
poniedziałek, styczeń 23rd 2006
Brylantowa Lady
posted @ 10:57 am in [ Gify - Bajki Opowiadania ]

poniedziałek, styczeń 23rd 2006
Ksi??niczka 1
posted @ 10:50 am in [ Gify - Bajki Opowiadania ]

piątek, styczeń 20th 2006
Kot w Butach - Jan Brzechwa
posted @ 1:58 pm in [ Dla dzieci - Bajki ]
KOT W BUTACH
Janek:
Biedny jestem sierota,
Ojca zmar?ego syn,
Ty?, bracie, dosta? m?yn,
A ja dosta?em kota,
Dosta?em kota w spadku
I zgin? w niedostatku.Brat:
Id?, Janku, ruszaj w drog?,
Zabieraj swego kota,
Ja pomóc ci nie mog?,
Mnie czeka tu robota,
W ruch musz? pu?ci? ?arna,
A z ciebie korzy?? marna.
Mnie nawet nie wypada
Mie? w domu darmozjada.Bratowa:
Id? sobie, jeste? n?dzarz.Janek:
Skoro mnie st?d wyp?dzasz,
Odchodz? z moim kotem.Bratowa:
Nie przychod? tu z powtorem,
Bo mie? takiego szwagra
To gorzej ni? podagra.
A we? t? bu?k? czerstw?,
By? o nas ?le nie gada?.
Janek:
Dzi?kuj? wam, braterstwo,
Chod?, kocie, trudna rada.
Ruszajmy ?cie?k? poln?,
Tu zosta? nam nie wolno.Nie mam srebra ani z?ota,
Lecz nie pragn? w ?yciu zmian,
Bo kto ma w?asnego kota,
Ten jest ca?? g?b? pan.Wszystko w lot
Miau-miau
Chwyta kot
Miau-miau
Co za kot
Miau-miau
Kot na chwa?
Miau-miauGdy si? z kotem zaprzyja?ni?,
Ju? nie b?d? czu? si? sam.
Z przyjacielem ?y? jest ra?niej,
Ra?niej czas pop?ynie nam.
Wszystko w lot
Miau-miau
Chwyta kot
Miau-miau
Co za kot
Miau-miau
Kot na chwa?
Miau-miauZejdzmy nad rzeczu?k?
Wymocz? w wodzie bu?k?
I zjemy j? na spó?k?.
Kot:
Miau-miau! Za bu?k? dzi?ki,
Wystarczy k?s male?ki.Janek:
Ojej! Po ludzku gada!
To chyba maskarada!Kot:
Nie jestem zwyk?ym kotem,
Wnet si? przekonasz o tym.
S? koty martuzja?skie,
Kuba?skie i birma?skie,
Syjamskie i tobolskie,
S? chi?skie i s? polske,
A ja - to rzadka rasa,
Rasa, co dot?d hasa
Na Wyspach Bergamutach
I zawsze chadza w butach.
Gdy w buty si? wystroj?,
Nie zaznasz niedostatku.Janek:
W?ó?, kocie, buty moje,
Dosta?em je po dziadku,
S? jeszcze prawie nowe,
A mnie, cho? b?d? boso,
Nogi i tak ponios?.
Kapelusz w?ó? na g?ow?,
O, tak, wytwornym ruchem,
I kwiatek no? nad uchem.
Wygl?dasz znakomicie!Kot:
Twym wiernym b?d? s?ug?
Przekonasz si? nid?ugo
O mym niezwyk?ym sprycie,
Zr?czno?ci i odwadze.
Ruszamy! Ja prowadz?.Nie jestem Mi? Puchatek,
Nie jestem Byk Fernando,
Ja jestem sobie kot,
Kot w butach na dodatek.Jak mrucz? - to mruczando,
Mruczano - murmurando,
Bo jestem w?a?nie kot,
Kot w Butach na dodatek.Za uchem nosz? kwiatek
I mrucz? murmurando,
Ja jestem sobie kot,
Kot w Butach na dodatek.Patrz, widzisz? Kuropatwy.
Ze cztery z?apa? musz?,
Mam na nie sposób ?atwy:
Nakrywam kapeluszem,
Hop! I z?apa?em w locie.Janek:
Cudownie! Brawo, kocie!
Lecz co to? Kurzu tuman,
Kolasa jedzie ku nam.Kot:
To król ze swym orszakiem,
Id?, ukryj si? za krzakiem,
Niech ci? nie widzi ?wita.
Mnie pewna my?l ju? ?wita.
Sied? cicho, s?uchaj bacznie,
Wnet si? przygoda zacznie…Chór:
Jedzie król,
Jedzie król,
W?adca lasów, ??k i pól.
Jedzie król
Koni czwórk?,
Jedzie król
Ze sw? córk?,
A za nimi dwór
Wiezie z?ota wór.Ochmistrz:
Król jest dzisiaj nie w humorze,
Ka?dy batem dosta? mo?e,
Król jest dzisiaj z?y i srogi,
Uciekajcie, ludzie, z drogi!Chór:
Jedzie król,
Jedzie król,
W?adca lasów, ??k i pól.
Jedzie król
Koni czwórk?,
Jedzie król
Ze sw? córk?,
A za nimi dwór
Wiezie z?ota wór.Stangret:
Uwaga! Z drogi, ?ledzie,
Bo król z królewn? jedzie!
Któ? to na drodze staje?
Kot w Butach, s?owo daj?!Ochmistrz:
To dziwne nies?ychanie,
Spójrz, najja?niejszy panie,
Kot w Butach! Spójrz, królewno
Ubawisz si? na pewno.Król:
Kot w Butach! A to dziwy!Królewna:
Czy aby jest prawdziwy?
Chc? widzie? go ogromnie!Król:
Niech kot si? zbli?y do mnie,
To sprawa osobliwa.Ochmistrz:
Chod?, kocie, król ci? wzywa!Kot:
Ja jestem Kot-Kotando,
Mruczando-Murmurando,
S?uga mo?nego pana
Barona Barabana,
Na ?owach pan mój hula,
Przysy?a dar dla króla.Król:
Wytworne masz maniery,
Co? Kuropatwy cztery?
Niech kucharz na ?niadanie
Udusi je w ?mietanie,
Bo mam apetyt na nie,
A panu swemu, kocie,
Podzi?kuj po powrocie.
B?d? zdrów!Chór kobiet:
B?d? zdrów! ?egnamy!Ochmistrz:
Czy ju? gotowe damy?
Panowie te?? Ruszamy.Chór:
Jedzie król,
Jedzie król,
W?adca lasów, ??k i pól…Kot:
Ju? mo?esz wyj?? zza krzaka.Janek:
I na co heca taka?
Do czego mi przemiana
W barona Barabana?Kot:
Mój panie, mam to w planie,
Miej do mnie zaufanie,
Ja jestem Kot-Kotando,
Mruczando-Murmurando,
Wi?c s?uchaj mnie i nie ?aj,
Musimy biec na prze?aj
??kami ze dwie mile,
By orszak zosta? w tyle,
A w czasie odpowiednim
Znów si? zjwimy przed nim.
Biegnijmy ?wawo, skrótem!Janek:
Zada?em si? z filutem
I co si? teraz stanie?Kot:
Le?, panie Barabanie,
Ja nogi za pas bior?,
By wyj?? na drog? w por?,
A musz? wpierw na ?ace
Z?apa? dwa zaj?ce.Piosenka zaj?czöw:
My jeste?my zaj?czki dwa,
Nie boimy si? nawet lwa,
Niestraszny nam my?liwski pies,
Bo zaj?c odwa?ny, odwa?ny jest!Nikt nie z?apie zaj?czków dwóch,
Bo my mamy wyborny s?uch,
Niestraszny nam my?liwski pies,
Bo zaj?c odwa?ny, odwa?ny jest!Nic nie grozi zaj?czkom dwóm,
Cho? si? zjawi my?liwych t?um,
Niestraszny nam my?liwski pies,
Bo zaj?c odwa?ny, odwa?ny jest!
Kot:
Zaj?ce psów si? boj?,
Lecz si? nie boj? kotów,
Wpadn? w zasadzk? moj?,
Prosz?, kapelusz gotów,
Mimo ich czujnych uczu
Ju? mam je w kapeluszu.Janek:
Zuch z ciebie, mo?ci kocie!Kot:
Czy jeszcze dziwi to ci??
Ja jestem Kot-Kotando,
Mruczando-Murmurando!
Id?, schowaj si? krzakiem,
Nadci?ga król z orszakiem.Chór:
Jedzie król,
Jedzie król,
W?adca lasów, ??k i pól.
Jedzie król
Koni czwórk?,
Jedzie król
Ze sw? córk?,
A za nimi dwór
Wiezie z?ota wór.Stangret:
Uwaga! Z drogi, ?ledzie,
Bo król z królewn? jedzie!
Uciekaj! Przecie? wo?am!
Chcesz dosta? si? pod ko?a?Kot:
Jam s?uga megopana
Barona Barabana.Król:
Kot w Butach, daj? s?owo!Królewna:
Wi?c zjawi? si? na nowo?Król:
Wyrasta tak jak z ziemi.
Czy pan twój dary ?le mi?Kot:
Mój pan ze swoich w?o?ci
Dla Króla Jegomo?ci
?le dwa zaj?ce w darze
I pok?on z?o?y? ka?e.Król:
Dzi?ki ci, mo?ci kocie,
Masz tu dukata w z?ocie.Kot:
Nie trzeba mi zap?aty.
Mój pan jest do?? bogaty,
Nie dbamy o dukaty.Król:
To pi?knie! Na mym dworze
Mnie ka?dy tak, jak mo?e,
Ze z?ota chcia?by obra?
Licz?c na moj? dobro?.Królewna:
Papo! Chc? pozna? pana
Barona Barabana.
Czy s?yszysz? Bo inaczej
Natychmiast si? rozp?acz?!Król:
Córeczko ukochana,
Nie teraz, jutro z rana,
Dzi? przyj?? go nie mog?,
Ruszamy w dalsz? drog?.Chór:
Jedzie król,
Jedzie król,
W?adca lasów, ??k i pól…Kot:
Ju? mo?esz wyj?? zza krzaka.
Teraz z szybko?ci? ptaka
Musimy drog? prost?
Na prze?aj gna? do mostu,
By znale?? si? nad rzek?.
To tutaj, niedaleko,
Byleby zd??y? w por?.Janek:
Wszak robi? kroki spore,
Nie widzisz? Biegn?, p?dz?!Kot:
Za wolno! Jeszcze pr?dzej!Janek:
Z tym “pr?dzej” sprawa gorsza.Kot:
Trzba wyprzedzi? orszak,
Zanim na mo?cie stanie.
Le?, panie Barabanie!
Patrz! Spoza tego wzgórza
Rzeka si? ju? wynorza
Teraz nie tra?my czasu,
Dobiega turkot z lasu.
Rozbieraj si? do naga!Janek:
A po co?Kot:
Rób, co ka??,
Tego mój plan wymaga.
Nie czas na komera??!
Zaufaj! Mam powody,
By? ton??! Skacz do wody!
Ju? wida? kurzu k??by,
Król b?dzie jecha? t?dy,
Zbli?aj? si? do mostu,
No, pr?dzej! To? po prostu!Chór:
Jedzie król,
Jedzie król,
W?adca lasów, ??k i pól…Kot:
Hola! Zatrzyma? konie,
Na pomoc! Pan mój tonie!
Kto ?yw, niech go ratuje!
Napadli na nas zbóje,
Okradli, ograbili,
Ratujcie, ludzie mili!Król:
S?yszycie to wo?anie?
Niech?e? kolasa stanie,
Po?pieszcie si?, dworzanie!Ochmistrz:
Kot, najja?nieszy panie,
Kot w Butach! Tak, poznaj?!Królewna:
O, papo! Wielkie nieba!
Pop?d? t? ca?? zgraj?,
Z pomoc? ?pieszy? trzba!
Skacz, paziu, jeste? m?ody,
Oceni? twe zas?ugi.Dworzanin:
No, ?mia?o! Skacz do wody!
Ty pierwszy, a ja drugi!Kot:
Znikn?? w przybrze?nym wirze,
T?dy, panowie, bli?ej!Dworzanin:
Mam! Trzymam go!Kot:
Nareszcie!
Tu go na brzeg zabierzcie!Królewna:
Czy ?yje?Dworzanin:
Tak, królewno!
?yje i to na pewno,
Ale jest ca?kiem nagi.Król:
To sprawa mniejszej wagi,
Dajcie mu nowe szaty,
Ubierzcie w strój bogaty
I niech tu przyjdzie ?wawo.
Chc? pozna? go! Mam prawo.Królewna:
Osoba mi nieznana,
A jednak niespodzianie
Jestem zakochana
W panu Barabanie.Sk?d we mnie ta przemmiana?
I co si? teraz stanie?
Jestem zakochana
W panu Barabanie.W serduszku mym do rana
Odczuwam ko?atanie,
Jestem zakochana
W panu Barabanie.Ochmistrz:
Kot, najja?niejszy panie,
Czeka na pos?uchanie.Król:
Kot w Butach? Witam, kocie,
No co, ju? po k?opocie?Kot:
Ja jestem Kot-Kotando,
Mruczando-Murmurando,
A pan mój tu, na mo?cie,
Czeka.Król:
Dworzanie, pro?cie!
