej ch?opaka, który je?dzi? po lekarstwo; sta? przytulony w k?cie do pieca, przest?puj?c z nogi na nog?. Zwierz?ca nienawi?? zadrga?a w duszy doktora.</p>
<p>- Dlaczego? na czas nie wróci?? &#8211; zawo?a? przyskakuj?c do ch?opca.</p>
<p>- Zab??dzi?em na polu, ko? mi usta?&#8230; piechot? przyszed?em rano&#8230; panienka ju? wtedy&#8230;</p>
<p>- K?amiesz!</p>
<p>Ch?opiec nie odpowiedzia?. Spojrza? mu doktór w oczy i dziwnego dozna? wra?enia; oczy te by?y zm?czone i straszne, wygl?da?a z nich, jak z podziemnej jaskini, ch?opska, g?upia, zdzicza?a rozpacz, podobna do niedocieczonej tajemnicy.</p>
<p>- Ja tu, panie, odnios?em ksi??ki, co mi ta nauczycielka po?yczy?a &#8211; mówi? wyci?gaj?c z zanadrza kilka wyszarzanych i zabrudzonych tomików.</p>
<p>- Daj ty mi pokój&#8230; id? precz! &#8211; zawo?a? doktór, odwracaj?c si? od niego i uciekaj?c do pokoiku.</p>
<p>Tam stan?? w?ród porozrzucanych na pod?odze rupieci, papierów, ksi??ek i ze ?miechem pyta? sam siebie:</p>
<p>- Czego ja tu chc??&#8230; Nic tu po mnie, nie mam prawa! Obejmowa?a go cze?? g??boka, zrozumienie, wwiadywanie si? pilne, wielka pokora. Gdyby tam zostawa? cho?by godzin? d?u?ej, doszed?by do tego szczytu ?a?cucha gór, na którym siedzi szale?stwo. W sekrecie przed samym sob? wiedzia?, ?e go zdejmuje obawa o siebie. W tym wszystkim, co go mia?d?y?o owej chwili, by?a ogromna niesymetria z nim samym, co?, co wywa?a?o z g??bi jego duszy ostateczny rdze? uczu? ludzkich: egoizm i &#8211; egoizm ten dusz?c &#8211; kaza?o naprawd? da? si? otacza? t?czy, która unios?a z ziemi t? g?upi? dziewczyn?. Trzeba ucieka? co pr?dzej&#8230; Zgodziwszy si? na wyjazd natychmiastowy zacz?? rozpacza? pi?knymi frazesami, co by?o ju? ulg? znaczn?. Kaza? zajecha?&#8230;</p>
<p>Pochyli? si? nad trupem Stasi i szepta? na jej uczczenie najpi?kniejsze wyrazy, jakie wymarzy? mog?y na chwa?? wielko?ci puste serca ludzkie. Zatrzyma? si? raz jeszcze we drzwiach, obejrza?; przez sekund? my?la?, czy nie lepiej by by?o umrze? natychmiast, potem rozsun?? gromad? ch?opów przed drzwiami, wskoczy? na sanie, przewróci? si? na twarz i ponios?y go konie, dusz?cego si? spazmatycznym p?aczem.</p>
<p>?mier? panny Stanis?awy wywar?a wp?yw niejaki na usposobienie doktora Paw?a. Przez pewien czas czytywa? w wolnych chwilach Bosk? komedi? Dantego, w winta nawet nie grywa?, gospodyni? dwudziestoczteroletni? odprawi?. Stopniowo jednak uspokoi? si?. Obecnie ma si? znakomicie: uty?, pieni?dzy worek uczciwy nazbija?. O?ywi? si? nawet; dzi?ki jego usilnej agitacji wszyscy prawie optymaci obrzyd?owscy, z wyj?tkiem krzykliwych, prawda, ale te? nielicznych konserwatystów, zacz?li pali? papierosy w gilzach nie sklejanych, zaszczytnie znanych pod god?em &#8220;nieszkodliwych piersiom&#8221;. Nareszcie!&#8230;</p>
<p class="MsoNormal">
<p align="center" style="text-align: center"><!--[if !supportLineBreakNewLine]--><br />
<!--[endif]--></p>
<p class="MsoNormal">
<h1 />
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.bajkiopowiadania.com/2006/01/19/silaczka-stefan-zeromski/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
	</channel>
</rss>