Mnie ciesz? tacy go?cie.Dama I:
Spójrzcie, jak godnie kroczy.Dama II:
Jakie ma pi?kne oczy.Dworzanin:
Jest rzadkiej wprost urody.Dama II:
Postawny,Dama I:
ZgrabnyOchmistrz:
M?ody.Dama II:
Teraz przed królem staje.Dama I:
Król r?k? mu podaje.Ochmistrz:
Królewna z nim si? wita,
Co? mówi, o co? pyta.Królewna:
Mój panie Barabanie,
Uczyni? ci wyznanie:
Od dawna ?ni?e? mi si?
Podobny w ka?dym rysie,
A teraz chc? niez?omnie,
By? zawsze by? ko?o mnie.Janek:
Królewno, twoje s?owa
S? jak anielska mowa,
Gdzie? druga jest ksi??niczka
Tak nadobnego liczka?
Zaledwie ci? ujrza?em,
Od razu pokocha?em,
Lecz mnie wys?uchaj, bowiem
Ca?? ci prawd? powiem:
Prostaczek jam ubogi,
Twoje królewskie progi
Nie dla mnie, os?d? sama,
A kot po prostu k?ama?.Królewna:
Chocia?by? by? sierot?,
Co ?yje w poniewierce,
Ja wcale nie dbam o to,
Ja dbam o czu?e serce.
Papo! Nie kiwaj g?ow?,
Powiedz królewskie s?owo.Król:
Córeczko, twoja ch?tka
Bywa?a mi rozkazem,
Lecz nie b?d? taka pr?dka,
Przynajmniej nie tym razem.Królewna:
Masz, papo, serce mi?kkie,
Wi?c ka?, by pan Baraban
Poprosi? mnie o r?k?,
Bo zrobi? taki raban
I tak si? rozgrymasz?,
Jak kiedy je?? mam kasz?!Herold:
Ludu! Og?aszam wol?
Jego Królewskiej Mo?ci!
Król przy biesiadnym stole
Czeka na zacnych go?ci!
Król ca?y lud zaprasza,
Bowiem królewna nasza
Dzi? po?lubi?a pana
Barona Barabana!
W pa?acu pa?stwo m?odzi
Sprawiaj? huczne gody.
Kto ch?? ma, niech przychodzi
Spija? królewskie miody!
Król tak? wie?? og?asza
I ca?y lud zaprasza!Janek:
Heroldzie! Prosz? ciszej!
Kot w Butach dla wywczasu
Poluje dzi? na myszy.
Nie róbmy wi?c ha?asu,
Bo myszy si? wystrasz?!
Czy mnie pan herold s?yszy?
Ko?czymy bajk? nasz?.
piątek, styczeń 20th 2006
Szelmostwa lisa Witalisa - Jan Brzechwa
posted @ 1:38 pm in [ Dla dzieci - Bajki ]
SZELMOSTWA LISA WITALISA
I
Znano ró?ne w ?wiecie lisy:
By? wi?c lis Ancymon ?ysy;
Pospolity lisek rudy,
Pe?en sprytu i ob?udy;
Lis niebieski - wielka sknera;
Zezowaty lis - przechera;
Czarny lisek ogoniasty;
Lis Patrycy Jedenasty;
Srebrny lis niezwykle szczwany;
Lis Mikita spod Oszmiany;
Lis Telesfor farbowany,
Niebezpieczny i zawzi?ty;
Lis Wincenty, lis Walenty,
Lecz nie by?o w ?wiecie lisa
Ponad lisa Witalisa.
Mia? Witalis taki ogon,
?e nie by?o wprost nikogo,
Kto nie stan??by zdumiony:
Taki ogon nad ogony!
I falisty, i puszysty,
I niezwykle zamaszysty,
I ruchliwy na kszta?t kity -
Niezrównany, znakomity!
Gdy Witalis kroczy? drog?,
Wpierw widziano jego ogon,
Co jak ruda chmura zwisa,
A dopiero potem - lisa.
Gdy si? lis pogr??y? we ?nie,
Dziesi?? ptaków jednocze?nie
W tym ogonie wi?o gniazda,
Nios?o jajka, potem - jazda!
Lis si? budzi? niespodzianie
I - jad? ptaszki na ?niadanie.
Gdy Witalis przed wieczorem
Kucn?? sobie nad jeziorem
I potrz?sn?? swym ogonem,
Wszystkie rybki, zachwycone,
Wyp?ywa?y bardzo pr?dko
Za ogonem jak za w?dk?:
Lis je w sosie wy?mienitym
Jad? na obiad z apetytem.
By? Witalis ma?ci rudej,
Niezbyt gruby, niezbyt chudy,
Mia? na prawym oku bielmo
I by? szelm?. Strasznym szelm?!
Mia? rozumu za dziesi?ciu,
Tote? w ka?dym przedsi?wzi?ciu
Wprawia? w podziw swoim sprytem,
Wyrobieniem znkomitym,
Orientacj? doskona??
I dowcipem, jakich ma?o!
A mia? w sobie tyle dumy,
Jakby wszystkie zjad? rozumy.
II
Jest na wschodzie miasto ?om?a.
Gdy na wschód si? dalej zd??a,
Las wyrasta na bezkresie,
Ciemny w?wóz jest w tym lesie,
W tym w?wozie lis mia? jam?,
A w tej jamie - dziwy same.
Wi?c lusterko posrebrzane,
Które z tego by?o znane,
?e gdy czyha? kto? na lisa,
Powstawa?a na nim rysa.
Prócz lusterka mia? pude?ko,
Dok?d zajrze? móg? przez szkie?ko,
By ustali? w sposób ?atwy,
Gdzie zimuj? kuropatwy
Lub na skraju jakiej ??czki
Zabawiaj? si? zaj?czki.
Mia? prócz tego srebrn? mis?
Z ozdobami i napisem:
“Misa lisa Witalisa.”
Zawsze pe?na by?a misa
I nic z niej nie ubywa?o,
Cho? Witalis jad? niema?o.
Mia? ponadto z?oty grzebie?,
Bowiem bardzo dba? o siebie,
I grzebieniem tym starannie
Czesa? ogon nieustannie:
Rozczesywa? raz i wtóry
Z góry na dó? i do góry,
I raz jeszcze, i na nowo
Rozczesywa? - daj? s?owo!
By? Witalis rodem z Polski,
Lecz kapelusz mia? tyrolski,
W którym by?o mu do twarzy,
Cho? wygl?da? nieco starzej.
III
Raz pos?ysza?, ?e nied?wiedzie
S? w tym roku w wielkiej biedzie,
Wi?c nie trac?c chwili czasu,
?wawo uda? si? do lasu.
Przyszed? grzeczny, mi?y, g?adki:
- Có?, robaczki? Có?, nied?wiadki?
Krucho z wami? Chodz? gadki,
?e bezmi?sne ju? obiadki
Je?? musicie! Zió?ka, kwiatki,
Trawki, listki i sa?atki!
Chodz? gadki, ?e za miedz?
Dwa zaj?czki ma?e siedz?,
Które was za chwil? zjedz?!
Wstyd mi za was! Gdy posucha,
Nied?wied? tylko w ?apy dmucha.
Gdzie popatrze? - chuderlaki!
Przykry mi jest widok taki!
Fe! Doprawdy, nie wypada,
Lepiej, gdy potrzebna rada,
Przyj?? po rad? do s?siada.
Zawstydzi?y si? nied?wiedzie:
- ?le si? nam ostatnio wiedzie,
Porad?, porad? nam, s?siedzie,
Powiedz, lisie Witalisie,
Jakie jest twe widzimisi??
Lis przyczesa? sobie ogon
I powiedzia? z min? srog?:
- Chod?cie ze mn?! Znam zagrod?,
W której s? prosi?ta m?ode.
Jest was pi?ciu i dla pi?ciu
B?dzie dzisiaj po prosi?ciu!
Ucieszy?y si? nied?wiedzie:
- Prowad?, prowad? nas, s?siedzie!
Poszli razem le?n? drog?.
Sam Witalis, pr???c ogon,
Uroczy?cie szed? na przedzie.
A za lisem w ?lad - nied?wiedzie:
Cztery stare, jeden m?ody.
Poszli noc? do zagrody,
Lis obejrza? parkan, chatk?
I poci?gn?? za ko?atk?.
- Któ? to straszy dzieci noc??
Kto przychodzi tu i po co?
- To Witalis - lis odrzecze. -
Prosz?, otwórz mi, cz?owiecze,
Z chlewu zabra? chc? prosiaki,
Bo mam dzi? apetyt taki.
Po tych s?owach lis da? nurka,
A tymczasem od podwórka
Psów zjawi?a si? gromada.
Ka?dy szczeka i ujada,
Ka?dy gro?nie z?by szczerzy,
Ka?dy gryzie, gdzie nale?y,
A? nied?wiedzie, pe?ne trwogi,
Powiedzia?y sobie: - W nogi!
Ratuj, lisie Witalisie!
Ale psom a? w ?lepiach skrzy si?
I popad?y w ferwor taki,
?e fruwa?y tylko k?aki.
Lis tymczasem, sun?c boczkiem,
Wbieg? przez furtk? drobnym kroczkiem,
Po szelmowsku mrugn?? oczkiem,
Wszed? ostro?nie od kurnika,
Porwa? kaczk?, g??, indyka,
Trzy kurczaki i perliczk?,
Zwi?za? wszystko to rzemyczkiem
I, nie trac?c chwili czasu,
Pobieg? z ?upem swym do lasu.
A nied?wiedzie, nieszcz??liwe,
Pogryzione, na wpó? ?ywe,
Kulej?ce, g?odne, chore,
Odszuka?y lisi? nor?.
- Przydybali?my ci?, rybko!
Dosy? ?artów! Wy?a? szybko,
Wy?a?, lisie Witalisie!
Lis Witalis ju? - po rysie
Na lusterku - pozna? snadnie,
?e na? gniew nied?wiedzi spadnie.
Widz?c, ?e mu co? zagra?a,
Lis ukaza? si? w banda?ach,
W plastrach, szmatach i ga?ganach:
- Spójrzcie, ca?y jestem w ranach!
Ogon strasznie mam zwichni?ty,
Pok?sane wszystkie pi?ty:
Nara?a?em w?asne ?ycie,
By was broni? nale?ycie.
Wojna by?a nie na ?arty,
Psy walczy?y jak lamparty,
W sposób gro?ny i za?arty.
Lecz wyjawi? mog? skromnie,
?e daleko im jest do mnie:
Gdym wyskoczy? zza cha?upy,
Pad?y pierwsze cztery trupy,
Jeden pies ju? po minucie
W przera?eniu wielkim uciek?,
Drugi chcia? go wzi?? w obron?,
Wi?c zabi?em go ogonem.
Cztery dalsze, poranione,
Po?o?y?y si? pod p?otem
I skona?y wkrótce potem,
A jedynie niedobitki
Was napad?y w sposób brzydki.
Có?, dostali?cie po skórze.
A dlaczego? Bo?cie tchórze!
Zawstyczy?o to nied?wiedzi,
Brak im by?oodpowiedzi,
Wi?c nie ?al?c si? nikomu
Posz?y g?odne spa? do domu.
- ?egnal, lisie Witalisie!
Spa? lisowi ani ?ni si?!
Do swej jamy szybko wróci?,
Zdj?? banda?e, plastry zrzuci?,
Zerkn?? w lustro z min? b?og?
I przyczesa? sobie ogon.
Potem przyniós? chrustu wi?zk?,
?eby upiec sobie g?sk?.
G?ska taka by?a w?ciek?a,
?e na ogniu raka spiek?a,
Lecz z natury by?a mi?a,
Wi?c si? pi?knie zrumieni?a
I Witalis porcj? t?ust?
Zjad? z jab?kami i kapust?.
IV
W czas zimoej ch?odnej pory
Wyszed? lis ze swojej nory:
- Do mnie, wszystkie g?odomory,
Do mnie, z lasów, z kniei, z chaszczy!
Mam ja co? dla ka?dej paszczy!
Kto nie dojad?, ten si? naje!
Znam zwierz?ce obyczaje,
Znam zwierz?ce apetyty
I mam pomys? znakomity,
?eby ka?dy z was by? syty.
Zewsz?d zbieg?y si? zwierz?ta,
Bo dla zwierz?t to przyn?ta,
Pok?d iskra ?ycia tli si?.
- Gadaj, lisie Witalisie,
Przybywamy ca?? zgraj?,
Bo nam kiszki marsza graj?.
Opowiadaj, lisie, ?ci?le
O niezwyk?ym swym pomy?le!
Lis tych s?ów uwa?nie s?ucha?,
Po czym rzek? zdejmuj?c z ucha
Swój kapelusz zawadiacki:
- Umiem piec ze ?niegu placki.
Mam do tego obok, w lasku,
Piec w?asnego wynalazku.
Kto dostarczy kup? ?niegu
I dorzuci mi do tego
Po?e? sad?a lub s?oniny,
Ten w niespe?na pó? godziny
Prosto z pieca na ?niadanie
Placków t?ustych nies?ychanie
Pe?ny taki wór dostanie.
Mówi?c to potrz?sn?? worem,
?e a? z wora nad otworem
Buchn??, mile ?echc?c w chrapach,
Pieczonego ciasta zapach.
Za? Witalis prawi? dalej:
- Mnie bynajmniej si? nie pali,
Takie placki stale jadam,
Ale sobie trud ten zadam,
By wy?ywi? was do wiosny,
Bo wasz wygl?d jest ?a?osny.
Co za placki! Szkoda gada?!
Móg?bym tydzie? opowiada?
O ich cudnym aromacie,
O ich smaku! Otó? macie.
Z tymi s?owy wyj?? z wora
Placków tuzin czy póltora
I sam zjad? je z apetytem,
Pomlaskuj?c sobie przy tym.
Po szelmowskim tym popisie
Pad?y g?osy: - Witalisie,
Co si? zjad?o, to przepad?o,
Dostarczymy ?nieg i sad?o,
Uczta b?dzie wy?mienita,
Chcemy naje?? si? do syta,
Chcemy placki mie? - i kwira!
Lis przyczesa? sobie ogon:
- Placki jutro by? ju? mog?.
Wi?c nazajutrz bardzo wcze?nie,
Gdy las ton?? jeszcze we ?nie,
T?umy zwierz?t sz?y w szeregu,
Wlok?c ca?e góry sniegu,
A do tego jeszcze sad?o -
Tyle, ile go przypad?o.
Lis ju? sta? przed swoj? nor?.
Spojrza?: owszem, sad?a sporo!
Pe?en werwy i ochoty
Wzi?? si? zaraz do roboty,
Zdj?? kapelusz, duchem skoczy?,
Z pi??set snie?nych kul utoczy?,
Ka?d? sp?aszczy? szybkim ruchem,
Tak jak robi si? z racuchem,
Schwyci? sad?o i rzetelnie
Wysmarowa? nim patelni?;
I cho? jest to rzecz kobieca,
Placki wk?ada? j?l do pieca.
Z pieca wnet buchn??? para,
A Witalis ju? si? stara,
Ju? dorzuca nowe placki,
Taki z niego kucharz chwacki.
Przygl?daj? si? zwierz?ta,
Pilnie chodz? mu po pi?tach,
Wprost doczeka? si? nie mog?!
A Witalis pr??y ogon,
Zda si?, w?cha cudny zapach,
A? zwierz?tom kr?ci w chrapach,
A? zwierz?tom skr?ca kiszki.
A Witalis zbiera szyszki
I do ognia je dorzuca,
Kr??y, krz?ta si?, przykuca.
- Sad?a jeszcze! Sad?a! Pr?dzej!
No, bo placki wam uw?dz?!
Po up?ywie pól godziny,
Niewyra?ne stroj?c miny,
Z pieca wyj?? lis patelni?
I do zwierz?t rzek? bezczelnie:
- A to dziwna jest przygoda!
prosz?, spójrzcie, sama woda!
Z takim ?niegiem trudu szkoda:
Rozpuszczony, mokry, sypki -
Mog?yby w nim p?ywa? rybki!
A mówi?em, ?e to nie to!
?nieg powinien by? jak beton -
Zamarzni?ty i w kawa?kach.
Taki w?a?nie jest w Suwa?kach,
W Augustowie, w Ostro??ce…
A to co! Umywam r?ce!
Posz?o ca?e wasze sad?o,
Tyle pracy mej przepad?o!
Nie nabior? si? powtórnie,
Mam was dosy?, bo?cie durnie!
Zawstydzi?y si? zwierz?ta.
Racja! Nikt z nich nie pami?ta?,
?e przed samym ?witem jeszcze
Pada? ?nieg zmieszany z deszczem.
A ?nieg z deszczem jest wodnisty -
Fakt dla wszystkich oczywisty.
Na nic ca?e przedsi?wzi?cie!
Lis wykr?ci? si? na pi?cie,
Spu?ci? ogon na znak smutku
I do nory powolutku
Poszed?, by si? zamkn?? w norze,
Bo by? w bardzo z?ym humorze.
Lecz gdy ju? odeszli go?cie,
Wtedy z pieca jak najpro?ciej
Wyj?? sad?o, w?o?y? w garnki,
Garnki schowa? do spi?arki,
Po czym, dumny z tego zysku,
Krzykn??: - Brawo, Witalisku!
V
Jak co rok w Zielone ?wi?ta
Zgromadzi?y si? zwierz?ta
Dla obioru prezydenta.
Jest to taka wa?na sprawa,
?e zwierz?ce wszystkie prawa
Dzie? ten czyni? dniem przymierza:
Zwierz na zwierza nie uderza,
G?? jest pewna swego pierza,
Pies nie czai si? na je?a,
Owca mo?e wyj?? ze stada -
Nikt nikogo nie napada.
Kot nie drapie, wilk nie zjada,
Nawet zaj?c, cho? ma pierta,
Z odleg?o?ci kilometra
Obserwuje te wybory,
Nawet mysz wychodzi z nory,
Nawet tchórz ze strachu chory
Na wybory ?pieszy ?wawo,
Bo mu wolno. Bo ma prawo.
Lis Witalis, wielki szelma,
?ypie bia?kiem swego bielma,
Pr??y ogon znakomity,
Zwisaj?cy na kszta?t kity,
I w tyrolskim kapeluszu
Kr??y pe?en animuszu.
Tu do wilka si? przymili
I co? szepnie, tam po chwili
Do nied?wiedzia chy?kiem sunie,
Jakie? s?ówko rzuci kunie,
Chytrze mrugnie do jelenia,
Je?a mu?nie od niechcenia,
Mysz ogonem po?askocze,
Mimochodem, Bóg wie o czym,
Porozmawia chwilk? z rysiem.
- ?wietnie, lisie Witalisie!
Wszyscy my?l?: “A to szelma!
Jaki? w tym, widocznie, cel ma”
Ju? najstarszy wilk bu?aw?
Machn?? w lewo, machn?? w prawo;
Takie jest zwierz?ce prawo.
Ju? wybory rozpocz?ta -
Któ? zostanie prezydentem?
Lis spryciarzem by? bezsprzecznie,
Wi?c o g?os poprosi? grzecznie,
Wszed? na pie? i w s?owach kilku
Tak powiedzia?:
- Zacny wilku,
I wy, wszyscy tu zebrani,
Tak przeze mnie szanowani,
Albo mówi?c wprost - zwierz?ta!
Macie wybra? prezydenta.
Czy? jest kto?, kto nie pami?ta
Zas?ug lisa Witalisa?
W pi?ciu tomach ich nie spisa?!
Otó? ja przed wielu laty,
Gdym by? m?ody i bogaty,
W ci?gu jednej tylko wiosny
Zasadzi?em tutaj sosny,
Buki, d?by - niemal wszystko,
By zwierz?tom da? schronisko!
Dla was szereg lat z zapa?em
Drób w kurnikach hodowa?em,
Dla was w chlewach tucz? wieprze,
By?cie mieli ?ycie lepsze.
Jestem waszym dobrodziejem,
A sam nie ?pi?, a sam nie jem,
Tylko my?l? dniem i noc?,
Jak zwierz?tom przyj?? z pomoc?…
Mrukn?? nied?wied? do s?siada:
- Co tu gada? - dobrze gada!
Szepn?? borsuk: - Jaka swada,
Jaka dykcja i wymowa,
To przynajmniej t?ga g?owa!
A tymczasem lis po chwili
Ci?gn?? dalej: - Moi mili,
Nie namawiam, ale radz?:
Je?li dzi? otrzymam w?adz?,
Daj? s?owo, ?e zasadz?
W ci?gu pi?ciu dni na piasku
Drzewa mego wynalazku.
Ju? nie szyszki, nie ?o?edzie,
Ale rosn?? na nich b?dzie
Schab w?dzony i pieczony,
Boczki, szynki, salcesony,
Mortadela i serdelki,
Mi?s przeró?nych wybór wielki,
Nawet prosi? w galarecie,
Je?li tylko zapragniecie.
Wszystkim oczy a? zab?us?y:
- Lis niezgorsze ma pomys?y,
Niech zostanie prezydentem!
- Czy przyj?te? - Tak! Przyj?te!
Nied?wied? obj?? go za szyj?
I zawo?a?: - Niech nam ?yje!
- ?yj nam, lisie Witalisie! -
Powtórzy?y za nim rysie,
Kuny, tchórze i jelenie
Oraz ca?e zgromadzenie.
Po wyborach zgodnie z prawem
Lis od wilka wzi?? bu?aw?
I do domu cztery koz?y
Z wielk? pomp? go zawioz?y.
Kiedy jecha? le?n? drog?,
Wpierw widziano jego ogon,
Co jak ruda chmura zwisa,
A dopiero potem - lisa.
Ju? nazajutrz na polanie
Zacz?? lis urz?dowanie.
Kaza? poda? sobie kor?,
Wzi?? do gar?ci pióro spore
I ustaw? za ustaw?
J?? wydawa? z wielk? wpraw?:
- Zarz?dzamy, by zwierz?ta
Do u?ytku prezydenta
Oddawa?y, prócz okupu,
Czwart? cz??? swojego ?upu.
?eby ka?dy ptak od maja
A? do maja wszystkie jaja
Niós? dla lisa Witalisa,
Który ?ó?tka z nich wysysa.
?eby kury i kurcz?ta
Same sz?y do prezydenta
I prosi?y, by na ro?nie
Raczy? upiec je ostro?nie.
Nie pami?tam ju?, niestety,
Jakie prawa i dekrety
Wyda? jeszcze lis ponadto,
Lecz zwierz?cy ca?y ?wiat to,
Pe?en l?ku i poddania,
Wykonywa? bez szemrania.
*
Up?ywa?y dni, tygodnie…
Lis Witalis ?y? wygodnie,
?upi? wszystkich, jak si? da?o,
I korzy?ci mia? niema?o.
Przed siedzib? jego zawsze
Dwa nied?wiedzie co naj?wawsze
Sta?y sprawnie i wzorowo
Pe?ni?c wart? honorow?.
Sta?y te? jelenie cztery,
By go wozi? na spacery.
A wiewiórki przez dzie? ca?y
Przy ogonie si? krz?ta?y
I chucha?y, i dmucha?y,
I bez przerwy go czesa?y.
Niky spokoju nie mia? w lesie:
Ten us?u?y, tamten poda,
Ten przyniesie, ten odniesie,
Nawet borsuk - wojewoda,
Cho? to bardzo dumna sztuka,
By? u lisa za hajduka,
Wi?c z?o?ci?o to borsuka.
Jad? Witalis za dwudziestu
I zwierz?ta bez protestu
Napycha?y mu spi?arni?,
Chocia? same jad?y marnie.
Nigdy nie chcia? z nikim gada?
Ani nawet odpowiada?
Na pytania, na podania
I nie dawa? pos?uchania.
Siedzia? dumny niczym basze,
Jad? i mówi?: - Sprawa wasza
Dobrze dba? o mój ?o??dek.
Taki musi by? porz?dek!
Jam prezydent, czyli w?adza,
A jak komu nie dogadza,
Niech zabiera si? i zmiata,
Je?li nie chce w?cha? bata!
Gdy ju? wreszcie lisi nierz?d
Kl?sk? spad? na ?ycie zwierz?t,
Wilk cichaczem, bez ha?asu,
Zwo?a? wielki wiec do lasu
I gdy wszyscy si? zebrali,
Rzek?: - Nie mo?e by? tak dalej!
VI
Czeka wszystkich nas zag?ada
I jest na to jedna rada:
Z?apmy lisa lub zastrzelmy -
Do?? ju? rz?dów tego szelmy,
Tego lisa Witalisa,
Który soki z nas wysysa!
Pad?y s?owa: - Racja! Brawo!
- Lis Witalis gwa?ci prawo!
- Zniszczy? wszystkich nas ze szcz?tem!
- Precz! Precz z takim prezydentem!
I uchwali? wiec zwierz?cy,
?e nie ?cierpi tego wi?cej,
?e lis broi? co niemiara,
Wi?c go musi spotka? kara.
Lis tymczasem do lusterka
Niespokojnym okiem zerka;
Nagle widzi - co to? Rysa!
Strach oblecia? Witalisa.
A tu rysa ro?nie, ro?nie,
Za?amuje si? uko?nie
I lusterko ca?e ?amie.
A Witalis siedz?c w jamie
Zimny pot ociera z czo?a.
- Sprawa jednak nieweso?a!
machn?? raz czy dwa ogonem,
Po czym smutnie rzek?: - Sko?czone!
Co u?y?em, to u?y?em,
Dobrze jad?em, dobrze pi?em,
Za to teraz czas mi w drog?.
Trudno. Zosta? tu nie mog?!
Zapakowa? par? waliz.
I chcia? umkn?? lis Witalis.
Zatrzyma?y go nied?wiedzie:
- Po co ?pieszy? si?, s?siedzie?
Nie tak pr?dko, jeszcze chwilka,
Wst?pi? musisz wpierw do wilka,
Wilk ma spraw do ciebie kilka.
- Wilk zaprasza? Rzecz ciekawa!
- Wilk ci? wzywa w imi? prawa!
- Ani my?l?. Nie chce mi si?!
- Mamy rozkaz Witalisie,
Lepiej si? nie stawiaj hardo,
Bo dostaniesz halabard?.
Tu lisowi ?cierp?a skóra.
Widz?c, ?e ju? nic nie wskóra,
Ci??ko westchn??, spu?ci? ogon
I potulnie ruszy? drog?.
Wilk na? czeka? w cieniu buka:
Z prawej strony mia? borsuka,
Z lewej dzika. Nieco dalej
Delegaci zwierz?t stali.
Lis zatrzyma? si? w pó? drogi,
Ale wilk, ogromnie srogi,
Rykn??: - Bli?ej! Ruszaj mi si?!
Kara ci? nie minie, lisie!
Bra? go!
Wzi??y go dwa rysie,
Ten za nogi, ów za g?ow?;
Wilk zawo?a? wi?c: - Gotowe!
Wtedy wysz?y dwie ?asiczki;
Mia?a ka?da z nich no?yczki.
Pochwyci?y ogon lisa,
Co jak ruda chmura zwisa?,
I do pracu si? zabra?y:
Ci??y, strzyg?y, przystrzyga?y,
Odrzuca?y rude p?ki,
Podcina?y puszek mi?kki
Szybko, zwinnie, lecz ostro?nie.
A lis wi? si? jak na ro?nie,
J?cza?, szlocha?, zrozpaczony:
- Taki ogon nad ogony
Ostrzyc… zniszczy?! O zbrodniarze!
Jak?e? teraz si? poka???
Jak poka?? si? z ogonem
Tak nikczemnie ostrzy?onym?!
Rzeczywi?cie. Ogon lisa
Zwisa? jak pa?eczka ?ysa,
A wiart rudy puch rozwiewa?
I unosi? ponad drzewa.
Wypu?ci?y lisa rysie,
A wilk rykn??: - Wyno? mi si?,
Zmiataj, lisie Witalisie!
Lis ucieka?, gdzie pieprz ro?nie.
Raz zatrzyma? si? przy so?nie
I us?ysza? zawstydzony,
Jak si? z niego ?mia?y wrony,
Kuny, sus?y, nawet je?e -
Ka?dy ptak i ka?de zwierz?:
- Taki ogon zamiast tyczki
Móg?by by? dla ogrodniczki!
- To? to s?k, nie ?aden ogon!
- ?mieszny widok, swoj? drog?!
- To ci ogon nad ogony!…
Lis Witalis, o?mieszony,
Wyszydzony, uciek? z lasu
I ju? nikt od tego czasu
Nie ogl?da? Witalisa -
Nawet ja, com go opisa?.
piątek, styczeń 20th 2006
Ja? i Ma?gosia - Jan Brzechwa
posted @ 1:32 pm in [ Dla dzieci - Bajki ]
JA? I MA?GOSIA
Narrator:
Pos?uchajcie, oto bajka,
Stara bajka-samograjka,
Ale dla was, daj? s?owo,
Wymy?li?em j? na nowo.
Je?li nie znacie jej, to poznacie.
A by?o tak:
W ma?ej chacie,
Od ludzkich osiedli z dala
Mieszka?a rodzina drwala
Z czterech osób z?o?ona.
By? wi?c drwal, jego ?ona
I - jak to si? w bajkach kleci -
By?o tak?e dwoje dzieci,
W waszym wieku, mniej wi?cej.
Ja piosenk? im po?wi?c?,
Przys?uchajcie si? piosence:
Ja?:
My mieszkamy w chatce drwala.
Razem:
Trala-lala, trala-la.
Ma?gosia:
Nasz? chatk? las okala.
Trala-lala, trala-la.
Ja?:
A nazywamy si?,
Ja? i Ma?gosia.
Ma?gosia:
Bardzo kochamy si?,
Ja? i Ma?gosia.
Razem:
Razem trzymamy si?,
Mamy s?uchamy si?,
Tralala-la!
Matka:
Dzieci kochane, ?piewacie cudnie,
Ale ju? min??o po?udnie,
Ojciec czeka na obiad w lesie,
Dzi? Ma?gosia kobia?k? zaniesie.
Ma?gosia:
Pójdziemy z Jasiem we dwoje,
Bo ja troszeczk? si? boj?.
Ja?:
Dlaczego puszcza? j? sam??
Pójd? z Ma?gosi?, mamo.
Matka:
A kto mi w domu pomo?e?
A kto uprz?tnie w oborze?
A kto zamiecie w komorze?
No, dobrze ju?. Tym razem
Pozwalam i?? wam razem.
To zreszt? niedaleko.
W kobia?ce jest chleb, jest mleko,
A tu gor?ce pierogi.
Nie zbaczajcie wi?c z drogi,
Le?cie szybko jak dwa szczyg?y,
By pierogi nie wystyg?y.
Ja?:
Ju? biegniemy, mamo droga,
Pami?tamy o pierogach!
Ka?dy ptak nam w lesie ?piewa.
Trala-lala, trala-la.
Ma?gosia:
Znamy w lesie wszystkie drzewa.
Razem:
Trala-lala, trala-la.
Ja?:
A nazywamy si?
Ja? i Ma?gosia.
Ma?gosia:
Razem trzymamy si?,
Ja? i Ma?gosia.
Razem:
Borem skradamy si?.
Wilkom nie damy si?,
Tralala-la!
Ja?:
Spójrz, Ma?gosiu, jakie? zwierz?!
Ma?gosia:
Ojej, Jasiu, strach mnie bierze,
Wszak to wilk. Jest pewno z?y,
Bo okropnie szczerzy k?y.
Uciekajmy.
Ja?:
Wilk jest pr?dszy,
On po ?ladach nas wyw?szy.
Wilk:
Wilk jest panem w lesie,
A gdy je?? my chce si?,
Idzie sobie w lasu g??b,
?eby znale?? co? na z?b.
Trzeba szybko je?? -
I cze??!
Oto widz? jad?o,
Co mi z nieba spad?o.
Idzie jaki? smaczny k?s,
Idzie para ?wie?ych mi?s,
Trzeba szybko je?? -
I cze??!
Ruszam prosto na nie,
B?d? mia? ?niadanie,
Chyba to s? owce dwie,
Do nich j?zyk a? si? rwie,
Trzeba szybko je?? -
I cze??!
Nie, to dzieci! Mam wi?c pecha!
Có? mi z dzieci za pociecha?
Ma?gosia:
Patrz, on prosto ku nam zmierza…
Tak si? boj? tego zwierza,
Uciekajmy!
Wilk:
Ja nie radz?,
Bo cho? tu sprawuj? w?adz?,
Cho? mi w brzuchu burczy z g?odu,
Ale wilki z mego rodu
Tym si? szczyc? od stuleci,
?e nie krzywdz? ma?ych dzieci.
Ja? i Ma?gosia:
Dzi?kujemy ci, wilku, za to.
Wilk:
Jad?a wyrzekam si? z w?asn? strat?.
Teraz zmiatajcie st?d. Do widzenia!
Ju? nie dra?nijcie mi podniebienia.
Id?cie prosto przez polan?,
A ja o suchym pysku zostan?.
Ma?gosia:
Le?my, Jasiu, t?dy przez kniej?!
Ja?:
Wilk na szcz??cie pierogów nie je,
A tato lubi je i czeka,
S?ysz? ju? jego g?os z daleka.
Drwal:
Zetn? sosn?, sosn? zetn?,
B?d? z sosny deski ?wietne,
Pi?o, r?nij, siekiero, wal,
Róbcie to, co ka?e drwal.
Lubi? chodzi? na wyr?by,
?cina? graby, ?cina? d?by,
Pi?o, r?nij, siekiero, wal,
Róbcie to, co ka?e drwal!
Gdy spi?uj? d?b wiekowy,
D?b si? nada do budowy,
Pi?o, r?nij, siekiero, wal,
Róbcie to, co ka?e drwal.
Gdy zawioz? grab do szko?y,
B?d? z niego pi?kne sto?y,
Pi?o, r?nij, siekiero, wal,
Róbcie to, co ka?e drwal!
Ja?:
Przynie?li?my, tato, kobia?k?,
Lecz pierogi wystyg?y ju? ca?kiem.
Ma?gosia:
Pierogi s? smaczne, z grzybami,
A te grzyby zbierali?my sami.
Drwal:
Co? Pierogi? A to ci dopiero!
Zamachn??em si? w?a?nie siekier?,
Zostawcie kobia?k?, zjem potem,
Zmykajcie, dzieci, z powrotem,
Bo tu wko?o drzazgi lec?,
A ja popracuj? nieco,
Nie mam czasu do stracenia.
Ja?:
?egnaj, tato!
Ma?gosia:
Do widzenia!
Drwal:
Wracajcie t? dró?k? na wprost.
Ma?gosia:
S?yszysz, Jasiu? ?piewa drozd.
Ja?:
Ma?gosiu, nie drozd, lecz pliszka.
Ma?gosia:
Popatrz, jaka dziwna szyszka.
Ja?:
Na szyszk? troch? za g?adka,
Spójrz, to przecie? czekoladka!
Ma?gosia:
Tu jest irys, tu cukierek!
Ja?:
Kto? je pouk?ada? w szereg,
Jak w sklepie - taki równiutki.
Ma?gosia:
Tu znowu le?? ci?gutki…
Ja?:
Wyborne…
Ma?gosia:
I s?odkie szalenie.
Ja?:
Trzeba nape?ni? kieszenie.
Ma?gosia:
Naje?? si? te? nie zawadzi.
A dok?d ta droga prowadzi?
Bo tam dalej na odmian?,
Widz? krówki rozsypane.
Ja?:
A tu znów inne s?odycze!
Jak du?o! Wprost ich nie zlicz?!
Marmoladki, czekoladki
Rosn? wprost jak le?ne kwiatki.
Ma?gosia:
To ci dopiero przygoda!
Nie zjemy wszystkich, a szkoda!
Ja?:
Stój! Popatrz! Domek z piernika!
Czy to sen? Nie! Domek nie znika.
Gdzie popatrze? - wsz?dzie piernik,
Zbudowa? go chyba cukiernik.
Ma?gosia:
Zaraz kawa?ek u?ami?…
Pyszny! Trzeba zanie?? mamie.
Ja?:
Spójrz, Ma?gosiu, na t? ?cian?…
To pierniki lukrowane,
Ma?gosia:
A z tej strony nadziewane.
Skosztuj, czy czujesz smak ró?y?
Ja?:
U?amiemy kawa? du?y!
Kiedy mama go dostanie,
B?dzie mia?a u?ywanie.
Narrator:
Do?? d?ugo dzieci drwala zbiera?y ?akocie
Ani my?l?c o powrocie,
A domkiem z pierników tak by?y zaj?te,
?e da?y si? wzi?? na przyn?t?.
To w?a?nie czarownica z?a i gniewna srodze
Rozsypa?a s?odycze na drodze.
I w ten sposób zwabi?a Jasia i Ma?gosi?.
Czarownic? poznacie po g?osie!
Czarownica:
Hola! Có? to za przyb??dy
Maj? ?mia?o?? chodzi? t?dy?
Kto mi domek z pierników objada?
O, to zuchwalstwo nie lada!
Ma?gosia:
Jasiu, s?yszysz? ?adne rzeczy!
Kto? nam okropnie z?orzeczy.
Czarownica:
Jestem gro?na czarownica,
Cha-cha!
Zna mnie ca?a okolica,
Cha-cha!
Kiedy dnieje, kogut pieje,
Ja si? ?miej?
Ucha-cha!
Mam ja wilka na pos?ugi,
Cha-cha!
Czy to s?oty, czy szarugi,
Cha-cha!
Wicher wieje, z nieba leje,
Ja si? ?miej?
Ucha-cha!
Piernikami dzieci n?c?,
Cha-cha!
Kto tu wszed?, nie wyjdzie wi?cej.
Cha-cha!
Piec si? grzeje, ?arem zieje.
Ja si? ?miej?
Ucha-cha!
Ma?gosia:
S?yszysz, co ona ?piewa?
Jasiu, Jasiu, b?dzie krewa!
Czarownica:
Dawno mia?am na was chrapk?,
Wpadli?cie w moj? pu?apk?!
Droga do mnie wydawa?a si? s?odka,
A czy wiece, co teraz was spotka?
Ja?:
My?leli?my, ?e pierniki s? dla nas…
Czarownica:
Dobry z ciebie ananas!
Ma?gosia:
Niepotrzebnie pani si? z?o?ci,
My?my przyszli do pani w go?ci,
A przecie? ludzie w Polsce s?yn? z go?cinno?ci.
Ja?:
Niech nas pani wypu?ci!
Czarownica:
Wypu?ci? was? A ju?ci!
Zaraz w szpony was pochwyc?
I - poznacie czarownic?!
Ma?gosia:
Pani tylko tak straszy…
Ja?:
Nauczyciel w szkole naszej
Od dawna uczy nas przecie,
?e czarownic nie ma na ?wiecie.
Czarownica:
Co? Tego ucz? was w szkole?
Ja drwi? z siebie nie pozwol?!
To zuchwalstwo, daj? s?owo!
Kim wi?c jestem? Owc?? Krow??
Czy mo?e po prostu sow??
W mojej szkole jest inaczej,
Kto nie wierzy, ten zobaczy.
B?d? trzyma? was pod kluczem
I upas?, i utucz?,
Bo nie lubi? chuderlaków -
Mi?so chude jest bez smaku,
A w dodatku ?ykowate.
Potem wrzuc? na ?opat?
I pod blach? wczesnym rankiem
Upiek? was z majerankiem.
Ja?:
Prosz? pani, ja nie wierz?!
Nawet wilk, ?ar?oczne zwierz?,
Cho? by? g?odny, nas oszcz?dzi?.
Czarownica:
Wilk ma w lesie do?? ?o??dzi.
To punkt pierwszy. A punkt drugi -
Wilk jest u mnie na pos?ugi.
Kiedy sid?a me zastawi?,
On ju? wie, co piszczy w trawie.
Mo?e nawet szpetnie szczeknie,
Lecz mojego ?upu nie tknie.
A teraz ju? sko?czmy gadanie,
Jako rzek?am, tak si? stanie.
Ma?gosia:
My jeste?my dzie?mi drwala,
Tato je?? nas nie pozwala!
Ja?:
On siekier? ma ze stali
I siekier? mocno wali.
Ma?gosia:
Ma on tak?e ostr? pi??.
Je?li pani ?ycie mi?e…
Czarownica:
Do?? ju?! Wi?cej ani s?owa!
Klatka dla was jest gotowa.
Wilku, hej! Mój wilku bury,
Do mnie! Wysu? swe pazury,
Poka? k?y zuchwa?ej parce
I niech sko?cz? si? te harce.
Wilk:
Nim zawo?asz po raz drugi,
Jestem ju? na twe us?ugi.
Ja?:
Ojej, wilk! By? grzeczny, g?adki,
Teraz wpycha nas do klatki.
Ma?gosia:
Wilku, nie drap tak, powoli…
Ja?:
Delikatniej, bo j? boli!
Czy to jest obyczaj wilczy?
Wilk:
Niech kawaler lepiej milczy,
Przykro s?ucha? tych z?orzecze?.
Ma by? piecze? - b?dzie piecze?!
Czarownica:
Ja zabieram klucz od klatki,
A wam daj? czekoladki,
Marmoladki i karmelki,
Strucle, ciastka, piernik wielki,
Wór irysów i ci?gutek -
Jedzcie! By przyspieszy? skutek,
Sprawiam uczt?. Na tej uczcie
Nale?ycie si? utuczcie,
Bo gdy wam przyb?dzie cia?a,
To ja b?d? ucztowa?a.
Ma?gosia:
Pani jest bez serca.
Ja?:
Pani jest ludo?erca!
Wilk:
Przykro s?ucha? tych z?orzecze?.
Ma by? piecze? - b?dzie piecze?!
Czarownica:
Ich mowa ju? mi obrzyd?a,
Chod?my, wilku, zastawi? sid?a,
Pójdziemy przez bór, przez kniej?,
Zobaczymy, co tam si? dzieje.
Wy za?, dziatki, jedzcie du?o
I niech wam ?akocie s?u??.
Sma??, warz? smo?? w kotle
Cha-cha!
A jak je?d??, to na miotle,
Cha-cha!
Trzeszc? knieje, ?le si? dzieje,
Ja si? ?miej?
Ucha-cha!
Ja?:
Posz?a sobie lasem-borem,
Pewno wróci przed wieczorem,
S?odyczami nas upasie,
No i zje po pewnym czasie.
Ma?gosia:
Niby ?adna, niby m?oda,
A taka niedobra. Szkoda!
Ja?:
Trzeba pój?? po rozum do g?owy,
Pos?uchaj, mam plan gotowy:
Zawsze nosz? drut przy sobie,
Z drutu ró?ne rzeczy robi?,
A tym razem w sposób chytry
Mój drut przerobi? na wytrych.
Pomó? mi, bo drut jest grudy,
Przyst?pi? zaraz do próby.
Krata jest troch? za ?cis?a…
Ma?gosia:
Czy?by wi?c nadzieja prys?a?
Ja?:
Rozsuniemy troch? krat?,
Ty ci?nij na t?, ja na t?,
Mocniej, mocniej! Jeszcze ?dziebko!
Ma?gosia:
Ty, Jasiu, r?k? masz krzepk?,
A ja…
Ja?:
Pchaj ?okciem, kolanem!
Ju? teraz si? tam dostan?,
Jestem w zamku. Drutem kr?c?…
Mam troch? za krótkie r?ce…
Ma?gosia:
Musisz si? przecisn?? wi?cej!
Ja?:
Opór w zamku nieco s?abnie…
Ma?gosia:
Ach, jak ty to robisz zgrabnie,
Majster z ciebie i m?drala,
Zna?, ?e jeste? synem drwala!
Ja?:
Zamek zgrzytn??! Do roboty,
Jeszcze tylko dwa obroty,
Lecz r?ka mi ju? omdla?a…
Ma?gosia:
B?d? j? podtrzymywa?a,
Jasiu, jeszcze chwilka ma?a!
Ja?:
Wytrych znowu si? obraca,
Drut ostatni zatrzask maca,
Wnet sko?czona b?dzie praca.
Ma?gosia:
Z czo?a pot ci sp?ywa strug?,
Trzeba wytrwa?!
Ja?:
Ju? nied?ugo.
Co to? Czy si? zamek zatka??
Nie! To ju?! Otwarta klatka!
Ma?gosia:
Znów jeste?my wolni! Brawo!
Uciekajmy teraz ?wawo.
Ja?:
Uciekajmy! Mrok zapada.
Ma?gosia:
Ciszej! Kto? ku nam si? skrada.
To na pewno czarownica…
Skryjmy si?, bo sierp ksi??yca
Na nas rzuca swoje ?wiat?o.
Ja?:
Teraz uciec ju? nie?atwo.
Czarownica:
Co to? Klatka jest otwarta?
Gdzie wi??niowe? Có?, do czarta?!
Pewno w k?t si? gdzie? zaszyli…
Odezwijcie si? w tej chwili!
Pr?dzej! Nie ma ?artów ze mn?,
Wnet was znajd?, cho? jest ciemno,
Zrewiduj? ca?? klatk?!
Ja?:
Patrz, Ma?gosiu… Mamy gratk?!
Podkradnijmy si? czym pr?dzej
I zamknijmy w klatce j?dz?.
Ma?gosia:
Ciszej… Skryjmy si? za drzewa.
Ty id? z prawa, a ja z lewa,
Cichute?ko, bez szelestu,
Gdzie si? podzia? drut mój?
Ma?gosia:
Jest tu!
Ja?:
No, to bierzmy si? do dzie?a,
By nam j?dza nie umkn??a.
Jeden ruch drucianym pr?tem…
Hops! I drzwiczki ju? zamkni?te.
Czarownica:
W klatce nie ma ich. A co to?
O, smarkaczu! O, niecnoto!
Mnie uwi?zi? tak szkaradnie?
Ci??ka na was kara spadnie!
Wilku, hej! Mój wilku bury,
Do mnie! Wysu? swe pazury,
Ostre k?y i z?by uka?,
Wilcz? paszcz? dzieci ukarz!
Wilk:
Jestem, pani czarownico,
Ale tym si? w?a?nie szczyc?
Wszystkie wilki z mego rodu,
?e cho? kiszki burcz? z g?odu,
?aden z nich nie skrzywdzi dzieci -
I tak jest ju? od stuleci.
?egnaj! Niech si? co chce dzieje,
A ja precz odchodz?, w kniej?.
Czarownica:
No to koniec ju? zabawy!
Chod?cie do mnie bez obawy,
Powiem wam, jak stoj? sprawy.
Bardzo lubi? za?artowa? -
I was chcia?am wypróbowa?.
Bajka nasza si? nie liczy:
Tu jest fabryka s?odyczy,
Za drzewami, z tamtej strony,
Wida? szklane pawilony.
A te wszystkie czekoladki,
Marmoladki, raczki, krówki
Spad?y dzisiaj z ci??arówki.
Ja pracuj? w magazynie,
Odpowiadam, gdy co? zgnie.
Towar ten to rzecz nietania,
A wy w?a?nie bez pytania
Pozrywali?cie pierniki.
Chcia?am was ukara?, smyki,
Bo cudzego si? nie zjada!
Ma?gosia:
Wi?c to by?a maskarada?
Ja?:
Wi?c te dziwy si? nie dziej??
Ma?gosia:
Czarownice nie istniej??
Czarownica:
O tym wiecie ju? ze szko?y.
To by? tylko ?art weso?y.
Na nim bajka jest oparta,
Chyba znacie si? na ?artach?
Ja?:
No, a chatka piernikowa?
Czarownica:
To produkcja eksportowa
Dla nabywaców z zagranicy,
Zwie si? Chatk? Czarownicy.
Pakujemy chatki w klatki,
?adujemy je na statki
I tak w?a?nie w ?wiat przez Gdyni?
Towar nasz na zachód p?ynie.
Ma?gosia:
No a wilk, co tu, w?ród sosen,
Mówi? do nas ludzkim g?osem?
Czarownica:
To nie wilk, to pies po prostu,
Lecz wi?kszego nieco wzrostu,
Wilczur - m?dry, tresowany,
Czy nie znacie tej odmiany?
Ja?:
Lecz on gada? najwyra?niej.
Czarownica:
Chyba w waszej wyobra?ni.
Pies nie gada, tylko szczeka,
A on szceka? ju? z daleka.
Ja?:
Wilk si? nam przywidzia?? Szkoda!
Ma?gosia:
Pi?kna by?a to przygoda…
Ja?:
No to bardzo przepraszamy
Ma?gosia:
I wracamy ju? do mamy!
Ja?:
Tato nas na pewno zgani.
Tak nam przykro, prosz? pani!
Czarownica:
Powiem wam na po?egnanie,
?e?cie dzielni nies?ychanie.
Za to ka?de z was dostanie
Po pude?ku czekoladek,
A dla mamy, na wypadek,
Gdyby bardzo si? gniewa?a,
B?dzie ciastek torba ca?a.
Mo?e Ja? by sam je dobra?…
Ma?gosia:
Pani dla nas taka dobra!
Czarownica:
Moja dobro? was zachwyca?
Przecie? jestem czarownica.
Ale o tym - sza - nikomu!
Teraz le?cie ju? do domu.
Ja?:
Do widzenie!
Czarownica:
B?dzcie zdrowi.
T?dy, prostu ku domowi!
Ja? i Ma?gosia:
Tak si? ko?czy nasza bajka.
Trala-lala!
Trala-la!
Stara bajka-samograjka.
Trala-lala!
Trala-la!
Bajka nazywa si?
“Ja? i Ma?gosia.”
Tu ju? urywa si?
“Ja? i Ma?gosia.”
Co z bajk? ?aczy si?,
To dobrze ko?czy si?.
Trala-lala,
Trala-lala,
Trala-lala,
Trala-la!

piątek, styczeń 20th 2006
Pierwszy krok w chmurach - Marek H?asko
posted @ 1:18 pm in [ Lektury i literatura szkolna - Opowiadania ]
Pierwszy krok w chmurach
W sobot? centrum miasto wygl?da tak samo jak w ka?dy inny dzie? tygodnia. Jest tylko wi?cej pijanych; w knajpach i barach, autobusach i bramach - wsz?dzie unosi si? zapach przetrawionego alkoholu. W sobot? miasto traci swoj? pracowit? twarz - w sobot? miasto ma pijan? mord?. Natomiast w centrum miasta, w sobot?
nie ma ludzi, którzy lubi? obserwowa? ?ycie: sta? w bramach, w?óczy? si? po ulicach, siedzie? na ?awce w parku godzinami i tylko po to, aby za lat dwadzie?cia móc sobie przypomnie?, ?e tego to a tego dnia widzia?o si? mniej lub bardziej dziwny traf ?yciowy.
Tak jak wys?a?cy chadzaj? jeszcze podczas okupacji w czerwonych czapkach, tak jak handluj?cy suchym piaskiem, jak podwórzowi ?piewacy o przepitych tenorach - centrum miasta wymarli obecnie obiektywni obserwatorzy ?ycia.
Obserwatorów mo?na spotka? jedynie na przedmie?ciu. ?ycie przedmie?cia zawsze by?o i jest bardziej zag?szczone; na przedmie?ciu w ka?d? sobot?, kiedy jest pogoda, ludzie wynosz? krzes?a przed domy; odwracaj? si? ty?em i usiad?szy okrakiem, obserwuj? ?ycie. Upór obserwatorów nosi czasem znamiona generalnego ob??du: czasem siedz? w ten sposób przez ca?e ?ycie i nie widz? nic oprócz twarzy obserwatora z przeciwka. Potem umieraj? z g??bokim ?alem do ?wiata, z rzekonaniem o jego szarzy?nie i nudzie, gdy? rzadko kiedy przyjdzie im namy?l, ?e mo?na podnie?? si? i pój?? na s?siedni? ulic?. Obserwatorzy ?ycia na staro?? staj? si? niespokojni. Miotaj? si?, patrz? na zegarki; jest to jeden ze ?miesznych nawyków starych ludzi - pragn? ratowa? czas. W pewnym okresie chciwo?? ?ycia i wra?e? staje si? u nich silniejsza ni? u dwudziestolatków. Du?o gadaj?, du?o my?l?: uczucia ich s? dzikie i t?pe zarazem. Potem gasn? szybko i spokojnie. Umieraj?c wmawiaj? wszystkim, ?e ?yli szeroko. Impotenci chwal? si? sukcesami u kobiet, tchórze - bohaterstwem, kretyni - m?dro?ci? ?ycia.
Pan Gienek - z zawodu malarz pokojowy - od czterdziestu lat mieszka? na Marymoncie i od tylu? lat obserwowa? ?ycie swej dzielnicy. Owej soboty pan Gienek tak?e siedzia? przed swoim domem w ogródku i bezmy?lnie patrzy? w ulic?. Od czasu do czasu spluwa? i oblizywa? spieczone wargi; wygasaj?cy dzie? by? upalny i dr?cz?cy. Pan Gienek by? rozdra?niony: nie zdarzy?o si? nic ciekawego w dniu dzisiejszym, nikt nie z?ama? r?ki, nikt nikogo nie pobi? i pana Gienka ssa?o uczucie pustki i nudy - kopn?? psa, który nawin?? mu si? po nog? i ponuro ziewaj?c patrzy? na ulic?. By?a pusta, przeje?d?aj?ce z rzadka samochody podnosi?y tumany rozparzonego piasku. Kiedy straci? ju? ca?a nadziej? na ujrzenie kawa?ka ?ycia, uczu?, ?e kto? tr?ca go w rami?. Podniós? oczy i zobaczy? swego s?siada, Maliszewskiego.
- Chod? pan - powiedzia? Maliszewski.
- Gdzie?
- Niedaleko
- Po co?
- Chcesz pan co? zobaczy?? - powiedzia? Maliszewski.
By? to niski cz?owiek dobrodusznej twarzy i chytrych oczkach. Ruchy jego - mimo pozornej oci??a?o?ci - by?y szybkie i zwinne jak ruchy m?odego kota.
- Co jest? - zapyta? pan Gienek; ziewn?? by? zm?czony upa?em.
- Ch?opak? - powiedzia? Maliszewski
- I co z tego?
- Satyra - powiedzia? Maliszewski - On jest z dziewczyn?. Ju? pan rozumiesz?
- Jasne - rzek? pan Gienek. Podniós? si?; w serce jego wst?pi?a nadzieja.
Zapyta? z o?ywieniem: - ?adna?
- I ?adna i m?oda - rzek? Maliszewski. - Mówi? panu, dobra robota tam chodzi. - Nagle zniecierpliwi? si?: - Idziesz pan czy nie? - zapyta?.
- Nic z tego nie b?dzie - powiedzia? pan Gienek - Zanim my tam dojdziemy ,to oni sko?cz?. Mówi? panu, ?e nic z tego nie b?dzie.
- Oni nie maj? po pi??dziesi?tce tak jak pan - powiedzia? Maliszewski. - Mog? bardzo d?ugo bawi? si? w ten sposób. Ja jak by?em m?ody, tote? mog?em si? w ten sposób bawi? godzinami. Naprawd? tak by?o. Wst?pimy po mojego szwagra i podskoczymy tam, chce pan? On ju? wróci? z roboty i ch?tnie pójdzie z nami. O, patrz pan, ju? idzie!
Rzeczywi?cie, ulic? szed? m?ody, t?gi m??czyzna. R?kawy koszuli mia?
podwini?te, w z?bach trzyma? trawk?. Oczy jego by?y senne i drwi?ce, powieki - ci??kie.
- Heniek - zawo?a? Maliszewski - pozwól tu na chwilk?!
Heniek zbli?y? si? i opar? o p?ot. Czo?o jego by?o mokre od potu.
- Cze?? powiedzia?. - Co u pana, panie Gienku?
- Heniek - powiedzia? Maliszewski - chod? z nami.
- Gor?co - powiedzia? Heniek; obliza? wargi i westchn??: - Nie ma czym
oddycha?. W taki upa? nawet ?wi?temu by nie stan??. Gdzie chcecie skoczy??
- By?em na dzia?ce - rzek? Maliszewski. - Widzia?em ch?opaka z dziewczyn?.
- Szmata? - zapyta? Heniek. Wyplu? trawk?, potem zerwa? now? i przygryz? j? mocnymi z?bami.
- Sk?d - powiedzia? Maliszewski. - Mówi? ci: m?oda i ?adna.
- Mo?emy podskoczy? - powiedzia? Heniek. - Ty mnie znasz: ja lubi?
popatrzy? na ?ycie. Je?li dziewczyna b?dzie brzydka - zwróci? si? do Maliszewskiego - to ty co? dzisiaj postawisz.
Ruszyli i szli szybko w?ród dzia?kowych ogródków. Ludzie przychodzili tu po pracy, aby dogl?da? swych kartofli, pomidorów i marchwi. Teraz jednak by?o pusto: parny, dr?twy dzie? zm?czy? wszystkich - ludzie siedzieli w domu.
- Duszno - powiedzia? Heniek. - Ja nic nie mog? robi? w taki dzie?.
G?owa mnie boli ca?y czas.
- Tamtym te? chyba gor?co - powiedzia? pan Gienek.
- My?l? - rzek? Maliszewski. - My ich och?odzimy. Tak, Heniek?
- W zesz?ym roku - powiedzia? Heniek - tutaj te? przychodzi? taki jeden go?? z dziewczyn?. Ca?e lato tu przychodzili.
- I co?
- Nic. Pewnie nie mieli mieszkania.
- Pobrali si?? - zapyta? z wysi?kiem Gienek; marzy? o szklance zimnego,
gorzkawego piwa.
- Nie wiem. Mo?e i tak, ?e si? pobrali. Te? by?a ?adna dziewczyna.
- Blondynka? - zapyta? znów Gienek; nic a nic go to nie obchodzi?o.
W dalszym ci?gu czu? dr?cz?c? pustk? i niesmak.
- Brunetka - rzek? Heniek. Pami?tam jak dzi?. Ten facet by? blondyn. Nie
mog?em zrozumie?, dlaczego taka ?adna dziewczyna chodzi z takim ?achudr?.
- Nie wiem - mrukn?? pan Gienek. Splun?? g?st? ?lin?. By? z?y na He?ka:
przypomnia? mu, ?e on sam ma brzydk? i do?? g?upi? ?on?. Powiedzia?: - pewnie jaka? szmata.
- Mo?e?… Teraz cicho - rzek? Maliszewski. Poszed? przodem, oni szli za nim wolno, staraj?c si? nie robi? ha?asu. By?o ju? szarawo: s?o?ce uciek?o, na trawie k?ad?y si? b??kitnawe cienie. Maliszewski w pewnym momencie odwróci? g?ow? i zawo?a? cicho - Chod?cie!
Podeszli na palcach kilka kroków i zobaczyli ch?opaka z dziewczyn?. Le?eli obok siebie. Dziewczyna opar?a swoj? g?ow? o rami? ch?opaka i przytuli?a si? do niego ca?ym cia?em. Le?eli zm?czeni mi?o?ci? i upa?em, byli m?odzi i ?adni oboje - jedno ciemne, drugie jasne. Sukienka dziewczyny by?a uniesiona; mia?a d?ugie, mocne br?zowe nogi.
- ?adna - rzek? Heniek. - Bardzo ?adna.
- Mówi?em - powiedzia? szeptem Maliszewski.
Stali w milczeniu: pan Gienek znów obliza? wargi i pomy?la? o swojej ?onie z dreszczem nag?ego wstr?tu. Maliszewski u?miechn?? si? g?upkowato. Heniek jeszcze bardziej opu?ci? ci??kie powieki i post?powa? z nogi na nog?. Nagle zapyta? z rozdra?nieniem:
- Robimy co??
- Ty - powiedzia? Maliszewski - Zrób im co? takiego, ?eby si? nie pozbierali ze ?miechu do ko?ca ?ycia. Ty to mo?esz zrobi?, Heniek
- Heniu? - powiedzia? pan Gienek - najlepiej ich nastraszy?. - Przytakn??
palcami i powtórzy?: - Ona jest strasznie ?adna. Ju? dawno nie widzia?em takiej lalki. Jeszcze dziecko. Nie powinni tego robi?. - Nagle zniecierpliwi? si? i rzek? do He?ka:
- Zrób im pan co, bo jak nie, to ja im bomb? zasun?.
- Czekaj pan - powiedzia? Heniek. - To ju? lepiej ja.
Patrzy? przez chwil? na br?zowe uda dziewczyny i na twarzy jego malowa?a si? m?ka. Potem wyszed? zza drzewa i stan?? przed m?odymi. Zmru?ywszy oczy, rzek?:
- W tat? i mam? si? bawicie? Smacznego!
Maliszewski i pan Gienek wybuchn?li ?miechem. Ch?opak zerwa? si? na nogi i wyj?ka?:
- Czego pan chce?
- Niczego - powiedzia? bardzo wolno Heniek. Stan?? przed ch?opakiem i ko?ysa? si? na nogach. Gryz? w dalszym ci?gu trawk? i spluwa? zielonkaw? ?lin?. Potem powiedzia?:
- Uwa?aj, jak jedziesz kochany. To ci przyszed?em powiedzie?. Zawsze
uwa?aj, jak jedziesz.
Maliszewski wyszed? zza drzewa i stan?? obok He?ka.
- ?adna dziewczyna - powiedzia? patrz?c na ni? burymi oczkami - Ja bym sam chcia? tak? pozna?. Mo?e si? zapoznamy, prosz? pani?.
- Idiota - powiedzia?a dziewczyna. Stan??a za ch?opakiem; by?a czerwona i zdenerwowana; pan Gienek patrzy?, jak dr?? jej szczup?e plecy i raz jeszcze pomy?la? ze wstr?tem o swojej brzydkiej, grubej i nieforemnej ?onie.
- Ty, ty, szmata - powiedzia? Maliszewski; oczy nabieg?y mu krwi? ze
w?ciek?o?ci. Rzek? szybko, jakby si? dusz?c: - Ty jeste? zwyczajna kurwa, rozumiesz? Ja mam córk? starsz? od ciebie , ty kurewko.
- Niech pan st?d odejdzie - powiedzia? ch?opak, b?agalnie patrz?c im w oczy. - Ja pana prosz?, niech pan stad odejdzie. My?my panu niczego nie zrobili. Ja pana strasznie prosz?.
- Kogo ty prosisz, Janek? - powiedzia?a dziewczyna. - Tego starego durnia?
- Zamknij swojej pani mord? - powiedzia? Heniek - bo inaczej ja jej zamkn?. I sam te? nie pajacuj. Mowie ci, zamknij jej mord?.
- Sam masz mord? - powiedzia?a dziewczyna. Patrzy?a na niego z pogard?. By?a nieprzytomna ze zdenerwowania, lecz usi?owa?a si? roze?mia? szyderczo - Bydlak - powiedzia?a i wybuchn??a p?aczem.
- Ej, ty - powiedzia? Heniek i szarpn?? j? za r?k?. - Komu ty wymy?lasz?
Przychodzisz si? tutaj puszcza? i jeszcze co? mówisz?
Ch?opak szarpn?? si?; uderzy? He?ka w twarz - raz i drugi. Sta?o si? to tak szybko, ?e Heniek zd??y? tylko zamruga? oczami. Lecz w nast?pnej chwili z?apa? ch?opaka za w?osy i trzasn?? twarz? w swoje kolano. Potem uderzy? go pi??ci? w usta i rzuci? na ziemi?.
- Dosy?, prosz? klienta? - zapyta?. - Jak nie dosy?, to ja mog? klienta obs?u?y? dodatkowo. Taryfa ulgowa; tu jest bardzo mi?y cmentarz. - I wybuchn?? stekiem najplugawszych obelg. Zamkn?? oczy, lecz ci?gle widzia? br?zowe, d?ugie nogi dziewczyny.
- Chod?, Janek - powiedzia?a dziewczyna. Otar?a ch?opakowi twarz z krwi. Rzek?a do nich:
- Policzymy si? jeszcze. - I kiedy odeszli ju? par? kroków, krzykn??a
histerycznie:
- Jeste?cie stare szmaty nie m??czy?ni!
Wracali do domu. Znów szli w?ród ogródków dzia?kowych.
- Parno - powiedzia? Heniek. - Prawdopodobnie, ?e b?dzie pada?. - Westchn?? i rzek?: - To by?a ?adna dziewczyna. Dlaczego jej powiedzia?e?, ?e jest kurw??
Przecie? jej nie znasz. Sk?d mog?e? wiedzie??
- Ja przecie? nie powiedzia?em, ?e ona jest taka - rzek? Maliszewski. - To ty powiedzia?e?.
- Ja?
- Ty.
- Nie wyg?upiaj si?. Ja jej wcale nie zna?em.
- Ja j? zna?em - powiedzia? Maliszewski. - Ja ju? ich tutaj widzia?em nie
pierwszy raz. Oni si? bardzo kochaj?.
- Co b?dzie dalej? - zapyta? pan Gienek.
- Nie wiem, co b?dzie dalej. Ale wiem, ?e oni z sob? chodz?. I wiem ,?e oni dzisiaj pierwszy raz z sob?.
- Sk?d? - zapyta? leniwie pan Gienek.
- S?ysza?em, jak j? prosi?. I on si? ba?, i ona si? ba?a. S?ysza?em, jak si?
namawiali. Bali si? dziecka, tak mówili. Ale chyba bardziej siebie.
- Tak zawsze bywa ten pierwszy raz - powiedzia? Heniek. - Ja si? te? ba?em.
- Ka?dy si? ba? tego pierwszego razu - powiedzia? Maliszewski. - Ale po co ty go zaprawi?e??
- Sam chcia?e?.
- Nie wiedzia?em, ?e to tak wyjdzie. On do niej tak dziwnie mówi?…
- Jak?
- Nie pami?tam.
- Chmurzy si? i powiedzia? pan Gienek.
- On w?a?nie cos mówi? o chmurach - powiedzia? Maliszewski. - Jaki? wiersz. Mówi? wam, oni si? kochaj?.
- Ju? teraz nie b?d? si? kocha? - powiedzia? Gienek. - B?d? siebie mieli dosy? na zawsze. Po takim czy?? nie b?d? mogli patrze? na siebie. Niepotrzebnie to wszystko wysz?o.
- Ja ju? wiem - powiedzia? Maliszewski - Przypomnia?o mi si?. On tak jej mówi?, ?e jak on j? tego, to b?dzie ich pierwszy krok w chmury. On tak jej mówi?, tylko, ?e do wiersza. A ona tylko: “Boj? si?. Boj? si?.” i p?aka?a.
- Mo?e si? ba? bólu?
- Nie my?l? - rzek? Maliszewski - Nie my?l?, ?eby si? ba?a bólu. To przychodzi potem. ?ycie, inni ludzie, plotka. Ale ten pierwszy raz, to naprawd? jest w chmurach. Zakochani niczego nie widz?.
- My te?? - zapyta? Heniek.
- Oni teraz ju? nie b?d? si? kocha? - powiedzia? pan Gienek. - Ja sam wiem, ?e jakby mnie co? takiego spotka?o, to bym ju? potem nie kocha? dziewczyny. Zmarkotnia? nagle: znów ssa?a go pustka Wyszli z ogródków i znów szli ulic?.
- Nie - powiedzia? Heniek. - Oni ju? teraz nie b?d? si? kocha?. Mnie te?
spotka?o kiedy? co? takiego. I nie kocha?em ju? potem tej dziewczyny.
- Ka?dego z nas spotka?o kiedy? co? takiego - powiedzia? Maliszewski. - Ale po co ty mu da?e? w jap??
- On mnie pierwszy uderzy? - rzek? Heniek. - Zajdziemy na to piwo?
- Mo?emy zaj??. Ta dziewczyna to ju? chyba nie przyjdzie.
- Chyba nie - powiedzia? pan Gienek. - I za co pan j? tak nazwa?e??
- Moj? dziewczyn? te? tak kto? kiedy? nazwa? - powiedzia? Maliszewski. - Jak Boga kocham, do dzi? nie wiem za co.
- I nie kocha?e? si? pan ju? potem?
- Nie - powiedzia? Maliszewski. Milcza?, potem rzek? z nag?? z?o?ci?: - Dajcie mi spokój, do cholery! Nie wierz? w ?adna mi?o??. Kobiecie swojej te? nie wierz?. Nikomu nie wierz?.
- G?upia sprawa - powiedzia? Heniek. Spojrza? w niebo i powiedzia?: Chmurzy si?. To jak on tam mówi??
- Zdaje si?, ?e krok w deszcz czy co? takiego - powiedzia? zm?czonym g?osem Maliszewski. - Chod?cie na to piwo… Albo o deszczu, albo o burzy… Nie pami?tam. Nie chc? niczego pami?ta?. Gdybym nie pami?ta?, nie by?oby tej ca?ej awantury.
- B?dzie jutro deszcz - powiedzia? Heniek.
- Zawsze w niedziel? pada deszcz - powiedzia? pan Gienek. Skrzywi? si?: raz jeszcze pomy?la? o swojej ohydnej ?onie, o ch?opaku, o dniu jutrzejszym, o ?licznej dziewczynie, o jej d?ugich, brunatnych nogach, o jej piersiach, o jej czerwonych, ?wie?ych ustach, o jej opalonym, silnym karku, o jej zielonych, przera?onych oczach i powtórzy? be?kotem, gdy? musia? co? powiedzie?: W niedziele zawsze pada deszcz…
piątek, styczeń 20th 2006
Gloria Victis - Eliza Orzeszkowa
posted @ 1:13 pm in [ Lektury i literatura szkolna - Opowiadania ]
Gloria Victis
Lecia? wiatr ?wiatem, ciekawy, niespokojny, s?ucha? gwarze?, opowiada? wód, zbó?, kwiatów polnych, drzew przydro?nych i - szumia?. Szumia? o wszystkim, co widzia?, co s?ysza? na szerokim, wielkim, na przedziwnym ?wiecie, i lecia?, a? przylecia? do krainy w wody, trawy i drzewa bogatej, która nazywa si? Polesie litewskie.
Hej, przestworza wolne, przestworza roz?o?yste wiatrowi pr?dkiemu, na równinach, co skraje niebios doko?a podpieraj?, bez przeszkód, bez zas?on. Nie uderzy si? tu wiatr pr?dki o ?adn? gór? ani o ?aden pagórek, nie powstrzyma lotu jego ?adne wysokie miasto i chyba tylko las przed nim stanie z obliczem ciemnym i nad ??kami bezkresnymi, nad rozlanymi po nich wodami zaszepcze s?owo: tajemnica!
Ale dla wiatru las tajemnic nie ma. S? to dwaj przyjaciele. Przenika wiatr le?ne g?stwiny od skraju do skraju i one mu wszystko, co widzia?y, s?ysza?y, opowiadaj?. Przenikaj? si? wzajemnie i w noce gwie?dziste, w d?onie od ?niegu bia?e, w wieczory jesienne od chmur pos?pne, od deszczu szemrz?ce wiod? ze sob? d?ugie przyjació? rozmowy.
Lecia? tedy wiatr nad Polesiem, gdy letnie s?o?ce mia?o si? ku zachodowi i w blasku jego smó?ki na ??kach sta?y zarumienione jak zorze, a wody obleka?y si? w barwy t?czowe. Na wodach w szyby wieloramienne, w strugi leniwe rozlanych, ja?nia?y fiolek, purpura i z?oto, a nad nimi w powietrzu rozpo?ciera?a si? cisza b??kitna, g??boka.
Wiatr ciszy nie m?ci?, albowiem nie by? z wiatrów takich, co grzmi? i hucz?, wstrz?saj? i obalaj?, ale z takich, co kochaj? ?wiat. Lata? po ?wiecie, a?eby zbiera? jego prawdy i ba?nie, minione dzieje, wyronione j?ki, echa staczanych walk, a?eby zbiera? py?ki jego nadziei, ?u?le jego ?alów, tony jego pie?ni i nie?? je w przestrze?, w dal, w czas, w pami?ci, w serca…
Przelecia? wiatr pr?dki nad lakami rozleg?ymi, ?agodn? pieszczot? muskaj?c w locie rumiane smó?ki i czerwone szczawie, ?agodn? swawol? w drobne fale marszcz?c t?czowe wód powierzchnie, a? rozwin??a si? przed nim wst?ga wody wcale ni? tamte innej, cicho stoj?cej w korycie r?koma ludzkimi wy??obionym.
Wiedzia? wiatr, co to za woda i jak si? nazywa. Przed po?ow? stulecia tu by? i wiedzia?, ?e jest to Kana? Królewski. Hej, hej, ten pasek wody bladob??kitnej, sennej, jaka? mu to przeszkoda!
Zanim motyl zdo?a? wzbi? si? z przybrze?nej trawy na szczyt situ, u którego zwin?? do snu poz?acane skrzyd?a, wiatr przelecia? nad Królewskim Kana?em i oko w oko spotka? si? z roztoczonym jak wzrokiem si?gn??, wysokopiennym, cienistym, przezroczystym lasem. Odk?d tu by?, pó? stulecia up?yn??o, jednak pozna? przyjaciela.
- Jak si? masz? - zadmucha? weso?o.
Las w odpowied? zaszumia?:
- Witaj, mi?y latawcze!
I wlecia? wiatr do lasu uradowany, zwinny, przelatywa? w?ród ?wierków, brzóz, olch, d?bów, ramionami owijaj?c pnie starych przyjació? i skrzyd?ami na ich konarach sk?adaj?c poca?unki przywitalne.
- Jak si? macie? - szemra? i szepta?. - Co?cie przez czas ten widzia?y, s?ysza?y? Co si? tu u was, doko?a was, dzia?o, stawa?o?
A stare ?wierki, d?by, brzozy roz?o?yste, ramionami powiewaj?c, odpowiada?y:
- Dzia?y si? tu i stawa?y rzeczy dziwne, rzeczy g?o?ne, dzwoni?ce, p?acz?ce, rozlegaj?ce si? krzykami, j?kami…
- Co, co, co si? dzia?o? Jakie, jakie, jakie rzeczy? - z szybko?ci? niezmiern? szumia?, pyta? wiatr, gdy? po to tylko istnia?, aby dzieje ziemskie zbiera? i po ziemi je roznosi? albo nawet niekiedy pod samo niebo wznosi? i niebu pokazywa?.
Po lesie b??ka?y si? ?wiat?a zachodz?cego s?o?ca, w szerokie, z?ote pasy ubieraj?c pnie drzew starych, na mchach i paprociach migocz?c mnóstwem iskier, w rozkwit?ych ró?ach dzikich zapalaj?c rubinowe serca.
Ró? dzikich, traw, paproci pe?n? by?a polana bardzo rozleg?a, wynios?ymi drzewami zewsz?d otoczona, na któr? wiatr wlecia? i wnet po niej uwija? si? pocz??, z szybko?ci? nadzwyczajn?, wznosz?c si? i opadaj?c, biadaj?c, szukaj?c, na ró?ne tony szumi?c:
- Co si? tu dzia?o? Co si? tu, na tej polanie dzia?o? Co? osobliwego, co? niecodziennego dzia? si? tu musia?o: Czuj? krew! O! d?ugo, przed?ugo ziemia wydaje z siebie wo? krwi swych dzieci, ludzi! S?ysz? j?ki! O, d?ugo, przed?ugo powietrze trzyma pod obliczem nieba j?ki dzieci jego, ludzi! Tu by? bój jaki? i tu by?y zgony! Tu by?y rany, t?tenty koni, krzyki. Mówcie, drzewa kochane, opowiadajcie, mówcie!
Drzewa milcza?y, tylko po ich ga??ziach przebieg? dreszcz lekki, krótki, jakby z zimna nag?ego powsta?y, co dziwnym by?o w ten ciep?y dzie? letni.
A w?a?nie w tej chwili wiatr z gwa?towno?ci? u niego niezwyk??, z szumem nami?tnym zapytywa? pocz??:
- A to? co? A to co jest takiego? Tego natura nie uczyni?a! To uczyni?y r?ce ludzkie! Tu nigdzie natura pagórków nie usypywa?a! Ten usypany jest przez ludzi! Kto? po co? dlaczego? A ten?e krzy?yk na pagórku, w?ród liliowych dzwonków, Bo?e, jak ma?y, prosty, biedny! - co znaczy? Mówcie, drzewa, o mówcie, b?agam!
Wtedy d?b, wynios?y i silny, któremu k?pa zwisaj?cych w dó? ga??zi czyni?a brod? d?ug?, brzoza wysmuk?a i ca?a w d?ugich, ku ziemi opadaj?cych warkoczach, ?wierk wyprostowany, w he?mie z iglic? strzelist? na szczycie, odpowiedzieli chórem przyciszonym szumów:
- To jest mogi?a!
- Taka wielka, taka wielka, taka wielka mogi?a! - zadziwi? si? wiatr.
Brzoza westchn??a:
- A krzy?yk tak ma?y!
A d?b zagada?:
- ?pi w niej wiele serc m??nych, spalonych na o?tarzu…
- Wiele serc, a krzy?yk jeden - zadziwi? si? znowu wiatr.
A brzoza znowu westchn??a:
- I taki ma?y, biedny!
Wyprostowany ?wierk potrz?sn?? he?mem zdobnym w strzelist? iglic? i przemówi?:
- Jam najwy?szy w tym lesie, najdalej widz?, wiem: s? na ziemi bohaterzy wie?czeni i niewie?czeni, maj?cy pomniki i ich nie maj?cy.
Nabo?nie wiatr wyszepta? pytanie:
- Jest?e to mogi?a bohaterów?
- Bezimiennych - odpowiedzia? ?wierk.
A dzwonki liliowe, g?sto doko?a krzy?yka rosn?ce, cicho zadzwoni?y:
- Pomar?ych m?odo, m?odo…
- I w m?kach - szepta?a ró?a u szczytu pagórka rosn?ca, przy czym od rubinowego serca swego oderwa?a p?atek jeden i na pagórek go rzuci?a.
Upad? p?atek, do motyla podobny, na trawy wysokie, a ró?a westchn??a:
- Ja jedna kwiaty na t? mogi?? rzucam. Co lato, od pó?stulecia prawie, rzucam na ni? wonne p?atki moje, Ja jedna!
Tu znowu odezwa?y si? dzwonki liliowe:
- A my dzwonimy pacierz ?a?obny. Co lato, od pó?stulecia prawie, wydzwaniamy nad t? mogi?? pacierz ?a?obny… my jedne!
Wtedy wiatr pr?dki po?o?y? si? na pagórku mogilnym, znieruchomia?. Ludzie widzie? by go nie mogli, lecz drzewa, trawy, kwiaty widzia?y.
Cia?o jego przezroczyste, powiewne, z kryszta?u i szronu utkane wyd?u?y?o si? na pagórku w skr?tach w??owych i tysi?cem z?otych odbi? za?wieci?y w nim blaski zachodz?cego s?o?ca. ?wieci?y i migota?y b?yszcz?ce odbicia te w skrzyd?ach jego ogromnych, które jak fale p?ynnego kryszta?u opad?y na trawy polany, we w?osach jego, które jak paj?cza tka? ze szronu rozpostar?y si? nad polan?, w ramionach jego, które jak kryszta?owe kolumny wznosi?y si? ku drzewom, gdy w powietrzu p?yn??o szemranie b?agalne, ciche.
- Mówcie, o, starzy wiatru pr?dkiego przyjaciele! Wy, co przez wieki mieszkacie w ?wi?tyni dumania i czo?ami niebotycznymi podpieracie stropy samotni niesko?czonych, zamy?leni ?wiadkowie dziejów ziemi, tysi?custni a milcz?cy stró?e mogli le?nych, bezimiennych, zapomnianych, nieuczczonych, wy?piewajcie mi o tej mogile strof? ?ycia i strof? ?mierci, abym móg? unie?? j? pod niebo i pokaza? niebu, a potem nie?? nad ziemi? w przestrze?, w dal, w czas, w pami?cie, w serca…
Ostatni r?bek tarczy s?onecznej za skraj ziemi zasun?? si? i znikn??. Natomiast zorza wieczorna w purpurze i p?omieniach podnios?a si? za lasem i las nape?ni?a ?wiat?ami po?ogi. W powietrzu, pomi?dzy li??mi drzew, na krzakach i trawach rozsypa?y si? okruchy ?wietlnej ?uny niebieskiej, maj?ce czerwono?? i ognisto?? p?on?cych kropel krwi.
Stary, pot??ny d?b, pa?aj?cymi kroplami krwi na ga??zistej brodzie ?wiec?c, rozwar? szerokie ramiona, powia? nimi w powietrzu i tak szumie? zacz??:
*
piątek, styczeń 20th 2006
Bia?e Kwiaty - Cyprian Kamil Norwid
posted @ 12:20 am in [ Nowele - Opowiadania ]
BIA?E - KWIATY

Na pewno tego nie pami?tam, gdzie widzia?em p?askorze?b wyobra?aj?cy wychodz?cego z ?wi?tyni Zachariasza, a nie mog?cego otaczaj?cym mówi?, i? zaniemia? do czasu narodzenia si? Jana ?. Chrzciciela, syna jego; zdaje mi si?, ?e to we Florencji, na tych br?zowych bramach Chrzcielnicy
?. Jana, o których Micha? Anio? Buonarroti rzek? by?, i? oczekuj?cymi raju na ziemi bramami s?, które przenie?? jeszcze, gdzie raj jest, zaniechano.
Za pewne jednak uwa?am, i? tak trudnej rzeczy, jak? jest rze?ba-chrze?cija?ska, to niew?tpliwie najpi?kniejszy mo?e przedmiot. Starzec niemy jest - cisza wielka woko?o - wszystkie osoby s?uchaj? i pytaj? razem, i od-powiadaj? razem… milcz?c…
Otó? - w jednej niesko?czenie wa?nej kwestii estetycznej pod obecne czasy, u nas i na ?wiecie, w kwestii, dlaczego (sumiennie rzecz bior?c) nie ma nigdzie prawdziwego dramatu, przyszed? mi na pami?? ze wzgl?du na sztuk?, mówi?, ów p?askorze?b florencki.
Kto si? nie zgorszy prostot? szczerej prawdy, ten zgadnie ?atwo bardzo, dlaczego w literaturze naszej dramatu by? nie mo?e… Ale dlaczego w ?adnej innej dzi? go nie ma?
Na to (doprawdy, ?e bawi mi?, i? ja jeden) ?miem odpowiedzie?, te kwiaty bia?e zapisuj?c, aby Francuz z czasem i inny obcy literat prze?o?y? sobie na j?zyk swój wiadomo??, sk?d ta u nich nieobecno?? prawdziwego-dramatu powsta?a.
U nas bowiem to z przyczyny niezmiernie prostej, czyli i? literatura nasza nie okre?li?a jeszcze ani jednego sko?czonego typu kobiety, a jako? bez kobiety dramat by? ma? Nawet sama Maria Malczewskiego to tylko krzyk jeden kobiety, która kochank? nie ?mia?a by? jeszcze, ?on? nie mia?a i nie mog?a. Aldona jest to wie?a ?piewaj?ca - Gra?yna w he?mie swym zamkni?tym nic a nic ju? nie mówi nawet… Inne za? innych kobiety s? tylko przegrywkami w antraktach opery poza ich udzia?em dziej?cej si?.
Najja?niej przeto wida? przyczyn? estetyczn? nieobecno?ci pe?nego dramatu u nas, lubo najnieja?niej mistyczne i realne, to jest spo?eczne, wyj?tkowego zjawiska tego ?ród?o, i zupe?n? natur? jego, tak dalece, i? skrz?tnie bardzo skracam to.
Ale? - u dzisiejszych pisarzów innego narodu, gdzie ze wszech miar szeroko ka?dy romansista najmniej s?awny na wszelaki mo?ebny i niemo?ebny sposób przedmiot ten traktuje i uprawia!!!… czemu ? - mówi? - tam, serio uwa?aj?c, pe?nej dramy nie ma, tego, ile wiem, nikt dot?d niezbicie nie okaza?…
Ja te? nie dowiod? bynajmniej po akademicku, bo tu wcale nie my?l? o tym, tak dalece, i? wynikiem tylko jest prawie bezw?asnowolnym ta, o nieobecno?ci dramatu u cudzoziemców i przyczynie jej g?ównej uwaga. Powiem jednak pokrótce, dlaczego to jest tak, z powodu i? odpowied? na to krytyczne zapytanie pos?u?y mi do toku g?ównej rzeczy w tych kilku kartkach zawartej.
Dramy prawdziwej nie mo?e by?, ilekro? si? zatraci poj?cie dramatyczne ciszy i poj?cia jej natur - czyli, ja?niej t?umacz?c, albo raczej szerzej t?umacz?c za?o?enie powy?sze: kiedy si? zatraci basso w muzyce, a kolor bia?y na palecie malarza, a pion w rysunku. Có? zupe?nego tak niezupe?ne ?rodki otrzyma? s? w stanie? Nadanie stanowczego kierunku i stopnia ciszy w dramatyzowaniu jest dla dzie?a tej natury tym, czym w obrocie planety niedotkliwa i niewidzialna planety o?.
Kto ma uszy ku wys?uchaniu prawdy, ten niech ca?o?? jej wys?ucha. Ja, ?e za wst?p jedynie u?y?em jej tu do prostego spisu kilku wra?e?, wspomn? tylko, dla korzysta? chc?cego innostronnie z wzmianki powy?szej czytelnika, i? nie wiem, który by dzi? autor, bez potkni?cia si? w ?mieszno??, potrafi? doci?gn?? tam a? dramy pochód, gdzie Calderon zamyka swój i wychodzi ju? sam na scen? mówi?c:
“Dalej - pisarz dramatu podnie?? si? nie b?d?c w stanie… sko?czy?.”
U Szyllera bezmowne zupe?nie chwile dramy mo?e najwy?szymi s? poetycznymi jego polotami. Zdaje si?, ?e to nie in?d, ale t?dy drama w rze?b? przechodzi - co zazwyczaj w ta?cu raczej poszukiwano, akrobatyzuj?c przeto monumentaln? rze?biarstwa powag?. Jaki? barbarzy?ski b??d tych systematyzuj?cych tak estetyków!…
czwartek, styczeń 19th 2006
Kamizelka - Boles?aw Prus
posted @ 11:57 pm in [ Lektury i literatura szkolna - Nowele ]
KAMIZELKA
![]()
Niektórzy ludzie maj? poci?g do zbierania osobliwo?ci kosztowniejszych lub mniej kosztownych, na jakie kogo sta?. Ja tak?e posiadam zbiorek, lecz skromny, jak zwykle w pocz?tkach.
Jest tam mój dramat, który pisa?em jeszcze w gimnazjum na lekcjach j?zyka ?aci?skiego… Jest kilka zasuszonych kwiatów, które trzeba b?dzie zast?pi? nowymi, jest…
Zdaje si?, ?e nie ma nic wi?cej oprócz pewnej bardzo starej i zniszczonej kamizelki.
Oto ona. Przód sp?owia?y, a ty? przetarty. Du?o plam, brak guzików, na brzegu dziurka, wypalona zapewne papierosem. Ale najciekawsze w niej s? ?ci?gacze. Ten, na którym znajduje si? sprz?czka, jest skrócony i przyszyty do kamizelki wcale nie po krawiecku, a ten drugi, prawie na ca?ej d?ugo?ci, jest pok?uty z?bami sprz?czki.
Patrz?c na to od razu domy?lasz si?, ?e w?a?ciciel odzienia j zapewne co dzie? chudn?? i wreszcie dosi?gn?!, tego stopnia, na którym kamizelka przestaje by? niezb?dn?, ale natomiast okazuje si? bardzo potrzebnym zapi?ty pod szyj? frak z magazynu pogrzebowego.
Wyznaj?, ?e dzi? ch?tnie odst?pi?bym komu ten szmat sukna, który mi robi troch? k?opotu. Szaf na zbiory jeszcze nie mam, a nie chcia?bym znowu trzyma? chorej kamizelczyny mi?dzy w?asnymi rzeczami. By? jednak czas, ?em j? kupi? za cen? znakomicie wy?sz? od warto?ci, a da?bym nawet i dro?ej, gdyby umiano si? targowa?. Cz?owiek miewa w ?yciu takie chwile, ?e lubi otacza? si? przedmiotami, które przypominaj? smutek.
Smutek ten nie gnie?dzi? si? mnie, ale w mieszkaniu bliskich s?siadów. Z okna mog?em co dzie? spogl?da? do wn?trza ich pokoiku.
Jeszcze w kwietniu by?o ich troje: pan, pani i ma?a s?u??ca, która sypia?a, o ile wiem, na kuferku za szaf?. Szafa by?a ciemnowi?niowa. W lipcu, je?eli mnie pami?? nie zwodzi, zosta?o ich tylko dwoje: pani i pan, bo s?u??ca przenios?a si? do takich pa?stwa, którzy p?acili jej trzy ruble na rok i co dzie? gotowali obiady.
W pa?dzierniku zosta?a ju? tylko - pani, sama jedna. To jest niezupe?nie sama, poniewa? w pokoju znajdowa?o si? jeszcze du?o sprz?tów: dwa ?ó?ka, stó?, szafa… Ale na pocz?tku listopada sprzedano z licytacji niepotrzebne rzeczy, a przy pani ze wszystkich pami?tek po m??u zosta?a tylko kamizelka, któr? obecnie posiadam.
czwartek, styczeń 19th 2006
Katarynka - Boles?aw Prus
posted @ 11:48 pm in [ Lektury i literatura szkolna - Nowele ]
KATARYNKA
![]()
Na ulicy Miodowej co dzie? oko?o po?udnia mo?na by?o spotka? jegomo?cia w pewnym wieku, który chodzi? z placu Krasi?skich ku ulicy Senatorskiej. Latem nosi? on wykwintne, ciemnogranatowe palto, popielate spodnie od pierwszorz?dnego krawca, buty po?yskuj?ce jak zwierciad?a - i - nieco wyszarzany cylinder.
Jegomo?? mia? twarz rumian?, szpakowate faworyty i siwe, ?agodne oczy. Chodzi? pochylony, trzymaj?c r?ce w kieszeniach W dzie? pogodny nosi? pod pach? lask?, w pochmurny - d?wiga? jedwabny parasol angielski.
By? zawsze g??boko zamy?lony i posuwa? si? z wolna Oko?o Kapucynów dotyka? pobo?nie r?k? kapelusza i przechodzi? na drug? stron? ulicy, a?eby zobaczy? u Pika jak stoi barometr i termometr, potem znowu zawraca? na prawy chodnik, zatrzymywa? si? przed wystaw? Mieczkowskiego, ogl?da? fotografie Modrzejewskiej - i szed? dalej.
W drodze ust?powa? ka?demu, a potr?cony u?miecha? si? ?yczliwie.
Je?eli kiedy spostrzega? ?adn? kobiet?, zak?ada? binokle, aby przypatrze? si? jej. Ale ?e robi? to flegmatycznie, wi?c zwykle spotyka? go zawód.
Ten jegomo?? by? to - pan Tomasz.
Pan Tomasz trzydzie?ci lat chodzi? ulic? Miodow? i nieraz my?la?, ?e si? na niej wiele rzeczy zmieni?o. To? samo ulica Miodowa pomy?le? by mog?a o nim.
Gdy by? leszcze obro?c?, biega? tak pr?dko, ?e nie uciek?aby przed nim ?adna szwaczka wracaj?ca z magazynu do domu By? weso?y, rozmowny, trzyma? si? prosto, mia? czupryn? i nosi? w?sy zakr?cone ostro do góry Ju? wówczas sztuki pi?kne robi?y na nim wra?enie, ale czasu im nie po?wi?ca?, bo szala? - za kobietami. Co prawda, mia? do nich szcz??cie i nieustannie by? swatany. Ale có? z tego, kiedy pan Tomasz nie móg? nigdy znale?? ani jednej chwili na o?wiadczyny b?d?c zaj?ty je?eli nie praktyk?, to - schadzkami. Od Frani szed? do s?du, z s?du bieg? do Zosi, któr? nad wieczorem opuszcza?, a?eby z Józi? i Filk? zje?? kolacj?.
Gdy zosta? mecenasem, czo?o, skutkiem nat??onej pracy umys?owej, uros?o mu a? do ciemienia, a na w?sach pokaza?o si? kilka srebrnych w?osów. Pan Tomasz pozby? si? ju? wówczas m?odzie?czej gor?czki, mia? maj?tek i ustalon? opini? znawcy sztuk pi?knych. A ?e kobiety wci?? kocha?, wi?c pocz?? my?le? o ma??e?stwie. Naj?? nawet mieszkanie z sze?ciu pokojów z?o?one, urz?dzi? w nim na w?asny koszt posadzki, sprawi? obicia, pi?kne meble - i szuka? ?ony.
Ale cz?owiekowi dojrza?emu trudno zrobi? wybór. Ta by?a za m?oda, a tamt? uwielbia? ju? zbyt d?ugo. Trzecia mia?a wdzi?ki i wiek w?a?ciwy, ale nieodpowiedni temperament, a czwarta posiada?a wdzi?ki, wiek i temperament nale?yty, ale nie czekaj?c na o?wiadczyny mecenasa wysz?a za doktora.
Pan Tomasz jednak nie martwi? si?, poniewa? panien me brak?o. Ekwipowa? si? powoli, coraz usilniej dbaj?c o to, a?eby ka?dy szczegó? jego mieszkania posiada? warto?? artystyczn?. Zmienia? meble, przestawia? zwierciad?a, kupowa? obrazy.
Nareszcie porz?dki jego sta?y si? s?awne. Sam me wiedz?c kiedy, stworzy? u siebie galeri? sztuk pi?knych, któr? coraz liczniej odwiedzali ciekawi. ?e za? by? go?cinny, przyj?cia robi? ?wietne i utrzymywa? stosunki z muzykami, wi?c nieznacznie zorganizowa?y si? u mego wieczory koncertowe, które nawet damy zaszczyca?y swoj? obecno?ci?.
